Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Poruszająca saga, w której miłość, nienawiść i tajemnice splatają losy bohaterów.
Antoni Parnicki, zakochany w Kornelii - żonie swego sąsiada i przyjaciela, tkwi w zawartym z rozsądku małżeństwie z Cecylią Zaleską. Brat Cecylii jest emisariuszem powstańczym. Na obrzeżach puszczy Niepołomickiej, po sąsiedzku z dwoma szlacheckimi rodami: Parnickich i Żelechowskich, żyje rodzina Trzosów - wolnych kmieci, których korzenie sięgają czasów króla Kazimierza Wielkiego. W skutek nieszczęśliwego wypadku na rodzinę Trzosów zostaje rzucona klątwa.
Mieszkańcy dziewiętnastowiecznej Galicji pod zaborem austriackim nie mają łatwego życia. Chłopi pańszczyźniani, nękani nieurodzajami, tyfusem i cholerą, marzą o zrzuceniu jarzma niewoli. Zubożała szlachta podrywa się do nierównej walki z zaborcą, lecz ich zryw zostaje krwawo stłumiony przez zbuntowanych kmieci.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 332
Rok wydania: 2026
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Drodzy Czytelnicy!
Oddaję w Wasze ręce kolejną sagę. Tym razem postanowiłam umieścić akcję w okolicach bliskich memu sercu. Niepołomice to urokliwe miasteczko o wielowiekowej tradycji i niezwykle bogatej historii. Nie sposób opisać wszystkich wydarzeń, które się tutaj rozgrywały, lecz część z nich postanowiłam wykorzystać jako kanwę nowej opowieści.
Przedstawione w niniejszej książce sytuacje i postaci są na wskroś fikcyjne, choć fabuła mocno splata się z realiami oraz cieniami faktycznie żyjących ludzi. Prawdą jest, że w pobliżu Niepołomic z dawien dawna mieszka rodzina Trzosów, której ziemię nadał sam król Kazimierz Wielki. Ja jednak wykorzystałam tę historię jako inspirację do stworzenia bohaterów, którzy nie mają absolutnie nic wspólnego z potomkami tamtego rodu.
Pokusiłam się o to, by przynajmniej częściowo wykorzystać w dialogach gwarę, jaką posługują się bądź posługiwali w przeszłości niepołomiczanie. Oczywiście nie sposób we współczesnej powieści wiernie oddać języka sprzed lat, nie siliłam się na prowadzenie narracji archaiczną polszczyzną, lecz nie mogłam opanować pokusy wtrącenia w nią choćby kilku wyrażeń, które szczególnie mocno działają na moją wyobraźnię pisarską.
Serdecznie zapraszam w podróż do XIX-wiecznej Galicji pod rządami austriackich zaborców. Życzę przyjemnej lektury!
Przeklęta dola
Zamek królewski w Niepołomicach
Rok 1845
Dzień był skwarny, jak przystało na połowę lipca, lecz Bernadeta Trzos za nic miała uwagi świekry1, która usiłowała zatrzymać ją w domu, tłumacząc, że targ w Niepołomicach nie jest odpowiednim miejscem dla brzemiennej kobiety.
– Ależ matulu! Przecież pojedziemy z Prokopem furą. Nic małemu nie będzie, daleko jeszcze do mojego czasu. Dopilnuję sprzedaży pierza, jaj i warzyw, a i posłucham, co ludzie gadają. Ckni mi się za gwarem miasta – odparła rezolutnie Betka, głaszcząc się po wypukłości. Należała do krzepkich kobiet, i ciążę było już dobrze znać po jej figurze, choć termin rozwiązania przypadał na listopad. Stan błogosławiony sugerowała rozluźniona na brzuchu sznurówka bogato zdobionego ciemnogranatowego gorsetu o czerwonym podszyciu, mocno odstające z przodu gęsto naszyte na nim kaletki2 oraz wzniesiona biała zapaska osłaniająca perkalową spódnicę zadrukowaną w drobny kwiatowy deseń.
Maria Trzos zmierzyła sneszkę3 krzywym okiem. Jej czujnemu spojrzeniu nie uszło, że Bernadeta włożyła odświętną koszulę i takiż fartuch – obydwie rzeczy bieluchne niczym śnieg i pokryte misternymi, ażurowymi haftami. Dodatkowo młoda ozdobiła szyję trzema sznurami karminowych korali, które spływały spod sutej kryzy.
– Wystroiłaś się jak na niedzielę. Nie żal ci takiej ładnej zapaski? Zaraz ją zbrukasz albo zakurzysz!
– Oj matulu! Nic się nie ubrudzi. Będę ostrożna.
– No… Nie wiem, nie wiem. – Trzosowa pozostawała sceptyczna.
– A dajcie już spokój – westchnęła Bernadeta.
Wszak nie po to włożyła tyle wysiłku w ładny wygląd, by zostać w domu, gdzie był huk prac gospodarskich i nuda. Ją ciągnęło między ludzi, do miasta! Choć może określenie „miasto” było w tym przypadku lekką przesadą, ponieważ Niepołomice składały się ze zwyczajnych chałup stłoczonych przede wszystkim wokół rynku i kościoła oraz rozsianych w okolicy zamku. Właściwie jeszcze przed kilkunastoma laty miały status wsi, może nie całkiem zwyczajnej, gdyż przed nastaniem Austriaków wchodziły w skład królewszczyzny. A ponieważ zarówno Piastowie, jak i wcześni Jagiellonowie pasjami lubili rezydować w Niepołomicach, aż dziw brał, że sami nie nadali im praw miejskich. Dopiero zaborca nadrobił to zaniedbanie, lecz prócz tego nie wniósł wiele dobrego w życie lokalnej społeczności. Ot, wtarabanił się pewnego dnia z policją konną oraz huzarami węgierskimi, których z czasem zastąpili jegrzy tyrolscy. Z tego tylko kłopot wynikał i ruina dla wspaniałego ongiś zamku, gdyż krótko po tym, jak zajęli go na koszary, uległ poważnemu pożarowi, poprzedzonemu już wcześniejszymi zniszczeniami oraz grabieżami dokonywanymi przez wojsko.
Jakub, świekr Bernadety, wciąż wyklinał najeźdźców i wzdychał, że dobrodziej Kazimierz Wielki, któremu Trzosowie zawdzięczają swój wysoki status materialny, zapewne w grobie przewraca się z boleści. Ciężko byłoby odmówić mu racji, gdyż Austriacy nie pokwapili się, by odbudować strawioną ogniem drugą kondygnację, natomiast w tym, co pozostało, umieścili odpowiednio: na pierwszym piętrze swoje urzędy, a na parterze stajnie dla koni. Zgroza, po prostu zgroza!
– Betko! Betko! – Rozległo się pokrzykiwanie męża.
Kobieta wyjrzała przez okno i zobaczyła, że Prokop jest już przygotowany do drogi. Na wozie zamocował nawet ławkę, choć zwykle na targ do Niepołomic jej nie zakładał, ponieważ z reguły albo szedł obok konia, albo powoził, stojąc na dennicy.
– Już lecę! – wykrzyknęła, odwracając się raptownie.
– Chustka! – burknęła Jakubowa, widząc, że Bernadeta gotowa jest jechać do miasta z gołą głową, co absolutnie nie uchodziło statecznej mężatce.
Betka z westchnieniem złapała kwiecistą płachtę, by zakryć starannie zaplecione i upięte warkocze, których w jej stanie nie wypadało już pokazywać publicznie. O swoje włosy dbała niczym, nie przymierzając, szlachcianka, wciąż je szczotkowała i nie żałowała im wody, ku zgorszeniu Kachny i pozostałych dziewek usługujących w obejściu. Za każdym razem, gdy je myła, pozostałe baby straszyły ją przerażającymi konsekwencjami, włącznie ze śmiercią.
Młoda mężatka przejrzała się w lusterku, poprawiła materiał, a potem zafurkotała spódnicami, i tyle ją widzieli.
– Skaranie boskie! – stwierdziła Trzosowa. – Od roku zamężna, a wciąż ma w głowie pstro!
W gruncie rzeczy lubiła swą synową i rada była, że Prokop właśnie Bernadetę upatrzył sobie na żonę. Jednego go miała, synusia ukochanego. Prócz niego powiła jeszcze trzy córki, z których żadna nie doczekała dorosłości. Gdyby przeżyły, dzisiaj zapewne cieszyłaby się liczną gromadką wnucząt, ponieważ Prokop przyszedł na świat jako ostatni. Po nim zaciążyła jeszcze raz, lecz nie dane jej było donoszenie dzieciątka. Spadła tak niefortunnie z przyczółka4 przy udeptywaniu siana, że przez trzy dni leżała w izbie bez życia, brocząc krwią. Nawet znachorka na nic się nie zdała, gdyż maleństwo przyszło na świat grubo przed czasem i od razu wyzionęło ducha. No i jakoś tak się wtedy porobiło, że Maria na zawsze musiała pogrzebać marzenia o kolejnym męskim potomku. Od tamtej pory trzęsła się nad każdą brzemienną, którą miała w obejściu, niczym kwoka nad kurczętami. Gdy Betka zdradziła, że nosi życie pod sercem, rozłożyła nad nią opiekuńcze skrzydła i najchętniej zamknęłaby sneszkę w izbie przy darciu pierza, kołowrotku lub haftach. Nawet do krów nie pozwalała jej chodzić, by czasami któraś krasula nie kopnęła młodej w brzuch, powodując nieszczęście.
Trzosowie byli wyjątkową rodziną. Ich dobrobyt sięgał czasów tak odległych, że człowiek nie zliczyłby lat, które upłynęły od dnia, gdy poprzednio ubogi los uległ odmianie. Swoje nazwisko i bogactwo zawdzięczali samemu królowi, czym szczycili się na każdym kroku. I, co najważniejsze, nie byli chłopami pańszczyźnianymi, ale wolnymi kmieciami.
