Niepołomice. Zwycięscy - Edyta Świętek - ebook + audiobook
BESTSELLER

Niepołomice. Zwycięscy ebook i audiobook

Edyta Świętek

4,5

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!
Opis

Po latach daremnych oczekiwań Weronice i Nikodemowi Zalipiakom rodzi się syn Gabriel. Bernadeta, w obawie, by nie ziściła się klątwa z przeszłości, ponownie podejmuje próbę odnalezienia cudownego źródła na Studzieńcu. Poczynania kobiety narażają na szwank jej małżeństwo, ponieważ Prokop zaczyna podejrzewać, że przed laty Bernadetę połączył romans z Antonim Parnickim. Dodatkową zgryzotą Prokopa jest brak godnego dziedzica ojcowizny. Ostatecznie mężczyzna postanawia, że po jego śmierci majątek przejmie syn Wojciecha, Klemens.

Polacy na przełomie XIX i XX wieku nie porzucają rojeń o wyzwoleniu ojczyzny z jarzma niewoli. Szansa na suwerenność pojawia się wraz z wybuchem wojny.

Czy podejrzenia Prokopa okażą się słuszne? Czy rodziny Parnickich i Trzosów połączy coś więcej niż wspólne interesy? Jak potoczą się losy młodego gospodarza? Czy w czasie nadciagającej nieubłaganie wojennej zawieruchy znajdzie się czas na miłość?

Edyta Świętek zabiera nas do Polski na przełomie XIX i XX wieku, malując poruszający obraz tamtejszych zwyczajów, przekonań i relacji między ludźmi.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 407

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 11 godz. 25 min

Lektor: Edyta Świętek

Oceny
4,5 (161 ocen)
94
52
14
1
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
JamieMcKazik

Nie oderwiesz się od lektury

Nie mogę uwierzyć, że to już koniec tej wspaniałe sagi. Piękna książka, która na długo ze mną zostanie i którą gorąco będę polecać... Dodatkowo, świetny audiobook! Gorąco polecam
10
asiasleczka

Nie oderwiesz się od lektury

fantastyczna!
00
Mama23

Dobrze spędzony czas

👍
00
ewita5211

Nie oderwiesz się od lektury

Kawał historii. Bardzo fajnie się czyta.
00
japael499059

Nie oderwiesz się od lektury

Przeczytasz jednym tchem.
00

Popularność




RedakcjaMonika Orłowska
KorektaJanusz Sigismund
Projekt graficzny okładkiMariusz Banachowicz
Zdjęcia wykorzystane na okładce©Cottonbro/Pexels; Radoslaw Maciejewski/Shutterstock
Skład i łamanieAgnieszka Kielak
Zdjęcia w środkuMieczysław Janusz Jagła
Zdjęcie autorki na okładceBogusław Hajduk
© Copyright by Skarpa Warszawska, Warszawa 2021 © Copyright by Edyta Świętek, Warszawa 2021
Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w internecie
Wydanie pierwsze
ISBN 978-83-67093-23-1
Wydawca Agencja Wydawniczo-Reklamowa Skarpa Warszawska Sp. z o.o. ul. Borowskiego 2 lok. 24 03-475 Warszawa tel. 22 416 15 [email protected]
Konwersja: eLitera s.c.

W POPRZEDNIEJ CZĘŚCI

Antoni Parnicki oraz Jan Ostrowski ponoszą śmierć w powstaniu styczniowym. Po upadku zrywu Trzosowie daremnie oczekują powrotu Wojtka. Za udział pierworodnego w walkach zostaje im skonfiskowana połowa majątku. Rodzina popada w tarapaty finansowe.

Owdowiała Eulalia postanawia związać się z Gustawem Zaleskim. Gertruda jest przeciwna małżeństwu córki z kupcem, lecz narzeczeni biorą ślub. Eulalia zachodzi w ciążę. Wraz z dzieckiem umiera podczas porodu. Po śmierci córki Gertruda postanawia zamieszkać z Amelią.

Gustaw wdraża w swe interesy Juliusza Parnickiego. Siostrzeniec ma być jego sukcesorem.

Filomena Parnicka kocha się bez wzajemności w Maksymilianie Żelechowskim.

Maksymilian obejmuje rodzinny majątek. Zwalnia z pracy Prokopa. Mimo przysięgi złożonej Antoniemu, postanawia pomścić śmierć swej rodziny. Morduje kolejno kmieci. Gdy zasadza się na syna Zalipiaków, Nikodema, Prokop uniemożliwia mu popełnienie kolejnej zbrodni. Niedoszła ofiara i Trzos topią szlachcica.

Po tajemniczym zniknięciu Maksymiliana Filomena przenosi uczucia na Marcela Branickiego.

Nikodem Zalipiak poślubia Weronikę Trzos. Małżeństwo nie może się doczekać dzieci. Gdy w końcu kobieta rodzi syna, niemowlę umiera na skutek zakażenia.

Ze strachu przed aresztowaniem za udział w powstaniu Wojciech przystaje do bandy rozbójników. Prokop wyrzeka się pierworodnego. Podczas jednej z obław organizowanych przez Austriaków Wojtkowi pomaga Dominika Gdula. Młodzi zakochują się w sobie, lecz ojciec postanawia wydać Dominikę za mąż wbrew jej woli. Wojtek wraz z kamratami zabija narzeczonego ukochanej. Bierze ślub z brzemienną dziewczyną, a potem, ku niezadowoleniu Prokopa, powierza ją opiece swej matki. Małżonkowie spotykają się potajemnie. Na świat przychodzi kolejno trójka ich dzieci: Klemens, Zosia oraz Bronek, który w wieku dwóch lat tonie w studni. Dominika wymusza na Wojtku obietnicę, że porzuci bandę. Mężczyzna ginie podczas napaści, która miała być ostatnią z jego udziałem.

Młodszy syn Prokopa, Zygmunt, odmawia przejęcia w przyszłości ojcowizny i wstępuje do klasztoru.

Cuda czasami się zdarzają – rozmyślała Weronika, głaszcząc się po brzuchu, który tylko nieznacznie widać było spod fałd ciemnej perkalowej sukni.

Piąty miesiąc ciąży mijał bez większych problemów. Kobieta czuła się dobrze. Ufała, że jej dziecięciu nic nie zagraża. Poprzednie roniła znacznie wcześniej, więc skoro donosiła do tego momentu, istniało prawdopodobieństwo, że wreszcie jej się poszczęści. Tylko że do porodu nie będzie brała tamtej brudnej akuszerki, która źle przewiązała pępowinę Władeczkowi, na skutek czego synuś zmarł kilka dni po przyjściu na świat.

