Niepołomice. Przeklęci - Edyta Świętek - ebook + audiobook

Niepołomice. Przeklęci ebook i audiobook

Edyta Świętek

4,5

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!
Opis

Porywająca historia rodzin na tle wydarzeń, które zmieniły losy Polski.

Powstanie styczniowe zbiera krwawe żniwo. Wojciech Trzos z obawy przed karą ukrywa się i wpada w tarapaty. U owdowiałej Cecylii pojawia się adorator, lecz w przeciwieństwie do swej bratowej, kobieta nie jest zainteresowana ponownym zamążpójściem. W sercu Gustawa Zaleskiego odradza się miłość do Eulalii, jednak na drodze do ich szczęścia stoi Gertruda, która nie akceptuje związku córki. Czy miłość pięknej szlachcianki i kupca ma szansę na pokonanie piętrzących się trudności? Jak potoczą się losy Wojtka? Czy Maksymilian zapomni o przeszłości i wybaczy mordercom swej rodziny?

Edyta Świętek kolejny raz udowadnia, że doskonale odnajduje się w historycznych realiach epoki.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 389

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 9 godz. 59 min

Lektor: Edyta Świętek

Oceny
4,5 (193 oceny)
119
51
21
1
1
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
Mlotki

Nie oderwiesz się od lektury

Przyjemna i wciągająca. Polecam.
00
FannyBrawne

Całkiem niezła

Niestety, bardzo nudna. Dużo wątków, a żaden nie został porządnie rozbudowany.
00
aniasamsel74

Nie oderwiesz się od lektury

Cudowna
00
orikasia1

Nie oderwiesz się od lektury

Super
00
ZabaWberecie

Nie oderwiesz się od lektury

dawno nie czytałem tak porywającej lektury.
00

Popularność




RedakcjaMonika Orłowska
KorektaJanusz Sigismund
Projekt graficzny okładkiMariusz Banachowicz
Zdjęcia wykorzystane na okładce©Cottonbro/Pexels; Radoslaw Maciejewski/Shutterstock
Skład i łamanieAgnieszka Kielak
Zdjęcia w środkuMieczysław Janusz Jagła
Zdjęcie autorki na okładceBogusław Hajduk
© Copyright by Skarpa Warszawska, Warszawa 2021 © Copyright by Edyta Świętek, Warszawa 2021
Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w internecie
Wydanie pierwsze
ISBN 978-83-66939-97-4
Wydawca Agencja Wydawniczo-Reklamowa Skarpa Warszawska Sp. z o.o. ul. Borowskiego 2 lok. 24 03-475 Warszawa tel. 22 416 15 [email protected]
Konwersja: eLitera s.c.

W POPRZEDNIEJ CZĘŚCI

Na obrzeżach Puszczy Niepołomickiej, po sąsiedzku ze szlacheckim rodem Żelechowskich, żyją Trzosowie – wolni kmiecie, których korzenie sięgają czasów króla Kazimierza Wielkiego. Ciężarna Bernadeta wraz z mężem Prokopem udaje się na jarmark do Niepołomic. Tam spłoszony koń pędzi wprost na Trzosową, którą w ostatniej chwili ratuje szlachcic Antoni Parnicki. Pod kopytami ginie jednak kilkuletni chłopiec. Jego matka rzuca klątwę na Bernadetę, twierdząc, że to przez nią zginęło jej dziecko.

Przerażona Bernadeta szuka sposobu na umknięcie przed przekleństwem. Udaje się na bagna na Studzieńcu, gdzie przy cudownym źródełku odprawia obrzędy zalecane przez miejscową legendę w celu odwrócenia klątwy.

Antoni Parnicki jest nieszczęśliwie zakochany w Kornelii Żelechowskiej – żonie swojego sąsiada i przyjaciela. Sam musiał ożenić się z córką bogatego krakowskiego kupca, by ratować majątek przed ostateczną ruiną. Cecylia Parnicka źle znosi chłód małżonka i domyśla się, że mąż kocha inną kobietę. Okoliczna szlachta i powinowaci odnoszą się do niej z dystansem.

Tadeusz Żelechowski jest surowym człowiekiem, źle traktuje swoich chłopów, nakładając na nich znaczne powinności pańszczyźniane, karząc ich chłostą i zakuwaniem w kajdany.

Brat Cecylii, Gustaw Zaleski, jest kupcem bławatnym. Nieoficjalnie pełni funkcję emisariusza roznoszącego wieści pomiędzy emigrantami we Francji a Polakami mieszkającymi na terenach opanowanych przez zaborców i czynnie pomaga w przygotowaniach do powstania. W swoje działania angażuje Parnickiego, o co siostra ma do niego żal.

Austriacy wiedzą, że przygotowywany jest zryw. Na rynku w Niepołomicach częstują chłopów wódką i namawiają ich do wystąpienia przeciwko ziemiaństwu, tłumacząc, że gdyby nie sprzeciw polskiej szlachty, cesarz już dawno zniósłby pańszczyznę. Podburzają kmieci do tego, by nie dopuścili do czynu zbrojnego i wszystkie porywy stłumili w zarodku.

Tuż przed planowanym wybuchem powstania Parnicki umawia się na schadzkę z Kornelią. Między zakochanymi dochodzi do zbliżenia. W tym czasie zbuntowani chłopi mordują całą rodzinę Żelechowskich, plądrują też i palą dwór.

Na terenie Galicji rozlewa się fala przemocy. Chłopi masowo napadają na dwory, dokonują rzezi na szlachcie i rozbijają nieliczne oddziały powstańcze, które próbowały podjąć walkę przeciwko zaborcom.

Parnicki udziela Żelechowskiej pomocy i schronienia. Proponuje Prokopowi, by to on został tymczasowym administratorem majątku wdowy. Kilka tygodni później Kornelia odkrywa, że jest ciężarna. Mimo to udaje się do klasztoru w Staniątkach.

Rebelia zostaje stłumiona. Rzeź na Żelechowskich uchodzi chłopom bezkarnie.

Dwór Żelechowskich zostaje odbudowany, kobieta wraca tam ze swoim synkiem Maksymilianem. Po kilku latach nieurodzajów wzmaga się nędza mieszkańców Galicji. Ludzie są gnębieni przez zarazy oraz głód. Żelechowska, czując potrzebę odpokutowania za grzech, którego dopuściła się z Parnickim, wybacza niegdysiejszym poddanym i próbuje ich wspierać materialnie na miarę swych możliwości. Po jakimś czasie zapada na cholerę.

Po śmierci Żelechowskiej Maksymilian trafia pod opiekę Cecylii, która ma syna Juliusza będącego w tym samym wieku. Cecylia przywiązuje się do dziecka i okazuje mu mnóstwo czułości.

Na cholerę umiera teść Bernadety, jej córka oraz służąca.

Syn Trzosów, Wojciech, jest niesfornym chłopcem o złodziejskich i awanturniczych ciągotach. Gdy w Kongresówce wybucha powstanie styczniowe, chłopak ucieka z domu, by dołączyć do walczących o niepodległość. Spotyka Antoniego, który ratuje mu życie, zasłaniając go własną piersią.

Rok 1863

Wojciech Trzos przez dłuższy czas spoglądał na zmarłego szlachcica. Chociaż już wcześniej widział ginących towarzyszy broni, po raz pierwszy miał tak bezpośrednią styczność ze śmiercią. Wszak nie chodziło o jakiegoś tam anonimowego żołnierza, ale o człowieka, który był bliskim znajomym jego rodziny. Kogoś, kto nazywał Prokopa przyjacielem i komu Trzosowie zawdzięczali swój obecny status.

– Co ja mam teraz zrobić? – jęknął po chwili stuporu.

Nie mógł porzucić ciała ot tak, na pastwę dzikich zwierząt, które rozwlekłyby szczątki Antoniego po puszczy. Nie miał łopaty, by zakopać szlachcica na miejscu. Odbiegli na tyle daleko, że stracił orientację i nie wiedział, gdzie się znajdują. Otaczały ich jedynie odgłosy kniei, nie docierał tutaj wojenny tumult.

– Najprościej byłoby go pochować, a potem dać jakoś znać jego rodzinie. Jeśli zechcą, przeniosą Parnickiego na cmentarz – bąknął Mietek, choć to rozwiązanie nie wzbudzało jego entuzjazmu. – Wiesz, gdzie jesteśmy?

– Nie. Nigdy wcześniej tutaj nie byłem. I nie pamiętam, z której strony przybiegliśmy. Pokonaliśmy chyba szmat drogi. Ledwo zipię ze zmęczenia – przyznał, chowając szkaplerz Antoniego do kieszeni w czamarze. – Muszę odrobinę odsapnąć.

– Nie możemy tutaj zostawać. Zaczyna zmierzchać, niebawem zapadnie noc. Też jestem zmęczony, ale nie chciałbym, aby wilki zrobiły sobie z nas kolację. Zresztą kiszki marsza mi grają.

