Ebook i audiobook dostępne w abonamencie bez dopłat od 08.09.2026
Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
29,98 zł
14,99 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką: 29,98 zł
Po latach Honorata wraca do miejsca, które kiedyś kochała, a później z bólem opuściła. W rodzinnych stronach wszystko wydaje się znajome, a jednocześnie obce. Każdy zakątek budzi wspomnienia, które tak długo próbowała zagłuszyć. Powrót do domu staje się dla niej nie tylko konfrontacją z przeszłością, lecz także próbą zrozumienia samej siebie.
Wśród ludzi, których kiedyś zostawiła, jest także Damian Zamojski – mężczyzna, który niegdyś nieoczekiwanie poruszył jej serce. Ich relacja, pełna niedopowiedzeń i przerwanych gestów, została brutalnie przerwana przez dramat rodzinny. Wyznanie chorej siostry zmieniło wszystko i zmusiło Honoratę do rezygnacji z rodzącego się uczucia.
Teraz wraca, by ratować brata przed pochopną decyzją – i nieoczekiwanie musi zmierzyć się z prawdą, która może odmienić jej życie.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 306
Rok wydania: 2026
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Copyright © by Michalina Kowolik, 2026
Copyright © by Grupa Wydawnicza FILIA, 2026
Wszelkie prawa zastrzeżone.
Żaden z fragmentów tej książki nie może być publikowany w jakiejkolwiek formie bez wcześniejszej pisemnej zgody Wydawcy. Dotyczy to także fotokopii i mikrofilmów oraz rozpowszechniania za pośrednictwem nośników elektronicznych.
Wydanie I, Poznań 2026
Projekt okładki: Maciej Szymanowicz
Redakcja i korekta: Sylwia Chojecka | Od Słowa do Słowa
Skład i łamanie: Tomasz Chojecki | Od Słowa do Słowa
PR & marketing: Sławomir Wierzbicki
ISBN: 978-83-8441-464-4
Grupa Wydawnicza Filia Sp. z o.o.
ul. Kleeberga 2
61-615 Poznań
wydawnictwofilia.pl
Wszelkie podobieństwo do prawdziwych postaci i zdarzeń jest przypadkowe.
Wszystkim, którzy kogoś stracili. Wszystkim, którzy naprawdę kochali, kochają lub dopiero będą kochać. Miłość to najwspanialsza rzecz na świecie. Pamiętajcie o tym! Mojemu Tacie za to, że pokazał mi Złoty Potok i pozwolił mi się w nim zakochać.
HONORATA
Teraz, lato
Moja noga miała już nigdy tutaj nie stanąć. Przysięgłam to sobie, ale przysięgi dane samej sobie mają to do siebie, że często bywają łamane. I tak właśnie jest tym razem. Mijam znak z napisem „Złoty Potok” i momentalnie czuję, jak moje serce przyspiesza, a oddech staje się płytki i chaotyczny, jakby ktoś zabierał mi powietrze.
Znowu tu jestem. W swoim domu. W miejscu, które dało i zabrało mi wszystko, co najbardziej kochałam. Zwalniam i napawam się widokiem, który kocham. Liczne skały i drzewa, niby nic niezwykłego, a jednak ten widok zapiera dech w piersiach za każdym razem. Nigdzie w Polsce nie jest tak pięknie. Co do tego nie ma wątpliwości.
Kocham to miejsce od zawsze, odkąd tylko pamiętam. Uwielbiałam biegać szlakami turystów, pomagać rodzicom w prowadzeniu ośrodka wypoczynkowego oraz piec ciasta razem z mamą. Kiedyś widziałam tu siebie – blisko rodziny, tłumaczącą książki, zakochaną, zakładającą własną rodzinę, szczęśliwą. Kiedyś wszystko wyglądało inaczej. Miałam nawet wybraną działkę, którą zamierzałam kupić, aby wybudować na niej swój dom.
Życie jednak lubi płatać figle i zabierać to, co najcenniejsze. Przekonałam się o tym aż za bardzo.
– Dam radę – mówię sama do siebie, sunąc drogą siedemset dziewięćdziesiąt trzy. – Przemówię bratu do rozumu, upewnię się, że nie zwariował, i wrócę do…
Nie kończę, bo powiedzenie „wrócę do domu” nie ma tutaj sensu. Katowice nie są moim domem. To piękne miasto jest dla mnie za duże i za głośne. Ja od zawsze lubiłam spokój i bliskość natury, a wśród betonowych bloków sięgających chmur, tysiąca przejeżdżających obok samochodów i ludzi, z którymi mijam się na ulicy codziennie, a nawet nie mówimy sobie „dzień dobry”, czuję się obco i samotnie.
Włączam kierunkowskaz i skręcam w ulicę Wrzosową i zaraz potem znów w Krasińskiego. Przejeżdżam jeszcze kilka metrów i zatrzymuję się na wybrukowanym podjeździe prowadzącym do niewielkiego budynku z dobudowaną drewnianą werandą, na której stoją ogrodowa huśtawka, kilka krzeseł i mały stolik. To tam spędziłam wiele wieczorów, zarówno tych ciepłych latem, jak i zimnych jesienią, przykryta grubym kocem. To tam się śmiałam, czytałam, prowadziłam dyskusje z rodzicami, rodzeństwem i z NIM.
No właśnie. Co się stanie, gdy go spotkam? Przyglądam się krzakom kalin koralowych i ich białym kwiatom. Są piękne. Przechodzę podjazdem pod dom i wspinam się po drewnianych schodach na werandę. Wokół panuje dziwna cisza. Tak jakby nikogo tutaj nie było. Co prawda nie uprzedziłam rodziny o swoim przyjeździe, ale moi rodzice nigdy nie opuszczali domu ani gospodarstwa agroturystycznego, które prowadzą od lat. Spoglądam w lewo, gdzie tuż za płotem znajduje się sześć drewnianych domków, wiata z miejscem na grilla oraz mały kwadratowy budynek, w którym od czerwca do końca września mama gotuje i piecze dla wczasowiczów.
