Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Rok 1944, okolice Warszawy. Niemieccy żołnierze giną jeden po drugim – a na ich ciałach ktoś wypisuje polskie nazwiska.
Tak rodzi się legenda Mściciela – tajemniczego egzekutora wymierzającego sprawiedliwość za zbrodnie okupanta. Kilka dekad później komisarz Przytuła odkrywa tożsamość sprawcy. To Witek Kopecki – kolaborant, który przeszedł na stronę oporu. Trop prowadzi policjanta do rodzinnej tajemnicy: wszystko wskazuje na to, że Mściciel zginął z rąk ojca Przytuły, z zazdrości o kobietę. Prywatne śledztwo przeradza się w podróż w czasie i konfrontację z osobistą przeszłością. Jakie skutki dla własnego życia przyniesie komisarzowi chęć sprostowania wojennej historii?
Druga część wciągającego cyklu kryminalnego, w którym komisarz Przytuła rozwiązuje zagadki sprzed dekad. To seria o mrocznych sekretach, które nigdy nie zostają pogrzebane, i o człowieku, który uparcie próbuje wydobyć je na światło dzienne.
Komisarz Przytuła
Komisarz Przytuła nie potrafi zostawić przeszłości w spokoju – ani cudzej, ani własnej. W toku śledztw prowadzonych na styku historii, legend i ludzkich obsesji trafia tam, gdzie zbrodnia splata się z pamięcią, a ironia miesza z grozą.
Tomasz Mróz (ur. 1973) – polski powieściopisarz, autor komiksów. Twórca postaci Komisarza Wątroby i Stalowego Kazka.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 399
Rok wydania: 2026
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Tomasz Mróz
Saga Egmont
Międzyczasowiec
Zdjęcie na okładce: Shutterstock, Midjourney
Copyright © 2018, 2026 Tomasz Mróz i Saga Egmont
Wszystkie prawa zastrzeżone
ISBN: 9788727328195
1. Wydanie w formie e-booka
Format: EPUB 3.0
Żadna część niniejszej publikacji nie może być powielana, przechowywana w systemie wyszukiwania danych lub przekazywana w jakiejkolwiek formie lub w jakikolwiek sposób bez uprzedniej pisemnej zgody wydawcy, ani rozpowszechniana w jakiejkolwiek formie oprawy lub z okładką inną niż ta, z którą została opublikowana i bez nałożenia podobnego warunku na kolejnego nabywcę. Zabrania się eksploracji tekstu i danych (TDM) niniejszej publikacji, w tym eksploracji w celu szkolenia technologii AI, bez uprzedniej pisemnej zgody wydawcy.
www.sagaegmont.com
Saga jest częścią Grupy Egmont. Egmont to największa duńska grupa medialna, należąca do Fundacji Egmont, która każdego roku wspiera dzieci z trudnych środowisk kwotą prawie 55 milionów złotych.
Vognmagergade 11, 2, 1120 København K, Dania
Dzień był duszny, słońce przykryło się dziś szarą pierzyną
chmur i sygnalizowało nadchodzącą zmianę pogody.
Za bramą kamienicy numer pięćdziesiąt trzy turkotały dorożki,
snuły się patrole żandarmerii, gońcy pędzili z listami
pomiędzy ważniejszymi urzędami w okupowanej Warszawie.
Na rogu ulicy spłowiały szyld zapraszał przechodniów
do Café Rose, jednakże chętnych nie było zbyt wielu. Niemcy
tu nie zachodzili, pomimo kuszącej nazwy w ich języku,
a z nie-Niemców mało kto lubował się w serwowanym autochtonom
słodzonym sacharyną napoju z prażonych buraków
i pszenicy, który w warunkach wojennej mizerii zaopatrzeniowej
otrzymał zadanie udawania kawy. Poza tym trudno
było nawet z jedzeniem i opałem na nadchodzącą zimę. Kto
by tam tracił czas i pieniądze na wątpliwe rozrywki?
Na podwórzu kamienicy było dużo spokojniej – kot leniwie
patrolujący swój teren, dwie dziewczynki grające w klasy
i znudzony dozorca z sumiastym wąsem, daremnie
wypatrujący jakiegokolwiek papierka do pozamiatania. Szum nielicznych
samochodów i turkot końskich kopyt dochodziły tu jedynie
jako odległy pogłos, filtrowany konstrukcją solidnej bramy.
Na brukowaną przestrzeń weszło dwóch młodych ludzi
w szarych jesionkach i czapkach z daszkiem. Cienie kaszkietów
zacierały rysy twarzy, tak że wyraźnie było widać tylko
podbródki i uszy. Szybkim krokiem przecięli obszar pomiędzy
bramą a wejściem do budynku, bez słowa minęli dozorcę.
Ten odwrócił głowę, chwilę się zastanawiał, jak zareagować,
a w końcu zapytał:
– Panowie do kogo?
– Ruhe, Routineinspektion. Zurück an die Arbeit* – rzucił
jeden z nich ostrym tonem i zatrzasnął drzwi.
(* niem. Spokojnie, rutynowa kontrola. Wracaj do pracy)
Dozorca zmartwiał, słysząc niemiecki. Skulił się lekko,
dłonie wpił kurczowo w trzymaną miotłę. Następnie podbiegł
do dziewczynek i szepnął:
– Dzieci, idźcie do domu. Ale już, szybko. – Nie zwracając
uwagi na nieśmiałe protesty przeciw temu bezceremonialnemu
przerywaniu zabawy, wepchał obie uczennice w drugie
drzwi wychodzące na podwórze. – Do domu! I nie wychodzić
za żadne skarby!
Dwie twarzyczki zamajaczyły zaraz w oknie klatki schodowej.
O nie! Nie przepuszczą takiej rozrywki. To życie na
podwórku takie nudne. A ten tylko do domu i do domu. Dozorca
pomimo braku kurzu lub jakichkolwiek innych widzialnych
śmieci zaczął bardzo starannie zamiatać podwórko.
Obchodził każdy kąt, energicznie szurając miotłą. Co rusz
rzucał nerwowe spojrzenie w kierunku wejścia, gdzie zniknęło
dwóch nieznajomych. Co za licho ich tu przywiodło?
Ciekawe do kogo poszli?
Trzecie piętro. Pukanie. Brak odzewu. Znowu pukanie.
Kroki w przedpokoju.
– Kto tam?
– Hydraulicy. Woda cieknie, trzeba rurę sprawdzić.
Patrzył dłuższą chwilę przez judasza i zestawiał widziane
po drugiej stronie postacie z wyobrażeniem, jak powinien
wyglądać hydraulik. Otworzył. Zmierzył przybyłych
niepewnym spojrzeniem. W końcu zrobił przejście. Weszli.
– Gdzie toaleta?
– Trzecie drzwi.
– Heniek, podaj latarkę.
Lokator wydawał się uspokojony zachowaniem przybyszów,
oparł się o framugę drzwi, przyglądając oględzinom.
Dwóch ludzi wpatrywało się w rurę, która wyglądała na zupełnie
dobrą, ani śladu wilgoci lub cieknącej wody. Następnie
pokiwali głowami i popatrzyli po sobie porozumiewawczo.
– Wszystko w porządku. Można prosić nazwisko?
– A po co panom moje nazwisko? Woda nie cieknie?
Do widzenia.
– Pan Kopecki Witold, prawda?
– Bo co? O co chodzi? – Człowiek nastroszył się jak zaatakowany
kot i zrobił krok do tyłu.
– Heniek, bierz go!
Starszy skinął głową na pomocnika, który natychmiast
przypadł do człowieka i chwycił go za rękę. Tamten się wyrwał,
drogę ucieczki do wyjścia na schody zastawiał młodszy
z „hydraulików”, dlatego zaatakowany skoczył w przeciwnym
kierunku. Wbiegł do pokoju stołowego. Napastnicy popędzili
za nim z pistoletami w rękach. Wyższy deklamował:
– Witoldzie Kopecki, w imieniu Rzeczpospolitej Polskiej
skazuję cię na karę śmierci za kolaborację z niemieckim okupantem
i kradzież mienia żydowskiego…
Wtedy Kopecki rzucił się na napastników, ignorując wymierzoną
w niego broń. To było zaskoczenie, nie zareagowali
strzałami. Odczytujący tekst wyroku umilkł. Kopecki zwarł
się z nim w zapasach. Pistolet upadł na podłogę. Obok stał
młodszy z przybyszów, nazwany przez kolegę Heńkiem. Celował
on w szamoczącą się parę trzęsącą się ręką i spazmatycznie
wrzeszczał:
– Poddaj się! Nie masz szans, ty morderco! Ty świnio!
Poddaj się…
Kotłujące się ciała nie dawały możliwości spokojnego
oddania celnego strzału. Heniek wrzeszczał, oczy śledziły
w przerażeniu nieoczekiwany przebieg egzekucji. Był jak sparaliżowany.