Chyba pora powiedzieć Nikodemowi oraz mamie – stwierdziła.

Do tej pory nikt jeszcze nie wiedział, że jest brzemienna. Nosiła sekret pod sercem w milczeniu, tłumiąc radość z kolejnej nadziei. Nawet przed mężem łatwo było ukryć prawdę, ponieważ większość czasu spędzał poza domem. I nawet jeśli zauważył, że ostatnio przybrała w talii, to zapewne uznał, że po prostu przytyła.

Może było to irracjonalne zachowanie, lecz bała się, że jeśli powie coś komukolwiek, nim miną pierwsze miesiące, to nadzieja pryśnie jak bańka mydlana. Nie chciała zapeszyć.

Matka zastała ją podczas plewienia ogródka.

– Pomogę ci, córuś – zadeklarowała, lecz Weronika posadziła ją na ławce w cieniu upojnie pachnącej lipy. Dzień był skwarny.

– Nie trzeba, mamo. Niewiele mi zostało, skończę później. No, chyba że komary nie dadzą mi żyć.

– Też ci się zachciało – sapnęła Bernadeta. – Nie masz znowu aż tak dużo ziemi, by robić w największy gorąc.

– Kiedy mnie od środka rozpiera i usiedzieć nie mogę, taki mam zapał do pracy – oznajmiła młoda.

– No dobrze, dziecko. Skoro tak mówisz...

Miło było znowu widzieć córkę pełną życia. Biedactwo. Długo nie mogła dojść do siebie po utracie pierworodnego – pomyślała Trzosowa, spoglądając na nią bacznie. Uwadze kobiety nie uszło, że Weronika nabrała kształtów, a w jej oczach pojawił się blask. Widać w końcu pogodziła się z losem. Ech... Przeklęta ta nasza dola.

– Muszę się tym nacieszyć, nim stanę się ciężka niczym parowóz – odparła córka, spoglądając na matkę tak wymownie, że ta od razu zerwała się z ławki, składając dłonie jak do modlitwy.

– Co ty mówisz, Weronisiu? Dobrze cię zrozumiałam?

– Dobrze, mamo. Jestem przy nadziei. Mija już piąty miesiąc, więc powinnam donosić. Tylko podczas porodu nie chcę już widzieć na oczy Kowalikowej. Pomóż mi znaleźć inną akuszerkę, byle nie była to brudna baba, która zmarnuje mi następne dziecko.

– Ja je odbiorę, gdy przyjdzie na ciebie czas – oświadczyła stanowczo Bernadeta. – Rodziłam czterokrotnie, byłam przy Dominice, gdy ta wydawała na świat trójkę swych maluszków. Dość się napatrzyłam, by sobie poradzić. Z nami Czopowa nie wyczyniała takich ceregieli, jak tamta franca z tobą. Poradzimy sobie same.

– Naprawdę? Matuchno, nawet nie wiesz, jak mi ulżyło. Nie oddam się więcej w łapska tamtej wiedźmy.

Uściskom nie było końca. Bo teraz, gdy Weronika ujawniła swój sekret, mogła się wreszcie na głos nim nacieszyć, ale również wyjawić swe obawy. Bernadeta, trzymając córkę w ramionach, zapewniała, że wszystko dobrze pójdzie. Przestrzegała przyszłą matkę przed nadmiernym wysiłkiem, zaproponowała jej nawet, by na ostatnie tygodnie przed rozwiązaniem zamieszkała w rodzinnym domu. Wolała mieć oko na ciężarną.

***

– Mamo! Mamo! – wykrzyknęła uszczęśliwiona Filomena, wymachując kopertą, którą niedawno dostarczono z Niepołomic.

– Co to za krzyki, moja damo, hę? Chcesz wystraszyć maluszka? – skarciła ją łagodnie Cecylia.

Brzemienna dama usiadła z godnością na kanapie w buduarze matki, a potem oznajmiła:

– Dostałam list od brata.

– Do mnie także pisał – odparła rodzicielka.

– Ach! To już pewnie wiesz, że Julek w końcu wziął sobie do serca moje napomnienia i postanowił się żenić.

– Oczywiście że wtajemniczył mnie w swoje plany weselne. Podchodzi do nich bardzo rozsądkowo. Zastanawiam się wręcz, czy żeni się z panną, jej koligacjami rodzinnymi czy z posagiem.

Słowom Cecylii towarzyszyło głębokie westchnienie. Pod tym względem syn do złudzenia przypominał swego ojca, choć w przeciwieństwie do Antoniego Juliuszem nie musiały kierować względy finansowe. Był majętnym trzydziestopięcioletnim mężczyzną. Wuj Gustaw stopniowo wycofywał się z interesów, pozostawiając mu wolną rękę. Juliusz osiadł więc na dobre w Krakowie, chwaląc sobie uroki miasta, które zdecydowanie wypiękniało za zasługą Dietla oraz jego następcy Mikołaja Zyblikiewicza[1]. On także nie szukał narzeczonej wśród szlachty, lecz pomiędzy ludźmi, z którymi robił najlepsze interesy. Jego wybór padł na Augustę Łodzińską, pochodzącą ze znamienitej mieszczańskiej rodziny kupieckiej. Ku rozpaczy Cecylii, w korespondencji, którą od niego otrzymała, rozwodził się nie tyle nad przymiotami charakteru czy urody wybranki, ale nad tym, jakie korzyści związane będą z mariażem.

– Och, mamo! W liście do mnie nie napomknął ani słowem o kwestiach materialnych i familijnych. Zachwycał się natomiast skromnością Augusty, jej serdecznością i najpiękniejszym uśmiechem na świecie. Zapewniał mnie, że znajdę w niej siostrę i przyjaciółkę, gdyż narzeczona nie może już doczekać się naszego spotkania. Gdybym tylko mogła pozwolić sobie na podróże! Zaraz pojechałabym do Krakowa! – oznajmiła, głaszcząc się po wypukłym brzuchu, z którego lada dzień miała wydać na świat dziecinkę.

