Grzechy młodości. Echa niewierności - Edyta Świętek - ebook

19 osób właśnie czyta

Opis

FASYCYNUJĄCA,PEŁNA EMOCJI, MIOŚCI I DRAMATÓW HISTORIA POLSKIEJ RODZINY

Jest rok 1971, w Polsce trwa „epoka Gierka”, na półkach jest więcej towarów, a bydgoszczanie z nadzieją patrzą w przyszłość.

Seniorzy rodu Trzeciaków, Franciszka i Leon, nieustająco martwią się o swoje dorosłe dzieci: Tymoteusza, który nie potrafi być dobrym mężem i doprowadza swoją żonę Elżbietę do próby samobójczej, pracującego w Milicji Obywatelskiej Kazimierza oraz Agatę, która mimo że jest mężatką, romansuje z esbekiem. Jednak najwięcej trosk przysparza im najmłodszy syn, Eugeniusz. Gdy zostaje aresztowany za działalność opozycyjną i trafia do więzienia rodzeństwo robi wszystko, żeby go stamtąd wyciągnąć. Czy im się to uda?

……………………………………………………………………..

Edyta Świętek kontynuuje opowieść o wielopokoleniowej rodzinie, w której bohaterami są nie tylko matki, babki, ojcowie, bracia, siostry, kochankowie… Ważną bohaterką jest Bydgoszcz, a w niej miejsca, na wspomnienie których kręci się łezka w oku i takie, o których istnieniu wygodniej byłoby zapomnieć. Poznając niełatwe losy Trzeciaków, ma się ochotę wyjść na ulice i z książką w ręku na nowo poznawać miejskie zakamarki. To gdzieś tu muszą czaić się zazdrość, rozpacz, radość, miłość, lęk, nadzieja. Między brzegiem jednej rzeki, a nabrzeżem drugiej odbijają się też echa niewierności. Polecam!

Dorota Witt, dziennikarka

Express Bydgoski

Edyta Świętek jest mistrzynią sag rodzinnych osadzonych w realiach PRL-u. Po rewelacyjnym Spacerze Aleją Róż powraca z równie wciągającą serią Grzechy młodości. Obowiązkowa lektura dla miłośników gatunku!

Magdalena Majcher, pisarka

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 368

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


 

 

 

Książki Edyty Świętek, które ukazały się w Wydawnictwie Replika

 

Saga SPACER ALEJĄ RÓŻ

Cień burzowych chmur

Łąki kwitnące purpurą

Drzewa szumiące nadzieją

Szarość miejskich mgieł

Powiew ciepłego wiatru

 

NOWE CZASY

Nie pora na łzy

Przeminą smutne dni

 

Tam, gdzie rodzi się miłość

Tam, gdzie rodzi się zazdrość

Cienie przeszłości

Miód na serce

Noc Perseidów

Wszystkie kształty uczuć

Cappuccino z cynamonem

Zanim odszedł

Bańki mydlane

Dom lalek

 

 

 

Copyright © Edyta Świętek

Copyright © Wydawnictwo Replika, 2019

 

Wszelkie prawa zastrzeżone

 

Redakcja

Lucyna Markowska

 

Projekt okładki

Mikołaj Piotrowicz

 

Skład i łamanie

Maciej Martin

 

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej

Dariusz Nowacki

 

Wydanie elektroniczne 2019

 

eISBN 978-83-66217-99-7

 

Wydawnictwo Replika

ul. Szarotkowa 134, 60-175 Poznań

tel./faks 061 868 25 37

[email protected]

www.replika.eu

 

 

 

 

W POPRZEDNIEJ CZĘŚCI

 

 

W Bydgoszczy na osiedlu Kapuściska mieszkają Franciszka i Leon Trzeciakowie. W czasie okupacji niemieckiej stracili gospodarstwo, na którego terenie została wzniesiona fabryka. Z biegiem czasu przekształcono ją w Zakłady Chemiczne „Zachem”.

Najstarszy syn Trzeciaków, Tymoteusz, jest żonaty z Elżbietą Wilimowską. Mężczyzna pracuje na eksponowanym stanowisku w Zachemie. Przyjaciel z dzieciństwa esbek Roman Dereń pomaga mu w uzyskaniu awansu na fotel dyrektora jednego z oddziałów. Niewierny swej połowicy Tymek lubi zakrapiane bankiety oraz nocne życie Bydgoszczy. Żona prowadzi dom i niemal samodzielnie wychowuje czwórkę dzieci. Doskwiera jej depresja. Pierworodny Wiesław jest nieformalnym przywódcą osiedlowych łobuziaków. Córka Maria niechętnie pomaga w wypełnianiu obowiązków domowych. Jedynym autorytetem dla małej jest babka Benedykta Wilimowska. Faworyzowana przez babcię i ojca dziewczynka wyrasta na egoistkę. Marysia wciąż toczy spory z młodszym bratem Jankiem – chłopiec uwielbia zabawę jej lalkami. Najmłodszą córką Trzeciaków jest kilkumiesięczna Hania.

Drugi syn Franciszki to Kazimierz: z zawodu milicjant, żonaty z Ewą – niespełnioną gwiazdą estrady. Wspólnie wychowują dwójkę potomstwa. Roman wciąż namawia Kazika do wstąpienia w szeregi Służby Bezpieczeństwa, lecz mężczyzna uporczywie odmawia.