Nic więc dziwnego, że kiedy przyszło do wybierania panny Prokopowi, swatano mu najzacniejsze gospodarskie córy z całej ekonomii niepołomickiej. A Prokop tylko kręcił nosem, to znowuż gładził w zamyśleniu bujnego wąsa i wymijająco odpowiadał, że na niego jest jeszcze czas. Ten przechera dawno już miał upatrzoną dzieweczkę i o żadnej innej nie chciał słyszeć. Wybrał sobie pannę z włości klasztornych w Słomirogu. Wypatrzył ją pewnego dnia podczas odpustu ku czci Matki Bożej Bolesnej w Staniątkach. Betka przechadzała się pośród kramów z chustami, krajkami i łakociami, spoglądając łasym okiem na wyłożone tam towary. On też patrzył łakomie, ale nie na kramy, tylko na nią. Piękna była bowiem jak malowanie. Miała długie warkocze w kolorze gryczanego miodu, czerwone usteczka i piwne oczy. Jej skóra była gładka jak u szlachcianki, ale jak przystało na gospodarską córę, muśnięta promieniami słońca. Gdy Kołodziejówna się uśmiechała, pokazywała cały komplet zdrowych zębów. Krzepka, dorodna – krew z mlekiem! Jej ojca Prokop znał z widzenia, pamiętał, że to kmieć gospodarujący na połowie łanu5. Widywał go i w Staniątkach podczas różnych okazji, i na placu targowym w Niepołomicach. Kiedyś nawet kupił od niego gęsi. Zamarzyła mu się wówczas ta najładniejsza gąseczka w stadzie Kołodzieja.
Nie potrzebował wiele czasu na podjęcie decyzji.
Sęk w tym, że Bernadeta na pierwszych swatów, którzy jeszcze nie przyszli z konkretną propozycją, lecz jedynie niby mimochodem wybadać grunt, prychnęła z pogardą. Miała wtedy podobno powiedzieć, że nie będzie wyrobnicą na tylu morgach. Trzosowie bowiem posiadali aż dwa i pół łana własnego gruntu, co stanowiło ewenement. Problemem było to, że wciąż mało mieli ludzi do obrabiania owego areału, ponieważ ich rodzina nie należała do licznych. Musieli więc najmować parobków, głównie z sąsiedniego majątku należącego do rodu Żelechowskich. Roboty tam nigdy nie brakowało, bo prócz pracy na roli trzeba było zadbać o żywy inwentarz. A ona nie będzie sobie rąk urabiać po łokcie, bo u tatula i gruntu mniej, i pańszczyzna odrabiana na rzecz klasztoru nie daje się zbyt mocno we znaki. A biedy nie znają, bo nawet na przednówku każdy najada się do syta: i gospodarze, i parobkowie.
Prokop, gdy to usłyszał, najpierw zawrzał gniewem, nie spodziewał się bowiem, że wysłany przez niego z misją swat przyniesie złe wieści. Ambroży, któremu zlecono ową misję, zachował jednak optymizm, bowiem rodzice Kołodziejówny nie byli przeciwni związkowi córki z tak zacnym kawalerem. Problem stanowiła wyłącznie kapryśna panna. Tę jednak na szczęście łatwo dało się przekonać haftowanymi wstęgami do gorsetu, obietnicą zatrudnienia dodatkowych parobków i paradną izbą na mieszkanie dla młodych.
Szybko okazało się, że z Bernadety jest nie lada spryciara. Ot, targowała się po to, by jak najwygodniej ułożyć swe małżeńskie życie. W posagu, prócz pięknie malowanej skrzyni wypełnionej wszelkim dobrem niezbędnym każdej kobiecie i gospodyni, wniosła także sporo żywego inwentarza, a przede wszystkim wiele obrotności i wysoko mierzące aspiracje. Prokopa raz-dwa okręciła sobie wokół palca, zresztą świekrę również, bo wypisz wymaluj przypominała jej najstarszą córkę, Agatkę, która zmarła po stratowaniu przez konia, nie doczekawszy siedemnastego roku życia. Jedynie Jakub wciąż spoglądał na sneszkę podejrzliwie i szukał z młodą zaczepki.
Nawet teraz, ledwo opadł kurz za odjeżdżającym wozem, przyszedł do chałupy, niby po to, by się napić wody, a przy okazji chrząknął znacząco.
– Taa… pojechali se na targ we dwoje. A papierówek nie ma komu pozbierać.
– Daj spokój. Pojechali, to pojechali. Papierówki Betka kazała zebrać Kachnie – wspomniała o siedemnastoletniej komornicy, sierocie litościwie przygarniętej przez Trzosów. – Obiecała, że jak wrócą z Niepołomic, to nasmaży powideł.
– Ot, ekonomka się znalazła. Parobkami mi tu będzie dysponować! Zarządczyni od siedmiu boleści. Co ona se myśli, że jest panią na folwarku? A Kachna mogłaby siano przewrócić – burknął stary, uśmiechając się mimo wszystko pod posiwiałym wąsem.
– Dobrze zarządziła, bo w jej stanie nieporęcznie się schylać. Jabłka się nie zmarnują. A jak już się z nimi Kachna uwinie, to i na łąkę zdąży.
– Od schylania się jeszcze nikt nie umarł – skwitował Trzos, lecz połowica nie pozostawiła mu ostatniego słowa.
– Umarł, nie umarł. Ale Betce to nie służy! Pierwszy raz zaciążyła, lepiej niech się oszczędza. Nie potrzeba nam, żeby straciła dzieciątko. Ty się nie gorączkuj, co ma być zrobione, to się zrobi – odparła dobitnie, a następnie zaczęła wołać komornicę.
***
W tym samym czasie Prokop i Bernadeta zmierzali w stronę Niepołomic. Na targ, prócz pierza, które dawno temu mogli spieniężyć, wieźli też nowalijki oraz całe kopy jaj, licząc na to, że ubiją dobry interes. W okolicy działało siedemnastu karczmarzy, z których jeden był Polakiem. Pozostałe gospody należały natomiast do Żydów. Przybytki owe prosperowały więcej niż przyzwoicie, dając utrzymanie niejednej rodzinie i niejedną wiodąc ku zgubie z powodu serwowanej tam gorzały.
Betka czuła się świetnie. Dolegliwości z pierwszych tygodni ciąży bezpowrotnie minęły. Odkąd przestały ją męczyć poranne mdłości oraz niepodobna do niej ospałość, wróciła naturalna energia, która zawsze popychała młodą kobietę do czynu. Trzosowa należała do osób wszędobylskich, towarzyskich i ciekawych świata. Robota paliła jej się w rękach, ponieważ Bernadeta wyznawała zasadę, że im szybciej upora się z obowiązkami, tym prędzej będzie mogła oddać się przyjemniejszym zajęciom. Oczywiście świekr pokpiwał z niej, że wyspecjalizowała się w wydawaniu poleceń, ale ona odgryzała mu się rezolutnie, że każdą pracę można tak zorganizować, by poszła szybko i sprawnie. Mimo że teść często się z nią droczył, wiedziała, że ten na pozór burkliwy człowiek ma do niej słabość. Lubił jej słuchać, gdy wieczorami zasiadała z kołowrotkiem, nucąc piosenki. Choć skąpił pochwał, przygotowane przez nią potrawy pałaszował tak, że tylko mu się uszy trzęsły.
Wóz turkotał na wybojach polnej drogi. Z jednej strony szumiała Puszcza Niepołomicka, rozsiewając wokół żywiczne aromaty, z drugiej falowały dorodne łany zbóż, mieniąc się złotem w promieniach porannego lipcowego słońca.
– Ach… Jak ładnie! – cieszyła się kobieta.
Prokop zerknął kątem oka na połowicę. Cieszył się, że tak obstawała przy tym, by jechać z nim na targ. Betka dała mu szczęście, wniosła w życie radość i urok, którego wcześniej brakowało. Jej obecność przepędziła z domu duchy zmarłych sióstr. Rodzice rzadziej wspominali trzy dzieweczki, które zdecydowanie zbyt młodo zabrał do siebie Święty Piotr.
W domu Trzosów od lat trwała niekończąca się żałoba. Śmierć przychodziła regularnie, zabierając Prokopowi siostry, dziadków, wujostwo i stryjostwo. I o ile w innych obejściach zawodzenie rozlegało się z powodu głodu czy zarazy, to Trzosówny umierały tragicznie, w kwiecie wieku i dobrym zdrowiu. Agatę stratował spłoszony koń, Kingę rozszarpały wilki, gdy nazbyt daleko oddaliła się w las, poszukując grzybów, a Jadzia po prostu położyła się wieczorem spać i już nigdy więcej nie podniosła powiek. Od tamtej pory ludzie w sąsiadującej z ich gospodarstwem wsi gadali, że nad Trzosami wisi jakieś nieszczęście. I że powinni żarliwie modlić się do Staniąteckiej Pani oraz fundować na rzecz klasztoru bogate wota, by Najświętsza zachowała przy życiu choć najmłodszego chłopaka. Bo szkoda byłoby, gdyby i on poszedł na zmarnowanie.
Trzosowie faktycznie modlili się żarliwie, nie skąpiąc także datków na pobliski klasztor z cudownym wizerunkiem Matki Bożej Bolesnej, której serce przebija siedem mieczy. Choć ich obejście nie należało do dóbr klasztornych, Jakub niejeden raz z własnej woli szedł, by służyć pracą. Nie chciał bowiem, by i Marysine serce zaznało kolejnego cierpienia. Choć nie zwykł wylewnie okazywać radości, cieszył się, gdy syn wyrósł na krzepkiego chłopa, a potem założył rodzinę. Poweseleli Trzosowie jeszcze bardziej, gdy kilka miesięcy po ślubie pokraśniała z ekscytacji Bernadeta wyznała, że pod koniec roku przybędzie w rodzinie maleńka istotka.