Od tygodni większość czasu spędzała w swych pokojach, niemalże nie zaglądając do bawialni, gdyż to wiązałoby się z koniecznością włożenia czegoś przyzwoitszego niż peniuar, a ona osobliwie źle znosiła teraz noszenie ciężkich sukni. Miała wprawdzie ciążowy gorset oraz kilka ładnych strojów, lecz cóż za przyjemność z wkładania tego wszystkiego tylko po to, by nudzić się w towarzystwie mamy, owdowiałej kuzynki, dwóch starych panien i wiecznie zgorzkniałej Justyny? Prócz nich w domu rezydował zubożały kuzyn Marcela, który przegrał rodzinne dobra w karty, oraz jego leciwy ojciec z daleko posuniętą sklerozą. Smętne to towarzystwo, doprawdy! – rozmyślała, będąc skazaną wciąż na te same osoby, gdyż siłą rzeczy musiała poniechać nawet wycieczek po Niepołomicach i spotkań ze znajomymi. Wszak dobrze wychowanej damie nie wypadało pokazywać się w świecie, gdyż obnoszenie wydatnego brzucha było w złym tonie. Mogła więc zapomnieć o teatrze, rewizytach w domach przyjaciół, a nawet przechadzkach po mieście. Nuda, nuda, po prostu nuda!

Książka z 1876 roku pod przydługim tytułem Zwyczaje towarzyskie (le savoir-vivre) w ważniejszych okolicznościach życia przyjęte, według dzieł francuskich spisane była jej aż nazbyt dobrze znana i, niestety, w części omawiającej zachowanie, które przystoi bądź nie przystoi damie oczekującej potomka wyraźnie napisano: „Kobieta, która wkrótce ma zostać matką, niepowinna wychodzić w dzień na ulicę i bywać w świecie. Tylko w rodzinnem kole przyjąć może zaproszenie na obiad; obowiązkiem jej wstrzymać się od uczęszczania do teatru, oddawania wizyt i ukazywania się na przechadzkach publicznych. Najsurowiej zwyczaj ten spełnianym jest przez Amerykanki i Angielki, i ze wszech miar zasługuje na to, aby go wszędzie naśladować”[2].

Ach, te Angielki i Amerykanki! Za ich przykładem skazana była na monotonię i nudę, ciesząc się każdym drobiazgiem wyrywającym ją z tej okropnej rutyny i odliczając dni do rozwiązania, by po odpowiednio długim okresie połogu ponownie rzucić się w wir życia towarzyskiego. Od zamążpójścia wciąż spotykała się z ludźmi, gdyż Marcel utrzymywał liczne stosunki towarzyskie. A teraz musiała z tego zrezygnować z wielką przykrością dla siebie.

Cecylia odetchnęła nieznacznie, słysząc, że w liście do siostry Juliusz zachował znacznie mniej powściągliwości i dał upust romantycznym uniesieniom. Przykra byłaby jej bowiem myśl, że syn mógłby unieszczęśliwić jakąś damę tak, jak ją unieszczęśliwiał przez długie lata Antoni.

***

Po powrocie od Weroniki Bernadeta padła na kolana przed wizerunkiem staniąteckiej Matki Bożej Bolesnej, by podziękować za cud wzrastający w łonie córki. Już dawno pogrzebała nadzieję na kolejne wnuczę. Żywiła obawy, że prócz Klemensa i Zosi nie doczeka ich więcej. Tymczasem los sprawił jej miłą niespodziankę, choć na pełnię szczęścia trzeba będzie jeszcze poczekać kilka miesięcy. Zaraz też zdjął ją strach o dziecko i brzemienną.

Następnego dnia włożyła najgorszą ze swoich nielicznych sukni. Głowę przykryła czepcem, by nie potargać włosów. Wzięła ze sobą flaszkę wody oraz kukiełkę i tak zaopatrzona, nic nikomu nie mówiąc, wyruszyła na Studzieniec, by dopełnić ostatniej formalności, o której słyszała od Frani Zalipiak, gdy ta opowiadała jej, jak można pozbyć się klątwy. Musiała przejść ową drogę samotnie, tak jak wówczas. I pieszo, bo to, co łatwo przychodzi, nie przynosi efektu.

Może dlatego nie powiodło mi się za pierwszym razem, że przez las przeprowadził mnie nieboszczyk Parnicki?

Pragnęła znowu poszukać cudownego źródełka i wypatrzyć w nim monstrancję, a następnie przyłożyć ucho do ziemi i nasłuchiwać, czy bije dzwon na wieży zapadniętego kościoła. Dopiero gdy rozlegnie się ów dźwięk, klątwa zostanie zdjęta.

Wyruszyła tym samym gościńcem co przed laty: pieszo, ze śpiewem na ustach.

– Wiosną kwiatki piękne są w ogrodzie / Lecz rój dziewcząt jest piękniejszy kroć / a więc gdy spotkasz dziewczę z opłotka / to uśmiechem swą rozjaśnij twarz[3] – Jej czysty mocny głos niósł się daleko, wracając echem odbitym od drzew.

Już nie bała się rozbójników, bo tych ostatecznie rozgromiono w ubiegłym roku. Gdy dotarła do lasku na Winnicy, uczyniła znak krzyża.

To tu gdzieś oddał ducha Wojtuś, świeć Panie nad jego duszą – westchnęła, a potem zmówiła szeptem „Wieczne odpoczywanie”.

Jar był wyjątkowo łatwy do pokonania. Ostatnie gorące dni skutecznie osuszyły gliniaste dno. I tylko gdzieniegdzie lśniły wysychające kałuże lub grunt był nieco miększy. Zbocza porastały krzaczki poziomek, które obsypywało kwiecie zapowiadające liczny owoc. Przyjemnie było wędrować w cieniu, gdzie powietrze wokół pachniało upojnie, a roje owadów brzęczały, pracowicie zapylając roślinki.

Gdy Bernadeta wyszła z lasu, oślepiło ją słońce. Momentalnie zrobiło jej się gorąco. Na szczęście wzdłuż wyboistej drogi rosły drzewa dające choć odrobinę wytchnienia od spiekoty. Wśród okolicznych pól uwijali się chłopi, kosząc łąki, grabiąc siano czy pieląc grządki. Dzieciarnia pasła bydło.

***

Gdzież jest to źródło? – wzdychała Bernadeta, wędrując leśnymi ostępami. Dotarła na mokradła. By przez nie przejść, musiała zdjąć trzewiki. Odwykła już dawno od chodzenia boso, spodziewała się więc, że porani sobie stopy. Mimo to uparcie szła naprzód, rozglądając się bacznie, czy nie dostrzeże jakiegoś znajomego widoku.