Tamci nadal się siłowali, sapiąc i klnąc. Wysiłek
obu walczących można było poznać po szybkich oddechach
i spoconych twarzach. W pewnym momencie walcząca para
wpadła z impetem na okno. Rozległ się trzask pękającego
szkła i łamanych desek. Wystarczyło mocniejsze pchnięcie
i jeden z walczących wypadł z krzykiem przerażenia. Rozległo
się głuche uderzenie ciała o bruk. Heniek zawył, Kopecki
stał przy parapecie, dysząc ciężko.
– Ty morderco! – wrzasnął Heniek i strzelił.
Pudło. Pistolet trzymany w trzęsącej się ręce nie dawał
szansy na trafienie, nawet z tak małej odległości. Kopecki
doskoczył do niego, wyrwał broń.
– Leżeć tu! Ani ruchu, bo zatłukę jak tamtego.
Pchnął przerażonego młodzieńca na kanapę. Zatrzasnął
drzwi pokoju i przekręcił klucz w zamku. Następnie pospiesznie
narzucił kurtkę, nerwowymi ruchami wrzucił do
kieszeni kilka przedmiotów i zbiegł po schodach.
Na podwórku dozorca stał zmartwiały nad ciałem. Rozbita
głowa i nienaturalnie wykręcone członki nie dawały
ofierze upadku nadziei na przeżycie. Sąsiedzi zerkali cieka9
wie z pootwieranych wkoło okien. Stróż zbielałymi wargami
mruczał coś w przerażeniu, może dalej myślał, że ci dwaj to
Niemcy i śmierć jednego z nich ściągnie zagładę na wszystkich
lokatorów. Z okna po drugiej stronie podwórza wyglądały
dwie twarzyczki, dziewczynki przyciszonym głosem komentowały
oglądane wydarzenia. Kopecki przebiegł obok,
nie zatrzymując się wcale.
– Panie Witoldzie, panie Witoldzie! – dozorca wołał za
nim. Nadaremnie. W ciemnym przejeździe cichły pospieszne
kroki uciekającego. – Panie Witoldzie, co się stało? Rany
boskie, ale bigos!
Po kilku sekundach wybiegł Heniek. Odepchnął człowieka
z miotłą i pochylił się nad ciałem.
– A to kanalia. Znajdę go. Choćbym miał całe życie szukać,
ale znajdę – syknął. – Jakiś koc i wiadro wody, ale migiem!
Jestem z Armii Krajowej, Polak. A ciało musi zniknąć,
bo możecie mieć duże kłopoty. Ja też.
Dozorca podumał chwilę, najwyraźniej zgodził się w duchu
z chłopakiem, bo rzucił mu jakąś derkę i wskazał wzrokiem
stojący w kącie wózek na węgiel.
– Tylko oddaj. Potrzebny jest.
Młody zrzucił skulone zwłoki na wózek, przykrył kocem
i przysypał węglem z pryzmy spiętrzonej przy włazie
piwnicznym. Popychając ten nietypowy karawan, szybkim
krokiem zniknął z podwórka. Dozorca chlusnął wiadrem
wody, czyszcząc w ten sposób zakrwawiony bruk. Okna zamykały
się bezgłośnie, każdy wracał do swoich zajęć i gdyby
kogokolwiek pytał o wydarzenia na podwórzu, to nikt nic
nie widział. Zwykły dzień, szary i trudny, jak całe ich życie
w Generalnej Guberni roku 1943. Zamieszanie szybko się
skończyło, dwie dziewczynki nieśmiało podeszły do rozpływającej
się szarobrunatnej kałuży w miejscu upadku i szeptały między sobą. Dozorca z zaciętą miną zamiatał dalej podwórko,
choć kurzu i śmieci nie przybyło w ciągu tych kilku
minut ani o jotę.
– Szanowni Państwo. Przed nami znajduje się krypta rodu
Steinbachów, rodziny, która za zasługi na polach bitewnych
otrzymała od Leopolda I Habsburga pobliskie ziemie wraz
z dwunastoma wsiami, starym zamkiem warownym oraz prawem
spławu drewna z tutejszego lasu do Szczecina. Wolfgang
Steinbach po wielu latach spędzonych na siedemnastowiecznych
wojnach osiadł na resztę życia w tej okolicy i ożenił się
z Helgą von Stormbrunn. Przebudował on podarowany zamek,
nadając mu charakter pięknej barokowej posiadłości.
To dało początek świetności tej rodziny i jej majątku, przerwanej
tragicznymi wydarzeniami drugiej wojny światowej.
A teraz przejdziemy przez nawę główną do krypty Nieznanego.
To jedna z większych zagadek naszego miasta. Krypta
jest tak nazywana, ponieważ historycy nie mają pewności,
kto został tu pochowany. Niewątpliwie została zbudowana
w szesnastym wieku i bez wahania można stwierdzić,
że przeznaczono ją na pochówek ważnej osoby. Kamienny
nagrobek jest zwieńczony naturalnej wielkości figurą z piaskowca.
Tak chowano jedynie znacznych książąt lub biskupów,
jednakże od tego momentu rozpoczyna się zagadkowa
historia. Ktokolwiek został tu pochowany, ślad po tym
wydarzeniu powinien być odnotowany w księgach parafialnych
lub innych kronikach, jednakże one milczą na ten temat.
Postać wyobrażona w kamieniu została zniszczona. I to
w taki sposób, że niepodobna nie tylko zidentyfikować rysów
twarzy, ale nawet stroju bądź insygniów, niewątpliwie
wykutych na pamiątkę po ważnym zmarłym. Na przestrzeni
wieków kilka dokumentów wspomina o tym miejscu jako
jednym z grobów w naszej katedrze, jednakże nazwisko pochowanego
nigdy nie padło…
– Nie znaleziono tam ludzkich szczątków? – padło pytanie
ze strony grupy zasłuchanych turystów.
– Owszem, znaleziono, ale… ale… to nie były szczątki
historyczne, bardziej makabryczne ślady zbrodni, współczesnego
morderstwa, zresztą do dziś niewyjaśnionego… Przy
badaniach archeologicznych tych grobów w latach siedemdziesiątych
znaleziono ciało człowieka zastrzelonego około
dwadzieścia lat wcześniej, i na pewno nie był to książę ani biskup.
A grobowiec po otwarciu okazał się dużo większy, niż
wygląda z zewnątrz, jest pod nim coś na kształt zawalonego
podziemnego chodnika. Dla uspokojenia wyobraźni poszukiwaczy
przygód dodam, że przejście jest z całą pewnością
ślepe i nie prowadzi nigdzie dalej. Sprowadzono nawet
specjalistów z pobliskiej kopalni miedzi, którzy to zbadali.
A sprawa znalezionych zwłok, jak powiedziałam, nie doczekała
jakiegokolwiek finału. A teraz proszę spojrzeć w górę…
– Ufff, jakże mnie bolą nogi! – Przytuła opadł ze stęknięciem
na gzyms u podstawy kolumny podpierającej sklepienie
kaplicy, w której znajdowała się krypta.
Odgłosy wycieczki powoli przesuwały się ku wyjściu, aż
w końcu zniknęły za rogiem, pozostawiając jedynie szumiące
echo przyciszonych rozmów.
Cóż to za dziwny pomysł – zwiedzanie? Przytuła dostał
właśnie kilka dni przymusowego, zaległego urlopu. Postanowił,
wbrew swoim przyzwyczajeniom, że spędzi go z dala
od spraw kryminalnych, zbyt kalorycznego jedzenia oraz
filmów sensacyjnych w telewizji. Innymi słowy, miał w tym
czasie zrobić coś absolutnie nowego, dotychczas nieznanego
i rozwijającego.
W pierwszym dniu pojechał zwiedzać Warszawę. Po kilku
godzinach pobytu na starówce, znudzony oglądaniem
nieskończonego tłumu szkolnych wycieczek, krążących na
trasie Kolumna Zygmunta–zamek–rynek–Barbakan, wsiadł
w pierwszy lepszy autobus miejski. Dotarł na prawy brzeg
Wisły. Wysiadł na przypadkowo wybranym przystanku,
tam oczy rozbłysnęły mu radością – zaniedbane kamieniczki
Pragi, znaczone płatami odchodzącego tynku, graffiti
oraz upstrzone w różnych kątach i bramach leniwie snującymi
się postaciami w ortalionowych kurtkach, czekającymi
Bóg jeden wie na co. Taka Warszawa była interesująca! Spędził
tam czas aż do wieczora. Co prawda, siniak pod okiem
widoczny będzie pewnie jeszcze kilka dni i rękaw w palcie
trzeba było zszywać, ale nie można uznać tego za czas stracony.
Tym bardziej że poznał kilku nowych, ciekawych ludzi,
a przecież człowiek rozwija się właśnie poprzez interakcję
z otoczeniem.