Gdzie się wszyscy podziali?
Naciskam na klamkę, jednak drzwi okazują się zamknięte. Obchodzę dom dookoła, ale nawet piwnica jest zamknięta, co się przecież nigdy nie zdarzało.
Dziwne.
Wracam na werandę, siadam na huśtawce i wybieram numer brata. W końcu to z jego powodu tutaj jestem.
– Co jest, siostra? – wita mnie zawadiackim głosem pełnym życia.
– Gdzie jesteś?
– Jak to gdzie? W domu. Przecież mówiłem ci ostatnio, że wracam do Złotego Potoku, aby wziąć tam ślub. Nie słuchałaś mnie czy cierpisz na zanik pamięci?
– Nie ma cię w domu. Nikogo nie ma. Dlaczego tutaj jest pusto?
W słuchawce zapada cisza. Słyszę jakieś szepty, śmiechy, głos podobny do głosu mojej mamy.
– Horacy! – krzyczę w końcu zniecierpliwiona.
– Pojechaliśmy wybrać suknię ślubną dla Dagmary – tłumaczy. – Wrócimy za godzinę. Naprawdę przyjechałaś?
– Powiedz jej, że ma się nie ruszać z miejsca. – To głos mamy. Jest wzruszona.
– Ma usiąść na huśtawce i czekać na nas – dopowiada tata.
– Słyszałaś?
– Słyszałam – odpowiadam, nie mogąc uwierzyć, że rodzice nie mają nic przeciwko temu ślubowi.
Rozłączam się i ruszam w stronę samochodu, aby wyciągnąć z niego butelkę wody i laptopa, bo skoro już muszę czekać, to przynajmniej wykorzystam ten czas na pracę.
A może by tak pójść na spacer?
Tęsknota za znajomymi miejscami bierze górę nad wszystkim innym. Mogłabym pójść nad jezioro, popatrzeć na pływające tam kaczki czy łabędzie lub przejść się szlakiem aż do źródełka, przypomnieć sobie, jak zimna woda z niego wypływa. Mogłabym, ale tego nie zrobię. Boję się, że jeśli przypomnę sobie, jak bardzo kocham to miejsce, to nie zdołam ponownie z niego wyjechać.
A muszę wyjechać.
MUSZĘ!
W momencie gdy sięgam po butelkę wody rzuconą na przedni fotel pasażera, słyszę, jak jakiś samochód gwałtownie zatrzymuje się na ulicy. Prostuję się i spoglądam na srebrną hondę. Pojazd staje na środku drogi, a mężczyzna zdaje się tym w ogóle nie przejmować. Nagle drzwi od strony kierowcy się otwierają i moim oczom ukazuje się wysoki brunet o niebieskich oczach, szerokich ramionach i najbardziej uroczym uśmiechu, jaki kiedykolwiek widziałam.
– Honka. – To trochę pytanie, a trochę stwierdzenie.
Powinnam uciec, skryć się gdzieś w piwnicy i poczekać, aż ta burza minie, ale zamiast tego stoję i patrzę, jak mężczyzna podbiega, a potem chwyta mnie w swoje masywne ramiona i mocno przytula. Czuję jego piżmowy zapach i głęboko się nim zaciągam. Pozwalam sobie na tę sekundę błogości. Przecież to tylko sekunda.
Tylko sekunda.
Sekunda to nic i wszystko zarazem.
Mężczyzna rozluźnia uścisk, a mnie momentalnie robi się zimno, chociaż na dworze jest ponad dwadzieścia pięć stopni Celsjusza. Robię krok do tyłu i się mu przyglądam. Ma na sobie dżinsowe szorty i białą koszulkę, a na nogach czarne adidasy. Na jego twarzy widać jednodniowy zarost, a pod oczami kurze łapki, które tylko dodają mu uroku. Ma trochę dłuższe włosy, niż zapamiętałam, ale wciąż są zdrowe i lekko kręcą się na końcach. No i te oczy. Te cholerne niebieskie oczy, które zawsze mnie hipnotyzowały.
W tej chwili się ogarnij! On nie jest dla ciebie!
– Wróciłaś – mówi Damian trochę zachrypniętym głosem.
– Przyjechałam przemówić Horacemu! – Mój głos nie brzmi jak mój. Jest obcy. – Dlaczego mam wrażenie, że nikt nie widzi problemu w tym, że po tygodniu znajomości postanawia wziąć ślub?
Damian zaciska usta.
– No tak. – Kiwa głową. – Mogłem się spodziewać, że będziesz robiła o to problem.
– A ty się na to zgadzasz? Nie widzisz, że to szalony pomysł?
– Trochę szalony jest, ale czy miłość właśnie taka nie powinna być?
– Wszyscy żeście powariowali! – Wyrzucam ręce do góry.
– Gdzie się podziewałaś? – Damian zbliża się do mnie i delikatnie dotyka mojego policzka. – Tęsknię, Honka. Tęsknię każdego cholernego dnia.
Co on powiedział?
Instynktownie odsuwam się na bezpieczną odległość, chociaż całe moje ciało aż krzyczy, abym tego nie robiła. Jego tęsknota nie ma nic wspólnego z tym, o czym myślę. On nie tęskni za mną w ten sposób, a nawet jeśli, to nie ma to znaczenia.
Nie możemy być razem.
Są takie miłości w życiu, które nigdy nie kończą się dobrze. Nasza właśnie do takich należy.
Myślałam, że już się z tym pogodziłam, ale – jak widać – jak zawsze jestem w błędzie.