Daremnie!

Wszystko wokół wyglądało obco, a co gorsza, zaczynało się robić późno. W lesie ciemności zapadają znacznie szybciej niż na otwartej przestrzeni, więc w pewnym momencie kobieta zwróciła uwagę na to, że umilkł świergot ptaków, a wijąca się przed nią, ledwo widoczna ścieżka zdaje się znikać sprzed jej oczu.

Z oddali dobiegł skowyt. Trzosowa nie potrafiła ocenić, czy jest to głos psa czy wilka.

***

Prokop denerwował się coraz bardziej. Na zewnątrz gęstniał mrok, a Bernadety wciąż nie było.

– Jesteś pewna, że nie mówiła, dokąd idzie? – Kolejny raz spojrzał badawczo na Dominikę, lecz ta bezradnie pokręciła głową.

– Ady mówiłam wam już, że nic nie powiedziała. Raczej nie poszła do Weroniki, bo wzięłaby ze sobą pewnie jakiegoś gościńca albo koszyk z robótkami.

Mężczyzna potarł się dłonią po szczęce.

– Wezmę Gniadego i pojadę do Niepołomic. Może jednak tam ją znajdę. Zapewne Weronika poczuła się gorzej, a Betka postanowiła, że u niej zostanie – gdybał, choć przypuszczał, że w takiej sytuacji przysłałaby kogoś z wieścią.

Martwił się, ponieważ równie dobrze na żonę mógł ktoś napaść. Wprawdzie Austriacy skutecznie położyli kres rozbojom, lecz nigdy nie wiadomo, na kogo człowiek się nadzieje, idąc przez puszczę.

A co jeśli leży gdzieś pobita, próżno oczekując pomocy? – Aż zadygotał z lęku.

Czym prędzej wybiegł z domu do stajni i osiodłał Gniadego. Jechał niespiesznie, by w razie czego nie przeoczyć ślubnej. Nasłuchiwał, czy z zarośli nie dobiegnie go jakiś jęk. Serce biło mu niczym dzwon na trwogę. Cóż, gdy nie natknął się na Betkę, a zdziwiona Weronika powiedziała, że tego dnia nie było u niej matuli, i sama zaczęła się denerwować, czy coś złego jej nie spotkało.

Zmartwiony mężczyzna wrócił do dworku, lecz nie zastał w nim żony. Podniósł więc alarm, kazał budzić śpiących parobków, brać lampy i pozostałe konie, nawet tę starą chabetę, która już od dawna nie służyła ani robocie w polu, ani nawet wnukom do nauki jazdy na oklep. Rozesłał ludzi po okolicy. Polecił im jechać do pobliskiej wsi, zaglądać do chałup, stukać w okna, jeśli będą ciemne, i dopytywać, czy ktoś nie widział Bernadety. Dominikę napomniał, by nie kładła się spać, tylko wyglądała matuli. A gdyby ta zjawiła się w domu, niech bije w gong zawieszony pod powałą obok ganku, który służył do zwoływania na posiłki. Wtedy zaprzestaną poszukiwań.

Sam skierował się do Słomiroga, licząc na to, że może znajdzie żonę w rodzinnym domu. Może zachorowała któraś z jej sióstr? Może pomarła Zenobia, w której od dawna życie ledwo się telepało?

***

W buduarze Filomeny panował zaduch. Było tak gorąco, że rodząca dama i towarzysząca jej akuszerka oblane były potem, jakby wyszły przed momentem z kąpieli, zapominając o użyciu ręcznika.

– No, gołąbeczko, jeszcze jeden mały wysiłek i będzie po krzyku – zapewniała odbierająca poród.

Położnica krzyknęła, czując kolejny nieprzyjemny skurcz, a potem ze wszystkich sił napięła mięśnie. Nagle poczuła ulgę, bo w tym samym momencie na świecie pojawiła się maleńka istotka.

– Chłopczyk! – obwieściła Genowefa, którą przed dwiema godzinami przywieziono z Niepołomic. – Ma pani syna, madame. Dzielna z pani kobieta – pochwaliła Branicką. – Żeby ze wszystkimi tak gładko szło!

Kilka minut później do pokoju pozwolono wejść Cecylii. Ta z miejsca porwała w ramiona zawiniątko z maleństwem. Przy Filomenie wciąż krzątała się akuszerka oraz służące, doprowadzając ją do porządku.

– O mój Boże! – wyłkała głęboko wzruszona. – Jakiż on śliczny. Mój wnusio. Mój maleńki królewicz!

Podeszła z dzieckiem do posłania córki.

– Jestem z ciebie dumna, kochanie! Jak dasz na imię pierwszemu dziecku w nowym pokoleniu?

– Marcel i ja postanowiliśmy, że będzie nosił imiona Wiktor Antoni.

– Wiktor Antoni – powtórzyła w ślad za nią. – Wiktor... Zwycięzca. Pięknie – zaaprobowała wybór córki.

– Wierzymy z Marcelem, że nasz syn będzie żył w wolnej Polsce – odparła utrudzona porodem kobieta.

Cecylia przysiadła z dzieckiem w objęciach na krawędzi jej posłania. Przytrzymując zawiniątko jedną ręką, wyciągnęła drugą, by pogłaskać policzek Filomeny.

– Ojciec byłby dumny, słysząc twoje słowa. Marzył o wyzwoleniu ojczyzny i oddał za nią życie.

Nie wiedzieć czemu, Cecylia przypomniała sobie drobny epizod sprzed lat, gdy mąż zapytał ją, będącą wówczas w stanie błogosławionym, czy weźmie udział w polowaniu, a świętej pamięci Gertruda podniosła larum o powinnościach wobec rodu i konieczności zachowania ciągłości nazwiska.

Los płata figle – pomyślała. – Ten dwór nie stanowi już ostoi Parnickich, bo wraz z moją śmiercią ostatecznie i nieodwołalnie przejdzie w ręce Filomeny. Teraz to Braniccy tutaj nastaną: na dobre i na złe.

***

Prokop z rosnącym niepokojem jechał konno w stronę Słomiroga. Z nieprzyjemnym dreszczem pokonał las na Winnicy, ciemny i posępny, przepełniający dziwną trwogą.

To tu gdzieś dokonał żywota Wojtek – przemknęło mu przez myśl. Przeżegnał się i zmówił modlitwę za zmarłego.

