Spacer Aleją Róż. Łąki kwitnące purpurą - Edyta Świętek - ebook
Opis

Rodzina Szymczaków powraca w powieści będącej kontynuacją równie udaną, co pierwszy tom ich przygód. Edyta Świętek sprostała oczekiwaniom, jakie pojawiły się po lekturze Cienia burzowych chmur. W ręce czytelników oddaje kolejną dopracowaną i zachwycającą rozmachem opowieść z intrygującymi zagadkami w tle. Serdecznie polecam!

Magdalena Majcher, pisarka i recenzentka

Autorka poczytnych powieści w brawurowy sposób serwuje osadzoną w realiach wczesnego PRL-u historię rodzinną ze zbrodnią i zemstą w tle.

Dynamicznie wzrastająca najmłodsza dzielnica Krakowa ciągle jeszcze przypomina miasto rodem z dzikiego zachodu. Pomiędzy nowymi domami, przeludnionymi barakami i terenami budowlanymi kwitnie hazard, a sprawiedliwość bywa wymierzana na własną rękę. Za dnia wznoszone są domy, kina, szpital oraz szkoły, natomiast nocami w mrocznych zaułkach czają się przestępcy oraz prostytutki. Nad głowami mieszkańców, niczym mityczny miecz Damoklesa, wisi groźba wybuchu kolejnej wojny. Oto Nowa Huta lat 50. – siedlisko socrealistycznego absurdu, w którym rozrastająca się rodzina Szymczaków poszukuje swojego miejsca w świecie.

Bronek nie może odnaleźć szczęścia w małżeństwie i wciąż tęskni za Bogumiłą. Do miasta przyjeżdża Andrzej, aby z dala od Pawlic uporać się z rozpaczą po tragicznie zmarłej Agacie. Julia z przestrachem odkrywa, że jest obserwowana przez tajemniczego mężczyznę o podejrzanym wyglądzie. W dodatku pewnego dnia na nowohuckich łąkach robotnicy natrafiają na makabryczne znalezisko…

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 392

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


W poprzedniej części

Jest rok 1949. W małopolskiej wsi Pawlice zamieszkują zamożni gospodarze, którzy od dawna byli solą w oku najpierw okolicznego ziemiaństwa – Pawłowskich, a po II wojnie światowej przedstawicieli nowej władzy. Na czele rodziny stoi Bronisław Szymczak, najstarszy z szóstki rodzeństwa. Bogaty gospodarz zaręcza się z Teresą Rutą. Do Krystyny i Julii zaleca się Bartłomiej Marczyk, brat wysoko postawionego funkcjonariusza UB, który usiłuje obydwie zbałamucić. W obronie czci najmłodszej siostry Bronek wdaje się z nim w bójkę, zabraniając mu zbliżania się do dziewczyn. Marczyk poprzysięga zemstę.

Na skutek reformy rolnej Szymczakowie tracą gospodarstwo, które od wielu pokoleń znajdowało się w ich posiadaniu. We wsi zostaje utworzona spółdzielnia. Zarząd nad nią obejmuje Bartek. Mężczyzna zaprowadza własne porządki, uprzykrzając życie rodzinie ograbionej z majątku.

Julia i Krystyna podejmują ciężką i upokarzającą pracę w spółdzielni. Leszek postanawia związać swoją przyszłość z zawodową służbą w wojsku. Ojciec Rucianki zmusza córkę do zerwania zaręczyn. Zrozpaczony i pozbawiony perspektyw Bronek postanawia opuścić rodzinne strony. Przed wyruszeniem do miasta wdaje się w kolejną bijatykę z przewodniczącym spółdzielni.

Mężczyzna przyjeżdża na budowę Nowej Huty, gdzie zaprzyjaźnia się z Jankiem Kulką. Pod nieobecność najstarszego z rodzeństwa Marczyk wykorzystuje zauroczenie Krystyny, a Julię gwałci. Obydwie siostry zachodzą z nim w ciążę. Bartek żeni się z byłą narzeczoną swojego wroga.

