Miasta, rzeczy, przestrzenie - Jerzy Jarzębski - ebook + książka

Miasta, rzeczy, przestrzenie ebook

Jerzy Jarzębski

4,0

Opis

Jeżdżąc po świecie, odkryłem, że podróż jest czymś więcej niż zmianą miejsca pobytu w celach poznawczych lub rekreacyjnych. Potrzebna jest nam po to, aby siebie samego zdefiniować, odnaleźć w sobie te specyficzne cechy, które pozwalają określić się wobec innych i wobec świata. Bo rośniemy, gromadząc doświadczenia i nabierając cech charakteru zawsze pośród rzeczy, na tle jakiegoś krajobrazu, który został – tak lub inaczej – uporządkowany, któremu wybrano i określono centrum i peryferie, a także pośród ludzi, którzy dają nam szansę autodefinicji, w autokreacyjnej podróży i – na koniec – w lekturze opisującej cudze, ale podobne do moich przygody.

Jerzy Jarzębski

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 568

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,0 (1 ocena)
0
1
0
0
0

Popularność




Wstęp

Niespełna dwa lata przed moim urodzeniem odbył się pamiętny sylwester w Goszycach, gdzie starli się Czesław Miłosz i Jan Józef Szczepański. Pierwszy z nich – przybyły ze zniszczonej powstaniem Warszawy literacki gwiazdor i ulubieniec kobiet, ale tylko z pozoru pewien siebie; w rzeczywistości zrozpaczony sytuacją kraju i niewidzący pozytywnych perspektyw na przyszłość. Drugi – skromny i niepozorny, gotów wypełniać wbrew rozpaczy żołnierski obowiązek. Pozostały po tym starciu ważne literackie świadectwa mówiące o dramatycznym rozdarciu Polaków, którzy – przeżywszy dopiero co wojnę, okupację i potworną klęskę powstania warszawskiego – stanęli z kolei przed wyzwaniem sowieckim i nowym zniewoleniem. Ci, którzy z dzisiejszej perspektywy widzą tę sytuację w kategoriach prostego wyboru: za lub przeciw wolności Polski, trywializują w sposób niedopuszczalny trudności wiążące się z podejmowaniem decyzji, jak działać czy wręcz – jak żyć dalej.