Ktoś naciska na klakson, a dźwięk rani uszy. Damian odwraca się w stronę ulicy, ale się nie rusza. Przeciera dłonią twarz i zaciska zęby.
Ktoś znowu trąbi.
– Nie ruszaj się. – Damian szybko biegnie, aby przestawić samochód.
Ja w tym czasie zabieram laptopa i wodę i wracam na werandę.
– Jestem. – Damian po chwili wbiega po drewnianych schodach i siada na krześle.
– Mogłeś to wziąć na spokojnie, a nie biegać jak wariat.
– Bałem się, że znikniesz.
Podnoszę wzrok i napotykam niebieskie oczy wpatrzone wprost we mnie.
Nie wiem, co mam powiedzieć ani jak się zachować. Czuję pustkę w głowie i żar w sercu.
To był zły pomysł, że wróciłam.
Bardzo zły.
Czuję, że znowu będę cierpieć.
Na podjeździe zatrzymuje się czarne Mitsubishi i wysiadają z niego Horacy w towarzystwie uroczej blondynki oraz moi rodzice. Biegną w moją stronę i otaczają mnie swoimi ciepłymi ramionami. Pod moimi powiekami zbierają się łzy, ale jak zawsze nie pozwalam sobie na płacz.
Tulimy się długo, bo oto znowu po długiej rozłące jesteśmy razem.
Sądzę, że to wszystko jedno, jak ktoś się nazywa. Chodzi jedynie o to, jaki ma charakter.
Lucy Maud Montgomery, Ania z Zielonego Wzgórza
HONORATA
20 lat temu, wiosna
Pada deszcz, a ja nie wiem, co mam ze sobą zrobić. Mama jest zajęta składaniem prania, które po tygodniu zaniedbania przysłoniło fotel w sypialni, a tata naprawia krany w domkach letniskowych, które o tej porze roku stoją puste.
Tata zawsze coś naprawia. Kosiarkę, kapiący kran, pralkę, starą wiertarkę, którą ktoś chciał wyrzucić. Czasami wydaje mi się, że tata bez tego naprawiania stałby się bardzo nieszczęśliwy, a tego przecież nikt nie chce. Wszyscy lubią Tomka Króla. Rodzina. Przyjaciele. Sąsiedzi. Tata należy do tych osób, które zawsze pomogą, uśmiechną się i nigdy nie robią problemów.
Odkładam na stół kuchenny stare wydanie Ani z Zielonego Wzgórza, którego rogi dawno już się powyginały, i podchodzę do lodówki. Wyciągam mleko, nalewam sobie do kubka, a później przyciągam krzesło, staję na nim i wkładam kubek do mikrofalówki. Hiacynta nauczyła mnie, jak obsługiwać to urządzenie. Wystarczy przekręcić pokrętło na cyfrę jeden i odczekać, aż piknie, a następnie powoli wyciągnąć kubek i uważać, aby nic nie rozlać. Ale ja już mam dziesięć lat i umiem sobie poradzić z tak prostą czynnością. Odstawiam kubek na blat, zeskakuję z krzesła i z uśmiechem na twarzy wyciągam z szafki pojemnik z kakao. Wsypuję pięć czubatych łyżeczek i mieszam, nic nie rozlewając. Łyżeczkę kładę w zlewie, a z kubkiem ciepłego kakao wracam do stołu. Anię z Zielonego Wzgórza przeczytałam już dwa razy. Uwielbiam tę książkę. Uwielbiam Anię Shirley. Nawet chcę być taka jak ona, ale niestety nie mam piegów ani rudych włosów, tylko o mysim kolorze sięgające zaledwie ramion. Nie lubię ich. Ani siebie, bo grzywka, którą zrobiła mi zaprzyjaźniona fryzjerka mamy, ciągle się podkręca i przypomina tę, którą nosiła Brzydula, a nie modelka z katalogu, który oglądałam razem z siostrą. Olga powiedziała mi, że mam się nie przejmować, ponieważ włosy szybko odrastają, a serialowa Brzydula koniec końców staje się piękna. Znałam ten serial i wiedziałam, jak się kończy, bo oglądałam cały z Hiacyntą zeszłej zimy, ale wątpiłam, aby ze mną stało się to samo co z główną bohaterką. Biorę łyk kakao i otwieram książkę. Lubię czytać. Odkąd tylko nauczyłam się literek, byłam głodna nowych opowieści. Horacy śmieje się ze mnie i mówi, że jestem dziwna, skoro wolę książkę od filmu, ale bracia są od tego, aby się śmiać. Ja też się z niego śmieję, w szczególności z jego włosów, na które nakłada za dużo żelu i zamiast wyglądać atrakcyjnie, przypomina tłustego szczura.
– Kochanie, a co ty tak tu sama siedzisz? – Do kuchni wchodzi mama i spogląda na mnie z czułością.
– Hiacynta poszła do Judyty, a Horacy… Nigdy nie wiem, gdzie on jest.
– On lubi udawać dorosłego, a wcale nie jest dorosły. – Mama puszcza mi oczko. – Pójdę zobaczyć, jak tacie idą prace naprawcze w domkach, a jak wrócę, to możemy zagrać w Monopoly. Chcesz?
– Jasne. Zaklepuję buta.
Mama całuje mnie w czoło i wychodzi z domu.
Dopijam zimne już kakao i myję kubek, później wracam do stołu i do Ani z Zielonego Wzgórza. W momencie gdy zaczynam czytać, słyszę, jak ktoś wchodzi do domu. Zaciekawiona idę sprawdzić, kto to.
W małym przedsionku dostrzegam brata i jeszcze kogoś. Wysokiego chłopaka w czarnej przemoczonej kurtce. Ma krótsze włosy po bokach i dłuższe na czubku głowy, ciemne dżinsy i białe adidasy, które ucierpiały na deszczu i domagają się czyszczenia.