Bronek zostaje ranny, gdy staje w obronie napadniętej kobiety. Trafia na oddział, gdzie troskliwie opiekuje się nim siostra Bogumiła. Młodzi ludzie zakochują się w sobie, lecz kiedy do szpitala przyjeżdża z wizytą Halina – nowohucka kelnerka, pielęgniarka zaczyna unikać mężczyzny.

Bartek dowiaduje się o ciążach Szymczakówien. Zastrasza kobiety i usiłuje wymusić na nich spędzenie płodów. Przerażona Julia ucieka do Nowej Huty, gdzie podaje się za wdowę, przybierając nazwisko Pawłowska. W młodej kobiecie zakochuje się Janek. Krystyna wypełnia polecenie kochanka, co przypłaca ciężkimi powikłaniami.

Julia rodzi syna, Karola. Na rodzinę spada kolejny cios, ponieważ reforma walutowa pozbawia ich oszczędności. Nieszczęśliwie zakochany Bronek traci nadzieję na związek z Bogusią. W akcie desperacji żeni się z Haliną. Pomiędzy szwagierkami często dochodzi do scysji. Także w małżeństwie Szymczaków zdarzają się konflikty. Julia prosi brata o pomoc w znalezieniu mieszkania.

Krystyna marzy o opuszczeniu rodzinnych stron. Chciałaby zamieszkać w mieście, lecz nic w tym kierunku nie robi. Po przerwaniu ciąży szuka zapomnienia w ramionach kolejnych kochanków.

Andrzej Szymczak zakochuje się w Agacie – dziewczynie z rodzinnej wsi. Młodzi ludzie spotykają się ukradkiem, co nie umyka czujnym oczom przewodniczącego kołchozu. Marczyk w brutalny sposób krzywdzi nastolatkę. Pod wpływem emocji dziewczyna popełnia samobójstwo. Jędrek zostaje oskarżony o gwałt. Od zarzutu uwalnia go alibi zapewnione przez sąsiadów.

Szymczakowie przyjeżdżają do rodzinnego domu na święta Bożego Narodzenia. Po wspólnej wieczerzy wigilijnej bracia układają plan pomszczenia krzywd, które Marczyk wyrządził ich siostrom oraz Agacie.

Prolog

Julia rozłożyła koc na obrzeżach łąk nowohuckich. Postawiła w cieniu koszyk z przygotowanym wcześniej podwieczorkiem.

– Będziesz się grzecznie bawił, Karolku? – zapytała towarzyszącego jej szkraba.

– Pewnie – odparł chłopczyk, który jeszcze nie zdążył nacieszyć się nowym samochodem ciężarowym, prezentem od chrzestnego ojca.

Wyjęła z torebki książkę i umościła się na kocu obok dziecka. Już po chwili zatonęła w pasjonującej lekturze.

Było ciepłe, niedzielne popołudnie. Mieszkańcy Nowej Huty korzystali z ładnej pogody, relaksując się na łąkach przylegających do placu Centralnego oraz wschodnich osiedli. Dorośli wygrzewali się w słońcu, czytali prasę lub książki. Panowie grali w karty albo gawędzili. Panie zajmowały się szydełkowaniem lub jakimiś innymi drobnymi robótkami, albo po prostu cieszyły się piękną aurą, pilnując jednocześnie rozbrykanych potomków. Dzieciarnia goniła z latawcami i piłkami. Chłopcy strzelali z naprędce zrobionych łuków i bawili się w chowanego wśród wysokich traw. Z dala od budowlanego kurzu i zgiełku doceniano uroki dnia wolnego od pracy.

Pawłowska wybrała w miarę ustronne miejsce. Zamiast na nudnej pogadance o ryzyku wojny nuklearnej, spędzała czas na relaksie z synkiem, nie zaprzątając sobie na razie uwagi tym, w jaki sposób usprawiedliwi nieobecność.