Ci, którzy myśleli głębiej o formach ustrojowych kraju w okresie powojennym, jak na przykład Miłosz, Wyka czy Andrzejewski, wiedzieli, że nie ma powrotu do anachronicznego modelu Polski przedwrześniowej – musieli więc zdecydować, co robić dalej. Odpowiedzi na to pytanie było kilka i żadna nie spełniała oczekiwań ludzi, którzy właśnie uwalniali się od koszmaru wojny i masowych rzezi, ale wpadali natychmiast pod władzę sowiecką i nowe formy terroru. To wtedy Miłosz – skuszony przez swoich przedwojennych lewicowych przyjaciół – podpisał na krótko pakt z diabłem i wstąpił do PRL-owskiej służby dyplomatycznej. Przychodziłem więc na świat, w którym żyć było trudno i w którym trzeba było nieustannie dokonywać aktów wyboru, obciążonych daleko idącymi konsekwencjami. Nie w pełni docierało to do dziecka, którym wtedy byłem, ale wiedziałem przynajmniej tyle, że władza i jej instytucje, takie jak milicja czy UB, są generalnie nieprzyjazne ludziom z mojego otoczenia. Trudno było myśleć inaczej, skoro owa władza niedługo po wojnie uwięziła na całe lata dwóch moich wujów (syna jednego z nich, a mego kuzyna, pamiętam z tamtych czasów jako dziecko bez rodziców, bo także jego matka na krótko trafiła za kraty). Drugim mężem mojej mamy został z kolei wypuszczony z więzienia bodaj w 1955 rokuAK-owski partyzant i uciekinier z obozu w Auschwitz, Marceli Godlewski (zwany wśród przyjaciół Filipem, jak się później dowiedziałem, spokrewniony przez matkę, z domu Kotkowską, z Gombrowiczem). Nie mogłem wówczas wiedzieć, że choć wszyscy pracowali z początku dla AK-owskiego Kedywu, to każdy z nich więziony był przez bezpiekę z innych powodów. Działalność w Kedywie Filipa Godlewskiego nie była chyba organom władzy zbyt dobrze znana, bo wyrok otrzymał za rzekomy sabotaż (prowadzona przezeń ciężarówka zapaliła się od zatarcia łożyska w kole, co spowodowało gwałtowny pożar i utratę życia kilku osób). Karę śmierci, zmienioną najpierw na dożywocie, potem na piętnaście lat odsiadki, dostał wuj Feliks Czech, który z ramienia kontrwywiadu AK nadzorował działania Narodowych Sił Zbrojnych w ziemi świętokrzyskiej. Natomiast uwięzienie brata mojej mamy, Juliusza Garzteckiego, który jeszcze przed końcem wojny przeszedł z AK do AL, potem wybrał współpracę z tajnymi służbami nowej władzy, a w latach czterdziestych pracował w polskich placówkach dyplomatycznych w Rzymie i w Paryżu, miało dla nas podłoże dość tajemnicze. Nie wiedzieliśmy: ofiarą był czy kutym na cztery nogi agentem. O prawdziwości drugiej wersji świadczyć mogło, że to on przecież po wypuszczeniu z więzienia skutecznie inwigilował środowiska inteligenckie jako współtwórca, wraz z żoną Ewą, Klubu Krzywego Koła. Mieszkanie, w którym klub powstał (w Warszawie, przy ulicy Krzywe Koło 26/28 m. 4), dobrze z dzieciństwa pamiętam. Wejść w wewnętrzne komplikacje duszy mego wuja, człowieka inteligentnego i o dużych ambicjach, nie potrafię, zwłaszcza że był w chronicznym konflikcie ze swymi rodzicami, a jego wizyty w naszym domu były rzadkie i zawsze po półgodzinie kończyły się awanturą. Tak czy inaczej, na tych paru przykładach pokazać można sprzeczności, komplikacje i różnice politycznych wyborów dzielące czasem członków jednej rodziny. Z uwagi na obowiązkową tajność coraz mniej o tym wszystkim wiedzieliśmy w naszym pokoleniu. W rezultacie konflikty postaw upraszczały się z wolna, przyjmując formę dychotomii władzy i opozycji. Dopiero gdy działalność dysydentów, wraz z wydarzeniami marca 1968, a po paru latach – z powstaniemKOR-u, skonkretyzowała się i zaczęła być firmowana przez określone twarze i polityczne rodowody, ujawniły się ideowe różnice i wewnętrzne konflikty, które ekstremalną formę zyskały dzisiaj, kiedy środowiska bojowników o wolność drastycznie się poróżniły.

Widać stąd, że intelektualna praca nad urządzeniem kraju bez obcej ingerencji stała wciąż przed Polakami. Lata, w których formowała się moja świadomość, nie przynosiły mi zatem jakichś gotowych konceptów politycznych ani odpowiedzi na pytanie „jak żyć?” poza jednym prostym wskazaniem, że władzy nie można dowierzać, nawet w takich sytuacjach, jak popaździernikowa liberalizacja. Tę postawę odziedziczyłem po mamie, która komunizmu szczerze nie znosiła. Do moich przeżyć należały natomiast doświadczenia tak brzemienne w skutkach, jak wielka migracja, przemiany społeczne i ekonomiczne, a także idąca za nimi zmiana statusu rzeczy, ich jakości i prestiżu wynikającego z ich posiadania. Ta zmiana osadzenia w przestrzeni i pośród otoczenia materialnego stosunkowo niedawno stała się ważnym tematem literackim, co opisał w swojej świetnej książce Przemysław Czapliński1. Nowe przeżycie przestrzeni i świata rzeczy stało się jednym z ważniejszych doświadczeń, które formowały światopogląd – mój i całego polskiego społeczeństwa.

