Alter ego. Na krawędzi nocy - Edyta Świętek - ebook
NOWOŚĆ

Alter ego. Na krawędzi nocy ebook

Edyta Świętek

4,1

20 osób interesuje się tą książką

Opis

Czy czarownice istnieją tylko w bajkach?

Nina była o tym przekonana aż do chwili, gdy dowiedziała się od babci, że nie jest zwykłą nastolatką. Posiada bowiem moce, które potrafią zmusić ludzi do uległości. Już jako dorosła kobieta bardzo się pilnuje, żeby ich nie nadużywać i choć niekiedy wydaje się to bardzo kuszące, wciąż pamięta przestrogi babci, że jeśli nie zachowa umiaru, może nie zaznać w życiu prawdziwych przyjaźni i miłości. Od najmłodszych lat odwiedzają ją w snach Anioł i Mroczny. Jakież jest jej zaskoczenie, kiedy pewnego dnia spotyka tego pierwszego w autobusie…

Czy sny się spełniają, a miłość można sobie wyśnić? A jeśli niedługo przyjdzie czas na Mrocznego…?

Edyta Świętek idealnie połączyła fikcję z rzeczywistością! To wyjątkowa uczta czytelnicza, a zakończenie sprawia, że chcemy jeszcze dłużej sycić się tą opowieścią. Historia, o której nie zapomnicie tak łatwo!

Justyna Leśniewicz, Książko, miłości moja

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 287

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Od autorki

Prolog

Część pierwsza. Retrospekcja

Rozdział 1. Inicjacja

Rozdział 2. Wiking

Rozdział 3. Przeczucia

Rozdział 4. Godzina zmierzchu

Rozdział 5. Noc

Rozdział 6. Gdy nadchodzi brzask

Część druga. Teraz

Rozdział 7. Obrączka

Rozdział 8. Mroczny

Rozdział 9. Korzystna passa

Rozdział 10. Nowy rozdział życia

Rozdział 11. Czarny koń

Rozdział 12. Wyśniona

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

OD AUTORKI

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Drodzy Czytelnicy,

tym razem oddaję w Wasze ręce historię, którą właściwie mogłabym nazwać baśnią dla dorosłych. Jak na razie jest to jedyny mój tekst z maleńką szczyptą magii. Kto wie? Może kiedyś pokuszę się o to, by napisać coś niejednoznacznego z pogranicza jawy i snu.

Skąd pomysł na powieść tak bardzo odbiegającą od reszty mojej twórczości?

Często podczas spotkań autorskich zadajecie mi pytania o to, skąd czerpię inspiracje do pracy. A ja za każdym razem odpowiadam, że z życia. Czasami wystarcza mała iskierka, która wywołuje wiele zamieszania. Tak było również w przypadku Alter ego.

Pewnego dnia sympatyczny dżentelmen sięgnął po mój kubek z kawą i powiedział:

– Napiję się twojej kawy, a poznasz moje myśli.

To jedno zdanie utkwiło we mnie na tyle mocno i skutecznie, że zaczęłam się zastanawiać, co by było, gdyby niektórzy ludzie faktycznie posiadali takie zdolności. I w ten właśnie sposób powstała historia Niny – pewnej siebie, ambitnej czarownicy oraz jej przyjaciół. Mam nadzieję, że teraz, gdy została przelana na kartki papieru, skradnie Wasze serca.

 

Życzę przyjemnej lektury

Edyta Świętek

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

PROLOG

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Jestem czarownicą. Dziwnie to brzmi w czasach lotów kosmicznych, internetu i podwójnej helisy DNA, a jednak fakt jest bezsprzeczny. Wciąż oswajam tę myśl i czasami nie do końca wiem, jak wykorzystywać posiadane zdolności. Zastanawiasz się pewnie, skąd u nowoczesnej kobiety tak abstrakcyjna samoocena? Mogę pomóc w rozwianiu Twoich wątpliwości, Czytelniczko. Jeszcze nie wiem, jak bardzo obnażę przed Tobą duszę: uchylę tylko rąbka tajemnicy, czy może pójdę va banque?

Przyszłam na świat w zupełnie zwyczajnej rodzinie. Typowy schemat: mama, tato i starszy brat. Z dzieciństwa najbardziej utkwiły mi w pamięci letnie wyjazdy na uroczysko do babci Marianny, ale o tym opowiem później.

Moi rodzice byli wciąż zabiegani, zajęci, skupieni na sprawach przyziemnych.

– Nino! Zjadłaś śniadanie? Odrobiłaś lekcje? Umyłaś zęby? Jak poszło w szkole?

I tak dalej, i tak dalej… Pytania, pytania, pytania. I odpowiedzi, słuchane wyłącznie jednym uchem. Rodzice po prostu byli – nieświadomi, choć żyjący w realu, po prostu brnęli przez labirynt codziennych spraw. W mojej historii nie odegrali kluczowej roli. O wiele większe znaczenie miała babcia Marianna.

