Miasto umarłych - Sebastian Reńca - ebook + książka

Miasto umarłych ebook

Sebastian Reńca

4,0

Opis

Gliwicka nekropolia od lat gości nie tylko zmarłych. Tajemniczy mężczyzna znany wszystkim jedynie jako Łazarz uczynił z niej swój dom. Kim jest: nędzarzem czy zapomnianym filozofem, żebrakiem czy złamanym przez wojnę bohaterem? Jaki mroczny sekret skrywa jego życiorys? Co sprawiło, że zamieszkał w mieście umarłych?

Miasto umarłych to książka o zwykłych ludziach, którzy − wtłoczeni w młyn wojny, okupacji i powojennego terroru − chcą, na przekór wszystkim i wszystkiemu, normalnie żyć. Autor łączy realizm w opisie ponurej codzienności lat czterdziestych z mistycyzmem i tajemnicą. Przedstawia losy bohaterów, które nikogo nie pozostawią obojętnym.

Kto kieruje ludzkimi żywotami? Jaka jest cena paktu z diabłem? I wreszcie: czy miłość może usprawiedliwić wszystko?

 

Sebastian Reńca, rocznik 1976. Jako prozaik debiutował w 2009 r. powieścią Ślady. Napisał również dwa zbiory opowiadań, Wiktoria o działaczach opozycji antykomunistycznej z lat 80. XX wieku oraz Spowiedź Parfena. Opowiadania katyńskie. W 2012 roku ukazała jego książka Skrzypek. Jeden z pokolenia niepokornych. Powieści Z cienia Niewidzialni były nominowane do Nagrody Literackiej im. Józefa Mackiewicza. Pisze też słuchowiska radiowe. 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 329

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,0 (2 oceny)
0
2
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.

Popularność




Co­py­ri­ght © by Se­ba­stian Reń­ca

Co­py­ri­ght to this edi­tion © by Wy­daw­nic­two Pro­hi­bi­ta

 

ISBN: 978–83–65546–16–6

 

Pro­jekt okład­ki: Ma­ciej Ha­ra­basz

Re­dak­cja i ko­rek­ta: Ma­te­usz Błasz­czyk

Ry­su­nek na okład­ce: Piotr Ma­rzec

Zdję­cie na okład­ce: Mi­chał Mu­sia­łek

 

Wy­daw­ca:

Wy­daw­nic­two PRO­HI­BI­TA

Pa­weł To­bo­ła–Per­t­kie­wicz

www.pro­hi­bi­ta.pl

wy­daw­nic­two@pro­hi­bi­ta.pl

Tel: 22 425 66 68

www.fa­ce­bo­ok.com/Wy­daw­nic­two­Pro­hi­bi­ta

www.twit­ter.com/Mul­ti­bo­okpl

 

Wy­da­nie tej książ­ki,

po­dob­nie jak in­nych pro­jek­tów wy­daw­nic­twa Pro­hi­bi­ta,

NIE zo­sta­ło sfi­nan­so­wa­ne z pie­nię­dzy po­dat­ni­ków.

 

Sprze­daż książ­ki w In­ter­ne­cie:

Miasto umarłych

Świat to ol­brzy­mia sce­na, ży­cie to per­ma­nent­ne przed­sta­wie­nie, a lu­dzie to wiel­ka tru­pa ak­to­rów.

Wal­de­mar Ły­siak1

Cmen­ta­rze są je­dy­ną szan­są uciecz­ki, poza cmen­ta­rza­mi wpad­nę któ­rejś nocy w pu­łap­kę. Obok, do­oko­ła, tyl­ko umar­li. Kto mnie tu znaj­dzie i zdra­dzi? Bło­go­sła­wie­ni umar­li! Oni są je­dy­ną moż­li­wo­ścią oca­le­nia!

Gu­staw Her­ling–Gru­dziń­ski2

Przy­wio­złaś mnie do mia­sta umar­łych.Tu umar­li tyl­ko miesz­ka­ją.

Fran­ci­szek Ga­jow­ni­czek3

Są tyl­ko cmen­ta­rze...

Ma­rek Hła­sko4

„Dzien­nik Za­chod­ni” z dwu­dzie­ste­go trze­cie­go maja ty­siąc dzie­więć­set pięć­dzie­sią­te­go siód­me­go roku:

Ła­zarz czy ła­zę­ga?

Gli­wi­ce są dziś pięk­nym mia­stem, któ­re dwa­na­ście lat temu pod­nio­sło się z ruin i świe­ci ja­snym bla­skiem na fir­ma­men­cie wo­je­wódz­twa ka­to­wic­kie­go. Dla­te­go dziw­nym jest wi­dok czło­wie­ka, któ­ry swym wy­glą­dem przy­po­mi­na dzia­dów pro­szal­nych z cza­sów przed­wo­jen­nej sa­na­cyj­nej Pol­ski, kie­dy to z po­wo­du bie­dy i wy­klu­cze­nia, po kra­ju krą­ży­li że­bra­cy. Dzi­siej­sza Pol­ska Lu­do­wa dała szan­se wszyst­kim, bez wzglę­du na po­cho­dze­nie, wy­kształ­ce­nie i sta­tus ma­jąt­ko­wy. Nie­ste­ty, ani wła­dze, ani Mi­li­cja Oby­wa­tel­ska, nie umie­ją so­bie po­ra­dzić z czło­wie­kiem, któ­ry ogó­ło­wi spo­łe­czeń­stwa gli­wic­kie­go zna­ny jest jako Ła­zarz.

Dłu­gi płaszcz, dłu­ga bro­da, po­tar­ga­ne spodnie, dziu­ra­we buty – to nie­od­łącz­ne atry­bu­ty czło­wie­ka, któ­ry przy­no­si hań­bę mia­stu Gli­wi­ce. Dziw aż bie­rze czło­wie­ka, kie­dy wi­dzi się ła­zę­gę z... książ­ką. Kim jest ten czło­wiek? Róż­ni lu­dzie róż­nie mó­wią. Jed­ni, że że­brak stra­cił w cza­sie woj­ny całą ro­dzi­nę, któ­rą fa­szy­ści za­mor­do­wa­li w obo­zie kon­cen­tra­cyj­nym. Są tacy, któ­rzy wy­snu­wa­ją teo­rię o sza­leń­stwie wiel­kie­go pro­fe­so­ra, znaw­cy fi­lo­zo­fii, ma­te­ma­ty­ki i fi­zy­ki, któ­ry po­noć był ty­po­wa­ny do Na­gro­dy No­bla. Inni zaś twier­dzą, że jest spo­lsz­czo­nym Niem­cem, któ­ry nie pod­dał się re­pa­tria­cji, gdyż nie chciał zo­sta­wić tu­taj gro­bów swych naj­bliż­szych. Ta ostat­nia teo­ria wy­da­je się naj­bliż­sza praw­dy z tego wzglę­du, że ła­zę­ga naj­czę­ściej prze­by­wa w oko­li­cach miej­skich cmen­ta­rzy, choć­by przy uli­cach Ko­ziel­skiej, Psz­czyń­skiej, lub Dol­nej Wsi. Lu­dzie boją się że­bra­ka, choć, po praw­dzie, krzyw­dy on ni­g­dy i ni­ko­mu nie uczy­nił. Za parę gro­szy gro­bo­wiec umy­je, kwiat­ki po­sa­dzi, chwa­sty wy­rwie, na­pi­sy na pły­cie na­grob­nej po­pra­wi, a zda­rzy się, że i dół na trum­nę wy­ko­pie. Z tego żyje, a gdzie żyje? Miej­ska ta­jem­ni­ca Po­li­szy­ne­la mówi, że Ła­zarz (tak wy­ra­ża­ją się gli­wi­cza­nie o ła­zę­dze) żyje nie gdzie in­dziej, tyl­ko na ne­kro­po­liach.

Wy­da­je się, że war­to, aby wła­dze mia­sta za­in­te­re­so­wa­ły się bie­da­kiem, by ktoś po­my­ślał o umiesz­cze­niu go w domu star­ców, gdyż że­brac­two w dzi­siej­szej Pol­sce to coś nie­spo­ty­ka­ne­go, choć, jak wie­my, po­wszech­ne­go na Za­cho­dzie, w kra­jach gdzie pa­zer­ny ka­pi­ta­lizm wpę­dza lu­dzi w nę­dzę i roz­pacz.