***
W mieście, jak przystało na dzień targowy, mimo wczesnej pory panował spory ruch. Zewsząd dobiegały gwar, kwiczenie wieprzków, gęgot, gdakanie i kupieckie nawoływania. Betka z ciekawością strzelała oczami za co ładniej wystrojonymi dziewczętami. Tłum mienił się barwami wstążek, wianków, haftów i pawich piór. Szczególnie interesowały ją eleganckie damy w jedwabiach i koronkach, kryjące delikatne, jasne twarze w cieniu parasolek, bogato zdobionych kapeluszy i czepców. Zachwycała ją kruchość tych istot, przepych strojów, wdzięk i szyk. Omiatała wzrokiem mocno ściągnięte gorsetami talie, jedwabne suknie oraz kosztowności tak inne od bursztynów i korali, które sama nosiła. Zachwycały ją ich misterne loki, sama, by zakręcić włosy w takie spiralki, musiałaby solidnie przypiec je prętem nagrzanym na blasze. Wśród ciżby widać było wiele czarnych chałatów i długich, kręconych pejsów. To znowuż jej uwagę przyciągnął czyjś sumiasty wąs i czerstwa twarz, pasiaste lniane portki i odświętna koszula. Albo jeden z postawnych oficerów, jadących konno, choć ci ostatni Bernadetę irytowali.
Nie lubiła zaborców, gdyż kojarzyli się jej tylko z podatkami, zniszczonym zamkiem i nową niewolą. Galicyjskim chłopom wystarczali polscy panowie, częstokroć nie mniej zubożali od swych poddanych. A żołnierze nierzadko zaczepiali kobiety, czyniąc im sprośne propozycje. Niby dowódca garnizonu nie pozwalał na takie zachowanie, ale czy kiedykolwiek wyciągnął konsekwencje?
Inni chłopi cenili Austriaków, którzy wydawali im się gwarantami poszanowania prawa przez ziemian skorych do wymierzania kar. Chociaż oficjalnie zabraniano stosowania różnego rodzaju szykan w postaci chłosty czy zakuwania kmieci w kajdany, to panowie i tak robili na swoich włościach, co im przychodziło do głowy. Tacy Żelechowscy chociażby, z którymi po sąsiedzku mieszkali Trzosowie, znani byli ze swej surowości. W tym przypadku sprawdziło się powiedzenie, że jaki ojciec, taki syn, bowiem srogiego Izydora zastąpił nieustępujący mu w niczym Tadeusz.
Wśród bogato wyglądających kmieci plątali się zwykli nędzarze, ubrani licho, wychudzeni, z twarzami, na których bieda odcisnęła piętno w postaci zapadniętych policzków, bezzębnych ust, zaszklonych łzami oczu. Ich na plac targowy nie przyciągnęła chęć zrobienia sprawunków czy sprzedaży płodów rolnych, lecz konieczność żebrania oraz nadzieja, że a nuż trafi się jakiś dobrodziej, który wspomoże jeśli nie pracą, to choć odrobiną żywności.
Wśród kramów rozlokowali się i chłopi z inwentarzem, i rękodzielnicy oferujący strugane w drzewie świątki, figurki czy zabawki, i kupcy bławatni, którzy najbardziej przykuwali uwagę Bernadety. Kobieta już zachwycała się powiewającymi na wietrze zdobnymi w długie frędzle chustami w kwiaty, haftowanymi bogato krajkami, czerwonymi sznurami paciorków.
– Prokop. – Pociągnęła go za rękaw płóciennej koszuli. – Prokop, a kupisz mi taką wstęgę do gorsetu? – zagadnęła męża, który głowę miał zaprzątniętą znalezieniem dobrego miejsca na postój.
– Nie teraz, Betko. Są ważniejsze sprawy do załatwienia.
– Ale później mi kupisz? – nalegała. – I jeszcze kukiełkę6 z lukrem.
– Marudnaś jak dzieciak – burknął mężczyzna.
– Nie jak dzieciak, a jak baba w ciąży – poprawiła rezolutnie. – A brzemiennej się nie odmawia, bo myszy chytrusa zjedzą.
– Na myszy wystarczy kot – odparł rozbawiony Prokop.
– Na takie myszy to i dziesięć kotów nie wystarczy.
– A w domu nie łaska napiec kukiełek? Taniej wyjdzie i każdy zje.
– Kiedy mnie się chce kukiełki teraz, a nie w domu. Mały woła jeść! – rzuciła dobitnie, głaszcząc swą wypukłość.
Co do tego, że nosi pod sercem synka, była więcej niż pewna. Gdy tylko zaczęła podejrzewać, że może być w stanie błogosławionym, skropiła swym moczem ziarna jęczmienia i pszenicy. Wykiełkował jęczmień, a to był niechybny znak, że urodzi chłopca.
– Ech… Babo! Co ja z tobą mam? – westchnął ciężko Trzos, lecz trudno mu było zachować należytą powagę w obecności tej trzpiotki. A na kupowanie słodkości było go przecież stać. Mógłby jej i pół kramu nabyć, byle te piwne oczęta zawsze tak przymilnie na niego spoglądały.
– Chałupę, żywy inwentarz i kawał pola – skwitowała, gramoląc się z ławki na wozie.
Choć ciągnęło ją, by pójść pomiędzy barwne kramy, została przy mężu, by pomóc mu w sprzedaży dóbr, które ze sobą przywieźli. Jeszcze zdąży się napatrzeć na różne fraszki i naciągnąć Prokopa na jakiś sprawunek. Tymczasem jednak obydwoje zajęli się handlem i nawet dopisało im szczęście, ponieważ po chwili targów jeden z karczmarzy uwolnił ich od jarzyny i jaj. Gorzej było z pierzem, które pracowicie darły Trzosowe przez całą zimę. Nikt nie chciał sobie zawracać głowy puchem, gdy na głowy lał się żar lipcowego przedpołudnia. Ostatecznie, po dość długich negocjacjach, jakaś przysadzista jejmość wybawiła ich i od tego kłopotu.
– Ale się targowała! – prychnęła Betka, chowając pod gorset woreczek z monetami. Pieniędzmi za pierze miała się podzielić ze świekrą, ponieważ pochodziło zarówno z gęsi należących do Marii, jak i z tych, które sama wniosła do gospodarstwa w postaci wiana. – Żydzi byli bardziej skorzy do płacenia! Co za chytruska!
– Każdy chce zyskać. No… Czas wracać – stwierdził Prokop.
– A kukiełka? A wstążka do gorsetu? – przypomniała mu żona.
– Zarobiłaś na pierzu, to idź i se kup. Ja poczekam.
– Ależ Prokopie! To miało być od ciebie, a nie za puch.
– Czy ty mówiłaś coś o chytrych babach? – Puścił oko do ślubnej.
– Prokop! No nie bądźże taki! Żonusi odmówisz? Przecież nie proszę o nowe trzewiki. Ani o spódnicę – odparła, choć bogato haftowana wstęga, którą już wcześniej miała na oku, do tanich nie należała.
– Ech… Targujesz się nie gorzej niż krakowska przekupka. Pewnie cię ojciec z matulą wozili na targ do Kleparza.
– Nie do Kleparza, a do Krakowa. To co, Prokopie, kupisz mi gościńca?
– Gościniec przywozi się z podróży – przekomarzał się jeszcze z Betką, bo nie chciał, żeby do niej należało ostatnie słowo, ale już pozwolił, by ujęła go pod ramię i poprowadziła w stronę najbarwniejszego kramu.
***
Antoni Parnicki stał pośród ciżby kłębiącej się na niepołomickim rynku. Przyjechał do miasteczka z żoną, która liczyła na kupno paru drobiazgów niezbędnych w domu. Chodziło przede wszystkim o jakieś płótna i perkale, do których Parnicki zupełnie nie miał głowy. Zasadniczo mógłby się od tego wykpić, ponieważ brat Cecylii był kupcem bławatnym i co jakiś czas zaglądał do dworku usytuowanego na obrzeżach prastarej Puszczy Niepołomickiej. Wiadomo jednak mu było, że obecnie szurzy7 podróżuje do Francji, gdzie prócz interesów ma do załatwienia jeszcze kilka spraw wymagających znacznej dyskrecji. Cecylia musiałaby zatem dość długo czekać na przyjazd Gustawa, jeszcze dłużej zapewne na realizację swego zamówienia. Ponieważ żona oddaliła się wraz z pokojówką, on ze znudzoną miną wodził wzrokiem po rynku, marząc o powrocie do dworu.
Właściwie lubił przyglądać się ludziom. Jego szczególną ciekawość wzbudzały kobiece liczka. Zarówno dobrze urodzone damy, głównie wywodzące się z okolicznej szlachty zaściankowej, jak i ciemnookie i ciemnowłose Żydówki czy krzepkie chłopskie córy. Biedota go nie interesowała, omijał spojrzeniem wychudłe policzki i skołtunione włosy. W pewnej chwili zwrócił uwagę na hożą gospodynię, targującą się o wstążkę. Musiała być mężatką, gdyż na głowie nosiła chustę. W uśmiechu błyskała zdrową bielą zębów. Krew z mlekiem – przemknęło mu przez myśl, gdy spoglądał na jej apetyczne piersi wypychające pięknie haftowany gorset i na krągłe biodra, na których falowały suto zmarszczone spódnice. Choć w sypialnianym zaciszu gustował w bardziej wyrafinowanych pięknościach, przez moment wyobrażał sobie, jak by to było zatracić się z taką dziewoją. Ciekaw był, czy jej ciało jest jędrne i zwarte, lecz miłe w dotyku, czy raczej twarde i żylaste, jak to bywało u chłopek. Ta, sądząc po kosztownym odświętnym stroju, wyglądała na zamożną gospodynię. Gdy odwróciła się bokiem, dostrzegł wysklepiony brzuch. Przez moment pozazdrościł trochę kmieciowi, który miał pod swym dachem ładną kobietę i mógł kosztować na co dzień tych specjałów.
