Miłość, która wspiera - Joan Garriga - ebook + książka

Miłość, która wspiera ebook

Joan Garriga

0,0
20,00 zł

lub
-50%
Zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego i kupuj ebooki, audiobooki oraz książki papierowe do 50% taniej.

Dowiedz się więcej.
Opis

Sama miłość nie wystarczy, jeśli nie potrafimy jej dobrze przeżywać.

Dlaczego nawet bliskie relacje bywają trudne? Skąd biorą się konflikty, rozczarowania i emocjonalny dystans? Co sprawia, że jedne związki się rozpadają, a inne stają się silniejsze?

Ta książka pomaga lepiej zrozumieć mechanizmy budujące bliskość i pokazuje, jak tworzyć dojrzalsze, bardziej świadome relacje. Znajdziesz w niej refleksje i wskazówki, które pomagają budować więź opartą na zrozumieniu, szacunku i emocjonalnej równowadze.

Autor, psycholog i terapeuta par, w przystępny sposób pokazuje, jak lepiej rozumieć siebie i drugą osobę. To książka dla każdego, kto chce kochać mądrzej i budować trwałą relację.

Dobra relacja nie powstaje przypadkiem — tworzy się ją każdego dnia.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Tytuł ory­gi­nalny: EL BUEN AMOR EN PAREJA

Pro­jekt okładki i stron tytu­ło­wych: Iza­bela Sur­dy­kow­ska-Jurek Redak­tor pro­wa­dzący: Agata Pasz­kow­ska-Pogo­rzel­ska Redak­cja języ­kowa: Joanna Kłos Korekta: Agnieszka Dudek, Joanna Kłos Redak­tor tech­niczny: Witold Kuśmier­czyk

Copy­ri­ght © for this edi­tion and trans­ation by Dres­sler Dublin sp. z o.o., Oża­rów Mazo­wiecki 2026 © Joan Gar­riga Bacardí, 2013 © del pró­logo: Joan Gar­riga Bacardí, 2023 © Edi­to­rial Pla­neta, S. A., 2023

Edi­cio­nes Destino, un sello edi­to­rial de Edi­to­rial Pla­neta, S. A. Avda. Dia­go­nal, 662-664, 08034 Bar­ce­lona (España) www.pla­ne­ta­de­li­bros.com www.ede­stino.es

Wydaw­nic­two Bel­lona ul. Han­kie­wi­cza 2, 02-103 War­szawa tel. +48 22 457 04 02 www.bel­lona.pl www.face­book.com/Wydaw­nic­two.Bel­lona

Księ­gar­nie inter­ne­towe: www.swiatk­siazki.pl www.ksiazki.pl

Dys­try­bu­cja Dres­sler Dublin sp. z o.o. ul. Poznań­ska 91, 05-850 Oża­rów Mazo­wiecki tel. (+ 48 22) 733 50 31/32 e-mail: dys­try­bu­cja@dres­sler.com.pl www.dres­sler.com.pl

ISBN 978-83-11-18777-1

Wer­sję elek­tro­niczną w sys­te­mie Zecer przy­go­to­wała Róża Rozaxa

Pamięci Beatriz

Autobiografia

Moim życiem kie­ro­wały trzy pro­ste, ale nie­zwy­kle inten­sywne emo­cje: pra­gnie­nie miło­ści, głód wie­dzy i nie­zno­śne współ­czu­cie dla ludz­kiego cier­pie­nia. Szu­ka­łem miło­ści przede wszyst­kim dla­tego, że pro­wa­dzi ona do eks­tazy, tak wiel­kiej, że czę­sto poświę­cił­bym resztę swo­jego życia za kilka godzin tej roz­ko­szy. Szu­ka­łem jej po dru­gie dla­tego, że łago­dzi samot­ność, tę straszną samot­ność, która w drżą­cej świa­do­mo­ści poja­wia się na skraju świata, aby spoj­rzeć w głę­boką i nie­zgłę­bioną otchłań bez życia. W końcu szu­ka­łem jej, ponie­waż w zjed­no­cze­niu miło­ści widzia­łem, w mistycz­nej minia­tu­rze, przed­smak nieba, takiego jakim wyobra­żali je sobie święci i poeci. Tego wła­śnie szu­ka­łem i choć mogło się to wyda­wać zbyt piękne, aby mogło ist­nieć w tym ludz­kim życiu, to wła­śnie to w końcu zna­la­złem.