Agata Kost jest młodszą siostrą Tymka i Kazimierza. Uczy języka polskiego w szkole podstawowej. Kobieta romansuje z Dereniem. Związek dobiega końca w momencie, gdy jej najmłodszy brat Eugeniusz przyłapuje kochanków na gorącym uczynku. Od tej pory Roman żywi nienawiść do chłopaka. Podczas wycieczki szkolnej Agata flirtuje z kolegą z pracy. Nauczyciele spuszczają z oczu swoich podopiecznych, co powoduje sytuację zagrożenia. Roman, który wciąż jest w zakochany w Kostowej, tuszuje w kuratorium sprawę zajścia z wycieczki. Nauczycielka postanawia zmienić pracę.

Eugeniusz jest studentem. Opozycjonista wciąż wpada w tarapaty. Zamożni rodzice jego dziewczyny, Justyny Gaweł, sprzeciwiają się związkowi młodych. Uważają Trzeciaka za niegodnego ich córki. Parze wciąż depczą po piętach esbecy. Usiłują zniechęcić Justynę do Gienka. Gawłówna zachodzi w ciążę. Rodzice wyrzucają córkę z domu. Ciężarną przygarniają przyszli teściowie. Gienek dostaje wezwanie na Wojskową Komendę Uzupełnień. Przeraża go wizja służby wojskowej.

Helena Wetlik jest starszą siostrą Franciszki. W czasie okupacji Niemcy rozstrzelali jej męża. Starszego syna zamknięto w obozie prewencyjnym w Łodzi, a młodszy Teofil został uprowadzony i wywieziony w głąb Trzeciej Rzeszy. Obydwaj chłopcy przepadli bez wieści. Mimo upływającego czasu matka nie ustaje w poszukiwaniach.

Kiedy Tymoteusz podczas awantury podnosi rękę na żonę, kobieta nie wytrzymuje. Ucieka z domu i skacze z mostu do Brdy. Jest załamana, ponieważ na nikogo nie może liczyć w trudnych chwilach.

 

 

 

 

 

 

 

 

PROLOG

 

 

 

 

 

Bądź jak kamień, stój, wytrzymaj

Kiedyś te kamienie drgną

I polecą jak lawina

Przez noc, przez noc, przez noc[1]

 

 

 

[1] Fragment tekstu piosenki Psalm stojących w kolejce z repertuaru Krystyny Prońko. Słowa: Ernest Bryll, muzyka: Wojciech Trzciński.

 

 

 

 

Korale

 

 

– Nie znoszę czarnego koloru – westchnęła Justyna.

Żarówka w przedpokoju dawała słabe światło, lecz mimo wszystko wystarczyła do oświetlenia lustra, przed którym stała kobieta. Odbicie ukazywało szczupłą postać odzianą w prostą sukienkę pożyczoną od Agaty. Odzież wisiała na niej jak na kołku.

Justyna zdawała sobie sprawę, że wygląda żałośnie: blada, chuda, ze zmatowiałymi włosami. A przecież Eugeniusz tak lubił jej miękkie, zdrowo lśniące pasma. Często okręcał je sobie na palcu.

Kiedy tak bardzo się zaniedbałam? – pomyślała z głębokim smutkiem.

Jeszcze raz spojrzała krytycznie na odbicie. Stwierdziła, że musi jakoś przełamać ponury wizerunek. Może koralami? Już po chwili trzymała w dłoni sznurek czarnych, lekko opalizujących paciorków. Nie był długi, więc by je włożyć na szyję, musiała rozpiąć i zapiąć mały zatrzask. Robiła to po omacku, wyrywając sobie przy tym kilka włosów. Syknęła, gdyż wszystkie bodźce odbierała ze zdwojoną intensywnością. Jej dłonie drżały ze zdenerwowania. W końcu zdołała ozdobić szyję. Niewielkie kuleczki delikatnie połyskiwały na tle czarnej bluzki.

Nadal nie była zadowolona z efektu.

Wyglądam koszmarnie – stwierdziła, odwracając wzrok od ozdobnego trema.

Korale ją dusiły. Kiedy je zapinała, sprawiały wrażenie dość luźnych, zwisały poniżej obojczyków. Teraz jednak czuła zadziwiające dławienie w gardle. Wsunęła dłoń pomiędzy sznur a wgłębienie przy tchawicy. Ozdoba wrzynała się w jej ciało, jakby ktoś ciągnął za nią z tyłu. Justyna odnosiła wrażenie, że za moment jej płucom zabraknie powietrza.

Chciała zerwać paciorki, lecz połączone były mocną, stalową nicią.

Zaraz umrę! – jęczała w duchu. Choć kobietę okrywał zimny, nieprzyjemny pot, czuła się, jakby wewnątrz niej gorzał ogień. Wydobyła ostatni pisk z krtani.

Nagle ocknęła się w pozycji siedzącej. W mroku nocy dostrzegła zarysy dobrze znanego wnętrza. Była w łóżku. Słyszała równomierny oddech śpiącego obok Eugeniusza.

– Dobry Boże… To tylko sen. Tylko sen – odetchnęła z ulgą, choć ciągle jeszcze dygotała ze strachu.

Przypomniała sobie słowa, które czasami słyszała z ust cioci Heleny:

– Sen mara, Bóg wiara.

Kilkakrotnie powtórzyła je w myślach, lecz niepokój dławiący gardło nie przeminął.

 

 

 

 

ROZDZIAŁ 1

 

 

 

 

 

Witaj rzeko, wodo czysta

witaj rzeko, wodo bystra, tylko ty

możesz zabrać moje serce,

możesz zabrać moje serce i dać mi

na to miejsce rzeczny kamień,

pewnie wtedy będzie łatwiej, prościej żyć[2]

 

 

 

[2] Fragment tekstu piosenki Ona poszła inną drogą z repertuaru grupy Breakout. Słowa: Bogdan Loebl, muzyka: Tadeusz Nalepa.