– Cześć, Honka. – Horacy odwiesza kurtkę na metalowy haczyk, który tata przywiercił do ściany. – Gdzie wszyscy?
– Tata naprawia krany w domkach, mama poszła zobaczyć, jak mu idzie, a Hiacynta jest u Judyty.
– Honka? – Nieznany kolega Horacego spogląda na mnie swoimi niebieskimi oczami.
– Honorata – tłumaczy Horacy.
– Honorata – powtarza chłopak i zaczyna głośno się śmiać. – Boże, ale to brzydkie imię. Musisz bardzo cierpieć, skoro tak cię nazwano!
Zaciskam dłonie w pięści, bo oto po raz pierwszy w swoim niezbyt długim życiu czuję złość tak wielką, że sięga nawet palców u moich stóp.
– Jesteś… Jesteś… Jesteś gównem! – krzyczę i uciekam, aby ukryć się w swoim pokoju i popłakać w samotności.
Dlaczego nazwano mnie Honoratą? Mama co prawda opowiadała o tym, jak po narodzinach Horacego postanowiła nazwać swoje kolejne dzieci imionami zaczynającymi się na literę „H”, ale czy nie mogła nazwać mnie Hiacyntą jak moją siostrę? Hiacynta to takie ładne i miękkie imię, nie to, co Honorata.
Nigdy za tym imieniem nie przepadałam, ale właśnie teraz znienawidziłam je tak samo jak chłopaka, który zaczął się ze mnie śmiać. Kładę się na łóżku, wciskam twarz w poduszkę i krzyczę na całe gardło.
Niestety to nie pomaga.
DAMIAN
Nie jestem złym chłopcem. Dotychczas dobrze się uczyłem, nie pyskowałem i słuchałem się starszych, ale od pewnego czasu moje zachowanie znacznie się pogorszyło. Odkąd rok temu rodzice oznajmili mi podczas wspólnych wakacji, że się rozwodzą, nie mogę poradzić sobie ze złością, która oplata mnie niczym trujący bluszcz. Mama i tata obiecali mi, że nadal będą mnie kochać i zrobią wszystko, aby ta sytuacja mnie nie dotknęła. Jednak ich słowa okazały się czystym kłamstwem. Może i na początku starali się być mili, ale bardzo szybko się to skończyło. Kłócili się o wszystko. Dosłownie. Nawet o opiekacz do kanapek, który w końcu wziąłem i wyrzuciłem do kosza, żeby dłużej nie słuchać ich krzyków. Gdy tata w końcu się wyprowadził, miałem nadzieję, że najgorsze już za mną. Okazało się, że i w tym się myliłem. Mama zaczęła pić i imprezować. Przestała gotować, pytać, jak było w szkole, czy chodzić na wywiadówki. Powinienem się z tego powodu cieszyć, ale o ile wolność, jeśli chodzi o wychodzenie i wracanie do domu, kiedy mi się chciało, mi się podobała, to brak obiadów i pusta lodówka już nie. Byłem głodny, ale się nie skarżyłem. Kupowałem w Biedronce za kieszonkowe gotowe dania i bułki, aby zrobić sobie kanapki do szkoły, bo nie chciałem, aby ktoś coś zauważył.
Trwało to cztery miesiące. Po tym czasie tata dowiedział się o wszystkim, przyjechał do mieszkania, które zostawił mamie i mnie, i kazał się mi spakować. Nie protestowałem, bo szczerze mówiąc, miałem już dość zachowania mamy. Jej bezmyślność zaczynała mnie coraz bardziej denerwować.
– Gdzie mnie zabierasz? – zapytałem ojca, bo nawet nie wiedziałem, gdzie teraz mieszka.
– Do mnie. Wynajmuję mieszkanie, ale to tylko tak na razie. Mam w planach kupno domu.
W mieszkaniu ojca poznałem Aldonę Repecką. To był dla mnie kolejny cios, bo nie miałem pojęcia o innej kobiecie. Myślałem, że rodzice po prostu przestali się kochać.
W dodatku ta cała Aldona była grubsza i brzydsza od mojej matki, więc dlaczego ojciec zostawił dla niej rodzinę? Czy kochanki zazwyczaj nie są młodsze, szczuplejsze i piękniejsze? – zastanawiałem się przez długi czas i nie znalazłem na to pytanie odpowiedzi.
Co do siostry Horacego, którego poznałem w nowej szkole, to nie chciałem być niemiły, ale to tak samo jakoś wyszło.
Zresztą jak zwykle.
– Sorry – mówię do Horacego. – Nie chciałem.
– Masz ją przeprosić. – Kolega posyła mi mordercze spojrzenie. – Może i Honorata bywa upierdliwa, ale to moja siostra. Rozumiesz? Nikomu nie pozwolę jej krzywdzić.
– Jasne. – Kiwam głową, chociaż nie rozumiem kolegi, ale może to przez to, że nie mam rodzeństwa i nie wiem, jak to jest je mieć.
– Jej pokój jest na piętrze. – Horacy wskazuje na drewniane schody. – Jak wejdziesz na górę, to pierwsze drzwi po lewej.
Szybko do mnie dociera, że albo przeproszę smarkulę, albo będę musiał wyjść i zapomnieć o jedynym fajnym kumplu, który od razu się do mnie odezwał, dzięki czemu nie czułem się w szkole jak samotny dziwoląg.
Ruszam powoli w stronę schodów. Dopiero co wszedłem do tego domu, a już mi się on podoba. Nie jest tutaj ani czysto, ani brudno, wszędzie gdzieś coś się wala. Na kanapie w salonie zauważam kilkanaście poduszek i żadna z nich nie jest równo ułożona, koce leżą tak, jak ktoś je zostawił, a nie równiutko złożone w kostkę. Aldona by nigdy na coś takiego nie pozwoliła i dlatego nasz dom wygląda jak muzeum.