– Co radzisz? – zapytał skonsternowany Trzos. Pierwszy raz w życiu poczuł się prawdziwie bezradny. Do tej pory to on wiódł prym, podejmował decyzje i stanowił wsparcie moralne dla Mietka.

– Nie mamy wyboru. Trza brać Parnickiego na grzbiet i wydostać się z puszczy. Poniesiemy go na zmianę. Nie powinniśmy wracać tą samą drogą, bo tam wciąż mogą być Austriacy. Moskale raczej nam nie zagrażają. Mimo wszystko musimy zachować ostrożność. Może nie odbiegliśmy znowuż aż tak daleko w las. Na pewno gdzieś w pobliżu znajdziemy domy i jakichś życzliwych ludzi, którzy pozwolą nam odzipnąć choćby i w stodole. A rano trzeba będzie przedzierać się dalej.

– Słusznie – westchnął Wojtek. Zdawał sobie sprawę, że mają przed sobą co najmniej milę wędrówki, którą będzie spowalniał balast w postaci ciała. Gdyby choć mieli konia! Cóż, gdy Dragon padł, kiedy rozerwało armatę. – Może jak opuścimy knieję, to pochowamy pana Antoniego – stwierdził. – Damy znać pani Cecylii, gdzieśmy go pogrzebali, a potem trzeba będzie odszukać nasze oddziały. Na pewno część powstańców przeżyła i uniknęła niewoli. Nie możemy się poddać, klęska pod Igołomią nie przesądza losów całego zrywu.

– Uff... – Kurdziel odetchnął z ulgą. – Nareszcie gadasz jak ty. To co: ruszamy? Mogę pierwszy ponieść pana Parnickiego, a ty główkuj, w jakim kierunku pójść. Potem mnie zmienisz.

Wojtek pochylił się nad Antonim i ostrożnie domknął szlachcicowi wpółotwarte powieki. Potem pomógł przyjacielowi podnieść bezwładne ciało. Mietek stęknął, uginając się pod ciężarem. Waży trochę, skurczybyk – przemknęło mu przez myśl, lecz powstrzymał się przed wygłaszaniem komentarzy. Wiedział, że dla przyjaciela ten człowiek był kimś wyjątkowym. Gdyby w grę wchodził ktokolwiek inny, skłaniałby się ku pozostawieniu ciała w lesie. Może dla spokoju sumienia przykryliby je gałęziami, dokonując symbolicznego pochówku, choć to oczywiście nie zapobiegłoby rozszarpaniu zwłok przez zwierzynę.

Wędrówka przez las była uciążliwa i nader męcząca. Z każdą minutą Parnicki zdawał się ważyć coraz więcej. Młodzi mężczyźni przedzierali się przez zarośla, chłostani witkami po twarzach, oblepiani przez pajęczyny, grzęznąc niekiedy w błocie. Szli w milczeniu, gdyż obydwaj wycieńczeni byli wcześniejszymi trudami, a śmierć Antoniego przytłoczyła ich niepomiernie.

– Wiesz w ogóle, w którą stronę się kierować? – sapnął Mietek, przystając, by poprawić zsuwający się z ramienia balast.

– Idziemy na południowy zachód. Tak mi podpowiada intuicja – oznajmił Trzos. Miał nadzieję, że obrał dobrą drogę. Drogowskazem był mu mech porastający masywne pnie.

– Mam wrażenie, że las gęstnieje – bąknął Kurdziel. Zatrzymał się, by trochę odsapnąć. – Uff... Pomóż mi go na chwilę położyć. Muszę złapać oddech.

– Nie ma czasu na odpoczynek. Jeśli chcemy wyjść, zanim zapadną ciemności, musimy się spieszyć. Teraz ja go poniosę – stwierdził Trzos, przejmując przygnębiający ciężar z ramion przyjaciela. – A ty patrz na mech i szukaj prześwitów pomiędzy drzewami.

***

Wojciech wygładził czamarę. Zdjął czapkę i przeczesał zmierzwione włosy dłonią. Jego serce tłukło się niespokojnie w klatce piersiowej. Nigdy wcześniej nie odczuwał podobnego zdenerwowania. Ani wtedy gdy srogi belfer maglował go przed tablicą, ani wówczas gdy świsnął czapkę maszyniście pociągu, ani nawet tamtego dnia, gdy pierwszy raz w życiu skutecznie zdołał zbałamucić dziewczynę i poczuł się jak prawdziwy mężczyzna, choć wcześniej martwił się, czy jak przyjdzie co do czego, nie zrobi z siebie durnia.

W końcu, gdy nie sposób było już dłużej odwlekać tej ponurej misji, załomotał energicznie w drzwi dworku.

Zaprowadzono go do bawialni, gdzie siedziały cztery kobiety zajęte robótkami ręcznymi. Każda z nich pracowicie wykonywała szarpie[1] do opatrywania ran, które następnie miały zostać przekazane oddziałom powstańczym za pośrednictwem księży z miejscowego kościoła. Ten rodzaj pracy możliwy był tylko podczas powstania oraz w Wielkim Poście – Wojtek wiedział o tym od matki, która żywo interesowała się zwyczajami ziemiaństwa i starała się zaprowadzać je we własnym domu. W czasie pokoju oraz poza okresem pokutnym w salonie dopuszczalne były wyłącznie delikatne robótki, takie jak haftowanie, mereżkowanie czy wyszywanie z użyciem kanwy. Nawet szycie czy reperowanie ubrań odbywało się w innych pomieszczeniach i nie w porze gdy można było spodziewać się gości. Jedynie babcia Maria nie zważała na te zasady, turkocząc w bawialni kołowrotkiem lub cerując odzież.

Młody mężczyzna najpierw pokłonił się Gertrudzie. Najmłodsza z dam, śliczna blondynka o anielskiej urodzie, była zapewne siostrą zmarłego. Kolejna wyglądała na starą pannę, kojarzył ją jako rezydentkę.

– Dzień dobry paniom – rzekł krótko.

Podszedł wprost do Cecylii i stuknął przed nią obcasami oficerek, stając na baczność niczym przed generałem.

– Ty jesteś Wojtek Trzos – powiedziała Parnicka, podnosząc się z fotela. Zaszeleściły fałdy sukni rozpiętej na obszernej krynolinie. Kobieta obrzuciła przybysza badawczym spojrzeniem. Widać było na jej twarzy cień delikatnego zdenerwowania, jakby przeczuwała, co zaraz usłyszy. – Mąż wspominał w listach, że walczysz u jego boku – dokończyła, ledwo panując nad drżącym głosem.

O dobry Boże! Spraw, by nie przybywał tu z ostateczną wieścią! – jęknęła w duchu.

Kochała Antoniego miłością, której sama nie potrafiła pojąć. Choć nie było pomiędzy nimi żadnej bliskości ani czułostek, nie wyobrażała sobie życia bez męża.

– Tak, pani Cecylio, razem biliśmy się z zaborcami – potwierdził. A potem sięgnął do kieszeni i wyjął z niej szkaplerz, który tuż przed śmiercią Antoni zdarł ze swojej szyi. Wyciągnął rękę ku Parnickiej.

Kobieta spojrzała na jego dłoń. Pokręciła głową.

– Nie... nie! Powiedz mi, że to nie jest prawda. – Z jej gardła wydobył się rozpaczliwy jęk. Jednocześnie dało się usłyszeć krzyk Gertrudy oraz Eulalii.

– O mój Boże! – wykrzyknęła najstarsza z dam. – Mój syn stracił życie?

Ukryła twarz w dłoniach i rozszlochała się w głos. Justyna zerwała się z miejsca i kucnęła u jej stóp.

– Ciociu, ciotuchno moja kochana – załkała, obejmując zdruzgotaną kobietę. – Hanko! Marto! – zakrzyknęła na służbę, widząc, że leciwa pani domu omdlewa. – Przynieście sole trzeźwiące.

– Antoni... – jęknęła Cecylia.

– Bardzo mi przykro, madame. Pan Parnicki prosił, abym to pani zwrócił.

– Kiedy odszedł?

– Wczoraj. Pokonali nas pod Igołomią. Starliśmy się najpierw z Moskalami, potem dopadli nas Austriacy. Pan Antoni skonał na moich rękach. Zginął bohaterską śmiercią.

– Gdzie jest jego ciało? – zapytała wdowa, nie zważając na służące, które zaczęły krzątać się po bawialni, układając wygodniej Gertrudę i usiłując ją ocucić. Choć jej serce przepełnione było bólem, jak zwykle zapanowała nad emocjami. Próbowała wydobyć jak najwięcej faktów od młodzieńca, który zapewne lada moment znowu wyruszy na wojenną tułaczkę. Bała się, że jeśli i on zginie, to wraz z nim przepadnie wiedza o miejscu, w którym spoczął Antoni. A ona nade wszystko pragnęła przenieść go do rodzinnego grobowca, by jego mogiła nie została opuszczona i zapomniana, a wreszcie wchłonięta przez knieję.