Kolejnego popołudnia po powrocie ze stolicy wziął udział
w osiedlowym turnieju tenisa stołowego, jako widz. Namówił
go do tego jego podwładny, posterunkowy Mierczak,
którego syn startował tu w kategorii junior starszej. Mierczak
twierdził, że gra w ping-ponga to fascynująca rywalizacja,
rozwój sprawności fizycznej, intelektualnej i refleksu.
A wszystkie te przymioty bardzo się człowiekowi w każdym
wieku przydają. Znaczące spojrzenie na zwalistą postać komisarza
nie pozostawiało wątpliwości, o kim myślał Mierczak,
mówiąc o potrzebie rozwoju ciała, umysłu i połączeń
nerwowych wraz z płynącymi w nich impulsami. Przytuła
po kilku godzinach obserwowania białej piłeczki, śmigającej
to w lewo, to w prawo, zrozumiał nareszcie, na czym polega
metoda doprowadzania ludzi do szaleństwa cichym, rytmicznym
odgłosem spadających kropli wody. Niekończący
się taniec dwóch rozjuszonych zawodników po obu stronach
zielonego stołu i łącząca ich nić białego śladu pędzącej kuleczki.
I do tego monotonny odgłos: cyk-cyk-cyk-cyk. Przytuła
nie doczekał finału kategorii junior starszej, gdzie młody
Mierczak miał za pomocą tańca przy krawędzi stołu i kilkuset
nowymi cyknięciami udowodnić swoją przewagę umysłowo-
fizyczną nad przeciwnikiem i zostać mistrzem dzielnicy.
System nerwowy komisarza Przytuły odmówił dalszego
uczestnictwa w tym spektaklu.
A dziś miejscowa katedra… To był impuls. Przechodził
obok, przewodniczka kompletowała właśnie grupę. Mijał
ten budynek wielokrotnie w ciągu wszystkich lat swojego
życia, obojętnie muskając wzrokiem ceglane gotyckie żebra,
szczerzące zęby maszkarony na wieżach i wytarte milionami
kroków kamienne progi. Nigdy go to nie interesowało,
ale człowiek się zmienia, dojrzewa, szuka nowych wyzwań.
No i czasem ma urlop, mnóstwo wolnego czasu. Dlatego
dziś los rzucił go wraz z grupą czternastu emerytów w wir
historii tych murów.
Zaczęli przed południem. Podążając za ładną panią przewodnik,
zwiedzali kolejne kąty historycznego miejsca. W ciągu
mijających godzin przegalopował przez uszy komisarza
korowód postaci z tutejszej przeszłości, książąt, królów i rycerzy,
zarówno pogańskich, wierzących tak sobie, jak i ultrareligijnych.
Zaczął rozpoznawać w zgromadzonych kamiennych
wspaniałościach różnorodność stylów i epok, docenił
wysoką wartość artystyczną religijnych i świeckich treści. Ale
mijające godziny przyniosły również pusty żołądek, bolące
nogi, zdrętwiały krzyż oraz wzmagającą się senność. Dlatego
chwilowa przerwa w dopływie informacji turystycznej wcale
nie zmartwiła komisarza. Wręcz była mu miła.
Oparł się o chłodną kamienną kolumnę i zamarł w pozycji
odpoczynkowej. Po co mu wiedzieć, że biskup X kłócił
się o władzę nad miastem z księciem Y? To było kiedyś,
obaj leżeli teraz w kamiennych sarkofagach i spierali się już
na tamtym świecie. Z drugiej strony, to bardzo pouczające –
wszystko mija. I dlatego carpe diem – łap dzień. Jutro znowu
wróci do pracy, przestanie się umartwiać zwiedzaniem i niskokalorycznym
jedzeniem, będzie się obżerać hamburgerami
i drożdżówkami, myśleć o tym, kto popełnił te wszystkie
brzydkie postępki w ich mieście. A po południu zorganizuje
sobie seans bezmyślnego relaksu przy telewizorze, z piwem
w dłoni i bez historyczno-kulturalnych podtekstów.
– Moje nogi… – zamruczał ponownie zbolałym głosem.
Wzrok błądził po kamiennym pomieszczeniu kaplicy za
kryptą Nieznanego, po malowidłach i witrażach. Sceny na
szkle śmiało mogły konkurować z dziełami Hieronymusa Boscha.
Doszło do niego, że ma przed sobą nie byle jaki okaz,
tyle tylko, że mniej rozreklamowany. Przetrwał stulecia wojen
i innych zawieruch historycznych, żeby teraz mogli go
oglądać emeryci i niewiedzący co począć z wolnym czasem
policjanci. Szkło po lewej stronie obrazowało grzeszników –
stłoczonych, przerażonych golasów, dźganych widłami przez
złośliwie uśmiechające się diabły; po prawej odziani w powłóczyste
szaty wybrańcy nieba, wpatrzeni z ufnością w niebieskie
wyżyny. Pośrodku grupa rozglądających się ludzi, niepewnych
swojego losu, jeszcze niedźganych i niepędzonych
ku srogiej karze, ale i nieprzydzielonych do białego chóru.
Przytuła siedział na kamiennej bazie kolumny i dopasowywał
twarze znanych sobie ludzi do postaci przedstawianych na
witrażu. Za nic w świecie nikt nie odpowiadał wizerunkom
białych wybrańców. Za to wśród pędzonej w ogień hołoty aż
roiło się od znajomych gąb, zarówno ze świata przestępczego,
jak i tego „niewinnego”. Choć kto jest bez winy, niech
rzuci kamieniem… Szkoda by było, piękny witraż się zbije.
Przytuła medytował nad nieuchronną karą dla wielu swoich
znajomych, słońce przezierało przez apokaliptyczne sceny,
barwiąc kąty gotyckiej kaplicy na kolor miodowożółty.
Wizja sądu ostatecznego była naprawdę piękna, nie mógł
oderwać oczu od kunsztownie wykonanych szkieł.
W pewnym momencie zastygł w zdziwieniu – jedna z postaci
dźganych przez złośliwego diabła patrzyła na niego. Nie
gdzieś koło niego ani nie jedynie w jego stronę. Ten facet, namalowany
chyba setki lat temu, gapił się bezczelnie wprost
na niego i wyraźnie czegoś chciał. Przytuła odwrócił głowę,
próbując skupić się na pozostałych szczegółach witrażu, ale
to nic nie dało – badawczy wzrok palił plecy. Czego ty, nieszczęśniku,
chcesz? Żyłeś dawno i chyba niezbyt dobrze, jeżeli
nie stoisz w białej koszuli przed obliczem Pana. Przytuła
zapatrzył się w namolnego potępieńca. Twarz tamtego była
dość spokojna, nie lamentował i nie biadolił, jak współwięźniowie.
On miał jeszcze… nadzieję. Tak wyglądał, jakby był
tylko gościem w ponurym miejscu wiecznej kaźni. Przytuła
uważnie obserwował twarz. Chyba go znał, chyba już gdzieś
widział… Ale gdzie? W innym wcieleniu?
Wycieczka poszła, kościół zastygł w ciszy, pełnej pogiętych
gotyckich łuków i krążących pod sklepieniem tysięcznych Ojcze
nasz i zdrowasiek, pukających tu od wieków do uszu Boga.
Światło w kaplicy powoli brązowiało, witraż stawał się coraz
bardziej ponury, martwiąc się zapadającymi ciemnościami
nocy, w których piękno kolorowego szkła znika i marnieje.
I tylko szatani nie śpią, dręcząc grzeszników niekończącą się
karą. I Bóg nie śpi, rozsądzając czyny umarłych właśnie ludzi.
– Przytuła… pssst… podejdź tu. – Nagle ciszę w kościele
przeciął szept.
– Kto tu? Kto mnie woła?! – Zerwał się na równe nogi.
– Nie bój się…
Komisarz rozglądał się lękliwie, szukając ust mówiących
te słowa, ale nikogo nie było – tylko tłumy dusz na malowanym
oknie i on. Złudzenie akustyczne? Majaki? A może, nie
daj Boże, delirium tremens?
– Kto tu? Kto mówi? – ponownie syknął pytanie w otaczającą
go szarość.
Zamiast odpowiedzi usłyszał dziwny odgłos. Pod zniszczoną
postacią zdobiącą nagrobek coś zachrzęściło i krótsza
ścianka grobowca się uchyliła. Skamieniały ze strachu komisarz
widział, jak krawędź płyty chwyciła czarna, wysuszona,
szponiasta dłoń. Ktoś stęknął i kamień zaszurał. W szarości
zmroku coś wyglądające jak koścista, zmumifikowana postać
gramoliło się niezdarnie ze środka katakumb.
– Aaa! Ratunku!
Przytuła biegł, jakby go goniło stado dzikich wielbłądów.
Jego ryk i tętent kroków po posadzce zburzyły spokój tego
miejsca. Dopadł do drzwi wyjściowych i zaczął je szarpać.
Były zamknięte na głucho. Komisarz w panice ciągnął je
i kopał, co rusz spoglądając z przerażeniem ku krypcie Nieznanego.