Zacznijmy od początku. Powinnam się przedstawić – tak nakazuje grzeczność. Zapewne chciałabyś, Czytelniczko, żebym nie była bezosobowa i bezcielesna.

Nazywam się Antonina Klara Strega-Oramus.

Za jakie grzechy przyszłe (bo przecież nie z życia prenatalnego), rodzice pokarali mnie imionami, odbiegającymi od standardowych w moim pokoleniu Kasiek, Asiek i Mart – tego nie wiem. Darmo roztrząsać problem, podobnie jak trudno byłoby szukać jakichkolwiek związków z Marią Antoniną Habsburg, niezbyt popularną królową Francji. I całe szczęście, ponieważ nie chciałabym skończyć jak ona: z głową odciętą na gilotynie. Doprawdy nie wiem, co kierowało rodzicami przy wyborze. Nie posiadamy ani przodków, ani znajomych o takich imionach. Czy miały być jak piętno wypalone na skórze niczym ostrzeżenie: uważajcie ludzie, to czarownica? Nie! Oni nie wiedzieli! Kpili z babcinych zabobonów, ponieważ to ona odkryła przede mną moją prawdziwą naturę.

Na szczęście na co dzień nikt nie posługuje się tą okropną Antoniną. Klarą także nie. Każdy, kto mnie choć trochę zna i darzy sympatią, litościwie używa zdrobnienia Nina (żadna Tosia, Antolka, Antoninka!).

Mam trzydzieści lat – ani to dużo, ani mało. Różne dziwnie splątane koleje losu sprawiły, że prócz nielubianych przeze mnie imion niosę również ze sobą przez świat bagaż pełen doświadczeń. Zabrzmiało banalnie? A czy Ty ich nie masz? Wszak każda kobieta posiada tobołek pełen wspomnień oraz niespełnionych nadziei, i każda, choć w minimalnym stopniu, jest czarownicą.

Zanim przejdę do zasadniczej części tej historii, obalę kilka mitów, dotyczących czarownic i magii. I daruj mi bezpośredniość, lecz odtąd będę Cię nazywać Przyjaciółką. Jeśli nie akceptujesz tego stanu rzeczy, to jeszcze masz szansę się wycofać. Zatrzaśnij po prostu tę książkę już teraz.

Kim naprawdę jest czarownica? – zapewne zadajesz sobie takie pytanie. Najprościej będzie, jeśli tak to ujmę: nie jest prawdą, że my, czarownice, potrafimy wyczarować coś z niczego. Tym zajmował się Stwórca. Nie wchodzimy w Jego kompetencje, nie mamy ku temu odpowiednich kwalifikacji. Nie latamy na miotłach, nie sporządzamy eliksirów, nie wyrywamy serc naszym ofiarom, chociaż owszem, czasami je kradniemy. Nie mieszkamy w chatkach na kurzej łapce ani w domkach z piernika. Nie jesteśmy garbate, nie mamy krzywych nosów i brodawek, nasz oddech nie cuchnie siarką ani niczym podobnym. To nieprawda, że każda czarownica hoduje czarnego kota, chociaż akurat ja jestem wyjątkiem potwierdzającym tę regułę. Nie porywamy i nie zjadamy dzieci. Przed naszą magią nie uchroni Cię czerwona wstążeczka, przyczepiona do dziecinnego wózka. Jeśli którejś z nas przyjdzie do głowy, aby kogoś urzec, to nie ma takiej rzeczy materialnej, która dawałaby temu odpór. Nigdy w całej historii świata nie zorganizowano żadnego sabatu czarownic, a już na pewno nie na Łysej Górze. My, czarownice, wręcz unikamy wzajemnego kontaktu. Nie ma żadnych szkół dla czarownic, tego czegoś nie da się nauczyć, my po prostu przychodzimy na świat z tym we krwi i żadna transfuzja tego nie zmieni. I wreszcie, co najważniejsze, nie paramy się czarną magią i nie wchodzimy w żadne konszachty z księciem ciemności. I tutaj muszę nadmienić, że mój kot, choć wabi się Diablik, tak naprawdę nie ma nic wspólnego z wyżej wymienionym demonem.

To tyle, jeśli chodzi o mity. Mają one z prawdą tyle samo wspólnego, ile przesądy, że nie wolno przechodzić pod rozstawioną drabiną albo że czarny kot, przecinający nam drogę, oznacza nieszczęście. Uwierz mi, Przyjaciółko, że gdyby taki zwierz faktycznie miał magiczną moc, to nie trzymałabym w domu Diablika. A on plącze mi się podnogami nieustannie.

A jakie są fakty? Już wyjaśniam.

My, czarownice, potrafimy zgłębiać myśli zwyczajnych śmiertelników, mamy na to sposoby. Potrafimy manipulować ludźmi, narzucać im swoją wolę. Nawiedzają nas także przeczucia, sny i wizje, które odpowiednio zinterpretowane, pozwalają przewidzieć albo nawet zmienić bieg niektórych zdarzeń.