Dopiero w ostatnich latach, po odzyskaniu niepodległości, które wyzwoliło – paradoksalnie – cały zamrożony przez kilka dziesięcioleci zasób społecznych i ideologicznych konfliktów, badacze historii społecznej, politycznej czy ekonomicznej starali się przedstawić w całej złożoności i wieloznaczności to, co się naprawdę wówczas, po wojnie, zdarzyło. Zrozumienie tych czasów wymagało przetrząśnięcia zamkniętego na cztery spusty residuum społecznej pamięci o polskich grzechach i nieprawościach, co zdecydowanie nie podobało się politykom partii prawicowo-nacjonalistycznych, dążącym do przedstawienia historii w łatwych do propagandowego wykorzystania uproszczonych kategoriach. „Polski punkt widzenia” to, ich zdaniem, punkt, z którego widać tylko bohaterstwo bojowników o niepodległość kraju, nie widać natomiast obciążających Polaków zbrodni i bezmiaru wojennej demoralizacji. Rozpoczynając tę książkę od opisu dwóch sylwestrów z pierwszych lat istnienia komunistycznej Polski, chciałbym dowieść, że sytuacja w tych pierwszych latach wymyka się prostym ujęciom. Niemniej jednak sposób, w jaki widzieliśmy świat, da się opisać – tyle że trzeba w tym celu skupić się nie na ideologicznych kategoryzacjach, zawsze dodawanych ex post, ale na obrazach, rzeczach czy strukturach przestrzeni, w której mieszkaliśmy czy odbywaliśmy wędrówki i poprzez które oglądaliśmy świat.

Najpierw były miasta. Właśnie tak: w liczbie mnogiej. Pewnie dlatego, że nie miałem od najmłodszych lat wyraźnego poczucia zakorzenienia. Moi rodzice byli z Warszawy i po powstaniu przeżytym w mieszkaniu dziadków, przy Wilczej, w rejonie leżącym od pierwszego do ostatniego dnia walk na samym powstańczym froncie, uciekli z szosy pruszkowskiej i dotarli do rodzinnej Częstochowy dziadka, gdzie zaopiekowała się nimi jego siostra, przełożona zakonu urszulanek, i gdzie dostali pracę jako muzycy. Potem Częstochowę zamienili na operę w Bytomiu, gdzie ja się, w roku 1947, urodziłem – i niebawem się rozeszli. Rodzice mamy dotarli tymczasem do Krakowa, tam więc, przy ulicy 18 Stycznia (dziś Królewskiej) we czworo zamieszkaliśmy. Moja mama zamieniła pianistykę na kompozycję, interesowała się też najnowszą literaturą, pisała pieśni do słów Białoszewskiego, Poświatowskiej, Jerzego S. Sity, przyjaźniła się z poetami i artystami. W naszym domu bywali Tadeusz Kantor, Kazimierz Mikulski, Janina Kraupe-Świderska, Jerzy Harasymowicz, także liczni muzycy. Stałą rezydentką pokoiku-służbówki była przez parę lat Maria (Lila) Krasicka, najbliższa współpracowniczka Kantora w teatrze Cricot 2. Ale gościem najbardziej odświętnym był bliski mamy przyjaciel sprzed wojny, pianista Witold Małcużyński, który przyjechał do Polski po odwojowaniu dla Wawelu wywiezionej w czasie wojny do Kanady królewskiej kolekcji arrasów i witany był oficjalnie jak sam król. Podjęty przez mamę na obiad litewskimi kołdunami, długo je w listach wspominał. Szymborska chyba nigdy do nas nie dotarła, ale poznały się i polubiły z mamą, która, poznawszy ją w Państwowym Wydawnictwie Muzycznym, gdzie obie w latach pięćdziesiątych pracowały, zjawiła się w domu z okrzykiem: „Poznałam wspaniałą dziewczynę: śliczna, utalentowana, inteligentna i – wyobraźcie sobie – komunistka!!”

Nie towarzyskie rozkosze jednak były w tych kontaktach najważniejsze. Po październikowych przemianach sfera literatury i sztuki zdawała się wówczas szczupłą domeną względnej wolności. W mojej klasie licealnej mama zorganizowała klub miłośników sztuki współczesnej, który działał do jej przedwczesnej śmierci w wypadku samochodowym. Jaki był poziom tych zajęć, można sobie wyobrazić, skoro o nowym malarstwie opowiadał nam Kantor, a o muzyce – Penderecki. Kilka lat wcześniej piętro niżej w naszym domu powstał jeden z pierwszych ośrodków jazzu w Polsce: było nim prywatne mieszkanie Wojtka Karolaka, którego matka, zakochana w synu, tolerowała ten typ muzyki u siebie w domu.