Chyba ktoś z niej wychodził. Rany boskie! Idzie!
– Czyś pan oszalał? Co to za wrzaski? To kościół, a nie
zoo. Co za chamstwo i brak szacunku dla tego miejsca, świętości
i pochowanych tu ludzi! – Niski staruszek, kościelny,
kuśtykając, z oburzonym wyrazem twarzy podszedł do
Przytuły. Stanął przed nim, zadarł głowę, aby patrzeć mu
w oczy. Nie ustawał również w reprymendzie. – Patrzcie go,
spasł się taki jak balon i wrzeszczy teraz po kościołach! Bezbożnik
jeden!
– Tam, tam… – Przytuła nie zwracał uwagi na obelgi.
Jąkając się ze zdenerwowania, wskazywał szarą jamę w kaplicy,
skąd uciekł. – Tam straszy… Mumia wychodzi przez
dziurę. Grzesznik się gapi z witrażu i coś chce. Wypuść mnie
pan stąd. Błagam!
Niski staruszek zrobił minę i pokiwał głową, jakby nagle
zrozumiał jakąś bardzo ważną sprawę. Przestał napierać
wzrokiem na Przytułę. Wskazał na drzwi obok.
– Proszę bardzo, kościół jeszcze otwarty. Jak pan masz tak
wrzeszczeć, to lepiej na świeżym powietrzu. Tam płuca lepiej
pracują. I głowa też bardziej dotleniona. Te duże drzwi
otwieramy jedynie na święta. No i jak biskup przyjeżdża,
ale to się wydarzyło raz, jakieś piętnaście lat temu, kiedy…
Przytuła wyprysnął na zewnątrz, jak oparzony. Człowieczek
popatrzył w ślad za nim. Wyglądał na zdziwionego, że
komisarz nie zechciał wysłuchać informacji o uroczystych
odwiedzinach biskupa sprzed kilkunastu lat. Następnie rozglądnął
się po wnętrzu, a gdy stwierdził, że wszyscy już wyszli,
przekręcił klucz w zamku. Wolno wracając przez nawę
boczną, zajrzał do krypty Nieznanego. Zarówno grobowiec,
jak i witraż trwały w wieczornym spokoju.
– Czego on się tak wystraszył? Pewnie znowu duch Steinbacha
się pokazał. Ech, z tymi szwabskimi szlachcicami
sto zmartwień! Do grobowca, Steinbach, ale już! – wrzasnął
w przestrzeń, tak jakby zaganiał niesfornego kundla
do budy.
Coś zaszumiało i trzasnęło po drugiej stronie katedry,
ale staruszek nawet nie odwrócił głowy i pokuśtykał dalej.
Po chwili szczęk zamków i blednące lampy dały znać, że kolejny
dzień Pański uznano za zakończony.
– Witek, a co ty taki zadowolony jesteś? Mróz jak za kołem
polarnym, znowu chleba nie dowieźli, a ty…
– Stefan, coś ty nie słyszał? Witek od dziś ma chleba, ile
zechce. Podpisał listę.
W pomieszczeniu komendy, gdzie siedziało czterech granatowych
policjantów zapadła cisza. Głowy zwróciły się
w kierunku jednej z postaci, która coś pisała przy stole.
– Volkslista… Rany boskie… Witek, naprawdę? – Policjanta
zamurowało.
– A co?! – Witek zerwał się na równe nogi. – Ja chcę żyć
spokojnie, chcę przeczekać jakoś ten czas, tę cholerną wojnę,
która będzie trwać nie wiadomo ile jeszcze.
– Ale… – zaczął Stefan, lecz nie dano mu dokończyć.
– Zostaw go. Herr Kopecki chce mieć spokój, to niech ma
spokój – mitygował go kolega. – Jeszcze powiesz słowo za
dużo i Herr Kopecki, jako lojalny Niemiec, doniesie, że obrażasz
jego pobratymców.
– Chłopaki! Stefan! Co wy?! Ja wam chętnie pomogę. Mam
przodków spod Norymbergi, mówię trochę po niemiecku
z domu, to mogłem się wpisać. Dzięki temu mam lepiej, ale
i wy macie lepiej, bo jak czego będzie trzeba, to walcie do
mnie. Załatwi się opał, większą rację żywnościową, no, różnie
bywa, może kogoś z łapanki nie wezmą, jak poproszę…
– A może właśnie poprosisz, żeby wzięli! Kto cię tam wie?
Nikt się jakoś nie ucieszył z możliwości uzyskania wsparcia
kolegi. Znowu zapadła wroga cisza. Wkrótce wszyscy
policjanci wyszli na patrol. Kopecki został sam. Wpatrzony
w okno, zastanawiał się, co ma teraz zrobić. Po kilku minutach
westchnął z rezygnacją i powlókł się za Stefanem, który
czekał na niego od kilku minut, wściekły, że przegrał ciągnięcie
zapałek i musiał teraz chodzić po mieście z volksdeutschem.
Akurat wypadał dzień targowy, po mieście krążyło mnóstwo
chłopskich furmanek, które wiozły na sprzedaż uratowany
od kontrybucji towar. Za kilka godzin całe towarzystwo,
opiwszy udane transakcje, wytoczy się z gospody, gdzie
zostawi znaczną część zarobionych pieniędzy. Konie, jak tylko
poczują, że właściciel siedzi na koźle, ruszą i same znajdą
drogę do domu, niezależnie od stanu woźnicy. Zwierzęta są
mądre i delikatne, nigdy się nie obrażają, nigdy nie zmieniają
zdania. Nawet jeżeli cię nie kochają, to krzywdy nie zrobią.
Co innego kobiety – tutaj nie można liczyć na zrozumienie.
Bełkoczący małżonek, daremnie szukający pozycji pionowej
w swoim upojeniu alkoholowym, z marnymi resztkami
dziennego utargu w kieszeni, to utrapienie wszystkich zaradnych
niewiast świata. Należy mu się za to kilka ciepłych
słów i razów po zalanej gębie.
Po mieście w taki dzień włóczą się również kieszonkowcy,
Cyganki wróżące z dłoni, panowie grający w trzy karty, cyrkowcy,
kataryniarze i całe to towarzystwo, które nie było specjalnie
interesujące dla policji niemieckiej, o ile nie uczestniczyło
w konspiracji. Kontrola tego motłochu to było zadanie
granatowych – polskich policjantów. Roboty było huk. Ktoś
się z kimś pobił, jakaś kobiecina lamentowała, że wyrwano
jej kosz pełen dobra. Wokół tłoczyły się gniewne czerwone
twarze; trzeba ich odepchnąć, uspokoić, rozsądzić sprawy
na miejscu albo wziąć na komisariat.
Zamieszanie z minuty na minutę było coraz większe, słyszano
kłótnie i pokrzykiwania, a w tle odgłosy chrapnięć koni
i stuknięć kopytem.
– Ludzie, ludzie! Spokój! Nie pchać się! – Próbowali jakoś
zaradzić sytuacji, ale było to beznadziejne zadanie.
Ciżba gęstniała. Po drugiej stronie targowiska inny patrol
miał podobną sytuację. Nagle ktoś krzyknął:
– Łapią! Uciekajcie, wszyscy uciekajcie!
Na plac targowy z piskiem opon wjechały zza rogu ulicy
trzy ciężarówki. Żołnierze wyskoczyli jeszcze w biegu
i sprawnie obstawili plac. Dotychczasowe jarmarczne zamieszanie
zmieniło się w ludzko-zwierzęcą panikę. Tłum
miotał się we wszystkie strony, ale tylko nieliczni szczęśliwcy
znaleźli dziury w kordonie wokół placu i znikli w okolicznych
zaułkach. Pozostali byli już bez szans. Koło się zamknęło.
Psy ujadały. Żołnierze wskazali uchylone plandeki
samochodów. Krzyczeli i pchali przerażonych ludzi. Pierwsi
złapani wskakiwali do środka.
– I co, kurwa, teraz? Powiesz im, żeby przestali? Powiesz,
że jako Niemiec się nie zgadzasz? Powiesz coś?! – wrzasnął
Stefan.
Para policjantów była bezpieczna, nie ruszano ich przy
tego typu akcjach, ale nie mieli też na nie wpływu. Kolega
szydził teraz z wściekłym wyrazem twarzy. Widać było,
że dla niego Witek stał się jednym z tych, którzy tu wrzeszczeli
w obcym języku, grozili karabinami i wpychali do ciężarówek.
Witek przełknął nerwowo ślinę, oddychał szybko. Samochody
zapełniały się powoli. Ktoś się szarpał. Ktoś dostał
w twarz. Krew polała się z nosa. Pies tarmosił wściekle nogawkę
jednego ze złapanych. Jakaś kobieta nie puszczała ciągniętego
przez Niemca męża, krzycząc histerycznie. Nikt nie
pomógł, nie odepchnął SS-mana. To byłoby równoznaczne
z wyrokiem śmierci na samego siebie. Plac pustoszał. Niemcy
wyznaczyli już ludzi do wywózki, reszta się rozchodziła.
