Tytuł możliwy do wypożyczenia z oferty Depozytu Bibliotecznego.
[PK]
Tę książkę możesz wypożyczyć z naszej biblioteki partnerskiej!
Książka dostępna w katalogu bibliotecznym na zasadach dozwolonego użytku bibliotecznego.
Tylko dla zweryfikowanych posiadaczy kart bibliotecznych.
ISBN 8321003397
Książka dostępna w zasobach:
Biblioteka Publiczna Miasta i Gminy Pobiedziska
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 444
Rok wydania: 1982
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Per A. Fogelsiróm
MIASTO
SERIA DZIEŁ PISARZY
SKANDYNAWSKICH
MOICH MARZEŃ
'NICTWO IPZNAŃSKIE
Per Anders Fogelstróm (ur. w 1917 r. w Sztokholmie), znany czytelnikowi polskiemu autor poczytnej i sfilmowanej powieści Lato z Moniką należy do pisarzy, których twórczość w przeważającej części związana jest ze Sztokholmem. O Sztokholmie napisał cały cykl utworów.
Miasto moich marzeń to najciekawsze dzieło z tego cyklu. Autor ukazuje Sztokholm drugiej połowy ubiegłego stulecia, w dobie rodzącego się kapitalizmu. Pasjonuje pisarza to niezwykłe miasto, jego ludzie, historia, topografia, uroki i tajemnice. Wszystko to ukazuje Fogelstróm na szerokim tle społecznym. Wiele miejsca w powieści poświęca Fogelstrom uczuciom ludzkim, i właśnie ta pełna optymizmu i pogody ducha postawa życiowa pisarza czyni z „kroniki" miasta utwór przepojony ciepłem, życzliwością i wiarą w człowieka.
SERIA DZIEŁ PISARZY SKANDYNAWSKICH
Per Anders Fogelstrom
MIASTO MOICH MARZEŃ
Przełożyła ze szwedzkiego MAŁGORZATA SZULC-MODIG
0
15. 227
P. SKAND.
0
WYDAWNICTWO POZNAŃSKIE • POZNAŃ 1982
Tytuł oryginału: Mina drommars stad Obwolutę projektował: CHRYSTIAN GOMOLEC
Poznań ml°T the Pollsh edltton by Wydawnictwo Poznańskie ISBN 83-210-0339-7
Miasto moich marzeń
Na początku miasto otrzymało swą pieczęć i znak: mury i wieże nad wodą.
Obronny kamień wzniósł się przeciw wszystkiemu, co istniało na zewnątrz, przeciwko wrogowi i wiatrom, zimnu i ciemności. Przedtem miasto leżało skulone jak jeż w rozpadlinie skalnej.
Mury jednocześnie broniły i zasłaniały. W mroku uliczek skradała się plotka i zaraza. Tych, których chroniła siła murów, mógł pozbawić życia ich kamienny ziąb. Słońce i wiatr rzadko docierały tu ze swą oczyszczającą siłą, toteż od strony kisnących śmieci przybrzeżnych i kleistych odpadków z rynsztoków dolatywał duszący smród. W mieście tym było więcej alkoholików, przestępców i samobójców niż gdziekolwiek indziej.
Ludzie spoza miasta mogli się go bać i nienawidzić je, przyrównywać do nory i ropiejącego wrzodu, do olbrzyma żarłocznie pochłaniającego istnienia ludzkie. Mimo to jednak szli tam, by złożyć krwawą ofiarę.
Niektórzy z nich nigdy nie przestali tęsknić do tego, by wydostać się z miasta, powrócić do tego, co zostało poza kamiennymi murami. Mimo to zostawali, gdyż zawsze cos stawało im na przeszkodzie. Dzieci ich i wnuki były już własnością miasta i kochały jego mury, a gdy mówiły
0 zbliżającym się lecie, czuły ciepło kamienia zamiast zapachu kwiatów.
Miasto było zależne od tych wszystkich, którzy lądem
1 wodą doń docierali — bez tego stałego dopływu krwi nie mogłoby istnieć. Ludzi tu urodzonych było mniej od tych, którzy w nim, umierali.
Takie czekało na niego. Miasto, które od tak dawna istniało w jego marzeniach.
Zachodzące słońce lizało lśniące dachy wież i domów, odbijało się w kropelkach wody między zabudowaniami. Szara góra wznosiła swe nagie ściany ponad ogrodami i bujną zielenią pól tytoniowych.
Miasto podawano na srebrnej tacy, wyłożone niczym podarunek. Tak, jakby ów pałac z zielonym miedzianym dachem, kościoły z czarnymi iglicami, statki w porcie i drewniane chałupy na wyżynach — jak gdyby wszystko to były zabawki. Gotowe do pochwycenia gorliwymi rękami, nęcące bliskością i łatwo dostępne.
Z kominów fabryk leżących nad brzegiem jeziora Ma-laren wznpsił się szary słup dymów, świadectwo uprzemysłowienia miasta.
Miasto czekało. Na piętnastoletniego chłopca, który jeszcze nie widział jego wspaniałości — i na wszystkich innych, którzy tam szli.
Istniało ono w marzeniach, ofiarowując wiele możliwości.
Ale młody chłopiec i nie mógł, i nie chciał dostrzec, że większość z nich była złudna, a perspektywy radości i życia dużo mniejsze niż smutku i śmierci.
Chłopiec marzył. Miasto czekało.
Most ku rzeczywistości
Wieczór u schyłku lata, w wieku pary, rok 1860.
Podczas minionego lata nowe małe kutry rybackie zawładnęły wodami miasta. Wkrótce już nadejść miała wielka rewolucja, podczas której na zawsze zamierzano przełamać panowanie lodu i długą zimową izolację. Budowano kolej, z tunelu Nyboda grzmiały wybuchy.
Jak gdyby zjawił się razem z tym, co nowe, we właściwej chwili.
Henning Nilsson wędrował już prawie tydzień. Powstrzymywał się, żeby nie biec, nie chciał się zmęczyć. Od czasu do czasu pytał mijanych ludzi o drogę — pod koniec informacje stawały się coraz dokładniejsze. Wreszcie jakaś babina wskazała palcem i rzekła: „Jak miniesz tamtą zagrodę, zobaczysz już most i rogatki".
Chłopiec przysiadł na skraju pola i wyciągnął z kieszeni kawałek chleba. Pogrążony w myślach przeżuwał go wolno. Do niedawna miał takie uczucie, jakby miasto go zapraszało, a wszystkie trudności miały się skończyć z chwilą przybycia na miejsce. Teraz jednak nasunęły mu się wątpliwości i poczuł lekki niepokój, że opuścił to, co było dobrze znajome i pewne. Zaczął niemal tęsknić do tego, co jeszcze niedawno wydawało mu się nie do zniesienia.
Ściągnął kubrak i otrzepał go z pyłu drogi. Zerwał kilka liści mleczu i próbował oczyścić nimi buty. Były za duże i ocierały go, toteż większą część drogi przebył boso. Zacisnął szczęki, gdy wycierał liśćmi buty, stare i zużyte już długo przedtem, nim został ich właścicielem.
Wszystko czekało. Nikt nie czekał. Nie znał w mieście nikogo, kto mógłby mu pomóc. Nie miał też drogi powrotu — spalił za sobą wszystkie mosty.
Wieczorne słońce piekło go w twarz, zacisnął więc powieki i otarł pot z czoła. Spojrzał z niepokojem na koszulę — jedyną, jaką miał. Musi być czysta tak długo, jak to możliwe.
Za zagrodą miał zobaczyć rogatki. Tam nastąpi zatem koniec marzeń. Przez most powędruje ku rzeczywistości. Ku przyszłości, która czeka na zdobycie.
Poczuł, jak mięśnie jego napięły się. Z niepokoju czy też z chęci działania? Był pełen zapału i zarazem wiedział, że potrafi pracować, choć trudno by go było zaliczyć do wyrośniętych i silnych. Ale przecież w mieście powinno być dużo możliwości pracy, również takiej, która poza siłą wymaga innych umiejętności.
Harując przy workach z mąką, marzył o siedzeniu przy blacie biurka lub staniu za kontuarem. A kiedyś nawet, choć nie bez upokarzającego poczucia własnej niedoskonałości, ujrzał siebie stojącego przy maszynie. Może poskramiającego parę, dumniejszego niż woźnica?
Nie, teraz, gdy nowa rzeczywistość jest tak blisko, nie wolno mu siedzieć w rowie. Strzepnął kilka okruszyn i podniósł się. Spojrzał na buty i zastanowił się, czy je założyć, w końcu jednak zdecydował się poczekać z tym, aż dotrze do mostu. Jednak wchodząc do miasta, będzie je miał na nogach.
I zaraz pierwsze rozczarowanie: ani śladu miasta! Długi i niezgrabny most sklecony z desek unoszących się na wodzie prowadził ku paru niskim domom, słabo widocznym wśród drzew po drugiej stronie. Między domami o czarnych dachach i kominach znajdowało się przejście: brama celna. Ale poza nią nie było miasta, tylko pola tytoniowe i szare góry, a także chmary czarno-białych srok nad płaskimi łanami.
Choć za górami, po stronie Malaren, unosił się dym z kominów, a z drugiej strony, nad zatoką Arsta, widniał nowy nasyp kolejowy.
Henninga ogarnęło podniecenie, niemal biegł w dół, w kierunku mostu.
Jak zwykle o tej porze roku poziom wody obniżył się, przez co most opadł, a obie jego krawędzie stały się strome. Deski mostu ciągle jeszcze były śliskie po przedpołudniowym deszczu, pokryte szlamem i gdy tylko Hen-ning na nich stanął, pośliznął się i zjechał w dół. W dali przed nim wolno posuwał się załadowany do pełna wóz z drzewem.
Teraz chłopiec zaczął się spieszyć, zapomniał, że przyrzekł sobie zachować spokój i godnie wkroczyć do miasta. Biegnąc przez most, cały czas rzucał ukośne spojrzenia w stronę nasypu kolejowego, jak gdyby pociąg mimo wszystko mógł się zjawić, choć tory nie zostały jeszcze położone.