Ber­trand Rus­sell

Auto­bio­gra­fia

Prolog

PRO­LOG

DZIESIĘĆ LAT PÓŹNIEJ

W ciągu dzie­się­ciu lat, które minęły od publi­ka­cji książki El buen amor en la pareja (Miłość, która wspiera), zauwa­ży­łem, że poru­szane przeze mnie kwe­stie są na­dal aktu­alne, a pro­blemy opi­sane w książce tylko się pogłę­biły. Obecny model miło­ści w związku na­dal opiera się na domi­na­cji ja nad my. Wydaje się, że roz­sta­nia są na porządku dzien­nym, co zresztą potwier­dzają sta­ty­styki, tak jakby roz­wią­za­niem pro­ble­mów w związku była zmiana part­nera. Cho­ciaż cza­sami tak wła­śnie jest, to jed­nak nie zawsze. Prawdą jest, że dwie osoby razem two­rzą jeden orga­nizm, ale prawdą jest rów­nież, że orga­nizm ten jest pla­styczny i poten­cjal­nie zmienny oraz że możemy nad nim pra­co­wać, zanim go porzu­cimy. Kilka lat temu, pod­czas pro­mo­cji niniej­szej książki, wzią­łem udział w pro­gra­mie tele­wi­zyj­nym, do któ­rego zapro­szono rów­nież pewną star­szą parę. Kiedy pre­zen­ter zapy­tał ich, jaki jest sekret ich dłu­go­let­niego związku, oboje odpo­wie­dzieli zgod­nie: „Wytrwa­łość”. Była to naprawdę zabawna i wzru­sza­jąca chwila. W dzi­siej­szych cza­sach nie wyobra­żamy sobie wytrwa­ło­ści jako drogi i nie będę tego bro­nił. Nie­mniej jed­nak warto, aby każda decy­zja była poprze­dzona głę­boką intro­spek­cją, zanim prze­łoży się ją na dzia­ła­nie. Nie­któ­rzy twier­dzą, że bra­kuje nam cier­pli­wo­ści, pod­czas gdy już święta Teresa napi­sała, że to wła­śnie dzięki cier­pli­wo­ści można osią­gnąć wszystko. W tym sen­sie mędrzec suficki Ibn Arabi twier­dził, że naj­wyż­szym szczy­tem ducho­wym, do któ­rego czło­wiek może dążyć, nie jest prze­nie­sie­nie się do takiego czy innego stanu świa­do­mo­ści. Naj­wyż­szym stop­niem, jaki można osią­gnąć, jest według niego cier­pli­wość w mał­żeń­stwie! Cytuje to Faouzi Skali w swo­jej książce Serce sufi­zmu, a jego słowa przy­wra­cają nam pew­ność, że to wła­śnie w rze­czy­wi­sto­ści codzien­nego życia tkwi naj­głęb­sza tajem­nica i że kiedy szu­kamy nasy­ce­nia się nie­ogra­ni­czoną namięt­no­ścią, w rze­czy­wi­sto­ści czę­sto odda­lamy się od umiar­ko­wa­nego cen­trum naszej istoty. Reflek­sje z innej epoki, ale z pew­no­ścią nie stra­ciły na aktu­al­no­ści.

Kiedy na prośbę redak­cji piszę te słowa, aby uczcić dzie­się­cio­le­cie wyda­nia książki Miłość, która wspiera, przy­cho­dzą mi na myśl te wła­śnie spon­ta­niczne prze­my­śle­nia. Niniej­sza książka stała się, jak mi mówią, long­sel­le­rem: dzie­łem, które sprze­daje się latami, niczym kro­ple desz­czu, które nawil­żają zie­mię po przej­ściu począt­ko­wego ulew­nego impulsu, pod­le­wa­jąc ludzi zro­zu­mie­niem miło­ści i rela­cji uczu­cio­wych. Jak to dobrze! Czuję, że moja duma jako autora zostaje pod­bu­do­wana, i, poza ego, dostrze­gam rów­nież chęć pomocy, która skło­niła mnie do napi­sa­nia tej książki.

W książce znaj­dzie­cie to, czego nauczy­łem się pod­czas pracy jako tera­peuta i jako osoba wspie­ra­jąca, ale także chęć pomocy sobie samemu, ponie­waż moje zro­zu­mie­nie nie czyni mnie mniej wraż­li­wym na brak miło­ści, burz­li­wość związ­ków, stratę lub samot­ność.

Jed­nak bez­sprzecz­nie cie­szy mnie fakt, że mam tak wielu czy­tel­ni­ków i otrzy­muję tak wiele miłych e-maili. Odbie­ram mnó­stwo infor­ma­cji zwrot­nych na temat pozy­tyw­nego wpływu, jaki lek­tura tej książki wywiera na ludzi; lek­tura, a może raczej praca, do jakiej dopro­wa­dziła, ponie­waż wiele osób przy­znaje, że książka wywarła na nich ogromny wpływ, skła­nia­jąc do reflek­sji, samo­po­zna­nia i prze­miany. Nie­któ­rym pomo­gła zbli­żyć się do part­nera, innych z kolei znisz­czyła i pod­dała pro­ce­sowi bez­li­to­snej rewi­zji. Nie bra­kuje też par, które czy­tają ją razem i roz­wi­jają się, deba­tują, dys­ku­tują, kochają się, kłócą, poznają, pła­czą, zgłę­biają, obej­mują, roz­pa­czają, pocie­szają się, rozu­mieją, znaj­dują drogę, a wszystko to robią razem. Jak to dobrze!

„Jak to dobrze” to wyra­że­nie, któ­rego uży­wam coraz czę­ściej, pra­wie nie­świa­do­mie, a teraz, kiedy je piszę i o nim myślę, przy­po­mina mi o impe­ra­ty­wie czy­nie­nia dobra, o war­to­ści rze­czy i zale­tach uprzej­mo­ści, o tym, co prze­ka­zuje miłość, co pro­wa­dzi do roz­kwitu i rado­ści. „Razem” to kolejne magiczne słowo, które dodaje życia. Wie­rzę, że niniej­sza książka wnosi coś z tego „jak dobrze” i „razem” do życia osób, które ją czy­tają, i wła­śnie dla­tego jest inte­re­su­jąca. Nie jest to oczy­wi­ście porad­nik, bo nie zawiera list tego, co wła­ściwe, a co nie, ani porad i wska­zó­wek doty­czą­cych postę­po­wa­nia. Niniej­sza pozy­cja raczej wypusz­cza strzały i zaraża impul­sami, które tra­fiają w sedno tego, co naj­waż­niej­sze w związku i jego szer­szym kon­tek­ście: rodzi­nie i sys­te­mach uczu­cio­wych, z któ­rych pocho­dzimy.

Ta książka pomo­gła wielu oso­bom zna­leźć wła­sną drogę. Ręka do góry, kto może z pełną odpo­wie­dzial­no­ścią powie­dzieć, że nie potrze­buje kom­pasu na tak świę­tym tery­to­rium, jakim jest miłość we wszyst­kich swo­ich for­mach, namięt­no­ściach i tań­cach, wspól­nych lub odmien­nych pro­jek­tach, sek­su­al­no­ści i kre­atyw­no­ści, dzie­ciach lub ich braku i wielu innych spra­wach? Wra­ca­jąc do meta­fory desz­czu: kto nie odczuwa cza­sem pustki i dez­orien­ta­cji w swo­ich związ­kach? Kto jest wolny od trud­nych pytań i kon­flik­tów lojal­no­ści? Kto nie szuka i nie cierpi z pra­gnie­nia miło­ści i ist­nie­nia, do tego stop­nia, że odrzuca kro­ple desz­czu o świ­cie lub deli­katny deszcz jesie­nią? Jak dobrze więc, że to, co prze­ka­zuje ta książka, ma w sobie coś nawil­ża­ją­cego, odżyw­czego, mięk­kiego…