Po drugiej stronie, wśród przepychanej grupki złapanych,
szła młoda dziewczyna, była coraz bliżej samochodu. Udało
jej się przesunąć na sam koniec pędzonej grupy, tak jakby to
miało znaczenie, w jakiej kolejności się tam wsiądzie. Witek
zerwał się, jakby go piorun strzelił i podszedł do dowódcy.
– Herr Offizier, Herr Offizier! Sie ist meine Frau. Bitte, lassen
Sie sie frei*. – Stanął przy wrzeszczącym dowódcy grupy
i mówił do niego najlepszą niemczyzną, na jaką go było stać.
Trzęsącą się ze zdenerwowania ręką pokazał nowiutkie
dokumenty z dumnym orłem i swastyką. Potem skulił się,
tak jakby oczekiwał ciosu albo przynajmniej reprymendy.
Nigdy wcześniej nie zwrócił się do tak wysokiego rangą żołnierza
niemieckiego. Tamten zmarszczył brwi w zdziwieniu,
wziął papiery do ręki. Rzucił okiem i zaraz oddał Witkowi.
Przywołał jednego z podwładnych.
– Franz, hol mal diese Frau her**. – Odwrócił się do Witka
i spojrzał na niego z wyraźną kpiną. – Sie sagen, sie sei
Ihre Frau? Wir lassen sie selbstverständlich frei, als die Frau
von unserem deutschen Freund. Sagen Sie nur, wie sie heisst***.
(* niem. Panie oficerze, panie oficerze. To moja żona. Proszę,
puśćcie ją.
** niem. Franz, przyprowadź tu tę kobietę.
*** niem. Mówi pan, że to pana żona? Oczywiście puścimy ją wolno,
jako żonę naszego niemieckiego przyjaciela. Niech pan tylko powie,
jak ona się nazywa.)
Żołnierz specjalnie mocno zaakcentował słowa „niemiecki
przyjaciel”, tak jakby chciał podkreślić, że pomimo oglądanych
papierów, świadczących o tym, że stoi przed nim rodak,
on za nic w świecie nie uzna takiej herezji. Dla niego
udawany Niemiec w niczym nie był lepszy od pędzonych do
bud ciężarówek ludzi. Patrzył na zdenerwowanego Witka,
widział jego strach i niepewność. Stało się jasne, że chce dać
mu teraz szkołę, tak aby nigdy więcej nie przyszło mu do głowy
prosić o coś takiego niemieckiego oficera. Jego oczy zwęziły
się, wyglądał, jakby chciał go przewiercić spojrzeniem
na wylot. W tle widać było, jak Franz ciągnie kobietę w ich
kierunku. Przez głowę Witka biegły tysiące myśli, wszystkie
szalone ze strachu i rozpaczy. Co teraz? Co on zrobił? Co on
najlepszego zrobił?
– Bitte, ihren Namen, mein deutscher Freund*. – Oficer
czekał z gniewnym wyrazem twarzy, palce w skórzanych rękawiczkach
wykonywały drobny ruch, tak jakby je przygotowywał
do bitki (* niem. Proszę jej nazwisko, mój niemiecki przyjacielu).
Franz trzymał tamtą za łokieć. Teraz wszyscy na nich patrzyli.
Grupa żołnierzy i złapanych więźniów zrozumiała, że
coś się tu święci, że polski policjant wstawił się za tą kobietą
i chyba podzieli jej los. Nie odmówią sobie tej rozrywki.
Mieli nadzieję, że oficer może nawet go tu publicznie zabije.
A już na pewno da po łbie. To trzeba zobaczyć. Będzie miał
za swoje, granatowy szpicel.
Witek wpatrywał się bezradnie w gniewne oczy żołnierza.
Nagle zawładnęły nim nigdy wcześniej nieodczuwane
pustka w głowie i miękkość w nogach. Zemdlał. Komendant
krzyknął chrapliwie do swoich ludzi, że Witek umarł ze strachu,
a dodatkowo ma teraz na pewno pełne spodnie. Niemieccy
żołnierze roześmiali się z rubasznego dowcipu, oficer
z lekceważeniem kopnął leżącego policjanta. Zamruczał
pod nosem jakieś przekleństwo, sapnął. Następnie machnął
na Franza, że może puścić dziewczynę.
– Bring den Angsthasen nach Hause!** – krzyknął za nią,
wskakując do szoferki (** niem. Weź tego strachajłę do domu).
Żołnierze zatrzaskiwali klapy i wskakiwali do ruszających
pojazdów. Koniec akcji. Po chwili na opustoszały plac
znowu zaczęli napływać ludzie, trwożnie rozglądając się,
czy łapanka na pewno się skończyła. Dziewczyna stała nad
Witkiem, nie wiedząc, co robić. Ten otworzył oczy. Jak tylko
zobaczyła, że się budzi, zaczęła biec jak szalona. Może myślała,
że SS-mani oddali ją w ręce policji, że lepiej teraz skorzystać
z zamieszania i zwiać. Witek wstawał, powoli otrzepując
płaszcz.
– Hej, zaczekaj! Czekaj! – zawołał, widząc, że dziewczyna
ucieka, ale już jej nie było.
Wokół gęstniał tłum ludzi, chętnych oglądać sponiewieranego
policjanta. Witek podniósł czapkę, zdmuchnął z niej
kurz i nacisnął na oczy.
– Z drogi! Z drogi, bo aresztuję. Już! – Przepychał się
wściekły między gapiami.
Po kilkunastu metrach dogonił go towarzysz z patrolu.
Zrównali się i kilka kroków szli razem w milczeniu. W końcu
tamten powiedział:
– Przepraszam za moje słowa. Uratowałeś ją tymi papierami.
Mogli cię aresztować. Nie jesteś taki, jak myślałem…
– Jaki? – warknął Witek.
– No, taki, jak… jak… wszyscy myśleli. Jakeśmy rano
mówili.
– Jaki jestem, to moja sprawa. I powiem ci jeszcze jedno:
jak Niemcy każą, żebyś kogoś zabił, bo to bandyta z AK, to
i ty, i ja, i te oburzone moją podpisaną listą wąsate ryje na drugim
patrolu zabiją. Chociaż nie jesteście Niemcy ani volksdeutsche.
Ale zabiją, bo teraz tak jest. I przestańcie mnie
osądzać.
Poszli dalej w milczeniu.
***
Następnego dnia przyszła do komisariatu. Niespodziewanie
pojawiła się przed nim. Witek jak wryty stanął w pokoju
przyjęć interesantów i trwał tak, wpatrując się w jej ładną
twarz i duże brązowe oczy. Milczenie się przeciągało.
– Dziękuję – powiedziała cicho. – Uratowałeś mnie. Mogłeś
sam zginąć albo pójść z nami. Jesteś bohaterem. Moim
bohaterem – dodała prawie szeptem.
Witek przełknął ślinę, uśmiechnął się z zażenowaniem.
– E tam, od razu bohater…
Właściwie nie wiedział, co powiedzieć. Bo przecież nie to,
że zobaczył ją w tym tłumie i zrozumiał w sekundzie, że Bóg
postawił na jego drodze kobietę życia, ani to, że od wczoraj
dowiedział się, jak się nazywa i gdzie mieszka, ani to, że nie
wyobrażał sobie, że może już jej nigdy nie zobaczyć, że może
być wszystko po staremu.
– Dziękuję – powiedziała jeszcze raz, szybko pocałowała
go w policzek i wybiegła z posterunku.
Witek jak skamieniały trwał przez kilka sekund, jego
mózg celebrował to dotknięcie, pocałunek, obracał w cudowne
wspomnienie, zapisywał, tworzył piękną ikonę, do
której można się będzie codziennie modlić.
– Ale…! – Krzyknął o wiele za późno, bo drzwi się za nią
zatrzasnęły. – Ale może poszlibyśmy razem…
Cudowne uczucie nie umiało się nijak przepoczwarzyć
w ładne słowa, konkretne propozycje i czyny. Dziewczyna
zniknęła, a on nawet z nią nie porozmawiał. Niedorajda,
a nie chłop!
– Co jest, Witek? Halo! Ale masz minę. Żyjesz czy już
umarłeś z zaskoczenia? – Stefan obserwował całe zajście zza
kontuaru.
– Żyję, żyję. Idziemy! – odparł niechętnie Witek, westchnął
ciężko i powlókł się na obchód.
Płyta grobowca otwierała się powoli, z odgłosem tarcia kamienia
o kamień. Z mrocznej szczeliny coś wypełzło, coś podobnego
do węża, ale o nieco odmiennym kształcie. To była
czarna dłoń, jakby zmumifikowana. Powoli przesuwała się,
szukając punktu zaczepienia. Zacisnęła się na krawędzi ściany,
a szczelina została poszerzona o kolejne centymetry. Coś
tam pełzało, walczyło o możliwość ucieczki. Zaraz wyjdzie,
zaraz dopadnie swoją ofiarę…
– Nie! – Przytuła jak oparzony zerwał się z łóżka i dyszał
ciężko.