Słuchanie wykładu na temat niebezpieczeństwa i skutków użycia broni masowego rażenia przez imperialistycznych wrogów zupełnie jej nie interesowało. Znała to wszystko na pamięć – takie szkolenia organizowano z dużą częstotliwością. Już dawno zdążyła opanować zakładanie maski przeciwgazowej, dowiedzieć się, dlaczego nie należy pić skażonej wody i co zrobić, aby uniknąć napromieniowania. Lata spędzone w Nowej Hucie nauczyły ją dystansu do propagandowej presji. Początkowo żyła w ciągłym lęku, że wybuchnie wojna. Z upływem czasu, gdy do niczego złego nie dochodziło, przestała odczuwać niepokój. Jej rodzinę spotkały gorsze rzeczy ze strony komunistycznego rządu niż owych legendarnych krwiożerczych kapitalistów, którzy prawdopodobnie nie mieli pojęcia o istnieniu takiego kraju jak Polska.

– Jak mamy zginąć, to zginiemy – powiedziała kiedyś koleżankom z pracy. – Lepsza szybka śmierć od bomby niż powolne umieranie w poczuciu zagrożenia.

Tak więc teraz mogła rozkoszować się pięknym dniem, leżąc na brzuchu i machając ugiętymi w kolanach nogami. Wcześniej zdjęła buty i rozpięła górne guziki bluzeczki.

W powietrzu brzęczały muchy, pszczoły i osy, słychać było także kwilenie ptaków oraz odległe porykiwanie bydła. Od łąk dolatywał zapach kwiatów i ziół, a w trawach delikatnie szumiał lekki wiaterek.

– Prawdziwa sielanka – westchnęła, odrywając się na moment od lektury. – Jak w Pawlicach!

– Mamusia, zobacz. – Karol wyciągnął w jej stronę palec, po którym wędrowała spora biedronka. – Oswoiłem.

Młoda kobieta uśmiechnęła się i przytknęła dłoń do rączki syna, aby owad zszedł na nią.

– O, biedronka. Jaka duża! Policzymy kropki?

– Już liczyłem. Jest ich siedem.

– Bardzo ładnie – pochwaliła.

– A co jedzą biedronki? Chlebuś? Może ona jest głodna?

– Nie, a skąd ci to przyszło do głowy?

– Bo w przedszkolu uczyli nas takiej piosenki: „Biedroneczko leć do nieba, przynieś mi kawałek chleba” – zanucił refren.

– Nie, kochanie, nie jadają chleba. Biedronki są bardzo pożyteczne, ponieważ zjadają mszyce, czyli takie wstrętne małe owady, które niszczą roślinki.

– No to są potrzebne – stwierdził chłopiec.

– Nawet bardzo. Nie wolno im robić krzywdy.

– Nie chciałem jej skrzywdzić. Sama do mnie przyleciała. Pewnie chciała się pobawić.

– Może. A teraz pozwólmy jej odlecieć, dobrze? Prawdopodobnie gdzieś w trawach czekają na nią jej dzieci. Byłoby im smutno, gdyby nie wróciła.

– Dobrze, niech do nich wraca. Bo może jej mąż umarł i małe biedronki mają tylko ją. Tak, jak ja mam tylko ciebie, mamusiu. I nie mógłbym bez ciebie żyć – powiedział nader poważnie.

Julka poczochrała dłonią ciemne włosy synka. W jej oczach zalśniły łzy.

– Ech, ty, mój mały królewiczu. Co ja bym bez ciebie zrobiła?

– Teraz ty opiekujesz się mną. Ale kiedyś, jak już będę duży i silny, to ja będę opiekował się tobą. Nigdy nie będziesz sama jak pani biedronkowa.

– Trzymam cię za słowo, mój dzielny mężczyzno.

– A w ogóle, to chcę, żebyś wiedziała, że jesteś najpiękniejszą mamusią świata. I ja wezmę z tobą ślub. O!

Aby nie parsknąć śmiechem, odwróciła się na bok. Ogarnęła ją fala niewyobrażalnego szczęścia. Jeszcze nigdy nie czuła się równie błogo i beztrosko.

Ani Julia, ani jej synek nie zauważyli wysokiego, ciemnowłosego mężczyzny, który stał w cieniu jednego z drzew rosnących na obrzeżach łąk i przez chwilę przyglądał się oraz przysłuchiwał tej scenie.