– Pochowaliśmy pana Parnickiego wczoraj wieczorem na skraju puszczy. To kawał drogi stąd, nie byliśmy w stanie go tutaj przynieść, a koń padł na polu bitwy.

Szczegółowo wyjaśnił, gdzie wraz z Mietkiem złożyli szlachcica na wieczny spoczynek.

– Niech cię Bóg wynagrodzi, żeś nie zostawił go na pastwę dzikich zwierząt – odparła głosem tak słabym, że ledwo było ją słychać. – Przepraszam! – rzuciła ostatkiem sił, a następnie pospiesznie opuściła salon, zaciskając w garści szkaplerz Antoniego.

– Bardzo mi przykro – wymamrotał Wojciech, wychodząc.

***

Eulalia spojrzała z trwogą na Gertrudę, która niemalże bez przytomności wpółleżała na otomanie.

Ostatnie dni obfitowały w przygnębiające wieści. Sama, mimo że nie darzyła Jana jakimś szczególnie głębokim uczuciem, drżała o los swego męża, który także wyruszył z innymi. Od dawna nie miała o nim żadnych informacji, choć on także walczył wraz z Antonim.

Ależ jestem głupia! – jęknęła w duchu, a następnie wybiegła za piechurem.

– Wojciechu! – wykrzyknęła, wypadając niczym burza na podjazd. – Proszę poczekać!

Mężczyzna, który był już w połowie drogi do bramy, zatrzymał się i odwrócił. A potem energicznym krokiem ruszył w stronę szlachcianki, która, podciągnąwszy nieco suknię, biegła w jego kierunku, nic sobie nie robiąc z faktu, że demonstruje mu zdecydowanie zbyt duży skrawek pantalonów.

– Tak, madame? – zapytał.

– A nie masz, kawalerze, jakichś wieści o moim mężu? Jan Ostrowski. Walczył razem z wami.

– Jan Ostrowski – powiedział, udając zamyślenie, choć dobrze wiedział, o którego człowieka chodzi. Zagryzł wargę, nie chciał w tej ślicznej damie wywoływać niepotrzebnej rozpaczy, lecz ostatni raz widział jej męża, gdy usiłowali przedrzeć się przez granicę oddzielającą zabory. Tuż za mostem na Wiśle dostrzegł, jak Ostrowski padał w bitewnym zamęcie postrzelony przez policjanta. Od razu stracił go z oczu, a ponieważ po tej stronie rzeki panował zbyt duży chaos, by zważać na cokolwiek, nawet nie zdążył powiedzieć Antoniemu, że jego szurzy został ranny, a być może zginął.

– Przykro mi, madame – odparł po chwili zawahania – lecz nie jestem pewien jego losu. Ostatni raz widziałem Jana tuż po tym, jak przekroczyliśmy mostek graniczny. Obawiam się, że mógł być wtedy ranny.

– Ranny? – powtórzyła za nim głosem zdławionym emocjami.

Potwierdził skinieniem głowy i dodał:

– Ale naprawdę nie dam sobie ręki uciąć za te hiobowe wieści. Po naszej stronie Austriacy zgotowali nam tak gorące powitanie, że rozproszyliśmy się bardzo mocno. Proszę o niego wypytywać ludzi, być może rana nie była ciężka. Daję słowo, że jak wrócę do oddziału, to też będę się dowiadywał, co z panem Ostrowskim. Dam pani znać, gdy będę miał jakieś informacje – obiecał, marząc, by nie musiał tej uroczej osóbce przekazywać kolejnych bolesnych nowin.

Eulalia przytaknęła ze zrozumieniem. Wyciągnęła do niego dłoń.

– Niech Bóg cię prowadzi, Wojciechu.

***

Cecylia na oślep wpadła do swej sypialni. To był ostatni moment, gdy utrzymywała nerwy na wodzy. Zaraz po przekroczenia progu poddała się rozpaczy. Nawet nie dotarła do łoża, by szukać ukojenia wśród poduszek, lecz upadła na kolana tuż przy posłaniu, opierając się łokciami o materac. Wciąż ściskała w drżącej dłoni szkaplerz z wizerunkiem staniąteckiej Matki Bożej Bolesnej. Chociaż spodziewała się podobnych wieści, przepełniał ją ból.

– Ja to czułam – wyłkała, kryjąc twarz w misternie haftowaną pościel. – Wiedziałam...

Z chwilą gdy Antoni poinformował ją o decyzji przyłączenia się do oddziału powstańczego, przeczuła, że to ich ostatnie spotkanie i więcej go nie zobaczy. Każdego dnia bez większej nadziei modliła się o powrót męża. Wyczekiwała nowin od niego, z zachłannością czytała krótkie listy, które czasami udało mu się przekazać. I wciąż drżała z niepokoju, że prędzej czy później nadejdzie posłaniec taki jak Wojciech Trzos, by położyć kres nadziei.

W samotności i ciszy dawała upust łzom, choć miała ochotę krzyczeć wniebogłosy z rozpaczy. Mimo że w głębi duszy była przygotowana na ten moment, ból był nieznośny.

Nie zwróciła uwagi na skrzypnięcie klamki i zawiasów. Dopiero gdy poczuła przy sobie ciepło czyjegoś ciała i obejmujące ją ramię, uniosła zapłakaną twarz.

– Moja kochana Cecylko, musisz być dzielna – powiedziała Eulalia, która też wylewała gorzkie łzy. – Zawsze byłaś taka silna, od lat stanowisz podporę dla mamy. Wiem, że cierpisz. Wszyscy cierpimy.

– Jak mamy dalej żyć bez Antoniego? Nie potrafię sobie tego wyobrazić.

– Wiem, że bardzo go kochasz – westchnęła Eulalia.

Już dawno zauważyła, że szwagierka spogląda na swego męża wzrokiem pełnym czułości. Dostrzegała także jego chłód, wręcz obojętność. Współczuła Cecylii. Sama miała o tyle łatwiej, że miłości Jana była całkowicie pewna. Mąż nigdy nie krył swych uczuć, adorował ją i rozpieszczał ponad miarę zdrowego rozsądku. Nie czynił jej wyrzutów, że po dziesięciu latach małżeństwa nie obdarowała go potomkiem, choć regularnie podejmował wysiłki, by powiększyć rodzinę. Niekiedy Eulalia rozmyślała o tym, że właściwie w żadnym ze znanych jej małżeństw nie ma równowagi pomiędzy uczuciami małżonków. Z jej obserwacji wynikało, że zawsze jedno zadurzone jest bardziej niż to drugie. Z nią też tak było. Choć lubiła tego poczciwca, którego Antoni wybrał na jej męża, być może nawet trochę go kochała, zdecydowanie to Jan był mocniej zaangażowany emocjonalnie. Po prostu łaskawie pozwalała, by ją wielbił, nie utrudniając mu tego zbytnimi fochami, ale i nie dając w zamian pełni czułości. Czasami wyrzucała samej sobie, że nie stara się bardziej. Ale czy byliby wówczas szczęśliwsi?

Choć szczerze ubolewała nad śmiercią ukochanego brata, a po zasłyszanych od młodego Trzosa informacjach drżała o życie swego męża, czuła, że w tych dramatycznych chwilach to ona musi zachować spokój i rozsądek. I na jej ramionach spoczywa wiele ważnych obowiązków.

Pogłaskała czule Cecylię po plecach.

– Kochana, musisz zawiadomić dzieci, że ich ojciec nie żyje. Mają prawo wiedzieć – przypomniała.

Z Filomeną sprawa była prosta. Dziewczynka pozostawała w domu ze swą guwernantką i zapewne pod jej czujnym okiem uczyła się kaligrafii bądź języka francuskiego. Gorzej było z Juliuszem – młodzieniec przebywał w szkole, więc należałoby posłać kogoś z listem do Krakowa. Eulalia powiedziała o tym szwagierce i z miejsca pojawił się problem, gdyż w tych niespokojnych czasach korespondencja mogła wpaść w niepowołane ręce. Zarówno dla Austriaków, jak i dla Rosjan, których nie brakowało w Krakowie, byłaby to ciekawa informacja. Obydwie kobiety wiedziały, że nie obejdzie się bez konsekwencji, ale czym później władze się połapią, tym lepiej dla wdowy.

***

– Nie wiem, jak to ująć – wzdychała Cecylia, siedząc przy sekretarzyku. Na razie zdołała drżącą dłonią skreślić jedynie powitalny nagłówek. Upuściła przy tym dwa kleksy, lecz nawet nie myślała, by wziąć świeży arkusz papieru.