Wystarczy odrobina zręczności, a zyskujemy to, czego zapragniemy. Sława, bogactwo, estyma… –wszystko jest w zasięgu ręki, choć często wymaga ciężkiej pracy. Dlatego tak wiele czarownic zostaje wziętymi modelkami (patrzysz na jedną czy drugą, sunącą po najekskluzywniejszych wybiegach świata, i myślisz: „Och… Jaka ona brzydka! Co ludzie w niej widzą? Skąd te wszystkie zachwyty?”), znanymi aktorkami (nawet gdy są totalnymi beztalenciami), rekinkami biznesu, polityczkami, charyzmatycznymi wykładowczyniami…

Tak! Zdecydowanie potrafimy porywać za sobą tłumy, jak chyba najsłynniejsza z naszych sióstr Joanna d’Arc, którą słusznie oskarżono o czary, choć jej przewina w tej mierze była doprawdy niewielka. Nie zasłużyła na tak straszną śmierć, zważywszy na wcześniejsze zasługi. Na stos skazywano ją dwa razy. Za pierwszym ocalała – darowano jej karę śmierci i zamieniono na więzienie, ale nie w smak to było niektórym ignorantom. Podli tchórze drżeli ze strachu przed jej potęgą! Idąc za złymi podszeptami, strażnicy więzienni odebrali Joannie kobiece szaty i kazali nosić męski przyodziewek. To właśnie sprawiło, że kolejny sąd biskupi uznał ją za winną herezji oraz zbratania się z diabłem. Spalili nieszczęsną za to, że została zmuszona do włożenia spodni, a nie za czary, jak niesłusznie uważa większość ludzi.

Przekonania o tym, że czarownice rzeczywiście są na świecie, nie podważa nawet upływ czasu i postęp techniczny. Otóż nie dalej jak w dwa tysiące trzecim roku rolnik z podkrakowskiej wsi Wola Kalinowska, pozwał do sądu kobietę, która publicznie oskarżała go o czary. Dobre sobie! Jakby mężczyźni byli zdolni do rzucania uroków! Pozwana musiała być niezłą czarownicą, skoro zawiodła nieboraka aż przed oblicze sądu.

Mogłabym mnożyć przykłady znanych czarownic, ale po co? To i tak nie wniesie do tej historii niczego nowego.

Winna Ci jestem jeszcze wyjaśnienie różnicy pomiędzy nami a wiedźmami. Otóż te ostatnie mają moce równorzędne z naszymi, lecz wykorzystują je w nikczemnym celu – krzywdzą świadomie i z premedytacją, czerpiąc z tego przewrotną przyjemność. Kto wie, może nawet bratają się z samym diabłem?

Bardzo płynna i krucha jest granica pomiędzy czarownicą a wiedźmą. Jakże łatwo jest przejść na drugą stronę! Wystarczy jedna chwila nieuwagi, brak samokontroli, a już sprawy wymykają się nam z rąk i dołączamy do kręgu tych podłych istot. Trzeba naprawdę dużej samodyscypliny, aby tego uniknąć.

Wielokrotnie miałam okazję balansować na granicy.

 

CZĘŚĆ I

 

 

 

 

 

 

 

 

 

RETROSPEKCJA

 

Rozdział 1

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Inicjacja

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Zmagam się z uciążliwościami pierwszej w życiu miesiączki, raz po raz czuję nieprzyjemne skurcze. Jestem rozbita i bardzo nieszczęśliwa.

Tak, my, czarownice, też cierpimy i doskwiera nam ból, nie odbiegamy w tym przypadku od zwyczajnych śmiertelniczek. Zresztą same jesteśmy śmiertelne. Od chwili narodzin, każdego dnia, niezmiennie i nieodwołalnie nasze życie zmierza w stronę zimnego uścisku kostuchy.

Babcia, widząc moją zbolałą minę, odsyła mnie do pokoju na poddaszu i każe się położyć. Nadmienia jednak, że to, co przeżywam, nie jest stanem chorobowym, lecz czymś zupełnie naturalnym. Okazuje wyrozumiałość, ponieważ jest to mój pierwszy raz.

Moszczę się w łóżku, usiłując znaleźć wygodną pozycję. Jestem obolała, wiercę się niespokojnie. Mój brzuch i krzyż chyba zaraz eksplodują! Jeśli tak mam przechodzić miesiączkowanie, to nie chcę być kobietą. Wolę być chłopakiem! W chwili, gdy ja cierpię, z oddali dolatuje mnie pokrzykiwanie starszego brata, Patryka. Szczęściarz! Jego nic nie boli, może do woli grać w piłkę na okolicznych łąkach.

Po chwili samotnej walki z bólem słyszę na schodach energiczne kroki babci Marianny. Ona zawsze tryska witalnością i porusza się z gracją młodej dziewczyny – tylko pozazdrościć!

Babcia zagląda do pokoju, w ręce ma termofor. Siada obok mnie, uśmiecha się z czułością i głaszcze po mokrym od łez policzku.

– Zaraz ci zrobię ciepły okład, mięśnie szybciej się rozluźnią i brzuch przestanie boleć. Jesteś kobietą, teraz wszystko ulega zmianie. Pamiętaj, Ninko! Od tej chwili nie patrz zbyt długo chłopcom w oczy – przestrzega.

