Ta sama rzeka - Edyta Świętek - ebook

Ta sama rzeka ebook

Edyta Świętek

4,0

15 osób interesuje się tą książką

Opis

Czy można wejść dwa razy do Tej samej rzeki? Nowa powieść Edyty Świętek!

Małgorzata odlicza dni do momentu, kiedy będzie mogła opuścić męża. Jej związek, choć na pozór idealny, przepełniony jest strachem i przemocą, a małżeńskie więzy podtrzymuje tylko troska o niepełnoletniego syna.

Całkowicie uzależniona od męża, jedynie w pracy czuje się spełniona i potrzebna. Gdy do biura zostaje przyjęty nowy pracownik, Małgosi szybciej bije serce. Ma wrażenie, jakby znała Darka od zawsze. Szybko też znajdują wspólny język i nawiązują bliższą znajomość. Łączy ich wiele, a najbardziej: nieszczęśliwa miłość. Ona ma męża tyrana, on – chorą żonę, której nie kocha.

Oboje wiedzą, że razem mieliby szansę na upragnione szczęście, jednak kierując się dobrem swoich rodzin, postanawiają zakończyć relację, zanim będzie za późno…

Czy uda im się zapomnieć o łączącym ich uczuciu? W jaki sposób maskuje się przemoc domowa? Czy małżeństwo bez miłości jest odpowiedzialną decyzją? Czy geny wpływają na nasze relacje?

Opowieść, która wbrew wszystkiemu daje nadzieję. 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 370

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




Au­tor­ka: Edy­ta Świę­tek

Re­dak­cja: Jo­an­na Za­bo­row­ska

Ko­rek­ta: Ka­ta­rzy­na Zio­ła-Ze­mczak

Pro­jekt gra­ficz­ny okład­ki: Ka­ta­rzy­na Bor­kow­ska

Skład: Ma­riusz Kur­kow­ski

Zdję­cia na okład­ce: Stock­sy/Ca­leb Mac­Ken­zie Ga­skins, Bo­gu­sław Haj­duk (zdję­cie Au­tor­ki)

Re­dak­tor pro­wa­dzą­cy: Ro­man Ksią­żek

Kie­row­nik re­dak­cji: Agniesz­ka Gó­rec­ka

© Co­py­ri­ght by Edy­ta Świę­tek

© Co­py­ri­ght for this edi­tion by Wy­daw­nic­two Pas­cal

Wszel­kie pra­wa za­strze­żo­ne. Żad­na część tej książ­ki nie może być po­wie­la­na lub prze­ka­zy­wa­na w ja­kiej­kol­wiek for­mie bez pi­sem­nej zgo­dy wy­daw­cy, za wy­jąt­kiem re­cen­zen­tów, któ­rzy mogą przy­to­czyć krót­kie frag­men­ty tek­stu.

Biel­sko-Bia­ła 2021

Wy­daw­nic­two Pas­cal Sp. z o.o.

ul. Za­po­ra 25

43-382 Biel­sko-Bia­ła

tel. 338282828, fax 338282829

pas­[email protected]­cal.pl

www.pas­cal.pl

ISBN 978-83-8103-727-3

Przy­go­to­wa­nie e-Bo­oka: Ma­riusz Kur­kow­ski

Część I

Rozdział 1

Rok 2004

Cze­rw­co­we upa­ły wy­ga­nia­ły miesz­kań­ców Boch­ni nad po­bli­ską Rabę. Mia­sto du­si­ło się go­rą­cym, fa­lu­ją­cym po­wie­trzem. Ka­mie­ni­ste za­ko­la rze­ki ku­si­ły ochło­dą, a nad­brzeż­ne krze­wy da­wa­ły bal­sa­micz­ny cień. Zresz­tą z dala od be­to­nu i as­fal­tu po­wie­trze spra­wia­ło wra­że­nie lżej­sze­go, bar­dziej rześ­kie­go.

Mał­go­rza­ta Jur­czyk tak­że w piąt­ko­we po­po­łu­dnie przy­je­cha­ła nad wodę ze swo­im dzie­się­cio­let­nim syn­kiem Szy­mo­nem. Sko­rzy­sta­ła z oka­zji, że mąż wy­je­chał na trzy­dnio­we szko­le­nie do sto­li­cy. Piotr miał wró­cić póź­nym wie­czo­rem, więc wol­ny czas za­mie­rza­ła spę­dzić z dziec­kiem.

Chło­pak sta­no­wił do­sko­na­łą wy­pad­ko­wą jej oraz męża. Wi­zu­al­nie przy­po­mniał ojca. Miał te same piw­ne oczy, ciem­ne, tro­chę szcze­ci­nia­ste wło­sy oraz moc­no za­ry­so­wa­ną szczę­kę. Kształt nosa i uszu tak­że do­stał w spad­ku po Pio­trze. Po niej odzie­dzi­czył upodo­ba­nie do li­te­ra­tu­ry oraz cha­rak­ter, nad czym Pio­trek wciąż ubo­le­wał, twier­dząc, że je­dy­nak wy­ra­sta na mię­cza­ka.

Cza­sa­mi mąż pró­bo­wał wpły­nąć na Szym­ka. Za­bie­rał chłop­ca na ryby lub su­rvi­va­lo­we wy­pra­wy w dzicz, lecz za każ­dym ra­zem wra­ca­li w po­nu­rych na­stro­jach i sro­dze roz­cza­ro­wa­ni. Oj­ciec tym, że syn nad mę­skie przy­jem­no­ści przed­kła­dał upodo­ba­nie do ksią­żek, mło­dy tym, że tato zmu­szał go do na­dzie­wa­nia ży­wych, ośli­złych ro­ba­ków na ha­czyk, opra­wia­nia zło­wio­nych ryb, spa­nia w na­mio­cie i spę­dza­nia cza­su w spar­tań­skich wa­run­kach. Nie żeby Szy­mon był aż tak wy­god­nic­ki i mu­siał no­co­wać w luk­su­sach! Po pro­stu dzie­się­cio­la­tek nie znaj­do­wał w tym przy­jem­no­ści. Znacz­nie więk­szy po­ciąg miał do mo­to­ry­za­cji, znał się do­sko­na­le na mar­kach sa­mo­cho­dów oraz ich osią­gach, in­te­re­so­wa­ły go cie­ka­wost­ki zwią­za­ne z ko­lej­nic­twem i do­sko­na­le od­róż­niał zwy­kłe pa­ro­wo­zy od ten­drza­ków. Pa­sjo­no­wa­ły go rów­nież pro­gra­my i fil­my do­ku­men­tal­ne o dru­giej woj­nie świa­to­wej. Były to więc zde­cy­do­wa­nie mę­skie za­in­te­re­so­wa­nia, zresz­tą to ostat­nie znacz­nie prze­kra­cza­ło po­ziom wie­dzy prze­cięt­ne­go dzie­cia­ka w jego wie­ku.

Mał­go­rza­ta z przy­kro­ścią ob­ser­wo­wa­ła na­ra­sta­ją­cy z wol­na roz­dź­więk po­mię­dzy mę­żem a sy­nem, choć już sama nie wie­dzia­ła, czy wo­la­ła­by, żeby Szy­mon za­cho­wał swą in­dy­wi­du­al­ność, czy upodob­nił się do ojca. Pierw­sza opcja była nie­ko­rzyst­na dla chłop­ca – wciąż pod­pa­dał Pio­tro­wi. Dru­ga ozna­cza­ła­by utra­tę oso­bo­wo­ści bę­dą­cej bal­sa­mem dla mat­czy­nej du­szy.

Orzeź­wia­ją­cy nurt przy­jem­nie chło­dził sto­py. Bro­dzi­ła po kost­ki, ostroż­nie stą­pa­jąc po wy­gła­dzo­nych nur­tem ka­mie­niach. Przez chwi­lę ob­ser­wo­wa­ła zie­lo­ne waż­ki o opa­li­zu­ją­cych skrzy­dłach. Do złu­dze­nia przy­po­mi­na­ły ma­leń­kie he­li­kop­te­ry. Te praw­dzi­we – duże, sta­lo­we – wzbu­dza­ły ra­czej cie­ka­wość jej syna.

Raz po raz zer­ka­ła na dzie­się­cio­lat­ka ba­wią­ce­go się nad rze­ką. Był za­ję­ty bu­do­wa­niem ka­na­łu ma­ją­ce­go za za­da­nie do­pro­wa­dze­nie wody do przy­go­to­wa­ne­go wcze­śniej doł­ka. Pra­co­wi­cie prze­kła­dał ka­mie­nie, two­rząc z nich dość skom­pli­ko­wa­ną bu­dow­lę. Z jego twa­rzy znik­nął wy­raz na­pię­cia, jaki ostat­nio co­raz czę­ściej do­strze­ga­ła. Chy­ba ro­zu­miał znacz­nie wię­cej, niż moż­na by przy­pusz­czać, i za­czy­nał do­strze­gać w ota­cza­ją­cym go świe­cie spra­wy, od któ­rych wo­la­ła trzy­mać go na dy­stans.