(res)

Część I

Nik­czem­ni w wła­snych oczach swo­ich i wzgar­dą świa­ta okry­ci, w oczach Boga mi­ły­mi byli i dro­gi­mi.

To­masz à Kem­pis5

Był wol­ny, a więc po­sia­dał to, co naj­istot­niej­sze: pra­wo do mi­ło­ści, do pój­ścia na pół­noc, albo na po­łu­dnie...

An­to­ine de Sa­int–Exu­péry6

Nekro­po­lia była cu­dow­na. Wręcz po­etyc­ka. Ocie­ka­ją­ca ma­gią, ta­jem­ni­cą i hi­sto­rią, za­mknię­ty­mi w gro­bow­cach. Oka­za­ła się naj­pięk­niej­sza ze wszyst­kich, ja­kie Krzysz­tof Pod­ho­ro­dec­ki wi­dział w swo­im ży­ciu. Ogrom­na, roz­ło­żo­na na pa­gór­ko­wa­tym te­re­nie, peł­na kru­cy­fik­sów, epi­ta­fiów, li­rycz­nych in­skryp­cji, frag­men­tów mo­dlitw i ukrzy­żo­wa­nych Chry­stu­sów, szlo­cha­ją­cych anio­łów, pła­czek, muz, Ma­tek Bo­żych, or­łów – wy­ku­tych w ka­mie­niu, czu­wa­ją­cych nad tymi, któ­rzy ode­szli. Cmen­tarz aż ki­piał od gę­sto roz­sia­nych gro­bow­ców, wo­kół któ­rych ro­sły krze­wy oraz roz­ło­ży­ste drze­wa otu­lo­ne blusz­czem. Ktoś z by­wal­ców ne­kro­po­lii cud­nie skre­ślił cha­rak­te­ry­sty­kę cmen­ta­rza w trzech sło­wach:

– Zie­mia, mo­gi­ły i krzy­że.

Inna ko­bie­ta, opro­wa­dza­ją­ca swą zna­jo­mą z Kra­ko­wa po wzgó­rzu Ły­cza­kow­skim, tłu­ma­czy­ła:

– Nie wia­do­mo, kie­dy mam do­ra­dzać od­wie­dze­nie tego miej­sca. Czy o po­ran­ku wcze­snym, kie­dy na krze­wach, kwia­tach i gro­bach rosa się skrzy, a pta­ki aż się za­cho­dzą od świer­go­tu, czy może po­łu­dnio­wą porą, kie­dy to w ko­ro­nach sta­rych drzew brzę­czą roje owa­dów, co brzmi jak ja­kiś kon­cert za­świa­to­wej mu­zy­ki. Czy może niech przyj­dą o za­cho­dzie, kie­dy po­przez drze­wa pada krwa­wy blask na ka­mie­nie gro­bow­ców i krzy­że mo­gił, i kie­dy mrok z wol­na obej­mu­je ci­szą cały ten cmen­tar­ny świat... 7

Lu­dzie, któ­rzy przy­cho­dzi­li na cmen­tarz, już przy­zwy­cza­ili się do wi­do­ku męż­czy­zny w łach­ma­nach, z dłu­gą bro­dą i skoł­tu­nio­ny­mi, się­ga­ją­cy­mi ra­mion wło­sa­mi gę­sto prze­ty­ka­ny­mi si­wi­zną. Ja­kiś męż­czy­zna wy­glą­dem przy­po­mi­na­ją­cy urzęd­ni­ka ma­gi­stra­tu na­zwał go Ła­za­rzem z Ły­cza­ko­wa i tak już zo­sta­ło: Krzysz­tof Pod­ho­ro­dec­ki za­po­mniał o swym sta­rym imie­niu i na­zwi­sku.

Gdy ktoś chciał oka­zać Ła­za­rzo­wi do­bre ser­ce, pro­sił go o umy­cie gro­bow­ca, sprząt­nię­cie su­chych wień­ców i wy­pa­lo­nych zni­czy, wy­rwa­nie chwa­stów ro­sną­cych wo­kół mo­gi­ły. Ła­zarz był za­wsze chęt­ny do ro­bo­ty. Ni­g­dy ni­ko­mu nie od­ma­wiał. Ile miał lat? To było za­gad­ką, tak samo jak po­cho­dze­nie tego czło­wie­ka, jego prze­szłość – nie mó­wiąc już o przy­szło­ści. Nie­któ­rzy twier­dzi­li, że uciekł z trans­por­tu ja­dą­ce­go na wschód, inni mó­wi­li, że to Żyd, któ­ry stra­cił całą ro­dzi­nę, ktoś inny do­dał, że to ja­kiś pro­fe­sor z Uni­wer­sy­te­tu Jana Ka­zi­mie­rza, co prze­żył eg­ze­ku­cję na Wzgó­rzach Wu­lec­kich, ja­kaś ko­bie­ta za­prze­czy­ła, a we­dług niej Ła­zarz oca­lał z rze­zi, jaką So­wie­ci urzą­dzi­li w Bry­gid­kach. Każ­dy przyj­mo­wał swo­ją hi­sto­rię za pew­nik i mó­wił na­wet, że sam Ła­zarz mu ją opo­wia­dał. Ale wszy­scy, któ­rzy tak twier­dzi­li, zwy­czaj­nie kła­ma­li, po­nie­waż Ła­zarz od kil­ku lat nie wy­po­wie­dział ani sło­wa. Ślu­by mil­cze­nia roz­po­czę­ły się w mo­men­cie, kie­dy męż­czy­zna wy­brał że­bra­czy los, kie­dy po­sta­no­wił za­miesz­kać po­śród umar­łych.

Przez wie­le mie­się­cy prze­mie­rzał oku­po­wa­ny kraj i uda­wał się od cmen­ta­rza do cmen­ta­rza. Ne­kro­po­lie roz­sia­ne w kra­ju krzy­ży i chle­ba sta­ły się jego do­mem. Tam spał, jadł, śnił, pa­trzył w gwiaz­dy i słoń­ce. Cały świat ży­wych był obok. Nie ob­cho­dził Ła­za­rza. Ow­szem – strzę­py in­for­ma­cji o wy­da­rze­niach spo­za cmen­tar­nych mu­rów do­cho­dzi­ły do nie­go: sły­szał, jak lu­dzie roz­ma­wia­li o ży­ciu, śmier­ci, ła­pan­kach, kart­kach, mor­dach, bim­brze, rą­ban­ce... o wszyst­kim. Ale od ludz­kich roz­mów wo­lał mar­twe li­te­ry, któ­re od­czy­ty­wał z na­grob­nych in­skryp­cji. Od cza­su do cza­su za­sta­na­wiał się nad tym, gdzie spo­cznie jego cia­ło. Czy ktoś wbi­je w jego grób brzo­zo­wy krzyż, czy ktoś splu­nie na jego tru­pa i spa­li zwło­ki, a może wrzu­cą jego cia­ło że­bra­ka do zbio­ro­wej mo­gi­ły lub za­po­mnia­nej stud­ni. My­ślał o tym, ale tak na­praw­dę mało go to ob­cho­dzi­ło. Tak jak nie ob­cho­dzi­ło go to, co sta­nie się z nim po śmier­ci. Czy jego du­sza gdzieś tra­fi czy przy­oble­cze inne ludz­kie cia­ło, a może zmie­ni się w zwie­rzę.

Jadł to, czym po­dzie­li­li się z nim inni, ubie­rał się w ciu­chy, któ­re do­stał od do­brych lu­dzi. Wię­cej nie po­trze­bo­wał. Spał w gro­bow­cach po­śród zmur­sza­łych roz­pa­da­ją­cych się tru­mien i bie­le­ją­cych ko­ści. Wdy­chał za­pach mchów, grzy­bów, zie­mi i śmier­ci... Bo każ­de­go dnia i każ­dej nocy ob­co­wał ze śmier­cią. Może dla­te­go Ko­stu­cha prze­sta­ła go in­te­re­so­wać?

Choć chciał za­po­mnieć o prze­szło­ści, to nie umiał. Gdy­by wie­rzył, mo­dlił­by się do Boga o sza­leń­stwo, o cho­ro­bę psy­chicz­ną, ale on prze­stał wie­rzyć. Dla­te­go ob­ra­zy prze­szło­ści na­cho­dzi­ły go od cza­su do cza­su. Nie tyl­ko w snach, lecz tak­że na ja­wie.