***
Po niepołomickim rynku wciąż kręciło się sporo ciżby. Od strony pobliskiego zamku dobiegały hałasy świadczące, że jegrzy odbywają właśnie musztrę. Prokop, któremu paliło się do domu, zaczął poganiać ślubną, guzdrzącą się przy wstążkach. Bernadecie jednak trudno było podjąć decyzję, gdy w oczach mieniło się tyle barw i wzorów. Najchętniej nabyłaby cały pęk, który pięknie falowałby za jej plecami, spływając z ramienia bogatą kaskadą, lecz nie chciała przeciągać struny, skoro mąż dał zgodę na jedną. Ostatecznie wybrała czerwoną, ozdobioną ślicznymi bławatkami i stokrotkami. Prokop zapłacił należność, a następnie wcisnął żonie w dłoń parę monet na dokończenie sprawunków. Sam odszedł w kierunku stojących opodal kamratów zamieszkujących najbliższą jego domu wieś, należącą do rodziny Żelechowskich.
Choć Żelechowscy okryci byli złą sławą, to z nimi robił interesy Prokop, a wcześniej jego ojciec Jakub. Musieli żyć dobrze z sąsiadami, bo inaczej nie miałby kto obrabiać ich ziemi. To od Tadeusza Żelechowskiego wykupowali chłopów świadczących pańszczyznę, by zamiast u niego robili na ich polach. W jego wiosce poszukiwali ludzi, których można byłoby nająć do różnych prac w obejściu. A dogodna bliskość karczmy i kościoła sprawiała, że często można było widywać Trzosów w jednym czy drugim przybytku.
– Powitać swata! – wykrzyknął na widok Ambrożego Bednarka, człowieka o mikrej posturze i zadziwiająco tubalnym głosie, który praktycznie nie miał prawa wydobywać się z zapadniętej piersi. Ten głos oraz wrodzone umiejętności sprawiły, że po śmierci poprzedniego organisty Żelechowski wraz z miejscowym proboszczem powierzyli Bednarkowi pieczę nad kościelnym śpiewem. Ambroży już jako mały pędrak zakradał się na chór, by podpatrzyć, jak organista gra lub ćwiczy, i zapamiętywał wiele jego gestów. Czasami stary pozwalał mu coś zagrać lub objaśniał nuty. Bednarek był więc samoukiem obdarzonym niezwykłym jak na chłopa talentem.
Bednarkowie z dziada pradziada siedzieli na połowie łanu, marząc o zniesieniu pańszczyzny, a najlepiej o otrzymaniu na własność użytkowanych przez siebie gruntów.
Mężczyźni uścisnęli sobie ręce, podobnie Prokop przywitał pozostałych ziomków Ambrożego, starając się nie stawać zbyt blisko Adama Skoczylasa, gdyż od niego mocno cuchnęło wyjątkowo rozrosłym kołtunem. Nad hodowlą owego kołtuna czuwała znachorka, Kazimiera Widłak, która nie pozwalała go na razie odciąć, twierdząc, że pośpiech w pozbywaniu się gwoździa, jak zwano niekiedy śmierdzące, posklejane w strąki kudły, może skutkować różnymi chorobami, a wręcz wariactwem czy nawet ślepotą. Ponadto Skoczylas wierzył, że ów odrażający twór, którego już nie była w stanie przykryć noszona na okrągło czapka, chroni go przed diabłem i złymi urokami.
Prokop, który panicznie bał się, by i u niego nie powstało coś podobnego, regularnie czesał włosy i pilnował, by wszyscy jego parobkowie i komornicy dbali o swe czupryny. Każdej soboty gonił Kachnę do iskania wszy, a także do nacierania głów wywarem z rozmarynu, który najlepiej służył do odstraszania insektów. On jeden nie ganił Betki za gorliwość w pielęgnacji warkoczy, rozumiejąc doskonale jej potrzebę zachowania higieny.
Chłopi pogwarzyli trochę o spodziewanych plonach, ponarzekali na twardą rękę Karłowicza, nadzorcy pańskiego majątku. Umówili się na dalszą pogawędkę w karczmie, przy flaszeczce gorzałki, bo teraz każdy już myślał o powrocie do domu. A gadać mieli o czym, bo od dawna po wsiach wrzało niczym w ulu. Jedni mówili o szykującym się szlacheckim powstaniu przeciwko Austriakom, drudzy trąbili o konieczności zrzucenia jarzma. Nastroje kmieci bardziej przychylne były Habsburgowi8, zwanemu przez prosty lud dobrotliwym cysorzem.
***
Bernadeta odwróciła się w stronę kramu, na którym sprzedawano pachnące apetycznie kukiełki, piernikowe serca i obwarzanki z parzonego ciasta. Wybrała kilka okazałych sztuk z myślą o tym, że poczęstuje rarytasem wszystkich domowników. Nie mogłaby zjeść ich potajemnie. Już planowała, że po wieczornych obrządkach w gospodarstwie zamiesza mleka z miodem, usadzi wszystkich na ławach w ogródku, wśród pachnących latem papierówek oraz malin, i tam zjedzą najpierw kolację, a później jeszcze ucieszą podniebienia łakociami.
Trzosowa rozejrzała się wśród ludzi w poszukiwaniu Prokopa. Pomachała do niego ręką i wskazała kierunek drogi powrotnej. Już miała wracać do konia i wozu, gdy wtem pomiędzy ludźmi dało się słyszeć krzyki. Tłum gwałtownie się rozstępował, ponaglony stukiem podków i siarczystymi przekleństwami jegra, którego poniósł spłoszony koń. Pisnęła wystraszona Trzosowa, przyciskając kurczowo do piersi swe nowo zakupione skarby. Wierzchowiec pędził wprost na nią. Przerażona Bernadeta chciała odskoczyć na bok, lecz stała niczym zamurowana.
Prokop, który utknął nieco dalej, wciąż jeszcze gwarząc ze znajomymi, w mig zobaczył, co się święci. Oczyma wyobraźni już widział żonę stratowaną przez narowistego ogiera i dzielącą tragiczny koniec Agatki. Kilkoma długimi susami rzucił się ku ślubnej, lecz zrobił to tak niefortunnie, że potrącił jakiegoś chłopaczka, który wszedł mu pod nogi. Ten nieszczęśliwie zachwiał się i stracił równowagę. Przez ułamek sekundy kręcił w powietrzu młynka ramionami, lecz to w niczym nie pomogło, gdyż chwilę później dostał się wprost pod końskie kopyta. Prokop także runął jak długi.
Bernadeta, pchnięta przez kogoś raptownie, z piskiem upadła, tłukąc boleśnie kolano, wypuszczając z rąk wstążkę oraz smakowite wypieki. Zignorowała ból, nie zwróciła także uwagi na to, co działo się wokół. Próbowała bowiem uratować słodkości spod nóg cisnącej się ciżby.
– Nic wam się nie stało? – zapytał jakiś mężczyzna, łapiąc ją pod łokieć i pomagając wstać.
– Kukiełki przepadły – załkała Betka, nieświadoma, że tuż obok rozgrywa się prawdziwy dramat.
Antoni Parnicki złożył jej słowa na karb oszołomienia. Widział całe zajście z odległości kilku kroków. To on zdołał odepchnąć brzemienną. Ogier minął ich o włos, powalając na bruk dziecko i dwie inne osoby. Dorosłym szczęśliwie nic się nie stało. Jeden z parobków już wstał i otrzepał odzienie, drugi jeszcze się gramolił. Gorzej było z małym.
– Co tam kukiełka, kobieto! Życie mogłaś stracić – fuknął gniewnie Parnicki.
Tymczasem dla przerażonego Prokopa na moment świat zamarł w bezruchu i ciszy, lecz bardzo szybko ponownie dotarły do niego wszelkie dźwięki, wśród których najgłośniejszy był lament – zapewne matki owego stratowanego mikrusa. Przez chwilę, zmroczony upadkiem, próbował podnieść się na kolana. Odszukał wzrokiem kaszkiet, który stracił w zamieszaniu. Sięgnął po nakrycie i wcisnął je na głowę. Bolał go bok stłuczony o kamienie oraz biodro zaledwie muśnięte końskim kopytem. Kątem oka widział karminową plamę obok siebie, otaczającą posklejane w strąki jasne włosy.
– Jezu Litościwy! Mój Jasiulek! Ratujcież mi dzieciaka! – zawodziła tuż nad jego uchem kobieta ubrana w mocno steraną odzież.
Cóż, gdy krew trysnęła chłopakowi ustami, a wokół głowy, którą niefortunnie musiał uderzyć o kamień, rozlała się gęsta kałuża.
Zrozpaczona matka zaczęła tarmosić bezwładne ciało, lecz daremny był jej wysiłek. Tuliła synka do piersi, wyjąc niczym zraniona wilczyca.
– Ratujcież go, dobrzy ludzie! – wołała w kółko. – On jeszcze żyje! Wołajcie znachora!
Ktoś odciągnął ją delikatnie na bok i zaczął łagodnie tłumaczyć, że małemu już nic nie pomoże, bo na miejscu wyzionął ducha. Marta Goczał lamentowała jednak coraz głośniej, rwąc skołtunione kudły, drapiąc się po twarzy i wodząc oszalałym spojrzeniem po ciżbie. Wtem mignęła jej barczysta postać Prokopa, który dziękował właśnie Parnickiemu za uratowanie żony spod kopyt.
– Ty! Tyś pchnął mojego Jasiuleczka na stratowanie! – ryknęła całą piersią, szarpiąc Trzosa za bark.
Prokop się odwrócił. Stał pobladły, miętosząc w dłoni kaszkiet, który zdjął z płowej czupryny, gdy rozmawiał z Antonim.
– Co też mówicie… Nikogo nie pchnąłem. Chłopak sam wlazł mi pod nogi, gdym chciał żonę ratować. Podciął mnie tak, że też upadłem – usiłował wyjaśnić, lecz ona nie słuchała.