Ko­rzy­sta­jąc z fak­tu, że syn ma za­ję­cie nie­wy­ma­ga­ją­ce jej za­an­ga­żo­wa­nia, usi­ło­wa­ła upo­rząd­ko­wać my­śli ga­lo­pu­ją­ce w gło­wie. Ostat­nie dwa ty­go­dnie były bo­wiem dla niej wy­jąt­ko­wo trud­ne i spra­wi­ły, że czy­nio­ne wcze­śniej pla­ny mo­gły nie­ba­wem wziąć w łeb.

A może jesz­cze nie wszyst­ko stra­co­ne? Prze­cież są róż­ne spo­so­by na unik­nię­cie pew­nych zda­rzeń. Czy po­win­na spró­bo­wać uciec przed prze­zna­cze­niem? I czy póź­niej bę­dzie w sta­nie udźwi­gnąć cię­żar wy­rzu­tów su­mie­nia, któ­re by ją bez wąt­pie­nia drę­czy­ły w ta­kim wy­pad­ku? Czy w ogó­le zdo­ła­ła­by wpro­wa­dzić swo­je my­śli w czyn?

Z czu­ło­ścią, na jaką stać tyl­ko mat­ki, zer­k­nę­ła na lśnią­cą w pro­mie­niach słoń­ca głów­kę syna. Ko­cha­ła go naj­bar­dziej na świe­cie. Nic nie mo­gło przy­ćmić tego uczu­cia. Był jej naj­więk­szą ra­do­ścią, skar­bem i mo­ty­wa­cją do dzia­ła­nia. Sama nie wie­dzia­ła, co by z nią było, gdy­by nie Szy­mon. Za­pew­ne daw­no temu ule­gła­by de­pre­sji. Albo zro­bi­ła coś głu­pie­go.

Wy­da­rze­nia ostat­nich dwóch ty­go­dni ode­bra­ły jej na­dzie­ję i moc­no pod­cię­ły skrzy­dła. Cały uło­żo­ny mi­ster­nie plan, do­pra­co­wy­wa­ny przez lata prze­my­śleń i na­pa­wa­ją­cy opty­mi­zmem, ru­nął ni­czym do­mek z kart. Choć może nie tyle ru­nął, ile wy­ma­gał zna­czą­cej ko­rek­ty.

Do­skwie­ra­ło jej złe sa­mo­po­czu­cie. Mia­ła za­wro­ty gło­wy, była roz­bi­ta i osła­bio­na. Za­pew­ne zbyt dłu­go prze­by­wa­ła na słoń­cu. Nie przy­kry­ła gło­wy ani słom­ko­wym ka­pe­lu­szem, ani żad­ną chust­ką, choć do­pil­no­wa­ła, by syn wło­żył czap­kę z dasz­kiem. Wy­mę­czo­ny or­ga­nizm od­ma­wiał Mał­go­rza­cie po­słu­szeń­stwa. Po­drep­ta­ła więc w stro­nę le­ża­ka roz­sta­wio­ne­go w cie­niu tuż obok miej­sca, w któ­rym za­ko­twi­czył Szy­mon.

Chło­piec pod­niósł gło­wę i prze­słał jej uśmiech, a na­stęp­nie wró­cił do swe­go za­ję­cia.

Co ja mam te­raz zro­bić? – wes­tchnę­ła w du­chu, przy­glą­da­jąc się jego bez­tro­skiej za­ba­wie. Umysł pod­po­wia­dał roz­wią­za­nie, któ­re mo­gło ją ura­to­wać, ale wła­ści­wie było nie do przy­ję­cia.

Nie! Z tej sy­tu­acji nie ma do­bre­go wyj­ścia. Na­wet to nie ura­to­wa­ło­by Mał­go­rza­ty.

Od kil­ku ty­go­dni no­si­ła pod ser­cem dziec­ko, któ­re w jej od­czu­ciu nie po­win­no przy­cho­dzić na świat. Wszak pil­no­wa­ła re­gu­lar­ne­go ły­ka­nia pi­gu­łek jak ni­cze­go in­ne­go. Cho­ciaż Piotr bar­dzo chciał dru­gie­go po­tom­ka, ona bro­ni­ła się przed tym rę­ka­mi i no­ga­mi. Nie wi­dzia­ła w swo­im po­gma­twa­nym ży­ciu prze­strze­ni na po­now­ne ma­cie­rzyń­stwo.

Wie­dzia­ła, że po­win­na bez­zwłocz­nie pod­jąć ja­kąś de­cy­zję. Mia­ła do wy­bo­ru dwie opcje, oby­dwie jed­na­ko­wo złe. Po­wie­dzieć Piotr­ko­wi, uro­dzić i po­nieść wszel­kie zwią­za­ne z tym kon­se­kwen­cje albo sko­rzy­stać z nie­le­gal­nie świad­czo­nych usług pod­zie­mia abor­cyj­ne­go, a po­tem kon­se­kwent­nie re­ali­zo­wać swój plan. Co wy­brać: po­świę­ce­nie czy ego­izm?

Co­kol­wiek by za­de­cy­do­wa­ła, cze­ka­ło ją ży­cie w cią­głym kłam­stwie. Kłam­stwo wro­sło w jej na­tu­rę, moc­no za­pusz­cza­jąc ko­rze­nie, i to­wa­rzy­szy­ło na każ­dym kro­ku. Nie mia­ła per­spek­tyw na to, by się od tego uwol­nić.

– Mamo! Zo­bacz! Mam wła­sny ba­sen! – Z za­du­my wy­rwał ją głos dzie­się­cio­lat­ka.

– Je­steś naj­lep­szym in­ży­nie­rem, ja­kie­go znam – od­par­ła.

Z wes­tchnie­niem przy­oble­kła twarz w sztucz­ny uśmiech, opu­ści­ła le­żak i usia­dła na ręcz­ni­ku obok Szym­ka. Stwo­rzo­ne przez nie­go dzie­ło wy­ma­ga­ło grun­tow­ne­go omó­wie­nia. Na mo­ment wy­rzu­ci­ła z gło­wy wszyst­kie przy­kre my­śli, bo i tak nie była ani o włos mą­drzej­sza, i sku­pi­ła uwa­gę na synu. Przez na­stęp­ne pół go­dzi­ny do­ka­zy­wa­ła z nim, jak­by była małą dziew­czyn­ką. Ra­zem prze­le­wa­li wodę, to zno­wu blo­ko­wa­li jej do­pływ. Udo­sko­na­la­li dzie­ło, po­głę­bia­li ko­ry­to i zbior­nik.

Sie­lan­kę za­kłó­cił na­tar­czy­wy dzwo­nek te­le­fo­nu. Mał­go­rza­ta bez spo­glą­da­nia na wy­świe­tlacz wie­dzia­ła, kto dzwo­ni. Już daw­no przy­pi­sa­ła do naj­waż­niej­szych osób wy­bra­ne me­lo­dyj­ki, by w porę od­po­wied­nio na­sta­wić się do roz­mo­wy.

– No gdzie wy je­ste­ście? – usły­sza­ła znie­cier­pli­wio­ny głos męża. – Sto­ję pod klat­ką jak ba­ran. Za­po­mnia­łem klu­czy.

– Już je­steś? – wy­ra­zi­ła zdzi­wie­nie, bo wy­jeż­dża­jąc, wy­raź­nie za­po­wie­dział, że wró­ci póź­nym wie­czo­rem.

– Nie­spo­dzian­ka – rzu­cił cierp­ko. – Dłu­go mam na was cze­kać?

– Będę za dzie­sięć mi­nut, naj­da­lej za kwa­drans. – Do­ło­ży­ła sta­rań, by w jej gło­sie nie za­brzmia­ła pa­ni­ka. Z miej­sca na­wią­za­ła kon­takt wzro­ko­wy z sy­nem i ru­chem gło­wy po­ka­za­ła, by na­tych­miast pa­ko­wał rze­czy.