Jego oj­ciec za­wsze był ta­jem­ni­czy. Do pew­ne­go mo­men­tu w swo­im ży­ciu Ła­zarz pra­wie w ogó­le z nim nie roz­ma­wiał. Je­że­li już ar­ty­ku­ło­wa­li ja­kieś my­śli, to zda­nia mia­ły z re­gu­ły tryb oznaj­mu­ją­cy lub roz­ka­zu­ją­cy.

Gdy w któ­rejś kla­sie Ła­zarz miał na­pi­sać wy­pra­co­wa­nie o swo­ich ro­dzi­cach, skre­ślił tyl­ko jed­no zda­nie: „Mój oj­ciec tyl­ko jest, mat­ki ni­g­dy nie zna­łem”. Do­stał dwó­ję, a na­uczy­ciel­ka we­zwa­ła sta­rusz­ka ma­łe­go Krzyś­ka na roz­mo­wę. Oj­ciec wy­słu­chał jej cier­pli­wie, a na ko­niec po­dzię­ko­wał bel­fer­ce za tro­skli­wość i prze­pi­sał syna do in­nej szko­ły, gdzie nikt nie py­tał o spra­wy pry­wat­ne, tyl­ko o ma­te­riał, któ­ry mie­li za sobą. Taki układ od­po­wia­dał sy­no­wi – i ojcu, któ­ry ni­g­dy nie po­ja­wił się na żad­nej wy­wia­dów­ce. Dość czę­sto od­wie­dzał za to na­uczy­cie­la hi­sto­rii, z któ­rym po­pi­jał wie­ko­wą whi­sky, roz­ma­wiał o prze­szło­ści i grał w sza­chy. Dzię­ki temu oj­ciec do­sko­na­le wie­dział o po­stę­pach syna w na­uce.

Chło­piec ni­g­dy nie miał kum­pli – z tej pro­stej przy­czy­ny, że od bie­ga­nia za pił­ką, głu­pich dow­ci­pów i pod­szczy­py­wa­nia ko­le­ża­nek wo­lał... książ­ki. To nie była je­dy­na przy­czy­na jego sa­mot­nic­twa. Dru­gą była przy­pa­dłość, któ­rą być może odzie­dzi­czył po mat­ce... Otóż wi­dział ży­cio­ry­sy in­nych, nie tyl­ko te mi­nio­ne, lecz tak­że te przy­szłe. Z ma­ły­mi wy­jąt­ka­mi: jego dar nie do­ty­czył naj­bliż­szych...

Sa­mot­ność Krzysz­to­fa skoń­czy­ła się w dniu, kie­dy na jego dro­dze sta­nę­ła ona. A mó­wiąc do­kład­niej: kie­dy po raz pierw­szy w ży­ciu zo­ba­czył ją na mo­ście. Sta­ła przy me­ta­lo­wej ba­rier­ce i rzu­ca­ła do rze­ki zna­le­zio­ne pod go­ły­mi sto­pa­mi ka­my­ki. Było to kil­ka dni po jego dwu­dzie­stych dru­gich uro­dzi­nach.

Ła­zarz czę­sto wspo­mi­nał Lay­lę, kie­dy le­żał na bar­ło­gu w gro­bow­cu ro­dzi­ny Na­ściel­skich, wspo­mi­nał ich pierw­sze spo­tka­nie. Była ubra­na w let­nią su­kien­kę, na któ­rą spa­da­ły ka­ska­da­mi jej dłu­gie rude wło­sy. Wte­dy, na mo­ście, tyl­ko przez kil­ka se­kund, wi­dział jej pro­fil. Lek­ko za­dar­ty nos, ostre ko­ści po­licz­ko­we i brwi lek­ko pod­cią­gnię­te w górę. Gdy zo­sta­li ko­chan­ka­mi, za­py­tał ją, czy pa­mię­ta go z tego mo­stu. Nie wie­dzia­ła, o czym mówi.

– To na pew­no by­łam ja? – za­py­ta­ła z tym swo­im cha­rak­te­ry­stycz­nym uśmie­chem, któ­ry od­sła­niał jej rząd rów­nych gór­nych zę­bów, bia­łych jak śnieg.

– Nie­bo było nie­bie­skie, tra­wa zie­lo­na, chod­nik brud­ny, a ty mia­łaś bia­łą su­kien­kę i gołe sto­py – od­parł zgod­nie z praw­dą.

Lay­la przy­mru­ży­ła lek­ko oczy, jak­by my­śla­ła in­ten­syw­nie nad czymś.

– Wiesz, ni­g­dy nie mia­łam bia­łej su­kien­ki, a boso cho­dzę wy­łącz­nie po pla­ży i tyl­ko wte­dy, gdy je­stem pew­na, że pia­sek jest czy­sty.

Krzysz­tof wzru­szył bez­rad­nie ra­mio­na­mi.

– Mu­sia­ło ci się coś po­my­lić – mó­wi­ła da­lej. – Może to był tyl­ko sen albo re­mi­ni­scen­cja ja­kiejś sce­ny z książ­ki? A naj­pew­niej to była ja­kaś dziew­czy­na, do któ­rej je­stem bar­dzo po­dob­na, i gdy mnie zo­ba­czy­łeś, po­my­śla­łeś so­bie, że to ja sta­łam wte­dy na tym mo­ście.

Zgo­dził się z nią, choć w głę­bi du­szy wie­dział, ba, był pew­ny, że to była ona. Wy­cho­dził z za­ło­że­nia, że cho­ler­nym zbie­giem oko­licz­no­ści by­ły­by dwie ta­kie same ko­bie­ty z jed­na­ko­wą bli­zną na łyd­ce, któ­ra była po­zo­sta­ło­ścią ro­we­ro­we­go wy­pad­ku w dzie­ciń­stwie. Mógł się tyl­ko do­my­ślać, że wsty­dzi­ła się tam­tej chwi­li. Tak jak­by wte­dy chcia­ła wsko­czyć do wody, tyl­ko coś ją od­wio­dło od tego osta­tecz­ne­go kro­ku.

Dru­gi raz, a dla Lay­li pierw­szy, zo­ba­czy­li się w za­pusz­czo­nym ogro­dzie, któ­ry dzie­lił ich po­se­sje. Gdy tyl­ko koń­czy­ła się zima, Ła­zarz za­szy­wał się tam z książ­ką. Szedł do swo­je­go ulu­bio­ne­go miej­sca nad rze­ką, gdzie le­ża­ło zwa­lo­ne drze­wo. W jego uschnię­tych ko­na­rach zna­lazł ka­pi­tal­ny „fo­tel”. Czy­tał w nim, spał, pa­trzył w nie­bo, słu­chał pta­ków, wia­tru, da­le­kich od­gło­sów mia­sta. W koń­cu i ona od­kry­ła jego za­gi­nio­ny przy­lą­dek.

Gdy przy­szedł tam, w któ­reś let­nie przed­po­łu­dnie, za­stał ją ką­pią­cą się w rze­ce. Było mu głu­pio, ale po­ko­nał swe za­wsty­dze­nie: naj­pięk­niej­szy wi­dok na świe­cie był sil­niej­szy niż po­czu­cie winy, że gwał­ci jej in­tym­ność. Prze­łknął śli­nę i ga­pił się na nią. Za­uwa­ży­ła go do­pie­ro, kie­dy wy­cho­dzi­ła z wody i, o dzi­wo, nie spe­szy­ła się, nie pisz­cza­ła ani nie wy­zy­wa­ła od zbo­czeń­ców. Jak gdy­by ni­g­dy nic, okrę­ci­ła się ką­pie­lo­wym ręcz­ni­kiem i po­pro­si­ła go o pa­pie­ro­sa.

Z ner­wów nie umiał so­bie po­ra­dzić z za­pal­nicz­ką. Po kil­ku se­kun­dach wy­ję­ła mu ją z pal­ców i sama przy­pa­li­ła so­bie pa­pie­ro­sa. Za­uwa­żył, że mia­ła pięk­ne dło­nie o zdro­wych pa­znok­ciach.

– Dłu­go tak na mnie pa­trzysz? – za­py­ta­ła, od­da­jąc za­pal­nicz­kę.

– Nie, ra­czej nie – od­parł zmie­sza­ny.

– Wie­dzia­łam, że ktoś tu­taj przy­cho­dzi. – Jej wzrok skie­ro­wał się na zwa­lo­ne drze­wo.

– Jak chcesz, to za­pra­szam cię do sie­bie – po­wie­dział, choć sam nie wie­rzył w to, że tak ła­two jest prze­ła­mać w so­bie nie­śmia­łość.