– Dlaczego, babciu? – pytam z dziewczęcą naiwnością.

– Nie patrz i już, tylko wiedźmy tak robią. Mamią chłopców i przywodzą ku zgubie. A ty, dziecko, nie jesteś przecież wiedźmą.

Wiem, że babcine dywagacje mają odwrócić moją uwagę od pulsującego bólem krzyża i brzucha, jestem jej wdzięczna za to oraz za termofor, który mi przykłada. Ciepło przyjemnie promieniuje na znękane ciało. Myślę o tym, jak dobrze się złożyło, że matka natura przypomniała sobie o mnie właśnie u babci na wsi. Gdyby to nastąpiło w Krakowie, mama zaaplikowałaby mi po prostu jakieś środki przeciwbólowe i wróciła do swoich spraw. Babcia natomiast celebruje moment, w którym dziewczynka ustępuje miejsca kobiecie.

Kocham tę dzicz, kocham to miejsce. Kocham tę niesamowitą staruszkę.

Jeszcze nie wiem, że jestem czarownicą. Jeszcze jestem szarą myszką – nastolatką, która nagle wystrzeliła w górę i nie potrafi skoordynować swoich rąk i nóg. Wciąż zaliczam jakieś wpadki, potykam się o własne stopy i na domiar złego mam buzię obsypaną pryszczami. Jakże daleko mi do Adrianny Bzyk, która ze swoimi długimi blond warkoczami i niebieskimi oczami uchodzi za miss naszej szkoły. Moje włosy są zwyczajne, ciemnobrązowe, ani ładne, ani brzydkie. I oczy także mam normalne, jak u innych dziewcząt, nie ma w nich absolutnie nic niezwykłego. To nie moje inicjały, lecz Adrianny, wypisują chłopcy w parze z własnymi i znakiem równości, po którym dodają jeszcze WM – Wielka Miłość, a całość otaczają serduszkiem. Tamtego lata jeszcze nikt do mnie nie wzdycha, nie patrzy na mnie cielęcym wzrokiem i nie opuszcza po chwili speszonego spojrzenia. W szkole radzę sobie średnio – nie jestem wybitnie uzdolniona, nie zamykam też stawki, plasuję się gdzieś pośrodku. Zupełna przeciętniaczka, określana często przez nauczycieli mianem „zdolna, ale leń”.

Ciepły okład koi, przynosi ulgę. Widzę, jak babcia krząta się po pokoiku na poddaszu, gdzie zazwyczaj sypiam w czasie wakacji. Widać, że waży myśli, jakby szukała natchnienia do wysnucia kolejnej ze swoich magicznych opowieści.Marianna jest mistrzynią gawędy, to ona opowiadała mi najpiękniejsze baśnie mojego dzieciństwa. Z jej ust płynęły historie pełne czarownic, wróżek i elfów, gdzie dobro nie zawsze wygrywa, lecz przenika się ze złem, zupełnie jak w prawdziwym życiu. Snuła niezliczone opowieści o wampirach i wilkołakach, zupełnie różne od tych znanych – książkowych.

Spoglądamy na siebie w milczeniu. Wzrok babci jest pełen miłości. Patrzę na ukochaną twarz, posiekaną drobną siateczką zmarszczek. Jestem do niej podobna, wszyscy mi to mówią. Nie do tej dzisiejszej, lecz do tej dawnej: babci – dziewczynki albo babci – młodej kobiety ze zdjęć w bardzo starym albumie. Setki razy oglądałam tamte pożółkłe fotografie. Patrzyłam na nią i jednocześnie patrzyłam w siebie.

– Skóra zdjęta z babci – mawiała moja mama.

– Jak dwie krople wody – potwierdzał tato.

Rzeczywiście, byłyśmy łudząco podobne, byłam z tego dumna.

Wtedy jeszcze nie do końca rozumiałam słowa mojej matki, która często potępiała babcię Mariannę za jej wyemancypowanie i styl bycia.

– To niestosowne, żeby siedemdziesięcioletnia kobieta żyła z kimś na kocią łapę! – Usłyszałam kiedyś jej utyskiwania. – Karolu! Ona ma zły wpływ na dzieci, zwłaszcza na Ninę. Co roku jest problem, gdy wakacje dobiegają końca i niemalże siłą trzeba małą stamtąd zabierać. Mam już dosyć tej wojny podjazdowej. Chciałabym, aby moja córka wykazywała nieco mniej fascynacji twoją matką. Szanuję Mariannę, dobrze o tym wiesz, ale przerasta mnie jej filozofia życiowa.

Będąc dzieckiem, nie rozumiałam określenia „kocia łapa”. Kojarzyłam je wyłącznie z Mruczanką, łaciatą kotką, dokazującą w obejściu babci.

– Bez obaw, Lucynko – powiedział wtedy tato. – Mama doskonale zajmuje się dzieciakami. Po co mamy męczyć je w bloku, skoro mogą spędzić całe lato na wsi? Jestem pewien, że nie będzie im dawać żadnych gorszących przykładów.