Staję przed drewnianymi drzwiami i kilka razy pukam, ale gdy nie doczekuję się słowa „proszę”, naciskam na klamkę i pcham drzwi. Pokój nie jest duży, ale mieści się w nim wszystko to, co dziecku jest potrzebne. Łóżko, biurko, szafa i półki, które zamiast zabawkami wypchane są po brzegi książkami.
Honorata leży na łóżku. Głowę ma wciśniętą w poduszkę i wygląda jak nieżywa. Ogarnia mnie panika. Szybko podbiegam i chwytam siostrę kolegi za ramiona, a następnie ją podnoszę.
– Co robisz, idioto?! – Piskliwy głos dziewczynki i jej czerwony obsmarkany nos jeszcze bardziej mnie złoszczą.
Co za gówniara!
Mam ochotę na nią nawrzeszczeć, powiedzieć, że nie znam drugiej tak wrednej i brzydkiej dziewczynki, ale nie mogę tego zrobić. Zaciskam mocno zęby, biorę głęboki oddech i mówię:
– Przyszedłem cię przeprosić.
– Przeprosić? – Honorata ociera nos wierzchem dłoni.
– Tak. Nie powinienem śmiać się z twojego imienia. Nie jest wcale takie złe.
– Kłamiesz!
– Są gorsze imiona niż Honorata. Na przykład Kunegunda albo Gertruda…
– Fakt. – Dziewczynka siada na łóżku. Jej twarz jest cała czerwona. – Mogłam trafić gorzej.
– Prawda?
– Ale i tak cię nie lubię.
– Ja ciebie też, ale twój brat kazał mi tutaj przyjść i cię przeprosić.
– Mogłam się tego domyślić. Horacy zawsze o mnie dba.
– Więc sztama? – Wyciągam rękę w stronę Honoraty.
– Nie ma żadnej sztamy – obrusza się. – Nigdy cię nie polubię.
– Okej. – Zbliżam się do progu, ale nie wychodzę. Staję w miejscu. – I tak powiem Horacemu, że już między nami gra.
Zamykam za sobą drzwi i zadowolony z siebie schodzę z powrotem na parter.
Horacy czeka na mnie w salonie z colą, chipsami i włączoną konsolą Xbox Classic.
– Załatwione? – pyta mnie.
– Tak. – Kiwam głową. – Załatwione.
– To teraz możemy zagrać.
– W co?
– FIFA. Może być?
– Jasne.
Zaczynamy grać, ale spokój nie jest nam dany, bo po dziesięciu minutach do domu wracają rodzice Horacego i jego siostra. W momencie robi się harmider. Hiacynta, bo tak mi się przedstawiła, wskakuje na kanapę, między Horacego a mnie, wyrywa bratu pada z ręki i zaczepnie zwraca się do mnie:
– Nie znamy się, ale jestem pewna, że cię ogram.
– Nic dziwnego, skoro grasz w to po kilka godzin dziennie. – Przy kanapie pojawia się niezbyt wysoka kobieta o ładnych brązowych włosach sięgających ramion. – A my się chyba nie znamy. Jestem Alicja – wyciąga przed siebie rękę – mama Horacego, Hiacynty i… A gdzie jest Honorata?
– W pokoju – odpowiada Horacy i wyrywa pada z rąk siostry. – Teraz grają faceci!
– Faceci! – Hiacynta zaczyna się głośno śmiać. – Mamo, czy ty to słyszałaś? Ten młokos ma się za faceta. Ha, ha!
– Jestem Damian Zamojski – przedstawiam się. – Właśnie się tutaj przeprowadziłem.
– Kupiliście ten dom przy głównej ulicy? – zaciekawia się wysoki mężczyzna, który okazuje się ojcem mojego kolegi.
– Tak. – Kiwam głową.
– Super. Słyszałem, że twój tata prowadzi firmę informatyczną.
– Tak, już od ponad piętnastu lat.
– A mama czym się zajmuje?
– Wybacz, Damian, ale moi rodzice zawsze chcą wszystko wiedzieć. – Horacy tłumaczy zachowanie swoich rodziców, chociaż ja nie uważam go za dziwne. To fajnie, że interesują się swoimi dziećmi i wszystkim, co się z nimi wiąże.
– Spoko – odpowiadam. – Aldona to druga żona mojego taty – tłumaczę. – Moja mama została w Częstochowie.
– Czyli masz macochę. – Horacy zaczyna się śmiać. To nie podoba się Hiacyncie, wskutek czego chłopak obrywa w brzuch.
– Pożałujesz tego! – Horacy w sekundzie rzuca się na siostrę i zaczyna ją łaskotać.
Hiacynta śmieje się, krzyczy i wierzga nogami i rękami, uderzając przy tym mnie w ramię.
Dla mnie jest to dziwne i niecodzienne zachowanie. W moim domu panuje spokój i cisza. Nikt nikogo nie rozśmiesza, nie łaskocze ani nikt z nikim się nie wygłupia. Aldona jest bardzo poważną osobą, a tacie zdaje się to pasować, bo dzięki temu może nieprzerwanie pracować, co uwielbia chyba bardziej niż mnie. Tak przynajmniej mi się wydaje.
– Uspokójcie się, oszołomy! – W głosie pani Alicji słyszę miłość. – Zrobię na kolację jajecznicę. Mam nadzieję, że zostaniesz u nas – zwraca się do mnie, przez co czuję w sercu wielką radość.
Brakuje mi mamy. Może i udaję twardziela, ale w głębi duszy jestem małym chłopcem spragnionym ramion matki.