Teraz gdy syn już nie żył, gniew mężczyzny zelżał. Czasami Trzos wyrzucał sobie zbytnią surowość. Zastanawiał się, co by było, gdyby pozwolił Wojciechowi pracować na kolei. Może wówczas nie wydarzyłoby się tyle złego? Nie miałby w nim wprawdzie godnego następcy, lecz przynajmniej chłopak nie zszedłby na złą drogę. I z całą pewnością nadal byłby wśród żywych.

Na moment wyrzuty sumienia przyćmiły lęki o zaginioną kobietę.

Moje życie to wielka porażka. Popełniłem tak wiele błędów!

Zmarnował swą surowością pierworodnego. Nie potrafił dogadać się z Dominiką, choć Bernadeta dziesiątki razy prosiła go, by traktował sneszkę łagodniej, ponieważ ona nie jest winna temu, co się stało z synem. No i jeszcze ten mord na Żelechowskim, którego z perspektywy czasu nie potrafił przed samym sobą usprawiedliwić.

Choć Prokop nie był w stanie wyzbyć się poczucia winy, dokładał starań, by łagodzić to odczucie u Nikodema. Nie chciał, by tamta zbrodnia rzucała cień na szczęście małżeńskie córki. Rozmawiał z zięciem i za każdym razem podkreślał, że sam ponosi większą winę, bo to on pierwszy wcisnął pod wodę głowę szlachcica i on ją trzymał, aż ciało zrobiło się wiotkie. Powtarzał to z wielkim uporem, by zdezorientowany młodzieniec uwierzył, że nie brał udziału w zbrodni, lecz jedynie był jej świadkiem. Na dodatek Nikodem omal nie stracił życia, więc tym bardziej nie powinien mieć skrupułów.

Nie wiedział, na ile powiodła mu się ta sztuka. Liczył jednak na to, że zięć przyswoi sobie jego słowa. Wszak kłamstwo powtarzane po wielokroć staje się prawdą. Prokop więc z premedytacją zaklinał rzeczywistość.

Minął las na Winnicy, wyjechał na otwartą przestrzeń. Przed nim, w mroku nocy, majaczył gościniec wiodący do Zakrzowa i dalej, ku Krakowowi.

Mężczyzna odsunął myśli od pierworodnego oraz od zięcia, znowu górę wziął strach, że Bernadetę spotkało coś złego. Takie zniknięcia nie były do niej podobne. Żona zawsze mówiła, jeśli nie jemu, to Dominice lub komuś ze służby, dokąd się udaje i kiedy należy oczekiwać jej powrotu. A gdy miała zamiar zabawić w jakimś miejscu dłużej, niż pierwotnie zaplanowała, przysyłała wiadomość przez umyślnego, by się o nią nie lękał.

– O dobry Boże, niech ona się odnajdzie żywa i zdrowa. Błagam. Daję słowo, że się zmienię. Wejrzę na moje postępowanie, nie będę taki zaciekły w złości. Dogadam się z Dominiką. Przysięgam. Tylko uchroń moją gąseczkę od złego – jęknął półgłosem.

Dojeżdżał do rozstajów, gdzie droga rozdzielała się, wiodąc jedną odnogą do Krakowa, drugą ku Słomirogowi. Już miał skręcić, gdy Gniady parsknął i rzucił łbem, jakby wskazywał gościniec na wprost.

– No co jest, konisiu? Nie jedziemy do Krakowa ani do Wieliczki – powiedział Prokop, głaszcząc zwierzę po masywnym karku.

Ogier jednak, zamiast ruszyć dalej, stanął, nie zważając na ponaglenia swego pana. Rżał, rzucając łbem, jakby koniecznie chciał obrać inną drogę.

Ki czort? – pomyślał mężczyzna i poluzował cugle, pozwalając zwierzęciu, by zadecydowało o kierunku jazdy.

Zaniepokojony niezwykłym zachowaniem wierzchowca, jeszcze mocniej wytężał wzrok. Noc nie należała do szczególnie jasnych, na niebie widać było jedynie cienki rożek księżyca. Mimo to w pewnym momencie Trzos zauważył majaczącą postać. Pogonił Gniadego, a potem dziarsko z niego zeskoczył. Jego serce waliło młotem, gdy rozpoznał Bernadetę.

– Betko! Szczęście moje! Toć my, szukając cię, od zmysłów odchodzimy! Gdzieżeś ty była?

– Prokopie! Jak dobrze, żeś przede mnie wyjechał. Opadłam już z sił. Byłam na Studzieńcu.

– Gdzie? Na Studzieńcu? Na litość boską, po co?

– Klątwa – sapnęła kobieta.

– Co ty wygadujesz? Jaka znowu klątwa?

– Ta, którą Goczałowa rzuciła przed laty. Muszę jej zapobiec, bo inaczej Weroniczka znowu straci dziecinkę.

– Nie ma żadnej klątwy – odparł. – Wracajmy lepiej do domu.

– Mylisz się, Prokopie. Przeklęta nasza dola. Jedynie ja mogę odwrócić los. Muszę tylko dotrzeć w miejsce, gdzie zapadła się świątynia, i tym razem załatwić rzecz jak należy. Bo za pierwszym razem zapomniałam posłuchać dzwonu. I właśnie przez to tamta wyprawa poszła na marne – tłumaczyła mężowi, gdy już siedzieli razem na Gniadym, jadąc w stronę domostwa. – Dzisiaj mi się nie udało, nie trafiłam do źródła. Ale to nic, musiałam zmylić drogę. Wszak byłam tam bardzo dawno temu. Wszystko się od tamtej pory pozmieniało, wyrosły nowe drzewa, bagno mogło się skurczyć lub powiększyć. To nic, to nic. Znajdę – mamrotała bardziej do siebie niż do męża. W jej głosie słychać było znużenie.

– Betko, przestań! Nie wygaduj takich bzdur. I nie chodź więcej na Studzieniec, bo to nic nie da. Nie wierz w zabobony. To życie tak się plecie, że raz człowiek jest na wozie, a raz pod wozem.

***

Następne dwa dni Bernadeta spędziła w łóżku, bowiem wyprawa na Studzieniec wyzuła ją z sił. Dominika przynosiła posiłki i pielęgnowała świekrę, jakby ta wpadła w chorobę. Trzeciego dnia, gdy już zafrasowany Trzos chciał posyłać po doktora, żona wstała i rzuciła się w wir codziennych obowiązków. Wciąż jednak pozostawała zadumana i nieobecna duchem.