Rok 1951

Rozdział 1

Wiatr niosący zmiany

W barze panowała duchota i tłok, lecz bracia Szymczakowie znaleźli dla siebie wolny stolik. Wypili po kielichu na rozgrzewkę. Od razu zamówili też całą flaszkę gorzałki. Usadowili się wygodnie, a następnie zaczęli hałaśliwą biesiadę. Nikt spośród pawliczan nie zauważył, że w pewnym momencie Andrzej zamienił butelki stojące na stole i miejsce wódki zajęła woda.

– No, to zdrówko! – Bronek podniósł kieliszek. Rozejrzał się po sali, aby sprawdzić, czy ziomkowie go widzą, po czym wlał sobie w gardło zawartość. Otrzepał się, jak po prawdziwym alkoholu, zagryzł ogórkiem i ponownie napełnił szkło.

– Porzygam się przy odstawianiu tego teatru – stwierdził szeptem Leszek. – Co ja jestem, koń, żeby żłopać wodę?

– Pijże, bajoku! Tak trzeba – zmitygował go najmłodszy. – Zdrowie, bracia!

– A to ci małolat! – zakpił żołnierz. – Ledwo od ziemi odrósł, a wznosi toasty jak stary. Chleje też niczym kaprale z mojej jednostki.

– Nie gadajże tyle, ino pij – wtrącił najstarszy. – Zdrówko!

– Zdrówko! – We trzech stuknęli się szkłem.

Nie spieszyli się zbytnio, woda kiepsko im smakowała. Nie mogli sobie jednak pozwolić na upojenie prawdziwym alkoholem, gdyż mieli do wykonania ważną misję: należało spuścić manto i dla przestrogi obciąć palce niejakiemu Bartłomiejowi Marczykowi, zdemoralizowanemu gwałcicielowi, który był odwiecznym wrogiem ich rodziny.

Próżno wyglądali go w knajpie. Jak na złość tego wieczoru nie przyszedł, chociaż wszyscy dobrze wiedzieli, że nie stroni od gorzałki i nad spędzanie czasu z młodą, ciężarną połowicą przedkłada wesołą kompanię. Nawet jeśli z racji piastowanego stanowiska uważa się za kogoś lepszego.

– Szkoda, że ten buc utrudnił nam robotę i nie przyszedł. – Andrzej pokręcił głową. Czknął przy tym tak wiarygodnie, że najstarszy parsknął śmiechem.

– Pierwszorzędnie ci to wyszło – stwierdził. – Drań chyba poczuł pismo nosem i nie ruszył się za drzwi – dodał po cichu.

– Nic się nie martwcie. Wywabimy ancykrysa z domu – szepnął Leszek.

Mieli już obmyślony plan, jak to uczynić, postanowili jednak odczekać jeszcze trochę, aby ludziska zapamiętali, że bracia tęgo popili i, ledwo trzymając się na nogach, poszli spać. W końcu, po pięciu butelkach wody, Szymczakowie uznali zgodnie, że wypili wystarczająco dużo i mają już dość małpowania.

Zataczając się i wspierając wzajemnie, opuścili zadymiony lokal. Przy tej okazji potrącili kilka osób, krzeseł oraz stołów, które znalazły się na ich drodze. Symulując pijackie zachowanie, znacznie odeszli od gospody. Dopiero gdy upewnili się, że nikt ich nie słyszy, dokonali szybkiej narady. Już po chwili przemykali pomiędzy zagrodami, budząc okoliczne psy. Odprowadzało ich zajadłe szczekanie, lecz nie zważając na to, zmierzali ku dworowi.

Przewodniczący spółdzielni zajmował niewykorzystaną część pomieszczeń, znajdującą się z dala od owej przeklętej oficyny, w której rzekomo straszył duch Mariusza Pawłowskiego.

Co odważniejsi rolnicy pokpiwali cichcem, że wyrósł na wielkiego pana, skoro pogardził rodzinną chałupą i potrzebuje mieszkania w pałacu.