Gdzieś w połowie schodów zatrzymuje się Honorata i lustruje wszystkich wzrokiem.
– Dobrze się bawicie? – pyta z naburmuszoną miną.
– O, widzę, że humor przedni. – Horacy się krzywi.
– Co się stało, skarbie? – pyta pani Alicja.
– Nazwaliście mnie najgorszym imieniem na świecie. To się stało!
– Mówiłem ci, że Ania bardziej do niej pasuje. – Tata Horacego nachyla się i szepcze na ucho żony, a ona daje mu za to kuksańca w ramię.
– Honorata to piękne imię. – Pani Alicja zapewnia córkę.
– Mówisz tak tylko dlatego, że tobie się ono podoba!
– Idę sprawdzić, czy nie ma mnie w piwnicy. – Pan Tomek szybko się wymiguje i znika za brązowymi drzwiami.
– Mogę się z tobą zamienić. – Hiacynta wstaje z kanapy i posyła siostrze uśmiech. – Ze mnie i tak się śmieją w szkole. Mówią, że jestem kwiatek, że zaraz uschnę i nic ze mnie nie zostanie.
– Słucham? – Pani Alicja robi się czerwona na twarzy i dekolcie. – Śmieją się z ciebie? Dlaczego nic nie mówiłaś? Wiedzieliście o tym? – Patrzy na swoje pozostałe dzieci.
– Każdy z każdego czasem się śmieje – tłumaczy Horacy. – A Hiacynta przesadza. Zresztą my mamy przydomek w szkole. Nazywają nas rodem Złotopotokowców i niektórzy dla żartów nam się kłaniają. Rozumiesz, mamo, co mam na myśli? Chodzi o nasze nazwisko. Król.
– Nie jestem jeszcze aż tak stara, aby nie zrozumieć – fuka pani Alicja. – Honoratko, a czy tobie zrobił ktoś przykrość w szkole, że nagle zaczęłaś aż tak bardzo nie lubić swojego imienia?
Honorata spogląda na mnie, a ja w momencie robię się cały czerwony na twarzy. Boję się, że mnie wyda, że powie, iż nie byłem dla niej miły.
– Nie – odpowiada jednak, czym mnie zaskakuje. – Nikt mi przykrości nie zrobił.
– To kamień z serca. – Pani Alicja podchodzi do połączonej z salonem kuchni i otwiera lodówkę. – Nie przeżyłabym, gdyby ktoś moim dzieciom robił krzywdę.
Czuję ulgę, gdy Honorata mnie nie wydaje. Co prawda powinienem jej za to podziękować, ale nie robię tego. Po prostu udaję, że nic takiego się nie wydarzyło, co jest głupie i strasznie dziecinne z mojej strony.
Tata wciąż mi powtarza, że mam już czternaście lat i powinienem zachowywać się tak jak inni w moim wieku. Problem polega na tym, że według mojego ojca czternastolatkowie wiedzą już, co chcą w życiu robić, czym się zajmować w przyszłości, i dążą do tego, poświęcając każdą wolną chwilę. Ja nie wiem, kim będę w przyszłości, i nie mam ochoty codziennie po szkole uczyć się programowania, bo właśnie na to liczy tata. Myśli, że pójdę w jego ślady.
Może zostanę policjantem, strażakiem, a może budowlańcem. Nie wiem. Lecz jestem pewien, że nie zostanę informatykiem, tylko nie wiem jeszcze, jak powiedzieć o tym ojcu.
– O czym tak myślisz? – Horacy szturcha mnie w ramię. – Tylko mi nie mów, że o Baśce!
– Baśce? – Unoszę brwi.
– Mówicie o tej cycatej? – wtrąca się Hiacynta.
– Dokładnie o tej – uśmiecha się Horacy i pokazuje dłońmi, jakie to ma wielkie piersi. – Ma czym oddychać.
– Jesteś obleśny! – Honorata się krzywi. – Nie wolno śmiać się z kobiecych piersi. Pani Jankowska mówi, że…
– Nic mnie nie obchodzi, co mówi pani Jankowska – przerywa Horacy siostrze. – Ta głupia baba…
– Horacy! – krzyczy pani Alicja. – Nie jestem głucha.
Honorata się cieszy i pokazuje bratu język.
– Ani ślepa, Honoratko – dodaje.
Hiacynta nie może przestać się śmiać. Jestem w szoku. I po raz pierwszy w swoim niezbyt długim życiu żałuję, że nie mam rodzeństwa. Oni na pewno się nie nudzą tak jak ja.
– Dobra, zagrajmy chociaż jeden mecz – sapie Horacy.
Próbuję skupić się na rozgrywce, ale nie bardzo mi to wychodzi. Do mojego nosa dociera zapach jajecznicy i grzanek. Zaczyna burczeć mi w brzuchu, bo chociaż czeka na mnie codziennie obiad, to dzisiaj go nie tknąłem. Gdy wróciłem ze szkoły, pokłóciłem się z tatą. Wszedłem do domu w zabłoconych butach, a Aldona dopiero co pozmywała podłogi. To nieszanowanie cudzej pracy. Wykazałem się brakiem manier i szacunku. Tata prawił mi kazanie przez ponad pół godziny, a na samym końcu powiedział, że powinienem być wdzięczny za to, że się mną zajął i przygarnął mnie pod swój dach.
Mam być wdzięczny ojcu, że się mną zajmuje. Chce mi się śmiać i płakać równocześnie na wspomnienie tych słów. Ukradkiem spoglądam na panią Alicję, która nucąc pod nosem, rozkłada talerze na okrągłym białym stole, i zazdroszczę Horacemu takiej mamy. Moja kiedyś też była fajna, ale chyba nigdy nie nuciła przy szykowaniu kolacji. Zawsze marudziła, że znowu musi szykować, że ma tego dość i że jest zmęczona. Może właśnie dlatego tata ją zostawił?