Rzuciła się ku niemu z pazurami. Zakrwawionymi rękami próbowała sięgnąć włosów mężczyzny.
– Policję wołać! Niech go wsadzą do ciupy! Dziecko mi zabił! Morderca!
– Policja! Policja! – zawołał ktoś gromkim głosem.
– Jaka policja? Co wy bajdurzycie? – powiedziała zaskoczona Betka, do której właśnie docierało, że omal nie pożegnała się z życiem. Widziała przecież, jak mąż rzucił się jej z pomocą. I poczuła, że ktoś inny ją odepchnął.
– Do paki z nim! Policja!
– Ty morderco!
Zewsząd rozlegały się wrzaski. Ci, co nie byli bezpośrednimi świadkami zdarzenia, już łapali Prokopa pod ramiona i chcieli wlec wprost do landwójta9.
– Hola, hola! Ludziska! – wykrzyknął Parnicki, energicznie roztrącając napierający tłum.
Chłopi poczuli respekt przed mężczyzną odzianym w ciemny surdut o spadzistej linii ramion i jedwabną koszulę z fantazyjnie zamotanym wokół sztywnego kołnierzyka halsztukiem10. Niektórzy go znali, pozostali w mig ocenili, że mają do czynienia ze szlachcicem.
– Panie! Toć przez niego dzieciak nie żyje! – wyjaśnił ktoś odważniejszy.
– Co ty mi tu za dyrdymały prawisz! – fuknął Antoni. Powiódł wzrokiem po ludziach, którzy nagle zastygli. Podchwycił na moment zaskoczony wzrok żony, potem przeniósł spojrzenie na chwata, który usiłował osądzić niewinnego człowieka. – Na własne oczy widziałem całe zajście. Mały sam mu wskoczył pod nogi, zdaje się, że ciekaw był zamieszania wywołanego przez konia. Cud, że i temu człowiekowi nic złego się nie stało. Przestańcie mi tu robić samosąd! Zdarzyło się nieszczęście, ale nie pozwolę, by doszło do kolejnego. Żona tego tutaj jest brzemienna. Chcecie, by z nerwów o niesłuszne oskarżenia i ona straciła dziecinę? Potrzeba wam na sumieniach takiego ciężaru? Niech no ktoś pomoże tej nieszczęśnicy. – Wskazał zrozpaczoną matkę. – A od Trzosa wara! Dam wam, kobieto, na godny pochówek małego – obiecał, licząc, że tym samym położy kres dalszym krzykom. Wprawdzie chłopka nie pochodziła z jego ziem, lecz żal mu się zrobiło i jej, i ludzi, których niesłusznie chciano osądzić.
Jego słowa po części odniosły skutek, bo kmiecie odstąpili od Prokopa.
– Poczciwy z niego pan – szeptano w tłumie. – Nie to, co Żelechowski.
– Ech… Tamten to by się w ogóle nie wzruszył. I nie pomógłby ani Goczałowej, ani tym bardziej Trzosom.
– Ano! Bo nasz dziedzic cięty na prostaczków. Serce ma z kamienia.
Ktoś podjechał niedużym wózkiem zaprzężonym w chabetę, by zabrać martwego dzieciaka i odwieźć go do domu na ostatnie pożegnanie z krewnymi. Jedynie oszalała bólem matka wciąż wyklinała i wołała o sprawiedliwość. Nagle spojrzała na bladą niczym śmierć Bernadetę. Wyciągnęła w stronę jej brzucha palec wskazujący.
– Na ciebie gnał koń, tyś powinna była zginąć! A żebyście się z Prokopem przez sto lat nie dochowali pociechy ze swoich potomków – ryknęła. – Czego Bóg wam nie weźmie, niech diabli zabiorą! Przeklęci! Przeklęci! Po trzykroć przeklęci!
Słysząc słowa Goczałowej, Betka jeszcze mocniej pobladła i zaczęła się słaniać na nogach. Prokop przytomnie złapał ją pod ramię, bo byłaby runęła jak długa. Sam przeląkł się słów, które właśnie padły.
– No co wy… – zająknął się. – Kobieto, na litość boską! Takie przekleństwo na Bogu ducha winne dzieci?
– Myśmy ci nic nie zawinili! – wyszlochała Bernadeta. – Odwołaj wszystko, błagam!
– Nie przejmujcie się, gospodarzu. – Parnicki uścisnął Trzosa za bark. – To tylko zabobony i gusła. Ludzie, rozejdźcie się! Dość widowiska!
Ostatecznie zaczęto się rozchodzić, jednak w tłumie szemrano wciąż i o zajściu, i o niesłusznej klątwie. Ktoś opowiadał, że spłoszony koń uciekł do puszczy, zrzucając jeźdźca na gościńcu. Padały wyrazy współczucia pod adresem nieszczęśnicy, która straciła dziecko, oraz Trzosów, na których rozładowała swój ból i złość. Wciąż także wychwalano Parnickiego za jego gest.
– Betko, Bernadetko, ptaszyno moja… A nie płaczże już. Nic się nie dzieje! – Prokop próbował uspokoić ślubną, która zawodziła cicho, lecz żałośnie.
– Ona przeklęła nasze dzieci. Na sto lat do przodu! Nic żeśmy jej nie zawinili, a cisnęła taką straszną klątwę! Boję się, Prokopie! O moje biedne dzieciątko!
Była doszczętnie wyzuta z energii, gdy ślubny prowadził ją na wóz. Upewnił się, że Bernadeta jest w stanie siedzieć na ławce, a następnie sam umościł się obok niej i bez dalszej zwłoki wyruszył w stronę domu.
Przez całą drogę nie był w stanie podnieść na duchu zdruzgotanej niebogi. Choć w głębi duszy też czuł strach, że klątwa może się spełnić, robił co mógł, by nie okazywać lęków. Obiecywał żonie, że na najbliższym odpuście nakupi jej wstążek i kukiełek, ile dusza zapragnie. Niech więc już biedactwo nie roni łez, a jedynie Bogu dziękuje, że Parnicki w porę ją uratował.
– Widzisz, Betko? Taki wielki z niego pan, mieszka we dworze, parobkowie obrabiają mu pola, a jego żonie służba podaje do stołu, ale jak przyszło co do czego, pokazał i odwagę, i serce. Sam mógł przecież oberwać kopytem. A i Goczałowej dał pieniądze na pochówek Jaśka. No źle się stało – mamrotał – źle, żem akurat ja na nim utknął. Ale jak mi Bóg miły, nie ma mojej winy w tym nieszczęściu. Nie musisz się więc obawiać, że ta klątwa nabierze mocy. Niesłusznie została rzucona.
– A ja i tak się boję.
– Nie ma się czego bać, mój ty pączku różany. A żeby całkiem złe odegnać, pojedziemy na niedzielną sumę aż do Staniątek i pokłonimy się Bolesnej Matuli. Ona nas uchroni. Złożymy ofiarę albo lepiej damy na mszę, i wszystko będzie dobrze – zapewnił.
***
Cecylia Parnicka z nadąsaną miną umościła się w odkrytej bryczce. Rozłożyła starannie suknię, by jej nie wygnieść, i poprawiła kapelusz, osłaniając delikatną niczym płatek róży cerę przed ostrymi promieniami słońca. Miała wprawdzie umbrelkę, ale po wizycie na targu odczuwała znużenie i nie chciało jej się trzymać w dłoni koronkowego cacka. Służąca siedziała na koźle wraz z woźnicą. Tylko ich obecność powstrzymywała Cecylię przed wygłoszeniem kilku ciętych uwag pod adresem męża zajmującego miejsce naprzeciw niej. Zresztą jego znudzona mina przemawiała sama za siebie. Kobieta była święcie przekonana, że gdyby teraz poruszyła temat tej chłopki, z którą tarzał się po niepołomickim rynku na oczach gawiedzi, to Antoni zbyłby temat. Poza tym nie wypadało kłócić się przy służbie.
Och! Kobiecy los jest straszny – westchnęła nieznacznie.
W rzeczy samej do dobrego tonu należało nieporuszanie „pewnych kwestii”. A taką niewątpliwie było zainteresowanie małżonka innymi paniami. Że mężowie zdradzają, żadna nowość! Matka jeszcze przed ślubem uprzedzała Cecylię o podobnej możliwości. I pouczała ją, że taką sytuację każdorazowo należy godnie znieść.
Ale żeby musiała tolerować zainteresowanie męża prostaczkami? Tego było za wiele!
Wyraźnie widziała, jak Antoni spoglądał na tamtą. I co z tego, że jej fartuch wypchany był ciążowym brzuchem! Cecylia dobrze znała to łakome spojrzenie, choć na nią nigdy tak nie patrzył. W ten sposób taksował damy z towarzystwa, gdy bawili podczas karnawału w Wolnym Mieście Krakowie. Wtedy po raz pierwszy przyszło jej się zmierzyć z zazdrością, ponieważ odkryła, że tylko ona jest dla niego przeźroczysta, dostrzegał natomiast inne kobiety w swoim otoczeniu. Teraz jednak było znacznie gorzej, ponieważ ślubny pożerał wzrokiem osobę z pospólstwa! Co za upadek!
A ta wywłoka spod strzechy? Jak ona na niego zerkała! Jak trzepotała rzęsami! – rozważała w duchu całą zaobserwowaną scenę. – Skąd ona w ogóle się wzięła? Nie znam jej chyba. Czy pochodzi z naszego majątku? Nie… Raczej nie. Pewnie wysługuje się Żelechowskim – usiłowała odgadnąć.
– Udane sprawunki? – zagadnął mąż, przerywając milczenie.
– Niespecjalnie. – Cecylia wydęła usta. – Trzeba było jednak jechać do Krakowa. To nic, że Gustaw wciąż bawi w Paryżu. U byle kupca bławatnego jest lepsze zaopatrzenie niż na prowincji.