Szary świt rozcieńczał już atrament nocy za firaną. Gdzieś
daleko toczył się pociąg towarowy, przewożąc setki ton węgla.
Tu docierał jedynie lekki pogłos stukotu kół o łączenia
szyn. A wszystko przetykane porannym trelem skowronka.
Nigdzie śladu czarnej łapy ani tym bardziej wrogiej postaci,
szamoczącej się w grobie. Tylko ten daleki stukot, słowik
i spocony z wrażenia grubas w rozkopanej pościeli w różyczki.
– Piąta dwadzieścia. Jakże miły początek dnia – mruknął
po dojściu do siebie i wyskoczył z łóżka.
Dospać te dwie godzinki do budzika? O, nie! Za nic
w świecie nie zaśnie ponownie, woli ziewanie i nadmiar kawy
od pełzających czarnych dłoni.
Słońce powoli wychodziło zza pagórków, barwiąc ogniście
rząd okien w opuszczonej hali walcowni. Dzień się zaczynał
i nic nie mogło tego powstrzymać. No, ewentualnie koniec
świata. Przytuła wyobraził sobie, że oto następuje wybuch,
wszystko pochłania czarna dziura czy coś podobnego i po
kilku sekundach transferu ziemia–powietrze trafia przed
oblicze Boga, w koszuli nocnej, kapciach i z pełnym pęcherzem.
Czy za nieodpowiedni ubiór ma się punkty ujemne?
Czy jest się tam gdzie wysikać? Ostatni raz u spowiedzi byłem…
Nie pamiętał kiedy. Dawno.
Wtedy przypomniał sobie tego człowieka z witrażu, który
tak usilnie się wczoraj w niego wpatrywał. Tak, tamten
też wpadł do szatańskiego kociołka nieoczekiwanie, bez
dłuższych ceregieli, bez mów burmistrza i księdza o osiągnięciach
zawodowych oraz pozostawionych w nieutulonym
żalu przyjaciołach nad lakierowaną na czarny połysk trumną.
Dlatego rozglądał się, taki zaskoczony, nie wiedząc, w co
się wpakował na zawsze i jeden dzień dłużej.
Czas do pracy, Przytuło! Co prawda, pojawienie się w komendzie
przed szóstą rano podchodziło pod psychiczną aberrację,
ale lepsze to niż szare mieszkanie, oplecione sennym
koszmarem. Szybko się ubrał i wyszedł.
– Dzień dobry, panie komisarzu! – zakrzyknęły z ławeczki
koło trzepaka trzy skulone tam postacie.
Stalowy Kazek, Marian i Pająk pomimo wczesnej pory
i chłodu byli już na posterunku, tradycyjnie zastanawiając
się, jak przetrwać nudę kolejnego dnia i skąd zdobyć gotówkę
na piwo lub wino. Mogła być i wódka albo, w ostateczności,
inny napój z zawartością alkoholu. Nie musiał być to nawet
alkohol etylowy.
– A, to wy! Twardziele z was. Ranne ptaszki. Ja myślałem,
wychodząc o takiej porze, że będę pierwszy na mieście.
– Przytuła był pełen podziwu.
– W domu nuda i wstecznictwo, panie władza. Tu chociaż
kultury można nieco łyknąć, z koleżeństwem więzi wzmacniać.
Nad losem ojczyzny umiłowanej się zadumać. Dlatego
mam pytanie…
– Stalowy, nie mam i nie dam. – Przytuła wiedział, co to
za pytanie.
Zapadła cisza. Wszyscy zadumali się nad losem ojczyzny
umiłowanej. Musiały to być myśli niewesołe, pełne pragnień
niespełnionych i nadziei płonnych, bo usta jakby za pociągnięciem
sznurka zgięły się w podkówkę, a w kącikach oczu
zabłysły łzy. Ech, życie…
– No, dobrze, już dobrze – westchnął Przytuła, poszperał
w kieszeni i rzucił im dużą monetę z liczbą pięć. – Może
mnie to kiedyś uratuje przed sądem.
– Jakim znowu sądem, panie komisarzu kochany? Pan
to jesteś anioł wcielony, dobro nieogarnione, manna na pustyni
i rosa dla warg spieczonych. O żadnych sądach ani karach
nie ma mowy… – Stalowy uwielbiał gadać, a dostawszy
dzięki pieniądzom cudowną możliwość konsumpcji alkoholu,
gadał tym chętniej.
– Chodzi o tamten sąd. – Przytuła wskazał chmury na
szarym porannym niebie. – Nawet najlepsi tam trafią i wyniku
pewni nie będą.
– Amen. I basta – podsumował Stalowy.
Na tym zakończyło się jakże owocne spotkanie patriotów.
Każdy udał się w swoją stronę – Przytuła na komisariat,
a spragniona wrażeń trójka do osiedlowego sklepu, który
otwierano o szóstej zero zero.
* * *
Komisarz w pracy przeszedł przez pokój przyjęć interesantów,
gdzie królował dyżurny Edek, który niedawno pojawił
się w pracy i pijąc swoją tradycyjnie przesłodzoną herbatę,
udawał, że dzień roboczy jeszcze się nie zaczął. W tle wesoło
grała rozgłośnia Złote Przeboje. Przytuła wkroczył do biura
i zamarł ze zdziwienia. Wydawało mu się przez moment,
że pomylił pokoje. W pomieszczeniu rozłożonych było
mnóstwo przedmiotów: broń, sztandary, jakieś gazety, zrolowane
pożółkłe plakaty, a na środku stał manekin, odziany w stalowoniebieski
mundur. Ktoś się przy nim krzątał, pogwizdując
pod nosem. Nie, to na pewno ich biuro, okna, ściany,
zegar z kukułką – wszystko się zgadzało. Postać odwróciła
się i z zaskoczoną miną zaklęła pod nosem.
– Mierczak, co tu się dzieje?
– Przepraszam pana, komisarzu… Mhm… Nie sądziłem,
że będzie pan tak wcześnie w pracy, bo zazwyczaj to…
– Dorabiacie tu na drugim etacie w nocy? Jako krawiec?
– Nie, skądże znowu. Jaki krawiec? A, manekin i mundur
pana zmyliły. To miała być niespodzianka. Cóż, za wcześnie
pan przyszedł. Organizuję w nieużywanym pomieszczeniu
po kotłowni izbę pamięci naszej komendy. Dzięki temu przywołamy
najbardziej chwalebne dni naszej działalności i zainteresujemy
młodzież historią. Może nawet pochwała z wojewódzkiej
wpadnie. Wszystko, oczywiście, poza godzinami
pracy. Bezinteresownie.
Przytuła opadł z jękiem na krzesło. Przez ułamek sekundy
zaświtała mu myśl, że lepszy atak mumii w sennych koszmarach
niż wiecznie gotowy do wytężonej pracy bezinteresowny
nadgorliwiec, poświęcający najlepsze godziny snu na
renowację starych mundurów i przygotowanie opuszczonej
kotłowni na cele wystawowo-muzealne. Jednakże nie mógł
go skrytykować. Inicjatywa, obiektywnie rzecz biorąc, była
słuszna i pożądana. Chociaż…
– A tak konkretnie, co tam chcecie pokazywać? Skąd te
eksponaty?
– Wojewódzka zlikwidowała część wystawy po tysiąc dziewięćset
osiemdziesiątym dziewiątym, to przejąłem. Po co
mają niszczeć w szafie? O! Na przykład sztandar Wojewódzkiego
Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego z tysiąc dziewięćset
pięćdziesiątego pierwszego roku albo ten mundur należały
do zastępcy komendanta tutejszego urzędu. Piękne pamiątki.
Teraz ludzie są z historią na bakier, podobno licealiści mają
problem z określeniem, kto to był Władysław Gomułka…
– Może i dobrze – westchnął Przytuła. – Mnie tam za Gomułką,
Jaruzelskim i komuną nie jest tęskno. Ale wy jesteście
pewni, Mierczak, że chcecie się chwalić sztandarem ubeków?
Sądzę, że trudno będzie wytłumaczyć młodzieży, że to byli
fajni goście. Chyba że macie już gotowe opisy sprzed osiemdziesiątego
dziewiątego, tam wszystko było ładnie i zrozumiale
wyłożone.
Mierczak spłonił się, musnął wzrokiem szpargały na stole.
Szybko odwrócił głowę, ale to wystarczyło komisarzowi.
Chwycił kartkę. Papier pomimo upływu lat był w dobrym
stanie, jedynie lekko pożółkł.
– Oto sztandar Wojewódzkiego Urzędu Bezpieczeństwa
Publicznego, dumny znak oddziałów oddanych zaszczytnemu
zadaniu zwalczania reakcyjnych band próbujących przywrócić
znienawidzony reżim sanacyjny… – odczytał fragment,
następnie wbił ponure spojrzenie w Mierczaka. – Czy
wyście to chcieli u nas powiesić? I jeszcze oczekiwać pochwały
z centrali? Co za brak politycznego wyczucia! Przecież oni
to ściągali w popłochu piętnaście lat temu i woleliby zapomnieć
o tych sprawach na zawsze. Te bandy reakcyjne to teraz
patrioci z Armii Krajowej i bohaterscy żołnierze wyklęci,
a Urząd Bezpieczeństwa to okrutny stalinowski terror.
Jak chcecie robić muzeum, to nieszkodliwe, bez politycznego
drugiego dna. Wszystko trzeba przejrzeć i pokazywać tylko
normalną robotę milicjantów ze złodziejaszkami, pijakami
i rozrabiakami. Żadnej polityki. Zrozumiano?
– Ale przecież nawet pański ojciec, świeć Panie nad jego
duszą, mądry i ludzki był, chociaż z wojewódzkiego urzędu
przeszedł. Jeszcze pracował, jak się przyjmowałem, to pamiętam
– zaoponował posterunkowy.
– Mierczak, niech was ręka boska broni wieszać tam coś
o moim ojcu. To, jaki był prywatnie, a co robił w służbie, to
dwie różne rzeczy. Ja tam bym chyba dziś wolał, żeby był
w reakcyjnej bandzie…
– I co, mundur zastępcy komendanta też schować? Trzy
godziny cerowałem. Przecież te wyłogi tak kunsztownie haftowane,
że szkoda by było…
– Mundur może być, byle bez tych stalinowskich opisów,
trzeba zrobić nowe. Resztę przeglądnąć i posortować. Już!
Mierczak trzasnął lakierkami, przyjmując polecenie, i zaczął
sprzątać zalegający w pomieszczeniu historyczny bałagan.
Zaraz miał się zacząć zwykły dzień na komendzie.
Kukułka odkukała siódmą, koło Edka stało już kilku zdenerwowanych
ludzi, zgłaszających kradzieże i inne ekscesy.
Dyżurny notował i nadawał bieg sprawom, co rusz wzdychając
nad beznadzieją własnej egzystencji. Przez drzwi zajrzał
Wróżka, sondując sytuację w biurze. Najwyraźniej chciał od
razu skoczyć na poranną kawę, ale ujrzawszy Przytułę, westchnął
z rezygnacją i zasiadł za biurkiem, ziewając dyskretnie
i udając, że zaczyna jakąś papierkową robotę.
Komendant zamyślił się na wspomnienie ojca. Od jego
śmierci minęło prawie dwadzieścia lat, a nim nadal targały
sprzeczne uczucia. Z jednej strony, kochał go i żałował jego
odejścia. Tego, że nie może z nim być i po prostu porozmawiać.
Być może naprawić kilka błędów. Im był starszy, tym
mocniej odczuwał, że jego żale i zarzuty w stosunku do rodziców
były niesprawiedliwe, powodowane krewkim charakterem,
brakiem doświadczenia życiowego. Tak, człowiek ma
zazwyczaj największe zatargi z bliskimi, którzy kochają go
i dbają o niego, tyle że po swojemu. Ironia losu czy prawidłowość
naukowa? Z drugiej strony, miał przeczucie, że ojciec
zabrał do grobu wiele tajemnic. W domu nie rozmawiało się
o tym, jak się rodzice poznali, jak zakochali. Nikt nie snuł
wspomnień, jak się mama czuła w ciąży i jak wcinała ogórki
kiszone w drugim trymestrze. Historia ich rodziny zaczęła
się po urodzeniu Przytuły. Nigdy go to nie dziwiło, dopiero
kilka lat po śmierci ojca zapytał mamę, jak się poznali, skąd
tata pochodził. Nie było to dla niego specjalnie ważne, ale
czuł, że wiele spraw nie ma swojego początku, swojego historycznego
miejsca. Mama zbyła go dość ostro. Zbyt ostro,
żeby się nie zdziwił. Zaczął wtedy tropić ślady swojego ojca
w przeszłości – kim był, jak się znalazł w tym mieście. Rozpoczął
na własną rękę poszukiwania tego, co inni zwykle
wiedzą od małego.
Mierczak usuwał nocny bałagan, przesuwając pamiątki
i dokumentację na bok, choć trudno było ukryć manekin
z mundurem, sztandar i kilkadziesiąt kilogramów papieru
w niezbyt dużym pomieszczeniu. Było to raczej upychanie po
kątach. Przytuła skorzystał z okazji i zaczął przeglądać stare
gazety oraz plakaty, piętrzące się pod ścianami. Ich wymowa
była jasna – wróg czai się wszędzie, a milicjant to jedyny prawy
człowiek na tym łez padole. Poza tym mnóstwo opisów
spraw i dochodzeń, od walki ze spekulantami i szabrownikami
mienia poniemieckiego po psychopatycznych zabójców.
– Hm… też nie mieli lekko. Czy za komuny, czy dziś,
kradną i mordują tak samo – mruknął Przytuła i zaczął czytać:
– Już trzecia ofiara seryjnego mordercy w województwie
wałbrzyskim. Komendant wojewódzki wyznacza nagrodę
pieniężną w wysokości pięciu tysięcy złotych za wskazanie
śladów prowadzących na trop sprawcy… O, nieśmiertelny temat
– walka z pijanymi kierowcami. Jak wskazują statystyki,
co trzeci kierowca wyruszający w trasę znajduje się pod
wpływem alkoholu… No, to teraz chyba jest trochę lepiej,
chociaż więcej jeździ po trawce…
Przytuła wertował dalej podniszczone periodyki i plakaty,
była to istna kopalnia informacji sprzed czterdziestu lat.
Odrzucając propagandową powłokę, można było się sporo
dowiedzieć o pracy milicji i charakterze przestępstw w Polsce
za PRL-u. Może ten pomysł Mierczaka nie jest tak zupełnie
do bani? Może to kogoś zainteresuje?
Nagle Przytuła zmartwiał, przerzucająca kolejne kartki
ręka znieruchomiała. Wpatrywał się zaskoczony przez dłuższą
chwilę. Nie było wątpliwości – z czarno-białego zdjęcia
w przeglądanym periodyku spoglądał na niego człowiek z witrażu.
Fotografia przedstawiała go nieco inaczej ujętego, ale
twarz była ta sama. Ten sam, lekko zaskoczony wyraz twarzy.
Komisarz rzucił się łapczywie do czytania artykułu o tajemniczo
brzmiącym tytule – Ofiara grobowca.
20 października 1973. Podczas prac renowacyjnych w kościele
pod wezwaniem św. Jakuba znaleziono w otwartym dla
konserwatorów szesnastowiecznym grobowcu zwłoki. Są to
najprawdopodobniej ślady porachunków świata przestępczego
z przełomu lat czterdziestych i pięćdziesiątych, na co
wskazywały znalezione dokumenty i inne przedmioty, w tym
broń palna. Ofiara straciła życie w wyniku postrzału w serce.
Po dokładnej analizie i porównaniu spraw prowadzonych
przez miejscowe organa ścigania w okresie 1948–1952 potwierdzono
tożsamość zamordowanego, który był znanym
faszystowskim kolaborantem i wywrotowcem spod znaku Armii
Krajowej. Po przeprowadzeniu czynności zabezpieczających
ślady, obszar grobowca oddano ponownie do renowacji.
W sprawie wszczęto śledztwo mające na celu ustalenie przebiegu
wypadków i schwytanie sprawcy czynu, który niezależnie od
proweniencji zamordowanego jest ścigany z całą surowością
prawa…
Przytuła zamyślił się. Ech, te propagandowe slogany. Jeszcze
dwadzieścia kilka lat temu uczono ich o burżuazyjnych
renegatach i londyńskich sprzedawczykach. Tu piszą, że potwierdzono
tożsamość zamordowanego. Dali nawet zdjęcie,
czyli ładna pani przewodnik nie była na bieżąco. Milicja ustaliła
tożsamość ofiary, choć może tylko twierdzili, że ją znają.
I wtedy, i teraz liczyła się wykrywalność, ustalenie ofiary,
a następnie zabójcy, w tym przypadku najlepiej już nieżyjącego.
W tym okresie to była kolejna stówka do premii
tutejszego komendanta, czyli starego Przytuły. Może czas
pogrzebać w dawnych dokumentach, zobaczyć, jak działał
szanowny tatulek?
– Mierczak, gdzie są teraz archiwa z tysiąc dziewięćset
siedemdziesiątego trzeciego? – zapytał zorientowanego we
wszystkim podwładnego.
– Mhm… – posterunkowy zamyślił się. – Wcześniej mieliśmy
wszystko w naszym archiwum w piwnicy, ale w ramach
akcji centralizacji połączonej z digitalizacją wysyłamy pełną
dokumentację do wojewódzkiej. Lata siedemdziesiąte poszły
chyba niedawno. Pan aspirant Wruszkowski je przygotowywał.