Moja naj­głęb­sza i naj­święt­sza miłość na­dal kie­ruje się ku dzie­ciom: w okre­sie wcze­snego dzie­ciń­stwa są one isto­tami czy­stymi, a z cza­sem, nie­stety, ich bez­tro­ska i spon­ta­nicz­ność zamie­niają się w mecha­ni­zmy obronne ego, któ­rym towa­rzy­szą pan­ce­rze, sztuczki, soju­sze i mani­pu­la­cje, mające na celu sta­wie­nie czoła temu, co mogli­by­śmy nazwać „złym wycho­wa­niem” kul­tury oraz, nie­stety, trau­mom i emo­cjo­nal­nemu bólowi rodzin, a dokład­niej rodzi­ców. Powszech­nym zja­wi­skiem jest zmiana oso­bo­wo­ści i cha­rak­teru, a także utrata inte­gral­no­ści. Wszy­scy zosta­jemy wygnani z raju i doświad­czamy upadku. Nie­któ­rzy nie­stety doświad­czają w efek­cie poważ­nych zabu­rzeń psy­chicz­nych, wahań nastroju, dzi­wacz­nych zacho­wań, roz­ma­itych pro­ble­mów… Bra­kuje bez­piecz­nych sieci miło­ści, a cier­pie­nie dzi­siej­szego świata jest ogromne i nie­koń­czone: aby to dostrzec, wystar­czy deli­kat­nie podra­pać dzie­cięcą powłokę serca dowol­nej osoby. Możemy jed­nak zła­go­dzić nega­tywne skutki tego upadku poprzez bez­pieczne przy­wią­za­nie do rodzi­ców oraz solidną więź emo­cjo­nalną, pełną obec­no­ści. Dziecko jest zawsze naj­więk­szym skar­bem, nosi­cie­lem naj­bar­dziej płod­nego ziarna przy­szło­ści. Nie wypa­czajmy go. Niech jego oso­bo­wość będzie prze­ja­wem wyjąt­ko­wych pre­dys­po­zy­cji, a nie koniecz­no­ścią, która chroni je przed bólem.

Mam nadzieję, że dzięki pomocy, jaką zapewni rodzi­com, niniej­sza książka posłuży rów­nież dzie­ciom. Nie prze­sa­dzę, mówiąc, że co naj­mniej połowa cier­pie­nia dzieci wynika z tok­sycz­nej rela­cji mię­dzy rodzi­cami. W mojej pracy z ludźmi widzę to cier­pie­nie na każ­dym kroku. Dla­tego ogromne szczę­ście mają te dzieci, któ­rych rodzice pozo­stają w dobrych sto­sun­kach i two­rzą zgrany zespół, nie­za­leż­nie od tego, czy są razem, czy się roz­stali. Nie ma chyba potrzeby przy­po­mi­na­nia, że rodzice się nie roz­stają; co naj­wy­żej może roz­paść się ich zwią­zek. Kiedy rodzice są na swoim miej­scu, sza­nują się, cenią i współ­pra­cują ze sobą, zapew­niają dzie­ciom dobre samo­po­czu­cie. Dzieci są wtedy wolne od nie­zdro­wych rela­cji typu trój­kąt, nie­od­po­wied­nich koali­cji, prze­mocy pośred­niej lub po pro­stu poważ­nego braku bez­pie­czeń­stwa i miło­ści. Jak ujęła to poetka Emily Dic­kin­son: „Jeśli mogę zapo­biec cier­pie­niu serca, nie będę żyć na próżno; jeśli mogę zła­go­dzić ból życia, ule­czyć ranę lub pomóc omdla­łemu rudzi­kowi odna­leźć gniazdo, nie będę żyć na próżno”. Moim naj­głęb­szym pra­gnie­niem jest, aby nie żyć na próżno i aby nikt nie żył na próżno, aby dobroć i współ­czu­cie zagnieź­dziły się w ser­cach wszyst­kich i kie­ro­wały naszymi kro­kami w związku i odgry­wa­niu roli rodzi­ców. Niech prze­waża zdrowa miłość, która czyni dobro innym i nam samym.

Kiedy wcho­dzimy w zwią­zek, wno­simy do niego nie tylko nasze dzie­cięce rany i tańce przy­wią­za­nia do rodzi­ców, ale także całą naszą bio­gra­fię, histo­rię życia i losy rodziny. To dobrze, ponie­waż ten bagaż jest rów­nież rodza­jem arse­nału zaso­bów z prze­szło­ści, które służą jako wspar­cie dla przy­szło­ści. Potrze­bu­jemy wszyst­kich tych doświad­czeń, aby oświe­tlić i przejść przez labi­rynt życia i miło­ści. Jed­nak wśród zaso­bów i doświad­czeń znaj­du­jemy cię­żary, cier­pie­nia i nie­po­ro­zu­mie­nia: jak wiel­błądy dźwi­gamy „zobo­wią­za­nia” i auto­ma­ty­zmy, natrętne namięt­no­ści, zale­głe zada­nia i lojal­ność wobec rodziny, rany trój­kąta miło­snego. Wiel­kie rze­czy osiąga się jed­nak wtedy, gdy zwią­zek nie jest jedy­nie sceną namięt­no­ści i spraw do zała­twie­nia, ale wspina się nieco w kie­runku świata ducho­wego, więk­szej świa­do­mo­ści, w któ­rym dwoje ludzi pod­daje się muzyce ist­nie­nia, a nie muzyce odgry­wa­nia ról, i zostaje unie­sio­nych na rękach przez coś więk­szego od nich samych. Wtedy być może spon­ta­nicz­nie doświad­czą sza­cunku i uzna­nia.