Przy drugim brzegu mostu, od strony miasta zdążył dogonić wóz ciągnięty przez mocnego wiejskiego konia, który zmuszony był się tam zatrzymać. Krawędź mostu uniesiona była stromo w górę i kiedy koń postąpił kilka kroków naprzód, ześliznął się z powrotem.
Woźnica chłostał zwierzę batem i krzycząc, usiłował je zmusić do ponownej próby. Na próżno. Wydawało się wręcz niemożliwe, aby koń był w stanie pociągnąć wóz pod górę.
Parę obdartych dzieciaków i kilkoro zmęczonych starców z przytułku utworzyło nieliczną grupę gapiów. Również Henning wmieszał się w nią w poszukiwaniu czegoś, co na chwilę połączyłoby go z mieszkańcami miasta.
Wkrótce stało się widoczne, że ani bat, ani próby nie odniosą skutku — koń nie dawał rady. Rozpętała się dyskusja, a z budki strażniczej wyszedł celnik.
Potrwało chwilę, zanim Henning ośmielił się zabrać głos Nie znał miasta, ale taka sytuacja nie była mu obca. Kiedy chłopi przyjeżdżali do młyna z załadowanymi zbożem wozami, często mieli trudności z pokonaniem ostatniego odcinka pod górę. Należało wtedy podeprzeć czymś koła i posuwać się kawałek po-kawałku. Ludzie i zwierzęta wspólnie dawali sobie z tym radę.
Odważył się w końcu zaproponować coraz bardziej czerwonemu woźnicy, aby podłożyli pod spód kawałki drzewa i jednocześnie popychali. Starcy i dzieciaki trzymały wóz, podczas gdy Henning układał pod nim drewno, a woźnica smagał batem parskającego i ociekającego potem konia. Rżącemu ze strachu i bólu zwierzęciu udało się w końcu wydostać na brzeg. Szarpnięty kilka razy wóz podążył za nim, a woźnica skinął przyzwalająco głową, gdy chłopiec wdrapał się na górę i ulokował obok niego na stosie drewna.
W ten sposób Henning Nilsson wjechał do miasta.
No w©
Droga wiodła daleko w głąb miasta, jakby pozwalała przybyszowi powoli przyzwyczajać się do. wszystkich nowości. Stopniowo żwir przeszedł w nierówny bruk uliczny, pola i góry zniknęły, a zastąpiły je zieleniejące ogrody i niskie chaty za czerwonymi sztachetami.
Chłopiec rozglądał się dokoła, żeby zdążyć przyswoić sobie to wszystko i kręcił się tak, że omal nie spadł z wozu, gdy ten zatrząsł się na jednej z wielu wypukłości ulicy.
Chaty przeszły wkrótce w murowane domy, których rozwarte bramy prowadziły na podwórza, do stajni i szop. Przed karczmami stały zaprzężone wozy czekające na podróżnych, którzy zasiedzieli się nad jedzeniem i wódką. Przy chłopskich kwaterach krzątali się wieśniacy, handlarze koni i pasterze. Tutaj koncentrowało się życie miasta.
Po latach Henning zastanawiał się, czy nie za łatwo udało mu się dostać do miasta, czy nie został w jakiś sposób oszukany. Miasto mogło przecież od razu odsłonić swe prawdziwe oblicze: niegościnne i bezwzględne. Powinien zostać odrzucony daleko poza bramy celne i sty, co zmusiłoby go do kilkakrotnego wkradania się do miasta, aż nabrałby wystarczającej chytrości i pewności siebie.
Tymczasem kiedy Henning Nilsson wjechał do miasta, promieniało ono właśnie swym wieczornym uśmiechem, a wóz z drzewem podwiózł go aż do chłopskiego zajazdu, gdzie sympatyczny parobek dopatrzył, aby chłopiec dostał kwaterę na noc.
Pozwolono mu spać w stodole nad stajnią, w domu o nazwie „Arka Noego". Udało mu się przemieszkać tam kilka tygodni, a pewna poczciwa kucharka wtykała mu niekiedy resztki jedzenia.
W ciągu dnia włóczył się wokoło w poszukiwaniu pracy. Nie miał odwagi przeprawić się przez Śluzę i dotrzeć do centrum miasta, gdyż musiał przecież znaleźć drogę powrotną do stodoły i kucharki. Dlatego też trzymał się głównie ulicy Gotgatan, szczególnie wokół wzgórza Fyll-backen, gdzie jedne przy drugich mieściły się warsztaty. Wędrował między bednarzami i wozakami, kowalami i brązownikami. Ale pod ręką było dużo chłopców, a mało pracy.
Mimo troskliwości kucharki był najczęściej głodny, a jedyna koszula stawała się coraz bardziej nieporządna i coraz trudniej było utrzymać ją w czystości. Niekiedy ogarniała go rozpacz i zastanawiał się, czy zdąży dostać jakąś pracę przed nadejściem jesieni i chłodów. I zanim jego obecność w stodole stanie się niepożądana.
Najczęściej na sianie nocowało więcej lokatorów: pijani parobcy i cuchnący oborą krowiarze. Pewnego razu, późnym wieczorem, zjawiła się mała grupka z Dalarna — młody chłopak z siostrą i narzeczoną. Henning odstąpił im swoje zwykle miejsce, aby znużeni drogą mogli spać wygodniej. Zaczęli rozmawiać i przybysze dowiedzieli się o jego kłopotach. Młody wieśniak z Dalarna zaproponował, aby następnego ranka Henning przyłączył się do nich. Może i jemu uda się dostać jakąś pracę w wytwórni stearyny przy cle w Danvik, gdzie właśnie rozpoczął się sezon.
Następnego dnia wcześnie udali się w drogę: Olle i Maja Tyrs, Kerstin Saros i Henning Nilsson. Dziewczęta w swych regionalnych strojach ze spiczastymi czapkami jaśniały niczym kolorowe letnie kwiaty na tle szarych domów ulicy Gotgatan. Ludzie oglądali się za nimi,7jedni uprzejmie i niemal z podziwem, inni spluwając z pogardą: ci osobliwi mieszkańcy Dalarna zabierali prace miejscowym.
Olle Tyrs znał tę drogę i pracę. Pracował już kiedyś w wytwórni i wiedział, że będzie tam mile widziany. Ani on, ani dziewczęta nie podzielali niepokoju i wahań Hen-ninga, wiedzieli bowiem, co są warci. Olle i Kerstin, którzy mieli się pobrać na wiosnę, żartowali i przekomarzali się ze sobą, Henning zaś szedł obok grubiutkiej Mai, pyzatej dwudziestolatki o pełnych piersiach, które groziły rozsadzeniem ciasnego stanika.
Nie była ona szczególnie rozmowna, ale jakby promieniała i pachniała jakąś świeżą, ciepłą dobrocią. Czasem przystawała i ciągnęła Henninga za ramię, chcąc, aby on także przycisnął nos do okien wystawowych. Było tam na co patrzeć: modne francuskie przepaski, pomada ziołowa przeciw wątrobowym plamom, piwo gruszkowe i buty paryskie. Maja nie zamierzała nic kupować, ale przyjemnie jej było pobawić się tą myślą. I ponownie Henning ujrzał możliwości i ograniczenia miasta: mógł tu dostać wszystko, ale tylko za pieniądze, których nie miał.
Wkrótce sklepy znikły, domy były coraz mniejsze, płoty coraz dłuższe — aż ustąpiły miejsca pasącym się na zboczach krowom. Henning ciekaw był, czy oddalali się od miasta, ale właśnie wtedy chałupy znowu zgęstniały, przestrzeń między wysokimi górami powiększyła się i oto przed nim pojawiła się Wielka Stocznia z ogromnymi szopami i rzędem statków na lśniącej wodzie zatoki Tegel-viken. Ale jeszcze nie byli na miejscu, droga wiła się teraz między nowymi górami.
Tam był cel ich wędrówki — kilka czerwonych cegla-stych kominów wznosiło się ponad domami i magazynami. Było jeszcze stanowczo za wcześnie, by tam iść, toteż Olle poprowadził ich nad jezioro, aby mogli odprawić poranną toaletę i posilić się nieco, zanim nadejdzie czas pokazania się szefowi warsztatu.
Po drugiej stronie, oddzielona płotem, znajdowała się wytwórnia stearyny — skupisko jasnych, niskich domów o czarnych i czerwonych dachach, skąpanych w dojrzałej zieleni lata. Młyny wspinały się ku górom wokół jeziora Hammarby, błyszczącego w porannym słońcu, jakaś łódź wyśliznęła się z przystani Barnangsbryggan.
Olle zszedł ku wodzie, zanurzył w niej rękę i zamruczał z zadowoleniem. Skinął na Henninga i obaj przeszli na drugą stronę wzgórza, zrzucili z siebie ubranie i zanurzyli się w jeziorze. Woda była chłodnawa, ale Henning, który od chwili przybycia do miasta ledwie miał okazję się umyć, odczuwał przyjemną świeżość. Nie miał mydła, ale obmył się tak dobrze, jak tylko potrafił i zamoczył głowę, żeby włosy gładko do niej przylegały.
Kiedy wrócili, Kerstin i Maja przysiadły w kucki poniżej brzegu, plecy ich lśniły białością, a w trawie obok leżały bluzki. Dziewczęta także się myły, wydając słabe okrzyki, gdy woda ściekała im wzdłuż piersi i pleców. Kerstin była nieśmiała, zasłaniała się ręcznikiem i starannie zważała na to, aby zawsze być zwróconą plecami w ich kierunku. Za to krągła Maja stanęła pewnie na rozstawionych nogach, pozwalając, aby promienie słońca padały wprost na jej ciężkie piersi, które jeszcze połyskiwały od wody. Wytarła się starannie i wolno wciągała bluzkę. Henning usiłował odwrócić wzrok, ale raz po raz spojrzenie jego powracało, czuł przyspieszone bicie serca i kłujący niepokój.