– Odbierz mu piłkę! – krzyczy Hiacynta do mojego ucha. – No… Jesteś beznadziejny w tę grę!
Odkładam pada na stolik i macham ramionami.
– Dzisiaj to nie mój dzień – tłumaczę.
– Jasne – prycha Honorata.
Mam ochotę rzucić w nią poduszką. Jest taka denerwująca! Ale oczywiście tego nie robię z dwóch poważnych powodów. Pierwszy to siostra Horacego, a drugi to zaproszenie na kolację, której bardzo chcę i potrzebuję.
– Dzieciaki, umyjcie ręce i zapraszam do stołu. – Pani Alicja podchodzi do drzwi od piwnicy, otwiera je i krzyczy: – Kochanie, kolacja!
Hiacynta ściga się z Honoratą do łazienki usytuowanej tuż przy schodach prowadzących na piętro. Obydwie dobiegają do umywalki w tym samym momencie i nie przejmując się tym, myją ręce w jednym czasie, przy okazji chlapiąc się wodą.
– I ja to mam na co dzień. – Horacy staje przy mnie w otwartych drzwiach łazienki i wskazuje na śmiejące się siostry. – Zwariować idzie.
Uśmiecham się, chociaż nie wiem dlaczego. Mam wrażenie, że znalazłem się w jakimś filmie, takim ciepłym, rodzinnym, obyczajowym połączonym z komedią. I – do cholery – chcę stać się jednym z bohaterów tego filmu. Pragnę tego tak bardzo, że aż mnie to przeraża.
HONORATA
To chyba jakiś żart. Damian siada naprzeciwko i od razu pokazuje mi język. Inni oczywiście, a jakżeby inaczej, tego nie widzą.
Nie lubię go.
I mam nadzieję, że nie będzie nas za często odwiedzał.
– Honka, jedz – upomina mnie mama, więc skupiam się na jajecznicy, którą uwielbiam.
– Słyszałem, że dostałaś piątkę z matematyki, Hiacynto. – Tata się uśmiecha i sięga po kolejną kromkę chleba. – Brawo.
– Dzięki. – Hiacynta pęka z dumy.
Jej matematyka zawsze przychodzi łatwo. Nie to, co mnie.
– Musisz podszkolić siostrę, bo w przyszłym tygodniu ma kartkówkę z tabliczki mnożenia.
– Nie ma sprawy. Nauczę ją.
– Tabliczka mnożenia jest prosta – odzywa się Horacy z pełnymi ustami. – Wystarczy ją wykuć na pamięć.
– Naprawdę? – Mama zaczyna chichotać. – O ile mnie pamięć nie myli, to do dzisiaj nie opanowałeś tabliczki mnożenia.
– Ty matole! – Hiacynta mierzy palcem w Horacego.
– Już mi lepiej – mówię. – Dzięki, bracie. Dzięki tobie nie jestem najgłupsza w naszej rodzinie.
– Nikt z was nie jest głupi. – Tata zawsze wie, co powiedzieć. – Nie każdy musi być asem z matematyki.
– To prawda. – Hiacynta kiwa głową. – Ale jak można nie umieć tabliczki mnożenia? Przecież to jest takie proste!
– Dla ciebie wszystko, co się wiąże z matematyką, jest proste – zauważa Horacy.
– Racja. Dwa razy dwa. Cztery. Trzy razy cztery. Dwanaście…
– A siedem razy osiem?
– Pięćdziesiąt sześć – odpowiada Hiacynta.
– Dobrze odpowiedziała? – Horacy spogląda na mnie.
– Nie wiem. Ja mam tabliczkę mnożenia na razie tylko do trzydziestu.
– Dobrze odpowiedziała – odzywa się Damian.
I teraz się okaże, że on też jest dobry z matmy. Kurczę blaszka. Nie chcę, aby był dobry z matmy, w ogóle z niczego. Powinien być głupi i tępy jak but, bo na takiego wygląda.
– Lubisz matmę? – pyta Damiana tata.
– Lubię.
– To fajnie. Może ci się uda podciągnąć Horacego w nauce.
– Ja nie mam problemów w nauce – bulwersuje się Horacy. – Przechodzę z klasy do klasy, więc powinniście być zadowoleni.
– O tak – śmieje się mama. – Same dwóje na świadectwie, a oczekujesz od nas nagrody.
– I nigdy żadnej nie dostałem!
Hiacynta zaczyna się śmiać, a wszyscy dobrze wiedzą, no może poza Damianem, który nas nie zna, że śmiech Hiacynty jest zaraźliwy i w dziewięćdziesięciu dziewięciu procentach, gdy ona zaczyna się śmiać, to pozostali także. I tak jest i tym razem. Śmiejemy się wszyscy. Nawet Damian do nas dołącza, co nieco mnie dziwi.
*
Po kolacji Horacy idzie odprowadzić Damiana do domu, a ja z Hiacyntą pomagam sprzątać po obiedzie. Nasi rodzice są kochani, ale mają swoje zasady, których lepiej się trzymać, aby ich nie rozzłościć. A złoszczą się tak samo szybko, jak zaczynają śmiać.
Ścieram stół, a Hiacynta wkłada talerze do zmywarki.
– Lekcje odrobione? – pyta tata, opierając się plecami o blat.
– Ja mam jeszcze z historii do przepisania do zeszytu kilka dat. – Hiacynta zamyka nogą zmywarkę. – Już biegnę to robić.
Gdy moja siostra znika na schodach, tata spogląda na mnie.
– A ty, aniołku? – pyta.
– Poza tabliczką mnożenia nic nie mam. Lekturę dawno już przeczytałam.