Wzię­ła go za rękę i po­szli na drze­wo. Wte­dy po raz pierw­szy ca­ło­wał się z ko­bie­tą. Ni­g­dy póź­niej po­ca­łu­nek nie sma­ko­wał tak jak wte­dy. Wkrót­ce po­tem wzię­li ślub, wzo­rem sta­ro­żyt­nych Rzy­mian. Byli tyl­ko oni, słoń­ce, pta­ki, ich drze­wo, a resz­ta, cały świat do­oko­ła, to wszyst­ko nie li­czy­ło się dla nich w ogó­le.

To było nie­sa­mo­wi­te, tak jak­by zna­li się od wie­ków, tyl­ko los, Bóg albo sza­tan, któ­ryś z nich roz­dzie­lił w prze­szło­ści ich dro­gi. Zona do­sta­ła wte­dy od męża zło­ta ob­rącz­kę, z któ­rą wcze­śniej Krzysz­tof ni­g­dy się nie roz­sta­wał, po­nie­waż była to je­dy­na jego pa­miąt­ka po mat­ce.

– Nie mogę so­bie wy­obra­zić tego, że ni­g­dy jej nie po­zna­łeś. Na­praw­dę na­wet nie wi­dzia­łeś jej na zdję­ciu? – do­py­ty­wa­ła, ba­wiąc się ślub­ną ob­rącz­ką.

– Tak, oj­ciec nie ma jej żad­nej fo­to­gra­fii.

– Mu­sia­ła go strasz­nie skrzyw­dzić.

– Nie wiem, ni­g­dy go o to nie py­ta­łem. Zresz­tą nie roz­ma­wia­my ze sobą. Ży­je­my pod jed­nym da­chem, ale osob­no. Wiesz, po­lu­bi­łem sa­mot­ność, ale taką z wy­bo­ru... Choć cza­sa­mi sa­mot­ność syna bez kon­tak­tu z oj­cem boli, boli jak cho­le­ra. On ni­g­dy...

– Te­raz masz mnie. – Lay­la zo­ba­czy­ła, że Krzy­siek ma łzy w oczach i otar­ła je dło­nią. – Już ni­g­dy nie bę­dziesz sam. Prze­cież wiesz. Tam gdzie ty, Ga­ju­szu, tam i ja, Gaja.

Nie­ste­ty, któ­ryś z de­miur­gów znów nie mógł spać spo­koj­nie i za­czął mie­szać w ży­ciu ko­chan­ków.

Mat­ka Lay­li i jej oj­ciec, bry­tyj­ski dy­plo­ma­ta Jego Kró­lew­skiej Mo­ści, po­sta­no­wi­li uchro­nić je­dy­ną cór­kę od zgub­nej, ich zda­niem, zna­jo­mo­ści. Uzna­li, że dziew­czy­na nie może wią­zać swo­jej przy­szło­ści z czło­wie­kiem, o któ­rym wszy­scy mó­wią, że ra­zem z oj­cem two­rzą dzi­wacz­ną parę od­lud­ków. Oczy­wi­ście ni­ko­go nie ob­cho­dzi­ło, że sa­mot­nic­two ojca i syna nie było bez­wy­jąt­ko­we. Ła­zarz spo­ty­kał się z Lay­lą, a oj­ciec pro­wa­dził eru­dy­cyj­ne po­ga­węd­ki z jego szkol­nym wy­cho­waw­cą.

Kon­takt no­wo­żeń­ców urwał się tak gwał­tow­nie, jak gwał­tow­nie na­ro­dzi­ła się ich mi­łość. Mło­dy Pod­ho­ro­dec­ki pi­sał do Lay­li z upo­rem ma­nia­ka każ­de­go dnia, ale na ża­den list ni­g­dy nie do­stał od­po­wie­dzi. W koń­cu nie wy­trzy­mał i po­szedł do jej ro­dzi­ców.

– Roz­ma­wiam z tobą tyl­ko ze wzglę­du na to, że kie­dyś coś zna­czy­łeś dla mo­jej cór­ki. – Męż­czy­zna, któ­ry przed­sta­wił się jako Wil­liam Ne­var, mó­wił po pol­sku, ale z wy­raź­nym bry­tyj­skim ak­cen­tem.

– Co z nią? – Ła­zarz wy­du­sił z sie­bie.

– Jest szczę­śli­wa...

Za­nie­mó­wił. Z bólu przy­gryzł tyl­ko war­gi. Zro­bił to tak moc­no, że na ję­zy­ku po­czuł słod­ki smak krwi.

– Nie chce cię znać, dla­te­go nie od­pi­sy­wa­ła na two­je li­sty. Nie pisz do niej wię­cej. Wkrót­ce i tak wy­je­dzie da­le­ko stąd.

– Do­kąd? – wy­char­czał.

– Do­ni­kąd – usły­szał. – I tak po­wie­dzia­łem ci za dużo, te­raz odejdź i nie po­ka­zuj mi się wię­cej na oczy, bo na­stęp­nym ra­zem we­zwę po­li­cję.

Kon­stan­ty Ra­dzi­kow­ski, zwa­ny przez przy­ja­ciół Kost­kiem, był je­dy­nym czło­wie­kiem, któ­re­mu Ła­zarz opo­wie­dział swo­ją ta­jem­ni­cę. Gdy skoń­czył, przy­ja­ciel za­py­tał go, czy ma jej zdję­cie. Wte­dy Krzysz­tof uświa­do­mił so­bie, że tak jak jego mat­ka, tak i Lay­la ni­g­dy nie zo­sta­ła uwiecz­nio­na przez nie­go na fo­to­gra­fii.

Obie mógł zo­ba­czyć tyl­ko w snach. Cze­kał tam na nie i cza­sa­mi przy­cho­dzi­ły. Mat­ka za­wsze była bez twa­rzy, ni­g­dy nic nie po­wie­dzia­ła do syna. Lay­la, gdy już po­ja­wia­ła się w jego uro­je­niach, pra­wie za­wsze sta­ła bosa na mo­ście i rzu­ca­ła stam­tąd ka­my­ki do rze­ki.

Oj­ciec wi­dział, że syn prze­cho­dzi męki, dla­te­go w któ­rymś mo­men­cie po­sta­no­wił po­móc Krzysz­to­fo­wi i za­de­cy­do­wał, że opusz­czą ląd, aby mo­rze od­dzie­li­ło ich od kło­po­tów. Ku­pił jacht i wy­pły­nę­li. Wte­dy Krzysz­tof nie miał zie­lo­ne­go po­ję­cia o że­glo­wa­niu, wszyst­kie­go uczył się na bie­żą­co, po­cząw­szy od ma­ry­nar­skie­go wią­za­nia lin i szo­ro­wa­nia po­kła­du, a skoń­czyw­szy na wy­zna­cza­niu kur­su i ste­ro­wa­niu ło­dzią.

Mo­rze wy­sta­wi­ło sa­mot­nych męż­czyzn na spraw­dzian gdzieś w po­ło­wie rej­su. Nocą przy­szedł sztorm, któ­ry wy­dał się Ar­ma­ge­do­nem. Nie wie­dzie­li tyl­ko, kto tu­taj jest po stro­nie zła, a kto do­bra. Zdą­ży­li zwi­nąć ża­gle, nim wi­cher ude­rzył ze zdwo­jo­ną siłą. Wal­czy­li z nim i z wodą, któ­ra była wszę­dzie, i ze ste­rem. Do­pie­ro kie­dy wze­szło słoń­ce – wszyst­ko na­gle się uspo­ko­iło. Jacht dry­fo­wał, a oni le­że­li zmę­cze­ni na po­kła­dzie. Oj­ciec wy­niósł z ka­ju­ty swo­ją ulu­bio­ną whi­sky i roz­lał ją do kub­ków, po czym po­wie­dział:

– Masz, na­le­ży nam się za to, co zro­bi­li­śmy w nocy.

Bu­dzą­ce się do ży­cia słoń­ce ra­zi­ło ich w oczy, al­ko­hol mile łech­tał pod­nie­bie­nie, a pierw­sze za­kwa­sy da­wa­ły o so­bie znać w zmę­czo­nym mię­śniach, któ­re wcze­śniej nie były przy­zwy­cza­jo­ne do cięż­kiej fi­zycz­nej pra­cy. Sta­ru­szek mó­wił da­lej, był to chy­ba naj­dłuż­szy mo­no­log, jaki kie­dy­kol­wiek wcze­śniej syn sły­szał z jego ust.