Olle rozwiązał torbę z jedzeniem. Henningowi również dostał się kawałek chleba i skórka sera. Rozsiedli się na trawie i jedli czekając, aż nadejdzie odpowiednia pora. Henninga ogarnął strach przed rozstrzygającą chwilą, przerażenie, że znowu zostanie zdany na pastwę samotności i niewiedzy. Jak gdyby czytając w jego myślach, Maja pocieszającym gestem objęła go za szyję swym krągłym ramieniem, a on poczuł coś na kształt pociechy i tęsknoty do matki. Najchętniej przytuliłby się do niej i zapłakał. Ale kiedy wzrok jego padł na opinającą piersi bluzkę zrozumiał, że nie może tego zrobić. Maja nie jest matką tylko kobietą, a jemu nie wolno być dłużej dzieckiem, musi być mężczyzną!
Kazano im zameldować się w budce strażniczej przy ulicy Tjarhovsgatan, a potem minąć podwórze i wejść do biura w głównym budynku. W wytwórni zaszły pewne zmiany — hurtownik Gullberg został kierownikiem produkcji, a młody Ohrwall, który przed kilku laty zaczął jako uczeń, awansował na pomocnika majstra. Jeśli chodzi o plany Oilego związane z Henningiem, była to wiadomość korzystna. Olle i Ohrwall pracowali kiedyś razem i byli dobrymi przyjaciółmi. Łagodny Ohrwall z ogromnymi bokobrodami uznał, że dla jednego chłopca zawsze znajdzie się jakieś zajęcie, choćby przy nowej budowie, którą planowali panowie Hierta i Gullberg. Osobiście po-szedł na dół, do starego kamiennego budynku przy bra-mie wejściowej, w którym mieszkali robotnicy Dwa pokoje na mansardzie były wolne, nie potrzebowali więc przenosić się do ogólnych pomieszczeń. Dziewczęta zaięły jeden pokój, Olle z Henningiem drugi. Sienniki mieli sobie sami wypchać sianem, koce były na miejscu.
Z okna mansardy Henning widział podwórze i plac, gdzie zaczęto właśnie przygotowania pod budowę nowych budynków wytwórni. Znalazł w tym miejscu swój pierwszy stały punkt oparcia. A dookoła niego i ponad nim, w ścianach i na schodach, w deskach i szopie, w materacu i kocu — wszędzie tkwił tłusty, mdlący smród stearyny.
Zapach ten towarzyszył mu nieustannie podczas tego pierwszego okresu miejskiego życia i miał już zawsze pozostać związany ze wspomnieniem miasta jego młodzieńczych marzeń.
Na pustkowiu
Tłusty dym kłębił się wszędzie. Wokół wanien z gotującym się sadłem i olejem unosiła się gęsta para.
W młynie Henning dźwigał worki z mąką. Tutaj toczył beczki z olejem palmowym i sadłem lub taczki z drzewem dla wieczenie niesytych kotłów.
Olle, podobnie jak w latach poprzednich, pracował przy destylacji, a obie dziewczyny zajmowały się polerowaniem i pakowaniem świec. Fabryka zatrudniała teraz blisko czterdziestu pracowników i ponad połowa z nich składała się z robotników sezonowych, mieszkańców Dalarna, do których również zaliczał się pochodzący z Sodermanland Henning.
Toczył on ciężkie beczki przez podwórze, między robotnikami noszącymi deski i tymi, którzy pracowali przy rozbiórce. W tym samym czasie, gdy trwała praca w starych budynkach, uprzątano miejsce pod nowe. Praca chłopca na posyłki pozwalała mu wszędzie dotrzeć. Zaglądał przez drzwi do ciasnych pomieszczeń, gdzie przy swoich maszynach siedziały kobiety splatające knoty, na które wrzeciona przerabiały trzy nici z odbarwianej bawełnianej przędzy numer trzydzieści dwa. Bywał też na parterze u Ollego i patrzył, jak wpompowywano do kotłów skwaśniałe sadło, które po destylacji opadało na obrotowe spirale umieszczone w wodzie. A także w odlewni, gdzie stearynę przelewano do form, przy czym każda świeca miała swoją formę, a dziesięć form tworzyło „tacę". Lub na dworze, gdzie świece poddawano kilkudniowemu działaniu słońca i powietrza. Ale najbardziej ciągnęło go do sali, w której świece polerowano i pakowano w niebieski papier, przytrzymywany żółtymi etykietkami.
Było tam najzabawniej, ale i najniebezpieczniej. Po części dlatego, że nie zawsze miał tam coś do roboty, ryzykował więc, że go zwymyślają i przepędzą. A także z powodu dziewczęcych chichotów, które jednocześnie napełniały go dumą i wprawiały w zakłopotanie.
Mijały dni, liście na drzewach pożółkły, a słońce coraz słabiej świeciło nad wodą jeziora Hammarby. Podczas deszczowych dni października wzrastała mgła, a dym ponad fabryką gęstniał i wylewał się, wypełniając całą dolinę między wzniesieniami Klippa i F&fanga. Niekiedy zdarzało mu się słyszeć krzyki dochodzące z domu wariatów przy Saltsjón, a pewnej nocy obudziło go wycie — to pies fabryczny zwietrzył wilka. Tuż obok było pustkowie, a domy nad jeziorem stanowiły ostatni, przed lasami i ciemnościami, akcent miasta.
Ogarniało go niekiedy uczucie, że jest ciągle jeszcze poza miastem i wciąż zaliczany jest do wieśniaków, do ludzi z Dalarna. Czuł wtedy gorączkowy niepokój i pełen skruchy postanawiał już nigdy więcej nie przekradać się do dziewcząt w pakowni i nie ryzykować, że go przyłapią. Musi sprawować się tak dobrze, aby pozwolono mu tu pozostać, gdy mieszkańcy Dalarna powrócą do domu.
Jednocześnie też wzrastało jego poczucie pewności siebie. Dostał pierwszą wypłatę i był samodzielny. Któregoś wieczoru przyszła do niego Maja z prośbą, żeby poszedł z nią na ulicę Gótgatan. Bała się iść sama długą i ciemną drogą obok chałup przy stoczni, między ciągnącymi się w nieskończoność płotami ulicy Tjarhosgatan i polami tytoniowymi.
Chciała kupić cukierki, specjalny gatunek. Henning znał ich zapach: pachniały jak świeżo upieczony chleb. Zapach ten bezustannie towarzyszył Mai, poczuł go już tego ranka, gdy rozpoczęli wędrówkę. Maja bez przerwy ssała cukierki, i zawsze ten sam rodzaj. Teraz w chusteczce do nosa miała już tylko dwa i jednym z nich poczęstowała Hennmga. Delektując się nimi, szli w zadumie, ramię przy ramieniu.
Wokół małych knajp stali w grupach robotnicy ze stoczni i portu, w krzakach i zaułkach ujadały zgłodniałe psy. Z czeluści jakiejś bramy dochodził wrzask paru pijaków, a wokół budki z zupą gromadziły się dzieci o wydętych brzuszkach, węszące rozszerzonymi nozdrzami. Pod nielicznymi lampami gazowymi zbierali się ludzie, gapiąc się w górę na ten ostatni cud techniki, który obecnie dotarł na Sóder. 1
Henning poczuł się nagle dorosły, naciągnął na czoło czapkę z daszkiem i wsadził ręce do kieszeni. Poczuł, jak Maja wsunęła rękę pod jego ramię, być może tylko po to, aby mieć oparcie na wyboistej drodze — ale zawsze! Tutaj, w mroku, nikt nie zwracał uwagi na jego młody wiek, wszyscy sądzili z pewnością, że są parą i że to jest jego dziewczyna. Było to równie podniecające i niebezpieczne jak wtedy, gdy zaglądał do chichoczących dziewcząt w pakowni. A nawet o wiele bardziej!
Stanowczo za szybko dotarli do Gótgatan. Towarzyszył Mai w wędrówce po sklepach, póki nie znalazła ulubionych cukierków. A potem zapytał ją, czy nie zechciałaby mu pomóc przy kupnie koszuli — miał przy sobie swoje oszczędności za przepracowany miesiąc. Maja była zachwycona. I nie zadowoliło jej byle co! O nie! Należało przebierać, targować się, dziękować i odchodzić. Będąc sam, nigdy by się na to nie odważył. Dostał w końcu swoją koszulę, porządnie zapakowaną.
Z wdzięczności za pomoc chciał ją na coś zaprosić, może na lemoniadę? Ale mijanych knajp i kafejek nie miał odwagi jej zaproponować. Większość sprawiała wrażenie ciemnych i niebezpiecznych, pozostałe zaś były za dobre i za drogie. A poza tym w środku, w świetle, odgadnięto by jeg° młody wiek.
W końcu znalazł budkę, w której pewna madam sprzedawała ciastka. Maja przyjęła zaproszenie i oto stali przy sklepowej lampie naftowej, zajadając ociekające tłuszczem pączki.
Mimo zabawnej i zdecydowanej pewności Mai przy ladach sklepów, Henning nie czuł, że jest od niej młodszy. Miała lat dwadzieścia, a on tylko piętnaście, różnica ta była dość znaczna i inne dwudziestolatki traktował jako „stare". Jednak teraz czuł się niemal starszy od Mai i uważał jej sposób mówienia za dziecinny. Jadła również jak dziecko: to wieczne ssanie cukierków, pełne zadowolenia przeżuwanie pączka... Cukier osiadł wokół jej ust, a wargi w świetle latarni lśniły od tłuszczu. On sam starał się jeść ostrożnie i raz po raz ocierał usta wierzchem dłoni.
W piwnicznym lokalu odbywały się tańce, a śmiechy i krzyki dolatywały aż na ulicę. Kilka dziewczynek okupowało drzwi, pożądliwie zaglądając do środka, znajdując jednak czas na wyciąganie ręki w żebraczym geście ku przechodzącym. Twarze ich były blade, jakby osypane mąką, a ich ruchy miały jakąś wyuczoną, przyswojoną wulgarność.