 

 

 

 

Chłodny nurt Brdy

 

 

Rok 1971

 

Zanim ciało Elżbiety chlupnęło w leniwy nurt Brdy, przed oczami kobiety błyskawicznie przepłynęły te same obrazy, które analizowała w pamięci po nagłym opuszczeniu mieszkania, lecz teraz wzbogacone zostały przez pozytywne migawki wspólnego życia z mężem. Zobaczyła złociste główki swoich dzieci, zaśliniony, lecz pełen szczęścia uśmiech Hani, anielską twarzyczkę Marii deklamującej wiersz podczas rodzinnej uroczystości, Janka stojącego bezradnie z „melą” w dłoni i smoczkiem w buzi, Wieśka pałaszującego z apetytem obiad. Przez moment poczuła pulchne rączki Jaśka oplatające jej szyję oraz twardy, zdecydowanie męski uścisk Wiesława, gdy składał jej życzenia imieninowe. Usłyszała pełen natchnienia głos starszej córki i gaworzenie małej.

Moje dzieciaczki! Moje kochane dzieciaczki! Nie mogę umierać – przemknęło jej przez myśl. Jestem im potrzebna! Co ja robię! – pożałowała swej decyzji, lecz na odwrót było już za późno, gdyż właśnie wpadała w chłodne objęcia fal.

Wszystko to trwało zaledwie ułamki sekund.

Woda w Brdzie była zimna i zanieczyszczona, śmierdziała chemikaliami. Elżbieta, wpadając w mętną toń, odruchowo wstrzymała oddech. Podświadomość walczyła ze świadomością. Instynkt samozachowawczy z chęcią autodestrukcji.

Kobieta zaczęła rozpaczliwie się szamotać. Jednak ręka, wynurzona ponad ciemną powierzchnię wody, daremnie poszukiwała jakiegoś punktu zaczepienia. Trzeciakowa nie potrafiła pływać, a mokre ubranie, choć niezbyt ciężkie, ciągnęło ją w dół.

Boże ratuj! – westchnęła w ostatnim przebłysku przytomności, gdy płuca, spragnione powietrza, wykonały wdech.

 

– Mamusiu, a po co nam ten dywan? – dopytywała Beatka, drepcząc obok matki na przystanku tramwajowym.

– Kupiłam go dla dziadków, bo stary jest troszkę podniszczony – oznajmiła Kostowa.

Kilkanaście minut temu, przez czysty przypadek, nabyła śliczny wełniany kobierzec w Jedynaku stojącym przy skrzyżowaniu Dworcowej z Alejami 1 Maja. Wymiarami oraz kolorystyką będzie idealnie pasował do pokoju rodziców. Choć nie miała w planach takiego zakupu, nie mogła go sobie odmówić. W czasach, gdy sklepowe półki świecą pustkami, trzeba wykorzystywać każdą okazję. Bo jak coś równie wartościowego nie posłuży jej, to może uraduje kogoś bliskiego.

Ależ mnie to cieszy – stwierdziła, choć doniesienie go na przystanek nastręczyło trochę trudności. Ciasno zwinięty dywan sporo ważył, a ponieważ miał wymiary dwa na trzy metry, był dość nieporęczny w transporcie. Żałowała, że nie ma z nią Wojtka. Mąż bez trudu dałby sobie radę z ciężarem. Teraz czekało ją wciągnięcie nabytku do wagonu. Żywiła jednak nadzieję, że jakiegoś mężczyznę ogarnie litość i przyjdzie jej z pomocą. Aby sobie choć trochę ulżyć, torebkę powierzyła córce. Napomniała dziewczynkę, by dobrze jej pilnowała i nie próbowała otwierać.

Na szczęście dumna z tak ważnej misji pięciolatka kurczowo przyciskała do boku przewieszony przez ramię skarb. Wszak mama obiecała, że w zamian za to pozwoli jej później na pomalowanie ust szminką, a to przecież wielka frajda, gdy przez chwilę można sobie pobyć damą. Marysia od wujka Tymka zawsze o tym mówiła. Wciąż paplała o babci chadzającej do eleganckich kawiarni i noszącej piękne stroje oraz kapelusze. Torebka była dość ciężka i miała zbyt długi pasek. Beata co chwilę poprawiała go na ramieniu, lecz i tak wpijał się w jej skórę. Dziewczynka jednak nie pisnęła ani słówka, gdyż zauważyła, z jakim mozołem mama niesie swój balast.

– A gdzie pani zdobyła taki porządny dywan? Jest wełniany? – zagadnęła Agatę jakaś kobieta.

– Tak, wełniany – odparła przepełniona dumą Kostowa. – W Jedynaku rzucili.

– A dużo ich jest? Bo wie pani, właśnie takiego szukam – odparła nieznajoma, odchylając brzeg i podziwiając solidne wykonanie. – To chyba zagraniczny. Wygląda na turecki – westchnęła z zachwytem.

– Z tego, co widziałam, było tylko kilka. Stałam pierwsza w kolejce, jak przywieźli towar z magazynu. Nie było nad czym myśleć, po prostu go wzięłam. Do tej pory pewnie już wszystkie zostały sprzedane, bo jak ludzie zobaczyli dostawę, to zaraz oblegli stoisko. Tam nie ma już po co iść, tylko się pani niepotrzebnie umęczy – odparła Agata, zezując na ciężarną.

– Ojej, jaka szkoda – stęknęła kobieta, głaszcząc wydatny brzuch. – Zenuś, zobacz – trąciła łokciem ślubnego – u nas taki byłby jak znalazł.