– Daw­no temu, kie­dy by­łem w two­im wie­ku, dużo pły­wa­łem. Przede wszyst­kim chcia­łem za­po­mnieć...

Syn spoj­rzał na nie­go py­ta­ją­co.

– ... za­po­mnieć o to­bie i o two­jej mat­ce... Daw­no temu by­łem czło­wie­kiem, któ­re­mu wy­da­wa­ło się, że cały świat stoi przede mną otwo­rem i tyl­ko cze­ka, abym przy­szedł i po­ka­zał wszyst­kim, jaki je­stem zdol­ny i mą­dry. Wiesz, by­łem świet­nym uczniem. Tak jak i to­bie na­uka przy­cho­dzi­ła mi z ogrom­ną ła­two­ścią. Gdy skoń­czy­łem szko­łę śred­nią, wyż­sze uczel­nie tech­nicz­ne biły się o mnie, prze­ści­ga­ły się w skła­da­nych mi ofer­tach. Choć pa­sjo­no­wa­ła mnie ma­te­ma­ty­ka, fi­zy­ka i che­mia, to wy­bra­łem et­no­gra­fię. Od wy­sia­dy­wa­nia he­mo­ro­idów w la­bo­ra­to­riach i na ka­te­drach wo­la­łem po­dró­że. Było prze­cież tyle miejsc, któ­re chcia­łem zo­ba­czyć. Po­znać miesz­kań­ców Ama­zo­nii i czar­nej Afry­ki. Ma­rzy­łem o tym, żeby od­mro­zić so­bie ty­łek na da­le­kiej pół­no­cy i bła­gać o wodę na Sa­ha­rze. Wi­dzia­łem sie­bie jak wcho­dzę na szczy­ty az­tec­kich świą­tyń i jak od­po­czy­wam w cie­niu pi­ra­mi­dy. Po pro­stu mia­łem ma­rze­nia. Gdy osta­tecz­nie mia­łem pod­jąć de­cy­zję o wy­bo­rze uczel­ni, na polu boju sta­ły tyl­ko Oxford i pa­ry­ska Sor­bo­na. Wy­bra­łem ten pierw­szy wa­riant, po­nie­waż ni­g­dy nie lu­bi­łem ża­bo­ja­dów. Gdy moi ko­le­dzy na roku wku­wa­li for­muł­ki i po­ci­li się na ko­lo­kwiach oraz eg­za­mi­nach, ja asy­sto­wa­łem naj­wy­bit­niej­szym uczo­nym w po­dró­żach w naj­od­le­glej­sze za­kąt­ki świa­ta. Choć wy­da­wa­ło­by się, że w dwu­dzie­stym wie­ku nic już nie ma do od­kry­cia, ja, w pięć lat po ma­tu­rze, na­pi­sa­łem pierw­szą pra­cę na­uko­wą o ni­ko­mu nie­zna­nym ple­mie­niu w Ame­ry­ce Po­łu­dnio­wej, któ­re – do­pó­ki nie zo­ba­czy­ło na­szej eki­py – nie wi­dzia­ło na oczy bia­łe­go czło­wie­ka. By­li­śmy dla nich bo­ga­mi, a ja czu­łem się jak ma­ry­narz „Pin­ty”, okrę­tu, na któ­rym w pięt­na­stym wie­ku Ko­lumb do­pły­nął do An­ty­li. Mia­łem trzy­dzie­ści lat, gdy zo­sta­łem pro­fe­so­rem. Wte­dy za­czą­łem po­dró­żo­wać sam. Na ma­pie świa­ta było tyl­ko kil­ka miejsc, w któ­rych jesz­cze nie by­łem. Ich na­zwy wy­pi­sa­łem na kar­tecz­kach, któ­re po­nu­me­ro­wa­łem, i rzu­ci­łem ko­ścią. Pa­dło na zie­mie za­miesz­ka­ne przez ple­mię Ewen­ków, czy­li po­łu­dnio­wo–środ­ko­wą Sy­be­rię. Szyb­ko uda­ło mi się otrzy­mać sto­sow­ne do­ku­men­ty i po­zwo­le­nia od car­skich władz, spa­ko­wa­łem ple­cak i wy­je­cha­łem.

Oj­ciec prze­rwał na chwi­lę swo­ją opo­wieść. Za­nim po­now­nie roz­lał szkoc­ką do kub­ków, na­bił i za­pa­lił faj­kę. Faj­ka wy­dzie­la­ła przy­jem­ny aro­mat, któ­ry uno­sił się wo­kół, jak­by nie chciał ich opu­ścić, jak­by i on wo­lał słu­chać spo­wie­dzi sta­rusz­ka niż ule­cieć gdzieś pod nie­bo.

– Przez pół roku miesz­ka­łem mię­dzy ludź­mi, o któ­rych my, Eu­ro­pej­czy­cy, pra­wie w ogó­le nic nie wie­dzie­li­śmy. Po­zna­łem ich ję­zyk i wie­rze­nia. Ra­zem z nimi pła­ka­łem nad za­bi­tym niedź­wie­dziem, ubie­ra­łem się tak jak oni. Po­da­ro­wa­li mi na­wet jed­ną ze swo­im ko­biet. W koń­cu jed­nak przy­szedł czas roz­sta­nia. Zo­sta­wi­łem swo­ją żonę z ple­mie­nia Ewen­ków i ru­szy­łem na za­chód w kie­run­ku cy­wi­li­za­cji, choć wca­le mi do niej nie było tę­sk­no. Gdy czło­wiek jest sam ze sobą przez wie­le dni, fan­ta­sma­go­rie mie­sza­ją się z jawą. Dla­te­go, gdy was zo­ba­czy­łem, my­śla­łem, że to tyl­ko uro­je­nie.

– O czym ty mó­wisz, oj­cze?

– O to­bie i o two­jej mat­ce. Gdy sze­dłem przez step, zo­ba­czy­łem z da­le­ka sta­do kru­ków. Po­sze­dłem w tam­tym kie­run­ku. Ona była mar­twa. Ty, ma­leń­stwo, może kil­ku­mie­sięcz­ne, le­ża­łeś przy jej pier­si i z gło­du nie mia­łeś na­wet siły kwi­lić. Za­bra­łem cię stam­tąd, a ją po­cho­wa­łem w płyt­kim gro­bie, za­bra­łem jej tyl­ko ob­rącz­kę, abyś miał po niej ja­kąś pa­miąt­kę. Przez całą dro­gę, aż do naj­bliż­sze­go mia­sta, od­da­lo­ne­go o set­ki wiorst, kar­mi­łem cię osło­dzo­ną prze­go­to­wa­ną wodą.

Syn nie wie­dział, co ma po­wie­dzieć ojcu ani jak się za­cho­wać.

– Nie wiem, kim była two­ja mat­ka, ale sam wiesz, jak wy­glą­dasz. Do­my­ślasz się, że ona nie była stam­tąd. Mia­ła blond wło­sy, była wy­so­ka i szczu­pła. Do­kąd i skąd szła? Nie mam po­ję­cia. Wiem jed­no. Gdy­bym prze­szedł metr, dwa od was, nie prze­żył­byś.

Mło­dy pro­fe­sor et­no­gra­fii uznał mal­ca za swo­je­go syna i bez pro­ble­mów wy­je­cha­li na Za­chód. Dziec­ko szyb­ko sta­ło się mu kulą u nogi, dla­te­go wy­na­jął opie­kun­kę, a sam wy­ru­szył w po­dróż, tym ra­zem po mo­rzach i oce­anach. Gdy wró­cił, chłop­czyk za­czy­nał już mó­wić.

– Wte­dy od­pra­wi­łem opie­kun­kę, po­rzu­ci­łem pra­cę na­uko­wą i za­ją­łem się two­im wy­cho­wa­niem...

– Dla­te­go mnie nie­na­wi­dzisz?

Oj­ciec głę­bo­ko wes­tchnął. Scho­wał twarz zło­żo­ną w dło­niach i mil­czał przez dłuż­szy czas.