Maja ledwie je dostrzegała, wzrok wlepiła w tańczących, oczy jej lśniły i kurczowo ściskała rękę Henninga. Zaczęła mu opowiadać o planowanym ślubie, mającym odbyć się na wiosnę w Dalarna — tam dopiero sobie potańczą!
Miała chyba ochotę wcisnąć się do lokalu, gdzie pomocnicy rzeżniccy w krwawych fartuchach podskakiwali dookoła z prządkami, a czeladnicy, wśród wrzasków i pokrzykiwań, obłapiali służące. Zaniepokoiło to trochę Henninga, uświadomił sobie bowiem, że brakuje mu zarówno sił, jak i doświadczenia, by móc wtargnąć w to środowisko. Ale kiedy nos Mai był już prawie w środku, rozległ się niesamowity ryk — to jakiś gwardzista oberwał butelką w głowę. W następnej chwili rozpętała się bójka. W obawie o własną skórę przerażone dziewczyny wybiegły na ulicę. Jedna z nich zatoczyła się i upadła, zaplątana w swoje obszerne spódnice.
Henning próbował odciągnąć stamtąd Maję, sterczenie tutaj nie miało sensu. W każdej chwili mogła się zjawić policja lub bijący się mogli wypaść na ulicę. Ale Maja była zafascynowana, ciągnęła go i szarpała, czekając na koniec bójki. Była podniecona i nie podzielała wcale obaw Henninga, zajęła miejsce w kręgu otaczającym dziewczynę, zbyt pijaną, aby mogła podnieść się o własnych siłach. Nogi jej wciąż plątały się w spódnicach, odsłaniając białe pończochy i czarne trzewiki.
W końcu zjawił się jakiś czeladnik, podniósł szamocący się tłumok, objął dziewczynę w pasie i wciągnął z powrotem do lokalu, gdzie uczestnicy bójki już się rozdzielili.
Podczas drogi powrotnej w Mai aż kotłowało się od przeżytych zdarzeń. Palce jej przebierały w torebce z cukierkami i nie pamiętała już o częstowaniu Henninga. Ale ci faceci się bili! A jak ta dziewczyna się tarzała! Jaką ładną chustkę miała na głowie kelnerka! W mieście to dopiero było życie! — Podoba mi się tutaj — stwierdziła. — Tu jest o wiele ciekawiej niż w domu. Wcale tam nie chcę wracać na wiosnę!
A Henning mógłby zostać?
Oczywiście, nie miał przecież domu, który by na niego czekał. Opowiedział jej o pracy młynarza, o matce zmarłej na cholerę i ojcu, którego nigdy nie widział. Ale Maja ledwie go słuchała, interesowała ją jej własna przyszłość, a nie przeszłość Henninga. — W mieście jest dużo weselej — rzekła i uśmiechnęła się swym dziecinnym uśmiechem. — Naprawdę dużo weselej.
Oddalili się już od hałasu i świateł, a przed nim ciągnęły się nieskończenie długie płoty oraz ciemne pola. Rzadko stojące latarnie sączyły nikłe światło w mroku nocy — tutaj, za miastem, oświetlano je olejem rzepakowym. Henning prowadził Maję, usiłując omijać kałuże i głębokie koleiny. Ale też się bili! Było na co popatrzeć!
Niespodziewanie, w największym mroku, Maja zatrzymała się i objęła Henninga ramionami. Raptownie wtłoczony został w nabrzmiewającą, miękką ciemność, a wokół niego, wszędzie istniała Maja. Czuł jej wargi wędrujące po jego twarzy, śliskie od tłuszczu i lepkie od cukru-pudru, zapach cukierków i jej mokre szerokie usta na swoich.
— Henning! Chcę zostać z tobą w mieście! — dyszała. — Musisz pozwolić mi zostać!
— Tak, tak — odpowiedział, choć nie bardzo wiedział, jak to mogło być możliwe i najchętniej zawołałby „nie .
— Pozwolisz mi chyba? — zapytała i odsunęła go trochę od siebie, aby w mroku poszukać jego oczu.
— Ale przecież nie mogę się z tobą ożenić, jestem za
młody — spróbował.
— Nie chcesz — stwierdziła posępnie i znowu ruszyła
w drogę.
Nic na to nie odpowiedział, al^s%)Oszedr»a^ nią, i po chwili ją dogonił. — Uważaj na kałuże — powiedział i odciągnął ją na bok.
Widać już było światła domu szefa stoczni, do wytwórni mieli już niedaleko.
Szli w milczeniu. Z przyległych do zbocza góry drewnianych chałup dochodziło nikłe światło.
— Nie chcesz! — rzekła ponownie. — Żaden nie chce!
Nie, chyba rzeczywiście nie chciał. Ale lubił Maję
i chciał być dla niej miły, toteż ostrożnie ujął jej pulchną rękę, pogłaskał ją szybko i powiedział:
— Ależ tak, chcę.
— Naprawdę? — spytała.
Przytaknął poważnie.
— To dobrze — rzekła Maja i w podskokach pobiegła dalej.
Bał się trochę, aby go znowu nie zechciała całować, ale ona zmierzała ku domowi, znów z zadowoleniem zajadając cukierki i żywo komentując wydarzenia wieczoru. Kiwnęli głową strażnikowi i weszli na podwórze. Tam Maja poprosiła, by Henning poczekał na nią, a ona pójdzie w „pewne miejsce". Usiadł więc na kamiennym schodku i przyglądał się beczkom, które miał toczyć w ciągu nadchodzących dni. I ciekawiło go, w jaki sposób poradzi sobie z potoczeniem Mai ku tej przyszłości, o której marzył.
Kiedy wyszła z mroku, podała mu rękę, życząc dobrej nocy i sama weszła na schody. Henning siedział jeszcze przez chwilę, zastanawiając się, czy powinien o tej sprawie porozmawiać z jej bratem, czy też była to tajemnica, której nie wolno mu było zdradzić. Najlepiej będzie poczekać i zobaczyć.
Dokoła niego tkwił smród stearyny, ale on mimo to wciąż czuł zapach cukierków i świeżo pieczonego chleba. Jego wargi wydawały się nieswoje i sprawiały wrażenie nieprzyjemnych, tłustych. Idąc przez ciemny tunel schodów raz po raz wycierał usta, pełen niepokoju przed nocą, w ciągu której przyjdzie mu z pewnością śnić o Mai.
W mroku
Gęstniejący mrok wgryzał się powoli w jesienne dni, coraz krótsze i coraz bardziej szare. W pomieszczeniach wytwórni każdego dnia musiano wcześniej zapalać świece i lampy naftowe. Drzewa wokół jeziora stały czarne i zimne, a chłopskie wozy zapadały głębiej w drogę wijącą się wokół odpływu zatoki Danvik i okolicznych wzgórz.
Henning powoli zaczynał zadomawiać się na peryferiach miasta. To, co jeszcze niedawno było nowe i nieznane, szybko stawało się znajome. Sobotnie wieczory i niedziele spędzał włócząc się wokół wschodnich pokładów rudy, rzadko odważając się zapuścić dalej niż do ulicy Gotgatan. W dni powszednie praca kończyła się zbyt późno, by mógł się po niej jeszcze gdzieś wybrać, był poza tym zmęczony i zwykle zasypiał tuż po kolacji.
Niekiedy nachodziła go ochota, by sobie coś poczytać, jednak ani on sam, ani nikt ze znajomych nie miał książek. Raz tylko, gdy wyrzucał śmieci hurtownika Gullber-ga, znalazł, stary numer „Gazety Wieczornej", który potem czytał tyle razy, że znał ją niemal na pamięć.
Olle wieczorami wychodził, by spotkać się z Kerstin, choć zdarzało się też, że podczas niepogody Kerstin przychodziła do pokoju, który Olle dzielił z Henningiem. Narzeczeni siedzieli wtedy trzymając się za ręce i poszeptu-jąc, aż Henning doznawał uczucia, że powinien zostawić ich samych. Przenosił się zatem na schody, gdzie było ciemno i zimno, niekiedy też zaglądał do tej części budynku, w której mieszkała większość mężczyzn. Towarzystwo to, spędzające czas głównie na pijaństwie i grze w karty, przerażało go nieco. Szczerze mówiąc, bał się. Siedząc w mroku schodów niejednokrotnie sam siebie o to oskarżał. Bał się przebywać wśród mężczyzn, aby nie wyszło na jaw jego niedoświadczenie. Także i to, że nie umiał pić. Również dziewczęta, nie wyłączając Mai, napawały go strachem. Czy unikał Mai? Nie powracali więcej do planów na temat ich wspólnej przyszłości, ani do tego, czy Maja zostanie tu, gdy inni powrócą do swych stron. Możliwe więc, ż& Maja zmieniła zdanie. Liczył na to, choć zarazem czuł się czegoś pozbawiony.
Żyjąc w ciągłej obawie, jednocześnie wydawał przecież na siebie wyrok, jakby z góry skazywał się na przegraną. Życie w mieście było twarde, dla lękliwych brakło tu miejsca. Szansę wygrania mieli tylko odważni.
„Musisz być odważny!" — nakazywał sobie, krzycząc niemal, pełen przy tym obawy, że ktoś może go usły-
SZ6Ć *
Któregoś wieczoru, doprowadzony do ostateczności oskarżaniem samego siebie, stanął przed drzwiami pokoju dziewcząt i zastukał — cicho, ostrożnie i bojaźliwie. Usłyszał głos Mai:
— Kto tam?
— To ja... — wyszeptał.
— Wejdź!
Bezszelestnie otworzył drzwi. W pokoju było ciemno.
— Chodź! — odezwała się znowu.
Poszedł zatem w kierunku głosu, macając przed sobą wyciągniętymi rękoma, aby nie potknąć się w mroku, aż zawadził o krzesło i poczuł w ręku skrawek jakiejś tkaniny, ubrania.
— Gdzie jesteś? — spytał cicho.