– Nie mam przekonania – stwierdziła sceptycznie.

Dalsza rozmowa toczyła się nerwowym szeptem. Martwiła mnie nieufność rodzicielki w stosunku do mojej ukochanej babci. Drżałam na myśl o tym, że wakacje na wsi mogą stanąć pod znakiem zapytania. Szeptałam w duchu modlitwy, aby tatuś potrafił przekonać mamę do swoich racji. Na szczęście dwa dni później mama wyraziła zgodę na wyjazd i pomogła w pakowaniu walizek.

 

Babcia przerywa milczenie.

– Jesteś czarownicą – mówi spokojnie, bez emocji, zupełnie jakby rzecz dotyczyła pogody lub kur, gdaczących radośnie za oknem.

Mimo bólu chichocę, ponieważ uważam jej słowa za irracjonalny żart. Biedna staruszka, chce mi osłodzić chwilę cierpienia. Doprawdy nie mogła wymyślić nic bardziej nieprawdopodobnego!

– Bądź poważna – przestrzega mnie dziwnym tonem.

– Nie ma czarownic na świecie – odpowiadam. – Chyba że w bajkach.

– Ech, dziecko, dziecko… – Babcia kręci głową. – Tam są Baby Jagi, zwykłe strzygi albo wiedźmy. Ty jesteś czarownicą, podobnie jak ja i moja babcia, i jej babcia, i wiele kobiet z naszego rodu przed nami. Nie na darmo każda z nas prócz nazwiska swojego męża, nosi jeszcze nazwisko Strega. Przecież wiesz, co ono znaczy: czarownica, tłumaczyłam ci to dawno temu. I ty jesteś właśnie czarownicą.

Niedowierzam jej słowom, lecz nie przerywam. Mam przebłysk świadomości, że babcia nigdy nie była mężatką. To wstydliwy sekret rodzinny, mamusia zawsze nad tym załamywała ręce i w chwilach, gdy myślała, iż nie słyszymy, utyskiwała, że tato nie ma ojca, a raczej że nic na jego temat nie wiadomo. Babcia od zawsze nazywała się Marianna Strega, bez drugiego członu przy nazwisku.

W milczeniu czekam na opowieść, która na samym końcu okaże się zmodyfikowaną wersją jakiejś baśni, dostosowaną do mojego nastoletniego wieku.

– Przyszłaś na świat jako czarownica. Ja to wiem! Jesteś inna niż wszyscy. Spójrz chociażby na swoją matkę, ona jest zupełnie zwyczajna. Słucha, lecz nie słyszy, patrzy, lecz nie widzi, dotyka, lecz nie czuje, a już na pewno nie tak intensywnie jak ty czy ja. Dla nas kolory są bardziej nasycone,kształty ostrzejsze, smaki wyrazistsze. Subtelniej odbieramy dźwięki, żywiej reagujemy. My czujemy, ona tylko istnieje.

W słowach staruszki odnajduję wiele prawdy, a jednak pozwalam sobie na dobrodziejstwo wątpliwości. Przecież chodzi o jej synową, nic dziwnego, że są różne. To ja mam w żyłach krew babci, nie mama, dlatego jesteśmy sobie z Marianną takie bliskie. I być może właśnie dlatego mama nie do końca akceptuje jej styl bycia oraz nietuzinkowość.

Swoją drogą, to mnie nie dziwi, już nawet z poziomu moich czternastu lat potrafię zauważyć, że babcia rzeczywiście jest inna. Odbiega od stereotypu wiejskiej babuleńki – kroczącej do kościoła bez względu na pogodę, pochylonej, wspartej o laskę, w cętkowanej chuścinie na siwych włosach, ubranej w stare, znoszone i niemodne rzeczy. Marianna zawsze chodzi wyprostowana, łopatki ściąga razem, pierś wysuwa do przodu, nosi modne stroje w stonowanych kolorach. Nic dziwnego, że panowie w różnym wieku tracą dla niej głowy, a synowa traktuje ją podejrzliwie.

– Ale jak to, babciu? – wyrażam zdziwienie.

– Nigdy nie spotkało cię nic niezwykłego? – stawia pytanie. – Czy nikt nie uległ twojej woli, choć było to wbrew logice? Nie przewidziałaś jakichś zdarzeń? Nie miałaś niezwykłych snów?

Urywa. Zapewne czeka na mój czynny udział w tworzeniu bajki. Często się to zdarza. Babcia lubi, gdy wykazuję zaangażowanie: podrzucam wątki, które ona rozwija z prawdziwą fantazją. Aż dziw bierze, że nigdy nie podjęła próby napisania powieści dla dzieci – byłaby w tym bardzo dobra.

Pytania, które chciałabym zadać, wiszą już w powietrzu, krążą wokół staroświeckiej lampy z wytrawionymi czasem kloszami, brzęczą z rojem dokuczliwych much, wpadają w sieci, tkane przez chudonogiego kosarza. Popadam w zadumę, wspominam.