– Do Krakowa pojedziemy innym razem. To wyprawa na co najmniej pół dnia, a znając twoje upodobanie do magazynów z galanterią, pewnie zabawilibyśmy do wieczora albo i ze dwa dni. Wypadałoby przecież wizytować twoich rodziców. Zakładam, że chciałabyś przy okazji zahaczyć o teatr, a przynajmniej o restaurację. Może odwiedzić przyjaciółki z pensji albo ciotkę Klotyldę. To wszystko musi poczekać. Ja mam teraz pilne interesy, muszę doglądać spraw gospodarczych. Jak spuszczam z oczu majątek na trochę dłużej, to zaraz powstają jakieś szkody.
– Ach! Tylko praca i praca – żachnęła się Cecylia. – Życie na wsi jest strasznie nudne. Gdyby choć urządzić jakiś bal albo wieczorek muzyczny. Ostatecznie mogłoby nawet być polowanie!
Wychowana w mieście Parnicka z trudem odnajdowała się na prowincji. Coraz mocniej tęskniła za dawnym życiem, gwarem Krakowa, przyjaciółkami z pensji. Tam czas upływał milej i szybciej, choć pod karcącym okiem matki trzeba było zachowywać znaczną powściągliwość.
– Wszystko w swoim czasie. Polowanie z całą pewnością zrobimy. Tadeusz już mi się wpraszał. Będzie więc okazja do spotkania towarzyskiego w jakimś większym gronie, bo prócz Żelechowskich zjadą Niedzielscy ze Śledziejowic i inne osoby.
– No dobrze – odparła, nie kontynuując jednak tematu, gdyż jej myśli wciąż zaprzątała owa brzemienna chłopka, której mąż rzucił się na ratunek. I choć zdawała sobie sprawę, że to bardzo nie na miejscu, postanowiła o nią zagadnąć po przyjeździe do domu. O ile nadarzy się okazja, ponieważ z mężem bywała sam na sam niemal wyłącznie w sypialnianym zaciszu. Pod warunkiem że ślubny zechce do niej przyjść, co w ostatnich tygodniach nie było już takim pewnikiem, jak w pierwszych miesiącach po weselu.
***
Małżeństwo Cecylii Zaleskiej i Antoniego Parnickiego, jak wiele innych, zostało zaaranżowane właściwie bez ich czynnego udziału. Po prostu pewnego dnia spotkali się rodzice obydwojga młodych i podjęli stosowne decyzje. Główną motywacją Parnickich był wysoki posag kupcówny. A Zaleski senior zamarzył o wejściu w koneksje ze szlachtą i podniesieniu przyszłościowo rangi swej firmy. Mimo zaręczyn Antoni przez kilka lat nie ustalał daty ślubu, wizytując z rzadka narzeczoną. Nie paliło mu się do małżeństwa z parweniuszką, trochę podróżował po Europie, robił jakieś interesy z Austriakami, na których podobno nie najlepiej wyszedł. Cecylia czekała cierpliwie, ufając, że Parnicki nie złamie danego słowa i w końcu weźmie z nią ślub. Wszak umówiony już był z jej ojcem w sprawie wiana. Taka dola kobiety, po prostu trzeba zaakceptować pewne sprawy. Nie wolno być nachalną, ponieważ to jest źle postrzegane. Panienka musi być cicha, skromna i powściągliwa, w przeciwnym razie zyska opinię awanturnicy i straci widoki na dobre małżeństwo.
Cecylia dusiła więc w sobie negatywne emocje. Uśmiechała się wdzięcznie, nie paplała, gdy oczekiwano od niej milczenia, dokładała starań, by uchodzić za damę idealną. Liczyła na to, że po ślubie jakoś sobie powetuje upokarzająco długi okres narzeczeństwa, lecz mąż znajdował dla niej tak mało czasu, że właściwie nie mieli kiedy ze sobą rozmawiać. A ona chciałaby poznać go choć trochę lepiej. Wiedzieć nie tylko, co lubi jadać, który pies jest jego ulubieńcem i dlaczego pod wierzch bierze zawsze tego samego ogiera. Z mężem nie gawędziła o polityce i gospodarce ani o zaborcach, którzy rozszarpali Polskę niczym płachtę lichego perkalu. Nigdy nie dyskutowali o literaturze czy sztuce. Nie grywali na cztery ręce na fortepianie wniesionym w posagu, choć Cecylia dobrze wiedziała, że małżonek potrafi odpowiednio uderzać dłońmi w klawisze.
Antoni, gdy w końcu znajdował dla niej czas, to albo zabawiał ją bzdurnymi, pozbawionymi głębi pogawędkami, albo w sypialnianym zaciszu pod osłoną nocy usiłował spłodzić potomka, przy czym podczas wypełniania owej czynności nie zdejmował ani koszuli, ani nawet tej okropnej bindy, której zawdzięczał pięknie ułożone wąsy.
Traktował ją jak element wystroju salonu. Coś bezużytecznie zabierającego przestrzeń.
***
– A bójcież się Boga! – wykrzyknęła Maria na widok syna i sneszki. – Co się stało? Skąd krew na twojej koszuli? I czemu Betka wygląda jak nieboskie stworzenie?
Ledwo weszli do kuchni, zasypała ich gradem pytań, więc młody bezzwłocznie opowiedział matce o nieprzyjemnej przygodzie z targu. Dawał jej przy tym znaki oczami, by jak najmniej komentowała zdarzenie. Choć Trzosowa w lot pojęła, w czym rzecz, i z miejsca przepełnił ją strach, żeby czasami synowa nie poroniła z tej wielkiej rozpaczy, to jednak trudno jej było powściągnąć emocje.
– A to czarownica! – Złapała się pod boki. – Tfu! Na psa urok! Ja rozumiem, że spotkało ją ogromne nieszczęście, ale żeby takie brednie wygadywać? Żeby drugiemu człowiekowi życzyć tragedii? Toć takie jak ona jeszcze nie tak dawno palono na stosie. Ot, wiedźma!
– Matulu! – fuknął na nią w końcu Prokop. – Dajcie już spokój z tym gadaniem. Nic złego się nie wydarzy. To tylko zabobony! Dziękować Bogu, że panicz Parnicki zapanował nad sytuacją.
– Ach! Poczciwy z niego człowiek. Zresztą jego ojciec też jest taki życzliwy dla ludzi. Mało który szlachcic ma serce dla prostego kmiecia. Inni tylko patrzą, co mogliby jeszcze wydrzeć, prócz pańszczyzny. A ty już, dziecko, nie płacz. Prokop ma rację – zmitygowana gestami syna, objęła Bernadetę i posadziła ją na zydlu – nie trzeba bać się czarów. Zaraz ci podam mleczka z miodem. A Kachna przyniesie świeżych malin. Na frasunek najlepsze są słodkości. Od razu lżej robi się człowiekowi na duszy – paplała, choć ona także zdjęta była trwogą.
Wypadła za próg, przecięła sionkę i weszła do paradnej izby. Tam gruchnęła na kolana przed wizerunkiem Staniąteckiej Pani, zrobiła szybki znak krzyża i przezornie odmówiła zdrowaśkę. A potem jeszcze Pod Twoją obronę.
***
Antoni nawet mnie nie lubi – westchnęła Cecylia, gdy wieczorem całą familią zasiedli do kolacji. Już dawno zauważyła, że mąż więcej rozmawia z matką, siostrami, guwernantką czy nawet z Justyną Kownacką – przebywającą u nich na stałe panną respektową. Że byle rezydentka jest mu bliższa od własnej żony.
– Udała się wycieczka do Niepołomic? – zagadnęła Eulalia, najmłodsza siostra Antoniego, trzpiotka ciekawa świata, którą rodzice daremnie próbowali utemperować.
Jeśli Cecylia zazdrościła czegoś tej dziewczynie, to z całą pewnością dwóch rzeczy: po pierwsze miłości Antoniego, ponieważ właśnie ją darzył największą sympatią, a po drugie najbardziej niebieskich oczu, jakie widziała w całym życiu. Sama miała tęczówki bliżej nieokreślonej barwy: ni to szare, ni to niebieskie. Raczej zimne i mało wyraziste. Cecylia w ogóle nie czuła się piękną i nigdy nie zaliczano jej do ślicznotek. Ale czy uroda miała jakieś znaczenie przy wychodzeniu za mąż? Wszak ważniejszy był posag i koneksje rodzinne.
– I tak, i nie – odparła Cecylia, ciesząc się, że szwagierka dostarcza jej pretekstu do tego, by poruszyć dręczący ją temat.
– Jak to? Nie zrobiłaś upragnionych zakupów?
– Zrobiłam, choć jestem przekonana, że w Krakowie byłyby bardziej udane.
– Och, droga Cecylio, sama widzisz, że Antoni nie ma teraz głowy do wyjazdów. Odkąd Teofil zaniemógł na podagrę, mój syn musi doglądać majątku – wtrąciła Gertruda Parnicka.
Cecylia już miała na końcu języka stwierdzenie, że przecież mąż ma od tego ekonoma i parę innych osób, a sam więcej czasu spędza z dubeltówką na ramieniu, błąkając się konno po lesie. W porę jednak poniechała głoszenia podobnych komentarzy, nie chciała wprawiać Antoniego w zły nastrój.
– Tak, oczywiście – odparła z pokorną minką. – Ale może gdybyśmy pojechali do Krakowa, nie byłabym świadkiem okropnej rzeczy – uzupełniła łamiącym się głosem. Spod na wpół opuszczonych powiek zerknęła na osoby zgromadzone w jadalni. Ciekawa była, czy do krewnych i powinowatych męża dotarły już jakieś plotki. Zakładała bowiem, że jej pokojówka, Marta, zdążyła już zdradzić służbie parę szczegółów. Wprawdzie u Parnickich wychodzono z założenia, że nie wypada nadstawiać uszu, gdy służba miele ozorami, ale nie czarujmy się, ciekawość zwykle bierze górę nad tym, co jest w dobrym tonie.