Droga pary jest rów­nież drogą ducha, ponie­waż nasze ego z pew­no­ścią nie zawsze będzie zado­wo­lone i zma­gać się będzie z wyzwa­niami, jakie sta­wia przed nim praw­dziwa miłość, któ­rej, miejmy nadzieję, ule­gnie. Wydaje mi się, że izo­la­cja nie jest czymś ludz­kim. Już Scho­pen­hauer uczył nas, że naj­strasz­liw­szą karą, jaką można sobie wyobra­zić, byłaby nie­wi­dzial­ność i, co naj­gor­sze, wieczne życie. Czy może być coś bar­dziej bole­snego i nie do znie­sie­nia? Jest to kra­jo­braz braku rela­cji, w któ­rym nikt nie chce żyć. Zacie­kłym wro­giem piękna i roz­kwitu czło­wieka jest izo­la­cja, a nie samot­ność, z którą powin­ni­śmy być w sta­nie po pro­stu żyć, a nawet trak­to­wać ją jako dar, gdy nas spo­tyka. Szu­kajmy towa­rzy­stwa, dotyku, uści­sku, wspól­nej drogi i pamię­tajmy, że ta droga, prze­mie­rzana z uwagą, pro­wa­dzi nas poza nas samych, pozwala nam wznieść się w duchu i dotrzeć być może dalej, niż gdy­by­śmy pozo­sta­wali zamknięci w samot­nej jaskini, aby medy­to­wać.

Coraz wię­cej osób postrzega drogę pary jako drogę nauki, a nawet jako duchową i świa­domą ścieżkę, która, jak wie­lo­krot­nie wyja­śnia­łem, pozwala nam wznieść się ponad ludz­kie namięt­no­ści uwa­run­ko­wane naszą bio­gra­fią i nar­ra­cją, aby osta­tecz­nie osią­gnąć łaskę wyj­ścia poza gra­nice naszego małego ja. Być może nic nie zmu­sza nas do tak inten­syw­nej pracy nad sobą jak życie miło­sne i bycie w związku: jest to bez wąt­pie­nia szkoła roz­woju.

A skoro tak bar­dzo poszu­ku­jemy szczę­ścia w związku, chciał­bym zale­cić, aby­śmy prze­stali pra­gnąć szczę­ścia i zaczęli cie­szyć się życiem, które pro­wa­dzimy w każ­dej chwili. Pra­gnie­nie szczę­ścia jest wro­giem bycia szczę­śli­wym. A bycie szczę­śli­wym nie ozna­cza bycia zado­wo­lo­nym lub rado­snym, ale cie­sze­nie się życiem, które mamy tu i teraz. W niniej­szej książce wie­lo­krot­nie pod­kre­ślam, że nikt nie może uczy­nić nas szczę­śli­wymi i, zgod­nie z tą samą logiką: nikt nie może uczy­nić nas nieszczę­śli­wymi. Cho­ciaż wiel­kie szczę­ście nie jest tak bar­dzo zależne od tego, jak nam się powo­dzi, łatwiej się roz­wija, gdy wspie­rają nas bogate, piękne i owocne rela­cje. W sfe­rze związku, kiedy doświad­czamy sło­dy­czy przy­na­leż­no­ści, zaufa­nia wyni­ka­ją­cego z towa­rzy­stwa, kre­atyw­no­ści dzieci lub innych wspól­nych pro­jek­tów, głębi i rado­ści pły­ną­cej z cie­sze­nia się cia­łami i przy­jem­no­ści sek­su­al­no­ści, deli­kat­no­ści, czu­ło­ści i tro­ski, drże­nia i podziwu wobec wiel­ko­ści dru­giej osoby, spo­koju bycia kocha­nym i rozu­mia­nym oraz rozu­mie­nia i kocha­nia, kiedy taniec, który tań­czymy razem, pro­wa­dzi nas do doświad­cze­nia dobrego samo­po­czu­cia i spo­koju w ciele, a wresz­cie, kiedy w spo­tka­niu z drugą osobą słu­chamy i sza­nu­jemy tego wewnętrz­nego daimona, który wie, co jest wła­ściwe w każ­dej chwili.

Legenda głosi, że Sokra­te­sowi opo­wie­dziano histo­rię o kimś, kto wyru­szył w podróż i niczego się nie nauczył, na co mędrzec powie­dział, że stało się tak dla­tego, że ów czło­wiek wybrał się w podróż ze sobą. To samo dzieje się pod­czas eks­cy­tu­ją­cej podróży pary. Z jed­nej strony nie­uchron­nie zabie­ramy ze sobą samych sie­bie, a z dru­giej strony nie­wiele się uczymy, jeśli trwamy w naszym ja. Ucze­nie się i roz­wój to w końcu wyj­ście poza sie­bie, a nic tak temu nie sprzyja jak podróż pary.

Para to coś, co powstaje, gdy dwie lub wię­cej osób mówi, że są parą, a formy, jakie może to przy­bie­rać, są nie­skoń­czone: ze wspól­nym zamiesz­ka­niem lub bez, z dziećmi lub bez, zwią­zek może być otwarty lub zamknięty. To skła­nia nas do tego, by ten daimon lub wewnętrzny głos prze­mó­wił z mocą, aby­śmy mogli dobrze roz­róż­nić, kto nam odpo­wiada, poru­sza nas i otwiera nasze serca oraz z kim możemy z powo­dze­niem reali­zo­wać nie tylko swój spo­sób bycia w związku i w świe­cie, ale także tej osoby.

Na początku tego tek­stu zazna­czy­łem, że oprócz prze­ka­zy­wa­nia tego, czego się nauczy­łem, piszę bez wąt­pie­nia po to, aby samemu się uczyć. Tema­tyka życia w związku była dla mnie naj­bar­dziej zagad­kowa i wyma­ga­jąca w całym moim życiu; dopro­wa­dziła mnie do wiel­kich, czę­sto trud­nych pro­ce­sów, pytań i reflek­sji.