 

***

 

Jestem w szkole, trwa długa przerwa. Ktoś je kanapki, ktoś spisuje lekcje. Większość dzieciaków rozmawia, próbując przekrzyczeć nieopisany, szkolny gwar.

Siedzę na ławce z koleżankami. Pośrodku króluje piękna złotowłosa Adrianna, nasza bogini, wyrocznia. Co powie – jest święte, co zrobi – jedynie słuszne, tylko ona zna się na modzie, ona decyduje, kto jest fajny, a kto nie. Spijamy słowa z jej ust, przytakując gorliwie. Jest naszą nieformalną przywódczynią. Każda chce choć przez chwilę posiedzieć w cieniu Adrianny, żadna nie przyćmiewa jej blasku. Kto by się na to odważył? To byłoby jak świętokradztwo!

Ja, szara myszka, jak zwykle pozostaję z tyłu. Cicha, onieśmielona, wycofana. W towarzystwie Adrianny rzadko mówię cokolwiek. Słucham jej z uwagą i marzę w głębi duszy, żeby być jak ona: piękna, bystra (jest prymuską!), wysportowana (gra w siatkówkę i chodzi na basen), poruszać się z gracją nimfy (balet) i mieć głos anioła (lekcje śpiewu). Chciałabym także nosić równie ładne ubrania (moja mama uwielbia granatowy kolor, podczas gdy modne są wszystkie inne!).

Adrianna nigdy nie zaszczyca mnie swoją uwagą. Dla niej jestem tylko częścią orszaku królowej. Nie wie, że siedzę tuż obok, a może raczej nie dopuszcza do świadomości istnienia kogoś tak niepozornego i pospolitego jak ja. Chichoce, żartuje, obgaduje inne dziewczęta. Jest złośliwa, ponieważ one tego nie słyszą. Nie żałuje kpiących uwag na temat ich wyglądu. (Aż strach pomyśleć, co mówi o każdej z nas, gdy którejś nie ma w pobliżu!) W oczy nigdy by im tego nie powiedziała – zawsze jest dla wszystkich miła, zwłaszcza dla dorosłych. Cieszy się powszechną sympatią, nauczyciele stawiają nam Adę za niedościgniony wzór.

Idolka sączy jad po cichu, lecz do bólu skutecznie. Z miejsca zauważamy wszystkie niedociągnięcia obmawianych koleżanek, nawet jeśli wcześniej w ogóle ich nie widziałyśmy. W końcu zaczyna jej brakować tematu, krzywi nieznacznie twarz i obiera nowy cel ataku.

– A żebyście wiedziały, jak ja nie lubię Niny! Nic mi nie zrobiła, ale jej nienawidzę. Nienawidzę i już –akcentuje mocno swoje słowa.

Nagle widzi, że jej wypowiedź nie znajduje spodziewanego poklasku. Dostrzega zakłopotane spojrzenia koleżanek. Ktoś wskazuje na mnie głową. Adrianna odwraca się w moją stronę i zastyga w pełnymzdziwienia bezruchu. Ma głupią minę, w jednej krótkiej chwili przestaje być śliczna. Zauważam krzywy zgryz i kłapciate uszy. Jej nos jest zadarty, a skóra blada jak pergamin i przebijają przez nią ohydne, niebieskie żyłki. Dziwne… Czy zawsze taka była? Przecież na pozór wygląda tak samo jak przed momentem. Jej rysy twarzy nie uległy zmianie, a jednak w ułamku sekundy stwierdzam, że jest nieładna.

Ona uświadamia sobie gafę – zasłania usta poplamioną atramentem dłonią o obgryzionych nierówno paznokciach.

– Ojej! Nino… Nie chciałam cię obrazić. Tak mi się tylko głupio wyrwało. Nie miałam tego na myśli –mówi, robiąc słodką minę.

Nie pozwalam, by złapała mnie na lep fałszywej skruchy.

A żeby cię tak pokręciło! – złorzeczę w duchu.

Wstaję z ławki, odchodzę szybkim krokiem. Wybiegam na boisko, gdzie spędzam resztę długiej przerwy. Walczę ze łzami goryczy. Cierpię.

Jak mogła to powiedzieć? Czym jej zawiniłam? – zadaję retoryczne pytania. Czuję, jakby ziemia osunęła mi się spod nóg. Nie pojmuję tej nienawiści, nie zasłużyłam na nią!

Drepcę w kółko po starej części boiska, gdzie pomiędzy szparami w betonowych, porośniętych kożuchem mchu płytkach wyrastają trawa i chwasty. Czuję się równie nędznie jak rośliny pod moimi stopami. Chciałabym być jedną z nich – małą stokrotkąalbo koniczynką, byle nie płonąć ze wstydu na wspomnienie o wcześniejszym upokorzeniu. Dobrze wiem, że na następnej przerwie głównym tematem plotek będzie niechęć Adrianny Bzyk do mnie. Łykam gorzkie łzy. Ach, jak to boli!