– A cóż takiego się wydarzyło? – zapytała teściowa. – Antoni o niczym nie wspominał.
Teraz oczy domowników skierowały się najpierw na siedzącego u szczytu stołu Antoniego, który jedynie wzruszył ramionami lekceważąco, potem na Cecylię, zajmującą miejsce pomiędzy jego siostrą a panną Kownacką. U drugiego szczytu zasiadał Teofil, mając po prawej ręce żonę, która swe poprzednie miejsce oddała pierworodnemu. Cecylii nikt nie zaproponował zamiany miejsca, co także było powodem drobnej frustracji, gdyż świadczyło o tym, jak mało się liczy w tym domu, a już z całą pewnością dla męża.
– Doszło do okropnego wypadku. Jegrzy odbywali musztrę i jednego z nich poniósł koń. Wjechał pomiędzy kramy i stratował jakiegoś dzieciaka. Pewnie byłoby więcej ofiar, gdyby nie to, że Antoni rzucił się na ratunek jednej z chłopek.
– Ojej! – pisnęła Eulalia, zrywając się z krzesła. Podbiegła szybko do Antoniego i objęła go za szyję. – Mój braciszek to prawdziwy bohater! – wykrzyknęła. – Antosiu, Antosiu! Musisz mi poszukać męża równie dzielnego jak ty!
– Och, co za wyczyn! – szepnęła z podziwem Kownacka, niemalże omdlewając z wrażenia.
– To żadne bohaterstwo – odparł skromnie mężczyzna. – Po prostu byłem w odpowiednim miejscu i na czas mogłem pomóc. Nie zrobiłem nic wielkiego, ja tylko odepchnąłem tę kobietę.
– Ratując ją i ryzykując własnym życiem. Koń minął cię zaledwie o włos – zauważyła Cecylia.
– To prawda, synu? – Gertruda utkwiła w Antonim jasnoniebieskie chłodne spojrzenie.
– Naprawdę nic wielkiego.
– Ryzykowałeś życie dla jakiejś chłopki? Ty, mój jedyny syn? Jedyny dziedzic naszego nazwiska? Czyś ty oszalał? Podejmujesz takie ryzyko, wiedząc, że właśnie na tobie spoczywa obowiązek zachowania ciągłości rodu?
– Ależ mamo! Cecylia jak zwykle przesadza. Niczego nie ryzykowałem. A ta kobieta była brzemienna, nie mogłem dopuścić, by stratował ją koń.
– Och, Antosiu! – Eulalia dygnęła tak, że anglezy upięte po bokach gładko zaczesanej główki z wyraźnym przedziałkiem pośrodku podskoczyły niczym sprężynki. Potem przytuliła policzek do jego twarzy.
– Eulalio! – skarciła ją matka. – Wróć na miejsce. Nie zapominaj, że damie przystoi znacznie więcej powściągliwości. A to, co określasz mianem bohaterstwa, stanowiło zapewne zbędne ryzyko.
Siedemnastolatka wróciła z potulną minką na zajmowane wcześniej krzesło.
– A ten stratowany dzieciak? – zapytała, marszcząc brwi.
– Niestety zginął. Koń go poturbował na śmierć. Krew trysnęła mu ustami, a upadając, uderzył głową o kamień.
– Och! To straszne! – wykrzyknęła dziewczyna. – Biedny chłopczyk. Jego mama pewnie umiera z żalu.
– W rzeczy samej strasznie rozpaczała. Przeklęła nawet tę prostaczkę uratowaną przez Antoniego, twierdząc, że to ona powinna była zginąć.
– Och nie! Naprawdę? Jak? Co mówiła? – dociekała na poły przerażona, na poły podekscytowana. – Och… Że też mnie przy tym nie było! Następnym razem na pewno pojadę z wami do Niepołomic. Na świecie dzieje się tyle ciekawych rzeczy, a ja tkwię w domu, haftując wyprawę, której pewnie nigdy nie będę potrzebowała, bo jestem chyba zbyt niesforna, by wyjść za mąż – stwierdziła na ostatek.
– Rzeczywiście znalezienie narzeczonego komuś takiemu jak ty może być karkołomne – zauważyła Justyna.
– To nie były słowa przeznaczone dla dziewczęcych uszu – wtrącił Antoni, spoglądając surowo na swą ulubienicę. – A co do zamążpójścia, dobrze by ci zrobiło – skwitował łagodniej. – Może to utemperowałoby cię choć trochę.
– Ale ten chłopak to na pewno całkiem na śmierć został stratowany? Jak wyglądał? Nigdy nie widziałam prawdziwego nieboszczyka. Było dużo krwi? Miał otwarte oczy? Coś mówił czy po prostu skonał?
– Eulalio! Zamilcz – zdenerwowała się Gertruda. – Zrobienie z ciebie damy to wyczyn ponad moje siły! – jęknęła wymownie. – A poza tym cóż to za temat do konwersacji podczas posiłku? Jesteś nadmiernie podekscytowana! To wstyd, by niemalże dorosła panna zachowywała się niczym ciekawski dzieciak.
Jednocześnie z nią odezwał się Antoni.
– Cecylio! Naprawdę musiałaś o tym mówić podczas kolacji? Pewnych kwestii nie wypada podnosić przy stole.
– Przepraszam – bąknęła.
Czasami chciałaby mieć więcej odwagi. Tupnąć nogą, wyrazić swoje zdanie, powiedzieć szczerze, co myśli. Jej życie było jedynie grą pozorów, choć niejeden mógłby stwierdzić, że nie powinna narzekać. Miała wszystko to, o czym mogła marzyć kobieta w jej wieku: światowego męża o miłej powierzchowności – nie starca, ale i nie postrzelonego młodzika, ładny dworek, piękne suknie i wierzchowca do wyłącznej dyspozycji. A mimo to odczuwała dotkliwy brak.
Czego?
Miłości. Swobody. Szczęścia.
Duszona konwenansami u boku mężczyzny, który w stosunku do niej zdawał się wyzuty z wszelkich emocji, usychała niczym delikatny cieplarniany kwiat.
***
– Wolałbym, abyś w przyszłości nie rozmawiała na podobne tematy z Eulalią. – Antoni dość łagodnie łajał Cecylię. – Ona jest zbyt wrażliwa i egzaltowana. Chciałbym, aby zachowywała się poważniej, ponieważ już niedługo przyjdzie czas na szukanie dla niej męża.
W lustrze toaletki odbijała się jego twarz. Nie wyglądał na zagniewanego, choć zapewne był niezadowolony, skoro nawet teraz wrócił do kwestii poruszonej podczas kolacji.
Mężczyzna zajrzał do buduaru żony. Ubrany był w koszulę nocną oraz miękki w dotyku szlafrok w orientalny wzór. Nieodłączna binda starannie przykrywała jego wypomadowane wąsy. Na stopach miał misternie haftowane pantofle.
– Nie przypuszczałam, że tak ją to poruszy – przyznała.
– Zależy mi na szczęściu Eulalii. Z tą jej trzpiotowatością trudno będzie znaleźć dobrą partię. Dlatego staramy się z mamą choć trochę ją utemperować i nadać jej ogłady stosownej do pozycji społecznej. Podobne rozmowy na pewno w tym nie pomagają.
Cecylia odwróciła się w stronę męża.
– To oczywiste, że zależy ci na szczęściu siostry – odparła, zastanawiając się, w jaki sposób nawiązać do uratowanej przez niego kobiety. Nie wypadało o nią pytać wprost. Matka wystarczająco często kładła jej przed zamążpójściem do głowy, że nie powinna okazywać zazdrości. A jeżeli odkryje, że ślubny ma kochankę, powinna w pokorze zaakceptować jej istnienie i zastanowić się nad tym, czego mąż szuka w objęciach metresy. Jeśli jego wybranka będzie osobą z kręgów towarzyskich Cecylii, pod żadnym pozorem nie powinna dać jej odczuć, że cokolwiek podejrzewa. Dama nie zniża się do takiego zachowania! Sęk w tym, że nie chodziło o osobę z jej sfery, ale o zwyczajną chłopkę.
– Cieszę się, że to rozumiesz. Jesteś już gotowa? – zmienił temat, zerkając wymownie na łoże z baldachimem.
– Tak. Nie… poczekaj, Antoni. Chciałabym cię o coś zapytać.
Mężczyzna odszedł parę kroków i przysiadł na fotelu. W delikatnym blasku świecy wyglądał na znużonego. Światło wydobywało cienie pod jego oczami i delikatne zmarszczki mimiczne. Tej wiosny skończył trzydzieści pięć lat. Chociaż byli małżeństwem od blisko roku, wciąż sprawiał wrażenie obcego. Znała go i nie znała. Nie potrafiła odczytywać emocji z jego twarzy. Czasami ogarniało ją zdziwienie, że zwracają się do siebie po imieniu. Wszak mogli, wzorem niejednego małżeństwa, pozostać przy oficjalnych formach, o wiele odpowiedniejszych dla panujących pomiędzy nimi relacji.
– Słucham?
– Ta kobieta, którą uratowałeś… Znasz ją? Mieszka na two… Na naszej ziemi?
– Ci ludzie to wolni kmiecie graniczący swoją ziemią z majątkiem Żelechowskich. Tadeusz wspominał kiedyś, że Trzosowie uprawiają nieprawdopodobnie duży areał.
– Trzosowie? Coś mi mówi to nazwisko. – Zamyśliła się na chwilę. – Zaraz, zaraz… Czy to nie z nimi wiąże się legenda o królu Kazimierzu Wielkim?
– Tak. To potomkowie tych samych Trzosów, do których król zaszedł pewnego razu w zgrzebnym przebraniu. Choć byli biedni niczym myszy kościelne, ugościli go czym chata bogata. Akurat Trzosowa powiła wówczas syna i mieli kłopot, bo u takich biedaków nikt nie chciał być kumem. Zwierzyli się ze zmartwienia swojemu gościowi, a ten obiecał, że za kilka dni, gdy będzie wracał tą samą drogą, pójdzie z nimi do kościoła, by ochrzcić dziecko. Trzosowie się ucieszyli i wyrazili zgodę, choć wyglądał na większego nędzarza od nich.