— Tutaj.
Szept, przypominający niemal szept dziecka, dobiegł go całkiem blisko. Henning poszukał rękoma i dotknął jej rozrzuconych włosów.
— Leżysz? To może sobie pójdę?
— Siadaj tutaj — powiedziała i odsunęła się pociągając go niecierpliwie na brzeg łóżka.
Przesiedział tam dość długo, chyba kilka godzin. A Maja, szepcząc w dalszym ciągu, opowiadała mu o jakiejś zabawie, na której była, o tym, co by sobie kupiła, gdyby miała pieniądze, słowem o wszystkim, z wyjątkiem tego, co było ważne.
Henning nie mógł jej zrozumieć. Dlaczego ani słowem nie wspomniała o ich wspólnej przyszłości? Spoczywała przecież w jej rękach, powinna zatem podjąć jakąś decyzję?
Pod koniec zdążył nawet zapaść kilka razy w drzemkę, a kiedy zauważył, że Maja usnęła, opuścił ją, skradając się równie cicho, jak wtedy, kiedy do niej przyszedł.
Stopniowo nadeszły mrozy, spadł śnieg, jezioro Ham-marby zamarzło, a czarna otchłań przerębli czyhała jedynie na pokryty lodem strumień, przemykający pod ujściem zatoki Danvik i znikający w wodach Saltsjón. Na kilka dni przerwane zostało połączenie z miastem. Drogę pokryły wielkie zaspy i upłynęło sporo czasu, zanim ludziom i koniom znowu udało się ją przetrzeć. Henning dostał najgorszą robotę — musiał oczyścić podwórze z nagromadzonego tam śniegu. Pod koniec zastąpił ręczny wózek saniami. Olle, gdy to zobaczył, wpadł zaraz na po-mysł, aby zapytać majstra, czy mogą wypożyczyć je na niedzielę.
Wybrali się w drogę pewnego przedpołudnia, kiedy ciągnąca się w nieskończoność kołdra śniegowa nabrała pod promieniami słońca barwy bielszej od najbielszej świecy opuszczającej maszynę polerowniczą. Henning i Olle ciągnęli sanie na zmianę, a dziewczyny, obie w kożuszkach z owczej skóry, biegły za nimi, baraszkując w śniegu. Jedno wzniesienie przechodziło w drugie, szli więc cały czas pod górę. Nie chcieli zadowolić się byle czym. Olle znał jakiś specjalny pagórek, z którego zjazd, rozpoczynający się na samym szczycie, kończył się dopiero u dołu ulicy, przy kwaterach chłopskich.
Szare drewniane chałupy uginały się pod ciężarem śniegu, a z podszytych wiatrem szop, spoza wypaczonych wrót gapiła się zasmarkana dzieciarnia. Na szczycie było zimno i pusto, jakby wiatr wywiał stąd cały czarnoziem i zniszczył całą roślinność.
Zjazd był tak stromy, że aż się kręciło w głowie. Z góry widzieli sterczącą na wschód faję komina wytwórni stearyny, a niżej, pod nimi, leżały budynki rozrzucone wokół fabryki w Barnang. Po drugiej stronie jeziora rozpoczynały się lasy — ogromna sosnowa ciemność.
Sadowiąc się na saniach, musieli poprzyciskać się do siebie, bo sanki zaopatrzone były w cztery słupki, które, niezastąpione przy zwózce drzewa, teraz tylko przeszkadzały. Olle zajął miejsce na przodzie, Henning zaś pomiędzy dziewczętami. Nie odczuwał wcale strachu na widok ogromnego wzniesienia, przepełniała go radość z oczekiwanej przygody oraz poczucie bliskości innych ludzi. Wszelkimi zmysłami chłonął atmosferę ciepła, koleżeństwa i kobiecości, czuł na sobie dotyk pleców i ud Ker-stin oraz nacisk ciężkich piersi Mai.
Odepchnęli się piętami i sanie ruszyły naprzód, najpierw jakby niechętnie, potem coraz płynniej i szybciej, aż w końcu nabrały właściwego rozpędu i — poleciały! W obawie przed upadkiem wczepili się w siebie kurczowo, dziewczęta piszczały ze strachu, a białe obłoki śniegu wirowały wokół nich. Olle krzyknął coś, jakiś rozkaz, którego nikt nie zrozumiał i przez moment bliscy byli upadku, ale sanie wyrównały bieg i byli już na dole. Roześmiani, oszołomieni, osypani śniegiem i pełni rozkoszy jazdy.
Powtarzali ten zjazd kilka razy — dysząc z wysiłku wciągali sanie na górę i lecieli w dół. Henningowi wydawało się, że mógłby tak jeździć bez końca! Radością przejmowało go poczucie własnej odwagi, upajało to każdorazowe rzucanie się w sam środek przygody, a także, co uświadamiał sobie nie bez wyrzutów sumienia, bliskość dziewczyny. I to nie Mai.
Mimo ruchu dziewczęta zaczęły marznąć. Olle wpadł więc na nowy pomysł: pójdą do karczmy leżącej u podnóża góry i napiją się gorącego ponczu.
Droga, która tam prowadziła, była dobrze wydeptana, a przed karczmą sterczało paru oberwańców przeliczających, czy złożone do kupy grosze starczą na jednego głębszego. Henning ukrył sanie w podwórzowej szopie, mając nadzieję, że nikt ich nie ukradnie. Czuł się po prostu za nie odpowiedzialny. Potem dogonił tamtych — będąc w ich towarzystwie, czuł się pewniejszy niż zwykle.
Przy wejściu dziewczęta odruchowo cofnęły się przed ciemnością, zaduchem i gwarem izby, po chwili jednak wszyscy się z tym oswoili. Tu było przynajmniej ciepło — właściciel wykosztował się na kominek. W kącie siedziało paru brodatych chłopów, kłócąc się zawzięcie nad butelką, a przy cynkowej ladzie wisiało dwóch dokerów, usiłujących zaśpiewać barmance jakąś sprośną piosenkę marynarską.
W rogu izby, wokół jednego ze stolików, stało kilka wolnych krzeseł, Henning znalazł poza tym pustą beczkę, na której można było siąść. Barmance udało się na chwilę oderwać od swych wielbicieli, tak że nowo przybyli zdążyli dostać zamówiony poncz. Siedzieli potem rozkoszując się mrokiem i ciepłem, wtopieni w ogólny gwar, czuli, jak zmarznięte policzki zaczynają nabierać kolorów i wkrótce już musieli porozpinać kurtki i swetry. No i sakiewki.
— W końcu czasem możemy sobie na to pozwolić! — powiedział Olle, gdy Kerstin trochę zdziwiona przyglądała się, jak część ich uskładanych pieniędzy wycieka z sakiewki jak z sita i przemienia się w poncz. Maja dostała kromkę chrupkiego chleba ze smalcem i porcję solonego śledzia. Olle nie chciał się zgodzić, żeby wypiła więcej niż jeden poncz, choć nie zaprotestował, gdy Henning postawił jedną kolejkę.
Rozmowa zeszła po chwili na znany już temat: mówili o weselu, mającym odbyć się na wiosnę. Słuchając Mai, nie można było mieć cienia wątpliwości, że ma zamiar w nim uczestniczyć. Czyżby zmieniła decyzję? Henning sam już nie wiedział, czy się tym cieszyć czy smucić. Zostanie więc sam, ale za to bez poczucia odpowiedzialności za kogoś innego.
Ośrodkiem tego towarzystwa była niewątpliwie Ker-stin. Jej ciemne włosy zwieszały się luźno po obu stronach szczupłej twarzy, oczy pełne były blasku, uśmiech mógł być jednocześnie wesoły i melancholijny, a ręce stale się poruszały, bawiąc się od niechcenia to kapturem, to brzegiem skórzanej kurtki albo wypukłością szklanego naczynia.
Z nich wszystkich Kerstin była najżywsza, nieustannie zmienna, w przeciwieństwie do spokojnego, pewnego siebie Ollego, przyciężkawej Mai, bez przerwy ssącej swój cukierek oraz szczupłego, nieśmiałego Henninga. Ci troje byli do siebie w pewien sposób podobni: w porównaniu z ruchliwą Kerstin sprawiali wrażenie sztywnych. Kerstin w zasadzie też była nieśmiała, ale nieśmiałość jej pełna była uroku, po prostu przyciągała wzrok. Henning coraz bardziej zazdrościł Ollemu! Właśnie taka dziewczyna jak Kerstin..., szczupła, a jednocześnie pełna, miękka, a zarazem jędrna, nieśmiała, a przy tym tak przystępna! Uważnie słuchał każdego jej słowa, urzeczony barwą głosu i żywą mimiką. Miał takie uczucie, jakby i w nim samym coś topniało, gdy wreszcie znalazł się ktoś, kto zechciał go wysłuchać — a Kerstin rzeczywiście była wdzięcznym słuchaczem. Tak go oczarowała, że nie zdawał sobie sprawy z upływu czasu. Aż wreszcie Maja zaczęła ziewać, a po Ollem znać już było działanie alkoholu.
Wstali zatem i wyszli w zmierzch wieczoru, który właśnie błękitnawym nalotem pokrywał biały śnieg. Na szczęście sanie znajdowały się tam, gdzie je pozostawiono, toteż Henning pociągnął je w górę ulicy, trochę niepewnie stąpając na nogach. Wkrótce mijali już wzniesienie, z którego przed paru godzinami tak odważnie lecieli w dół. Po drugiej stronie zaproponowali dziewczętom, aby siadły na saniach i razem ciągnęli je drogą wijącą się w dół ku rogatkom celnym zatoki Danvik. Niedługo potem zapadł zmrok, latarnicy rozpoczęli swą codzienną wędrówkę, a spoza ciemnych szyb mijanych domów migotały ku nim małe płomyczki pozapalanych świec.
Henning został trochę w tyle, w tym czasie pozostali zdążyli już wejść na schody. W mroku stał ktoś, czekając na niego. Był to Olle.