– Po prostu wezwij Juliusza do domu. Napisz, że to pilna sprawa, lecz nie zdradzaj, o co chodzi – poradziła Ostrowska.

– Tak, masz rację.

– I koniecznie przykaż, żeby zabrał ze sobą Maksymiliana. Wszak Antoni zastępował mu ojca.

***

Po opuszczeniu dworu Parnickich Wojtek skierował kroki w stronę rodzinnego domu. Z Mietkiem umówili się na spotkanie następnego dnia zaraz z rana na obrzeżach Niepołomic. Stamtąd mieli razem powędrować do puszczy w miejsce, w którym przebywali tuż po zaciągnięciu się w szeregi wojska powstańczego. Liczyli, że właśnie tam znajdą towarzyszy broni, którzy zdołali wyjść cało z wczorajszej opresji.

Był nieludzko zmęczony, lecz mimo wszystko zachowywał czujność, nie chciał sobie napytać biedy. Miał do przejścia około mili. Niby nawykł do dłuższych wędrówek, lecz ostatnie wydarzenia robiły swoje.

Poprzedniego dnia, gdy w końcu wyszli z lasu i trafili na wioskę, spotkali się z wrogim przyjęciem ze strony chłopów. Bardzo długo nikt nie chciał udzielić im pomocy. Łazili od chałupy do chałupy, czając się pomiędzy opłotkami, by czasami nie wpaść na Austriaków. W końcu jakiś kmieć zlitował się nad nimi. Pomógł im pogrzebać Parnickiego, dał miskę ziemniaków z okrasą i pozwolił przenocować w stodole, nadmieniając, że skoro świt powinni odejść. W podzięce zostawili mu parę krajcarów.

Wczesnym rankiem wyruszyli w swe rodzinne strony. Rozdzielili się w Niepołomicach i Mietek powędrował do Zakrzowa, Wojtek zamierzał najpierw odwiedzić Parnicką, a dopiero później udać się do domu. Czasu miał sporo, więc postanowił zdrzemnąć się chwilę w czyimś sadzie. Choć w nocy spał niewiele, to i tak nie był w stanie zasnąć, ponieważ ilekroć zmrużył oczy, powracały obrazy jatki, rozrywanego działa, tryskającej krwi, padających towarzyszy broni. Słyszał jęki, świst kul, huk i bitewny tumult. To znowuż wracał do lasu, gdzie na jego rękach konał Parnicki. Strach dławił mu gardło, perlił się potem na czole, przeszywał dreszczami.

Nawet gdy był u Parnickich, nie opuszczał go niepokój, a znużenie odbierało energię. Teraz wlókł się więc noga za nogą, unikając głównych traktów, by nie nadziać się na austriackie patrole. Nie potrafiłby się wytłumaczyć ze swego ubioru, narodowych barw naszytych na konfederatce oraz gorsie czamary. Odrywać tego wszystkiego i wyrzucać nie myślał, gdyż nazajutrz miał wrócić do swoich. Potrzebował tylko jednej nocy przespanej we własnym, wygodnym łóżku i porządnego posiłku. Pajda chleba, którą przegryzł rano, nie zaspokoiła jego głodu.

Serce załomotało mu radosną ekscytacją, gdy za drzewami dojrzał rodzinny dom. Nawet nie zdawał sobie sprawy, jak bardzo tęsknił za tym widokiem. Owszem, miewał chwile, gdy myślał o rodzinie i dostatnim życiu, jakie wiódł na jej łonie. Czasami brakowało mu miękkiego posłania, na którym wyspałby się jak król, bez nerwowego wyczekiwania na pobudkę lub sygnał alarmowy. Nie na twardej ziemi, w chłodzie i wilgoci, lecz na pachnącym świeżo sienniku i pod ciepłą pierzyną. I jeszcze ckniło mu się za posiłkami serwowanymi przez Gienkę. Aromatycznymi, gorącymi i smakującymi tak, że palce lizać! Dopiero podczas powstańczej tułaczki docenił komfort codziennej egzystencji.

– Mamo! Mamo! Wojtuś wrócił! – wykrzyknęła na jego widok Weronika, gdy stanął w drzwiach salonu.

Pokój ten urządzony był znacznie skromniej niż w dworze Parnickich, lecz i tak znacząco różnił się od paradnej izby w chacie krytej strzechą. Salon szlachecki przeładowany był wręcz ozdobami. Czego tam nie było? Kanapy, liczne fotele, stoły, stoliczki, kolumny, na których ustawiono kwiaty, wazy, popiersia, jakieś fraszki, których przeznaczenia trudno się było domyślić. Na ścianach wisiały lustra i liczne portrety, a w oknach fantazyjnie udrapowano firany. Wszystkie meble bogato tapicerowane, pstre, pasiaste albo kwieciste. I wszędzie serwety, serwetki oraz inne „kanwowe” ozdoby. U matki było bez tego całego blichtru i przepychu, mebli stało zdecydowanie mniej i nie tak okazałych, a ściany wydawały się wręcz puste. Mimo to i tak uważał, że w rodzinnym domu jest ładniej i bardziej swojsko. U Parnickich bał się swobodniej poruszyć, by czasami czegoś nie strącić z licznych postumencików, a w następstwie nie stłuc jakiegoś kosztownego cacka. Kiedy natomiast wspominał izbę paradną w drewnianej chałupie, przed oczami zaraz miał drewniane ławy, skrzynie malowane w pstre kwiaty oraz roślinne esy-floresy, łóżka z siennikiem i maleńkie okienka, w których nie zawieszano firanek.

– Wojtuś! Synku! Wróciłeś? – zapytała Bernadeta, zrywając się z kanapy i podbiegając do niego.

Zaszeleściły falbany domowej sukni, zafurkotała halka na sutej krynolinie. Młody Trzos ze zdumieniem skonstatował, że matka niewiele odbiega prezencją od dam, u których był nieco wcześniej. Może tylko nie nosiła wielu ozdób, prócz kolczyków z bursztynami oraz maleńkiego złotego krzyżyka na cienkim łańcuszku. Jej uczesanie także było znacznie prostsze i skromniejsze. Prezentowała się jednak jak wielka pani, a towarzysząca jej siedmiolatka niczym szlachetnie urodzona panieneczka.

Na moment zatonął w uściskach matki, siostra objęła go rączkami w pasie.

– Synku! Jak dobrze cię widzieć całego i zdrowego – wyłkała Trzosowa, odsuwając go na wyciągnięcie ramion, a następnie znowu mocno go tuląc. – Tak się bałam o ciebie. Każdego dnia modliłam się, abyś uniknął niebezpieczeństwa, nie został raniony, nie trafił w niewolę, nie zachorował, nie... – urwała, słowa o śmierci nie chciały przejść kobiecie przez gardło.

– Jestem, matulu. Nic złego mi się nie przydarzyło, choć wczoraj biliśmy się srodze i z Moskalem, i z Austriakami. Ech. Długo by opowiadać... – rzucił. Wiedział, że jeszcze zdąży przekazać domownikom smutne wieści.

– Syneczku mój, syneczku! Jakże ja za tobą tęskniłam. Jak ja rozpaczałam! Pewnieś głodny i zmęczony. – Matka w lot odgadywała jego potrzeby. – Idź no, Weroniczko, do Gieni, niech zaraz podaje obiad. Na pewno coś jej zostało, my już jedliśmy – oznajmiła.

– A tato gdzie? I babcia? I Zygmuś?

– Babcia u siebie. Wciąż poleguje, bo ostatnio słabuje na serce. Zygmunt jeszcze nie wrócił ze szkoły, powinien być lada moment. A tato jak zwykle zajęty. Pojechał sprawdzić, jak idzie budowa grobli. Zalewało nam ostatnio pola. Niby rzeczułka niewielka, a kapryśna aż strach!

– To ja zajrzę do babci – powiedział, wysuwając się z jej objęć.

– A pewnie! Może jak cię zobaczy, poprawi jej się humor i zdrowie, bo ostatnio wciąż tylko lamentowała, że poszedłeś w świat na zatracenie.

Weszli całą gromadą do niewielkiego, lecz przytulnego pokoiku przylegającego do kuchni. Ledwo się tam pomieścili. Na widok Wojtka Maria zrzuciła pled i usiadła na posłaniu.

– Wojtuś? Tyżeś to, wnusiu? – zapytała, mrużąc oczy, ponieważ wzrok mocno jej osłabł ostatnio.

Uściskom i radości nie byłoby pewnie końca, gdyby nie Gienka, która wpadła, by poprosić panicza na posiłek. Bernadeta wysłała parobka posługującego w obejściu, żeby sprowadził pana domu. Powrót syna był ważniejszy niż groble. W czasie gdy Wojciech z wielkim apetytem zjadał obiad, próbowała wypytywać go o powstańcze wieści i przygody, lecz póki co zbywał ją monosylabami.