Z górą osiem lat ode mnie starszy Wojtek chętnie przychodził do nas i bawił się ze mną, był też dla mnie niekwestionowanym autorytetem. Dlatego, gdy się dowiedziałem, że w wieku dwunastu lat napisał powieść, czułem się w obowiązku mu dorównać. Nie było to łatwe, ponieważ mając cztery lata, opanowałem wprawdzie litery pisane, ale nie umiałem ich łączyć. To wydało mi się wówczas najważniejsze. Potem przyszło do nadania bohaterowi nazwiska. U Wojtka nosił on miano Alojzego Zajączka, co wydało mi się nieodparte, ale gdy spróbowałem wykorzystać je po raz wtóry, dorośli orzekli, że jest już zajęte. Imienia oddać nie mogłem, zgodziłem się jedynie przemianować Zajączka na Krokodyla. Dalej poszło już łatwiej: powieść była sensacyjno-kryminalna z duchami, a centrum akcji stanowiła zuchwała scena kradzieży „amerykańskich pierścionków”. Dorośli tu znowu podśmiechiwali się po kątach, bo w tych czasach „amerykańskie złoto” miało znaczyć – nie wiedzieć czemu – tombak. Ale powieść pisało mi się doskonale, aż do finału, kiedy z szaf w sklepie wyskakiwały duchy, udaremniając kradzież. Tekst dzieła nie zachował się, niestety. Pamiętam tylko, że zakończyłem je umoralniająco: „Do widzenia, drodzy Czytelnicy, i pamiętajcie nie niszczyć książek!” Była to pierwsza i zarazem ostatnia moja powieść.

O ile mamie zawdzięczałem kontakty artystyczne, o tyle Filip Godlewski wprowadził nas w rzeczywistość ziemiańską. Jego krewni i znajomi po wojnie, jako fachowcy w dziedzinie uprawy ziemi, zajmowali kierownicze stanowiska w Państwowych Gospodarstwach Rolnych, całkiem często więc mieszkali w dworach, które władza ludowa zabrała jakimś ich kuzynom, i prowadzili życie na wzór przedwojennego – z obowiązkowymi polowaniami na szaraki czy bażanty, przejażdżkami bryczką po polach i rodzinnymi zjazdami. My jeździliśmy wielokrotnie do Liplasu pod Gdowem, gdzie kierownikiem był pan Witold Cichowski (kuzyn Cichowskich spokrewnionych z Gombrowiczami?). Odnalazłem go zaraz na pierwszej stronie publikowanych w internecie materiałów genealogicznych firmy My Heritage. Tamtejszy dwór przeszedł typową drogę: w latach pięćdziesiątych trzymał się jakoś w stanie wyniesionym z lat przedwojennych, potem z wolna popadał w ruinę, dziś wyremontował go jakiś, zapewne nowobogacki, nabywca.

Mój ojciec powrócił do Warszawy, uczył w Akademii Muzycznej i w muzycznych szkołach niższych stopni, nigdy też po wojnie nie powrócił do świetnie zapowiadającej się kariery wirtuoza skrzypiec. Dlaczego? To pytanie zadawała w dramatycznym tonie wielka skrzypaczka, Eugenia Umińska, w artykuliku publikowanym przed laty w „Ruchu Muzycznym”. Podejrzewam, że w związku z pewnymi wydarzeniami z okresu wojny, które sprawiły, że mógł być szantażowany przez UB. Wolał zatem wtopić się w tło, zrezygnować ze sławy, wybrać pozycję outsidera, który wiadomym służbom się nie zwierza, bo nie bywa w wielkim świecie i nie ma nic ciekawego do powiedzenia. Tylko niekiedy jego uczniowie odkrywali z zaskoczeniem, jaką pozycję krytycy przyznawali mu przed wojną. To również jest rodzaj ofiary wojny i komunizmu – trudnej do sklasyfikowania i zmierzenia.