Byli też tacy, co gadali, nie bez powodu zapewne, że wyniósł się od swoich, aby śmielej poczynać sobie z Teresą. Być może gdyby nie to, matka czy ojciec ujęliby się za synową, której podobno nie skąpił pięści. Nader często widywano mężatkę to z podbitym okiem, to z rozciętą wargą. Pewnej nocy ktoś odważniejszy zakradł się pod okna Marczyków i usłyszał dolatujące stamtąd krzyki oraz płacze. Tego zdecydowanie nie można było przypisać duchom. W całym kołchozie plotkowano, że przewodniczący okłada swoją żonę. Niby nic w tym niezwykłego, bo niejeden chłop wymierzał w domowym zaciszu własną sprawiedliwość, ale takiemu panu, za jakiego chciał uchodzić Bartłomiej, niektórych rzeczy nie wypadało robić. Wszak nikt nigdy nie słyszał, aby którykolwiek Pawłowski podniósł rękę na małżonkę. Nie bili swych kobiet również Szymczakowie, twierdząc, że to stawiałoby ich na równi z pospolitym chamstwem.

Gadano nie tylko o tym. Wielu rolników przebąkiwało, że Bartek zbałamucił mu czy to żonę (o ile była młoda i ładna), czy to córkę, czy siostrę. Babiarz był z niego nielichy i żadnej nie przepuścił. Oficjalnie nikt nie ważył się poskarżyć, bo raz, że wstyd wyznawać coś takiego przed ludźmi, a dwa, kto próbowałby zadzierać z tak ważną osobą?

Bieda z nędzą panowały w Pawlicach, gospodarstwa były niewielkie, a w każdym domu znajdowało się zbyt wiele gąb do wykarmienia. Spółdzielnia wyrównała szanse. Dała ludziom pracę i zarobki, jakże więc odmawiać przewodniczącemu? Niejeden chłop wręcz kładł do głowy swoim kobietom, aby wobec przełożonego zachowywały się grzecznie.

Bronek, który znał już wszystkie najważniejsze plotki z Pawlic, choć kiedyś był zaręczony z Marczykową, nie potrafił obudzić w sobie litości dla byłej narzeczonej. Dawno temu przebolał stratę, a ponadto jego serce i myśli wypełniała inna kobieta.

Ta, która wypełniać ich nie powinna.

Cóż racjonalnego jest w miłości? Nic, absolutnie nic. Robi z człowieka bezwolnego wariata: pęta i tumani. Nawet gdy jest niespełniona, bo nierealna.

Mężczyzna pomyślał jednak, że może i Teresa coś zyska, gdy jej mąż zostanie przez nich nauczony rozumu. Zamierzali mu bowiem powiedzieć, że dostaje słuszny wpierdol za dręczenie kobiet w okolicy oraz za parę innych, mętnych sprawek. Żałowali, że nie mogą mu tej lekcji udzielić bardziej dosadnie i bezpośrednio, ale drań miał po swojej stronie Urząd Bezpieczeństwa, w którym dość znaczące stanowisko piastował Edek, jego starszy brat.

Chętnie by się ujawnili, ale ryzyko było zbyt wielkie. Właściwie, naradzając się nad swoim planem, brali nawet pod uwagę możliwość zamknięcia mu gęby raz a dobrze.

– W piekle na pewno ciepło by go przywitali – judził Leszek, lecz bracia studzili te zapędy.

– Po co sobie brudzić ręce taką kanalią? Dostanie za swoje i już.

Dwór znajdował się na uboczu. Na tyle daleko od pozostałych obejść, że psy straciły zainteresowanie dla chodzących po nocy ludzi. Przy zabudowaniach nie było żadnego hałaśliwego kundla, więc trójka konspiratorów niepostrzeżenie dotarła pod właściwe okna. Wewnątrz nie paliło się światło. Przybysze założyli, że gospodarz śpi.

W trójkę odeszli nieco dalej, ku zabudowaniom gospodarczym. Pozbierali trochę walających się tam desek, wywlekli ze stodoły kłąb siana. Zgarnęli wszystko na jeden stos, a następnie podłożyli ogień. Zrobili to w wystarczającej odległości, żeby nie zajęły się budynki. Na tyle blisko jednak, aby ludzie spoglądający z okien dworu pomyśleli, że płonie stodoła.