– Betko... Co z tobą? – zapytał Prokop, gdy po raz trzeci nie zareagowała na jego słowa. Nawet wtedy nie spojrzała na niego. Dopiero gdy złapał ją za ramię, popatrzyła przytomnym wzrokiem, jakby nagle wytrącił ją z głębokiego snu.

– Mówiłeś coś?

– Tak. Pytałem, nad czym tak rozmyślasz. Tylko błagam cię, nie mów mi znowu o klątwie – uprzedził jej słowa.

– W takim razie pozwól, że zachowam milczenie – odparła, odwracając się od niego.

Obierała ziemniaki, w jej wprawnych dłoniach szybko śmigało niewielkie ostrze.

Dominika zaraz po śniadaniu poszła z dziećmi na łąki, by przewracać suszące się siano. Prokop zamierzał wyjść na ostatnie nieskoszone grunty, lecz gdy zobaczył, że żona przyszła do kuchni, zmienił plany. Czuł, że muszą porozmawiać. Powinien definitywnie wybić z głowy Bernadecie myśli o klątwie.

– Pączusiu różany, tak nie można – zaczął od łagodnej perswazji.

– Nie próbuj mnie powstrzymywać. Wrócę na Studzieniec, gdy nabiorę sił. Dla mnie to najważniejsza sprawa. Czuję, że tylko tak mogę pomóc Weronice.

– Nie! Nikomu w ten sposób nie pomożesz. Nie chcę, abyś tam chodziła. Martwiliśmy się o ciebie! A gdyby coś złego ci się stało?

– Co złego może się przydarzyć starej babie? – Wzruszyła ramionami.

Mężczyzna zbliżył się i delikatnie nią potrząsnął.

– Po prostu nie rób tego więcej. To nie ma sensu. Uwierz mi. I obiecaj, że nie będziesz samotnie chodziła do tamtejszego lasu. Obiecaj – powtórzył z naciskiem, gdyż milczała.

W końcu, po chwili ciszy, skinęła głową.

– Niech będzie – burknęła, wracając do przerwanej czynności.

***

Gdy dwa dni później ponownie zniknęła, wiadomo było przynajmniej, gdzie jej szukać. Tym razem Prokop nie czekał, aż zrobi się całkiem ciemno, lecz wyjechał jej naprzeciw wraz z trzema parobkami. Wszyscy byli konno. Gdy dotarli pod karczmę Lamensdorfów na Balachówce, pojawił się problem, ponieważ żaden z nich nie wiedział, gdzie dokładnie znajduje się owo miejsce, którego poszukiwała Trzosowa. Nie tracąc czasu, rozdzielili się, uzgodniwszy, że spotkają się ponownie przy gospodzie wraz z całkowitym zapadnięciem ciemności. Jeśli jej do tej pory nie znajdą, zastanowią się, co dalej począć. Wprawdzie mieli ze sobą lampy naftowe, ale czy rozważne było wnoszenie do lasu ognia, nawet gdy ten uwięziony został za szkłem kloszy? Od wielu tygodni panował skwar, wysuszając knieję, więc łatwo było o pożogę.

Między drzewami owionął ich przyjemny chłód, lecz panowały tam również znaczne ciemności. Prokop starał się nie poganiać zbytnio Gniadego, zresztą jazda na koniu pod nisko zwieszającymi się gałęziami drzew nie była najlepszym pomysłem. Zeskoczył więc z wierzchowca, by dalej pójść pieszo. Nawoływał żonę po imieniu. Niestety echo przynosiło mu wyłącznie odbicie jego słów bądź pokrzykiwań parobków.

Mrok gęstniał, Trzos zdecydowanie oddalił się od pozostałych ludzi, ponieważ już nie dobiegały go ich głosy. Powinienem zawrócić – pomyślał z przygnębieniem – bo i ja zaraz pobłądzę.

Właściwie sam nie wiedział, gdzie się znajduje. Pierwszy raz był w tym lesie, do tej pory nie miał takiej potrzeby. Wszak mieszkał tuż przy Puszczy Niepołomickiej, której maleńka część należała do niego. Ot tyle, by wystarczyło mu drzewa na opał, a kobietom grzybów oraz leśnych owoców. Teraz przedzierał się przez nieznane ostępy grząskim terenem. Pod butami kląskało błoto, więc zakładał, że zmierza w dobrym kierunku.

Chociaż dręczyły go obawy o Bernadetę, prócz strachu, że spotkało ją coś złego, odczuwał również narastający gniew. Nikt przy zdrowych zmysłach nie lezie na bagna w obcym miejscu, na dodatek nocą! Już ja jej pokażę, gdzie raki zimują! Jak mi Bóg miły! – odgrażał się.

Nigdy wcześniej nie podniósł ręki na ślubną, lecz szczerze wątpił, czy tym razem zachowa spokój, gdy ją odnajdzie. Wszak z powodu zabobonów oraz jej bzdurnych rojeń cztery osoby ryzykowały właśnie życie.

***

Noc była ciepła, lecz ciemna, bezksiężycowa, gdyż niebo zasnuły ołowiane chmury. Bernadeta trochę się obawiała, że może z nich lunąć deszcz. Nie wiedziała, w którym kierunku ma podążać. Intuicyjnie starała się zmierzać na wschód.

Zaguzdrała się w lesie, a na domiar złego znowu nie trafiła do źródła. Nie miała pojęcia, gdzie się znajduje, była głodna i znużona. Spychała na bok myśli o martwiącym się o nią Prokopie. Przypuszczała, że mąż jej szuka, i wierzyła, że podobnie jak poprzednio, znajdzie ją i tym razem.

Przemoczona ponad kolana i mocno ubłocona suknia oraz halki ciążyły jej niepomiernie. Wprawdzie podkasała je, gdy zapuszczała się w głąb lasu, lecz tyle razy zahaczyła strojem o krzaki, że przyodziewek opadł do jej bosych stóp. Przez jakiś czas podtrzymywała przód spódnicy dłonią, w drugiej dzierżąc zesznurowane razem trzewiki, lecz gdy kilkakrotnie się potknęła, machnęła ręką na zniszczoną odzież. Ważniejszy był kostur, na którym mogłaby się wspierać, a także macać ledwo widoczną, wydeptaną przez zwierzęta ścieżkę.