Wojak, wiedząc, że ojciec niebawem wróci, nie chciał na razie wspominać o niczym ważnym. Wolał powiedzieć o śmierci Parnickiego raz, niż dwukrotnie wracać do przygnębiających szczegółów. I rzeczywiście, nim skończył się posilać, dało się słyszeć tętent. Już po chwili z impetem wpadł do pomieszczenia Prokop, a krótko po nim Zygmunt.

– Wojciechu! – Trzos rozłożył ramiona i porwał pierworodnego w objęcia. – Jak dobrze widzieć cię całym i zdrowym! Straszne wieści zasłyszałem o wczorajszej bitwie pod Igołomią.

Usiadł z młodym przy stole. Pozwolił mu spokojnie dokończyć posiłek. Choć o nic nie zagadywał, intensywnie na niego patrzył, radując się, że młody uszedł z życiem.

Później zasiedli wszyscy w salonie. Już nie było sensu odwlekać sprawy. Chłopak opowiedział więc o tym, co działo się z nim w ostatnich tygodniach. Zakończył najgorszą wieścią, a ta, zgodnie z jego wcześniejszymi przypuszczeniami, wpędziła bliskich najpierw w osłupienie, a potem w głęboki smutek.

Bernadeta załamała ręce.

– O Przenajświętsza Matulu! Taki szlachetny człowiek... Pani Cecylia jest pewnie zdruzgotana.

– Szkoda Parnickiego – westchnął Prokop. – Wiele mu zawdzięczamy. Ech... Gorąca głowa! Żeby w jego wieku wybierać się na bój? Nie dawałem wiary, że i on pójdzie, gdy przekazywał mi plenipotencje do zarządzania swą ziemią. Myślałem, że zmieni zamiar i zostanie w domu. Albo przynajmniej będzie się trzymał na tyłach, zajęty rekrutacją czy innymi sprawami. A ty mówisz, że on bił się wraz z innymi?

– Tak było, ojcze. A żebyście widzieli, jak on wymachiwał szablą! Ino krew tryskała na boki! Ja też bym tak chciał, ale mnie nikt nie dał szabelki, bom nie jest szlachcicem. – Zmarkotniał. – Nawet pan Parnicki nie wyraził na to zgody, bo stwierdził, że takiej sztuki trzeba się uczyć wiele lat.

– Ech... On zawsze potrafił nadstawiać karku. – Pomyślał o tym, jak to przed laty szlachcic nadział się na rabację dworu Żelechowskich, cudem ratując dziedziczkę od śmierci. Potem sam wszedł w paszczę lwa, gdy pojawił się w wiosce buntowników, nie bacząc na to, że może stracić życie. Cholera też nie była mu straszna, kiedy brał do siebie panicza Maksymiliana oraz służkę pani Kornelii. I jeszcze ta spółka kolejowa, dla której z ziemianina stał się kapitalistą! – Odważny człowiek, godny najwyższego podziwu.

– Poległ na polu chwały. Był bohaterem – przyznał młody. – Prócz niego zginął Józef Wimmer, zastrzelony podczas przeprawy przez Wisłę. I jeszcze Emanuel Czermak, znaliście go pewnie, bo on, gdy usłyszał, jak się nazywam, bez problemu skojarzył, gdzie mieszkamy. I jeszcze inni polegli, wielu ich było. A Walentego Przepolskiego i Macieja Pikulskiego aresztowali policjanci już po naszej stronie. My cudem zdołaliśmy się przedrzeć, byliśmy o włos od puszczy, gdy zaatakował nas Austriak. No i właśnie wtedy pan Parnicki oddał życie. Trzeba by powiadomić rodziny zabitych i zatrzymanych. Każdy pewnie czeka na jakieś nowiny o swoich. – Spojrzał wymownie na ojca. – Ja dotarłem tylko do madame Cecylii.

– Tak. Koniecznie musimy do nich pojechać i powtórzyć to, co nam opowiedziałeś.

– Ale teraz zostaniesz już w domu? – zapytała babcia z nadzieją.

Chłopak pokręcił głową.

– Nie mogę. Jutro wracam do naszego oddziału – oznajmił, nieco rozmijając się z prawdą, ponieważ w rzeczy samej nie miał pojęcia, czy ktokolwiek ocalał i czy znajdzie kompanów w puszczy.

– Ale jak to? – wyraziła zdziwienie matka. – Po co, skoro ponieśliście porażkę? Większość wieści, które do nas spływają, wskazuje na klęskę zrywu.

– Zostań w domu, Wojtku – rzucił Prokop. – Jesteś mi tutaj potrzebny. Odkąd nie ma Parnickiego, pracy mam huk. Myślałem, że to przejściowe, ale teraz już wiadomo, że Antoni nie wróci. A wdowa zapewne będzie oczekiwała, bym miał oko na jej majątek. Ech... jeszcze trochę, a sam będę potrzebował zarządcy. Skoro nie chcesz się dalej uczyć, trudno, nie będę na siłę posyłał cię na uniwersytet. Może Zygmuś zechce się kształcić, bo wciąż tkwi z nosem w książkach.

– Przykro mi, ojcze, lecz nie mogę zostać w domu. Jedna przegrana bitwa nie przesądza losów powstania. Tam potrzebny jest każdy młody mężczyzna. Trzeba walczyć o wolną Polskę! Samiście mnie uczyli – zwrócił się do obydwojga rodziców – umiłowania dla kraju. Znam naszą historię, wiem, jaką byliśmy potęgą na przestrzeni wieków.

– Nie... – jęknęła Bernadeta, łapiąc go za rękę. Siedziała na fotelu blisko młodzieńca, nie mogąc się nacieszyć jego bliskością. – Synu! Nie puszczę cię na pewną śmierć!

– Ależ mamo! Kto mówi o śmierci? Kule szczęśliwie mnie omijały. Jestem to winien narodowi.

– Akurat ty? Jesteś jeszcze taki młody!

– Pozwól, mamo – powiedział, podnosząc się z kanapy. Do matki zwracał się zwykle z większą bezpośredniością niż do ojca. Ujął jej dłoń. – Wstań, proszę – dodał z galanterią, która miła była jej sercu i świadczyła o tym, że syn nie jest byle prostakiem.

Posłusznie się podniosła i pozwoliła, by młodzieniec zaprowadził ją przed lustro w ozdobnej ramie, które powieszone zostało na korytarzu, w pobliżu wejścia do domu. Zatrzymali się przy nim, on łagodnym gestem ustawił matkę bezpośrednio przed taflą.

– Co widzisz? – zapytał.

– Ciebie i mnie – odparła zaskoczona kobieta, zezując na resztę rodziny, która przyszła za nimi, lecz zatrzymała się bliżej wejścia do salonu.

– A precyzyjniej? Co byś powiedziała, gdybyś spojrzała na nas z dystansu, oczami obcego człowieka?

– Matka i syn.

– Jeszcze nie to. Popatrz na nasz ubiór... – podsunął.

– Kobieta w wielkopańskiej sukni i chłopiec w żołnierskiej czamarze z biało-czerwoną rozetką.

– Otóż to, matulu. Widzisz prawdziwą damę i piechura. Damę. Kobietę z klasą, aspirującą do wyższych sfer. Jeśli pragniesz takiego życia dla siebie oraz dla nas, jeśli nie jest ci wszystko jedno, kto przekracza progi tego dworku, to nie możesz mnie dzisiaj zatrzymywać. Nawet jeśli w ostatnich kilku latach naszej rodzinie dobrze się wiodło, wcale nie jest powiedziane, że taka sytuacja będzie nadal trwać, czy nie zjedzą nas podatki na rzecz obcego cesarza. Chcesz, by wysiłek wielu pokoleń Trzosów zmarniał i obrócił się wniwecz?

– Oczywiście, że nie chcę. Ale nie może się to odbywać takim kosztem!

– Niestety Wojtek ma rację, Betko – poparł go Prokop. – Świętej pamięci Antoni wciąż o tym mówił. Dlatego właśnie przekazałem znaczny datek kwestarzowi. I dlatego puszczę pierworodnego na wojaczkę. Bo w przeciwieństwie do tej, w którą próbowali nas wplątać Czop, Dyl i inni, ta jest również nasza.

– Otóż to. Mamo, ja muszę wrócić do powstańców. I nie tylko po to, by bić się o wolność dla Polski, ale także, by pomścić pana Parnickiego. Jego śmierć nie może pójść na marne. Skoro on walczył, ja tym bardziej nie mogę zostać w domu. Nie schowam się pod twoją krynoliną ani pod babciną zapaską – dokończył pogodnym tonem.

***

Następnego dnia Wojciech pożegnał domowników, by wyruszyć na poszukiwania oddziału. Tym razem opuszczał dom z błogosławieństwem rodziny i ich modlitwą. Wyspany, wypoczęty, odświeżony. Najedzony do syta i z zapasem żywności w tobołku odjechał konno, ponieważ ojciec sam mu polecił, by wziął jednego z ich dwóch wierzchowców.

