Miłość na cztery łapy - Ewelina Nawara, Małgorzata Falkowska - ebook

Miłość na cztery łapy ebook

Ewelina Nawara, Małgorzata Falkowska

3,9

Opis

Pierwsze spotkanie Seleny i Alexandra nie należało do przyjemnych. Kłótnia o psa? To nie mogło skończyć się dobrze. Dziewczyna po kilku miesiącach wraca do domu, gdzie czekają na nią niezbyt sympatyczne niespodzianki. Czuje się wściekła i zawiedziona.

Alex nie potrafi zrozumieć, dlaczego tak okrutnie potraktowała psa, Rubensa, i skazała go na schronisko. Selena stara się udowodnić, że opowiadana przez nią historia, choć trudna do uwierzenia, jest prawdziwa, jednak Alexander ma wątpliwości, czy powinien jej zaufać.

Czy psie serce połączy również serca Seleny i Alexa?

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 130

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
3,9 (10 ocen)
4
3
1
2
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
kamakopal

Nie oderwiesz się od lektury

Prze zabawna historia wsam raz na popołudnie 🙂
00

Popularność




Spis treści

1. Selena

2. Alexander

3. Selena

4. Alexander

5. Selena

Selena

Unosiłam się ponad chmurami, ulokowana w wygodnym fotelu powrotnego samolotu do domu. Cztery miesiące minęły szybciej, niż mogłabym się spodziewać przed wylotem do Paryża, ale na pewno nie żałuję podjętej decyzji. Pomysł wymiany studenckiej narodził się w mojej głowie pod koniec pierwszego semestru, a już podczas trzeciego mogłam go zrealizować w wymarzonym dla wielu artystów miejscu, jakim jest stolica Francji. I choć bardzo tęskniłam za tym, co czekało na mnie w rodzinnych stronach, to ciężko przeżyłam pożegnanie z nowymi znajomymi, cudownymi wykładowcami, a już na pewno z samym miastem, które zaskakiwało mnie każdego dnia swoim pięknem, innością w porównaniu do tego, co znałam zza oceanu.

Kilkugodzinna podróż pozwoliła mi na masę przemyśleń. Nie mogłam doczekać się spotkania z rodzicami, Martinem, ale najbardziej niecierpliwiłam się, by zobaczyć ukochanego psa, Rubensa, który był przy mnie praktycznie od zawsze.

Nie zdziwił mnie widok mamy samotnie trzymającej tabliczkę z napisem „Witaj w domu, Sel”. Przyzwyczaiłam się do tego, że tata zawsze miał na głowie tysiąc, jak nie milion, ważniejszych rzeczy niż ja, ale skoro nie widział mnie przez cztery miesiące, to mógłby tak poukładać sprawy biznesowe, aby powitać mnie na lotnisku.

– Sel!!! – krzyknęła mama, jednocześnie machając do mnie, jakby się bała, że przegapię ją i jej dużą tablicę.

– Mama! – Gdy przytuliłam się do niej mocno, łzy mimowolnie popłynęły z oczu. – Martin z tobą nie przyjechał? – zapytałam dopiero po chwili; brak chłopaka zdziwił mnie znacznie bardziej niż nieobecność ojca.

Martin, podobnie jak mój tata, oddał swoje życie pracy, ale z racji zajmowania znacznie niższego stanowiska niż to prezesowe nie spędzał w biurze całych dni i znajdował sporo czasu dla mnie.

– Coś go zatrzymało i nie mógł się pojawić. Wiesz, jak jest, kochanie – odpowiedziała, a ja wyczułam w jej głosie coś dziwnego.

– Czy coś się stało, mamo? – Wolałam usłyszeć złe wieści od razu, zamiast się zastanawiać, co kryje się pod dziwnym zachowaniem mamy.

Mama westchnęła ciężko, co utwierdziło mnie w tym, że się nie myliłam. Wyjęła z mojej dłoni uchwyt walizki, złapała go mocno i pociągnęła torbę w stronę wyjścia.

– Mamo! – zawołałam głośno, czym zwróciłam na siebie uwagę kilku osób w pobliżu.

– Nie, to znaczy tak, ale nie wiem, jak ci to powiedzieć – wyznała. – Chodźmy do samochodu, zawiozę cię, żebyś sama mogła zobaczyć, bo nie przejdzie mi to przez usta.