— Posiedź chwilę u Mai — zaproponował.
Tym razem Maja nie była szczególnie rozmowna.
— Możemy pogadać, tylko się wpierw położę — powiedziała.
Zapaliła małą lampkę, której światło rzucało na ściany tańczące cienie. Henning przylepił się do okna i wyglądał przez nie cały czas, gdy Maja się rozbierała. Odwrócił się dopiero słysząc skrzypienie łóżka.
— No, chodź — rzekła ziewając. — Siądź tu na chwilę.
Henning ostrożnie przysiadł na brzegu materaca.
— Zgaś lampę! — poleciła.
Ugasił ją dmuchnięciem.
W mroku myśli jego pobiegły ku Kerstin, powróciło wspomnienie jej ciała, przyciskającego się do niego, ujrzał przed sobą jej błyszczące oczy i poczuł wyraźnie, że nie potrafi dotknąć Mai. Pożądał może nie tyle samej Kerstin, ile kogoś bardzo do niej podobnego, kogoś, kto nie należał do Ollego.
Ogarnął go strach przed Mają i podniósł się, żeby sobie pójść.
— Połóż się na chwilę — powiedziała Maja, a jemu zabrakło odwagi, by jej nie usłuchać.
Przyciągnęła go do siebie i trzymała w objęciu, tak jak się trzyma małe dziecko, poczym roześmiała się, cicho i z zadowoleniem.
W tym momencie drzwi otworzyły się i do pokoju wtargnął strumień światła. To Kerstin, z latarnią w ręku, wracała prawdopodobnie z podwórza. Henning podniósł się pospiesznie.
— Już jesteś? — spytała Maja. — Właśnie żeśmy sobie tu leżeli i gadali po ciemku.
Henning życzył im dobrej nocy i wyszedł, czując na sobie odprowadzające go uważne spojrzenie Kerstin.
Jakaś siła gnała go z domu, możliwe, że strach przed
Mają, bo następnego wieczoru długo włóczył się w ciemnościach i na wietrze, bez określonego celu. Kiedy wrócił, z pokoju ich szybko wyśliznęła się Kerstin.
Tym razem Olle był poważny. Nie wiedział, czy Hen-ning połapał się już w sytuacji, ale niezależnie od tego chciał mu coś wyjaśnić.
I tak Henning dowiedział się, że Maja jest po prostu przerośniętym dzieckiem, dużym dzieckiem stąpającym w ciemności. I będzie już taka zawsze, niezdolna do samodzielnego życia. A Olle, zabierając ją z sobą, zobowiązał się dopatrzeć, aby cało powróciła do domu.
Nareszcie więc Henning zrozumiał to, co już niejako przeczuwał wcześniej. Pojął, dlaczego w jej towarzystwie mógł się czuć dorosły i skąd się brało owo poczucie bezpieczeństwa — przed nią nie musiał się obawiać własnej dziecinności! Teraz jednak zabawa się skończyła. Pospiesznie zapewnił Ollego, że nic się przecież nie stało. A po tym, czego się właśnie dowiedział, będzie wobec Mai szczególnie ostrożny i z chęcią pomoże Ollemu w opiece nad siostrą.
Obietnica ta przyszła mu łatwo — wiążąc się nią jednocześnie czuł, że ratuje w ten sposób samego siebie. Opowiedział Ollemu, o czym rozmawiał z Mają tego wieczoru, gdy wybrali się razem do miasta. A jednak mówiąc to, czuł pewne zażenowanie — mimo wszystko była to w jakiś sposób zdrada wobec Mai.
Nie przeszkodziło mu to jednak spać spokojnie tej nocy. Maja nie nachodziła go więcej podczas snu. Usiłował natomiast pochwycić jakąś dziewczynę podobną do Kerstin. Spadł przy tym z sań i toczył się w dół, obracając się coraz szybciej i szybciej, aż wreszcie obudził się na podłodze.
Szfokholmczyk
Henning strannie ulokował w kieszeni próbkę materiału i wyruszył w drogę. Jak to się często zdarzało, szedł za-łatwić jakąś sprawę dla hurtownika Gullberga. W wytwórni poszeptywano, że fabrykant Hierta protestował przeciwko wykorzystywaniu pracowników dla celów prywatnych, ale co prostym ludziom do tego, o co się kłócą ich pracodawcy! Zatrudnionym pozostaje jedynie wykonywanie poleceń.
Chłopak podniósł kołnierz płaszcza, wsadził ręce w kieszenie spodni i szedł przysypaną śniegiem ścieżką. Koło przystani zeskoczył na lód — w zimie droga do farbiarni była rzeczywiście nieporównanie krótsza.
Tego dnia Henning znajdował się w wyjątkowo smutnym nastroju, a cały świat wydawał mu się również szary jak niebo wiszące nad wzgórzami; zamiast, jak oczekiwał, poznawać nowych ludzi i wciągać się powoli w życie miasta, stawał się coraz bardziej osamotniony. Wobec Mai czuł po rozmowie z Ollem jakieś skrępowanie i nie mógł już traktować jej z tą samą swobodą, co dawniej. Z kolei OUe i Kerstin byli tak zajęci sobą, że trudno było wymagać, aby znajdowali jeszcze czas dla niego. Pozostali robotnicy byli uprzejmi i przyjacielscy, ale z żadnym z nich nie udało mu się zaprzyjaźnić. Może było w tym też trochę i jego winy, gdyż w zasadzie nie starał się specjalnie szukać ich towarzystwa, zresztą większość z nich miała już wkrótce opuścić miasto i powrócić do swych stron.
Wytrwale posuwał się wzdłuż brzegu, brnąc w śnieżnych zaspach — samotna i ciemna figurka... Zatoczył krąg wokół jakiejś posiadłości i fabryki Barnang. Dochodzący z niej grzechot warsztatów tkackich niósł się po całym jeziorze.
Niedaleko starych zimowych rogatek celnych stały zielone i czerwone szeregowe budynki farbiarni, otaczające podwórze, z którego widać było jezioro.
Farbiarze od wieków mieszkali i pracowali przy tym jeziorze, gdyż woda stanowiła niezbędny element ich pracy. Z czasem jednak poczęto ich wypierać i teraz zostało już tylko niewielu. Największa ze wszystkich farbiarni, zwana Zagrodą Farbiarzy, należała do starego Wanse-lina.
Jakiś chłopak w wieku Henninga usiłował wyrąbać dziurę w lodzie, obok niego stały sanie z pustą beczką na wodę. Henning zamienił z nim już kiedyś kilka słów, kiedy przyszedł on do wytwórni stearyny po świece dla swego chlebodawcy. Teraz z kolei Henning miał do niego pytanie, nie był bowiem pewien, komu ma oddać próbkę materiału.
Farbiarczyk zapytany puścił kilof i odetchnął głęboko. Był to ciemny, żylasty chłopak, z zabawnym ostrym nosem. Żwawość jego gestów i mimiki zdradzała mieszkańców Sztokholmu. ^
— Najlepiej podaruj to kobicie majstra — poradził.
Nie wyjaśniło to wątpliwości Henninga, który musiał
ponowić pytanie.
— Jasne, że to dla madam Wanselin! — powiedział chłopak i wskazał ręką, w której brakowało kciuka, w stronę czerwonego domku farbiarni.
— Z Dalarna toś ty chyba nie jest? — zapytał.
— Nie.
— Ale sztokholmczyk też nie?
Henning głowił się przez chwilę nad odpowiedzią, gdyż sam dobrze nie wiedział, za kogo ma się uważać. Bo przecież nie był już wieśniakiem, ale też nie czuł się mieszkańcem Sztokholmu.
— Jestem tu od niedawna — powiedział, ulegając nagle przemożnej chęci, aby opowiedzieć chłopakowi o swych dziejach, o tym, że zamierza tu zostać na stałe, stać się jednym z nich, ale jak to zrobić, skoro pracę ma tylko na jeden sezon?
— Jak tak, to trzeba cię będzie poznać z tym grajdo-tem — oświadczył stanowczo farbiarczyk.
Był on zdecydowanym patriotą lokalnym i uznał, że przypadło mu w udziale ważne zadanie: musi odsłonić przed tym nieśmiałym chłopakiem tajemnice miasta.
— Wołają mnie tu Kciuk — powiedział i wykrzywił się zabawnie, pokazując pozbawioną kciuka lewą rękę. — A tobie jak na imię?
— Henning. Henning Nilsson.
— Ty, Henkan! — rzekł Kciuk. — Przyjdź no dziś wieczorem na róg koło knajpy, to już coś tam wymyśli-my.
Henning przystał na to z radością. Pełen nadziei ruszył w kierunku farbiarni, wskoczył z lodu na pomost i wszedł na podwórze.
— A jakby to bydlę rozrabiało, to przysuń mu butem! — krzyknął za nim Kciuk.
Henning zrozumiał ostrzeżenie dopiero wtedy, gdy jakiś pies rzucił się ku niemu. Na szczęście szczeknął tylko i pozwolił przybyszowi wejść do komórki, w której urzędowała madam Wanselin.
Ture Lindgren, przezywany Kciukiem, stał, tak jak zapowiedział, koło knajpy. Nie był on jednak z tych, co to potrafią czekać bezczynnie. Ciągle był w ruchu. Wszedł na moment do knajpy i zamienił parę słów z dziewczyną w barze, pomógł karczmarzowi dźwignąć beczułkę z wódką, zajrzał na podwórze i przez chwilę przyglądał się bójce dwóch parobków. Był zawsze tam, gdzie coś się działo i wiedział o wszystkich najważniejszych wydarzeniach w mieście. Uczestniczył w nich lub trzymał się na uboczu
— zawsze z jednakową zręcznością. Była to dla niego nieustanna zabawa, gra, której reguł przestrzegał i w której potrafił się zachować tak zręcznie jak baletmistrz lub wytrawny torreador.