W końcu, gdy już całkowicie opadła z sił, wypatrzyła w mroku obalony pień drzewa przylegający do rosnącego obok dębu. Odsapnę chwilę, by zebrać siły – pomyślała, sadowiąc się na nim i opierając wygodnie plecy. – Dobry Bóg ustrzeże mnie przed wilkami.

***

Parobkowie już czekali pod karczmą Lamensdorfa. Prokop dotarł na miejsce ostatni.

– Nie ma jej – rzucił Michał Bielak, choć było to dość oczywiste.

– Nie wiem, co robić – westchnął Trzos. – Przedzierać się przez bagniska niepodobna po nocy. Wołałem ją, ale odpowiadało mi tylko echo.

– A może pani Bernadeta wróciła do domu inną drogą? – zasugerował Klemens Dyl.

Zafrasowany Trzos potarł dłonią szczękę.

– To możliwe – odparł po chwili ciszy. A potem z ciężkim sercem dodał: – Wracajcie do domu.

– A wy, gospodarzu?

– Pójdę w las, by dalej jej szukać. Konia zostawię w gospodzie, wezmę tylko lampę.

Zaczęli mu perswadować, że nie powinien samotnie zapuszczać się w knieję, na dodatek z ogniem. Gotowi byli mu towarzyszyć. Ostatecznie, po dłuższych deliberacjach, całą czwórką powrócili do domu. Nie zastali tam Bernadety.

– Odpocznijcie. Skoro świt wracamy na Studzieniec – zadecydował Trzos, zły, że z powodu niefrasobliwych pomysłów ślubnej odciąga ludzi od roboty, której jak zwykle było co niemiara. Fakt, że bał się o nią panicznie. Właściwie sam nie wiedział, czy górę bierze strach czy gniew.

Nie wyobrażał sobie życia bez ukochanej żony, która od lat stała wiernie u jego boku, dodając mu chęci do działania.

Tak naprawdę to mądre kobiety są siłą napędową naszej rodziny – pomyślał.

To one dbały o domowników i o panujące w domu zwyczaje i zasady. One były pierwszymi nauczycielkami dzieciaków, kładąc im w głowy dzieje rodu, wiele lokalnych historii, ucząc umiłowania dla ojcowizny, przyrody, a wreszcie dla Polski. To one posyłały podrosłą dziatwę do szkół i w dużej mierze decydowały o przyszłości rodziny, choć każda z nich: czy to Bernadeta, czy to jego matka, czy babcia, którą wciąż dobrze pamiętał, była osobą wchodzącą pomiędzy Trzosów.

***

Bernadeta znalazła się następnego dnia pod wieczór. Brudna, głodna, ledwo żywa ze zmęczenia. Potulnie wsiadła na konia i pozwoliła się zabrać do domu. Przez całą drogę Prokop łajał ją za niefrasobliwe zachowanie, lecz odnosił wrażenie, że z tym samym efektem mógłby mówić do ściany.

Wiedział, że żonie nie starczy sił, by nazajutrz wracać do lasu, więc zaraz z rana wyprawił Bielaka po Weronikę. Dał mu konia i wóz, choć te potrzebne były na miejscu do zwózki siana. Nie chciało mu się gadać ze ślubną. Całą nadzieję pokładał w tym, że córka przemówi matce do rozsądku.

Gdy przyjechał Bielak z Weroniką, Prokop wybiegł przed dom. Pomógł córce zsiąść. Nawet nie zapytał jej o samopoczucie, tylko z miejsca zaczął opowiadać o swoich troskach.

– Zwariowała, Weronisiu. Jak słowo daję! Wciąż tylko gada o klątwie, lesie i wyprawie na studzienieckie bagniska. Wczoraj jak ją znalazłem, brudna była jak nieboskie stworzenie, a w oczach miała szaleństwo!

– Och nie! Matula wariatką? – Weronika wystraszyła się nie na żarty i od razu złożyła ojcu obietnicę, że zrobi wszystko co w jej mocy, by położyć kres matczynym wyskokom.

***

– Matulu, matulu... Po co chodzisz do lasu? To na nic. Tracisz tylko zdrowie i siły.

– To dla ciebie, córciu, i twojego maluszka.

– Nic nam nie grozi. Niepotrzebnie się narażasz, wpędzając nas wszystkich w lęk, że utoniesz w bagnisku. Mamo... Proszę, nie chodź już do lasu. Potrzebnaś mi cała i zdrowa. Obiecałaś odebrać poród – bąknęła nieśmiałe przypomnienie. – Chcesz, bym ze strachu o ciebie poroniła dziecinkę?

– Co ty mówisz, Weroniczko?

– Prawdę. Tak się o ciebie zamartwiam – odparła dobitnie brzemienna. A potem zaczęła nalegać, by matka obiecała, że zaprzestanie wypraw do lasu przynajmniej do czasu rozwiązania. Żywiła nadzieję, że urodzi zdrowego potomka i tym samym raz na zawsze skłoni matkę do zapomnienia o klątwie.

***

– Gabrielu, ja ciebie chrzczę w imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego.

Kapłan dokończył ceremonię chrztu. Jakiś czas później rodziny Zalipiaków oraz Trzosów opuściły wnętrze gotyckiego kościoła usytuowanego tuż przy niepołomickim rynku.

Dzień był pogodny i dość ciepły jak na koniec października, choć psotne podmuchy wiatru ciskały pod stopy liście mieniące się wszystkimi odcieniami czerwieni, żółci i brązów – wymarzony czas na świętowanie.

Syn Weroniki i Nikodema przyszedł na świat przed kilkoma dniami. Zdrów był jak rydz i nawet nie dał kobiecie mocno w kość podczas porodu. Świeżo upieczona mateczka doszła więc szybko do siebie. W domu Zalipiaków nareszcie zapanowała wielka radość, bowiem kolejne dni upływały, a malec nie słabł i nie chorował. Czy była to zasługa Bernadety, która samodzielnie przyjmowała dziecko pchające się na świat? Weronika głęboko w to wierzyła. Nie nacierpiała się tyle co przy Władeczku, nie musiała poddawać się dziwacznym zwyczajom, nikt nie kładł jej na brzuch zimnych, śliskich śledzi.