Nie wyklu­cza­jąc tego, jak wiele nauczę się w przy­szło­ści, w tej zawsze tak zaska­ku­ją­cej podróży życia i miło­ści, wydaje mi się, że dostrze­głem, choćby na krótką chwilę, kon­ty­nent spo­koju i otwar­to­ści, na któ­rym można into­no­wać man­trę miło­ści o sze­ro­ko­ści rela­cji:

Ja jestem tutaj (pełen, praw­dzi­wie).

Ty jesteś tutaj (pełna, praw­dzi­wie).

On jest tutaj (w tajem­nicy, która nas ota­cza, pełen, praw­dzi­wie).

My jeste­śmy tutaj (razem two­rzymy jeden orga­nizm,

jedyny, nie­po­wta­rzalny, i sza­nu­jemy go w pełni i praw­dzi­wie).

Wy jeste­ście tutaj (nasze rodziny, nasi przy­ja­ciele, ta sieć, która nas chroni i wspiera, w pełni i praw­dzi­wie).

Oni są tutaj (grupa, spo­łe­czeń­stwo, świat, do któ­rego nale­żymy, w pełni i pra­wi­dzi­wie).

Joan Gar­riga

Wprowadzenie

WPRO­WA­DZE­NIE

Jak to czę­sto bywa w spra­wach doty­czą­cych życia i miło­ści, wszystko zaczęło się od przy­pad­ko­wego i nieco nie­ocze­ki­wa­nego wyda­rze­nia. Był rok 2000, kiedy zapro­szono mnie do Buenos Aires, abym wraz z dyrek­torką Cen­trum Bert Hel­lin­ger w Argen­ty­nie popro­wa­dził warsz­taty dla par oparte na kon­ste­la­cjach rodzin­nych. Pomimo wielu lat pracy jako tera­peuta i szko­le­nio­wiec tera­peu­tów nie byłem eks­per­tem w tera­pii par. Tak więc począt­kowo sta­wia­łem opór, ale musiał być on zbyt słaby, ponie­waż osta­tecz­nie popro­wa­dziłem warsz­taty. Było to inte­re­su­jące, głę­bo­kie i poru­sza­jące doświad­cze­nie dla uczest­ni­ków, a także bar­dzo cenne dla mnie.

Od tego momentu roze­szła się wieść, że znam się na związ­kach. Zaczą­łem podró­żo­wać po świe­cie i pro­wa­dzić warsz­taty, pod­czas któ­rych wyko­rzy­stuję tech­nikę kon­ste­la­cji rodzin­nych, aby pomóc roz­wią­zy­wać naj­róż­niej­sze pro­blemy, zwłasz­cza te zwią­zane z miło­ścią. Pra­cuję zarówno z parami, jak i oso­bami samot­nymi, pozo­sta­ją­cymi w związku mał­żeń­skim, samot­nymi lub w jakiej­kol­wiek innej sytu­acji życio­wej.

Nie uwa­żam się za guru ani wzór do naśla­do­wa­nia w tej dzie­dzi­nie. W zasa­dzie trak­tuję czas, jaki dzieli mnie od tych pierw­szych warsz­ta­tów, jako nie­ustanną drogę oso­bi­stego roz­woju, jako akt odda­nia się innym, ale jed­no­cze­śnie jako roz­wój na mojej wła­snej dro­dze emo­cjo­nal­nej. Podob­nie jak więk­szość ludzi, kocha­łem i kocham, oże­ni­łem się, roz­sta­łem się, cier­pia­łem, doświad­czy­łem rado­ści i bólu, popeł­ni­łem błędy i praw­do­po­dob­nie osią­gną­łem kilka suk­ce­sów. Mia­łem kilka dłu­go­trwa­łych związ­ków, dwoje dzieci, dwa roz­wody i inne rela­cje, które pozo­sta­wiły we mnie ślady o róż­nym natę­że­niu. W rze­czy­wi­sto­ści cza­sami z przy­mru­że­niem oka podej­rze­wam, że Wszech­wie­dzący powie­rzył mi pro­wa­dze­nie warsz­ta­tów dla par, aby spraw­dzić, czy nauczę się tego, czego sam potrze­buję… Bez wąt­pie­nia prawdą jest, że chęt­nie uczymy tego, co sami musimy jesz­cze prze­pra­co­wać i opa­no­wać, a temat par i ich tajem­nic jest nie­wy­czer­pany. W każ­dym razie nie cho­dzi o opo­wia­da­nie mojej histo­rii, ale o dzie­le­nie się tym, czego nauczy­łem się pod­czas pro­wa­dzo­nych przez sie­bie warsz­ta­tów, ponie­waż niniej­sza książka opiera się na doświad­cze­niu ponad dzie­się­ciu lat pracy z oso­bami i parami, obej­mu­ją­cej ich rela­cje part­ner­skie i kon­ste­la­cje.

Cho­ciaż nie jest to książka o kon­ste­la­cjach, warto pokrótce wyja­śnić, na czym one pole­gają. Trudno to stre­ścić, ale mogę powie­dzieć, że jest to tera­pia opra­co­wana przez nie­miec­kiego psy­cho­te­ra­peutę Berta Hel­lin­gera, która zaj­muje się pro­ble­mami rela­cji wszel­kiego rodzaju, przy zasto­so­wa­niu podej­ścia sys­te­mo­wego, czyli bio­rąc pod uwagę cały sys­tem rodzinny danej osoby i całą jej sieć powią­zań (lub powią­zań każ­dego z człon­ków pary, gdy tera­pia doty­czy dwojga ludzi). Jest to doświad­cze­nie, które poru­sza, wzbu­rza wewnętrz­nie i pozwala nam nawią­zać kon­takt z deli­kat­nymi i głę­bo­kimi ruchami duszy. Ujaw­nia rów­nież wzorce, dyna­mikę i rze­czy­wi­stość, które oddzia­łują na daną osobę z ukry­cia. Jest to tech­nika, która pozwala szybko zoba­czyć, jak każdy z nas buduje rela­cje i jak one poma­gają nam iść naprzód w życiu lub nas w tym ogra­ni­czają, jak otwie­rają nam drzwi lub je zamy­kają, jak pro­wa­dzą nas do szczę­ścia lub uniesz­czę­śli­wiają, jak nas leczą lub trują, jak stwa­rzają nam pro­blemy lub je roz­wią­zują. I jak nasze więzi miło­sne z oso­bami z prze­szło­ści, zwłasz­cza rodzi­cami, pod­trzy­mują nasze więzi miło­sne z oso­bami z przy­szło­ści, w pew­nego rodzaju pre­cy­zyj­nej geo­me­trii rela­cji mię­dzy­ludz­kich.