Do rzeczywistości przywraca mnie dzwonek, wzywający na lekcję. Zdyszana, wpadam do klasy, zajmuję miejsce w ławce jako ostatnia. Nauczycielka odczytuje listę obecności. Wywołuje nazwisko Adrianny. Gdzieś z tyłu wybuchają nerwowe szepty.

– Bzyk! – powtarza głośniej nauczycielka, stukając w biurko zatyczką od długopisu, aby uciszyć rozmowy.

Spoglądam ukradkiem na miejsce, które zajmuje zazwyczaj nasza gwiazda. Jej krzesło jest puste, choć na biurku leżą rozłożone książki i przybory szkolne, a z haczyka pod pulpitem zwisa plecak.

– Psze pani – odpowiada Maja, koleżanka Adrianny z ławki – ona źle się poczuła. Zaczęła wymiotować, jest w łazience.

Zaniepokojona nauczycielka zostawia nas bez opieki i idzie sprawdzić, co się dzieje z pupilką.

Przez dwa dni Ada jest dziwnie zgaszona. Jej oczy pozbawione są blasku, włosy wyglądają niczym matowe kołtuny. Nie plotkuje na przerwach z koleżankami, nie chichoce na widok chłopców. Nie uważa na lekcji, dostaje uwagę. Zapomina odrobić zadanie domowe. Gubi zeszyt do matematyki.

Trzeciego dnia wszystko zaczyna wracać do normy. Na twarz Adrianny znowu wraca uśmiech. Chłopcy żebrzą o jej przychylne spojrzenie. I tylko ja już nie spijam słów z jej ust, nie podzielam zbiorowych zachwytów, nie chcę być utożsamiana z jej świtą. Od tamtej pory mam ją za nic i przychylnie spoglądam na dziewczyny, którymi do tej pory gardziłam, ponieważ gardziła nimi Ada.

 

***

 

Odkąd pamiętam, przychodzi do mnie w snach. Ma długie jasne włosy, wijące się złocistymi pasmami, i oczy w kolorze błękitnego nieba. Nie ma skrzydeł, lecz wiem, że to mój Anioł. Jego twarz widzę wyraźnie, znam ją na pamięć równie dobrze jak własne lustrzane odbicie.

Ostatnio do Anioła dołączył ktoś jeszcze. Wygląd tego człowieka wzbudza niepokój. Jego oczy są ciemne, prawie czarne, migocą złowrogo spod ciemnej czupryny. Mroczny ma krótko przystrzyżoną brodę, połączoną z zarostem nad górną wargą. Nie wiem, kim jest, lecz coraz częściej przysłania mojego Anioła, jakby rzucał na niego cień.

Nie znam nikogo, kto przypominałby choć trochę któregoś z nich, a sami dla siebie stanowią idealne przeciwieństwo. Niepokoi mnie to o tyle, że obydwaj są dorośli, a w moim czternastoletnim odczuciu wręcz starzy. Na pewno mają około trzydziestu lat, może nawet więcej, ponieważ Mroczny ma siwiejące skronie.

Nie wiem, czego chcą i dlaczego wciąż mnie nawiedzają. Opierają się upływowi czasu. Coś każe mi przypuszczać, że należą do mojej przyszłości. Sny mają coraz inną tematykę, lecz teraz w większości z nich to Mroczny odgrywa rolę wiodącą.

 

***

 

Jesteśmy z mamą i bratem na zakupach. Przemierzamy kolejne sklepy. Mama wciąż napomina Patryka, żeby nie dokazywał, gdyż zrobi sobie krzywdę.

Mam osiem lat, a mój brat dziesięć. Mama jest obładowana zakupami, które niesie w jednej ręce, drugą – wolną, trzyma moją dłoń. Wychodzi z założenia, że skoro jestem młodsza, to nade mną trzeba sprawować solidniejszą opiekę. Brat, korzystając ze swobody, włazi na wszystkie murki i krawężniki, zeskakuje z nich, robi głupie miny do przechodniów.

– Patryk! Przestań się w końcu wydurniać! – raz po raz karci go mama.

Chłopak nic sobie nie robi z ostrzeżeń. Mama uznaje, że ma już dość tej wędrówki, decyduje się na wejście do ostatniego sklepu. Do pełni szczęścia brakuje nam tylko kurtki dla mojego brata.

– Jeśli tutaj nic nie znajdziemy, wracamy do domu. Ninko! Chodź! – woła do mnie.

Stoję jak zaczarowana przed witryną z zabawkami i spoglądam na śliczny domek dla lalek. Zawsze marzyłam o czymś takim jak to cudo na wystawie: w ślicznych, żywych kolorach, z filigranowymi mebelkami. Najbardziej urzeka mnie elegancki salon z białym dywanem. Na krzesłach pousadzano wystrojone lalki, sprawiające wrażenie, jakby właśnie zebrały się na wytwornym przyjęciu, podczas którego popijają herbatę z eleganckiego, miniaturowego serwisu.