W oczach dzie­się­cio­lat­ka za­bły­sło roz­cza­ro­wa­nie. Jesz­cze nie zdą­żył na­cie­szyć się za­ba­wą, lecz wie­dział, że gra­nie na zwło­kę jest nie­wska­za­ne. Z ja­kie­goś po­wo­du przed tatą na­le­ża­ło mieć re­spekt gra­ni­czą­cy ze stra­chem, mimo że Piotr nie pod­no­sił na nie­go ręki. Inni ko­le­dzy wspo­mi­na­li cza­sa­mi, że do­sta­li cię­gi od ojca czy klap­sy od mat­ki, gdy zro­bi­li coś ka­ry­god­ne­go. Jego nikt ni­g­dy nie ude­rzył. Mama za­zwy­czaj mó­wi­ła, że spra­wił jej przy­krość, a w jej oczach po­ja­wia­ły się łzy, któ­rym mimo wszyst­ko nie po­zwa­la­ła spły­nąć. Tato na­to­miast uty­ski­wał, że z Szym­ka jest ma­toł, głu­pi dzie­ciuch albo nie­udacz­nik. Spo­glą­dał na nie­go z wy­żyn swo­ich stu osiem­dzie­się­ciu pię­ciu cen­ty­me­trów, marsz­czył gniew­nie czo­ło, ro­bił sro­gie miny. Cza­sa­mi pod­no­sił głos. I mó­wił. Dużo, ner­wo­wo, zgryź­li­wie. Szy­mon do­sko­na­le znał zna­cze­nie słów „iro­nia” oraz „cy­nizm”. Wie­dział, że to jest broń ojca, nie­bez­piecz­na i na­der nie­przy­jem­na, wy­wo­łu­ją­ca dziw­ny ucisk w brzu­chu, spra­wia­ją­ca, że ro­sną­cy ostat­nio jak na droż­dżach chło­piec kur­czył się do roz­mia­rów przed­szko­la­ka. Dru­gą bro­nią były kary: za­kaz wy­cho­dze­nia na po­dwór­ko, oglą­da­nia te­le­wi­zji, sta­nie w ką­cie twa­rzą do ścia­ny – nie­praw­do­po­dob­nie nu­żą­ce i trwa­ją­ce w nie­skoń­czo­ność – czy kon­fi­sko­wa­nie ak­tu­al­nie czy­ta­nej książ­ki.

W cza­sie gdy on szyb­ko zbie­rał swo­je rze­czy, Mał­go­rza­ta od­pie­ra­ła atak te­le­fo­nicz­ny.

– Co tak dłu­go? – uty­ski­wał ślub­ny. – Gdzie cię po­nio­sło?

– Je­ste­śmy w Pro­szów­kach – od­par­ła zgod­nie z praw­dą. – Już się zbie­ra­my.

– No do­brze. Cze­kam – za­koń­czył po­łą­cze­nie bez po­że­gna­nia.

Cha­otycz­nie zgar­nę­ła do tor­by pla­żo­wej wszyst­ko to, co po­mi­nął sy­nek, zło­ży­ła le­żak i na­rzu­ci­ła na bi­ki­ni su­kien­kę. Chwi­lę póź­niej sie­dzie­li w fia­cie se­icen­to, zmie­rza­jąc w stro­nę Boch­ni.

Wjeż­dża­jąc na osie­dle, za­uwa­ży­ła, że mąż fak­tycz­nie cze­ka na ław­ce przed blo­kiem. Miał nie­od­gad­nio­ny wy­raz twa­rzy. Obok tor­by po­dróż­nej le­żał bu­kiet i ko­lo­ro­wa to­reb­ka z pre­zen­tem dla Szy­mo­na. Za­wsze gdy wra­cał z wy­jaz­dów, ob­da­ro­wy­wał żonę kwia­ta­mi, a syna ja­kimś dro­bia­zgiem. Daw­niej były to sa­mo­cho­dy lub kloc­ki, ostat­nio co­raz czę­ściej książ­ki, choć ich te­ma­ty­ką nie tra­fiał w za­in­te­re­so­wa­nia chłop­ca, a ra­czej pró­bo­wał za­cie­ka­wić mło­de­go su­rvi­va­lem i in­ny­mi „mę­ski­mi” spra­wa­mi.

– O, je­ste­ście! – Wy­raź­nie ucie­szył się na ich wi­dok. Jego ton brzmiał zu­peł­nie ina­czej niż przed kwa­dran­sem.

Go­sia nie­znacz­nie ode­tchnę­ła z ulgą. Ży­wi­ła oba­wy, że kil­ka­na­ście mi­nut spę­dzo­nych na ław­ce, choć­by w cie­niu, fa­tal­nie wpły­nie na hu­mor Pio­tra.

Męż­czy­zna nie cze­kał, aż do­trą do miesz­ka­nia. Od razu wrę­czył upo­min­ki, ze­zu­jąc dys­kret­nie, czy jest wi­dzia­ny przez któ­rą­kol­wiek z ko­biet na­le­żą­cych do, jak to okre­ślał, mo­ni­to­rin­gu miej­skie­go.

Mał­go­rza­ta do­brze wie­dzia­ła, że gest zo­stał za­uwa­żo­ny przez Grodz­ką z par­te­ru, któ­ra z całą pew­no­ścią za­dba o do­nie­sie­nie in­nym ku­mosz­kom, że Jur­czyk jak zwy­kle ob­sy­pu­je ślub­ną kwia­ta­mi, a smy­ka pre­zen­ta­mi. Oczy­wi­ście nie po­zo­sta­wi tego bez ko­men­ta­rza, wy­chwa­la­jąc Pio­tra po­nad nie­bio­sa i za­cho­dząc w gło­wę, co też taki wspa­nia­ły męż­czy­zna zo­ba­czył w tej czar­nia­wej my­szy, sko­ro za ka­wa­ler­skich cza­sów mógł prze­bie­rać w pan­nach jak w ulę­gał­kach i wy­brać choć­by jed­ną z jej wspa­nia­łych có­rek.

Do Mał­go­rza­ty do­cho­dzi­ły cza­sa­mi ta­kie plot­ki.

——

Rok 1993

Mąż od za­wsze był da­rzo­ny po­wszech­ną sym­pa­tią przez miesz­kań­ców osie­dla Nie­pod­le­gło­ści. Nie mu­siał ro­bić wie­le w tym kie­run­ku. Wy­star­czy­ło, że był szar­manc­ki i no­sił od­po­wied­nie na­zwi­sko. Swe­go cza­su jego mat­ka, Ja­dwi­ga Jur­czyk, pia­sto­wa­ła bar­dzo wy­so­kie sta­no­wi­sko w apa­ra­cie pań­stwo­wym. Na­le­ża­ła do tych osób, któ­rych wi­zy­tów­ka otwie­ra­ła każ­de drzwi. Wpraw­dzie Piotr za­miesz­kał tu­taj na krót­ko przed ślu­bem, ale już wcze­śniej czę­sto by­wał w oko­li­cy – miesz­ka­nie do­stał w spad­ku po chrzest­nej mat­ce, któ­ra zgi­nę­ła w tra­gicz­nym wy­pad­ku, za­nim Piotr po­znał Mał­go­się. Bie­dacz­ka dość nie­for­tun­nie wy­chy­li­ła się z bal­ko­nu na dru­gim pię­trze i zgi­nę­ła na miej­scu, ude­rza­jąc gło­wą o be­to­no­wy chod­nik.

Przez ja­kiś czas miesz­ka­nie było wy­naj­mo­wa­ne, lecz z chwi­lą gdy Piotr po­pro­sił Mał­go­rza­tę o rękę, wy­po­wie­dział umo­wę naj­mu trzech po­koi z kuch­nią do­tych­cza­so­wym lo­ka­to­rom, a na­stęp­nie zle­cił re­mont fir­mie bu­dow­la­nej.

Na­rze­cze­ni wpro­wa­dzi­li się do świe­żo uwi­te­go gniazd­ka mie­siąc przed ślu­bem. Z miej­sca Mał­go­rza­tę spo­tka­ło spo­re za­sko­cze­nie, po­nie­waż wcze­śniej nie wi­dzia­ła swe­go przy­szłe­go lo­kum. O po­stę­pach w re­mon­cie do­wia­dy­wa­ła się wy­łącz­nie z po­wścią­gli­wych re­la­cji Piotr­ka, któ­ry wciąż pod­kre­ślał, że za­le­ży mu na tym, by zro­bić jej nie­spo­dzian­kę. Nie na­ci­ska­ła więc wcze­śniej na to, by uchy­lił rąb­ka ta­jem­ni­cy.

Naj­pierw z przy­jem­no­ścią obej­rza­ła po­kój dzien­ny, kuch­nię oraz sy­pial­nię, w któ­rej sta­ło praw­dzi­we mał­żeń­skie łoże, a nie tra­dy­cyj­na wer­sal­ka z me­blo­ścian­ką. Zaj­rza­ła do od­świe­żo­nej ła­zien­ki i po­chwa­li­ła wy­bór pły­tek, choć sama po­sta­wi­ła­by ra­czej na inną ko­lo­ry­sty­kę. Nie chcia­ła jed­nak ro­bić przy­kro­ści na­rze­czo­ne­mu, któ­ry wło­żył mnó­stwo za­cho­du w urzą­dze­nie wnętrz. Zresz­tą płyt­ki zo­sta­ły już po­ło­żo­ne, więc ja­kie­kol­wiek sło­wa kry­ty­ki nie mia­ły­by sen­su. W rze­czy sa­mej Go­sia cie­szy­ła się tym miesz­ka­niem jak dziec­ko, po­nie­waż przez całe ży­cie prze­peł­nia­ło ją pra­gnie­nie po­sia­da­nia wła­sne­go domu. Piotr ja­wił się jej jako cu­dow­na od­po­wiedź losu na za­no­szo­ne proś­by.