W dal­szej czę­ści pokażę kilka przy­kła­dów ilu­stru­ją­cych sytu­acje, któ­rych doświad­czy­łem pod­czas moich warsz­ta­tów, i jestem pewien, że dzięki temu lepiej zro­zu­mie­cie, czym są kon­ste­la­cje i jak mogą pomóc w zro­zu­mie­niu i uspraw­nie­niu rela­cji. Jed­nak tym, któ­rzy nie znają dzia­ła­nia kon­ste­la­cji rodzin­nych, warto wyja­śnić, że są one repre­zen­ta­cją naszej rodziny lub innych istot­nych sys­te­mów, do któ­rych nale­żymy, takich jak firma, rela­cje przy­ja­ciel­skie lub inne. W tym celu spo­śród uczest­ni­ków warsz­ta­tów wybiera się kilka osób, które będą repre­zen­to­wać ojca, matkę, part­nera lub byłego part­nera, uro­dzone dzieci, dzieci, które nie przy­szły na świat, dziad­ków, szefa… w zależ­no­ści od pro­blemu, który ma zostać roz­wią­zany, lub celów, które chce się osią­gnąć. Następ­nie wybrane osoby zaj­mują swoje miej­sca w prze­strzeni, wyra­ża­jąc nasz wewnętrzny obraz sys­temu, spo­sób jego funk­cjo­no­wa­nia i rela­cje mię­dzy jego człon­kami. Kolej­nym kro­kiem jest prze­pro­wa­dze­nie kon­ste­la­cji w taki spo­sób, aby wyja­śnić pro­ble­ma­tyczne dyna­miki danego śro­do­wi­ska i spra­wić, by stały się one funk­cjo­nalne i sku­teczne. Klient inter­na­li­zuje w ten spo­sób obrazy i ruchy emo­cjo­nalne, które w ramach roz­wią­za­nia prze­nosi do rze­czy­wi­sto­ści swo­jego życia. Cho­ciaż zazwy­czaj są one sil­niej­sze i sku­tecz­niej­sze w gru­pie, kon­ste­la­cje można rów­nież prze­pro­wa­dzać indy­wi­du­al­nie za pomocą narzę­dzi repre­zen­ta­cyj­nych, które pozwa­lają zro­zu­mieć struk­turę naszych wzor­ców i ich kon­se­kwen­cje, a także wpro­wa­dzać zmiany, gdy jest to konieczne.

Książka ta nie mówi o tym, co należy robić, a czego nie. Nie mówi o ide­al­nych mode­lach rela­cji, ale o róż­no­rod­nych związ­kach, z ich wła­snymi wzor­cami i sty­lami funk­cjo­no­wa­nia. Aby jed­nak była przy­datna, poru­sza rów­nież kwe­stie, które zazwy­czaj spra­wiają, że rela­cja mię­dzy part­ne­rami funk­cjo­nuje lub się psuje, oraz czyn­niki, które uła­twiają lub utrud­niają budo­wa­nie i utrzy­my­wa­nie dobrego związku. W tym sen­sie daje wska­zówki, dzięki któ­rym każdy może zna­leźć wła­sną for­mułę, model i spo­sób.

Żyjemy w cza­sach otwar­to­ści, ale jed­no­cze­śnie nie­pew­no­ści co do tego, jak powinny wyglą­dać rela­cje mię­dzy part­ne­rami. W tym sen­sie to, co pro­po­nuję, co zosta­nie przed­sta­wione w dal­szej czę­ści książki, opiera się na per­spek­ty­wie wol­no­ści i sza­cunku, na zasa­dzie „żyj i pozwól żyć”. Ludzie nie muszą zga­dzać się z żad­nymi dogma­tami i nie powinni czuć się winni, że tego nie robią. Zbyt wiele osób cierpi z powodu tego, że nie pasują do sche­matu rze­ko­mej nor­mal­no­ści.

Kilka lat temu napi­sa­łem: „Wyobraźmy sobie świat, w któ­rym na przy­kład sta­rość, cho­roba, nie­śmia­łość, śmierć, nie­unik­nione cier­pie­nie byłyby dobrze postrze­gane i sta­no­wi­łyby sza­no­waną część życia w takim samym stop­niu, jak ich prze­ci­wień­stwa, czyli mło­dość, zdro­wie, eks­pre­sja, wital­ność i nie­unik­niona radość. Zbyt wiele osób na­dal odczuwa pre­sję, by dopa­so­wać się do tego, co uzna­li­śmy za dobre, ale kto jest w sta­nie stwier­dzić, że jedna rzecz jest lep­sza od dru­giej, że na przy­kład jedno życie jest lep­sze od dru­giego?”. Na szczę­ście życie jest bar­dzo bogate i róż­no­rodne, a każdy ma inne pre­dys­po­zy­cje i jest wyjąt­kowy. Nie­któ­rzy ludzie są stwo­rzeni do tego, aby spę­dzić całe życie z tą samą osobą, inni do tego, aby mieć dzie­się­cioro kochan­ków jed­no­cze­śnie, a jesz­cze inni do tego, aby zostać mni­chami lub mnisz­kami. Nie­któ­rzy są zain­te­re­so­wani oso­bami tej samej płci, a inni oso­bami płci prze­ciw­nej. Każdy powi­nien sza­no­wać swoją pier­wotną naturę, łącz­nie z wła­snymi lękami lub uwa­run­ko­wa­nymi skłon­no­ściami, nawet jeśli pra­cuje nad ich zmianą, i nie pró­bo­wać za wszelką cenę dopa­so­wać się do ide­al­nego modelu związku. Ważna jest pełna miło­ści akcep­ta­cja sie­bie samego i wła­snej wyjąt­ko­wo­ści. Każdy może czer­pać radość z posza­no­wa­nia wła­snej natury i być szczę­śli­wym, podą­ża­jąc za nią. Pew­nego razu spo­tka­łem bene­dyk­tyń­skiego mni­cha, który opo­wie­dział mi, że od naj­młod­szych lat czuł powo­ła­nie do życia zakon­nego. Przez lata odwie­dzał psy­cho­lo­gów, aby zna­leźć traumę, która – jak sądził – spra­wiła, że chciał zostać mni­chem. Jed­nak po pew­nym cza­sie i wielu sesjach na kozetce jego pra­gnie­nie się nie zmie­niło, więc posta­no­wił wstą­pić do klasz­toru. I pozo­staje tam do dziś, cie­sząc się życiem zakon­nym i wspól­no­to­wym.