***

Kolejne dni upływały w dworku Parnickich niczym jakiś przygnębiający koszmar. Cecylia zorganizowała wyprawę po ciało męża. Pragnęła, by ukochany spoczął na cmentarzu w Niepołomicach obok innych towarzyszy broni. W tym samym czasie Eulalia w towarzystwie Prokopa przemierzała konno okolicę, rozpytując o ślubnego. Wprawdzie Trzos zapewniał, że dołoży starań, aby odnaleźć szlachcica, którego los nie był pewny, lecz niespokojny duch nie pozwalał kobiecie na bezczynność. Musiała coś robić, działać. Byle nie siedzieć z założonymi rękami, biernie oczekując na wieści. Byle uciec choć na chwilę z domu pogrążonego w żałobie, gdzie wciąż rozbrzmiewały płacz i zawodzenie, gdzie zatrzymano zegary, lustra spowito kirem, a barwne suknie zastąpiła czerń i żałobna patriotyczna biżuteria.

Mimo wszystko wolała jednak zostać w rodzinnym gnieździe, niż wracać do krewnych męża w Bochni. Tam czuła się obco, tutaj mogła przynajmniej wtulić twarz w matczyną pierś i wypłakać cały swój strach oraz żałość.

Trzy dni po pogrzebie Antoniego Trzos odnalazł Jana. Tego dnia Eulalia została z Cecylią, by ją choć trochę wesprzeć na duchu. Ciężko ranny Ostrowski znalazł schronienie w chłopskiej chacie. Toczyła go gangrena. Skonał, nim Eulalia zdążyła do niego dotrzeć.

Rok 1864

Cecylia miotała się niespokojnie po salonie, doprowadzając Gertrudę do irytacji.

– Usiądź w końcu. Robisz przeciąg tym nieustannym furkotem sukni. Przyprawisz mnie o migrenę – jęknęła błagalnie.

– Nie mogę sobie znaleźć miejsca – przyznała synowa. – Martwię się o Gustawa. Miałam nowiny od niego, nie są zbyt dobre.

– Pomyślnych nie mieliśmy już od bardzo dawna – westchnęła szwagierka, która po śmierci męża podjęła decyzję o definitywnym powrocie do rodzinnego domu. Może gdyby miała dzieci, zostałaby w Bochni, lecz jako bezdzietna wdowa czuła się tam nikim, mało znaczącą rezydentką. – Co ciekawego pisze twój brat?

– Dla mnie smutne wieści. Kilka dni temu aresztowana została córka Eugenii Łodzińskiej, mojej przyjaciółki z pensji – oznajmiła, siadając. Od razu sięgnęła po robótkę, by dać dłoniom zajęcie.

– Za co? – zdziwiła się Gertruda.

– Za to samo, za co zamyka się ostatnimi czasy wielu mężczyzn. Przyłapali ją na działalności konspiracyjnej. Przenosiła pod suknią cały nakład nielegalnie drukowanej prasy.

– Jakże oni to odkryli? – dociekała zgorszona Eulalia. – Nie powiesz mi chyba, że zajrzeli jej pod ubranie?

– Owszem. Obszerne krynoliny doskonale kryją kontrabandę. Wiem od Gucia, że kobiety chowają pod nimi broń i amunicję. Zapewne byłoby to bezpieczne zajęcie, ale ciężary, które są w ten sposób transportowane, wymuszają na damach nienaturalne przegięcie sylwetki. No i w ten sposób wpadła Jadwiga, która miała przy sobie nielegalną prasę – wyjaśniła. Pod koniec ubiegłego roku Austriacy zawiesili na trzy miesiące publikowanie dziennika „Czas” za sprzyjanie powstańcom. Ludzie zaczęli sobie radzić bez oficjalnej prasy, powstały nielegalne drukarnie, gdzie publikowano ważne materiały informacyjne. Zwykle ich kolportażem zajmowały się damy. – Jadwinię zatrzymał patrol, bo jakiś nadgorliwiec dopatrzył się, że idzie nie tylko powoli, ale jeszcze pochylona na bok. Może i nie zwróciliby na nią uwagi, ale nieboga przyciąga wzrok niepospolitą urodą. Musiał się na nią gapić jeden z drugim. No i wyobraźcie sobie – spojrzała najpierw na teściową, a następnie na Eulalię, jak zwykle ignorując siedzącą cicho w kącie Justynę – że policjant bezczelnie zajrzał jej pod halki.

– O! Przecież to skandal – fuknęła oburzona rezydentka, nie przerywając haftowania serwety. – Prawdziwa zniewaga!

– Ależ oczywiście! Martwię się, że biedactwo trafi za to na Sybir. Słyszałam, że Austriacy bez ceregieli przekazują naszych konspiratorów Rosjanom. A ci od razu skazują ich na zesłanie, a tym, którzy mają dla sprawy największe zasługi, nakładają stryczek. Austriacy ugięli się pod wpływami Moskwy – westchnęła Cecylia zajęta zwijaniem świeżo upranych bandaży, które co jakiś czas dostarczano do ich domu wprost z lazaretu. – O ile początkowo byli obojętnie nastawieni do powstania, to teraz stosują coraz więcej represji wobec naszych działaczy niepodległościowych. Mamy wiosnę, a w samym Krakowie zapadło już grubo ponad tysiąc wyroków skazujących. Szubienica raczej nie grozi Jadwini, ale na pewno nie puszczą jej tego płazem. Szkoda, bo ładna z niej panna, rezolutna i bardzo miła. Miałam zamiar swatać ją Guciowi, gdy ucichnie powstańcza zawierucha. To niepodobne, by mężczyzna w jego wieku nie miał żony! A Jadzia, choć tak urodna, nie miała do tej pory szczęścia. Chyba dlatego, że jej posagiem Łodziński pokrył hazardowe długi.

– Honorowe. – Gertruda z przyzwyczajenia poprawiła synową, gdyż jej zdaniem w pewnych sferach nie wypadało nazywać rzeczy dosadnie.

– Jak zwał, tak zwał! – żachnęła się Cecylia. – Gustaw pewnie nie patrzyłby na wiano. Nie brakuje mu majątku, a lata lecą – stwierdziła, gdyż brat był już dobrze po czterdziestce.

Słuchająca jej wywodów Eulalia westchnęła nieznacznie. Jak przystało na wdowę po bohaterze wojennym, zajęta była wyrabianiem biało-czerwonych rozetek, które naszywano na czapkach i mundurach. Przypinali je do ubrań nie tylko powstańcy, ale również ludzie, którym zryw narodowościowy nie był obojętny. Na tle czarnej sukni odbijały się wstążki w patriotycznych barwach, które zręczne dłonie wdowy łączyły w zgrabną całość.

Ciekawa była, czy Gustaw wie o planach matrymonialnych, które za niego czyniła Cecylia. A jeśli tak, to czy jest im przychylny.

Ech... Mężczyźni mają w życiu o wiele łatwiej – pomyślała. Dla nich właściwie żaden wiek nie jest przeciwwskazaniem do ożenku. Czy mają dwadzieścia parę lat, czy czterdzieści, czy nawet i sześćdziesiąt, szukają świeżych, powabnych panienek. A na taką wdowę jak ja już nikt nie spojrzy łaskawym okiem.

Doskwierała jej samotność. Przez dziesięć lat małżeństwa z Janem wciąż była adorowana i otoczona miłością. Nawet jeśli krewni męża obarczali ją winą za brak dzieci, twierdząc, że jest z nią coś nie w porządku, to i tak było jej dobrze. Teraz właśnie z powodu braku dzieci tęsknota doskwierała jej w dwójnasób. O ileż łatwiej było Cecylii, która miała dwoje własnych potomków, a prócz nich przygarniętego Maksymiliana. Cała trójka stanowiła dla niej wielką pociechę w tych trudnych czasach. Eulalia zdawała sobie sprawę, że jedyne, co może jej się trafić, to wdowiec obarczony gromadką drobiazgu, z którą nie jest sobie w stanie poradzić. Nie miała co liczyć na zainteresowanie żadnego kawalera, którego celem było zachowanie ciągłości rodu. Fakt, że nie urodziła dzieci, kiepsko rokowałby dla kogoś takiego.

Cecylii pewnie nawet nie przeszło przez myśl, że Gustaw mógłby się ze mną związać. Choć to zwyczajni dorobkiewicze, których matka wręcz określa parweniuszami, to jednak nawet on wybierze na żonę pannę, choćby była biedna, zezowata i miała wredną naturę.