Kiedy dorosłem, dość często do niego jeździłem, bywałem też na letnich obozach warszawskiego Liceum Muzycznego, którego współtwórcą i dyrektorem był mój stryj, Aleksander Jarzębski. Moja mama bywała w stolicy czasem służbowo i w takiej podróży zginęła przed półwieczem w wypadku samochodowym, który się zdarzył akurat w połowie drogi między dwoma miastami: w Skarżysku-Kamiennej. To nie najgorszy symbol naszego braku zakorzenienia. Byłem zawsze z „pomiędzy”: mówiłem po warszawsku, rodzinne historie, które słyszałem, były związane z Warszawą, czasem z Częstochową, skąd pochodził dziadek, lub z Kijowem, gdzie dziadkowie mieszkali przed I wojną światową i gdzie urodziła się mama – nigdy z Krakowem. Ale Kraków był rzeczywistością, która otaczała mnie na co dzień, a Warszawa istniała tylko od święta. Wtedy nauczyłem się, że miasta mogą się różnić totalnie, w najgłębszej swej zasadzie. Może dlatego Warszawa  mnie fascynowała – znałem ją jeszcze zrujnowaną, a potem z przejęciem kibicowałem jej odbudowie. To miasto mego najwcześniejszego dzieciństwa, połowy lat pięćdziesiątych, opisuje w Złym Tyrmand. Dziadek Jarzębski, jako profesor konserwatorium, miał służbowe mieszkanko w ówczesnej siedzibie szkoły, pałacu Sobańskich przy Alejach Ujazdowskich. Tam oglądałem w roku 1954 kolarzy jadących w Wyścigu Pokoju – z legendarnym Królakiem i młodziutkim Elkiem Grabowskim, nastoletnią nadzieją polskiego kolarstwa.

Gdańsk i całe Trójmiasto po raz pierwszy widziałem w lecie 1952 roku – i choć miałem, ledwie ukończone, pięć lat, odczuwałem już i zapamiętałem na całe życie różnice między modernistycznym Orłowem, gdzie mieszkaliśmy, a eklektycznym Sopotem z jego nadmorskim parkiem w charakterystycznym fin-desieclowym stylu. Zakopane zobaczyłem też w lecie, ale dopiero w 1958. To były ostatnie chwile, kiedy stolica Tatr nie różniła się jeszcze zbytnio od tej, która istniała przed wojną – z góralskimi domami w centrum i drewnianymi willami-landarami, nie mówiąc już o legendarnych starych taksówkach firmy Austro-Daimler czy Tatra, jedynych pojazdach wytrzymujących kursy po wyboistych wtedy górskich drogach. Turystyka była jeszcze zdecydowanie zgrzebna, mieszkało się w domach pozbawionych wygód, brakowało restauracji, poza „Jędrusiem”, „Watrą”, „Kryształową”, „Porajem” nie mogę sobie żadnej przypomnieć, choć pewnie nieliczne inne istniały. Potem otwarto na Krupówkach Cocktail-bar – mekkę dzieciaków – który w końcu, podobnie jak uwielbiana przez schodzących z gór turystów restauracja „Poraj”, musiał ustąpić przed agresywnym współczesnym biznesem.

Kto chce, zobaczy teraz, że opisuję w tym tomie nie jakieś przypadkowe miejsca na mapie, ale „moje” miasta, pamiętane od dzieciństwa. Z kolei poprzez lekturę Schulza i liczne podróże w tamte strony związany jestem z Drohobyczem, jego mieszkańcami i wielonarodowym dziedzictwem. A mapa? Tę „galicyjską”, o której tu piszę, mam od niedawna, ale wcześniej matka Wojtka Karolaka pożyczała mi czasem ogromne austriackie atlasy sprzed wojny, dzięki którym zobaczyłem, jak można czytać Trylogię Sienkiewicza, odnajdując na mapie niemal każdą wioskę wymienianą przez pisarza.