Dzi­siaj nie mamy już jed­nego modelu, mamy za to swo­bodę two­rze­nia wła­snego modelu. Nie ma modeli, są tylko pra­gnie­nia: wszy­scy pra­gniemy (i potrze­bu­jemy) kochać i być kochani, cie­szyć się sta­bil­no­ścią emo­cjo­nalną, poczuć więź, przy­na­leż­ność i, jeśli to moż­liwe, dać życie lub mu słu­żyć, lub w jakiś spo­sób o nie dbać. Ale tę tęsk­notę można reali­zo­wać zarówno poprzez mał­żeń­stwo na całe życie, jak i poprzez living apart toge­ther (bycie razem, ale miesz­ka­nie każde we wła­snym domu). Tak naprawdę po wie­kach jasnego modelu opar­tego na duali­zmie męż­czy­zna/kobieta w sfe­rze uczu­cio­wej i spo­łeczno-eko­no­micz­nej, obec­nie na nowo defi­niu­jemy rela­cje part­ner­skie. Dzi­siaj naj­czę­ściej spo­ty­ka­nym zja­wi­skiem jest mono­ga­mia sekwen­cyjna, czyli posia­da­nie w ciągu życia kil­korga sta­łych part­ne­rów, jed­nego po dru­gim, podob­nie jak czę­ste okresy bez sta­łego part­nera. Wszystko to nie­sie ze sobą zarówno wol­ność, jak i stres oraz nie­pew­ność w związ­kach.

Kul­tura, która wyzna­cza kanały i formy związ­ków miło­snych, do któ­rych sta­ramy się dosto­so­wać, współ­ist­nieje z naturą i nie powin­ni­śmy zapo­mi­nać, że pocho­dzimy od ple­mion łow­ców-zbie­ra­czy liczą­cych około stu pięć­dzie­się­ciu człon­ków, w któ­rych więzi sek­su­alne i rodzinne cecho­wała duża swo­boda form, co kon­tra­stuje z obec­nymi mode­lami miło­ści, tak indy­wi­du­ali­stycz­nymi, patriar­chal­nymi, zabor­czymi i pater­na­li­stycz­nymi. Nie jest moim celem zagłę­bia­nie się w antro­po­lo­giczną wizję pary, ale jedy­nie wska­za­nie kon­fliktu mię­dzy umy­słem a instynk­tem, cywi­li­za­cją a pre­dys­po­zy­cjami, kul­turą a naturą, któ­rego doświad­cza wiele osób, oraz wyni­ka­ją­cych z tego akro­ba­cji umy­sło­wych i spo­łecz­nych, które pró­bu­jemy wyko­ny­wać, aby zado­wo­lić wyma­ga­nia obu stron.

Moje doświad­cze­nie pod­po­wiada mi, że w związ­kach miło­snych nie ma dobrych i złych, win­nych i niewin­nych, spra­wie­dli­wych i grzesz­ni­ków. Są tylko dobre i złe rela­cje: rela­cje, które nas wzbo­ga­cają, i rela­cje, które nas zuba­żają. Jest szczę­ście i nieszczę­ście. Jest dobra, zdrowa miłość i zła miłość. Miłość nie wystar­czy, aby zapew­nić dobre samo­po­czu­cie: potrzebna jest zdrowa miłość. Roz­po­zna­jemy ją, ponie­waż spra­wia, że jeste­śmy dokład­nie tacy, jacy jeste­śmy, i pozwa­lamy dru­giej oso­bie być dokład­nie taką, jaka jest, ponie­waż jest to rela­cja zorien­to­wana na teraź­niej­szość i przy­szłość, zamiast przy­wią­zy­wać nas do prze­szło­ści, a przede wszyst­kim dla­tego, że zapew­nia dobre samo­po­czu­cie i daje poczu­cie speł­nie­nia.

Na koniec chciał­bym zazna­czyć, że jest to pro­sta książka poru­sza­jąca zło­żone i głę­bo­kie kwe­stie, nie­kiedy nie­wi­doczne dla oczu umy­słu, a dostrze­galne jedy­nie oczami serca. Jej celem jest rzu­ce­nie nieco świa­tła na tę tema­tykę, aby ludzie – zarówno ci pozo­sta­jący w związ­kach, jak i samotni – mogli zna­leźć, jeśli to moż­liwe, więk­sze poczu­cie dobro­stanu w swo­ich spra­wach uczu­cio­wych. Mam nadzieję, że uda mi się osią­gnąć coś z tego, co zamie­rzam.

Każdy powi­nien sza­no­wać swoją pier­wotną naturę, łącz­nie z wła­snymi lękami lub uwa­run­ko­wa­nymi skłon­no­ściami, nawet jeśli pra­cuje nad ich zmianą, i nie pró­bo­wać za wszelką cenę dopa­so­wać się do ide­al­nego modelu związku.