Te słowa wprowadziły mnie w jeszcze większą dezorientację. Mama planowała mnie dokądś zabrać, abym mogła coś sama zobaczyć, ale co to takiego było? Nie miałam pojęcia, w jakim kierunku poprowadzić myśli, aby znaleźć rozwiązanie tej zagadki, dlatego przystałam na jej propozycję i w napięciu, oraz jednocześnie obawie, czekałam na to, co się wydarzy.

Jechałyśmy w milczeniu dobre pół godziny. Nie tak sobie wyobrażałam drogę powrotną z lotniska, ale nie czułam się na siłach, by opowiadać o swoich przeżyciach, gdy z tyłu głowy miałam niepokojącą myśl, że stało się coś złego.

Mama zaparkowała przed nieznanym mi dotąd miejscem, położonym na uboczu miasta. Dopiero po przeczytaniu tabliczki z informacją, że znajdujemy się na cmentarzu dla zwierząt, dotarło do mnie to, czego mama nie potrafiła mi powiedzieć. Rubens, mój kochany i oddany pies, nie doczekał mojego powrotu.

Po raz kolejny pod powiekami zebrały się łzy, lecz tym razem wylały się strumieniami. Nawet przez myśl mi nie przeszło, że mogło wydarzyć się coś tak strasznego, choć psiak miał już swój wiek. Towarzyszył mi od niemal trzynastu lat, ale trzymał się dobrze.

Mama wzięła mnie pod ramię i zaprowadziła do niewielkiego pomnika z napisem „Rubens March”, co na moment wywołało uśmiech na mojej twarzy. Doceniłam gest rodziców, a raczej mamy, dodania do imienia psiaka naszego nazwiska. W końcu Rubens należał przecież do rodziny.

– Jak to się stało? – Postanowiłam dowiedzieć się więcej.

– Zawał – odpowiedziała krótko, ale wyczerpująco.

Zadawanie kolejnych pytań wydawało się zbędne, bo faktycznie, biorąc pod uwagę wiek Rubensa, tak niespodziewane i groźne zdarzenie mogło go zabić. Zakończyć jego życie, a tym samym pozbawić mnie najwierniejszego przyjaciela. Kogoś, kto wysłuchiwał moich problemów, pozwalał się tulić, gdy tego potrzebowałam, czy lizał po twarzy, kiedy wyczuwał, że mam gorszy nastrój. Był ze mną praktycznie zawsze i wszędzie – prócz wyjazdu do Paryża, który okazał się naszą najdłuższą i zarazem ostateczną rozłąką.

– Możemy jechać do domu? Nie mam sił dłużej się z tym mierzyć.

Pozwoliłam mamie objąć się ramieniem, a potem chwycić mnie za rękę i poprowadzić w kierunku wyjścia. W mojej głowie panował dosłowny armagedon, a serce krwawiło jak nigdy wcześniej i nie potrafiłam nazwać tego uczucia.

Po dotarciu do domu od razu ruszyłam do swojego pokoju, by móc rzucić się na łóżko i wybuchnąć płaczem po stracie przyjaciela. Na szczęście mama nie zamierzała mi w tym przeszkadzać. Obydwoje z ojcem wiedzieli, jak wiele znaczył dla mnie psiak i jak bardzo byłam z nim związana, dlatego liczyłam, że dadzą mi czas na spokojne przeżycie jego straty.

Alexander

Miałem wrażenie, że ten dzień ciągnął się w nieskończoność, a czas chyba zatrzymał się w miejscu. Jedyne, czego pragnąłem, to skończyć pracę w biurze, wyjść z tego budynku i pójść tam, gdzie mogłem się zrelaksować i odpocząć.

– Natalie, czy mamy jeszcze jakąś pilną sprawę na dziś? – zapytałem swoją asystentkę.

– Jeśli nic się nagle nie wydarzy, nie będziesz musiał gasić żadnego nagłego pożaru, to wygląda na to, że nie masz już w planie nic, co nie mogłoby poczekać do jutra – odpowiedziała, a gdy westchnąłem z ulgą, dodała: – Ciężkie życie CEO, prawda?

Spojrzałem na nią z naganą, ale nic sobie z tego nie robiła. Była w takim wieku, że mogłaby uchodzić za moją matkę; w firmie znał ją i obawiał się jej niemal każdy, bo nie dawała się nabrać na żadne sztuczki i nie znosiła ściemy. Krótko mówiąc, asystentka idealna. Przez to nie krępowała się rzucać w moją stronę złośliwych komentarzy czy też wytykać mi mojej głupoty, gdy tego potrzebowałem.