Z przedwojennych czasów były też otaczające mnie rzeczy (mieszkaliśmy w domu zasobnym i pełnym ładnych, stylowych przedmiotów: dywany, antyczne meble, porcelana i srebra były w jak najlepszym guście). A przecież dość szybko odkryłem, że te wszystkie ładne rzeczy mają kłopoty z tożsamością, że są „z nieprawego łoża”, a ich korzenie poprzecinano i pozrywano w latach „wielkiego rabunku”, w czasie wojny i zaraz po niej. Przecież to wszystko nie mogło pochodzić z powstańczej Warszawy, skąd moja rodzina wyszła z plecakami uszytymi naprędce z zasłon okiennych i mieszczącymi tylko najpotrzebniejsze drobiazgi! Prawda, były jeszcze dolary zaszyte w kołnierzu płaszcza mojego dziadka, a pochodzące ze sprzedaży willi w Milanówku, którą dziadek spieniężył w czasie okupacji. Dolary nie mają tożsamości, za nie jednak dziadek uzyskał pieniądze na odstępne za nasze krakowskie mieszkanie dla poprzednich jego lokatorów, malarzy, braci Mierzejewskich, za nie też kupił meble i wyposażenie domu. Część tego wyposażenia (wraz z fortepianem) pochodziła z tak zwanych dóbr poniemieckich, a przywiozła je mama, która otrzymała je w Bytomiu, gdzie, jak wspomniałem, po wojnie pracowała w operze. Ona też, po osiedleniu w Krakowie, polowała na bazarowe okazje. Targi były wówczas pełne dóbr po ofiarach wojny i Holocaustu, bądź to pochodzących z szabru, bądź też odkupionych za bezcen od właścicieli ziemskich wysiedlonych z ich wiejskich rezydencji. Piękne rzeczy były więc tanie, ale rozproszone i bez rodowodu. Klasyczne displaced objects. To z tamtych czasów wywodzi się u mnie odruchowe przekonanie, że filiżanki postawione na stole najpiękniejsze są wtedy, gdy każda pochodzi z innego kompletu. I drugie jeszcze przeświadczenie: że nowe meble są potwornie brzydkie i tandetne. Kiedy dorastałem do wieku szkolnego i postanowiono kupić mi biureczko, wymogłem na mamie, aby to był mebel z antykwariatu – rzeczywiście wielkiej urody, choć wymagający gruntownego remontu. Cała młodość i kawał wieku dojrzałego upłynęły mi w regionie świata, w którym panowała „gospodarka niedoboru”, a rzeczy były przedmiotem westchnień lub nerwowych i kosztownych zabiegów. Z dawnych lat pamiętam drukowane w jakimś tygodniku satyryczne opowiadanko, w którym bohater otrzymywał cynk, że zdobyto dla niego nielegalnie jakąś niebywałą cenność. Transportowano ją następnie pod osłoną nocy i supertajności, w wielkim worku. Napięcie rosło w miarę upływu czasu i napotykanych po drodze przeszkód. I kiedy już bohater mógł w miarę bezpiecznie cieszyć się swym skarbem w rodzinnym domu, worek opadał i ukazywała się… muszla klozetowa! Śmialiśmy się, czytając, ale z pełnym zrozumieniem, bo sami kiedyś przeżywaliśmy podobne kłopoty. Zresztą gospodarka niedoboru miała to do siebie, że jej mechanizmy unicestwiały – jakby losowo – co rusz to inne najzwyklejsze przedmioty codziennego użytku. Stąd tendencja do gromadzenia wszelkiego typu dóbr w rezerwie (a nuż zabraknie?), piwnice wypełnione cukrem, najdziwaczniejszymi kolekcjami przedmiotów lub – co groźniejsze! – benzyną w nie zawsze szczelnych bańkach.

W czasach komunizmu w dystrybucję przedmiotów wplątywała się również wielka polityka, za Stalina zabraniająca popijać amerykańską coca-colę, krzywiąca się na zachodnią modę, reglamentująca jedne towary i tępiąca inne, jak na przykład poczciwe banany, których w Polsce nie było przez dziesięciolecia, aż ukuto z nich propagandowy symbol mający budzić klasową nienawiść („bananowa młodzież” w marcu 1968 to synkowie i córki bogatych rodziców, którzy tak objedli się niedostępnymi dla zwykłych ludzi owocami i innymi frykasami, że w końcu – rozbestwieni – postanowili dokonać zamachu na „państwo robotników i chłopów”). Dla mnie prawdziwym sygnałem końca komunizmu był widok przekupki na targu pogryzającej banana.