W osłu­pie­nie wpra­wił ją trze­ci po­kój. Po­miesz­cze­nie było kom­plet­nie urzą­dzo­ne i wy­po­sa­żo­ne, ocze­ki­wa­ło na no­we­go lo­ka­to­ra. Na pa­ste­lo­wej ko­mo­dzie sie­dział na­wet plu­szo­wy miś, a obok zaj­mo­wa­ły miej­sce pam­per­sy uło­żo­ne w rów­ny sto­sik.

Sęk w tym, że nie była w cią­ży. Ślub za­pla­no­wa­ny z Pio­trem nie miał in­nych prze­sła­nek po­nad chęć za­war­cia mał­żeń­stwa przez dwo­je za­ko­cha­nych. Co wię­cej, w roz­mo­wach z na­rze­czo­nym Go­sia po­ru­sza­ła kil­ka­krot­nie te­mat ma­cie­rzyń­stwa, za każ­dym ra­zem pod­kre­śla­jąc, że nie jest na nie go­to­wa i po­trze­bu­je cza­su. Nie­kie­dy na­wet uprze­dza­ła, że nie jest pew­na, czy ten mo­ment kie­dy­kol­wiek na­dej­dzie. Była na wskroś „dzie­cio­opor­na”, a Jur­czyk zda­wał się do­sko­na­le to ro­zu­mieć i za­pew­niał, że nie bę­dzie na niej wy­wie­rał żad­nej pre­sji.

– Mo­żesz mi to ja­koś wy­tłu­ma­czyć? – za­py­ta­ła wte­dy, wska­zu­jąc ja­sne me­ble i ta­pe­tę w dość neu­tral­ny dzie­cię­cy wzo­rek.

– To? Ach… Po­my­śla­łem, że sko­ro urzą­dzam miesz­ka­nie na nowo, to od razu zro­bię wszyst­ko jak na­le­ży, że­bym w przy­szło­ści nie mu­siał za­wra­cać so­bie tym gło­wy. Tego po­ko­ju i tak by­śmy nie wy­ko­rzy­sty­wa­li, więc co szko­dzi, żeby był go­to­wy, gdy uznasz, że przy­szedł czas na dziec­ko. Nie je­steś chy­ba zła? – Zro­bił mar­kot­ną minę, spo­glą­da­jąc jej w oczy. – Prze­cież po­wie­dzia­łem, że po­cze­kam tyle, ile bę­dziesz po­trze­bo­wa­ła.

Nie po­tra­fi­ła się na nie­go gnie­wać. Chciał do­brze. A drzwi od po­ko­ju dzie­cię­ce­go za­wsze moż­na za­mknąć, by wy­po­sa­że­nie nie kłu­ło w oczy.

– Nie. W po­rząd­ku. Nic złe­go się nie sta­ło.

– Całe szczę­ście – od­parł. Ob­jął ją w pa­sie i oparł czo­ło o jej czo­ło. Spo­glą­dał jej w oczy. – Nie wy­ba­czył­bym so­bie, gdy­byś po­wie­dzia­ła, że spra­wi­łem ci przy­krość. Je­steś moją księż­nicz­ką. Ko­cham cię tak bar­dzo, że nie je­steś w sta­nie so­bie tego wy­obra­zić.

– Ja też cię ko­cham – wy­zna­ła, nim ich usta po­łą­czył po­ca­łu­nek.

Uwa­ża­ła, że Piotr jest zde­cy­do­wa­nie naj­lep­szym, co spo­tka­ło ją w ży­ciu.

– Czym so­bie za­słu­ży­łam na tak wspa­nia­łe­go męż­czy­znę? – za­gad­nę­ła chwi­lę póź­niej.

– Ni­czym, Mysz­ko – od­parł. – To było po pro­stu prze­zna­cze­nie.

Roz­pie­ra­ło ją szczę­ście. Uko­cha­ny był cie­pły, ro­dzin­ny, a przy tym de­li­kat­ny i tak­tow­ny. Z em­pa­tią pod­szedł do jej ży­cio­wej hi­sto­rii. Nie stwa­rzał sztucz­nych pro­ble­mów. A przede wszyst­kim ją uwiel­biał i oka­zy­wał to na każ­dym kro­ku.

To ona czu­ła się cza­sa­mi ni­kim. Uwa­ża­ła, że nie za­słu­ży­ła na ko­goś ta­kie­go. Cza­sem wręcz drę­czył ją pa­nicz­ny strach na myśl, że pew­ne­go dnia szczę­ście pry­śnie jak bań­ka my­dla­na, po­nie­waż ten wspa­nia­ły czło­wiek może przej­rzeć na oczy. Albo, gdy mi­nie faza pierw­sze­go za­uro­cze­nia, uzna, że po­peł­nił sza­leń­stwo, wpusz­cza­jąc do swo­je­go ży­cia Mał­go­rza­tę.

Ni­g­dy nie wol­no mi za­po­mi­nać, kim je­stem i skąd po­cho­dzę. Nie mogę spra­wić Piotr­ko­wi za­wo­du. Mu­szę do­kła­dać sta­rań, żeby był ze mną szczę­śli­wy i nie ża­ło­wał na­sze­go mał­żeń­stwa.

Cie­szy­ła się z prze­pro­wadz­ki do no­we­go lo­kum. Jesz­cze przed dwie­ma go­dzi­na­mi była miesz­kan­ką Kra­ko­wa, te­raz mia­ła za­cząć nowe ży­cie w zu­peł­nie ob­cym mie­ście. Zwol­ni­ła zaj­mo­wa­ną wcze­śniej ka­wa­ler­kę, zło­ży­ła wy­po­wie­dze­nie w pra­cy. Tuż po ślu­bie mia­ła za­miar po­szu­kać so­bie ja­kie­goś sen­sow­ne­go za­ję­cia w Boch­ni, choć Piotr uspo­ka­jał ją, że nie ma po­śpie­chu. Stać go na to, by za­pew­nić uko­cha­nej god­ny byt, więc na­wet je­śli przez dłuż­szy czas po­zo­sta­nie w domu, nic się nie sta­nie. Na pew­no nie za­brak­nie im pie­nię­dzy. A on bę­dzie szczę­śli­wy, ma­jąc uko­cha­ną Mysz­kę wy­łącz­nie dla sie­bie.

——

Rok 2004

W miesz­ka­niu pa­no­wał za­duch. Nic dziw­ne­go, sko­ro od rana był nie­przy­jem­ny upał. Mał­go­rza­ta otwar­ła okno, by wpu­ścić po­wie­trze. Dwie kon­dy­gna­cje ni­żej Grodz­ka wciąż tkwi­ła z gło­wą wy­sta­wio­ną na ze­wnątrz, ło­wiąc chci­wie wszel­kie od­gło­sy osie­dla. Zwy­kle na pa­ra­pe­cie mia­ła uło­żo­ną po­dusz­kę, o któ­rą opie­ra­ła łok­cie, by nie na­ba­wić się reu­ma­ty­zmu od kon­tak­tu z zim­nym ka­mien­nym pa­ra­pe­tem. Jur­czy­ko­wie zna­li jej upodo­ba­nie do pod­słu­chi­wa­nia, więc przy otwar­tych oknach za­cho­wy­wa­li się ci­cho, nie po­zwa­la­jąc so­bie na­wet na swo­bod­ną roz­mo­wę.

Go­sia wsta­wi­ła kwia­ty do fla­ko­nu.

– Je­steś głod­ny? – za­py­ta­ła jak gdy­by ni­g­dy nic. Mia­ła na­dzie­ję, że Pio­trek nie jest zły z po­wo­du tego ocze­ki­wa­nia.

Wie­dząc, że mąż wró­ci póź­no, za­pla­no­wa­ła po­cząt­ko­wo, że przy­go­tu­je mu cie­pły, świe­ży po­si­łek po po­wro­cie znad rze­ki. Gdy­by przy­je­chał o za­po­wie­dzia­nej po­rze, zdą­ży­ła­by ze wszyst­kim. Nie przy­pusz­cza­ła, że zja­wi się wcze­śniej – za­zwy­czaj był punk­tu­al­ny jak szwaj­car­ski ze­ga­rek. Na szczę­ście w lo­dów­ce mia­ła za­wcza­su przy­go­to­wa­ne go­łąb­ki, któ­re na­le­ża­ło po pro­stu od­grzać. Po­przed­nie­go wie­czo­ru, pod wpły­wem nie­ja­sne­go im­pul­su, po­świę­ci­ła na ich zro­bie­nie tro­chę cza­su. Te­raz w du­chu gra­tu­lo­wa­ła so­bie prze­zor­no­ści, w prze­ciw­nym ra­zie mia­ła­by się z pysz­na.

– Ow­szem – mruk­nął.