Zainteresowany mężczyzna pogładził dłonią odwinięty brzeg. Kiwnął głową z uznaniem. W międzyczasie na przystanek dotarł pojazd. Drzwi otwarły się z hukiem. Wagon opuściło kilka osób.

– Wsiadamy, Beatko. Uważaj na siebie!

Dziewczynka wspięła się na wysoki stopień.

– Chodź, mamusiu! – krzyknęła lekko przestraszona, gdyż Agata miała trudność z wepchnięciem dywanu do wnętrza. – No chodź, bo tramwaj odjedzie.

– Bez obaw – sapnęła matka – nie odjedzie.

– Pomogę pani. – Doskoczył do niej mąż ciężarnej, która już zdążyła zasiąść na zwolnionym przez kogoś miejscu.

We dwoje wciągnęli rulon do środka.

– Dziękuję – odparła.

– A może sprzeda mi pani ten dywan? – zapytała ta sama kobieta, zadzierając twarz w stronę stojącej obok Kostowej.

– Nie. Nie jest na sprzedaż – oznajmiła stanowczo Agata.

– Pani, odstąp go nam. Co będzie się pani szarpać, by zanieść go do domu – poparł żonę Zenon.

– Nie ma mowy.

– Dam dwa razy tyle, ile zapłaciła pani w Jedynaku – zaproponowała ciężarna, sięgając do torebki po portfel.

– Powiedziałam już, że nic z tego.

– Nie bądź pani taka nieużyta! Potrzebuję właśnie takiego dywanu do pokoju dziecka – nalegała uporczywie.

– Ale ja już mam dla niego zastosowanie – odparła Agata. Niby dumna była z nabytku, który wzbudził zazdrość u obcej pary, ale dość już miała nagabywań, choć utwierdzały ją tylko w przekonaniu, że dobrze zrobiła, kupując pozornie zbędną rzecz.

Tramwaj ruszył z przystanku. A ponieważ pasażerów było niewielu, rozmowa małżonków z Agatą wzbudzała zainteresowanie znudzonych ludzi.

– Kupi sobie pani dwa inne – judził mężczyzna. – A moja Lusia nie ma kiedy gonić po sklepach. No… Odmówi pani kobiecie przed porodem?

– Zrobiłaby pani dobry uczynek – naciskała zainteresowana zakupem.

– Proszę państwa! – Agata zawrzała oburzeniem na tę nachalność. Drażniło ją, że stała się obiektem zainteresowania całego wagonu. Widziała, jak ciekawscy zerkają w ich stronę. – Ten dywan jest mi potrzebny. Nie ma mowy, abym go sprzedała. Nie i już!

– A żeby go tak mole zeżarły! – burknęła poczerwieniała na twarzy Lucyna, odwracając twarz do okna.

– No i co pani zrobiła najlepszego? – fuknął Zenek. – Żeby zdenerwować kobietę w takim stanie!

Agata podchwyciła kilka spojrzeń pełnych nagany. Dla kogoś, kto nie wiedział, w czym rzecz, mogła wyjść na perfidne babsko.

– A o co te nerwy? Przecież to mój dywan! Sama go sobie kupiłam! Zupełnie nie rozumiem, czemu państwo tak naciskają, żebym go odsprzedała! – powiedziała głośno i dobitnie, by dobrze ją usłyszeli wszyscy ci, którzy zaczęli coś między sobą szeptać. – Czy ja wam grzebię po siatce z zakupami i żądam odstąpienia czegokolwiek? – Spojrzała znacząco na torbę leżącą na kolanach ciężarnej.

Na szczęście tramwaj dotarł na Kapuściska.

– Wysiadamy, Beatko. Masz moją torebkę? – zwróciła się do córki.

Z niemałym wysiłkiem wytargała na przystanek przedmiot sporu. Tym razem sama, bez niczyjej pomocy. Nerwy dodały jej sił, nawet nie poczuła ciężaru grubej wełny.

– Mamusiu, chcesz, żebym go z tobą niosła? – zapytała Beatka, lecz Agata pokręciła głową.

– Wystarczy, że grzecznie będziesz szła obok mnie.

Kilkakrotnie musiała przystanąć, by odpocząć. Nieporęczny rulon obcierał jej dłonie i coraz dotkliwiej ciążył. Ostatecznie, gdy miała już na linii wzroku wejście do klatki schodowej, poprosiła córkę, by pobiegła do domu i przyprowadziła ze sobą tatę, wujka Gienka, a w ostateczności dziadka.

– Uff… – odsapnęła, siadając na ławce, o którą oparła nabytek. Do tej pory szarpały ją nerwy na myśl o idiotycznej awanturze z tramwaju. – Co za tupet! Co za bezczelność! By tak nachalnie żądać czegoś, do czego nie ma się prawa!

 

– A na co nam ten dywan? – Leon nie wyraził radości na widok zakupu, lecz skrzywił twarz z niezadowoleniem. – Przecież stary jest niczego sobie. Nie masz na co wydawać pieniędzy?

– Żal mi go było puścić. Teraz tak trudno o coś równie porządnego. A wasz jest już mocno zadeptany.

– Zadeptany, bo wszyscy u nas przesiadują. I goście, jak przyjdą, i dzieciaki podczas zabaw. Zniszczą również ten – utyskiwał ojciec.

– Tato ma rację. – Franciszka poparła męża. – Szkoda go tutaj rozwijać, bo zaraz będzie powycierany.