Istniała też klasa rzeczy źle widzianych, niosących pamięć niewygodnej dla władzy polskiej przeszłości. Posiadaczem całej kolekcji takich przedmiotów był właściciel sławnego pensjonatu w Lanckoronie, dokąd często jeździłem w dzieciństwie, pan Tadeusz Lorenz. Jego ojciec, Tadeusz senior, był oficerem do specjalnych poruczeń Piłsudskiego w bohaterskich czasach Legionów, więc na widocznym miejscu w pensjonacie pyszniło się przez wszystkie lata komunizmu muzeum legionowych pamiątek. Tadeusz junior był wówczas ośmioletnim chłopcem, ale ojciec wziął go raz na wojskowe ćwiczenia w terenie. Pod wieczór rozpadało się, dla żołnierzy były pałatki – dla Komendanta łóżko w chłopskiej chacie. Ale Piłsudski nie chciał zostawiać chłopca na deszczu i wziął go na noc do swego łoża. Kiedy Tadeusz Lorenz opowiadał mi tę historię, liczył sobie grubo ponad osiemdziesiątkę i był zapewne ostatnim żyjącym człowiekiem, który mógł powiedzieć, że spał z Komendantem w jednym łóżku. Ale mnie intrygowało, jak ocalił legionową kolekcję w latach komunizmu. „O, to proste – odparł – mnie nikt nie mógł ruszyć. Miałem kolegów z wojska. Moim kumplem był Jaruzelski…”

Opowiadam tę historię na użytek tych przede wszystkim, dla których historia Polski w XX wieku jest prosta i jednoznaczna – z wyraźnie rozgraniczonymi rolami białych i czarnych, lub raczej czerwonych bohaterów. Tymczasem moje doświadczenia były odmienne: z najmłodszych lat wyniosłem poczucie, że tożsamość, obciążenia dziedziczne, przynależność terytorialna, polityczna, ideologiczna, walor symboliczny – ludzi, a także towarzyszących ludziom rzeczy i przestrzeni będących teatrem ich działań – jest kwestią niosącą z sobą wiele motywów sprzecznych i niejasności. Ponieważ wcześnie zacząłem sporo podróżować, przekonałem się również, że Polska jest osobliwym krajem, gdzie większość ludzi jest „nie stąd”, ma więc problemy z zakorzenieniem, odwołuje się też ciągle do przeszłości, która związana jest z jakimś „gdzie indziej”. Dlatego kłopot, który zdawał mi się moim prywatnym kłopotem, odkryłem jako kwestię dotyczącą tysięcy innych ludzi i dość popularny temat literatury polskiej. Ale moje własne „pytania o tożsamość” nie były zmyślone. Moja mama, jak się rzekło, urodziła się w Kijowie, gdzie jej ojciec, Stanisław Garztecki, prowadził agencję reklamową, pisząc jednocześnie do polskich gazet, mój ojciec przyszedł na świat w Moskwie, jedna babka w Tambowie, w starej polsko-rosyjskiej familii Boratyńskich, a druga w Petersburgu, w rodzinie ziemian z najdalszych kresów, noszących z ukraińska brzmiące nazwisko Soroko, ale uważających się za Polaków. Babka Zofia z Boratyńskich wyszła za mego dziadka, Józefa Jarzębskiego, który urodził się w Nieborowie, gdzie jego ojciec był pałacowym organistą. Dziadek stał się znanym skrzypkiem i do Tambowa trafił jako profesor tamtejszego konserwatorium. Niemniej małżeństwo to dla Boratyńskich, którzy pochodzili od szesnastowiecznego wielmoży, Piotra Boratyńskiego, burgrabiego krakowskiego pochowanego w wawelskiej katedrze, szczycili się też należącym do rodziny sławnym rosyjskim poetą, Jewgienijem Baratynskim, było mezaliansem. Młodzi jednak uparli się i uciekli rodzicom panny aż do Astrachania, gdzie przyszedł na świat mój stryj, Aleksander, po II wojnie założyciel i dyrektor liceum muzycznego w Warszawie. Babka dzięki małżeństwu z Polakiem i wyjeździe do Warszawy uniknęła rewolucji, a dziadek – już po osiedleniu w stolicy wolnej Polski – stał się jednym z najbardziej poważanych skrzypcowych pedagogów.