Ukryci za węgłem spokojnie czekali na rozwój sytuacji.

Ich podstęp odniósł połowiczny skutek. Kilka minut później z dworu wybiegła Tereska. Ubrana była w koszulę, na którą narzuciła kożuch.

– Pożar! Matko Boska! Ludzie! Pali się! – zaczęła krzyczeć.

Bronek, Leszek i Andrzej odczekali jeszcze trochę, lecz Marczyk się nie pojawił. Nie przyszedł ani z domu, ani od strony wsi.

– Chyba go nie ma – stwierdził młody. – Co robimy? – zapytał pozostałych.

– Psiakrew, musimy go dzisiaj dorwać. Jutro wracam do jednostki.

– Poczekamy trochę, może przyjdzie – odparł najstarszy, chuchając w zmarznięte ręce.

Siedzieli w swojej kryjówce jeszcze dobre dwie godziny, lecz wróg się nie pokazał. W międzyczasie z najbliższych zabudowań przylecieli jacyś ludzie i pomogli Teresce ugasić ogień.

– A gdzie wasz mąż? – jęli ją dopytywać.

– Nie ma go. Wyszedł chyba ze dwa dni temu i do tej pory nie wrócił – oznajmiła dość niepewnie po dłuższych nagabywaniach. Starała się przy tym odwracać głowę tak, aby jak najmniej widać było lewą stronę jej twarzy, a raczej podbite oko i blednący już siniec na policzku.

– I nie zdziwiło was, że przepadł w same święta?

– Ano nie – odparła zaniepokojona. – Jemu się często zdarza, że znika na kilka dni. A po powrocie nigdy nie mówi, gdzie go wodziło.

Szymczakowie, nadal siedząc za budynkiem, spojrzeli po sobie.

– Chyba mówi prawdę. Po co miałaby łgać? Przecież nie wiedział, po cośmy przyszli. A i do pożaru też nie wyleciał – zauważył Andrzej.

– Musimy to przełożyć na jutro.

– Jutro mnie już nie będzie.

– Damy mu radę we dwóch. Pewnie słyszałeś, że nim wyjechałem do Huty, w pojedynkę porachowałem mu gnaty. Żaden z niego zabijaka. On tylko w gębie i do kobiet mocny.

Nie pomogło zasadzenie się na Marczyka ani nazajutrz, ani dwa dni później. Trzeciego dnia spółdzielnię i najbliższe wioski obleciała wiadomość, że przewodniczący przepadł bez wieści. Pod zabudowania dworskie podjechał samochód milicyjny. Przepytywano Teresę na okoliczność zaginięcia jej męża. Niewiele miała do powiedzenia w tej sprawie i nie zmieniła frontu nawet wówczas, gdy jeden z funkcjonariuszy zapytał, kto jej podbił oko. Pytanie było retoryczne, gdyż już wcześniej zeznawali robotnicy, mówiąc o tym, jak dyrektor podnosi głos i pięści na żonę.

– A może wy mieliście coś wspólnego z tym zaginięciem? – padło w końcu pytanie.

– Ja? – odparła kobieta, głaszcząc nerwowym gestem wypukły brzuch. – Panowie chyba nie myślą, że ja mu coś zrobiłam? – Wystraszyła się, że zostanie oskarżona.

– No… W tym stanie to raczej nie byłoby takie proste – stwierdził ospale funkcjonariusz. – Ale może ktoś współczuł męża, który was bije? Brat, kuzyn, kochanek? – wyliczał.

– To podłe kłamstwa! Jak pan śmie! Jestem porządną kobietą – zdenerwowała się ciężarna.

Ostatecznie zostawili ją w spokoju i odjechali.

Przyjęto, że mężczyzna mógł dokądś wyjechać, nie powiadamiając o tym żony.

Bracia wysłali do Leszka lakoniczną depeszę z informacją, że nic nie załatwili. Postanowili odłożyć sprawę na przyszłość, do następnej sposobności.

Ciąg dalszy w wersji pełnej