Z jego tonu oraz miny wy­wnio­sko­wa­ła, że jed­nak jest nie­za­do­wo­lo­ny, choć wcze­śniej, przy są­siad­kach raj­cu­ją­cych obok trze­pa­ka, nie oka­zy­wał gnie­wu. Wes­tchnę­ła ci­chut­ko, od­cho­dząc do kuch­ni. Prze­wi­dy­wa­ła ra­czej mało przy­jem­ny wie­czór. Piotr­ka ła­two było wy­pro­wa­dzić z rów­no­wa­gi.

– No to gdzie by­li­ście?

Aż pod­sko­czy­ła, sły­sząc jego głos za ple­ca­mi.

– Już ci mó­wi­łam. W Pro­szów­kach. Jest strasz­nie go­rą­co, nie chcia­łam trzy­mać Szym­ka w domu.

– Wiesz, że nie lu­bię, gdy jeź­dzi­cie sami nad Rabę. Nie umiesz pły­wać. Co byś zro­bi­ła, gdy­by mały za­czął to­nąć?

– W ogó­le nie było ta­kie­go ry­zy­ka, bo nie po­zwo­li­łam mu się od­da­lać.

Kor­ci­ło ją, by do­dać, że w po­bli­żu było spo­ro pla­żo­wi­czów, któ­rzy w ra­zie cze­go mo­gli­by przyjść z po­mo­cą, lecz w porę za­nie­cha­ła wy­gła­sza­nia ry­zy­kow­nych ko­men­ta­rzy. To za­raz po­cią­gnę­ło­by la­wi­nę py­tań o tych lu­dzi, czy był po­śród nich ktoś zna­jo­my i czy do­brze się ba­wi­ła, wie­dząc, że on w tym sa­mym cza­sie ślę­czy na nud­nym szko­le­niu.

Był za­zdro­śni­kiem. Ni­g­dy nie wol­no jej było o tym za­po­mi­nać.

– Wiesz, ja­kie są dzie­ci. Wy­star­czy chwi­la nie­uwa­gi i nie­szczę­ście go­to­we. Nie pa­mię­tasz już, jak przed ro­kiem wlazł do rze­ki po pas i za­czął go cią­gnąć nurt?

– Ależ, Pio­trek! Nic złe­go się nie sta­ło. Szy­mon ba­wił się na brze­gu. Po­trze­bo­wa­li­śmy tro­chę ochło­dy – tłu­ma­czy­ła, prze­kła­da­jąc od­po­wied­nią licz­bę go­łąb­ków z gę­siar­ki do mniej­sze­go ron­del­ka. Od­grze­wa­nie w mi­kro­fa­lów­ce w ogó­le nie wcho­dzi­ło w grę, mąż twier­dził, że psu­je to wa­lo­ry je­dze­nia.

– No nie wiem – burk­nął. – Po­stę­pu­jesz nie­od­po­wie­dzial­nie. Tyle razy ci mó­wi­łem, że­byś tam nie jeź­dzi­ła. Co za przy­jem­ność znaj­du­jesz w tkwie­niu nad Rabą?

– Jest upał – przy­po­mnia­ła. – Nie mogę trzy­mać dziec­ka wśród be­to­nu.

– Trze­ba było włą­czyć kli­ma­ty­za­tor.

– Szy­mon po­wi­nien jak naj­wię­cej prze­by­wać na po­wie­trzu – ob­sta­wa­ła przy swo­jej ra­cji. Nie­po­trzeb­nie. Ostat­nie zda­nie za­wsze mu­sia­ło na­le­żeć do męża.

– W ta­kim ra­zie mo­gli­ście pójść do par­ku. Nie ży­czę so­bie, że­byś jeź­dzi­ła z nim nad rze­kę. Prze­cież wiesz, że to ła­ma­ga. Na rów­nej dro­dze po­tra­fi się po­tknąć i zro­bić so­bie krzyw­dę. Na wi­dok ro­ba­ka do­sta­je spa­zmów. A na obo­zo­wi­sku za­wsze be­czy, że go gry­zą bąki i ko­ma­ry. Po cho­le­rę więc nosi was nad Rabę, sko­ro sie­dzi­cie na brze­gu?

– Nie na brze­gu, tyl­ko na pły­ciź­nie.

– Prze­cież mó­wi­łaś, że nie pu­ści­łaś go do wody – drą­żył.

– Nie pu­ści­łam go na głę­bi­nę. Ba­wił się w miej­scu, gdzie rze­ka się­ga do ko­stek – wy­ja­śni­ła, zła, że nie po­tra­fi uciąć ja­ło­wej dys­ku­sji.

Po­win­nam po­wie­dzieć, żeby prze­stał zrzę­dzić, wes­tchnę­ła w du­chu, mie­sza­jąc sos do go­łąb­ków.

Ni­g­dy nie po­tra­fi­ła ra­dy­kal­nie mu się po­sta­wić. W każ­dej dys­ku­sji miał nad nią prze­wa­gę. Za­wsze dy­go­ta­ła ze stra­chu, że mąż wy­su­nie osta­tecz­ny ar­gu­ment. Spusz­cza­ła więc z tonu, ła­go­dzi­ła kon­flik­ty, póki było to moż­li­we, szu­ka­ła kom­pro­mi­sów, a w osta­tecz­no­ści po pro­stu ustę­po­wa­ła. Pro­blem po­le­gał na tym, że Pio­trek był mi­strzem świa­ta w wał­ko­wa­niu in­te­re­su­ją­cych go kwe­stii. Bez koń­ca po­tra­fił mie­lić ja­kiś te­mat, cze­pia­jąc się de­ta­li. Za­cho­dzi­ła oba­wa, że i tym ra­zem nie od­pu­ści.

– Cza­sa­mi wy­star­czy chwi­la nie­uwa­gi. Jak cię znam, sie­dzia­łaś z no­sem w książ­ce albo roz­my­śla­łaś o nie­bie­skich mig­da­łach. Mamy tyl­ko jed­no dziec­ko, nie po­zwo­lę, by po­szło na zmar­no­wa­nie. Mu­sisz zwra­cać na nie­go wię­cej uwa­gi. A w ogó­le to nie­do­brze, by chło­pak był je­dy­na­kiem. Po­win­naś pójść do le­ka­rza i zro­bić ja­kieś ba­da­nia. Prze­cież to nie­moż­li­we, że­by­śmy po tylu la­tach sta­rań mie­li tyl­ko Szy­mo­na.

Mał­go­rza­ta po­czu­ła nie­przy­jem­ny ucisk w oko­li­cy ser­ca. Na szczę­ście mo­gła szyb­ko od­wró­cić się od Pio­tra pod pre­tek­stem wy­ję­cia ta­le­rzy z szaf­ki.

– Szym­ku! Masz ocho­tę na go­łąb­ki? – za­wo­ła­ła w głąb miesz­ka­nia. Jej głos na­wet nie drgnął emo­cja­mi. Cóż… Była mi­strzy­nią w uda­wa­niu, tę sztu­kę opa­no­wa­ła do per­fek­cji.

– A po co go py­tasz? Na­łóż, niech je. Chu­dy jest jak szcza­pa, do­brze by mu zro­bi­ło, gdy­by zmęż­niał choć tro­chę.

– Prze­cież go nie zmu­szę do je­dze­nia.

– Ale to nie jest nor­mal­ne, żeby chło­pak nie miał ape­ty­tu. Jak by­łem w jego wie­ku, mo­głem po­chło­nąć ko­nia z ko­py­ta­mi. Może Szy­mek za mało bie­ga po świe­żym po­wie­trzu? Tkwi ca­ły­mi dnia­mi z książ­ką w ręce.

– Wła­śnie po to go za­bra­łam nad wodę, żeby nie sie­dział w mu­rach – pró­bo­wa­ła bro­nić swej ra­cji, lecz ar­gu­ment, któ­re­go uży­ła, po­dzia­łał na opak.

– Nie cho­dzi o włó­cze­nie się z nim nad Rabę, tyl­ko o to, by po­go­nił z chło­pa­ka­mi po bo­isku. Ja w jego wie­ku nie lu­bi­łem sie­dzieć w domu. To była naj­więk­sza kara. Spę­dza­łem czas na ze­wnątrz, bie­ga­łem, by­łem ży­wio­ło­wy. Przy­naj­mniej nie wy­glą­da­łem jak ane­mik.

Mał­go­rza­ta w mil­cze­niu na­ło­ży­ła na ta­lerz trzy por­cje i po­la­ła je so­sem. W cza­sie gdy za­no­si­ła ta­le­rze do po­ko­ju, Piotr zdą­żył za­mknąć okno. Wi­dać za­mie­rzał na­dal uty­ski­wać i nie chciał, by ktoś go pod­słu­chi­wał.

Ro­dzi­na za­sia­dła przy sto­le.

Go­łąb­ki nie za­słu­ży­ły na uzna­nie w oczach męża. We­dług nie­go były zbyt su­che, bra­ko­wa­ło im tak­że przy­praw.