Rozdział 1. Życie w miłości

Roz­dział 1

Życie w miło­ści

Struny, które naj­bar­dziej inten­syw­nie wibrują w nas przez całe życie, to bez wąt­pie­nia struny miło­ści i roz­sta­nia, przy­wią­za­nia i straty, eks­pan­syw­nych ruchów serca i ich prze­ci­wień­stwa, czyli wyco­fa­nia. Tań­cząc w rytm ich muzyki, doświad­czamy pełni lub pustki, ogrom­nej rado­ści lub chłodu nie­za­do­wo­le­nia i braku rów­no­wagi. Tacy wła­śnie jeste­śmy: ssaki, czyli istoty potrze­bu­jące i stadne.

Pra­gnie­niem, które nie zawsze udaje się w pełni zaspo­koić i które jest nie­od­łącz­nym ele­men­tem życia czło­wieka, jest życie w miło­ści z dru­gim czło­wie­kiem, a raczej z wie­loma oso­bami. W dzie­ciń­stwie są to nasi rodzice, rodzeń­stwo, dziad­ko­wie i inni krewni, a w doro­słym życiu przede wszyst­kim nasz part­ner i dzieci. Oczy­wi­ście na róż­nych eta­pach życia towa­rzy­szą nam także inni człon­ko­wie rodziny, przy­ja­ciele, part­nerzy, nauczy­ciele, ucznio­wie czy kochan­ko­wie. Nie ma więk­szej kary dla czło­wieka niż samot­ność i brak miło­ści. Scho­pen­hauer twier­dził, że naj­więk­szym okru­cień­stwem i naj­więk­szą karą, jaką można sobie wyobra­zić dla czło­wieka, byłoby bycie jed­no­cze­śnie nie­wi­dzial­nym i nie­śmier­tel­nym. Brzmi to strasz­nie i nie­ludzko.

Musimy odpę­dzić „drżącą samot­ność” i żyć w zna­czą­cych spo­łecz­no­ściach, aby­śmy zawsze byli gotowi zain­we­sto­wać w cud praw­dzi­wego spo­tka­nia z innym czło­wie­kiem, w tę iskrę życia, w któ­rej drugi czło­wiek jaśnieje, a my razem z nim, w któ­rym przez chwilę mamy go w pełni, a tym samym mamy też w pełni sie­bie, w któ­rym docho­dzi do praw­dzi­wej wymiany mię­dzy dawa­niem a bra­niem, w któ­rym w końcu, przy odro­bi­nie szczę­ścia, nasze serce się otwiera i doświad­czamy jed­no­ści, praw­dzi­wej intym­no­ści i sta­jemy się dla sie­bie prze­zna­cze­niem. Tak wła­śnie cza­sami dzieje się w związku i doświad­cza się tego jako szczę­ścia.

Szu­kamy jed­no­ści, zagu­bio­nej gdzieś w naszej świa­do­mo­ści, kiedy jako dzieci zaczę­li­śmy dzie­lić rze­czy­wi­stość na frag­menty myśli i nada­wać im nazwy, odda­la­jąc się od czy­stej i praw­dzi­wej istoty, którą byli­śmy i za którą wciąż tęsk­nimy. I szu­kamy jej, słusz­nie lub nie, w innych. Pra­gniemy odna­leźć wewnętrzną ciszę, odpo­czy­wa­jąc po pro­stu w naszej praw­dzi­wej obec­no­ści i obec­no­ści innych. Nie­ustan­nie patrzymy w oczy naszego wiecz­nego brata, aby uchwy­cić peł­nię życia, jak wyja­śnia opo­wia­da­nie Ste­fana Zwe­iga o tym samym tytule, co ozna­cza, że w praw­dzi­wym i peł­nym miło­ści spo­tka­niu z dru­gim czło­wie­kiem osią­gamy głę­bo­kie pozna­nie sie­bie: jeśli patrzę na cie­bie i widzę, że jesteś rów­nież mną, coś w moim wnę­trzu się uspo­kaja. Tak więc jed­nym ze skład­ni­ków ziem­skiego szczę­ścia, któ­rego z pew­no­ścią możemy doświad­czyć w tym życiu, jest poczu­cie jed­no­ści i nawią­za­nie rela­cji boga­tych, płod­nych, bra­ter­skich, opar­tych na współ­pracy i miło­ści.

Bądźmy szcze­rzy: z pew­no­ścią w żad­nej dzie­dzi­nie życia nie ma tak wielu ocze­ki­wań i obiet­nic jak w dzie­dzi­nie miło­ści w związku (z wyjąt­kiem być może innych wiel­kich fał­szy­wych Świę­tych Gra­ali, takich jak bogac­two, wła­dza czy pra­gnie­nie sławy) i praw­do­po­dob­nie dzieje się tak dla­tego, że przy­pi­su­jemy jej poten­cjał powrotu do utra­co­nego raju pier­wot­nej jed­no­ści z rodzi­cami lub prze­nie­sie­nia nas do ziemi obie­ca­nej, peł­nej obfi­to­ści, w któ­rej nasze lęki znikną, a egzy­sten­cjalna samot­ność sta­nie się mniej zimna i bez­denna, a może nawet znik­nie.

I bez wąt­pie­nia zwią­zek daje nam coś z powyż­szego, ale czy może uczy­nić nas szczę­śli­wymi lub nieszczę­śli­wymi?

Rozdział 2. Dobra wiadomość: nikt nie może cię unieszczęśliwić

Roz­dział 2

Dobra wia­do­mość: nikt nie może cię uniesz­czę­śli­wić

Part­ner nie ma moż­li­wo­ści uczy­nie­nia nas nie­szczę­śli­wymi, nawet jeśli cza­sami wydaje się, że jest ina­czej, zwłasz­cza w chwi­lach bólu, straty, kłótni, nie­po­ro­zu­mień lub fru­stra­cji. W związku możemy doświad­czać sze­ro­kiego wachla­rza uczuć, w tym cier­pie­nia i braku miło­ści, ale nie musimy być ich ofia­rami, ponie­waż nasza droga i nasze prze­zna­cze­nie pozo­stają zawsze w naszych rękach. Liczy się nie tylko to, czego doświad­czamy, ale także nasze podej­ście do tego, czego doświad­czamy.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki