Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Rok 1967. Małe miasteczko na Dolnym Śląsku i zbrodnie, których nikt do końca nie zgłębił.
Trzech jedenastoletnich chłopców ginie z rąk „Wampira z Kopalni”, a czwarta dorosła ofiara znika bez śladu. Sprawa zostaje zamknięta, a motywy – nigdy niewyjaśnione. Po latach historia wraca w upiornych okolicznościach. Ktoś zaczyna mordować kolejne osoby według tego samego schematu. Komisarz Przytuła wszczyna śledztwo, które kluczy wokół starych tajemnic, lokalnych legend i groteskowych postaci. Czy uda mu się rozwiązać zagadkę sprzed lat i uchronić kolejne ofiary?
Pierwsza część wciągającego cyklu kryminalnego, w którym komisarz Przytuła rozwiązuje zagadki sprzed dekad. To seria o mrocznych sekretach, które nigdy nie zostają pogrzebane, i o człowieku, który uparcie próbuje wydobyć je na światło dzienne.
Komisarz Przytuła
Komisarz Przytuła nie potrafi zostawić przeszłości w spokoju – ani cudzej, ani własnej. W toku śledztw prowadzonych na styku historii, legend i ludzkich obsesji trafia tam, gdzie zbrodnia splata się z pamięcią, a ironia miesza z grozą.
Tomasz Mróz (ur. 1973) – polski powieściopisarz, autor komiksów. Twórca postaci Komisarza Wątroby i Stalowego Kazka.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 280
Rok wydania: 2026
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Tomasz Mróz
Saga Egmont
Dziecięce zabawy
Zdjęcie na okładce: Shutterstock, Midjourney
Copyright © 2019, 2026 Tomasz Mróz i Saga Egmont
Wszystkie prawa zastrzeżone
ISBN: 9788727328188
1. Wydanie w formie e-booka
Format: EPUB 3.0
Żadna część niniejszej publikacji nie może być powielana, przechowywana w systemie wyszukiwania danych lub przekazywana w jakiejkolwiek formie lub w jakikolwiek sposób bez uprzedniej pisemnej zgody wydawcy, ani rozpowszechniana w jakiejkolwiek formie oprawy lub z okładką inną niż ta, z którą została opublikowana i bez nałożenia podobnego warunku na kolejnego nabywcę. Zabrania się eksploracji tekstu i danych (TDM) niniejszej publikacji, w tym eksploracji w celu szkolenia technologii AI, bez uprzedniej pisemnej zgody wydawcy.
www.sagaegmont.com
Saga jest częścią Grupy Egmont. Egmont to największa duńska grupa medialna, należąca do Fundacji Egmont, która każdego roku wspiera dzieci z trudnych środowisk kwotą prawie 55 milionów złotych.
Vognmagergade 11, 2, 1120 København K, Dania
– Razem!
Dwóch mężczyzn z wysiłkiem przesuwało skrzynkę po podłodze.
Poddawała się ich wysiłkom z oporem, wydając przeraźliwy, skrzypiący
odgłos podkutego dna trącego stalowymi wzmocnieniami o beton.
– Jeszcze trochę!
Skrzynia znowu przesunęła się o kilkadziesiąt centymetrów. Po kolejnych
dwóch zrywach uznali, że robota została wykonana. Prostopadłościenny
kształt w całości tkwił w czarnej czeluści. Oparli się o ścianę, odpoczywając
po wysiłku noszenia i przesuwania dość ciężkiego pojemnika. Jednak po
chwili, gdy tylko nieco uspokoili oddech, zerwali się i podbiegli do drzwi,
żeby sprawdzić, czy nikt nie był świadkiem ich manipulacji. Echo kroków
rozeszło się po betonowej konstrukcji i zgasło w zakurzonych załomach
ścian, nikogo nie napotykając. Poza nimi nie było tam żywej duszy. Jedynie
oni, ta skrzynia i setki metrów ciemnych korytarzy.
– Co teraz? Jak się umawiamy? – Jeden z nich wyciągnął papierosa,
zapalił, a chmurka dymu uniosła się nad jego głową.
– Z nikim się nie umawiam – odburknął jego towarzysz. – Ja tu dowodzę.
Masz czekać na informację.
Drugi rzucił papierosa na ziemię.
– Toś ty taki kolega? Tylko wtedy jestem dobry, kiedy mnie
potrzebujesz?! A jak załatwione, to stulić gębę i czekać? – Nie tak wcześniej
ustalili. Już on wytłumaczy ręcznie temu samozwańcowi, kto dowodzi, a kto
ma czekać na decyzje!
Zaatakowany nie był jednak zaskoczony reakcją wspólnika. Wsadził rękę
do kieszeni i wyszarpnął stamtąd mały czarny pistolet. Padł strzał. Idący na
niego osobnik zamarł w pół kroku, spojrzał zdziwiony na wylot lufy, potem
przeniósł wzrok na swoją pierś, gdzie zakwitła mała czerwona plama. Gdyby
ją szybko namoczyć w zimnej wodzie i potrzeć mydłem, to koszula byłaby
jeszcze do odratowania. Jednak pojawiła się również dziurka z brzydko
poszarpanymi brzegami. To pogarszało sprawę, z przodu będzie widać każde
zacerowanie. Niech to szlag! Najgorzej wyglądał człowiek pod materiałem.
Nagle pobladły, słaniał się przez chwilę na nogach, by w końcu opaść na
kolana i oprzeć głowę o brudną posadzkę. On jednak nie zważał na
zalegający kurz i śmieci. Ręka szukała chwilę czegoś na piersi, właśnie tam,
gdzie uszkodzili mu koszulę. Ruchy stawały się z sekundy na sekundę coraz
bardziej niemrawe, jakby ospałe. W końcu dał spokój. Przestał się martwić o
ubranie, o ustalenia z kolegami, o czyjąkolwiek obecność. Na zawsze przestał
się martwić o cokolwiek.
– Cholera!
Mężczyzna zamarł z jeszcze ciepłym narzędziem zbrodni w ręce. To, co
było ostatecznością, planem awaryjnym, niemal nieprawdopodobnym,
zrealizowało się w ułamku sekundy. Co teraz? Jak każdy mało
prawdopodobny scenariusz, tak i ten nie był dopracowany w szczegółach.
Człowiek rozglądnął się bezradnie, następnie westchnął i pochylił się nad
zastrzelonym. Żyje? To byłoby najgorsze rozwiązanie, gdyby żył i
potrzebował pomocy. A on miałby go wieźć do szpitala i tłumaczyć się z kuli
w ciele? Może jeszcze kogoś tu przyprowadzić? Nigdy. To akurat była
najpewniejsza i niepodlegająca wątpliwości część planu. Nikt niczego nie
może wiedzieć.
Po kilkunastu sekundach rysy twarzy stwardniały wraz z powziętym
postanowieniem. Do nory z tym truchłem! Pochylił się nad ciałem,
przystawił ucho do piersi, uważając, aby nie ubabrać się krwią. Potem
przyłożył dłoń do jego ust. Postrzelony nie oddychał. Trup. Uspokojony,
chwycił go pod ramiona i wciągnął bezwładne ciało w ślad za skrzynką.
Ciężko dysząc, wpychał zwłoki za drewniany kształt, który zajmował sporą
część malutkiego pomieszczenia. Na szczęście w betonowej wnęce zostało
jeszcze trochę miejsca, w sam raz na leżącego człowieka. Ułożył go na
wznak, poświecił latarką, sprawdzając, czy dobrze leży. Przez głowę
przebiegła mu myśl, denerwująca jak diabelski chichot, towarzyszący
ludziom przy ich upadkach i haniebnych momentach życia. Ktoś w jego
wnętrzu śmiał się z niego, z jego wzruszającej, ale i bardzo sztucznej troski o
wygody zamordowanego kolegi.
Nagle się wzdrygnął. Światło latarki musnęło twarz zamordowanego, a w
niej widoczne otwarte oczy. Wcześniej były zamknięte? Dałby sobie rękę
odciąć, że były zamknięte. Skonał, czy może jeszcze oddycha i wypatruje
litości resztką sił? Nie miał odwagi ponownie się upewnić. Wyskoczył jak
oparzony z wnęki, zatrzasnął właz, a potem zasunął przygotowaną zawczasu
gipsową płytę. Dość dobrze imitowała ścianę i na pierwszy rzut oka trudno
było się domyślić, że skrywa stalowe drzwiczki włazu do wnęki. Wszystko
udało mu się zamknąć w kilka sekund, wielokrotnie szybciej, niż
przewidywał wcześniej. To chyba stres zwielokrotnił jego siły. Gdyby tylko
dobrze znał losy tej skrzynki i zawartego w niej skarbu, nie byłby taki
pewien, że to jedynie sprzyjające okoliczności pchały go w kolejne
nieprzewidziane koleje tej historii, a pogrzebanie kogoś żywcem to tylko
część „kosztów”, które są niezbędnym elementem planu, gdy ktoś chce mieć
dla siebie złoto ukryte w skrzyni.
W dziewiętnastym wieku, w małej dolnośląskiej wiosce, zagubionej
wśród lasów i łąk, pojawił się pewnego dnia człowiek skupujący pobliskie
ziemie, zazwyczaj za bezcen. Jeżeli jakiś oporny chłop był przywiązany do
ojcowizny ponad ludzki i finansowy rozsądek, wtedy napotykał bandę
rosłych żołnierzy z dalekich krajów. Dobrze wyszkoleni, posłuszni jedynie
woli swojego pana, łatwo robili porządek z krnąbrnymi. Po kilkunastu
miesiącach targów i walk z miejscowymi posiadaczami gruntów zaczęły
powstawać zalążki największego w ówczesnej Europie koncernu górniczohutniczego. Nikt nigdy wcześniej nie bogacił się szybciej niż ten Niemiec,
rozwijający swój biznes na niespotykaną skalę i wprowadzający wręcz
wizjonerskie rozwiązania do ówczesnego przemysłu. W latach trzydziestych
dwudziestego wieku spadkobierca założyciela jeszcze bardziej rozwinął
zakłady, korzystając z osiągnięć ojca i wspaniałej koniunktury kreowanej
przez wzmożone zbrojenia nazistowskiej Trzeciej Rzeszy przed drugą wojną
światową. Tę prosperity ucięła przegrana dla Niemców wojna. Przed
wkroczeniem Armii Czerwonej na te tereny fabryki zostały ewakuowane, a
złoto rodowe ukryte w kopalnianej sztolni, którą bogacz zasypał za pomocą
materiałów wybuchowych. Plotka głosi, że on sam przy tym zginął. Jednak
pojawiły się również pogłoski, że cudem przeżył i od tego dnia oczekuje
możliwości odzyskania bajecznego skarbu. Odnośnie do samego majątku
rodziny niemieckiego fabrykanta – wielu ludzi upatrywało w niesamowitej
skali bogactwa i tempie jego zdobywania pomocy szatana, a samo złoto
uznawano za diabelski instrument podboju ludzkich dusz. Zarówno życiorysy
obu fabrykantów – ojca i syna – jak i los wielu innych ludzi z nimi
związanych świadczyły niezbicie o tym, że to bogactwo szczęścia nie daje i
dobrze się stało, że na wieki zniknęło pod ziemią.
Jedyną pozostałą na powierzchni resztką tego majątku była niewielka
skrzynka pełna złota, przeznaczona na zapłatę dla pomocników pracujących
przy chowaniu skarbu w sztolni. Jak wielu Niemców, tak i oni nie zdołali
przeżyć pierwszych dni władania Armii Czerwonej na tych terenach. Zginęli,
a złoto czekało na swojego znalazcę. Na takiego nie trzeba było czekać
długo.
Większość czerwonoarmistów zajmujących ziemie niemieckie miała
jeden podstawowy cel, który starała się zrealizować podczas wojny –
przeżyć, wzbogacić się i skorzystać z życia. Kończyło się to falą grabieży,
rozbojów i gwałtów, dokonywanych przez żołnierzy radzieckich i państw
sprzymierzonych, pijanych zdobycznymi trunkami, radością ze znalezionego
na zachodzie bogactwa i poczuciem bezkarności w podbitym kraju.
Skrzynka, pozostawiona w samochodzie porzuconym w bocznej uliczce
przykopalnianego osiedla, dostała się początkowo w ręce dwóch sołdatów,
oficerów niższego szczebla: mładszego komwzwoda Zajcewa i atdielnego
kamandira Husowa. Ci w pierwszym zapale postanowili wziąć dla siebie
tyle, ile byli w stanie schować w warunkach wojennych, a o pozostawionej
reszcie znaleziska zameldować swojemu przełożonemu, lejtnantowi
Karmininowi. Sądzili, że tym wybiegiem jednocześnie się wzbogacą i
pozostaną bezpiecznie lojalni wobec władzy. Karminin przyjął meldunek,
osobiście sprawdził zawartość znaleziska i pochwalił podwładnych za
wierność zasadom uczciwego czerwonoarmisty. Gdy tylko „uczciwi”
żołnierze odeszli, aby opić udaną akcję, podpisał rozkaz ujęcia ich z
oskarżeniem o zdradę i kolaborację. Rozkaz wypełniono tego samego dnia, a
następnego wykonano wyrok śmierci, również podpisany przez Karminina.
Wszystko zgodnie z naczelną zasadą Sowietów – „Śmierć szpiegom”, nieraz
wykorzystywaną do wewnętrznych porachunków w armii.
Powodem tych czynów była, rzecz jasna, chęć usunięcia świadków
wzbogacenia się jego samego. Skrzynia wylądowała w piwnicy jednego z
opuszczonych domów, przy rynku zajętego miasta, do której miał klucz
jedynie Karminin. Obcych szperaczy i szabrowników odstraszał napis
informujący, że jest to obiekt przeznaczony na potrzeby wojska i dodatkowo
zaminowany od piwnic po strych. Pomimo że logiczne się wydawało nie
zaminowywać własnych obiektów wojskowych, to napis działał skutecznie, a
szczególnie niepokornych intruzów odganiał postawiony strażnik. Rozkazy
dowództwa nie pozwoliły dzielnemu lejtnantowi na pozostanie w mieście i
organizację bezpiecznej drogi ewakuacji zdobyczy. Ruszył on na Berlin,
zostawiając na straży wiernego, ale i niezbyt rozgarniętego krasnoarmiejca
Waliszczewa. Waliszczew dzielnie pilnował domu, pokazując braciom z
Armii Czerwonej papiery z rozkazami od Karminina, a do wszystkich
pozostałych strzelając bez uprzedzenia.
Jednak w kilka tygodni po przejściu frontu zmienił się typ
funkcjonariuszy myszkujących po zajętych terenach. Formacje typowo
bojowe, wlokące się za nimi tabory oraz bandy maruderów oddaliły się na
zachód, natomiast podbite tereny zaczęło kolonizować NKWD. Typowy
funkcjonariusz wszechwładnej służby bezpieczeństwa Związku Radzieckiego
był elitą intelektualną radzieckiej armii, o kilka klas przewyższając
przeciętnego żołnierza w umiejętnościach logicznego rozumowania i sprytu.
Natomiast Waliszczewa o kilkanaście, a o ile ten nie był właśnie upojony do
nieprzytomności samogonem, wtedy różnica intelektualna jeszcze się
powiększała. Dlatego nic dziwnego, że w niedługim czasie skrzynia wpadła
w ręce komendanta miasta – Kozłowa, a Waliszczew został rozstrzelany za
zdradę i kolaborację. Również za Karmininem wysłano rozkaz ujęcia z
oskarżeniem o zdradę i kolaborację, jednak dzielny lejtnant zginął już wtedy
na przedmieściach Berlina, nie doczekawszy realizacji jakiegokolwiek ze
swoich planów związanych ze złotem.
Gdy tylko Kozłow dobrał się do skarbu, przetransportował go do jednego
z budynków warsztatowych na terenie zniszczonej kopalni. Ludzie biorący
udział w transporcie byli następnie przenoszeni pojedynczo do innych
oddziałów i w miejsca służby oddalone o setki lub tysiące kilometrów. W ten
sposób inteligentny Kozłow pozbywał się dyskretnie, ale i bez przemocy
świadków, którzy mogliby mu zaszkodzić plotkami oraz kojarzeniem
niewygodnych faktów. W kilka tygodni od otrzymania funkcji komendanta
miasta pozostał jedynym człowiekiem w mieście, który miał klucz do
solidnych drzwi warsztatu i pojęcie, co się za nimi znajduje.
Tak oto diabelskie złoto zbierało kolejne ofiary. Nie trzeba było daru
jasnowidzenia, żeby twierdzić, że i dla Kozłowa przygoda ze skrzynią nie
skończy się dobrze. Wykreowany przez Stalina radziecki system kontroli
wewnętrznej żądał coraz to nowych podejrzanych o zdradę, a wraz z
zakończeniem działań wojennych i falą powracających do ojczyzny żołnierzy
wzmożono poszukiwania zdrajców we własnych szeregach. Pod koniec lat
czterdziestych Kozłow dostał nominację na wyższe stanowisko i rozkaz
bezzwłocznego powrotu do Moskwy. Zorganizował to tak, żeby zebrany w
kilka lat majątek po wojnie wrócił razem z nim. A jednym z ważniejszych
punktów była skrzynia. Opisana ostrzeżeniami, jako niebezpieczny odpad
medyczny, rozpoczęła swą drogę do Związku Radzieckiego na rampie
kolejowej jednostki wojskowej, czekając na rozkaz od Kozłowa z nowego
stanowiska w Moskwie. Niestety, wezwanie nie nadeszło. Kozłow został po
powrocie aresztowany pod zarzutem zdrady i kolaboracji z wrogami Związku
Radzieckiego, a po krótkim i bolesnym śledztwie zesłany do łagru na
północy imperium, gdzie umarł w 1952 roku z głodu i wyczerpania.
Skrzynka, nie doczekawszy się rozkazu wyjazdu, została ponownie
ulokowana w magazynie jednostki wojskowej i przez kilkanaście lat była
skrzętnie omijana przez wszystkich, którzy odczytali odstraszający opis jej
zawartości. Do czasu…
W roku 1967 dwóch polskich pracowników technicznych, robiących
przegląd instalacji elektrycznej magazynu, odkryło przypadkowo jej
zawartość. Okazało się, że nikt w jednostce wojskowej nie ma pojęcia, co się
w niej znajduje, ani skąd się tam wzięła. Po prostu stała przez tyle lat, że
zdążyło do niej przywyknąć już kilka pokoleń strażników i magazynierów z
ciągle wymienianej obsady obiektu wojskowego. Elektrycy wzmocnili
kamuflaż złota, podrzucając na wierzch otwartej skrzyni trochę złomu i
pudełek z kolejnymi napisami ostrzegającymi przed szperaniem, tak aby nikt
nie domyślił się prawdziwej zawartości. Następnie, przekupiwszy
wojskowych magazynierów kilkoma butelkami wódki, wywieźli zdobycz do
opuszczonych budynków zniszczonej kopalni, które nie były zajęte przez
Armię Czerwoną, a jedynym ich przeznaczeniem w owych czasach było
dawanie fantastycznego miejsca do zabawy chłopakom z pobliskiego osiedla.
Czasem służyły one również jako schronienie dla meneli w zimowe dni lub
jako azyl zdesperowanych w swoich żądzach kochanków, nieposiadających
pomysłu lub środków finansowych na bardziej romantyczne okoliczności
zbliżeń intymnych. Budynki te były solidne, ale i bardzo zniszczone przez
dwadzieścia powojennych lat władzy ludowej nad pozostałościami
świetności przemysłowej tego regionu. Posiadały również rozległe piwnice.
Wszędzie walały się tam rozbite butelki po winie i wódce, śmieci, kawały
gruzu oraz odchody zwierzęce i ludzkie.
W takim niezbyt zachęcającym do przebywania miejscu dwaj mężczyźni
postanowili w piwnicznej komórce przechować złoto, do momentu aż będą
mogli z niego zacząć bezpiecznie korzystać. Po sprzeczce o to, kto jest
ważniejszy w tym duecie, jeden z nich porzucił marzenia o bogactwie na
rzecz wiecznego snu w ciemnej jamie. Natomiast drugi zbierał się do wyjścia
i modlił, żeby nikt go tu teraz nie przyłapał. Nie miałby już gdzie schować
kolejnego ciała. Zgodnie ze swoją diabelską naturą złoto pochłonęło kolejne
ludzkie istnienie.
Tak jak często sprawdza się przed wyjściem z domu, czy woda w kranie
albo gazowy płomień pod garnkiem z zupą są zakręcone, tak i w tym
przypadku człowiek obchodził to brudne pomieszczenie, upewniając się, że
żaden, nawet najmniejszy ślad nie wskazuje na miejsce ukrycia skrzyni i ciała
kompana. Rozrzucił pod zasuniętą płytą trochę kamieni i rozkruszonego
szkła, którego pełno tu zalegało po kątach, poruszył nogą kurz na podłodze,
tak żeby smugi ułożyły się chaotycznie w różnych kierunkach i nie było
śladu przesuwania ciężaru. Po kilku minutach pracy uznał, że pomieszczenie
jest dostatecznie przygotowane, by udawać, że nic w nim nie ma. Odetchnął
głęboko, być może z ulgą, że akcja się udała. Jednak twarz nadal wyrażała
napięcie. Po głowie kołatała się myśl, że jest mordercą, nic tego już nie
zmieni i żadne skarby nie odkupią śmiertelnej winy. Wiecznego piętna.
Zacisnął usta, jakby zastanawiając się, co teraz począć. Może walczył z
własnym sumieniem, podpowiadającym słabnącym z minuty na minutę
głosem alternatywne rozwiązania dla zaistniałej sytuacji? W końcu machnął
ręką i skierował się do wyjścia.
Wtedy to usłyszał. Słabe, nierytmiczne, ale wyraźne uderzenia o stalowe
drzwi. Płyta tłumiła odgłosy, ale on był blisko, słyszał je dokładnie. I do tego
jęk. Jeszcze cichszy od odgłosu pięści uderzającej o metal, ale dostatecznie
słyszalny w tle. Nerwowo przełknął ślinę. Co teraz? Przecież nie miał
majaków. Tamten jednak żył… To było jak znak, dana przez Boga szansa,
aby zejść z drogi, która skazywała bliźniego na śmierć. Pozbyć się
brzemienia. Jednak od momentu szybkiej jak błysk światła chwili, kiedy
podjął decyzję o naciśnięciu spustu, stał się innym człowiekiem, a właściwie
wyzbył się ludzkich emocji i odruchów. I teraz krok po kroku zagłębiał się w
ten stan. Odsuwać płytę? Otworzyć pancerne drzwi? Spojrzeć niedoszłej
ofierze w oczy? A przede wszystkim stracić złoto lub podzielić się nim?
Nigdy! Po co zmieniać dobre plany prowadzące wprost do bogactwa i
lepszego życia? Z taką raną postrzałową nikt nie przeżyje. Nie myślał na
razie o tym, jak się tam z powrotem dostanie, jak wytrzyma widok i zapach
ciała osoby, którą właśnie skazuje na śmierć w długich męczarniach. Już nie
impulsywnie, nie w obronie własnej lub w przebłysku paniki, lecz na chłodno
i metodycznie. Szaleństwo zapłonęło w jego oczach spokojnym, ciągłym
ogniem. Nie zrezygnuje z tej wielkiej szansy od życia! Jednak teraz trzeba
dopilnować, żeby nic niespodziewanego się nie wydarzyło, żeby nikt
nieproszony się tu nie pojawił. Znowu uderzenia i jęk, przechodzący powoli
w bolesną skargę na cierpienie i niesprawiedliwość tego świata. Trzeba to
wytrzymać. Chcesz być bogaty? Chcesz być wolny? Wytrzymaj tę godzinę,
może dwie, kiedy ranny kolega na krawędzi życia błaga cię o pomoc. To
idealny trening dla życiowego twardziela, który nie lituje się nad ofiarami
prawa silniejszego kosztem słabszego. Nie ugnie się.
Po kilkudziesięciu minutach odgłosy zamilkły. Szansa powrotu z drogi
zbrodni została zmarnowana. Odczekał kolejnych dwadzieścia minut dla
upewnienia się, że nic się już nie wydarzy. Ponownie obszedł pomieszczenie,
nawet zaglądnął za płytę, tak jakby słabe uderzenia umierającego człowieka
mogły naruszyć warstwę stali. Jednak to, co obiektywnie oczywiste, było dla
jego rozkołysanej świadomości w tym momencie bardzo niepewne.
Wszystko trzeba sprawdzać, wszystko odsuwać od siebie lub niszczyć tak,
aby nic nie zagroziło realizacji planu. Uspokojony, obrócił się ku wyjściu.
Wtedy wyczuł, że ktoś jeszcze był w budynku. Nic nie zobaczył i nie
usłyszał, jednak sygnał przeszywający jego trzewia był jasny i przerażający –
nie był sam i być może ktoś go widział.
Wbiegł w piwniczny korytarz. O ile pomieszczenie z wnęką oświetlał
malutki świetlik pod sufitem, tak tam czerń mieszała się z szarością jedynie
dzięki dwóm okienkom na krańcach. Nikogo nie dostrzegł. Może to było
tylko złudzenie? Nerwy, napięte jak postronki, nie wytrzymały tej próby?
Nie, był pewien, że usłyszał stuknięcie. Tym razem wyraźne, dobiegające od
strony schodów na lewym końcu piwnicznego korytarza. Rzucił jeszcze raz
okiem na „kryptę” ze skarbem i zwłokami wspólnika. Następnie, unikając
hałasu, ostrożnymi ruchami zaczął się przesuwać ku schodom wyjściowym.
Dopadł rogu i gwałtownie zza niego wyskoczył. Pustka. Szare betonowe
schody trwały w niezmąconej ciszy.
„Jeden mały problem i już nerwy siadają? Co będzie dalej, jak się tak
spalasz już na samym początku?” – strofował się w myślach.
Oddychał szybko, urywanym rytmem zmęczonych płuc. Potem krok za
krokiem wspiął się na parter. Tu wpadało więcej światła. Wszechobecny
brud, kurz i śmieci były dużo lepiej widoczne w słonecznych refleksach
wpadających przez otwory okienne z powybijanymi szybami. Stanął
zdezorientowany. Tam również nikogo nie było. Dopadł do najbliższego
okna, skąd widać było wyjście z budynku. Przez gęste zarośla, okalające
alejkę dochodzącą do bramy głównej budynku, przedzierało się kilka postaci.
Nie można było rozpoznać dokładnie sylwetek, ale ich wzrost i zwinny
sposób poruszania się sugerowały, że to nie są osoby dorosłe. Dzieci?
Mężczyzna zaklął. Przez chwilę rozważał poziom niebezpieczeństwa
dekonspiracji, w końcu rzucił się w pogoń. Jednak ta chwila niepewności,
braku zdecydowania zaważyła na losach pościgu. Kołyszące się zarośla już
zastygły, poruszane jedynie od czasu do czasu monotonnymi podmuchami
wiatru. Brnął przez chaszcze w kierunku ulicy, był wolniejszy niż tamci i
prawdopodobieństwo dogonienia intruzów malało z każdą sekundą. Już
wcale nie było pewne, czy uciekli właśnie w tę stronę, w którą on teraz
zmierzał.
Droga za pasem zieleni się rozwidlała, można było wejść na kopalniany
teren, najbliżej dawnego biurowca, ale również przedostać się przez bramę
towarową, oddaloną o kilkadziesiąt metrów. Oprócz tych dwóch głównych
możliwości istniało w tym terenie dziesiątki innych dróg ucieczki. Wydostał
się z zarośniętej alejki, dysząc z wysiłku i emocji, wypadł na ulicę
przylegającą do terenów byłej kopalni. Patrząc w lewo, zauważył czterech
chłopaków odjeżdżających co sił w nogach na rowerach. Nie miał szans ich
dogonić. Zaklął pod nosem i już miał zawrócić w stronę budynku, kiedy
zauważył, że nadchodził jakiś inny chłopiec, który minął tamtych i skierował
się w jego stronę. Mężczyzna zastygł, zastanawiając się, jak może to
wykorzystać. Chłopczyk był coraz bliżej. Brązowe spodnie zaprasowane w
kancik, koszula w kratkę, włosy zaczesane do tyłu. Typowy dobry uczeń
wracający ze szkoły.
– Dzień dobry – uprzejmie ukłonił się mężczyźnie, mijając go.
Tamten odpowiedział skinieniem głowy. Zaraz jednak się odezwał:
– Poczekaj, chłopcze. – Miał nadzieję, że jego głos jest odpowiednio miły
i nie zdradza zdenerwowania.
– Tak, proszę pana? – Chłopiec zatrzymał się i spojrzał wyczekująco.
– Tutaj przejeżdżało przed chwilą kilku… czterech chłopców. Chyba się
minęliście. Pomogli mi przenieść ciężki pakunek i zanim się zorientowałem,
odjechali. Bardzo chciałbym im podziękować i dać po piątaku za fatygę. Ty,
oczywiście, też dostaniesz. – Człowiek wetknął rękę do kieszeni, w której
jednak natknął się tylko na rewolwer. W panice wyrwał dłoń, jakby
metalowy kształt go parzył. Poszperał w drugiej kieszeni i w końcu wyjął
monetę. – Widziałeś ich, znasz ich może?
Wyciągnięta ręka drżała jak gałązka osiki. Chłopiec popatrzył na monetę,
potem na twarz nieznajomego. Zmarszczył brwi. Widać było, że się nad
czymś zastanawia. Coś mu nie pasowało w tej sytuacji. Może ten słodkofałszywy ton głosu? Może brak jakiegokolwiek pakunku, samochodu albo
czegokolwiek leżącego na ulicy, co potwierdzałoby wersję o pomocy i
pominiętych w pośpiechu podziękowaniach? Jednak najbardziej
prawdopodobne było, że wydarzenia ostatnich godzin – strzał do kolegi,
długie wsłuchiwanie się w jęki i drapanie konającego człowieka w stalowe
drzwi, powolne przeistaczanie się sprawcy w istotę owładniętą żądzą
bogactwa, nawet za cenę życia kolegi – że to wszystko było wypisane na
twarzy osoby ofiarującej właśnie pieniądze za informację. Może jego
wstrętna natura widoczna była dla każdego napotkanego na ulicy
przechodnia?
Trudno było wywnioskować z twarzy ucznia, co myślał o tym spotkaniu.
W końcu jednak chłopak wyciągnął rękę, szybkim ruchem porwał podaną
monetę, uśmiechnął się i odpowiedział swobodnym tonem:
– Pewnie, że ich znam. Chodzą do mojej szkoły.
– Świetnie, powiesz mi, jak się nazywają?
– Nie ma sprawy. Chłopaki się ucieszą, że zarobią po piątaku.
Komisarz Przytuła klął i sapał gniewnie, czytając pismo po raz kolejny.
– Rany Julek, rany Julek… – zawodził smętnie pod nosem. – Kiedy to
minęło? Przecież dopiero co zdałem ostatni?
Rzucił się do szuflady i zaczął wertować jakieś papiery. Po
kilkudziesięciu sekundach znalazł stary kalendarz i kartkując, doszedł do
szukanej daty.
– Rzeczywiście – mruknął zgaszonym głosem. – To już czas! Cóż, znowu
trzeba będzie to przejść. Każdy ma swoją życiową Golgotę.
Wsadził kartkę do koperty i wsunął do szuflady.
– Też pan to dostał, komisarzu? – Posterunkowy Mierczak czytał właśnie
swoje zawiadomienie.
– Owszem, dostałem – potwierdził Przytuła grobowym głosem.
– Super! Mam nadzieję, że i tym razem padnie jakiś rekord. Na kopertce
nie mam szans, tam młodsi wymiatają, ale na dłuższych dystansach… Kto
wie, kto wie? Trochę się ostatnio trenowało.
Mierczak najwyraźniej był nastawiony entuzjastycznie do wezwania.
Zerwał się od biurka i podbiegł do kalendarza. Czerwonym markerem
otoczył datę. Grubą strzałką pociągnął od zaznaczonej liczby do białego
marginesu i wielkimi jak byk literami napisał to straszne słowo: EGZAMIN.
Przytuła westchnął, widząc, że będzie przez cały miesiąc oglądać czerwone
memento, które jak chmura gradowa zawisło nad jego miłą egzystencją.
Test sprawności fizycznej, bo tak brzmiała oficjalna nazwa tego
wydarzenia, był czymś w rodzaju plagi, która nieuchronnie nawiedzała jego
życie w regularnych odstępach. Przechodził już przez to wielokrotnie i
równie wiele razy obiecywał sobie, że się w końcu za siebie weźmie. Ustalał
w głowie plan treningów, dietę, cele krótkookresowe i cel ostateczny –
zdanie egzaminu bez łapówek, przymykania oka przez członków komisji,
uruchamiania koneksji w komendzie wojewódzkiej i desperackiego
powoływania się na wieloletnią nienaganną służbę. Wszystko na nic. Plan był
realizowany przez tydzień lub dwa, potem coś mu zazwyczaj strzyknęło w
krzyżu albo zajmował się kolejną stresującą sprawą, gdzie niezbędnym
składnikiem pracy śledczej była konsumpcja piwa, drożdżówek i wysypianie
się do południa. Innymi słowy, okresowy egzamin sprawnościowy zastał go
jak zwykle nieprzygotowanego fizycznie i psychicznie, zaskoczonego
upływem czasu, jak również zgubnym wpływem złego odżywiania i braku
ruchu na organizm.
– Zakres chyba się nie zmienił. Biegi, brzuszki z ciężarkiem, skoki przez
skrzynię… – Mierczak wyliczał z pamięci kolejne stacje Przytułowej drogi
krzyżowej.
Komisarz wszystko pamiętał, jakby to było wczoraj. Wyniszczający
płuca bieg i jego ukończenie jako zdublowany przez wszystkich wrak
człowieka. Niemożność podniesienia obciążonego tułowia do pełnego siadu.
No i ten skok przez skrzynię… Jakiś dowcipniś sfilmował telefonem
komórkowym Przytułę bezskutecznie usiłującego sforsować drewnianą
przeszkodę, a dzień później cały świat mógł sobie oglądnąć na YouTubie
materiał o tajemniczo brzmiącym tytule „Podskakujący pulpet z polskiej
policji”. Dobrze, że opublikowano go z zamazaną twarzą, ale wtajemniczeni i
tak wiedzieli, o kogo chodzi. A teraz znowu to wróciło, trzeba będzie
ponownie przeżyć ten koszmar, jakoś to załatwić, wykosztować się.
– Co?! Test sprawnościowy? Znowu? – Aspirant Wruszkowski, zwany
Wróżką, wrócił z długiej kawowej przerwy i właśnie otworzył swoje
wezwanie. Nie wyglądał na zadowolonego i był to jedyny jasny punkt w tej
ponurej historii – inni też nie mają lekko.
Zadzwonił telefon, Przytuła podniósł słuchawkę. Po chwili wstał i
poszedł w kierunku drzwi, mrucząc pod nosem:
– Atrakcja goni atrakcję. Niech to szlag! A coś mi rano mówiło, żeby dziś
zachorować i pójść na L4.
Po wyjściu komisarza Wróżka mrugnął porozumiewawczo do Mierczaka
i syknął kpiącym tonem:
– Stary go wzywa. Poznałem po minie Przytuły. Pewnie znowu jakaś
kontrola się szykuje i tamten jedzie w pilną delegację.
Rzeczywiście dzwonił komendant, który wezwał komisarza, żeby go
powiadomić o nagłym wyjeździe w niecierpiących zwłoki sprawach
służbowych. To była sprawdzona metoda pana komendanta przy
rozwiązywaniu trudnych problemów jednostki. Był on wieloletnim
funkcjonariuszem komendy wojewódzkiej, który z niewiadomych dla swoich
podwładnych przyczyn został przeniesiony na szczebel powiatu. Czyli
mówiąc wprost – zdegradowany. Tu w godzinach pracy zajmował się przede
wszystkim lekturą prasy z rozbieranymi paniami oraz dbałością o to, aby
podległy mu obiekt nigdy nie został wspomniany w jakimkolwiek
negatywnym raporcie na wyższym szczeblu. W przypadkach kontroli,
wizytacji i audytów ulubionym stylem przywództwa pana komendanta była
ucieczka na nieodwoływalny, planowy urlop lub w pilną delegację. A
sygnały miał zawsze wcześniej, jako że komendant wojewódzki był jego
kolegą z czasów szkolnych. Tak było i tym razem.
Przytuła, stojąc przed jego obliczem, musiał przebrnąć przez
kilkuminutowe wyjaśnienia celu delegacji swojego szefa, gdzie pryncypał z
emfazą podkreślał swój żal, że musi ich opuścić na ten krótki czas. Potem
przeszli do głębokich pokładów troski o losy komendy podczas absencji ojca
tutejszej braci policyjnej. Po żalu i trosce komendant przystąpił do działań
motywująco-zachęcających, chwaląc Przytułę jako odpowiednią osobę do
krótkotrwałych epizodów zarządzania pracą zespołu bez nadzoru instancji
wyższej. W końcu doszli do sedna.
– Są dwie sprawy do załatwienia, które muszę wam przekazać. Po
pierwsze, zostałem zaproszony na uroczystą kolację u pana Bratkiewicza. To
biznesmen, inwestuje w okoliczne nieruchomości. Z powodu tej… hm…
niespodziewanej nieobecności muszę was poprosić o reprezentowanie u
niego tutejszej policji. – Ton wyraźnie wskazywał, że komendant żałuje
utraconej okazji do zbudowania kolejnych relacji na linii biznes–
administracja państwowa, jednak nie mógł być jednocześnie w mieście i w
delegacji, przynajmniej oficjalnie.
Komisarz potwierdził, że chętnie będzie reprezentować tutejszą policję na
wszelkich wystawnych przyjęciach organizowanych pod nieobecność
wyższych rangą. Mina szefa mówiła wyraźnie, że ma on pewne wątpliwości
co do jakości działań Przytuły na polu polityki oraz dyplomacji, ale nie ma
lepszego kandydata na swojego delegata na tej imprezie. Po chwili przeszedł
do sprawy, która tak naprawdę wygnała go w ważną delegację.
– Jest jeszcze jedna, drobna informacja – zaczął najdelikatniej jak umiał.
Komisarz nastawił swoje uszy na najwyższą czułość. Za długo zajmował
się kontaktami z ludźmi, żeby nie wyczuć w głosie szefa, że ta „drobna
informacja” jest kołem zamachowym całej paniki wyjazdowej. Domyślał się,
że zaraz dowie się czegoś nieprzyjemnego. – Ma do nas przyjechać pani
trener psycholog ze szkoleniem antymap… antymop… no, tym, żeby nie
straszyć i nie macać innych w miejscu pracy.
Zapadła cisza. Nie macać i nie straszyć innych? Zwariował? Po chwili
nadeszło jednak olśnienie.
– Szkolenie antymobbingowe? – zasugerował Przytuła.
Po minie komendanta poznał, że chodzi właśnie o to. Po tej samej minie
poznał również, że nie powinien w obecności przełożonego popisywać się
znajomością trudnych wyrazów.
Komendant obiecał, że zaraz prześle mejlem informacje o raucie i o
szkoleniu. Audiencja została zakończona i Przytuła został odprawiony lekkim
ruchem dłoni. Po kilku sekundach schodził wolno po schodach, czując się
bardzo nieszczęśliwy oraz pozostawiony sam na sam z nadchodzącymi
problemami. Poranny spokój był już tylko mglistym, mało realnym
wspomnieniem. Dodatkowo przypomniał mu się czerwony napis w
kalendarzu i film z ostatniego testu, z podskakującym grubasem w roli
głównej. Powoli ogarniała go panika. Cholera, od tego czasu chyba jeszcze
trochę utył i sflaczał.
Wszedł do swojego pokoju, głośno stękając, usiadł za biurkiem, potoczył
ciężkim spojrzeniem po współpracownikach i pomyślał, że dużo by dał, aby
było już po wszystkim. Tymczasem Mierczak z wypiekami na twarzy
porównywał wyniki biegów z ostatniego sprawdzianu ze swoimi aktualnymi
osiągnięciami. Twarz wyrażała spore nadzieje na sukces i kolejne rekordy.
Kukułka z zegara ogłosiła południe. Zaczynał się czyściec za wszystkie
grzechy Przytułowego życia.
– Panie komisarzu, panie komisarzu! – Mierczak biegł przez podwórko
przed komendą za oddalającym się Przytułą.
Ten odwrócił się, w oczach mignął błysk wściekłości na natrętnego
podwładnego, który nie uszanował złego samopoczucia chwilowego zastępcy
komendanta. Było ledwie po południu, ale Przytuła wyszedł, a raczej chciał
wyjść dziś wcześniej z pracy. Złe wiadomości na tyle nadwyrężyły jego
psychikę, że dla odzyskania równowagi wewnętrznej postanowił poddać się
odpowiedniej kuracji. A ostatnie, czego w tej chwili pragnął, to goniący go
Mierczak z kolejnymi sprawami służbowymi. Przyspieszył kroku, nie
zamierzając wcale ułatwiać zadania posterunkowemu. Mierczak dopiero co
chwalił się swoimi osiągnięciami w biegach długich i przełajowych, więc
niech się wykaże. Komisarz miał nawet cień nadziei, że go zgubi. Daremnie.
– Panie komisarzu, panie komisarzu! – Nawet nie był za bardzo
zdyszany, kiedy go dopadł. Rzeczywiście miał chłop kondycję. –
Morderstwo! Zgłoszono morderstwo.
– No i co z tego? – naburmuszył się komisarz. – Chyba mnie nie
podejrzewacie?
– Nie, oczywiście, że nie – zdziwił się Mierczak. – Musimy jechać,
techniczni już tam są. Potrzeba…
– Nie uczcie mnie co trzeba! Dobrze? Niech Wróżka jedzie –
zadecydował tymczasowy zastępca komendanta.
– Już poszedł do domu – doniósł na kolegę posterunkowy służbista. – Jak
tylko pan wyszedł, on również. Myk, myk, i tyle go widzieli.
Tak. To było dokładnie w stylu Wróżki. Leń i dekownik, który jedyne, co
umie zrobić porządnie, to ewakuacja z miejsca pracy w kilkanaście sekund.
W tym był naprawdę dobry, może nawet najlepszy na świecie.
Przytuła zamachał rękoma, jakby się oganiał od natrętnej muchy. Twarz
spurpurowiała mu ze złości.
– Jak tylko się was spuści z oka, natychmiast cała robota staje. To nie do
wytrzymania. Gdzie wasza motywacja i zaangażowanie?! Ja też jestem tylko
człowiekiem, ja też bywam zmęczony, ja też mam prawo do zniechęcenia i
dołka psychicznego! – wrzeszczał Przytuła, kierując się z powrotem do
budynku.
Mierczak potakiwał i chrząkał potwierdzająco. Jednak znał komisarza i
wiedział, że ten zaraz się zajmie pracą, a może nawet go pochwali za
inicjatywę. Znał również aspiranta Wróżkę i wiedział, że w przypadku
tamtego nawet przykucie do stanowiska roboczego nie dałoby żadnego
efektu. Po prostu nie każdemu Bozia dała motywację i chęć do pracy, a
wyroki boskie należy szanować.
Przytuła, nadal wrzeszcząc, przechodził przez pokój dyżurnego. Petenci,
stojący w kolejce do pełniącego tę funkcję grubego Edka, odwrócili na
chwilę głowy, obserwując przemarsz zdenerwowanego policjanta. Po chwili
wyjąca atrakcja dnia zniknęła za ścianą, a Edek powrócił do swojej żmudnej i
monotonnej pracy przyjmowania informacji od ludzi poszkodowanych przez
świat przestępczy w ich powiecie.
Kilka minut później jechali już obaj na miejsce zdarzenia. Zwłoki
mężczyzny znaleziono w jego własnym mieszkaniu. Niestety stało się to
dopiero po wielu dniach nieobecności denata w pracy i ciało było w złym
stanie. Trupi smród wypełniał wszystkie kąty. Na szczęście techniczni już
trochę wywietrzyli lokal i funkcjonariusze mogli oglądać wszystko bez
obawy, że zaraz zwrócą obiad na podłogę. Jedynie sanitariusz ekipy
pogotowia nie miał takiego doświadczenia w obcowaniu z ofiarami zbrodni i
właśnie rzygał do zlewu, kiedy Przytuła i Mierczak wkroczyli do mieszkania.
Powitał ich tam stary znajomy – dzielnicowy Dobrowolski. Przytuła wzniósł
oczy ku niebu, tak jakby chciał w gniewnym szale powiedzieć Opatrzności,
co myśli o ponownym postawieniu na jego drodze tego funkcjonariusza, w
dodatku w tak złym dniu, jak dzisiejszy. Pracował już z Dobrowolskim i za
każdym razem okazywało się, że wspólne działania były niemal niemożliwe
ze względu na różnice charakterów. Po sekundzie się jednak opanował i z
nieudolnie udawaną sympatią zagadnął dzielnicowego:
– Co tam, panie Dobrowolski? Zabójstewko czy inksza inkszość?
– Melduję, panie komisarzu, że ofiara to Krzysztof Boruta. Ósma
trzydzieści siedem dostaliśmy zgłoszenie od kierownika zakładu, gdzie
pracował zamordowany. Powiedział on, że pracownik zaginął kilka dni
wcześniej i nie odpowiada na telefony ani nie otwiera drzwi. Zapisaliśmy je o
ósmej trzydzieści osiem i zgodnie z procedurą rozpoczęliśmy o ósmej
czterdzieści jeden przeglądanie zgłoszeń o niezidentyfikowanych ciałach i
ofiarach wypadków, a o ósmej pięćdziesiąt trzy…
– Omijaj pan te dokładne godziny, z łaski swojej. – Przytuła pragnął
przyspieszyć tok opowieści Dobrowolskiego.
Policjant mówił drżącym ze zdenerwowania głosem. Domyślał się, że
swoim zachowaniem i stylem bycia bezwiednie denerwuje znanego w
mieście komisarza. Po udzielonej reprymendzie zaczerwienił się po czubki
uszu, a następnie powrócił do tematu. Głos trząsł się mu jeszcze bardziej.
Przebieg zdarzeń wyglądał tak: Dobrowolski podczas obchodu postanowił tu
zajrzeć i popytać ludzi z sąsiedztwa o zaginionego. Ci nie wiedzieli nic o
losach swojego sąsiada, Krzysztofa Boruty. Ale poskarżyli się na ohydny
smród wydobywający się gdzieś z okolicy jego mieszkania. Dobrowolski
znalazł już kilka ciał w swojej kilkunastoletniej karierze dzielnicowego, więc
zaniepokojony doniesieniami, postanowił wyważyć drzwi. Tak znaleźli
zwłoki. Przytuła musiał przyznać, że Dobrowolski nieco się otrzaskał od
ostatniego spotkania, kiedy komisarz wyrobił sobie złe zdanie na jego temat.
Mówił składnie, bez dziwnych wtrąceń i niepotrzebnych słów, nie jąkał się i
nie powtarzał w kółko tych samych zdań, jak za ostatnim razem. A z opisu
sytuacji wynikało, że podjął słuszną inicjatywę wyłamania drzwi i jest
znalazcą ciała ofiary.
– Dziękuję. – Przytuła odwrócił się do lekarza zapinającego zamek worka
ze zwłokami. – Panie doktorze, jakieś spostrzeżenia?
– Trochę za wcześnie na wnioski. Wygląda jak zakłuty nożem –
odpowiedział lekarz, pakując swoje rzeczy do torby.
Sanitariusze wynosili zwłoki, jeden z nich ponownie walczył z
nudnościami.
„Boże, jakie to prozaiczne – pomyślał Przytuła. – Jak zwykle, popił z
kolegą, pokłócili się, a ten w pijackim szale zakłuł go nożem. Pewnie teraz
zabójca wyjechał do Ciechocinka i będzie udawał, że jest na wczasach i go tu
nie było od kilku tygodni. A członkowie rodziny trzęsącym się głosem
potwierdzą to lipne alibi, bo jak można skazać człowieka na więzienie za
kilka chwil braku kontroli nad samym sobą. Przecież to taki dobry mąż i
ojciec, tylko czasem lubi się zabawić”.
Nie mieszkali w dużym mieście i ciekawe sprawy kryminalne się tu nie
zdarzały. Burdy na weselach, kradzieże, bijatyki to było na porządku
dziennym, ale zabójstwo było rzadkością w tej spokojnej okolicy. Natomiast
jakieś nietypowe morderstwo, na przykład z udziałem seryjnego zabójcy lub
ze skomplikowanym tłem psychologicznym, za czasów pracy Przytuły
wydarzyło się raz, na początku jego kariery w miejscowej komendzie. Po
chwili przypomniał sobie, że było jeszcze jedno nietypowe śledztwo, w
latach sześćdziesiątych zeszłego wieku. Znane jako „sprawa „Wampira” z
Kopalni”. Pamiętał z czasów dzieciństwa rozmowy rodziców i sąsiadów na
ten temat. Do dziś krążyły legendy i mrożące krew w żyłach opowieści