Zresztą, panie aspirancie, pan to wie najlepiej.
– Jak tam, Wróżka? Poszły te dokumenty? – Przytuła skierował
wzrok na drugiego podwładnego.
– Mhm… Eee, prawie… – Wróżka dość umiejętnie unikał
kontaktu wzrokowego z przełożonym.
– Prawie poszły, czyli nie poszły. Akurat w tym przypadku
lenistwo się na coś przydało. Spytam jeszcze, tak z ciekawości,
lata sześćdziesiąte i pięćdziesiąte też spokojnie sobie
leżą?
– O, nie, nie. Wcale nie tak spokojnie, ale… mhm… jeszcze
leżą. Dojrzewają do przeprowadzki. – Wróżka chciał jakoś
zaznaczyć, że wyniki jego pracy to nie tylko dno z beznadzieją
i jakikolwiek postęp został odnotowany.
– Rozumiem. Te trzy tygodnie, które spędziliście poza
normalnymi obowiązkami, tłumacząc się pracą w archiwum,
to niezbędne przygotowanie psychologiczne do tak
dużej operacji. Połączone jeszcze z kilkudniową jednoosobową
burzą mózgów na temat: Jak spakować do pudeł kilkaset
skoroszytów, minimalizując ich traumę przeprowadzkową?
– O, to wcale nie tak! To poważne zadanie logistyczne,
nie da się tego po prostu, ot tak, spakować i przeprowadzić.
– No, dobra. Chwilowo odwołuję te przenosiny, wojewódzka
poczeka. Mam w tych papierach coś ważnego do znalezienia.
A ty, Wróżka, w ramach podnoszenia umiejętności
policyjnych pójdziesz dziś z Mizerą w patrolu na Kruczkowskiego
i Miedzianą. Trzeba wywietrzyć kurz piwniczny
z twojej mózgownicy. Może wtedy szybciej upora się z tym
poważnym zadaniem logistycznym?
Wróżka z przerażoną miną już otworzył usta, aby wyrazić
swój sprzeciw, ale prawdopodobnie doszło do niego w tym
momencie, że każde słowo może pogorszyć jego sytuację i patrol
w szemranej dzielnicy to jeszcze nie taka duża kara. Tym
bardziej że Mizera pomimo wątłej postury był znany z zamiłowania
do sztuk walki. Wiedzieli o tym również tamtejsi
rozrabiacy i rzadko go zaczepiali.
– No, to do piwnicy. Przerwę ten archiwistyczny spokój.
Jakby co, jestem na dole! – zagrzmiało już z korytarza.
Po wyjściu komisarza Wróżka spojrzał ciężko na Mierczaka,
a potem syknął:
– Dziękuję, że pan tak dużo wiesz o moich obowiązkach
i terminach, to bardzo ułatwia tłumaczenie się przed Przytułą.
Mierczak skinął głową, tak jakby tamten mu rzeczywiście
dziękował, i powrócił do sortowania dokumentów dla
nowo powstającej izby pamięci. Kukułka wyskoczyła ze swojej
budki osiem razy.
– Herr Kopecky, to jeszt pewny geszeft. My każdy tydzień
transzportieren ten geld na centralna magazyn. Ochrona jest
mała, zawsze to samo, wiem, gdzie trzeba robić atak. Kajner
wajs, nikt nie wie, nikt śledzi. Pan rozumiesz? – Lepke upił
łyk piwa, następnie zamarł, oczekując odpowiedzi Witka.
Ten trwał dłuższą chwilę nieporuszenie, całkiem jakby
nie słyszał wypowiedzianych słów.
Lepke sam przedstawiał się jako dobry Niemiec. Po kilku
piwach okazywało się, że definiuje to jako osobę, która nie
krzyczy głośno Heil Hitler – robi to tylko kiedy musi – oraz
jest kimś, kto nie znajduje przyjemności w mordowaniu i męczeniu
ludzi w podbitych krajach. Lepke był biznesmenem.
Ujawniało się to w traktowaniu każdego kontaktu z innymi
jako okazji do osiągnięcia korzyści własnej. Można było to
poznać również po zapale do nauki miejscowego języka w takim
stopniu, aby móc się sprawnie dogadać i nie dać oszukać.
Jednakże najistotniejszym znakiem rozpoznawczym Lepkego
biznesmena była pogarda dla wszystkich, którzy nie przynosili
mu korzyści. Niezależnie od narodowości lub rasy.
Witek był dla Lepkego pożyteczny i kilka interesów już
ubili. Nabrali do siebie względnego zaufania i teraz przyszła
pora na propozycje grubszego kalibru. Lepke był pracownikiem
Urzędu Powierniczego, oddelegowanym do pracy
w dziale administracji więzienia śledczego Policji Bezpieczeństwa
i Służby Bezpieczeństwa Dystryktu Warszawskiego,
znanego szerzej pod nazwą Pawiak.
Urząd Powierniczy został powołany jako podmiot odpowiedzialny
za kontrolę majątku zdobytego przez niemieckiego
okupanta w różnorodnych działaniach skierowanych
przeciwko ludności podbitego kraju. Począwszy od
zajęcia mieszkań i innych nieruchomości, a skończywszy
na drobnych precjozach, jak srebrne łyżeczki lub świeczniki.
Wszystko, co wpadło w ręce niemieckich służb, było
skwapliwie rejestrowane i oddawane w depozyt władzom
okupacyjnym. Nikt tych depozytów prawowitym właścicielom
oddawać nie zamierzał, tym samym z miesiąca na
miesiąc, wraz z postępującym procesem eksterminacji Żydów
oraz pozostałych zatrzymań w wyniku łapanek i aresztowań,
magazyny ze zdobytym majątkiem rozrastały się,
a pracy przybywało.
Lepke z ramienia Urzędu Powierniczego był również zaangażowany
w przygotowania do przekształcenia budzącego
grozę więzienia w nową jednostkę – obóz koncentracyjny
KL Warschau, zgodnie z planami rozbudowy sieci obozów
pracy opracowanymi przez Heinricha Himmlera. Rolą
Herr Lepkego w tym zadaniu miało być koordynowanie oraz
udoskonalanie systemu składowania i liczenia znalezionych
przy więźniach kosztowności oraz pieniędzy. Zdarzały się tutaj
całkiem ładne sumki, a wszystko to trafiało w jego ręce.
Za pokwitowaniem, oczywiście. Ale kwity mają to do siebie,
że tworzą własny, odrębny świat, opisywany poprzez cyfry,
podpisy osób odpowiedzialnych, zestawienia zbiorcze i inne
typowe dla dokumentacji finansowej zjawiska. I rzadko się
zdarza, żeby świat dokumentacji odzwierciedlał dokładnie
świat rzeczywisty. U Lepkego to się nigdy nie zdarzało.
Zafałszowane sumy, ilości, nieczytelne podpisy, zagubienia
dokumentów i ich duplikaty potwierdzone przez nie wiadomo
kogo. To wszystko, sterowane wprawną ręką i głową
Herr Lepkego, wraz z alternatywną księgowością stworzyło
mały nielegalny składzik w szafie stojącej w rogu gabinetu,
pełnej złota i pieniędzy. Niestety, kontrole i donosicielstwo
nasilały się nawet tu, w samym centrum pracy tajnej
policji, i spokojnie prowadzony od kilkunastu miesięcy biznes
był coraz bardziej ryzykowny. Dlatego właśnie Lepke od
jakiegoś czasu przemycał wszystko w małych ilościach przez
punkt kontrolny przy wyjściu na teren prywatny, ale nadchodzące
sygnały były jasne – od potężnej reorganizacji dzieliły
ich dni, w najlepszym razie tygodnie. Decyzja nasuwała
się sama – wyniesienie całego skarbu za jednym zamachem.
Było to o tyle prostsze, że transport oficjalnych kosztowności
odbywał się regularnie i wystarczyło dołączyć tam nielegalny,
prywatny dodatek. Tylko tyle i aż tyle.
Sprawa spędzała Lepkemu sen z powiek od kilkunastu
dni; przemyślał podczas ostatnich bezsennych nocy
wszystkie możliwe scenariusze rozwoju akcji i zawsze kończył
w tych rozważaniach przed plutonem egzekucyjnym.
W końcu postanowił działać, przerwać to niekończące się
nerwowe oczekiwanie, i wtedy przyszedł mu do głowy Witek.
Tak, ten Polak z niemieckimi papierami się nadawał.
Wydawał się on równie mocno nienawidzić zarówno Niemców,
jak i własnych rodaków.
Jak się dowiedział Lepke swoimi kanałami, Witek przyjechał
do Warszawy, bo nie miał życia w rodzinnym miasteczku
w Małopolsce po tym, jak podpisał volkslistę. Grożono
mu śmiercią, rzuciła go narzeczona, ludzie przeklinali go na