– Mam coraz mniejszą tolerancję na ludzi… – powiedziałem. – A dziś wyjątkowo mnie irytowali z tymi swoimi pseudoważnymi sprawami, które mogli załatwić sami, gdyby ruszyli głową.

– Wiem, że wolałbyś być gdzieś indziej, ale ciężko pracowałeś, by siedzieć na tym fotelu i przewodzić tej firmie – odpowiedziała. – Może potrzebujesz urlopu? Kiedy ostatnio na jakimś byłeś?

Zamyśliłem się, próbując sobie przypomnieć, kiedy wziąłem wolne i odpocząłem od pracy. Nie licząc dwóch, trzech dni wyrwanych to tu, to tam, podczas których i tak byłem dostępny dla pracowników, nie potrafiłem powiedzieć, kiedy ostatnio porządnie wypocząłem.

– Może, ale będę mógł o tym pomyśleć, dopiero gdy dopniemy kontrakt z Smith’s & Sons – odpowiedziałem. – A skoro nie dzieje się nic pilnego, biorę resztę dnia wolnego.

– Uściskaj ode mnie te słodziaki! – zawołała Natalie z uśmiechem, gdy wychodziłem z biura.

Kierowca odwiózł mnie do domu, gdzie przebrałem się w wygodne spodnie dresowe i zwykłą koszulkę, zjadłem szybką przekąskę, którą gosposia zostawiła mi w lodówce, po czym wróciłem do miasta, gdzie skierowałem się do miejsca, które było jedynym, co ostatnio trzymało mnie przy zdrowych zmysłach.

– Cześć, Zander, nie spodziewałam się tu ciebie dzisiaj – przywitała mnie Kristy.

– Udało mi się wziąć parę godzin wolnego, więc postanowiłem wpaść. Chyba że już mnie nie potrzebujesz, to sobie pójdę – odpowiedziałem, wskazując na drzwi za sobą.

– Nawet nie próbuj. Dobrze wiesz, że nie cierpimy na nadmiar wolontariuszy.

Miała rację, wiedziałem o tym od dnia, w którym przypadkiem wpadłem na nią w parku, gdy zaatakował mnie jeden z jej podopiecznych. Biedak był tak spragniony czyjejś uwagi, że sam o nią zawalczył. Kristy opowiedziała mi wtedy o swojej pracy, a ja, mimo skutecznie zniszczonego drogiego garnituru, postanowiłem, że muszę jej pomóc. Tym sposobem od kilku lat byłem wolontariuszem w schronisku, co miesiąc wpłacałem też datek, dzięki któremu zwierzaki miały zapewnione lepsze warunki. Nic jednak nie zastąpi im rodziny, własnego domu i ludzi, którym mogłyby pokazać, jak bardzo potrafią kochać.

Wziąłem smycz, by zabrać pierwszego psiaka na spacer. Starałem się wyprowadzać je pojedynczo, by dać im swoją niepodzielną uwagę. Kiedy miałem mniej czasu, brałem kilka psów jednocześnie, tak aby wszystkie miały szansę wyjść poza kojec, ich tymczasowy dom.

– No dalej, Ruby – zawołałem do najnowszego podopiecznego. – Idziemy na spacerek. – Pokazałem mu smycz, a on schował się w rogu boksu.

Ten uroczy dalmatyńczyk bardzo źle znosił pobyt w schronisku, widać było, że tęskni za ludźmi, za życiem w ciepłym domu. Usiadłem więc na podłodze i mówiłem do niego spokojnym głosem; nic szczególnego, opowiadałem mu o swoim dniu, a on, podobnie jak podczas poprzednich wizyt, w końcu mi zaufał i podszedł na tyle blisko, bym mógł go zapiąć na smycz.

– Nadal nie wiem, jak udaje ci się go przekonać do wyjścia z kojca. Mnie nie ufa – powiedziała Kristy, gdy wychodziłem z psem przez recepcję.

– Ma się ten wewnętrzny urok – odpowiedziałem i wyprowadziłem Ruby’ego na zewnątrz.

Spacerowaliśmy po pobliskim parku, a on coraz bardziej przypominał zwyczajnego psa, nie tę przestraszoną kupkę nieszczęścia, która kuliła się w rogu. Przygnębiała mnie myśl, że gdy tylko wrócimy do schroniska, cały ten postęp trafi szlag i Ruby znowu będzie się bał i chował przed Kristy i innymi wolontariuszami. Coraz częściej zastanawiałem się nad zaadoptowaniem go, ale wiedziałem, że wtedy będzie spędzał całe dnie sam w domu… I chyba nie byłoby to dla niego najlepsze rozwiązanie. Na razie postanowiłem zrobić mu kilka zdjęć i rozesłać je po pracownikach mojej firmy, by spróbować znaleźć mu nową rodzinę. Już kilka psiaków oraz kotków znalazło w ten sposób dom.

Rozpadało się, więc ruszyliśmy biegiem do schroniska, by schować się przed deszczem. Gdy zostawialiśmy w recepcji sporą kałużę, Ruby zaskoczył mnie polizaniem po rękach, jakby w ramach podziękowania. Dostał ode mnie kilka psich smaczków, a po tym musiał wrócić do kojca. W chwili, gdy położył się na posłaniu i spojrzał na mnie swoimi przepełnionymi smutkiem oczami, przysiągłem w myślach, że znajdę mu nowy dom.

Selena

Spędziłam w łóżku kilka godzin. Nie miałam już sił płakać, ale gdy brakło łez, na dobitkę odpaliłam galerię w telefonie, aby móc ponownie spojrzeć w szczęśliwe oczy Rubensa, którego miałam już nigdy nie zobaczyć.

– Sel, zejdziesz na kolację? Przygotowałam zapiekankę z łososiem i szpinakiem, taką jak lubisz. – Mama zawitała do mojego pokoju, gdy na zewnątrz zrobiło się ciemno.

– Tata wrócił? – zapytałam, chcąc na moment zapomnieć o stracie, która przepełniła mnie smutkiem.

Zaprzeczyła ruchem głowy, a ja wstałam z łóżka, by zejść na dół i zjeść wspólnie z nią kolację, choć niespecjalnie czułam głód.

– Musimy się przyzwyczaić, że większość czasu będziemy spędzać znów razem – wyznała, gdy zasiadłyśmy przy stole nakrytym dla dwóch osób. – Zawsze to lepsze niż bycie samemu, czego doświadczałam podczas twojej nieobecności. – Uśmiechnęła się promiennie, chyba naprawdę cieszyła się z mojego powrotu.

– Czasami pewnie dołączy do nas Martin – przypomniałam jej, nakładając na talerze zapiekankę.

Chłopak często towarzyszył nam podczas kolacji. Śmiał się, że dzięki temu, że mama zawsze gotuje, jakby karmiła wojsko, on nie musi marnować czasu na przygotowywanie jedzenia i może spędzić go z nami. Podczas wspólnych posiłków zwykle tłumaczył nam sprawy firmy, chcąc w ten sposób usprawiedliwić nieobecność przy stole mojego taty, a jego szefa.

– A właśnie, nie było go tu dziś? – zapytałam, bo wydawało mi się dziwne, że nie zadzwonił czy choćby nie napisał mi wiadomości

– Nie, kochanie, nie było go – odpowiedziała jakby zdawkowo. – A teraz siedź, bo mam dla ciebie niespodziankę. – Szybko zmieniła temat i wstała od stołu.

Wzięłam pierwszy kęs ulubionej potrawy i w spokoju czekałam na mamę. Jakie było moje zdumienie, gdy wróciła po chwili, trzymając na rękach białego maltańczyka z zawiązaną na szyi czerwoną kokardą.

– Sel, poznaj Vermeera. – Uśmiechnęła się szeroko, podając mi szczeniaka.

Niemal go upuściłam, nie wiedząc, jak powinnam się zachować. Moje serce krwawiło, rozłamało się na tysiące kawałków na wieść o utracie wiernego przyjaciela, a mama zdawała się chcieć od razu zastąpić go innym, nie dając mi nawet czasu na żałobę po Rubensie.

– Długo się zastanawiałam, jak chciałabyś go nazwać, a że moja znajomość malarzy nie jest tak rozległa jak twoja, to postawiłam na prostotę i uważam, że pasuje idealnie. Już nawet reaguje na swoje imię, zobacz.

Zabrała psa i postawiła go na podłodze.

– Vermeer, Vermeer – wołała, aż szczenię w końcu spojrzało na nią i zaczęło powoli iść w jej kierunku.

Ciężko opisać targające mną emocje. Z jednej strony doceniałam i rozumiałam gest mamy, jednak z drugiej ta sytuacja jeszcze bardziej mnie dobiła. Potrzebowałam czasu, a przynajmniej tak mi się wydawało, bo na razie widok białej kuleczki sprawiał mi bardziej ból niż radość. Owszem, czułam, że mama chce mnie pocieszyć, skoro nawet wybierając imię dla szczeniaka, pamiętała, jak tuż po tym, gdy tata przyniósł Rubensa do domu, powiedziałam, że każdego kolejnego zwierzaka będę nazywać nazwiskiem jakiegoś malarza. Już wtedy kochałam sztukę i miałam w planie skompletować cały zwierzyniec. Skończyło się jednak tylko na dalmatyńczyku, a to dlatego, że mamę zaskoczył rozmiar, do jakiego pies urósł.

– Mamo, nie jestem pewna, czy to odpowiedni moment… – zaczęłam i nie wiedziałam, jak dokończyć, gdy poczułam, że po policzkach spływają mi łzy, o których myślałam, że już ich brakło.

– Rozumiem, Sel, będzie spał ze mną, dopóki nie uznasz, że to ten czas, by oddać mu swoje serce. – Wzięła Vermeera i wyszła z nim, zapewne aby zanieść go do swojej sypialni.

Chwilę samotności wykorzystałam na wspomnienia o Rubensie. Nic nie było w stanie mi go zwrócić. Odszedł bezpowrotnie, a ja musiałam się z tym pogodzić. Mogłam nadal mieć go w sercu i kochać, czasem odwiedzać na cmentarzu dla zwierząt. Przecież obecność nowego szczeniaka nie oznaczała zapomnienia o dalmatyńczyku, a Rubens, jako dobry i wierny przyjaciel, z pewnością cieszyłby się, że nie jestem samotna, i zaakceptował Vermeera. Bo psie serce, oddane i wierne, kocha najmocniej i na zawsze. To jest według mnie umiejętność, której ludzie powinni się od zwierzaków uczyć.

Kończyłyśmy kolację, gdy do domu wrócił tata, radośnie obwieszczając, że urwał się wcześniej, aby móc przywitać mnie w domu. Nie skomentowałam jego słów, nie chciałam się kłócić i wiedziałam, że jak na niego pojawił się naprawdę szybko.

– Lampka wina na powitanie mojej kochanej córeczki w domu? – zaproponował i nie czekając na odpowiedź, poszedł do piwniczki, gdzie trzymał trunki, by wybrać jeden specjalnie na dzisiejszy wieczór.

– To ja zrobię przekąski i przyniosę kieliszki – zaoferowała mama i zostawiła mnie samą.

Przez chwilę zastanawiałam się, czy zapytać tatę o Martina, ale zrezygnowałam z tego pomysłu, przypominając sobie radość w jego głosie, gdy obwieścił, że urwał się szybciej. Dotarło do mnie, że skoro tata wyszedł, to ktoś musiał zostać, a przecież Martinowi ufał jak mało komu w firmie. Postanowiłam cieszyć się wspólnym wieczorem z rodzicami i zaplanowałam, że do chłopaka pojadę następnego dnia z samego rana i zrobię mu niespodziankę przed kolejnym ciężkim dniem w pracy.

Alexander

Gdy w drodze po poranną kawę zadzwonił mój telefon, odruchowo chciałem go zignorować. Taką miałem zasadę: przed wypiciem pierwszej kawy nie odpowiadałem na służbowe telefony. Jednak gdy na wyświetlaczu zobaczyłem imię Kristy, od razu odebrałem.

– Cześć, Zander, przepraszam, że przeszkadzam ci w pracy, ale mamy problem – powiedziała na jednym wydechu.

Nie brzmiało to dobrze, na palcach jednej ręki mogłem policzyć, ile razy do mnie dzwoniła, mówiąc, że ma problem.

– Nie przeszkadzasz, dopiero jadę po kawę – odpowiedziałem. – Co się stało?

– Ruby… – westchnęła. – Zaatakował Nathana, nie pozwala do siebie podejść, nie chce wyjść z kojca. Tylko ciebie akceptuje…

Już wiedziałem, o co chciała mnie prosić. Czasami tak się zdarzało, że któryś ze zwierzaków pozwalał zajmować się nim tylko jednej osobie. W takich przypadkach czekała nas długa droga socjalizacji, pełna upewniania się, czy pies jest już gotowy do adopcji. Coś mi mówiło, że Ruby źle znosił pobyt w schronisku, że brakowało mu jego miejsca, jego ludzi.

– Wpadnę w czasie przerwy na lunch, dobrze? Porannych spotkań nie mogę przełożyć, żeby przyjechać wcześniej – powiedziałem, choć już zacząłem się zastanawiać, czy nie mógłbym do któregoś z nich oddelegować swoich pracowników.

– Będzie idealnie, dzięki, Zander – odpowiedziała z westchnieniem ulgi. – Jak tak dalej pójdzie, to będę musiała cię zatrudnić na etacie – zaśmiała się.

– Nie stać cię na mnie, Kristy – odpowiedziałem również ze śmiechem.

– To musisz wpłacić więcej datków i wtedy będzie mnie stać – podjęła żart. – Do zobaczenia w porze lunchu.

Pożegnałem się i zaparkowałem obok ulubionej kawiarni. Żadnej tam sieciówki, tylko małej kawiarenki, w której robili najlepszą kawę, jaką kiedykolwiek piłem. I właśnie dlatego przyjeżdżałem tu każdego ranka, zamiast zaparzyć sobie ten napój w swoim domowym ekspresie. Czekając na zamówienie, przejrzałem maile, by wiedzieć, z czym będę miał do czynienia po przyjściu do biura, a po odebraniu kawy ruszyłem dalej do pracy. Miałem nadzieję, że do lunchu uda mi się sprawnie uwinąć z zadaniami, bo martwiłem się tym upartym sierściuchem, który postanowił, że nikogo oprócz mnie do siebie nie dopuści.

– Przełożyłam twoje dwa spotkania, które miały odbyć się tuż po lunchu, możesz więc biegać po parku do woli – powiedziała Natalie, gdy zakończyłem spotkanie z potencjalnym inwestorem. – Tylko zdejmij ten drogi garniaczek, żeby ci się nie ubrudził, nie sądzę, żeby twój dziadek był zadowolony, gdy na spotkanie z nim przyjdziesz cały utytłany w błocie.

– Nie martw się, mam tu ubrania na siłownię, więc się przebiorę. Odbierzesz przekąski, zanim przyjdzie dziadek, proszę? – Specjalnie zamówiłem jego ulubione ciastka, żeby chociaż tak zdobyć u niego jakieś punkty.

W odpowiedzi Natalie spojrzała na mnie tak, jakby chciała mnie obrazić, ale się powstrzymała, w końcu byłem jej szefem. Gdy zostałem sam, wyciągnąłem torbę z rzeczami na siłownię i w prywatnej łazience przebrałem się w sportowe ubranie, następnie szybko wyszedłem z budynku, w którym mieściło się biuro. Po krótkim czasie byłem już w schronisku, gdzie powitał mnie pełen wdzięczności uśmiech Kristy. Zauważyłem też rodzinę, która przypatrywała się zwierzakom w boksach w poszukiwaniu nowego przyjaciela. Byłem pewien, że każdy z nich obdarzy ich tak wielkim uczuciem, że nigdy nie pożałują decyzji o adopcji.

Wziąłem smycz i bez ociągania ruszyłem do kojca, w którym mieszkał Ruby. Wyglądał jak wielka, łaciata kupka nieszczęścia.

– Cześć, kolego, słyszałem, że masz dziś ciężki dzień, co powiesz na spacerek? – zagadnąłem do niego, a gdy się nie ruszył, wyciągnąłem z kieszeni kilka psich smaczków. – No dajesz, stary, poruszasz się trochę, od razu zrobi ci się lepiej.

Przez chwilę siedziałem na podłodze, mówiąc do niego i zachęcając go do podejścia, aż w końcu się odważył i pozwolił zapiąć się na smycz. Pamiętając o porannym zdarzeniu, dla ostrożności włożyłem mu także kaganiec. Kristy tylko pokręciła głową w niedowierzaniu, że udało mi się tak szybko namówić go do wyjścia, podała mi specjalną butelkę z wodą dla psów, po czym wyszedłem ze schroniska i udałem się w kierunku parku. Przez chwilę spacerowałem z nim wolnym krokiem, a później zacząłem biec, by rozruszać Ruby’ego. Ze względu na kaganiec nie mogłem porzucać mu piłki, nawet gdybym przepiął go na dłuższą linkę, więc sama przebieżka musiała wystarczyć. Gdy pies zaczął głośno sapać, znalazłem odosobnione miejsce, zdjąłem mu kaganiec i pozwoliłem napić się wody. Gdy zakręcałem butelkę, Ruby wyrwał mi się z rąk i popędził w stronę młodej kobiety, która właśnie weszła do parku. Ledwie zdążyłem złapać smycz, nim się na nią rzucił.

– Ruby, stary, co ty wyprawiasz?! – rzuciłem ostrym tonem do psa. – Przepraszam panią, nie mam pojęcia, co się dziś z nim dzieje.