– Mało wy­ra­zi­ste – zrzę­dził. – Nie czu­jesz sma­ku? Mo­gła­byś w koń­cu na­uczyć się do­brze go­to­wać. Czy ja na­praw­dę tak wie­le wy­ma­gam? Od je­de­na­stu lat ma­rzę o smacz­nym po­sił­ku, a wciąż do­sta­ję po­tra­wy to przy­pa­lo­ne, to za sło­ne, to bez sma­ku.

– Sta­ram się – wes­tchnę­ła.

– Sta­rasz się, sta­rasz! Je­steś bez­na­dziej­na – stwier­dził. – A ty co? – ofuk­nął syna. – Nie gap się, tyl­ko jedz!

Za­gry­zła war­gę, by nie dać po so­bie ni­cze­go po­znać, bo mia­ła płacz na koń­cu nosa. Cią­ża zde­cy­do­wa­nie źle na nią wpły­wa­ła, czy­niąc płacz­li­wą, bez­wol­ną isto­tą.

Jesz­cze kil­ka dni temu, gdy na­rze­ka­nie męża – bo o sprzecz­kach wła­ści­wie nie było mowy przy nie­mal­że jed­no­stron­nym nada­wa­niu kry­tycz­nych ko­mu­ni­ka­tów – wcho­dzi­ło w moc­no za­awan­so­wa­ne sta­dium, po­cie­sza­ła się w du­chu swo­ją man­trą: Jesz­cze osiem lat. Jesz­cze osiem cho­ler­nych lat. Dam radę. Wy­trzy­mam. Te­raz na­wet tym nie mo­gła so­bie po­móc w trud­nych chwi­lach.

Była na sie­bie wście­kła. Wciąż pró­bo­wa­ła do­ciec, w któ­rym miej­scu po­peł­ni­ła błąd. Czy prze­oczy­ła ja­kąś pi­guł­kę? Prze­cież bar­dzo pil­no­wa­ła re­gu­lar­ne­go za­ży­wa­nia. Mia­ła je w pra­cy i bra­ła co­dzien­nie przy po­ran­nej ka­wie. To był ści­śle prze­strze­ga­ny ry­tu­ał. W week­en­dy się­ga­ła do ko­sme­tycz­ki, gdzie za­wsze trzy­ma­ła dwie ta­blet­ki wło­żo­ne do sa­szet­ki po apa­pie. Zwy­kle uda­wa­ło jej się dys­kret­nie za­żyć każ­dą z nich wte­dy, gdy mąż zaj­mo­wał się po­ran­ną to­a­le­tą. Lata przy­zwy­cza­jeń, we­wnętrz­nej dys­cy­pli­ny i sa­mo­kon­tro­li na każ­dym kro­ku nie po­zwa­la­ły na prze­ocze­nia.

Skąd więc ta cią­ża? Ja­kim cu­dem?

Test jed­nak nie kła­mał. Na wszel­ki wy­pa­dek wy­ko­na­ła trzy, każ­dy od in­ne­go pro­du­cen­ta. Krwa­wie­nie spóź­nia­ło się o dwa ty­go­dnie. Po­win­na pójść do le­ka­rza, żeby po­twier­dzić in­for­ma­cję, ale na ra­zie nie chcia­ła tego ro­bić, po­nie­waż wte­dy tra­fi­ła­by w te cho­ler­ne sta­ty­sty­ki i kar­to­te­ki, któ­re nie po­zwa­la­ją na dys­kret­ne wy­eli­mi­no­wa­nie pro­ble­mu w nie­le­gal­ny spo­sób.

Nie, nie była cał­ko­wi­cie zde­cy­do­wa­na na abor­cję. Zwle­ka­ła z pod­ję­ciem de­cy­zji, wie­dząc, że sło­no za to za­pła­ci. I nie cho­dzi­ło o pie­nią­dze – mia­ła za­skór­nia­ki, o któ­rych Piotr nie miał bla­de­go po­ję­cia. Wpraw­dzie za­mie­rza­ła je wy­ko­rzy­stać na coś zu­peł­nie in­ne­go, lecz w tej sy­tu­acji siła wyż­sza uza­sad­nia­ła na­ru­sze­nie oszczęd­no­ści. Nie mo­gła się zde­cy­do­wać, bo z jed­nej stro­ny prze­peł­niał ją strach przed wy­rzu­ta­mi su­mie­nia, z dru­giej zaś oba­wa o to, że je­śli zre­zy­gnu­je z za­bie­gu, to nie bę­dzie po­tra­fi­ła po­ko­chać no­we­go ży­cia, któ­re tak po­krzy­żu­je jej pla­ny. Że nie znaj­dzie w ser­cu prze­strze­ni na dru­gie dziec­ko, bo nie dość, że w ca­ło­ści wy­peł­nia je Szy­mon, to jesz­cze cho­dzi o ojca istot­ki, któ­ra ro­śnie w jej ło­nie.

Te­raz więc, za­miast po­wta­rzać so­bie, że tyl­ko osiem lat dzie­li ją od daw­no wy­ty­czo­ne­go celu, sku­pi­ła my­śli na ma­leń­stwie w swo­im brzu­chu.

Nie chcę cię. Nie pla­no­wa­łam, że się po­ja­wisz. Le­piej, żeby cie­bie nie było. Wszyst­ko kom­pli­ku­jesz.

Bez ape­ty­tu grze­ba­ła wi­del­cem w ta­le­rzu, czu­jąc na so­bie wzrok męża. Gdy pod­nio­sła spoj­rze­nie, pa­trzył na nią wy­mow­nie.

– No wi­dzisz? Na­wet to­bie ten syf nie sma­ku­je – po­wie­dział cierp­ko.

Nie zdą­ży­ła za­pro­te­sto­wać, gdy za­brzę­czał do­mo­fon.

– Ocze­ku­jesz ko­goś? Za­pra­sza­łaś go­ści pod moją nie­obec­ność?

Po­krę­ci­ła gło­wą. Od daw­na nikt nie od­wie­dzał jej w miesz­ka­niu. Z naj­lep­szą przy­ja­ciół­ką, Ewą, po­zo­sta­wa­ła od dłuż­sze­go cza­su głów­nie w kon­tak­cie te­le­fo­nicz­nym. Z nie­licz­ny­mi ko­le­żan­ka­mi spo­ty­ka­ła się cał­ko­wi­cie przy­pad­ko­wo na mie­ście. Nie za­glą­da­ły do niej na­wet są­siad­ki, bo ucho­dzi­ła wśród nich za out­si­der­kę, a wręcz dzi­ku­skę. Szy­mon tak­że nie zwo­ły­wał do sie­bie ko­le­gów – ku zmar­twie­niu Gosi wy­ra­stał na nie mniej­sze­go od­lud­ka.

Być może winę za ten stan rze­czy po­no­sił Pio­trek, któ­ry po każ­dej wi­zy­cie chłop­ców wy­py­ty­wał syna o wszyst­ko. Co to za dzie­cia­ki? Czy nic nie zgi­nę­ło pod­czas ich wi­zy­ty? Nie na­ro­bi­li szkód? Kim są i czym się zaj­mu­ją ich ro­dzi­ce? Dla­cze­go Szy­mek tak mi­zer­nie przy nich wy­glą­da? Na pew­no jest o gło­wę niż­szy i dużo szczu­plej­szy od naj­drob­niej­sze­go ko­le­gi. Pew­nie do­ku­cza­ją mu w szko­le i mają go za kla­so­we­go ofer­mę. Czy wy­łu­dza­ją od nie­go pie­nią­dze i za­baw­ki? Zmu­sza­ją go, by od­ra­biał za nich za­da­nia?

Ku za­sko­cze­niu Mał­go­rza­ty z wi­zy­tą przy­by­li te­ścio­wie. Już w przed­po­ko­ju na­ro­bi­li spo­ro ru­chu. Tłu­ma­czy­li, że wpa­dli, bo byli w po­bli­żu. Prze­cież nie będą się za­po­wia­da­li do ro­dzo­ne­go syna te­le­fo­nicz­nie. Nie jest pa­pie­żem, by uma­wiać się z nim na au­dien­cję.

– Sia­daj­cie, pro­szę – za­chę­cił Piotr. – Ma­cie ocho­tę na go­łąb­ki? Mał­go­rza­ta ugo­to­wa­ła, pal­ce li­zać! Ko­cha­nie, za­grzej po dwa dla ma­mu­si i ta­tu­sia – wy­dał jej po­le­ce­nie.

Mia­ła na koń­cu ję­zy­ka stwier­dze­nie, że nie wy­pa­da kar­mić te­ściów sy­fem po­zba­wio­nym sma­ku. Te sło­wa za­pew­ne otwar­ły­by pie­kiel­ne cze­lu­ści, ścią­ga­jąc na jej gło­wę gi­gan­tycz­ną awan­tu­rę. Na sa­mym po­cząt­ku mał­żeń­stwa pró­bo­wa­ła cza­sa­mi ta­kich za­gry­wek w po­tycz­kach z mę­żem, lecz za­wsze się to na niej mści­ło.

Po je­de­na­stu la­tach zdą­ży­ła przy­wyk­nąć do tego, że Piotr ma dwie twa­rze: jed­ną na po­kaz, dru­gą dla do­mow­ni­ków. Przy go­ściach czy zna­jo­mych poza do­mem za­wsze był ude­rza­ją­co miły i szar­manc­ki. Spra­wiał wra­że­nie wciąż za­ko­cha­ne­go żon­ko­sia, któ­ry świa­ta nie wi­dzi poza ślub­ną i go­tów jej nie­ba przy­chy­lić. W za­ci­szu prze­cho­dził me­ta­mor­fo­zę w gbu­ra, któ­re­mu nic nie od­po­wia­da i na każ­dym kro­ku musi zrzę­dzić, choć mie­wał chwi­le, gdy rów­nież na ło­nie ro­dzi­ny by­wał za­ska­ku­ją­co miły. Mał­go­rza­ta daw­no temu opa­no­wa­ła sztu­kę pod­cho­dze­nia do nie­go ni­czym do ty­ka­ją­cej bom­by. Ni­g­dy bo­wiem nie po­tra­fi­ła prze­wi­dzieć ani jego na­stro­jów, ani tym bar­dziej re­ak­cji. Zwłasz­cza że zmie­nia­ły się jak w ka­lej­do­sko­pie.

Bez sło­wa wy­szła więc do kuch­ni, żeby przy­go­to­wać po­czę­stu­nek.

Ka­wał nie­kon­se­kwent­ne­go dra­nia, po­my­śla­ła. Naj­pierw wy­brzy­dza, po­tem chwa­li. Mógł­by się zde­cy­do­wać.

Z po­ko­ju dzien­ne­go do­bie­gał ją gwar roz­mo­wy. Choć nie było to ko­niecz­ne, zo­sta­ła w kuch­ni, cze­ka­jąc, aż go­łąb­ki się pod­grze­ją. Nie cią­gnę­ło jej do go­ści. Sto­sun­ki z te­ścia­mi na­le­ża­ły za­le­d­wie do po­praw­nych i były ra­czej let­nie niż cie­płe. Swe­go cza­su pró­bo­wa­ła po­ża­lić się Ja­dwi­dze Jur­czyk na apo­dyk­tycz­ność Pio­tra, lecz ona nie do­strze­ga­ła pro­ble­mu. Choć w domu te­ścio­wej pa­no­wał układ opar­ty na part­ner­stwie, może na­wet z de­li­kat­ną prze­wa­gą ma­triar­cha­tu, Ja­dwi­ga stwier­dzi­ła, że od tego jest męż­czy­zna, by no­sił spodnie. A Goś­ka po­win­na do­ce­nić męża, któ­ry tra­fił jej się ni­czym los na lo­te­rii, i ro­bić wszyst­ko, by go uszczę­śli­wić. Zwłasz­cza że Pio­truś jest w nią wpa­trzo­ny jak w ob­ra­zek.

Kil­ka mi­nut póź­niej wró­ci­ła do po­ko­ju z dwo­ma do­dat­ko­wy­mi ta­le­rza­mi.

Z sa­tys­fak­cją ob­ser­wo­wa­ła, jak go­ście pa­ła­szu­ją go­łąb­ki. Po­zwo­li­ła so­bie na­wet na po­sła­nie Pio­tro­wi miaż­dżą­ce­go spoj­rze­nia. Ot, taka mała woj­na do­mo­wa – bez słów i bez ge­stów.

– Po­wiedz no mi, dziec­ko – te­ścio­wa unio­sła gło­wę znad ta­le­rza – kie­dy uszczę­śli­wi­cie nas dru­gim wnucz­kiem. Nie­do­brze mieć je­dy­na­ka, wiem, co mó­wię. Pio­tru­sio­wi za­wsze bra­ko­wa­ło ro­dzeń­stwa. No ale my z An­drze­jem nie mo­gli­śmy so­bie po­zwo­lić na wię­cej dzie­ci, mie­li­śmy skom­pli­ko­wa­ną sy­tu­ację. Co in­ne­go wy. Pio­trek świet­nie za­ra­bia, ma­cie do­sko­na­łe wa­run­ki. A gdy­by za­bra­kło wam prze­strze­ni, mo­gli­by­ście prze­cież ku­pić dom. Nie po­win­ni­ście się ocią­gać z po­więk­sza­niem ro­dzi­ny, bo czas leci. Nie bę­dziesz co­raz młod­sza – kła­pa­ła nie­mal jed­nym tchem, nie do­pusz­cza­jąc sy­no­wej do gło­su.

Atak był wy­raź­nie skie­ro­wa­ny w stro­nę Goś­ki. Jak zwy­kle. Mał­go­rza­ta nie­na­wi­dzi­ła py­tań o po­więk­sze­nie ro­dzi­ny. Te­ścio­wie wciąż wy­wie­ra­li na nią na­cisk. Przy każ­dej oka­zji po­ru­sza­li ten te­mat. Ja­dwi­ga za­su­ge­ro­wa­ła na­wet, że sy­no­wa po­win­na przejść so­lid­ne ba­da­nia, naj­le­piej u po­le­co­ne­go przez nią spe­cja­li­sty. Bo coś musi być z nią nie tak, sko­ro nie za­cho­dzi po­now­nie w cią­żę.

Ech… Gdy­by wie­dzie­li, że wła­śnie roz­my­ślam nad abor­to­wa­niem upra­gnio­ne­go przez nich wnu­ka! Ni­g­dy w ży­ciu nie po­ję­li­by, cze­mu bio­rę to pod uwa­gę. Uwa­ża­ją, że ni­cze­go mi nie brak do szczę­ścia, pod­czas gdy ja tak na­praw­dę ma­rzę, by uciec jak naj­da­lej stąd.

– Sta­ra­my się – bąk­nął w jej imie­niu Pio­trek. – Ale ja­koś nie wy­cho­dzi.

– Może Go­sia jest za­nad­to ze­stre­so­wa­na? – za­gad­nął teść.

– Czym? – Piotr wzru­szył ra­mio­na­mi. – Ma tu­taj jak u pana Boga za pie­cem.

– Pra­cą cho­ciaż­by – od­par­ła Ja­dwi­ga. – Nie poj­mu­ję, po co tra­cisz czas na cho­dze­nie do biu­ra. Mój syn jest w sta­nie utrzy­mać ro­dzi­nę na god­nym po­zio­mie. Mo­gła­byś zre­zy­gno­wać z po­sa­dy i za­jąć się wy­łącz­nie do­mem. Wszy­scy by na tym sko­rzy­sta­li, bo z tego, co wiem, ko­ko­sów nie za­ra­biasz. Szy­muś był­by może le­piej za­opie­ko­wa­ny, bo ta­kie z nie­go chu­cher­ko, że aż strach! Mia­ła­byś czas na upie­cze­nie cia­sta, nie mu­sia­ła­byś kar­mić ro­dzi­ny go­tow­ca­mi z cu­kier­ni. A i pew­nie prę­dzej za­szła­byś w cią­żę, gdy­byś była bar­dziej zre­lak­so­wa­na i od­prę­żo­na. Znam ży­cie, wiem, że pra­ca za­wsze po­cią­ga za sobą stres. To­bie naj­wy­raź­niej to nie słu­ży.

Mał­go­rza­ta nie­na­wi­dzi­ła po­dob­nych roz­mów. To była jej spra­wa i uwa­ża­ła, że nikt nie ma pra­wa w nią in­ge­ro­wać. Bo­la­ły ją ta­kie na­ci­ski, po­nie­waż jako mło­da dziew­czy­na ma­rzy­ła o licz­nej i szczę­śli­wej ro­dzi­nie. Wraz z do­ro­sło­ścią przy­szedł ra­cjo­na­lizm oraz strach przed ma­te­ria­łem ge­ne­tycz­nym, któ­ry mo­gła­by prze­ka­zać po­tom­stwu. A póź­niej do­szła do tego nie­chęć zwią­za­na z nie­uda­nym w jej od­czu­ciu mał­żeń­stwem.