Wyłączyła się z rozmowy pozostałych kobiet. Polityka zdecydowanie nie była jej ulubionym tematem. Zasadniczo w domu zamieszkiwanym chwilowo przez same kobiety mało się rozprawiało o tym, co tak mocno zajmowało od zawsze uwagę mężczyzn. Sytuacja uległa radykalnej zmianie, gdy w dniu 29 lutego Austriacy ogłosili stan oblężenia w Krakowie i całej Galicji. O ile wcześniej pogawędki dam o sprawach wojennych były raczej powierzchowne i sprowadzały się do kwestii związanych z żałobą bądź wspieraniem powstańców, to teraz analizowano każdą wieść i niecierpliwie wyczekiwano nowin.

***

Wieści z bitewnych pól wyglądano również u Trzosów, choć tam nie było tyle czasu na analizowanie sytuacji w kraju. Prokopa pochłaniało nadzorowanie aż trzech majątków, z których najmniej problemów sprawiał mu ten najmniejszy, należący do wdowy po Antonim. By pozbawić Parnicką kłopotu, wydzierżawił od niej resztki ziemi, więc zasadniczo jej grunty traktował na równi ze swoimi. Najwięcej zmartwień przysparzały mu dobra po Żelechowskich i czasami marzył, by Maksymilian wrócił już ze szkół w Krakowie i objął swe dziedzictwo. Trzos miał dość pracy u siebie. I choć on oraz jego rodzina przejmowali coraz więcej wielkopańskich zwyczajów, do tej pory zdarzało się, że łapał wiosną za pług, latem za kosę, a jesienią własnoręcznie zbierał ziemniaki. Lubił pracę na gospodarstwie i nigdy jej świadomie nie unikał, choć siłą rzeczy więcej czasu poświęcał na nadzorowanie robotników oraz prowadzenie ksiąg. Śmierć Antoniego wybiła go z normalnego rytmu życia, musiał pomóc wdowie w załatwieniu wielu ważnych spraw, co uświadomiło mu, w jak wielkiej desperacji był Parnicki, gdy przed laty przyjechał do niego i zaproponował mu objęcie zarządu nad majątkiem Żelechowskich.

– Oj... gdyby Wojtek wrócił już do domu – wzdychał, uzupełniając księgę rachunkową.

– Jak Bóg da, niedługo wróci cały i zdrów – odpowiedziała żona, unosząc wzrok znad kanwy.

– Każdego dnia modlę się o to – wtrąciła Maria, turkocząc jak zwykle kołowrotkiem.

Mężczyzna rozłożył się z pracą w bawialni, choć miał wzorem innych ziemian osobny kantorek przeznaczony do pracy i przyjmowania petentów. Kiedy jednak nie spodziewał się nikogo, wolał spędzać czas w obecności kobiet. Lubił przysłuchiwać się ich pogawędkom, okolicznym plotkom, piosenkom śpiewanym przez Bernadetę i Weroniczkę. Córka szybko się uczyła i, podobnie jak matka, miała miły dla ucha, czysty głos. Dobrze też było niekiedy unieść wzrok znad dokumentów i ucieszyć oczy widokiem trzech najważniejszych kobiet w życiu.

Prokop kochał je wszystkie całym sercem.

Córcia była mu słoneczkiem na niebie, radosną iskierką, najcenniejszym skarbem. Nie dziwił się, że ślubna wychowuje ją jak pańskie dziecko i pragnie dla niej w przyszłości życia, jakie wiodą damy. Gdy sam był małym chłopcem, taki przeskok społeczny nawet mu się nie roił. Choć widział różnicę pomiędzy swoją rodziną a chłopami pańszczyźnianymi, ani nie pomyślał, że kiedyś będzie aspirował do tego, by zostać ziemianinem i wzorem Żelechowskiego nosić surdut, a do kościoła jeździć bryczką. Wszak jeszcze parę lat temu on i jego rodzina nosili chłopskie przyodziewki, a gdy musieli dokądś pojechać, robili to zwyczajnym wozem, na który dokładał dla wygody deskę służącą za ławkę.

Wszystko to stało się za sprawą Bernadety. To jej marzenia spełniał, zmieniając swoje życie i otoczenie, choć musiał przyznać, że gdyby nie dopisało mu zadziwiające szczęście, nie osiągnąłby tak dużo. Kochał swą żonę całym sercem. Była czuła, troskliwa, pogodna. Nigdy nie podnosiła na niego głosu, choć czasami zdarzało jej się huknąć na służbę. Nie przestał jej pragnąć nawet przez jeden krótki moment. Od dnia, gdy ujrzał ją po raz pierwszy na odpuście w Staniątkach, aż do tej pory była jego jedyną miłością. Nigdy jej nie zdradził, choć miewał ku temu okazje. Niejedna najmowana do pracy chłopka próbowała go uwieść, licząc pewnie na specjalne względy, choć uważał, że to niemądre. Płacił ludziom za wykonywaną pracę uczciwie. Umawiał się z nimi na konkretne zajęcia, które miały dla niego określoną wartość. Nie był nigdy dla swoich robotnic panem. Nikt nie musiał przed nim drżeć ze strachu i zabiegać o jego przychylność. Zresztą jakże miałby się zadawać z jakimiś niedomytymi, zawszonymi dziewkami, skoro w domu miał prawdziwy różany pączek, który z upływem lat, zamiast więdnąć, piękniał niczym wonne kwiecie?

Bez Bernadety byłbym dzisiaj nikim, zwyczajnym chłopem. Moje dzieciaki biegałyby bose, umorusane, ubrane w zgrzebne koszule. Ich edukacja skończyłaby się na wiejskiej szkółce, może na kilku latach pod okiem niepołomickich nauczycieli. Betka już planowała zatrudnienie dla Weronisi guwernantki, która nauczy ją szczebiotać po francusku i włoży w tę śliczną główkę różne mądrości. A Zygmunta zamierzała posłać na uniwersytet! No coś takiego! Trzos, który pojedzie na nauki do Krakowa? – rozważał z dumą.

Po chwili przeniósł wzrok na rodzicielkę. Matka pierwsza pokazała mu świat, ptaki na niebie, rośliny, zwierzęta. To ona opowiadała mu najpiękniejsze baśnie, przekazywała dzieje rodu, mówiła o wspaniałej historii kraju, który kiedyś stanowił potęgę na tle Europy. To od niej wiedział, skąd pochodzi nazwa Niepołomic i wyrastającej przy nich puszczy. Właśnie teraz tę samą opowieść snuła przy kądzieli, ponieważ w przeciwieństwie do sneszki oraz wnuczki nigdy nie zmieniła nawyków i nie zastąpiła drobnych prac gospodarczych wielkopańskimi robótkami.

– Musisz wiedzieć, moja Weronko – mówiła do dziewczynki, uciskając monotonnie i bez większego pośpiechu człapiej – że nim nastali Austriacy, puszcza, która szumi tuż obok, była jeszcze potężniejsza i znacznie trudniejsza do pokonania przez ludzi. Z tegoż względu zwano ją niepołomną, czyli taką, której ludzka dłoń nie zniszczy, bo tak masywnych drzew nie można połamać. I to od tego właśnie pochodzi nazwa miasteczka, które jest nam bliskie, bo to nasza mała ojczyzna, gdzie każda twarz jest znajoma i droga sercu. Nie ma drugiego takiego miejsca na świecie, próżno byłoby szukać innych Niepołomic na mapie.

– Co to jest mała ojczyzna, babciu? – zapytała dziewczynka. – Chodzi ci o to, że Polska jest pod zaborami i to Austriacy są duzi i ważni, a my się nie liczymy?

– Nie, aniołku – odparła Bernadeta. – Mała ojczyzna oznacza miejsce, z którego się pochodzi. Takie, które zna się dobrze i bardzo kocha. Dla nas małą ojczyzną jest niepołomicka ziemia. A tą dużą, prawdziwą, jest Polska, która kiedyś musi odzyskać wolność.

– Austriacy to zaborcy, którzy pospołu z Moskalami i Prusakami na strzępy rozszarpali nasz kraj. A jak już nastali, to zaczęli masowo wycinać rosnące tutaj dęby. – Maria wróciła do wcześniejszego wątku. – Dla nich niepołomicka knieja to nic innego jak skład, z którego można bezkarnie wydzierać drewno budowlane i opałowe. Zamiast dębów, buków czy grabów, sadzą wyłącznie sosny, bo te rosną najprędzej, dając im szybko nowe zapasy drewna.

– Niszczą naszą puszczę – wtrąciła ponownie matka. W jej dłoni migotała igła z nawleczoną zieloną nitką. – Austriacy, Weroniczko, to zwyczajni intruzi. Rujnują okolicę, a nas gnębią podatkami.

– To dlatego Wojtuś pojechał, by z nimi walczyć?