Ona jednak nie zwracała na mnie uwagi, wpatrywała się w niesfornego dalmatyńczyka.

– Rubens? Kochany! – Pochyliła się i zaczęła mówić do czworonoga.

Odciągnąłem Ruby’ego, bo obcy nie mogli spoufalać się z psami poza schroniskiem – to nie byłoby bezpieczne, bo nigdy nie wiadomo, czy zwierzę nie poczuje się zagrożone i nie zaatakuje.

– Co pan robi?! To mój pies! – krzyknęła, gdy cofnąłem się o kilka kroków.

– Nie sądzę – warknąłem, zirytowany. – Ruby został podrzucony do schroniska przez bogatą paniusię, którą na pewno nie byłaś ty – dodałem.

Doskonale pamiętałem ten dzień. Akurat kończyłem dyżur, gdy Ruby trafił do schroniska. To, jak bardzo płakał za tamtą kobietą, zdenerwowało mnie na tyle, że miałem ochotę podejść i porządnie jej nagadać, ale Kristy mnie powstrzymała.

Selena

Znatłoku emocji doznanych w ciągu dnia spałam do późna, przez co nie zdążyłam zrobić Martinowi niespodzianki. Musiałam zmienić plan. Postanowiłam odwiedzić go w firmie taty i zabrać na lunch do pobliskiej knajpki. Korzystając z ładnej pogody, poszłam pieszo, skracając drogę przez park, gdzie ku mojemu niedowierzaniu napadł na mnie… Rubens.

I nie było mowy o pomyłce. Znałam swojego psa, a i po reakcji zwierzaka wiedziałam, że się nie mylę. Byłam tak zszokowana, próbując przyswoić to, co się działo, że dopiero po chwili zauważyłam mężczyznę, który starał się go ode mnie odciągnąć. Nawrzeszczałam na niego, ale jego agresywna i stanowcza odpowiedź zbiła mnie z tropu, tym bardziej że musiał mówić prawdę, skoro Rubens jednak ewidentnie żył.

– Jak to: „podrzucony”? Nie wierzę, że mogła ci to zrobić – zwróciłam się do psa, bo w głowie mi się nie mieściło, ile musiał wycierpieć. – Zabiję ją i tego jej Vermeera też! – Przytuliłam czworonoga, choć mężczyzna dalej ciągnął go z całych sił, próbując nas rozdzielić.

Brakowało mi słów, w sumie tchu również, a ziemia raptem zakołysała się pode mną z nadmiaru emocji. Wczoraj nad grobem opłakiwałam stratę ukochanego psa, a dziś…

– Hej, hej, ocknij się – dotarło do mnie jakby przez mgłę.

Otworzyłam oczy, gdy poczułam na twarzy mokry język Rubensa.

– Ruby, daj spokój, widzisz, że coś jej dolega. – Głos spokojnie mówił do mojego psa.

Dopiero teraz spojrzałam na mężczyznę uważniej i gdy lekko się uśmiechnął, podniosłam się gwałtownie.

– Nie tak szybko, bo możesz doznać szoku. – Chwycił mnie mocno. – Chwilę temu zemdlałaś, więc może trochę sfolguj i odpocznij.

Wkurzyła mnie jego nadopiekuńczość, bo jedynym, co wprawiało mnie obecnie w złe samopoczucie, była myśl, że rodzona mama mogła postąpić w taki sposób. Oddała mojego ukochanego psa, wiernego przyjaciela, i zastąpiła go mniejszą, wygodną dla siebie wersją. Ba, zadbała nawet o pseudogrób Rubensa.

– Rubens, idziemy do domu – postanowiłam i w mgnieniu oka złapałam za smycz trzymaną przez nieznajomego.

Natychmiast zrezygnowałam z odwiedzenia Martina, bo w głowie miałam tylko jedną myśl: chciałam jak najszybciej wyjaśnić wszystko z mamą, nawtykać jej i zobaczyć reakcję na widok zwierzaka.

– O nie, nie ma szans. Pies jest pod opieką schroniska i nie można go, ot tak, po prostu zabrać, bo ma się takie widzimisię. – Pewnym ruchem wyrwał mi smycz i się odsunął.

Rubens go lubił, widziałam to po jego reakcji. Normalnie nie poszedłby z obcym, a teraz stał i przypatrywał się nam, nie wiedząc, jak się zachować.