– A angielski? – Mama staje przy rozpisce zawieszonej na lodówce. – Mam zapisane, że jutro masz sprawdzian z rozdziału szóstego.
– Wszystko umiem.
Może i z matematyki jestem kiepska, ale ani język polski, ani angielski nigdy nie przysporzyły mi problemów. Lubię czytać, a słówka z angielskiego zapamiętuję już na lekcji.
– Mam cię sprawdzić? – Mama mruży oczy.
Wiem, że sobie żartuje, bo ja nie potrafię kłamać. Gdy nawet zdarzy mi się zapomnieć o jakimś zadaniu, to zawsze się do tego przyznaję, nawet jeśli wiem, że dostanę karę czy reprymendę.
Taka już jestem.
Horacy mówi, że przez to nie poradzę sobie w życiu, ale co on tam wie, skoro jego matactwa zawsze w końcu wychodzą na jaw. Ostatnio na wywiadówce mama dowiedziała się, że jest zagrożony z biologii i robi sobie żarty z polonistki, podrzucając jej głupie karteczki. Podobno na jednej z nich było napisane: „Jesteś tak brzydka, że nikt cię nawet nie dotknie patykiem”.
Jestem pewna, że sam tego nie wymyślił, ale fakt, pismo jednoznacznie wskazywało na niego. Mama zostawiła tę kartkę na stole w salonie, a ja ciekawska musiałam na nią zerknąć. Horacy ma straszne pismo. Krzywe, małe i niezgrabne literki, ale że znam go bardzo dobrze, to nauczyłam się je odszyfrowywać. Poza tym tata palnął mu takie kazanie, że razem z Hiacyntą nie musiałyśmy nawet podsłuchiwać, bo wystarczyło mieć otwarte drzwi w pokoju, żeby słyszeć jego każde słowo.
Wcześniej nigdy nie widziałam taty aż tak złego. Po tym Horacy musiał przeprosić nauczycielkę przy całej klasie, ponadto miał miesiąc kary na konsolę, komputer, telewizor i wychodzenie z domu. Musiał także pomagać tacie przy naprawach domków.
Myślę, że po tym wszystkim już nigdy nie postąpi tak, jak postąpił.
– W takim razie możemy grać w Monopoly – oznajmia mama.
Widzę, że jest zmęczona. Co chwilę ziewa, oczy ma podkrążone i z całą pewnością nie ma ochoty grać w Monopoly, ale mama już właśnie taka jest, że jak coś obieca, to stara się dotrzymać danego słowa z całych sił.
– Jutro zagramy – uśmiecham się. – Dzisiaj już mi się nie chce – kłamię.
Wiem, że nie powinnam kłamać, ale Hiacynta powiedziała mi, że kłamstwa można podzielić na te złe i na te dobre. Moje kłamstwo zalicza się do tych drugich. Jest dobre. Mama potrzebuje odpoczynku, a ja jej go daję.
Staram się nie myśleć tylko o sobie, ale także i o innych. Mama ciągle myśli o nas, więc my musimy czasem pomyśleć o niej.
DAMIAN
Wchodzę do domu w dobrym nastroju. Królowie wydają się fajni i naprawdę w porządku. Mam nadzieję, że będę u nich często bywał, bo to namiastka rodziny, której bardzo potrzebuję, a nie mam.
– Gdzie byłeś? – Tata siedzi na kremowym fotelu i trzyma w dłoni szklankę z brązowym płynem. Aldona zajmuje miejsce na kanapie. W domu panuje całkowita cisza. Brakuje tutaj życia.
– Byłem u kolegi – mówię.
Aldona zamyka książkę i odkłada ją na stolik, a później na mnie spogląda. Jej okrągłe policzki robią się czerwone.
– Kolacja w naszym domu jest o godzinie dziewiętnastej – przypomina. – Należy to szanować. Poza tym masz dopiero czternaście lat i powinieneś nas informować, gdzie przebywasz, i nie wracać później niż o dwudziestej.
– Nie jesteś moją matką!
– Damian! – Tata podnosi głos. – Więcej szacunku! Aldona nie próbuje zastąpić ci matki, ale dba o to, abyś zawsze miał śniadanie do szkoły i ciepły obiad w domu.
– Przepraszam – burczę. – Byłem u kolegi i zjadłem z jego rodziną kolację.
– Z jakim kolegą? – zaciekawia się ojciec.
– Nazywają się Król. Mieszkają…
– Wiem, o kim mówisz – przerywa mi ojciec. – Słyszałem o tej rodzinie. Nie wiem, czy jest to najlepsze towarzystwo dla ciebie. Prowadzą gospodarstwo agroturystyczne w okresie letnim, a w międzyczasie pani Król szyje, a pan Król pracuje jako elektryk.
– Przepraszam bardzo, ale czy bycie elektrykiem to coś złego? Albo szycie?
– A znasz przysłowie: z kim przestajesz, takim się stajesz? – Ojciec unosi brwi, a ja mam ochotę parsknąć, ale tego nie robię.
– Sam masz wykształcenie jedynie średnie.
Ojciec odstawia pustą już szklankę na stolik, a Aldona od razu chwyta za podstawkę i podkłada ją pod naczynie. Mnie by zwróciła uwagę, ale jeśli chodzi o ojca, to jemu po prostu wolno.
– Moich rodziców nie było stać na studia, a jednak i tak mi się udało, ale poświęciłem temu bardzo wiele czasu i życia. Sam do wszystkiego doszedłem.
Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej
Okładka
Karta tytułowa
Karta redakcyjna
Prolog
Część 1
Rozdział 1
Rozdział 2
Rozdział 3
Rozdział 4
Okładka
Strona tytułowa
Prawa autorskie
Dedykacja
Meritum publikacji