– Nasz los jest za­leż­ny od tak bar­dzo wie­lu czyn­ni­ków. Dla­cze­go moja ścież­ka zbie­gła się ze ścież­ką two­jej mat­ki i two­ją? Dla­cze­go ona, Eu­ro­pej­ka, być może na­wet Po­lka, szła z tobą przez sy­be­ryj­ski step? Co ją za­gna­ło w tam­te od­lud­ne stro­ny? Ze­sła­nie? Sam Bóg tyl­ko wie, ile razy się nad tym za­sta­na­wia­łem, jak czę­sto go py­ta­łem. Ni­g­dy nie dał mi od­po­wie­dzi. Moja ka­rie­ra skoń­czy­ła się w chwi­li, gdy ty już nie po­trze­bo­wa­łeś pie­luch, ale za­czy­na­ło nam bra­ko­wać pie­nię­dzy na ży­cie. Dla­te­go znów cię zo­sta­wi­łem i wy­je­cha­łem do Ame­ry­ki Po­łu­dnio­wej po zło­to. Tam za­ło­ży­łem ko­pal­nię, a gdy by­łem pe­wien, że na miej­scu po­ra­dzą so­bie beze mnie, wró­ci­łem. Kil­ka lat temu sprze­da­łem tę ko­pal­nię, ale wła­śnie dzię­ki temu zło­tu mo­że­my ja­koś żyć. Mnie i to­bie star­czy oszczęd­no­ści na całe ży­cie.

Ła­zarz nie miał po­ję­cia, jak da­le­ko się­ga ludz­ka pa­mięć. Gdzieś sły­szał albo czy­tał, że nie­któ­rzy przy­po­mi­na­ją so­bie w hip­no­zie na­wet ży­cie w ło­nie mat­ki. Jego pa­mięć się­ga­ła sze­ściu, może pię­ciu lat. Wcze­śniej­szy czas był ciem­ną pla­mą. Wie­dział tyl­ko jed­no: od­kąd pa­mię­tał, oj­ciec za­wsze żył obok nie­go. Nie sa­dzał go na ko­la­nach, nie grał z nim w pił­kę, nie cho­dził na ba­sen, nie pod­po­wia­dał chło­pię­cych lek­tur. On po pro­stu był. Dla­te­go Krzyś za­zdro­ścił ró­wie­śni­kom ze szko­ły ich opo­wie­ści, w któ­rych wy­stę­po­wa­li oj­co­wie. Choć byli to w więk­szo­ści pro­ści lu­dzie, to mie­li ser­ca dla swych dzie­ci, a jego oj­ciec miał tyl­ko zwy­kły mię­sień.

Do­pie­ro gdy Krzysz­tof stał się męż­czy­zną, po­łą­czył ich tam­ten sztorm. Tak chy­ba ro­dzi się mę­ska przy­jaźń: w trud­nych mo­men­tach, kie­dy je­ste­śmy wy­sta­wie­ni na pró­bę, kie­dy trze­ba wspól­nie dzia­łać.

Syn z oj­cem za­miesz­ka­li po po­wro­cie z rej­su nad mo­rzem, nie­da­le­ko por­tu.

*

Krzysz­tof Pod­ho­ro­dec­ki od­na­lazł Lay­lę tuż przed wy­bu­chem woj­ny, któ­ra w cią­gu na­stęp­nych dwóch lat mia­ła ogar­nąć trzy kon­ty­nen­ty i zy­skać przy­do­mek dru­giej świa­to­wej. To Ko­stek po­wie­dział mu, że ja­kaś An­giel­ka jest jed­ną z żon Ne­vi­do­na­sa, przy­wód­cy sek­ty, któ­ra ukry­wa się w ostę­pach Pusz­czy Rud­nic­kiej. Ko­stek wie­dział to od Jó­ze­fa, któ­ry tak jak i on był re­por­te­rem, dzien­ni­ka­rzem wi­leń­skie­go „Sło­wa”. Jó­zef jak nikt inny znał lu­dzi i zie­mie daw­ne­go Wiel­kie­go Księ­stwa Li­tew­skie­go.

Z Wil­na Pod­ho­ro­dec­ki z Kost­kiem wy­je­cha­li dość póź­no, dla­te­go gdy do­tar­li do Trok, słoń­ce chy­li­ło się już ku za­cho­do­wi. Mie­li pe­cha, po­nie­waż jak na złość wszyst­kie pen­sjo­na­ty, do któ­rych za­cho­dzi­li, były prze­peł­nio­ne. Wszę­dzie re­cep­cjo­nist­ki roz­kła­da­ły ręce i z pięk­nym uśmie­chem oznaj­mia­ły:

– Cóż, se­zon let­ni, u nas miej­sca re­zer­wu­je się już wio­sną. Prze­pra­sza­my.

Na nic zda­ła się ko­kie­te­ria Kost­ka ani wy­pcha­ny port­fel Krzysz­to­fa. Na­wet naj­tań­sze stan­cje były peł­ne tu­ry­stów.

W koń­cu zre­zy­gno­wa­li z po­szu­ki­wań noc­le­gu w Tro­kach i po­sta­no­wi­li, że po­ja­dą da­lej, wzdłuż brze­gów je­zio­ra, z na­dzie­ją, że być może w któ­rejś z wio­sek znaj­dą kwa­te­rę.

Po kil­ku mi­nu­tach wje­cha­li w ciem­ność, któ­rą prze­ci­na­ły re­flek­to­ry sa­mo­cho­du. Po kil­ku ki­lo­me­trach mu­sie­li zje­chać z głów­nej szo­sy, aby nie od­da­lać się od je­zio­ra. Sa­mo­chód pod­ska­ki­wał na wy­bo­istej, piasz­czy­stej dro­dze, któ­ra miej­sca­mi zmie­nia­ła się w ko­le­iny wy­jeż­dżo­ne ko­ła­mi chłop­skich fur­ma­nek. Ko­stek zmu­szo­ny był je­chać po­wo­li, na dru­gim bie­gu. Męż­czyź­ni mil­cze­li, otu­ma­nie­ni czy­stym i ostrym jak brzy­twa po­wie­trzem, któ­re wpa­da­ło do wnę­trza auta przez uchy­lo­ne szy­by. W pew­nym mo­men­cie wy­je­cha­li z lasu, a w świe­tle sa­mo­cho­do­wych lamp uka­za­ło się kil­ka par­te­ro­wych za­bu­do­wań. Zna­leź­li się po­śród ra­chi­tycz­nych drew­nia­nych bu­dyn­ków kry­tych strze­chą. Sa­mo­chód za­par­ko­wa­li na pla­cy­ku, któ­ry moż­na było uznać za coś w ro­dza­ju ry­necz­ku.

Wy­bra­li sto­ją­cy naj­bli­żej bu­dy­nek. Ko­stek ude­rzył pię­ścią w drzwi. Jego stu­ka­nie obu­dzi­ło oko­licz­ne psy, któ­re – gwał­tow­nie zbu­dzo­ne – za­czę­ły uja­dać, je­den po dru­gim.

– Kogo tam nie­sie? – do­bie­gło py­ta­nie zza drzwi.

– Je­ste­śmy tu­ry­sta­mi. Szu­ka­my noc­le­gu! – od­krzyk­nął Ko­stek.

Ktoś prze­su­nął za­su­wę. Do środ­ka za­pro­sił ich star­szy męż­czy­zna. Do­sta­li jed­ną izbę na pię­trze. Szyb­ko usta­li­li, że Krzysz­tof śpi na łóż­ku, a Ko­stek w fo­te­lu. Nie je­dli ko­la­cji, gdyż nikt im jej nie za­pro­po­no­wał.

Tam­tej nocy Lay­la nie­ocze­ki­wa­nie przy­szła do Krzysz­to­fa... O dzi­wo, nie sta­ła bosa na mo­ście. To było w ja­kimś du­żym mie­ście, któ­re­go uli­ce roz­świe­tla­ły lam­py oraz neo­ny. Po­wie­trze skrzy­ło się wie­lo­ma ko­lo­ra­mi ni­czym w ka­lej­do­sko­pie. Ła­zarz je­chał au­to­bu­sem, oprócz jego nie było w środ­ku żad­ne­go in­ne­go pa­sa­że­ra. Za­pa­lił pa­pie­ro­sa i przy­mknął po­wie­ki, aby dać im ulgę po fe­sti­wa­lu barw. Gdy kie­row­ca za­trzy­mał się na przy­stan­ku, ona usia­dła obok i od razu przy­tu­li­ła się do nie­go ni­czym mały zmar­z­nię­ty ko­ciak. Ob­jął Lay­lę ra­mie­niem. Był szczę­śli­wy, choć wie­dział, że ten stan nie bę­dzie trwał wiecz­nie.

– Przy­tul mnie moc­niej – po­wie­dzia­ła.

Przy­gar­nął ją ra­mie­niem do sie­bie.