– Dobry Bóg wysłuchał naszych modlitw – cieszył się Prokop, choć w głębi duszy żałował, że to maleństwo nie nosi nazwiska Trzos. Powoli jednak godził się z myślą, że jego następcą będzie Klemens, syn Wojtka i Dominiki. Nie była to najgorsza perspektywa na przyszłość, bo choć chłopiec, jak przystało na dziesięciolatka, bywał niesforny, garnął się do pracy w gospodarstwie.

– Ano wysłuchał – odparła Franciszka, moszcząc się na ławie naprzeciwko Trzosów.

Chrzciny wyprawione zostały z rozmachem, bo i radość z ich powodu była ogromna. Nic więc dziwnego, że do niewielkiej chałupy zawitali dziadkowie, ciotki oraz wujowie i kuzynostwo maleństwa. Bernadeta przysłała córce do pomocy dwie komornice, a i sama również napiekła kukiełek i nasprawiała mięsiw. Ona jedna nie podzielała powszechnej ekscytacji, pozostając nieco w cieniu, na uboczu, pogrążona w zadumie.

Ta dziecina dana nam została niejako na bórg – rozmyślała. W rzeczy samej błagała wszystkie siły sprawcze o to, by córka szczęśliwie powiła, obiecując samej sobie, że odczyni klątwę rzuconą przez Goczałową tak szybko, jak tylko to będzie możliwe. Bo choć córce i zięciowi wiodło się ostatnio nadspodziewanie dobrze, ją przepełniał lęk, że to jedynie cisza przed burzą.

A może i młodzi coś przeczuwali? Wszak nie wzięli się do budowy ładniejszego domu, choć była mowa o tym wówczas, gdy przeprowadzali się na swoje. Żyli oszczędnie, składali grosz do grosza. Na nic im nie brakowało, lecz Weronika nie trwoniła na zbytki ani talarów zarobionych przez męża, ani tych uzyskanych za wydziergane koronki. Zapewne trzymali gotówkę na czarną godzinę.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

BIBLIOGRAFIA

Julian Zanikow, Wokół Niepołomic i Puszczy Niepołomickiej, wyd. nakładem UMiG w Niepołomicach, Niepołomice 2009.

Jan Kracik, Ludzie królewskich Niepołomic, wyd. nakładem UMiG w Niepołomicach, Niepołomice 2008.

Anna Siwek, Antoni Siwek, Kronika Niepołomic, wyd. nakładem UMiG w Niepołomicach, Niepołomice 2005.

Anna Siwek, Antoni Siwek, Kronika Niepołomic 1000-1945, wyd. nakładem UMiG w Niepołomicach, Niepołomice 1989.

Marcin Korzec, Niepołomice, PUW Roksana, Krosno 2001.

Mariusz Niemycki, O lichu, co króla mamiło, Wydawnictwo Skrzat, Kraków 2008.

Marcin Pielesz, Opactwo Benedyktynek w Staniątkach, Wydawnictwo Petrus, Kraków 2015.

s. Małgorzata Borkowska OSB, Gawędy staniąteckie, wyd. nakładem UMiG w Niepołomicach, Niepołomice 2016.

Barbara Ogrodowska, Polskie obrzędy i zwyczaje, Wydawnictwo MUZA, Warszawa 2012.

Anna Sieradzka, Tysiąc lat ubiorów w Polsce, Wydawnictwo Arkady, Warszawa 2003.

Praca zbiorowa, Historia Polski. Atlas ilustrowany, Wydawnictwo Demart, Warszawa 2014.

Słownik polskich wyrazów technicznych, Wydawnictwo Akademii Nauk Technicznych, Warszawa 1929.

Teresa Olearczyk, Oświata na ziemi niepołomickiej, Wydawnictwo Naukowe Akademii Ignatianum w Krakowie, Kraków 2020.

Louise Alqui de Rieupeyroux, Zwyczaje towarzyskie (Le savoir-vivre) w ważniejszych okolicznościach życia przyjęte, według dzieł francuskich spisane, wydawca: Wildt Juliusz, Kraków 1876.

Zbigniew Grabowski, Legiony Polskie, Wojskowe Centrum Edukacji Obywatelskiej, Warszawa 2014.

Piotr Czerwiński, Vademecum. Historia, Wydawnictwo Greg, Kraków 1999.

Źródła internetowe:

https://ciekawostkihistoryczne.pl

https://wielkahistoria.pl

https://dzieje.pl

https://wegrzcewielkie.wordpress.com

https://cbr.gov.pl

https://www.historiasztuki.com.pl

https://www.agnieszka.lisak.net.pl

http://ihistorynka.blogspot.com

http://www.konkursmoda.wilanow-palac.pl

https://dziennikpolski24.pl

https://culture.pl

.

Poruszająca historia o rodzinie,która nie zawsze i nie dla wszystkichjest bezpiecznym portem.

Rozalia Kmiecik wydaje na świat szóste dziecko – Anielę. Rodzina dziewczynki zmaga się z problemami finansowymi, a ojciec wkrótce zostaje aresztowany za rozbój. W trudnych chwilach oparciem dla dziewczynki jest ukochana ciocia Wanda, a następnie najbliższa przyjaciółka. Dorastające dziewczęta łączy zbieżność marzeń oraz wspólny cel do zrealizowania. Jaką tajemnicę skrywa matka Anieli? I jak wszystkie czyny oraz niewypowiedziane słowa wpłyną na młodą kobietę i jej dalsze życie? Czy w świecie, który z założenia powinien być bezpieczny, jest miejsce na sekrety i kłamstwa?

.

Poruszająca historia o tym,jak jedna decyzja może zmienić los...

Po latach emocjonalnej pustki w życiu Anieli Kmiecik przychodzi czas na miłość. O serce dziewczyny walczą dwaj mężczyźni: Norbert oraz Marcin. Sekret wyjawiony przez Rozalię stanowi poważną przeszkodę na jej drodze do szczęścia, a traumatyczne przeżycia z dzieciństwa wciąż nie pozwalają o sobie zapomnieć. Jak walczyć z zakazanym uczuciem? Czy weźmie górę głos rozsądku? Czy w świecie pełnym niedomówień jest miejsce na drugą szansę?

PRZYPISY

[1] Mikołaj Zyblikiewicz (1823–87) – polski polityk, adwokat, prezydent miasta Krakowa.
[2] Fragment pobrany ze strony: https://www.lisak.net.pl/blog/?p=2579 30-07-2021 r. Zachowana autentyczna pisownia.
[3] Fragment piosenki ludowej – autor nieznany.