– Oj tam! Szkoda! Ale to wstyd przyjmować kogokolwiek na tym waszym starym poszarpańcu. Trafiłam na okazję, to kupiłam. Wiecie, ile mnie kosztował zachodu? Nie dość, że skurczybyk ciężki jak nie wiem co, to jeszcze jacyś ludzie w tramwaju chcieli go ode mnie wydrzeć. Oferowali mi dwukrotność ceny – oznajmiła, pęczniejąc z dumy.

– Trzeba było im sprzedać.

– Ależ tatku! A co to: u nas nie może być choć trochę przyjemniej? Tylko spójrz, jak wygląda stary. – Wskazała palcem poplamione i faktycznie mocno zużyte straszydło.

Ostatecznie rodzice przystali na zmianę. A że nowy nabytek był nieco większy od poprzedniego, trzeba było częściowo przystawić go wersalką, na której sypiali seniorzy.

– Będziecie mieli cieplej w zimie – stwierdziła Agata. – Przestanie wam ciągnąć od podłogi.

 

Jeszcze kilka minut po tym, jak Elżbieta opuściła pospiesznie mieszkanie, zatrzaskując za sobą drzwi, Tymoteusz Trzeciak stał bezradnie w przedpokoju, spoglądając z niedowierzaniem na wyjście. Pozostawał głuchy na krzyk Hani, którą obudziła wcześniejsza awantura. Nie był zresztą przyzwyczajony do reagowania na płacz małej – wszak od tego miał żonę.

No i co? Tak po prostu sobie poszła? Zostawiła mnie samego z dziećmi? Dokąd ją poniosło? Ee… tam! Zaraz wróci – przemknęło mu przez myśl. Przecież nigdy nie wychodziła na dłużej, zostawiając bez dozoru Hanię i Janka. Czasami powierzała opiekę nad nimi komuś innemu: zwykle Marysi, znacznie rzadziej babci Franciszce, a od wielkiego dzwonu którejś sąsiadce. Zawsze w takich przypadkach jej nieobecność trwała w miarę krótko, gdyż związana była z pilnymi sprawami, przykładowo z wizytą u doktora.

Pewnie przypomniała sobie, że musi coś kupić – stwierdził, choć wewnętrzny głos podpowiadał, że to tylko idiotyczne usprawiedliwienie dla jej nieobecności. Wszak żona wyszła tuż po tym, jak ją uderzył.

Cholera! Źle się stało – uznał. Ale taka była zaciekła w jazgocie, że nie szło jej uciszyć.

– Matko! Ależ mnie to wycie męczy – jęknął. Odruchowo sięgnął po buty. Już miał je wsunąć, by wyjść z mieszkania opanowanego przez wrzask młodszej córki, gdy dostrzegł stojącego w drzwiach pokoju Janka. Chłopiec miał zmoczone spodenki, zapuchniętą od płaczu twarz i wielkie, wystraszone oczy.

– Mamusia? – zapytał, nie wyciągając z buzi smoczka. – Gdzie mamusia?

– Idź się przebrać – polecił mu sucho Tymek. – Wstyd, by taki duży chłop lał w gacie! No… Co tak patrzysz? – fuknął, gdy syn nadal tkwił w miejscu.

W tej samej chwili do Jaśka dołączyła zapłakana Hania, która od kilku tygodni stawiała pierwsze, wciąż jeszcze nieporadne kroki. Ona także miała przemoczone ubranko. Na bawełnianych śpiochach wyraźnie było widać mokre zacieki.

Trzeciak złapał się za głowę. Miał przed sobą dwójkę malców, których należało przebrać. Nie bardzo wiedział, gdzie szukać ubranek. Nie był pewny, czy córka jeszcze nosi pieluchę. Świtało mu w głowie, że Elka wspominała coś o przyuczaniu małej do korzystania z nocnika, lecz on takie informacje jednym uchem wpuszczał, drugim wypuszczał. Z pociechami miewał do czynienia wyłącznie odświętnie, pod warunkiem, że były odpowiednio ubrane i nakarmione. A i wtedy jego uwaga skupiona była na dwójce starszych. Bo z Wieśkiem i Marysią można było normalnie porozmawiać i pobawić się jakoś sensownie. O takich brzdącach jak Hania niewiele wiedział.

Poczłapał do sypialni i otworzył szafę, ale nie potrafił się rozeznać wśród poskładanych tam rzeczy. Pogmerał między zawartością. Nie natrafił na nic, co przypominałoby suche majtki dla córki.

Gdzie tę babę nosi? – zżymał się na połowicę. – Nie ma z niej za grosz pożytku!

Potem przeszło mu przez myśl, że być może Maria będzie wiedziała, gdzie szukać czystych rzeczy na przebranie. Podszedł do okna i zlustrował podwórko, lecz nie dostrzegł dziewczynki.

Miał ochotę wyć z wściekłości. Chciał wyjść z domu, zamknąć za sobą drzwi. Uciec od zanoszącej się płaczem Hani. Pójść w świat, który był dla niego przyjaźniejszy – pomiędzy przyjaciół i piękne panie. Tam, gdzie nikt nie marudzi i nikomu nie trzeba zmieniać zmoczonej bielizny.

– Ja nie mogę! Jak ona to wszystko ogarnia? – jęknął.

Żona wyszła zaledwie przed kwadransem, a on już czuł przerażającą bezsilność – jakby trafił do pułapki bez wyjścia. Do więzienia zamkniętego na głucho. Chętnie poszedłby do matki, by poprosić ją o pomoc. Ale przecież nie mógł zostawić tych dwóch brzdąców samych. Jeszcze doszłoby pod jego nieobecność do jakiegoś nieszczęścia!

– Marysiu, mamo, Elżuniu! Gdzie jesteście, kiedy was potrzebuję?