Nikt nie po­wi­nien dyk­to­wać ko­bie­cie, ile dzie­ci musi uro­dzić. Żad­ne te­ścio­we, ciot­ki i życz­li­we ku­zyn­ki. Mogę so­bie wy­obra­zić, jak w ta­kiej sy­tu­acji czu­ją się oso­by, któ­rym za­le­ży na po­więk­sze­niu ro­dzi­ny, lecz nie po­zwa­la na to zdro­wie. Kie­dy po­dej­mo­wa­ne wy­sił­ki idą na mar­ne, a one wciąż są pod­da­wa­ne pre­sji. To musi po­twor­nie do­skwie­rać, roz­my­śla­ła zdru­zgo­ta­na Go­sia. A co mają po­wie­dzieć ko­bie­ty ta­kie jak ja? Tkwią­ce po uszy w bez­na­dziej­nej sy­tu­acji u boku męża ty­ra­na. Pra­gną­ce po­tom­stwa, lecz tłu­mią­ce na siłę in­stynkt ma­cie­rzyń­ski, aby dziec­ko nie sta­ło się kar­tą prze­tar­go­wą w kon­flik­tach…

– Nie je­stem ze­stre­so­wa­na pra­cą – od­rze­kła, za­cho­wu­jąc wcze­śniej­sze prze­my­śle­nia dla sie­bie. Ich wy­gła­sza­nie i tak nie mia­ło sen­su. Na­ra­zi­ła­by się tyl­ko na gniew te­ściów i męża. – Bar­dzo ją lu­bię.

– A może za bar­dzo? – drą­ży­ła te­ścio­wa.

– Nie. W moim ży­ciu wszyst­ko ma od­po­wied­nie miej­sce i jest na­le­ży­cie wy­wa­żo­ne. Może mama być pew­na, że gdy­bym nie była w sta­nie po­go­dzić pra­cy z pro­wa­dze­niem domu, to sko­rzy­sta­ła­bym ze wspa­nia­ło­myśl­no­ści Pio­tra – skła­ma­ła bez mru­gnię­cia po­wie­ką.

Kie­dyś ję­zyk sta­nie mi koł­kiem! – wes­tchnę­ła w du­chu.

Ni­g­dy nie uty­ski­wa­ła na nad­miar obo­wiąz­ków, choć cza­sa­mi fak­tycz­nie by­wa­ło jej cięż­ko i ma­rzy­ła o chwi­li wy­tchnie­nia. Gdy­by przy­zna­ła na głos, że bra­ku­je jej sił, nie daje rady lub jest zwy­czaj­nie zmę­czo­na, za­raz za­czę­ły­by się na­ci­ski, by rzu­ci­ła pra­cę. Tak na­praw­dę wy­po­czy­wa­ła w biu­rze, gdyż tam był czas i na ogar­nię­cie do­ku­men­tów, i na re­laks z fi­li­żan­ką kawy, i na po­ga­dusz­ki z resz­tą per­so­ne­lu. Po po­wro­cie do domu wpa­da­ła w kie­rat: pra­ła, go­to­wa­ła, sprzą­ta­ła, od­ra­bia­ła lek­cje z Szy­mo­nem. Nic dziw­ne­go, że bra­ko­wa­ło jej cza­su na pie­lę­gno­wa­nie ja­kich­kol­wiek za­in­te­re­so­wań. Nie­licz­ne wol­ne chwi­le spę­dza­ła w to­wa­rzy­stwie Ewy lub z żo­na­mi swo­ich współ­pra­cow­ni­ków – to były jej je­dy­ne ko­le­żan­ki.

Rozdział 2

Mężo­wi nie moż­na od­ma­wiać. Goś­ka le­ża­ła na ple­cach z moc­no za­ci­śnię­ty­mi po­wie­ka­mi. Po­mię­dzy jej uda­mi uwi­jał się Piotr, po­sa­pu­jąc. Na szczę­ście cza­sy, gdy ocze­ki­wał od niej znacz­nie więk­sze­go za­an­ga­żo­wa­nia, mi­nę­ły. Na­sy­cił zmy­sły wy­star­cza­ją­co. A może po pro­stu nie krę­ci­ło go to samo co kie­dyś? Zma­la­ły jego pra­gnie­nia i jur­ność? Był od niej star­szy o osiem lat. Gdy do­cho­dzi­ło do zbli­że­nia, co­raz szyb­ciej się mę­czył, a na jego skro­ni pul­so­wa­ła żył­ka, któ­rej daw­niej nie za­uwa­ża­ła. Ow­szem, cza­sa­mi na­dal miał ocho­tę ro­bić to przy włą­czo­nej lamp­ce noc­nej, ale znacz­nie rza­dziej na­cho­dzi­ły go róż­ne dzi­kie fan­ta­zje.

Za­sad­ni­czo od dłuż­sze­go cza­su seks był czyn­no­ścią czy­sto me­cha­nicz­ną, po­prze­dzo­ną je­dy­nie mi­ni­mum gry wstęp­nej. Kie­dy Pio­trek ją brał, le­ża­ła po­tul­nie, roz­chy­la­jąc uda mak­sy­mal­nie sze­ro­ko. Cza­sa­mi na­wet od­czu­wa­ła na­miast­kę pod­nie­ce­nia, lecz jej my­śli błą­dzi­ły w zu­peł­nie in­nym kie­run­ku. Przy ta­kich oka­zjach wspo­mi­na­ła ja­kieś biu­ro­we plot­ki albo fan­ta­zjo­wa­ła o su­kien­ce, któ­rą chcia­ła­by so­bie spra­wić. Ewen­tu­al­nie sku­pia­ła uwa­gę na tym, co po­win­na ugo­to­wać na­za­jutrz. W sto­sow­nym mo­men­cie za­czy­na­ła uda­wać nad­cią­ga­ją­cy or­gazm. Te­raz była mi­strzy­nią w tej dzie­dzi­nie, choć przed laty każ­de fi­gle z mę­żem zwień­cza­ły spa­zmy roz­ko­szy.

– Roz­luź­nij się – syk­nął Piotr w pew­nym mo­men­cie. – Je­steś strasz­nie spię­ta.

Ba! Żeby to było ta­kie pro­ste. Niby nie bo­la­ło, lecz nie było też przy­jem­nie. Daw­niej lu­bi­ła z nim ba­rasz­ko­wać, a ich swa­wo­lom to­wa­rzy­szy­ło znacz­nie wię­cej piesz­czot i czu­ło­ści.

Cza­sa­mi drę­czy­ło ją po­czu­cie winy, że tak bar­dzo zo­bo­jęt­nia­ła. W grun­cie rze­czy nie był ta­kim strasz­nym mę­żem, mo­gła tra­fić o wie­le go­rzej. Ni­g­dy nie wra­cał do domu pi­ja­ny, nie pod­no­sił na nią ręki, ob­sy­py­wał ją pre­zen­ta­mi i na­wet jego za­bor­czość dało się znieść.

A że nie­ustan­nie gde­rał i by­wał przy tym nie­przy­jem­ny, wręcz cham­ski?

Za­pew­ne wie­lu mę­żów tak ma.

Do Piotr­ka za­wsze mu­sia­ło na­le­żeć ostat­nie zda­nie, był upar­ty, czę­sto zło­śli­wy. Ale ko­chał ją nad ży­cie, po­wta­rzał to przy każ­dej oka­zji. To ona jest nie­udacz­ni­cą, któ­ra nie dość, że nie do­ce­nia mał­żeń­skie­go szczę­ścia, to jesz­cze rze­czy­wi­ście kiep­sko wy­wią­zu­je się ze swo­ich po­win­no­ści.

Na­wet świę­ty stra­cił­by do mnie cier­pli­wość, prze­mknę­ło jej przez myśl. Nic dziw­ne­go, że po­żą­da­nie Pio­tra za­czę­ło słab­nąć.

Kie­dyś Mał­go­rza­ta go­to­wa była sko­czyć za nim w ogień. Speł­nia­ła każ­dą za­chcian­kę ślub­ne­go, byle go przy so­bie za­trzy­mać. Po­tra­fi­ła wy­czu­wać jego na­stro­je i być wy­uz­da­na wów­czas, gdy tego ocze­ki­wał. Nie mo­gła znieść my­śli, że mógł­by ją za­stą­pić inną ko­bie­tą: może młod­szą, może ład­niej­szą, może bar­dziej na­mięt­ną. A może po pro­stu taką, któ­ra by­ła­by lep­szą pa­nią domu.

Gdy po­zna­ła Pio­tra, była ni­kim, on na­to­miast miał już usta­bi­li­zo­wa­ną sy­tu­ację ży­cio­wą, atrak­cyj­ną pra­cę i nie­złe miesz­ka­nie. Ksią­żę z baj­ki, ot co.

Na mo­ment po­wró­ci­ła my­śla­mi do cza­sów, gdy seks z Piotr­kiem do­pro­wa­dzał ją do sza­leń­stwa.

.

.

.

…(fragment)…

Całość dostępna w wersji pełnej

Spis treści

Karta tytułowa

Karta redakcyjna

Część I

Rozdział 1

Rozdział 2

Rozdział 3

Rozdział 4

Rozdział 5

Rozdział 6

Rozdział 7

Rozdział 8

Rozdział 9

Część II

Rozdział 1

Rozdział 2

Rozdział 3

Rozdział 4

Rozdział 5

Rozdział 6

Część III

Rozdział 1

Rozdział 2

Rozdział 3

Rozdział 4

Rozdział 5

Rozdział 6

Rozdział 7

Rozdział 8