– Daw­no cię nie wi­dzia­łam. Przy­krzy mi się bez cie­bie.

– Ja rów­nież tę­sk­nię za tobą – po­wie­dział. – Tak bar­dzo tę­sk­nię. W koń­cu cię zna­la­złem.

– Wi­dzisz, uśmie­cham się do cie­bie. – Spoj­rza­ła na ko­chan­ka.

Ni­g­dy wcze­śniej nie wi­dział, żeby Lay­la mia­ła tak smut­ną twarz.

– Uśmiech przez łzy. Dla­cze­go? – za­py­tał.

– Ko­cha­ny, nic nie trwa wiecz­nie. Na­wet mi­łość aż po grób to tyl­ko mrzon­ka. Coś, co prę­dzej lub póź­niej musi się skoń­czyć.

– U nas się skoń­czy­ło?

– A czy kie­dy­kol­wiek się za­czę­ło?

– Mam taką na­dzie­ję, a na­wet je­że­li się nie za­czę­ło, to prze­cież może...

– Je­steś tego pew­ny?

Nie wie­dział, co ma jej od­po­wie­dzieć.

– Mi­łość, ko­cha­ny... po­wiem ci, co to jest mi­łość. Mi­łość to wy­ide­ali­zo­wa­ny ob­raz ko­bie­ty lub męż­czy­zny. Na przy­kład ty: po­zna­łeś mnie, kie­dy ja nie mia­łam o to­bie po­ję­cia. Na­ro­dzi­łam się w two­jej jaź­ni. By­łam cza­row­na, mą­dra, pach­ną­ca i mięk­ka. Ko­cha­łeś mnie, a ja cie­bie. Ko­cha­li­śmy się, spra­gnie­ni swo­ich ciał. Aż w koń­cu przy­szłam i sta­łam się praw­dzi­wa. I wszyst­ko było pięk­ne. My, świat, po­wie­trze, woda, ogień. Nie­ste­ty – my się sta­rze­je­my, świat par­szy­wie­je, woda w koń­cu wy­pa­ru­je, a ogień się wy­pa­li. Nie wiem jak w to­bie, ale we mnie wy­pa­lił się ogień...

– Już mnie nie ko­chasz?

Nic nie po­wie­dzia­ła, ale on nie ustę­po­wał.

– Nie py­taj, nie chcesz wie­dzieć – od­par­ła w koń­cu.

– Nie bra­ku­je ci na­sze­go wspól­ne­go ży­cia?

– A to­bie? To­bie, ko­cha­ny, cze­go bra­ku­je?

– Mó­wi­łem już, że tę­sk­nię za tobą.

– To tyl­ko fi­zjo­lo­gia, nie mi­łość. Je­że­li czu­jesz się sam, to znajdź so­bie inną.

– Nie mogę.

– Dla­cze­go? – Znów pod­nio­sła w górę wzrok.

Już nie pła­ka­ła.

– Co: „dla­cze­go”?

– Dla­cze­go nie znaj­dziesz so­bie in­nej?

– Bo nie lu­bię ła­mać przy­rze­czeń.

Lay­la po raz trze­ci spoj­rza­ła na nie­go, tym ra­zem uśmie­cha­ła się pięk­nie.

– Żar­tu­jesz. Tylu lu­dzi ła­mie przy­rze­cze­nie, dane sło­wo, obiet­ni­cę – tyl­ko nie ty? Kim je­steś, aby czuć się lep­szym od in­nych? Kogo uda­jesz?

– Ni­ko­go nie uda­ję – ob­ru­szył się gwał­tow­nie. – Po pro­stu uwa­żam, że przy­się­gi są od tego, żeby ich nie ła­mać.

Au­to­bus gwał­tow­nie za­ha­mo­wał, aż szarp­nę­ło ich do przo­du. Kie­row­ca uchy­lił korb­ką szy­bę i gło­śno zwy­my­ślał ja­kie­goś pi­ja­ka, któ­ry znie­nac­ka wtar­gnął na dro­gę. Lay­la jesz­cze moc­niej wtu­li­ła się w Ła­za­rza.

– Prze­pra­szam – wy­szep­ta­ła.

Chciał coś po­wie­dzieć, ale głos ugrzązł mu w gar­dle. Nie mógł wy­mó­wić ani sło­wa.

– Prze­pra­szam, że by­łam. Prze­pra­szam, że spo­tka­łeś mnie na swo­jej dro­dze. Wy­bacz mi, ko­cha­ny.

Znów zo­stał sam. Tym ra­zem sie­dział nad brze­giem mo­rza, za ple­ca­mi miał dom: swój i ojca. Ktoś wci­snął mu w dłoń lor­net­kę i ka­zał przez nią pa­trzeć przed sie­bie, aż pod ho­ry­zont. Wśród fal do­strzegł ruch. W pierw­szej chwi­li po­my­ślał, że to del­fin. Do­pie­ro se­kun­dę póź­niej zo­ba­czył Lay­lę. Za­wsze uwiel­bia­ła wodę, ale na­wet przez myśl mu nie prze­szło, że pły­wa aż tak świet­nie, aby od­pły­nąć w głąb mo­rza na tyle ki­lo­me­trów.

Po­biegł przez pla­żę w ubra­niu. W bie­gu zzuł tyl­ko ze stóp buty i rzu­cił się na fale, któ­re ata­ko­wa­ły brzeg. Zdo­łał zro­bić tyl­ko kil­ka wy­ma­chów ra­mion i na­gle za­czę­ło mu bra­ko­wać tchu... Coś wy­pom­po­wa­ło z nie­go wszyst­kie siły, a on nie czuł już pod sto­pa­mi grun­tu. Za­czął to­nąć...

Obu­dził się i od­zy­skał świa­do­mość. W po­miesz­cze­niu było cho­ler­nie dusz­no. Na dwo­rze pa­dał rzę­si­sty deszcz. Gru­be kro­ple bęb­ni­ły o szy­by. Na sto­li­ku pod oknem lek­ko ża­rzy­ła się lam­pa naf­to­wa, a jej li­che świa­tło rzu­ca­ło cień na ścia­nę. Ko­stek spał w wi­kli­no­wym fo­te­lu przy­kry­ty ple­dem. Miał pil­no­wać ognia w ko­min­ku, a zmo­rzył go sen.

Krzysz­tof nie zbu­dził przy­ja­cie­la. Wstał z łóż­ka, ubrał się, umył w zim­nej wo­dzie, któ­rą na­lał z dzba­na do me­ta­lo­wej misy, prze­cze­sał pal­ca­mi wło­sy i wy­szedł na dwór. Do świ­tu było jesz­cze ja­kieś dwie, góra trzy go­dzi­ny. Ci­sza prze­ty­ka­na od­gło­sem desz­czu aż dźwię­cza­ła w uszach. Na­wet bur­ki, któ­re obu­dzi­li kil­ka go­dzin wcze­śniej ko­ła­ta­niem do drzwi, te­raz spa­ły po za­gro­dach.

Gdzieś w od­da­li ma­ja­czy­ło świa­tło i do­cho­dzi­ły ja­kieś dźwię­ki. Ru­szył w tam­tym kie­run­ku ni­czym oma­mio­ny me­lo­dią fle­tu szczu­ro­ła­pa z Ha­meln.

To był drew­nia­ny bu­dy­nek, po­dob­ny do tego, w któ­rym za­trzy­ma­li się z Kost­kiem. Róż­ni­ca była taka, że dom, w któ­rym no­co­wa­li, był uśpio­ny, a ten tu­taj tęt­nił mu­zy­ką i śpie­wem. Krzysz­tof Pod­ho­ro­dec­ki pchnął lek­ko drzwi i wszedł do środ­ka.

– Ej, karcz­ma­rzu, go­rzał­ki daj, ino mi­giem! – krzy­czał ja­kiś za­pi­ja­czo­ny głos.

– Za­ką­ska i wód­ka dla pana Ta­dzia!

– Słon­ko z chmur się wy­ło­ni­ło­oo... !!! – śpie­wa­ła po­staw­na ko­bie­ta.

Ława sto­ją­ca w po­bli­żu ko­mi­na była wol­na. Pod­ho­ro­dec­ki usiadł tam i ge­stem przy­wo­łał karcz­ma­rza.

– Co po­dać?

– A co pro­po­nu­jesz? – Krzysz­tof od­parł py­ta­niem na py­ta­nie.

– To za­le­ży.

– Od cze­go?