Zdruzgotany mężczyzna znowu podszedł do okna. Tym razem dopisało mu szczęście, gdyż wypatrzył córkę wśród dziatwy dokazującej na trzepaku. Zawołał dziewczynkę do domu, a gdy przyszła, nakazał jej, by pomogła rodzeństwu zmienić ubrania i posprzątała kałużę oraz mokre ślady zrobione przez chłopczyka.

– O nie! – Tupnęła nogą. – Niech mama posprząta, jak wróci. Ja nie ruszę tego nawet czubkiem palca! I nie dotknę posikanych majtek!

– No dobra, dobra – odparł ugodowo tato. Nie potrzebował kolejnej porcji krzyków. – Matka umyje podłogę po powrocie. Ale Hanką i Jankiem musimy się zająć – oświadczył.

– A dokąd mama poszła?

– Diabli wiedzą. – Wzruszył ramionami.

– Kiedy wróci?

– Pewnie niedługo. Dobra, poszukaj dla nich czegoś na zmianę – polecił. – Jakoś musimy ich przebrać. A potem wyskoczę na chwilę, a ty się nimi zaopiekujesz. Muszę załatwić coś pilnego. Mama na pewno lada moment przyjdzie – zapewnił nieszczerze, choć całkowicie w to zwątpił.

Po chłodnym przemyśleniu sprawy uznał, że połowica pojechała pewnie do matki, by wylać żale na jej łonie. Postanowił więc, że załatwi problem młodszych dzieci, a potem pójdzie do budki telefonicznej i zadzwoni do Benedykty.

– Niech no tylko dorwę tę babę, to powiem jej do słuchu! – mruczał pod adresem ślubnej, usiłując rozebrać wierzgającą niespokojnie córeczkę.

Nieznośnie długo trwało doprowadzenie do ładu Hanki i Jaśka. Potem mężczyzna zapisał na kartce numer do Wilimowskiej, gdyż nie znał go na pamięć, i wyszedł.

 

– Nie. Nie ma u mnie twojej żony – odparła teściowa.

Z całą pewnością mówiła prawdę. Nie miała powodu, by kłamać. Gdyby Elżbieta przyleciała do niej z bekiem, Benedykta raczej pokazałaby pazury i zwymyślała go od najgorszych. Tymczasem jej głos brzmiał zupełnie spokojnie.

– A nie wie mama, dokąd mogła pójść? Do jakiejś koleżanki przykładowo…

– Żartujesz, Tymku? A gdzie ona ma czas i głowę do siedzenia z koleżankami? Przecież tkwi całymi dniami w domu. Wiele razy namawiałam ją, by wyszła trochę pomiędzy ludzi.

– No tak. Ale nigdy nie wychodziła – bąknął.

– Czy coś się stało, Tymku? Pokłóciliście się z Elżbietą?

– Nie, nic. Drobiazg. Gdyby do mamy dotarła, proszę jej powiedzieć, że ma natychmiast wracać do domu. Dzieci na nią czekają, a ona gdzieś łazi – powiedział rozdrażniony.

Odwiesił na haczyk ciężką, metalową słuchawkę. Przez chwilę stał w budce i rozmyślał nad tym, co powinien zrobić.

Wrócić do mieszkania, poczekać na żonę i skarcić ją za to nagłe wyjście?

Poszukać jej na mieście, a potem przywlec za kudły do domu?

Dać na razie spokój krzykom, bo w gruncie rzeczy całymi dniami musi sama zajmować się dziećmi, co faktycznie może stanowić pewną uciążliwość, lecz przy najbliższej sposobności wypomnieć Elżuni, że zostawiła maluchy i poszła diabli wiedzą dokąd?

Pójść do matki po radę, jak należałoby teraz postąpić?

Machnąć ręką na wszystko, bo najmłodsze dzieciaki mają już opiekę, i skoczyć na piwo z Romkiem, tak, jak zrobiłby to w „normalnych” okolicznościach? Normalnych, czyli po kłótni z połowicą. Wszak do tej pory to on zawsze wychodził, trzaskając drzwiami.

– Ot, franca! Chciała mi utrzeć nosa… Czekaj, czekaj… Już ja ci pokażę! Wróć no tylko do domu! Zaraz oduczę cię takich zagrywek!

 

Młody rabarbar, który przerastał na pola z ogródków działkowych, był tak kwaśny, że nie dało się go zjeść bez jednego skrzywienia, lecz dla chłopaków z Kapuścisk stanowił nie lada atrakcję. Często zakradali się w pobliże dorodnych kęp i wycinali czerwonawe kłącza, z którymi uciekali do swoich ulubionych kryjówek. Tam należało zębami nagryźć łykowatą skórkę i oddzielić ją od włóknistego, cierpkiego miąższu.

– Kto zje badyl i nie wykrzywi ryja, ten dostanie całego szluga – zapowiedział Wiesiek.

Rano zdołał rąbnąć ojcu dwa papierosy marlboro. Prócz nich miał jeszcze sfatygowaną paczkę carmenów, które wyjął mamie z szuflady. Czuł się więc jak bogacz.

– Całego? Nie gadaj! – wykrzyknął podekscytowany Feliks. Jego stary dobrze pilnował swoich sportów, więc zwędzenie ich nie wchodziło w grę.

– A co będzie, jak wszyscy damy radę? – zagadnął Zakichaniec. Jego ksywa pochodziła od minirymowanki, którą uporczywie określali go koledzy: Michał kichał. Z biegiem czasu sprowadzili ją do jednego słowa.

– Dam fajkę każdemu z was.

– E! Teraz to już cyganisz – stwierdził Felek.