– Tak, dziecino. Twój brat bije się z nimi między innymi o to, aby sobie stąd poszli, zostawili w spokoju naszą puszczę i zamek królewski. Aby przestali wtrącać się w nasze sprawy, jątrzyć ludzi i wyzyskiwać każdego, kto tutaj mieszka. Musisz być dumna z Wojtka i każdego dnia odmawiać za niego paciorek.

– Odmawiam, babuniu – odparła ośmiolatka, haftując równie pracowicie jak Bernadeta.

Prokop nie wtrącał się w te patriotyczne pogawędki, lecz serce rosło mu z dumy. Kolejny raz uświadomił sobie, że nie mógł wybrać dla siebie lepszej żony. Bo czy inna kobieta miałaby tyle zrozumienia dla istotnych spraw? Czy prosta chłopka kładłaby dziecku w głowę tak ważne nauki?

Zdawał sobie sprawę z tego, że jego osąd jest być może niesprawiedliwy i zbyt surowy, lecz wciąż miał w pamięci dramatyczne wydarzenia sprzed lat, gdy kmiecie, zmanipulowani i podpuszczeni przez Austriaków, mordowali szlachtę, by nie dopuścić do zrywu narodowościowego. Im było dobrze pod cesarskimi rządami, a marzenia swych panów uważali za zagrożenie dla panującego ładu.

Teraz, gdy pańszczyzna była już tylko smutnym wspomnieniem, wielu jego ziomków prostego pochodzenia zaczynało postrzegać Austriaków jako ciemiężycieli, którzy odebrali wolność narodowi. Zaczęli więc sprzyjać powstańcom, ofiarowując co kto miał: odrobinę jedzenia, kilka zaoszczędzonych krajcarów. Byli też tacy, którzy dołączali do walczących. Na bój wyruszyło dwóch synów Franki Zalipiaczki, poszedł też jeden z Dylów. Prokop nie był zachwycony, gdy krzepki jak byk parobek oznajmił mu pewnego dnia, że skoro panicz Wojciech naraża życie dla ojczyzny, to i on pójdzie w jego ślady. Żałował Antka, bo robotny był jak mało który, ale nie zatrzymywał chłopaka w obejściu. Co więcej, nim młody odszedł, wcisnął mu w garść srebrnego talara, a kobietom przykazał, by dały mu solidny prowiant.

***

Powstanie dogorywało. Jeszcze tylko gdzieniegdzie biły się ostatnie oddziały. Choć ten zryw narodowościowy miał znacznie większy impet niż insurekcja pod wodzą Kościuszki czy potyczki rozpoczęte w listopadzie trzydziestego roku, to i tak nie doszło do walnej bitwy pomiędzy wojskami polskimi a armią carską. Rozproszone i nieliczne siły Polaków były zbyt słabo uzbrojone i przeszkolone, stawiano więc na nękanie wroga działaniami na niewielką skalę, kąsając go niczym uciążliwa mucha. Dyktatorzy powstańczy daremnie wyczekiwali na pomoc ze strony innych państw, choćby Francji, w których dążenia wolnościowe Polaków spotykały się z aprobatą.

Ostateczny koniec zrywu narodowościowego nastąpił w październiku.

***

Prokop coraz częściej przywoził z Niepołomic przygnębiające nowiny na temat znajomych, którzy ucierpieli wskutek represji austriackich. Zaglądał do miasteczka regularnie, nadstawiając uszu. Czekał na jakieś wieści o synu, który wciąż nie wracał, mimo że powstanie ostatecznie upadło. Obchodził sklepy i karczmy, gdzie gawędził z Żydami, bowiem oni najlepiej orientowali się w okolicznych plotkach. A potem wracał do domu i powtarzał zasłyszane nowiny bliskim.

– Dowiedziałeś się czegoś? – zapytała go Bernadeta, ledwo przekroczył próg domu.

Dobrze wiedział, że żonie chodzi o Wojtka.

– Niestety. Na temat młodego nie mam żadnych informacji. Pewnie się chłopak ukrywa przed aresztowaniem. Mnóstwo ludzi zostało zatrzymanych – westchnął ciężko. – W Niepołomicach, w karczmie u Szwarcbauma, ludzie gadali, że Przepolskiego i Pikulskiego zesłano na Sybir. Pamiętasz? To ci dwaj, o których Wojtek wspominał, gdy był w domu. Aresztowano ich podczas przeprawy przez Wisłę. Ponoć każdy z nich dostał po dwanaście lat zsyłki.

– O matulu! – zmartwiła się ślubna. – Toż to kawał czasu! Tyle życia zmarnowanego... – Załamała ręce.

– Ano kawał. Na dobitkę w ciężkich warunkach. Niejeden stracił tam zdrowie, ba nawet życie... Dzisiaj usłyszałem, że w domu Kubali zamieszkali żołnierze austriaccy. Temu dla odmiany skonfiskowali cały majątek za wdawanie się w politykę i udział w powstaniu. Koło budynków zrobili sobie wybieg do ujeżdżania koni.

– A to dranie! Żeby tak odrzeć człowieka z wszelkich dóbr! Prokopie... – urwała zafrasowana kobieta i spojrzała z lękiem na ślubnego.

– Dręczy cię obawa, że i nam dobiorą się do skóry? – odgadł mąż.

Jego też to gnębiło. Skoro raz pokosztował życia na wysokiej stopie, nie chciał wracać pod strzechę. A już nie wyobrażał sobie utraty całego gruntu i dworku, który wzniósł z wielkim mozołem. Miałby wegetować jak ostatni nędzarz? On, potomek w gruncie rzeczy zacnego rodu? Już teraz wiodło mu się znacznie lepiej niż niejednemu zagrodowemu szlachcicowi. Widział jasne perspektywy na przyszłość swych dzieci. A jednak gdyby mógł cofnąć czas do owego majowego dnia, kiedy wpadł do nich na krótko Wojciech, nie zmieniłby swej decyzji i pozwoliłby synowi odjechać, choć przepełniał go strach o niego i z niepokojem czekał na powrót chłopaka.

– Trzeba wierzyć, Betko, że nie podzielimy jego doli. A przynajmniej nie w tak dużej mierze. Na szczęście na razie nikt nie interesuje się Wojtkiem. Nie mieliśmy wizyty policjantów. I oby nadal tak pozostało.

– Tęsknię za nim i bardzo się boję – odparła Bernadeta.

– Ja także. Pragnę, by wrócił. Nie rozumiem, czemu jeszcze go nie ma. Jestem przekonany, że żyje. Gdyby coś mu się stało albo został aresztowany, już byśmy wiedzieli. Na pewno ktoś dałby nam znać.

– A co, jeśli leży w jakiejś bezimiennej mogile? – załkała kobieta. – A w jego grób wbity jest jedynie brzozowy krzyż, który prędko rozsypie się w próchno?

– Ja w to nie wierzę. Nie martw się, pączusiu. – Wziął żonę w ramiona i mocno ją przytulił. – Przecież wiesz, że złe wiadomości rozchodzą się najszybciej. A więc w tym przypadku brak nowin to dobra nowina.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

BIBLIOGRAFIA

Julian Zanikow, Wokół Niepołomic i Puszczy Niepołomickiej, wyd. nakładem UMiG w Niepołomicach, Niepołomice 2009.

Jan Kracik, Ludzie królewskich Niepołomic, wyd. nakładem UMiG w Niepołomicach, Niepołomice 2008.

Anna Siwek, Antoni Siwek, Kronika Niepołomic, wyd. nakładem UMiG w Niepołomicach, Niepołomice 2005.

Anna Siwek, Antoni Siwek, Kronika Niepołomic 1000-1945, wyd. nakładem UMiG w Niepołomicach, Niepołomice 1989.

Marcin Korzec, Niepołomice, PUW Roksana, Krosno 2001.

Mariusz Niemycki, O lichu, co króla mamiło, Wydawnictwo Skrzat, Kraków 2008.

Marcin Pielesz, Opactwo Benedyktynek w Staniątkach, Wydawnictwo Petrus, Kraków 2015.

s. Małgorzata Borkowska OSB, Gawędy staniąteckie, wyd. nakładem UMiG w Niepołomicach, Niepołomice 2016.

Barbara Ogrodowska, Polskie obrzędy i zwyczaje, Wydawnictwo MUZA, Warszawa 2012.

Anna Sieradzka, Tysiąc lat ubiorów w Polsce, Wydawnictwo Arkady, Warszawa 2003.

Praca zbiorowa, Historia Polski. Atlas ilustrowany, Wydawnictwo Demart, Warszawa 2014.

Słownik polskich wyrazów technicznych, Wydawnictwo Akademii Nauk Technicznych, Warszawa 1929.

Teresa Olearczyk, Oświata na ziemi niepołomickiej, Wydawnictwo Naukowe Akademii Ignatianum w Krakowie, Kraków 2020.

.

PRZYPISY

[1] Szarpie – rodzaj bandaży wykonywanych przeważnie ze starej bielizny pościelowej itp.