– Czy cho­dzi o coś do pi­cia czy do je­dze­nia.

– Głod­ny je­stem jak wilk, od wczo­raj od śnia­da­nia nic w gę­bie nie mia­łem.

– Mogę za­pro­po­no­wać ja­jecz­ni­cę z tu­zi­na świe­żych jaj usma­żo­ną na wę­dzo­nym bocz­ku, do tego pie­czo­ne­go pstrą­ga i kisz­kę ziem­nia­cza­ną.

– Brzmi nie­źle. Da­waj wszyst­ko, karcz­ma­rzu, ale mi­giem! – za­or­dy­no­wał Krzysz­tof.

Karcz­marz zgiął się wpół i od­szedł szyb­kim kro­kiem w kie­run­ku drzwi do kuch­ni.

Do­pie­ro te­raz Pod­ho­ro­dec­ki po­czuł na so­bie czy­jeś spoj­rze­nie. Szyb­ko od­szu­kał wzro­kiem oso­bę, któ­ra się na nie­go ga­pi­ła.

Mo­gła mieć za­rów­no dwa­dzie­ścia lat, jak i czter­dzie­ści. Cy­gań­ska uro­da skry­wa­ła jej wiek. Nie­któ­re ko­bie­ty tak mają: gdy już sta­ną się do­ro­słe i prze­kro­czą ma­gicz­ną li­mes, z każ­dą ko­lej­ną wio­sną już tyl­ko pięk­nie­ją za­miast się sta­rzeć. Nikt nie zgad­nie ich wie­ku.

Gdzieś w głę­bi mó­zgu, we wła­snej du­szy usły­szał jej dźwięcz­ny szept:

– Dla­cze­go mi się przy­glą­dasz? Wiesz o tym, że wiem wię­cej od cie­bie. Cóż, i tak wiesz dużo. To, że mnie sły­szysz, ozna­cza, że na­sze du­sze są spo­wi­no­wa­co­ne. Kto wie, może w prze­szło­ści ktoś od cie­bie i ktoś ode mnie po­łą­czy­li się ze sobą wię­za­mi mi­ło­ści i mał­żeń­stwa?

– Czyż­byś była moją sio­strą? – za­py­tał.

Cy­gan­ka uśmiech­nę­ła się, pa­trząc w jego stro­nę.

– Chcesz, że­bym nią była?

– Ni­g­dy nie mia­łem sio­stry – od­parł.

– Je­steś tego pe­wien?

Za­drżał. Fak­tycz­nie, prze­cież nie wie­dział. Tak samo jak nie miał po­ję­cia, skąd wziął się na tam­tym bez­lu­dziu i kim była jego mat­ka oraz oj­ciec. Dla­cze­go prze­żył? Po co zna­lazł go po­dróż­nik?

– Same py­ta­nia, ani jed­nej od­po­wie­dzi? – znów usły­szał w gło­wie.

Karcz­marz po­sta­wił przed go­ściem je­dze­nie, po czym znów skło­nił się w pas i od­szedł w swo­ją stro­nę.

– Wi­dzisz: Bóg ma cel, każ­de ży­cie ma przed sobą ja­kiś cel, o któ­rym my, ma­lucz­cy, nic nie wie­my. Może two­im ce­lem jest...

Nie usły­szał, po­nie­waż ja­kiś wiel­ki chłop trą­cił go w bok ku­ła­kiem, a na­stęp­nie moc­no ści­snął za lewe ra­mię.

– Ty, pa­ni­czyk, coś taki prze­stra­szo­ny? Pa­trzaj­cie, jaki miesz­czuch ner­wo­wy! – krzy­czał wiel­ko­lud w stro­nę swo­ich kom­pa­nów.

– Nie je­stem ner­wo­wy – Krzysz­tof wy­ce­dził przez zęby, a na­stęp­nie po­wo­li wstał z ławy.

Wiel­ko­lud oka­zał się o dwie gło­wy wyż­szy od nie­go i cięż­szy o ja­kieś trzy­dzie­ści ki­lo­gra­mów. Jego łapa była jak dwie Pod­ho­ro­dec­kie­go. Skok ad­re­na­li­ny wstrzą­snął Krzysz­to­fem, a jego ko­la­na za­czę­ły się trząść ni­czym ga­la­re­ta.

– Ani chy­bi: pa­ni­czyk z mia­sta! – krzy­czał wiel­ko­lud, a inni ubra­ni po chłop­sku męż­czyź­ni wsta­wa­li zza ław.

– Do je­zio­ra z nim! – ktoś krzy­czał.

Krzysz­tof Pod­ho­ro­dec­ki ro­zej­rzał się wo­kół sie­bie. Ja­kieś dwa me­try za nim była ścia­na. Prze­kro­czył ławę i za­czął się wol­no co­fać. Kie­dy tam­ci to zo­ba­czy­li, sta­nę­li w pół­okrę­gu wo­kół nie­go. Ła­zarz po­czuł w gar­dle su­chość.

– No już­ci, leć­że któ­ry po wi­dły, za­raz się z nim roz­pra­wi­my!

– Pa­ni­czyk, kur­wa jego je­ba­na mać!

Roz­piął kurt­kę i wy­szarp­nął pi­sto­let z ka­bu­ry pod pa­chą. Po­tęż­ny huk za­głu­szył chłop­skie krzy­ki. Jak tyl­ko od­bez­pie­czył visa, dwu­krot­nie wy­strze­lił w po­wa­łę, z któ­rej po­sy­pa­ły się drza­zgi. Chłop­stwo uci­chło, cof­nę­ło się, a Krzysz­tof in­ten­syw­niej po­czuł szum w uszach.

Z pi­sto­le­tem w dło­ni ru­szył przed sie­bie. Prze­szedł mię­dzy męż­czy­zna­mi mie­lą­cy­mi w ustach prze­kleń­stwa. Idąc w kie­run­ku drzwi, roz­glą­dał się ukrad­kiem wo­kół w po­szu­ki­wa­niu Cy­gan­ki. Nie do­strzegł jej ni­g­dzie.

Po wyj­ściu na dwór nie­mal zde­rzył się z Kost­kiem, któ­ry zbu­dził się za­alar­mo­wa­ny wy­strza­ła­mi i ru­szył przy­ja­cie­lo­wi na ra­tu­nek.

Pięć mi­nut póź­niej wy­jeż­dża­li już ze wsi.

Ko­stek był zły na Krzysz­to­fa, że ten dał się wcią­gnąć w awan­tu­rę z chło­pa­mi.

– Co ci od­bi­ło, żeby tam strze­lać?

– Chcie­li mnie po­bić.

– Tak po pro­stu... tak za nic?

– Wła­śnie.

Ko­stek mach­nął zre­zy­gno­wa­ny ręką i zre­du­ko­wał bieg na dwój­kę.

*

Kon­stan­ty Ra­dzi­kow­ski miał tyl­ko jed­no ma­rze­nie.

 

Zapraszamy do zakupu penej wersjiSprze­daż książ­ki w In­ter­ne­cie:

Przypisy

[

←1

]

Wal­de­mar Ły­siak, Sa­ty­no­wy ma­gik, War­sza­wa 2011, s. 123.

[

←2

]

Gu­staw Her­ling–Gru­dziń­ski, Wę­dro­wiec cmen­tar­ny, po­sło­wiem opa­trzył Zdzi­sław Ku­del­ski, Kra­ków 2006, s. 33.

[

←3

]

Krzysz­tof Ką­ko­lew­ski, „Jak pan żyje?” [w:] Ba­śnie udo­ku­men­to­wa­ne, War­sza­wa 1978, s. 226.

[

←4

]

Ma­rek Hła­sko, Cmen­ta­rze, War­sza­wa 1985, s. 215.

[

←5

]

To­masz à Kem­pis, O na­śla­do­wa­niu Chry­stu­sa, roz­dział XVIII: O przy­kła­dach Oj­ców Świę­tych, wyd. 4, tłum. Ta­de­usz Ma­tu­sze­wic, War­sza­wa 1820, s. 52.

[

←6

]

An­to­ine de Sa­int–Exu­péry, Zie­mia, pla­ne­ta lu­dzi, tłum. Wie­ra Bień­kow­ska i Zbi­gniew Bień­kow­ski, Kra­ków 1974, s. 151.

[

←7

]

Ma­ria Ba­czyń­ska, Prze­wod­nik po cmen­ta­rzach lwow­skich, Ły­cza­kow­skim i Ja­now­skim, Lwów 1937, s. 3.