Henning zastał go na rozmowie z dziewczyną odgarniającą śnieg sprzed drzwi. Kciuk nieoczekiwanie odłamał kawałek sopla zwieszającego się z rynny, wpakował go dziewczynie za dekolt bluzki, zwinnie uskoczył na bok, unikając w ten sposób miotły, klepnął Henninga w ramię i pociągnął go za sobą. Kiedy przebiegł parę kroków, przystanął i zaśmiewał się do rozpuku ze swej ofiary, która krzycząc wygrażała mu miotłą.
— Dziś wieczorem nie mamy czasu! — zawołał do niej.
— Ale kiedy indziej postawisz nam chyba po jednym?!
— No to dalej, Henkan, idziemy — zwrócił się energicznie do Henninga. — Widziałeś już Śluzę? Nie? Faktycznie trzeba to nadrobić.
Podczas drogi Kciuk nieprzerwanie udzielał objaśnień, pokazywał i opowiadał, gdyż o tylu rzeczach Henkan musiał się dowiedzieć, skoro rzeczywiście zamierzał osiedlić się w tym graj dole. O policjantach i żandarmach, czeladnikach i uczniach wiecznie wojujących ze sobą, o dorożkach i karczmarzach, prostytutkach i sprzedawczyniach cygar. Dla Henninga wiele rzeczy było niejasnych, gdyż Kciuk często zahaczał tylko o jakąś sprawę, nie wyjaśniając jej do końca, a poza tym używał słów, które dla kogoś nie obeznanego z gwarą Sztokholmu były w przeważającej części niezrozumiałe.
Doszli do ulicy o nazwie Stora Glasbruksgatan, która miała kształt wąskiego rynsztoka, spływającego od południowej strony wzgórz ku miastu. Tutaj człapali, w swoich ogromnych buciorach, bezrobotni biedacy — blisko był Urząd Zatrudnienia. Z restauracji „Uciecha" dochodziły dźwięki muzyki, a z mijanych knajp, piwiarni i domów publicznych słychać było gwar i krzyki. Kciuk, nie zatrzymując się, prowadził Henninga w dół, przez osłonięty plac przy Śluzie, gdzie między latarniami, tuż przed nowo wybudowanymi budynkami bazaru stał pomnik króla Karola XIV.
Po raz pierwszy Henning znalazł się w samym środku miasta. Nie było tu pól ani wzgórz, jedynie wąskie kanały ulic między wysokimi domami. Musieli teraz torować sobie drogę w tłoku, roztrącać grupki ludzi wystających przy kioskach i bramach. Przez to zbiorowisko ludzkie ostrożnie przedzierały się dorożki, za których szybami widać było wytworne panie i eleganckich panów, udających się na przyjęcie. Surowi policjanci, w skórzanych płaszczach i czarnych kaskach, wygrażali pałkami wrzeszczącym uczniakom, a wymalowane dziewczyny uliczne nadchodziły w spacerowych grupkach z ulicy Osterlanggatan, gdzie miały swoje rewiry.
Henning świadomy był swej niezręczności i braku pewności siebie. Tyle nowych rzeczy przyciągało jego wzrok, gdy tymczasem musiał uważać, jak idzie — co rusz popychano go, a i on sam właził ludziom na pięty. Teraz już rozumiał, dlaczego prawdziwi sztokholmczycy byli tak zwinni jak Kciuk. Musieli oni posiąść umiejętność zgrabnego prześlizgiwania się w tłumie, a także sztukę unoszenia się wraz z nim. W mieście nie można było kroczyć wolno niczym chłopi na wsi.
Postanowił jeszcze baczniej obserwować Kciuka, przejąć od niego cały ten nowy styl. Ale bardzo wątpił, czy kiedykolwiek uda mu się nabrać równej pewności siebie...
Nagle Kciuk zniknął mu z oczu. Henning bezradnie rozglądał się dokoła. Jakaś gruba matrona przepchnęła się obok niego, a po niej młoda dziewczyna, której spódnice zajęły połowę ulicy. Kilka psów z jazgotem rzuciło się w pogoń za kotem, pociągając za sobą gromadę małych
chłopców. c..,
Mógłby od biedy zapytać o drogę powrotną na boaer, postanowił jednak jakiś czas czekać cierpliwie. Na pewno nie uda mu się odnaleźć Kciuka, natomiast Kciuk z łatwością może poszukać jego. I rzeczywiście! Zjawił się już za moment, z torebką pokruszonych ciastek w jednym ręku, drugą trzymał za ucho płaczącą dwunastolatkę.
— Miała już więcej nie sprzedawać — powiedział gorzkim tonem. — Dobrze wie, że te stare pryki nie za mydła
jej bulą! Teraz trzeba będzie odstawić smarkatą do chaty-
Powoli przeciskali się z powrotem. Kciuk trzymał małą w żelaznym uchwycie, a ona, pociągając nosem, usiłowała chronić koszyk z pozostałymi w nim trzema mydłami.
Kiedy wydostali się już z uliczek na otwartą przestrzeń, Kciuk odważył się zwolnić uścisk. Stopniowo siąkanie nosem ucichło i dziewczynka z coraz bardziej zadowoloną miną dreptała pomiędzy nimi, podjadając okruchy ciastek.
— To moja kuzynka — wyjaśnił Kciuk i dodał, że mieszka ona u jego rodziców i nikt jej nie zmusza do biegania z koszykiem po knajpach.
Henning nadal nie bardzo rozumiał, co w tym wszystkim tak wzburzyło Kciuka?
— Jak myślisz, kto się pali na te jej mydła? — mówił dalej Kciuk — Jakieś czyściochy? Nie bracie, nie do mnie ta mowa. Te stare cuchnące pryki bulą nie za mydło, tylko żeby móc wpakować łapę pod jej kieckę!
Mała uśmiechnęła się pod nosem, co znowu tak zdenerwowało Kciuka, że uszczypnął ją w ramię.
— Przecież nie tylko ja... — mruknęła naburmuszona. — I co to w końcu takiego!
— No to spróbuj jeszcze raz, a już ja się postaram, żeby ci tak wlali, że popamiętasz! — zagroził Kciuk.
Doszli właśnie do zabudowań farbiarni i Kciuk popchnął tam małą. Potem wrócił do Henninga, zrobił zrezygnowany gest i powiedział:
— Ja wiem, że to i tak psu na budę się zda.
Stał lak przez chwilę, opierając się o latarnię, a światło lampy padało na jego chudą chłopięcą twarz i zniszczone ubranie.
We Francji to chociaż próbowali robić rewolucję — rzekł ściszonym głosem. — Ale tu to się nic nie dzieje. Harujemy jak woły, tyramy za jakieś plugawe grosze, a Kiedy nie starcza na życie, żebrzemy albo zdychamy z głodu. I wcale nas nie dziwi, że co druga dziewczyna z fabryki idzie na ulicę i że nawet małe smarkate się sprzedają-
Henning nie potrafił na to odpowiedzieć. Wszystko, co mówił Kciuk, było dla niego zbyt nowe, musiał się z tym wpierw oswoić, aby móc się wypowiedzieć na ten temat.
— Starzy są już do niczego — ciągnął Kciuk. — Na nic się nie odważą, chowają się po kątach i łudzą się, że bogacze mimo wszystko pozwolą im żyć. Mój stary był razem z innymi, wtedy, w czterdziestym ósmym, rzucił navvet kamieniem w jakiegoś wojskowego i wiwatował na cześć republiki. Teraz siedzi cicho i zalewa robaka. Ale my, Henkan, my zrobimy rewolucję!
I Henning ponownie ujrzał ów charakterystyczny szybki uśmiech i posuwisty chód, gdy Kciuk szedł w kierunku domu.
— Zajrzyj znowu jutro! — usłyszał jeszcze za sobą.
Wracał do domu, rozmyślając nad nowościami tego dnia: miastem, ludźmi, rewolucją. Niespodziewanie wyrwany został z szarej codzienności i nie wiedział, czy się tego bać czy się tym cieszyć, uciekać czy też być gotowym do działania. Chociaż tak! Chciał brać w tym wszystkim czynny udział! Postanowił iść za Kciukiem, dokądkolwiek go to zaprowadzi. Kciuk bowiem, tak doskonale znający życie miasta, z pewnością rozumie się również na tej całej rewolucji.
Pożegnanie
Nadeszła wiosna i miasto strząsnęło z siebie okowy zimy. Ponure i ociężałe barki ściekowe wypchnięto w stronę Fjaderholmarna, aby oswobodziły miasto z wszelkich nieczystości zimy. Spod topniejącego śniegu zaczęły ukazywać się rowy i rynsztoki oraz to wszystko, co wrzucano do nich podczas długich zimowych wieczorów. Wzdęte padliny psów i kotów rozsiewały swój fetor, zwały nawozu sprzed stajen i obór zaczynały tajać, a drogi zmienił} się w grząskie błotniste rowy.
Pracownikom z Urzędu Zatrudnienia polecono sprawdzić, jak idzie oczyszczanie ulic i podwórzy z zalegającego je brudu. Smieciarzom szybko jednak udało się zwieść nielicznych nadzorców, po czym porozsiadali się na schodach karczm i coś tam kombinując z butelkami, wykrzywiali się w słońcu. Wokół nich ryły świnie, a zadowolone kury grzebały w stertach śmieci.
Znikł też powoli lód z jeziora Hammarby, co dla Hen-ninga oznaczało dłuższą i bardziej uciążliwą drogę, gdy chodził do farbiarni na spotkanie z Kciukiem. Najczęściej zresztą umawiali się w innych miejscach, na przykład między szopami rynku Nytorget a stromymi schodami wzgórza Sóderberg.
Teraz Henning znał już nazwy ulic i uważał, że udało mu się nabrać trochę tego zwinnego sposobu poruszania się, który mu tak imponował. Powoli uczył się płynnego poddawania się prądowi. Przemykał się na podwórze rzeźni, gdzie rozpaczliwie ryczały krowy, a kwik świń przypominał pisk dzieciarni. Zbiegał schodami ku miastu, gdzie roznosiciele chleba i mięsa uginali się pod dźwiganymi ciężarami, a karczmy sąsiadowały z sobą ściana w ścianę.