Wtem następuje coś zupełnie nieprzewidzianego. Dałabym głowę, że nikt nie manipuluje przy witrynie i nie ma tam najlżejszego przeciągu, a jednak stolik się przewraca. Herbata kapie z filiżanek, tworząc na dywanie plamy, które nie mają zwykłego herbacianego koloru, lecz są purpurowe jak krew.

– Mamo! Mamo! – Szarpię ją za rękę, lecz jest zbyt zajęta zaganianiem rozbrykanego Patryka do sklepu. – Mamo, zobacz co się stało! Popatrz na domek!

Zadzieram głowę do góry i spoglądam w oczy rodzicielce, lecz ona jak zawsze ma rozbiegany wzrok i nie słucha. Poskramia niesfornego urwisa, i dopiero po moich uporczywych naleganiach zerka na witrynę.

– Ładny domek – stwierdza beznamiętnie – ale ty już jesteś za duża na takie zabawki.

– Ale zobacz, co się stało – nalegam. Przecież ktoś powinien uratować śliczny dywan przed katastrofą!

– No przecież nic się nie stało. Czego ty chcesz, dziecko? Też już zaczynasz dokazywać? – mówi i ramieniem popycha drzwi do sklepu.

Rzucam ostatnie spojrzenie na domek. Ku mojemu zdziwieniu lalki znowu siedzą wokół stolika. Na białym dywanie nie ma nawet najmniejszej skazy. Patrzę w osłupieniu na wystawę. Odnoszę wrażenie, że zabawki uśmiechają się do mnie kpiąco.

Wchodzę potulnie do sklepu i z anielską cierpliwością asystuję mamie oraz Patrykowi w mierzeniu kolejnych kurtek. Mama wybiera jedną z nich.

– Jak myślisz, Ninko? – prosi mnie o radę.

Spoglądam bez większego zainteresowania na Patryka, robiącego błazeńskie miny. Brat stoi tyłem do witryny, przez którą wpadają do sklepu ostatnie, bardzo ostre promienie jesiennego słońca. Rażą mnie w oczy, przeszkadzając w ocenie.

Mrużę lekko powieki, wyostrzam wzrok. Kurtka jak kurtka, jest popielata, ma kaptur i dużo kieszeni. Nagle słyszę pisk hamulców, klakson i głośne krzyki. Na ramiona Patryka zaczyna kapać coś lepkiego i gęstego – spływa powolną strugą po szarym okryciu. Przeraża mnie widok woskowo bladej twarzy brata oraz krwi, kapiącej z jego głowy.

Zaczynam krzyczeć. Zdezorientowana mama patrzy na mnie, próbuje mnie uciszyć, lecz ja wpadam w histerię. Już nie ma odwrotu, muszę to z siebie wyrzucić. Wrzeszczę coraz głośniej. Przez płynące łzy widzę, jak Patryk broczy krwią.

– Spokój, Nina! – denerwuje się mama. – Co jest z tobą?

A ja nie mogę nad sobą zapanować. Podobnie, jak nie jestem w stanie wykrztusić ani słowa. Łkam spazmatycznie, walcząc o każdy oddech. Wskazuję palcem na śmiertelnie bladego brata i kręcę głową. Próbuję zwrócić uwagę matki na to, co się z nim dzieje. Dlaczego ona jest ślepa? Czemu nie widzi, że Patryk zaraz wykrwawi się na śmierć?!

– Nic z tego nie rozumiem, taka histeria z powodu jednej kurtki? No już dobrze. Nie kupimy jej –wzdycha. Widzę, że jest jej wstyd przed sprzedawczynią i nielicznymi klientami sklepu.

Mam zatkany nos. Ktoś usłużnie podaje mi chusteczkę higieniczną. Wycieram oczy i spoglądam na brata. Patryk śmieje się ze mnie, wykrzywiając twarz w obraźliwym grymasie. Kurtka znowu jest nieskazitelnie czysta.

Nie rozumiem, co zaszło. Skąd wzięła się krew? I gdzie tak nagle zniknęła? A może nie było żadnej krwi? Może oślepiła mnie czerwonawa łuna zachodzącego słońca? Zawstydzona, zagryzam w milczeniu wargi.

Mama z zażenowaniem oddaje kurtkę sprzedawczyni.

– Wracamy do domu – decyduje.

Patryk przyjmuje jej komunikat z typowym dla siebie entuzjazmem. Wypada ze sklepu jak meserszmit i pędzi w stronę przejścia dla pieszych. Mama próżno usiłuje przywołać go do porządku.

Brat wbiega na ulicę przy czerwonym świetle. Nagle słychać przerażający pisk hamulców. Ostry dźwięk klaksonu zagłusza pełen grozy krzyk matki. Ciało Patryka wylatuje w górę i spada na maskęsamochodu. Narasta hałas. Mama puszcza moją dłoń, porzuca torby z zakupami i biegnie na ulicę, gdzie kilka metrów za przejściem zatrzymało się auto. Wśród odłamków pokruszonej szyby leży Patryk, ma rozrzucone dziwacznie ręce i nogi, a z jego skroni kapie krew.

 

 

Ciąg dalszy w wersji pełnej