– Musieli się mocno zdziwić, gdy wrócił.
– Zapewne. W prezencie z okazji chrztu król podarował im kawał ziemi oraz trzos złota. Stąd właśnie ich nazwisko11.
– Gospodarni ludzie, skoro pomimo upływu tylu wieków utrzymali przy sobie majątek.
– Oczywiście. Słyszałem o nich nieraz od Tadeusza, a to o czymś świadczy. Mało kto opowiada w eleganckim towarzystwie o chłopach. Zaspokoiłem już twoją ciekawość? – zapytał, licząc, że utnie ten dziwaczny temat.
– Chyba tak – odparła niepewnie. – Ta brzemienna chłopka… Dość urodziwa.
– Fakt, niebrzydka. Jak na chłopkę, rzecz jasna. Na salonach raziłaby opalenizną i bądź co bądź grubymi rysami twarzy, choć oczy miała piękne i pewnie niejednego dżentelmena by nimi ustrzeliła.
Zabolało ją, że mąż tak wnikliwie przyjrzał się wyglądowi tej prostaczki. Nieświadomie wydęła usta, co nie umknęło jego uwadze.
– Czyżbyś była zazdrosna? – zapytał rozbawiony Antoni.
Jego lekki ton wzburzył ją jeszcze mocniej. Odwróciła się zdecydowanie zbyt energicznie, lecz nie chciała, aby zobaczył łzy kręcące się w jej oczach. Drgnęła, gdy poczuła palce zaciskające się na jej ramieniu.
To było wyjątkowo upokarzające!
– Cecylio?
Chlipnęła cichutko, żałując, że zaczęła tę rozmowę. Nie potrafiła szczerze mówić o swojej złości, zazdrości i goryczy.
– Cecylio. To tylko chłopka. Nie podejrzewasz mnie chyba… – urwał.
Powoli się ku niemu odwróciła. Zdołała zapanować nad łzami, ale nie była pewna, czy nie zdradzi jej drżenie głosu. W milczeniu pokręciła głową na znak, że nie ma podejrzeń.
– Nigdy nie zrozumiem was, kobiet – westchnął. – Powiedz mi, czego ode mnie oczekujesz? Dlaczego drążysz bzdurny temat? Czemu wciąż sprawiasz wrażenie nieszczęśliwej?
– To nic, Antoni. Nic. Nie jestem nieszczęśliwa – skłamała naprędce, wiedząc, że matka oczekiwałaby, aby tak właśnie odpowiedziała.
– No dobrze, zgaśmy już więc świeczki – zaproponował, zdmuchując łojówkę, która stała bliżej. Została jeszcze druga, stojąca na stoliku przy samym łóżku. Tę zgasił, gdy umościli się wśród misternie haftowanej pościeli.
Gdy już leżeli pogrążeni w mroku, Cecylia poczuła jego dłoń na swym udzie. Mąż powoli podciągał jej koszulę nocną. Nie miała ochoty na wypełnianie małżeńskich powinności. Teraz, gdy była mężatką, uleciał z niej cały romantyzm. Zanim wzięła ślub, zaczytywała się w liryce miłosnej oraz romansach. Chłonęła Mickiewicza i Słowackiego. Za sprawą brata znała nawet wiersze znacznie mniej popularnego, przebywającego na emigracji Norwida. Zachwycała się tym, z jaką wzniosłością pisali o uczuciach. Myślała, że i na nią czekać będzie w małżeńskim łożu czuły kochanek, szepczący jej w stosownych momentach na ucho słodkie miłosne wyznania. Że będzie mu tą jedyną, umiłowaną, wyśnioną…
Pożycie małżeńskie przyniosło całkowite rozczarowanie. Podczas pierwszej wspólnie spędzonej nocy mąż sprawił jej ból szybko spełnionym aktem, po czym odszedł do swojej sypialni. Następne niewiele różniły się od pierwszej, choć obywało się bez większych nieprzyjemności. Nie było jednak pieszczot, czułości, właściwie nawet pocałunków. Niekiedy Antoni musnął wargami jej policzek lub szyję, rzadziej usta. Podczas zbliżenia nie odczuwała ekscytacji, choć nie było to też całkiem niemiłe. Czasami nadciągało jakieś zadziwiające, przyjemne łaskotanie w podbrzuszu, lecz przemijało równie szybko, jak przychodziło, przyprawiając ją o frustrację i rozbudzając ciekawość. To mogłoby być porywające doznanie, gdyby Antoni nie kończył tak szybko swych poczynań. Niejeden raz odnosiła wrażenie, że jest blisko przeżycia czegoś ulotnego, nieuchwytnego, nieopisywanego żadnym słowem.
Może gdyby choć trochę mnie kochał, byłoby mi łatwiej – rozmyślała, gdy Antoni z zadartą koszulą mościł się pomiędzy jej udami.
Poczuła znajome pchnięcie. To pierwsze sprawiło jej dyskomfort, ponieważ odbyło się na sucho. Później pojawiła się znajoma wilgoć, sprawiająca, że następne ruchy męża były płynniejsze, gładsze, nieuciążliwe. Leżała potulnie na plecach, nie próbując się poruszyć – dokładnie tak, jak ją pouczała mocno spłoniona matka w przeddzień nocy poślubnej. Zamknęła oczy, bo dziwnie by było, gdyby w takiej chwili, mimo mroku, napotkała wzrok męża. O sypialnianych sprawach nie rozmawiali za dnia. Zresztą w nocy także. Tylko raz Antoni zahaczył o ten temat, gdy mieli przed sobą pierwsze zbliżenie. Zapytał Cecylię, czy matka poinformowała ją o powinnościach małżeńskich, i wyraził nadzieję, że nie czuje w związku z tym strachu. Zapewnił, że nie będzie bardziej uciążliwy w pożyciu, niż jest to konieczne.
Sypiał z nią w miarę regularnie, o ile oczywiście był w domu. Często bowiem wyjeżdżał to na krócej, to na dłużej – zwykle do Krakowa, ale również do Lwowa lub Wiednia. Niekiedy bawił po parę dni dni u przyjaciół. Najwięcej czasu spędził z żoną podczas karnawału, przebywali wówczas przez kilka tygodni u jej ojca w Krakowie. Oczywiście wraz z Amelią, jego drugą siostrą, która w czerwcu szczęśliwie wyszła za mąż za Wiktora Barskiego. Prócz Amelii towarzyszyła im Justyna Kownacka. Gertruda wraz z Eulalią pozostały w domu, a z nimi cała reszta rezydentów stałych i tymczasowych.
Mąż po raz ostatni sapnął i poruszył się pomiędzy jej nogami. Przewrócił się na plecy i przez chwilę odpoczywał jak po jakimś znacznym wysiłku. Nieobecny myślami, milczący. Kilka minut później szepnął:
– Oddalę się do siebie. Dobrej nocy, Cecylio.
I odszedł z cichym skrzypieniem podłogowych desek, zostawiając ją samą w zadziwiającym niespełnieniu, z zaciśniętymi kurczowo udami, pomiędzy którymi pozostało jego nasienie.
Kobieta odwróciła się na bok i podciągnęła kolana niemalże pod brodę. Za nic miała przestrogi matki, że od spania w tej pozycji nabawi się w przyszłości zmarszczek na policzku. Było jej smutno, dręczyło ją poczucie osamotnienia.
Czy wolałaby, żeby Antoni został z nią na całą noc? Aby szepnął jakieś ciepłe słówko, przytulił ją, ukołysał do snu w swoich ramionach? Czy takie rzeczy były w ogóle możliwe?
1 Świekra – staropolskie określenie matki męża (teściowej).
2 Kaletki – doszywane do gorsetów, zachodzące na siebie, trapezowate kawałki sukna mające na celu podkreślenie wcięcia w talii.
3 Sneszka, snecha – staropolskie określenie synowej.
4 Przyczółek – przegroda oddzielająca poszczególne części stodoły.
5 Łan – dawna miara powierzchni odpowiadająca w Małopolsce (łan frankoński) gruntom o powierzchni 24,2 hektara (48 mórg).
6 Kukiełka – słodki wypiek.
7 Szurzy – dawne określenie szwagra, brata żony.
8 Mowa o Ferdynandzie I Habsburgu-Lotaryńskim (1793–1875), cesarzu austriackim panującym w latach 1830–1848.
9 Landwójt – wysoki rangą urzędnik policyjny, sędzia ziemski.
10 Halsztuk – trójkątna chusta noszona przez mężczyzn na szyi, wyparta z biegiem czasu przez krawaty i muszki.
11 Na motywach lokalnej legendy.
Redakcja
Monika Orłowska
Korekta
Janusz Sigismund
Projekt graficzny okładki
Joanna & Grzegorz Japoł – LUNA Design Studio
Skład i łamanie wersji do druku
Agnieszka Kielak
Zdjęcia w środku:
str. 6, 49, 95, 125, 163, 193, 227, 287, 307: Mieczysław Jan Jagła, str. 321: Polona.pl
© Copyright by Skarpa Warszawska, Warszawa 2026
© Copyright by Edyta Świętek, Warszawa 2026
Wydanie II poprawione
ISBN: 9788366939493
Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w internecie.
WYDAWCA
Agencja Wydawniczo-Reklamowa
Skarpa Warszawska Sp. z o.o.
ul. K.K. Baczyńskiego 1 lok. 2
00-036 Warszawa
tel. 22 416 15 81
www.skarpawarszawska.pl
@skarpawarszawska
Przygotowanie wersji elektronicznej
Okładka
Strona tytułowa
Od autorki
Rozdział 1.
Przypisy
Strona redakcyjna
Spis treści