Krew i pomyje, pot i wódka — to był napój, którym miasto częstowało swych mieszkańców. Ale spragniony człowiek nie miał innego wyboru, jak pić do dna.
Jednak zarówno Henning, jak i Kciuk cierpieli na odrębny rodzaj pragnienia: gnała ich młodość, pasja okryw-cza i nieustanne poszukiwanie czegoś nowego. Choć dla Henninga nawet rzeczy znane nabrały uroku nowości — zawdzięczał to Kciukowi, który, zawsze baczny na wszystko, był przewodnikiem w ich wspólnych wędrówkach.
Pewnego kwietniowego dnia stali na Gótgatan i przyglądali się wodzie tryskającej z pierwszej polewaczki. O-gromne strumienie wzlatywały w górę i za chwilę ulica stawała się lśniąca i czysta. Dla Henninga miało to urok fajerwerków — radość dla oczu i uszu, natomiast Kciuka fascynowała raczej siła wytrysku. Musiał aż zaciskać pięś-ci, aby przezwyciężyć chęć podbiegnięcia bliżej, wyrwania węża i skierowania strumienia wody w stronę najbliższego przedstawiciela władzy. W drodze do domu ciągle był przejęty, mówił cicho i żarliwie, składał gorące przysięgi.
To my musimy to zrobić! — krzyknął nagle. — Ty i ja, Henkan!
Ale już chwilę potem leżeli rozciągnięci leniwie na pokrytym trawą zboczu Białych Wzgórz, dłubali w szeleszczących ubiegłorocznych liściach i rozmawiali o dziewczynach z przędzalni. Tyle rzeczy było do zrobienia, a wolnego czasu mieli tak mało.
Henning znalazł się w tarapatach. Jak długo to było możliwe, ukrywał swój niepokój pod maską beztroskiej rozmowy, nie chciał bowiem niczym zakłócać przyjemności przebywania z Kciukiem. W końcu jednak zmuszony był do wyznania. Otóż sezon w wytwórni stearyny zbliżał się ku końcowi i wkrótce już ostatni wieśniacy z Dalarna powrócą do swych stron i czekających ich letnich robót w polu. Henning miał jeszcze możliwość dostania pracy przy rozbudowie wytwórni, ale to nie było pewne.
Kciuk uspokoił go: lato to niezły okres, zawsze jakoś można sobie poradzić, a pracy jest na pewno więcej niż w zimie. Poza tym robota na budowie to wcale nie taka znowu zła rzecz.
Ale nawet w wypadku załatwienia pracy pozostawał problem mieszkania. W starym domu z mansardą nie wolno było pozostać przez lato, zatem Henning zmuszony był poszukać czegoś innego, chociażby łóżka lub miejsca do spania. Kciuk, znający prawie wszystkich mieszkańców okolicznych domów, obiecał, że coś na to poradzi.
— Jakoś to będzie! — pocieszył Henninga. Było to hasło wszystkich sztokholmczyków: „Jakoś to będzie".
Pełen nadziei, że Kciuk wszystko potrafi załatwić, Henning zapomniał o swych kłopotach, by razem z przyjaciółmi z Dalarna świętować ich ostatni dzień w mieście.
Obok stoczni znajdowała się przystań — kursujące stąd promy obsługiwały trasę między zakładami przemysłowymi w Danvik a wesołym miasteczkiem w Djurgarden. Kilkoro podróżnych siedziało gotowych do drogi; dzięki czemu czwórka młodych ludzi z wytwórni stearyny nie musiała długo czekać na odejście promu. Łódź wolno ruszyła z miejsca, posuwając się dostojnie naprzód i kołysząc na falach, wywołanych przez przepływające kutry parowe zdążające do bardziej odległego celu.
Nie widzieli już stąd fabryki, dzięki czemu dzień powszedni oddalił się i znikał za przystrojonymi w zieleń wzgórzami Fafanga. Wkrótce już mieszkańcy miasta zaczną przenosić się do swych letnisk oraz na żeg owne szlaki. Niedługo nadejdzie lato, ale wtedy Olle i dziewczęta będą już daleko, a Henning pozostanie w mieście sam... Tak, tak właśnie się wyrazili, bo nie wiedzieli przecież, że Henning miał towarzysza. Na myśl o tym przejmowało go poczucie szczęścia, jednak koleżeńska lojalność kazała mu im przytaknąć. Przy pożegnaniu będzie rzeczywiście sam i na pewno nie raz odczuje brak tej trójki.
Majowa niedziela skąpana była w słońcu — cóż więcej miasto mogło podarować im na pożegnanie? Lśnienie fal i flagę na szczycie czerwonej wieży warownego zamku, kutry rybackie i łodzie, mrowie ludzi przy straganach na placu Djurgarden, teatr kukiełkowy i akrobatów, a także tłum przelewający się przed obrazem, który przedstawiał bestialskie morderstwo dokonane przez gwardzistę Góthe na kobiecie z ulicy Hornsgatan.
Ich czworo trzymało się razem, po chłopsku przejęci, że pogubią się w tym miastowym tłumie. Kerstin podała Henningowi drobną, szczupłą rękę, którą niemal z lękiem trzymał w swej dłoni. Kerstin bowiem w jakiś sposób stała się ideałem jego marzeń o dziewczynie, o kobiecie i dzięki niej marzenia przyoblekły się w konkretny kształt. Henning wiedział już, że nie zapomni jej twarzy i że jej będzie mu najbardziej brakowało.
Maja dźwigała koszyk z jedzeniem i piciem, które po pewnym czasie rozłożyli na trawie. Spotkali tam inną grupę dalarczyków i wkrótce wszyscy bawili się w najlepsze. Podniecony piwem i upojony zabawą Henning gonii Kerstin, usiłując uchronić ją przed złapaniem przez Ollego. Chwycił ją wreszcie w objęcia i trzymał tak chwilę, czując jej przyspieszony oddech i drżenie ciała, wywołane zabawą i śmiechem.
O zmroku skierowali się ku łodziom i wkrótce już siedzieli w nich znowu, przyglądając się, jak woda powoli nabiera srebrnego połysku i jak stopniowo sinieje wieczór i miasto. Tej nocy spali niewiele, bo stary dom aż drżał w posadach od rozmów i śmiechu, pakowano plecaki i tornistry, raz jeszcze oglądano nowe, miejskie nabytki, by potem znowu starannie zawinąć je w odzież i papier, przeliczano pieniądze, a butelki krążyły z ust do ust.
Następnego dnia o świcie Henning towarzyszył swoim przyjaciołom przez złoża rudy — szli tą samą drogą, którą kiedyś przebył z Kciukiem: wzdłuż ulicy Stora Glasbruks-gatan i poprzez Śluzę. Odprowadził aż do mostu Nor-rbro i tam się pożegnali. Henning stał jeszcze dłuższą chwilę przy wiązaniach mostu i patrzył, jak cała trójka stawała się coraz mniejsza i mniejsza i oddalała się coraz dalej i dalej. Maja, biegnąca truchcikiem, świadoma celu i pragnąca jak najszybciej znaleźć się w domu, z pewnością zapomniała już, że kiedykolwiek zamierzała pozostać w mieście. Olle, niewyspany po nocnym świętowaniu, zatoczył się parę razy pod ciężarem wyładowanego plecaka. Ale Kerstin odwracała się wielokrotnie, kiwając mu ręką, i choć była już tak daleko, Henning bez trudu mógł sobie wyobrazić wyraz jej twarzy. On również jej pokiwał, myśląc przy tym, że prawdopodobnie nigdy już się nie spotkają i że z pewnością będzie czuł po niej pustkę.
Samotnie zawrócił ku jeszcze jednemu powszedniemu dniu w tym mieście. Ale tym razem nie szedł już niepewnie — znał przecież miasto i drogę.
»
Kciuk wynalazł mu lokum. Nie najlepsze, sam to przyznał, ale przynajmniej tanie. Trudno było teraz dostać nawet łóżko do spania, bo wszędzie roiło się od ludzi i w każdym zakamarku ktoś mieszkał albo sypiał.
Wieczorem wybrali się tam razem. Był to jeden z chylących się ku ziemi domów, niedaleko Zagrody Farbiarzy. Przeszli podwórzem, między szopą a wychodkiem, kupą nawozu i starymi wózkami zagradzającymi niemal wejście. Parę brudnych dzieciaków bawiących się między stertami śmieci przerwało na chwilę zabawę, żeby popatrzeć na przybyszów.
Gospodarz Henninga był tragarzem węgla. Wyszedł im na spotkanie, zwalisty i czarny, a ręka, która ścisnęła dłoń Henninga, była szorstka i pokryta ciemnymi bruzdami. Tragarz węgla nosił przezwisko Siłacz i był dumą swej załogi, człowiekiem, który bez zachwiania się przenosił dwustukilowe worki z barki na wagę i nieporuszony stał tam, podczas gdy je ważono.
Otworzył im drzwi do ciemnego pokoju. Kiedy oczy Henninga oswoiły się z mrokiem, ujrzał otwarty piec kopcący czarną sadzą, małe okienka, w których szyby były stłuczone i trzymały się tylko przez to, że odpowiednio po-utykano kawałki szkła. Zobaczył też wyplamione tapety zwisające płatami ze ścian, dwa łóżka, kilka materacy i stertę szmat na podłodze.
— Stara i ja śpimy w pokoju obok, razem z najmłodszymi dzieciakami — powiedział Siłacz. — Nie będzie was więcej jak siedem osób, to nie powinno być ścisku.
Krótko poinformował Henninga o reszcie sublokatorów. Jedno z łóżek dzieliły dwie robotnice z przędzalni, drugie zaś dzierżawił pewien farbiarz płacący dodatkowo za to, by mógł w nim spać sam jeden. Dwoje najstarszych dzieci Siłacza oraz przygarnięta na wychowanie dziewczynka zajmowały materac i stos szmat, pozostały zaś materac otrzymał Henning.