– Jakie widzimisię, człowieku? Czy ty nie rozumiesz, że ona sfingowała jego śmierć? – uniosłam się, bo mężczyzna ewidentnie nie rozumiał powagi sytuacji.

– A ty nie rozumiesz, że jak się oddaje psa, to nie można go nagle zabrać, i to ze spaceru? Skąd mam niby wiedzieć, że mówisz prawdę? Ten pies już dużo wycierpiał i nie mam w planie pozwolić jakiejś paniusi się nim bawić. Przecież są szczegółowe zasady!

– To co mam niby według ciebie zrobić? – zapytałam zdenerwowana.

Byłam oburzona jego zachowaniem i podejściem do sprawy. Czułam jego obojętność, a przecież widział, że Rubens mnie zna i że nie chcę mu zrobić krzywdy. Kochałam tego futrzaka, był moim przyjacielem, moją rodziną.

– Wróć do domu, przemyśl swoje zachowanie i sama wpadnij, jak to rozwiązać, bo ostrzegam, że jak nie dasz nam teraz spokoju, to zadzwonię po policję – rzucił spokojnie, co mnie rozwścieczyło.

Buzowały we mnie emocje, a on swoim zdystansowaniem pokazywał wyższość nade mną. Jakby chciał udowodnić, że nie mam racji, że i tak wyjdzie na jego. Co w sumie się sprawdziło…

– Jeszcze mnie popamiętasz – zagroziłam, głaszcząc psa na odchodne. – A tak w ogóle, to gdzie go trzymacie? – Dotarło do mnie, że w mieście jest kilka schronisk, więc lepiej się dowiedzieć, gdzie mogę odebrać psa, na wypadek, gdyby mama nie chciała współpracować.

Podał mi adres i odszedł, nie zważając na to, że Rubens odwracał się, aby na mnie spojrzeć. Odwracał, ale jednak szedł z nim…

Nie mając pojęcia, co robić, usiadłam na ławce. Z jednej strony chciałam wrócić do domu i zrobić aferę mamie, jednak z drugiej wiedziałam, że mogło się to źle skończyć, jeśli będę działać w tak wielkich emocjach. Odetchnęłam i postanowiłam pójść do Martina, aby to jemu się wypłakać, u niego poszukać wsparcia i zrozumienia.

Do firmy dotarłam po kilku minutach. Popchnęłam szklane drzwi i pomachałam na przywitanie, gdy w recepcji ujrzałam znajomą twarz.

– Tata ma spotkanie z Chinami – usłyszałam na dzień dobry.

– Spokojnie, ja do Martina – wyjaśniłam.

Ben się zawahał i dopiero po chwili nerwowego kartkowania leżącego przed nim zeszytu powiedział:

– Martina nie ma w biurze.

Wzruszyłam ramionami, nie miałam sił na wypytywanie, co się stało i skąd wynikała jego nieobecność. Uznałam, że skoro nie było go w biurze, to znaczy, że znajdę go w jego domu, który mieścił się niedaleko firmy, a spacer mógł mi dobrze zrobić.

– Dziękuję, Ben.

Ponownie pomachałam mężczyźnie, wyszłam z firmy taty i ruszyłam do mieszkania chłopaka, gdzie miałam nadzieję znaleźć choćby przelotne ukojenie w jego silnych ramionach.

Miłość na cztery łapy

Copyright © Ewelina Nawara & Małgorzata Falkowska

Copyright © Wydawnictwo Inanna

Copyright © MORGANA Katarzyna Wolszczak

Copyright © for the cover photo by LIGHTFIELD STUDIOS/Adobe Stock

Wszelkie prawa zastrzeżone. All rightsreserved.

Wydanie pierwsze, Bydgoszcz 2024r.

Redaktor prowadzący: Marcin A. Dobkowski

Redakcja: Joanna Błakita

Korekta: Paulina Kalinowska

Adiustacja autorska wydania: Marcin A. Dobkowski

Projekt okładki: Ewelina Nawara

Skład i typografia: www.proAutor.pl

Książka ani żadna jej część nie może być przedrukowywana ani w jakikolwiek inny sposób reprodukowana czy powielana mechanicznie, fotooptycznie, zapisywana elektronicznie lub magnetycznie, ani odczytywana w środkach publicznego przekazu bez pisemnej zgodywydawcy.

MORGANA Katarzyna Wolszczak

ul. Kormoranów 126/31

85-432 Bydgoszcz

[email protected]

www.inanna.pl

Książkę i ebook najtaniej kupisz na www.inanna.pl