– Pokaż, czy naprawdę masz tyle, żeby wystarczyło dla wszystkich – zażądał Michał, gdyż siedzieli w wilczym kanionie w czwórkę. Prócz Wieśka, Felka i Michała był jeszcze Ziutek – chytrus, jakich mało. Ten na pewno nie przepuściłby takiej okazji. Zakichaniec doszedł do wniosku, że koledzy bez jednego wyjątku też będą próbowali przystąpić do konkurencji.

Wiesiek wyciągnął z kieszeni paczkę papierosów i ostrożnie pochylił ją nad otwartą dłonią, by wysunęły się z niej pomarańczowe tutki ustników. Rzeczywiście było ich znacznie więcej niż amatorów dymka. Szanse na zapalenie były więc spore.

– Ale bez skóry! – Ziutek uznał za stosowne określenie zasad. – Bo skóra jest niedobra. Trudno ją pogryźć i można po niej dostać sraczki.

– Srakę i tak dostaniesz, jak zeżresz cały rabarbar – zakpił Felek.

– Nie dostanę!

– Dostaniesz!

– A zakład, że nie? – Chytrus twardo obstawał przy swoim.

– O co? – wmieszał się Michał.

– O rację – odparł Ziutek.

– Wielkie rzeczy: o rację – odparł lekceważąco Wiesław.

– A o co? Myślisz, że wszyscy srają papierosami jak ty? – zaperzył się amator zakładów.

– Ty na pewno się zesrasz – przypomniał Michał. – I to nie papierosami, tylko tym kwachem.

– Jak mówię, że nie, to nie. Zakład?

– A jak niby mamy to sprawdzić? Przecież nikt nie będzie za tobą latał do kibla.

– Wystarczy, że posiedzimy razem do wieczora. Jak nie pójdę w tym czasie za krzaki, to znaczy, że wygrałem. To chyba proste, nie?

– Zawsze możesz popuścić w gacie – zasugerował rozbawiony Feliks.

– Puknij się w łeb, głąbie! To co? Stoi?

– Ale o co? – dociekał Wiesław.

– Zakład o pięć strzelaków. Może być?

– I o procę – podrzucił Feliks, pewny swojego zwycięstwa.

– Bez skóry? – Ziutek spojrzał wyczekująco na Wiesława, który bardziej dla zabawy i towarzystwa obierał wolno badyl rabarbaru.

Trzeciak skinął głową.

– Może być.

– A jak żaden nie wytrzyma? – zmartwił się Felek. Już sobie narobił smaku na dymek.

– To nagrodę dostanie tylko ten, kto pęknie ostatni – zadecydował sponsor.

Chłopaki zasiedli w kręgu i z powagą sięgnęli po łodygi, które kilka minut wcześniej zrzucili na jedną stertę u swoich stóp. Zdarcie skóry było względnie łatwe – umieli już to zrobić bez używania zębów. Wiesiek dla porządku sprawdzał, czy nie obłupują rabarbaru zbyt grubo. Potem przyszedł czas na zjedzenie cierpkiego wnętrza. Początkowo zachowanie kamiennej twarzy przychodziło im bez większego wysiłku, choć niejednemu łzy napływały do oczu. Pierwszy odpadł Feliks.

– Kurczę, ale kwasior! – jęknął i splunął.

Ziutkowi i Zakichańcowi szło nieco lepiej, ale ostatecznie to Ziutek wytrzymał dłużej. I to on otrzymał trofeum w postaci carmena. Wiesiek miał jednak dobry humor i gest – dał drugiego papierosa kolegom na pociechę. Mieli go wykurzyć we dwóch. Po chwili wszyscy czterej zaciągali się dymem. Dumny z siebie zwycięzca siedział na obalonym pniu rozparty jak basza. Miejsce obok niego zajmował fundator przyjemności. W pewnej chwili Wiesiek pociągnął nosem i zerknął na kumpla. Ten tkwił nieruchomo, lekko pochylony do przodu. Dłoń z papierosem już od dłuższej chwili zwisała bezwładnie, a bezcenny carmen spopielał się samoistnie. Chłopak pozieleniał na twarzy.

– O kurczę! – jęknął nagle Ziutek.

– Popuściłeś w majty? – wykrzyknął Wiesiek.

– Nie. To tylko bąk – wyjąkał.

A potem zerwał się, rzucając niedopałek na trawę, i pognał za krzaki, odprowadzany głośnym śmiechem reszty. Gdy wrócił kilka minut później, jego twarz miała już naturalny koloryt. Michał triumfalnie wyciągnął do niego dłoń.

– Strzelaki i proca – zażądał z satysfakcją.

Zdruzgotany Ziutek zaczął przetrząsać kieszenie. Nie dość, że całą przyjemność z wypalenia papierosa diabli wzięli, to jeszcze utracił swoje skarby. Procy było mu szkoda. Zrobił ją niedawno i świetnie strzelała. Miała skórzaną łatkę służącą do miotania pocisków. Wkładało się w nią groch, kamyczki lub rzepy, co ułatwiało celowanie. Bo z gumek można było wypuszczać przede wszystkim haczyki, a z takiej łatki wszystko. Najzabawniejsze było strzelanie rzepami do dziewczyn. Koleżanki, obrzucane z ukrycia kłującymi pociskami, przeraźliwie piszczały. Wydłubując kolczaste kuleczki spomiędzy włosów lub odrywając je od ubrań, rozglądały się w poszukiwaniu agresora. W większości przypadków nie były w stanie go wskazać.

Oczywiście wśród chłopaków, którzy upodobali sobie takie psikusy, prym wiódł Trzeciak. Pilnował on jednakże, by koledzy nie dokuczali jego młodszej siostrze Maryśce. A szkoda, bo mocno skręcone blond loki byłyby doskonałym celem. Poza tym koledzy jednogłośnie twierdzili, że ze wszystkich dziewczynek z ich podwórka ona jest najokropniejsza, bo chodzi z zadartym nosem i zgrywa wielką panią. Ot, księżniczka!

Michał właśnie próbował zdobyczne cacko, gdy do ich uszu dobiegł trzask gałęzi. Odwrócili głowy w tamtym kierunku i zobaczyli nadbiegającego Alka.

– Ej, chłopaki! Na budowę przywieźli nową koparkę! – krzyknął podekscytowany. – Jest gigantyczna. I ma tak wielką łyżkę, że moglibyśmy wleźć do niej we dwóch! Nigdy w życiu nie widziałem większej!

– O ja! Trzeba to koniecznie zobaczyć! – stwierdził Michał. – To co: lecimy?

– Mowa! Ej, zasrańcu, idziesz z nami czy wracasz w krzaczory? – zapytał Trzeciak.

– Sam jesteś zasraniec – zaperzył się Ziutek.

– No, no! – Nieformalny przywódca pogroził mu pięścią. – Tylko bez żadnych takich! Mnie nie przegoniło po rabarbarze. Dobra, Alek, prowadź! – zarządził, ponieważ osiedle Kapuściska wciąż stanowiło gigantyczny plac budowy i trudno byłoby trafić w odpowiednie miejsce bez kogoś, kto wcześniej wypatrzył ciężki sprzęt.

Najpierw musieli wleźć na górę po stromych zboczach kanionu, co po padającym wczoraj deszczu nie było takie proste, gdyż trawa w zacienionym miejscu wciąż była mokra. Ślizgali się na niej oraz na gołej ziemi prześwitującej pomiędzy kępami. Wiesiek kilka razy przejechał kolanem po skarpie, lecz na razie nie przejmował się brudnymi spodniami, choć wiedział, że za takie plamy na pewno dostanie od matki burę. W końcu dotarli na otwartą przestrzeń. Bezzwłocznie pobiegli za Alkiem, który ruszył sprintem w stronę dziurawiących niebo żurawi. Trochę czasu zabrało im sforsowanie ogrodzenia otaczającego teren wykopu. Robotnicy opuścili już miejsca pracy. Chłopcy dostrzegli tylko ciecia, który pilnował placu budowy. Siedział w znacznej odległości.

– Ło! Faktycznie jest gigantyczna! – ocenił Wiesiek koparkę.

– No! I łychę ma fajną!

– Patrzcie na te gąsienice. Chyba nawet czołgi nie mają większych! – wymieniali uwagi.

– Panowie, podchodzimy bliżej. Może zdołamy na nią wleźć – zadecydował Trzeciak.

– Ktoś powinien zostać na czatach – rzucił kumpel, któremu wciąż doskwierał ból brzucha. Miał poważne obawy, że za chwilę znowu będzie musiał lecieć za potrzebą. Wspinaczka na koparkę nie była w tej chwili najlepszym pomysłem.

– No to zostań, cykorze! – syknął Michał.

We czterech pobiegli chyłkiem ku potężnej maszynie i w mig zaczęli na nią włazić. Stróż najwyraźniej nie próżnował, gdyż z krzykiem ruszył w ich stronę.

– Chłopaki! Chodu! – ryknął Ziutek, i nie czekając na nich, zaczął przeciskać się przez dziurę w siatce.

Alek, Feliks i Michał zeskoczyli z gąsienicy. Wiesiek, jako że wszedł najwyżej i zdołał z ciekawością zerknąć do kabiny, musiał zaryzykować potężnym susem. Spadł jak kot – na cztery łapy. Na szczęście podłoże było dość miękkie, więc nie zrobił sobie krzywdy. Szybko stanął na nogi i rzucił się do ucieczki.

– Stój, smarkaczu! – sapał tuż za nim dozorca. – Ja wam pokażę, gnojki! Nie będziecie mi się tutaj szwendać! Jak jeden z drugim złamie nogę albo skręci kark, to dopiero nabierzecie rozumu!

Wiesiek był od niego zdecydowanie szybszy. Już po chwili dogonił kolegów i razem z nimi zaczął przełazić przez ogrodzenie. Szczęście go jednak opuściło, gdyż zaczepił nogawką o jakiś pręt. Nie dość, że podarł ubranie, to jeszcze solidnie poharatał nogi.

– O kurczę! Moje spodnie – jęknął. – Matka natrze mi uszu, jak zobaczy nową dziurę!

Ostatnio nieustannie było o to gderanie i przypominanie, jak trudno jest dostać w sklepach coś porządnego. I że nikt nie ma czasu na wystawanie w kolejkach, a on już nie jest malutkim dzidziusiem, który raczkuje i wyciera kolana. Powinien bardziej szanować swoje rzeczy, bo jeszcze trochę, a będzie chodził jak dziad – w poszarpanych lub pocerowanych galotach, przynosząc wstyd całej rodzinie.

Postanowił, że zostanie na podwórku i wróci do domu, gdy zacznie zapadać zmrok. Matka będzie tak zaaferowana opóźnionym powrotem, że nie dostrzeże dziury. A on przemknie do swojego pokoju, gdzie włoży inne dresy – te ukradkiem wyrzuci do kubła na odpadki albo lepiej do zsypu i po problemie. Przecież mama nie liczy, ile kto ma ubrań. Na pewno więc nie zauważy brakującej pary.

 

 

Ciąg dalszy w wersji pełnej