Moich krewnych wypadki historyczne rozegnały po świecie (Włochy, Niemcy Zachodnie, Francja, Anglia, Argentyna, Szwecja, USA). Jedna z sióstr mego dziadka, pochodząca z Częstochowy, wyszła za mąż za bogatego Włocha, a jej córki z pierwszego małżeństwa poślubiły dwóch przyjaciół z obu stron francusko-niemieckiej granicy. W czasie II wojny światowej najpierw Niemiec pomagał Francuzowi, a gdy alianci wzięli górę – przyjaciele zamienili się rolami. W niemieckim domu ciotki Jadzi w Bitburgu przy stole używało się na zmianę pięciu języków. Wcześnie, bo w moje dziesiąte urodziny, pojechałem w moją pierwszą podróż na Zachód i odtąd mogłem porównywać nasze poplątane losy, tożsamości i ich przestrzenny wyraz. Kilka lat później rozpocząłem studia i tak się zdarzyło, że pisarze, którymi się zająłem – Gombrowicz, Schulz i Lem – wszyscy trzej kwestii tożsamości poświęcali wiele uwagi, choć każdy z nich podchodził do tych rozważań z innej strony. Gombrowicz akceptował w sobie istnienie „pomiędzy”, wyprowadzając z niego konsekwencje dotyczące całości swej egzystencji, Schulz zastanawiał się, jaki los niesie mu istnienie na prowincji i na wielorako pojmowanym „marginesie życia”, Lem wreszcie próbował odpowiedzieć sobie na pytanie, jakie konsekwencje ma dla niego bycie człowiekiem, mieszkańcem Ziemi, i co ta przynależność w ogóle znaczy – by ująć rzecz najprościej, jak się da. Każdy z nich – choć wszyscy trzej karierę zrobili światową – zastanawiał się także nad problemem prowincjonalności i jego konsekwencjami. Nawet Lem podkreślał zawsze, że egzystujemy – wraz z Ziemią – na obrzeżach galaktyki.

Paradoksalność istnienia – to dotyczyło naprawdę wielu spośród moich literackich mistrzów, szczególnie tych, którzy – jak Schulz i Lem – byli Żydami. Zresztą i ja miałem wiele koleżanek i kolegów Żydów, którzy po marcu 1968 zniknęli z mojego życia, choć niektórzy się odnaleźli – jak przedmiot naszych młodzieńczych marzeń i westchnień, Violka Wein, która za młodu zapowiadała się świetnie jako pianistka, a teraz mieszka w Jerozolimie i odkryła w sobie autentyczny talent pisarski. I oto kobieta – brutalnie wygnana przed prawie półwieczem z Polski – teraz po polsku pisze i utrzymuje stały kontakt z krajem urodzenia.

Jeżdżąc po świecie, odkryłem więc, że podróż jest czymś więcej niż zmianą miejsca pobytu w celach poznawczych lub rekreacyjnych. Potrzebna jest nam po to, aby siebie samego zdefiniować, odnaleźć w sobie te specyficzne cechy, które pozwalają określić się wobec innych i wobec świata. Stąd poczucie bliskości, jakie miałem dla Żydów – wiecznych tułaczy, którym podróż i status wygnańców dostarcza tyleż cierpień, co jakiejś nadmiarowej, nieznanej innym nacjom mądrości. O tych korzyściach płynących z wędrowania wiedział najlepiej Ryszard Kapuściński, który także, podobnie jak Gombrowicz, Schulz i Lem, przemierzył drogę z prowincji na szczyty światowej popularności. Próbuję więc i jego doświadczenie zrozumieć, nie tropiąc – jak Domosławski – sensacji biograficznych, ale starając się przeniknąć, na czym polega jego warsztat reporterski, co i jak dzięki niemu odkrywał i jak cechy owego warsztatu łączą się z cechami osobowości reportera. Podobne pytania zadaję też innemu reporterowi, uważanemu za najwybitniejszego ucznia Kapuścińskiego, Wojciechowi Tochmanowi, który jedzie na Bali tropem swej koleżanki, ofiary zamachu bombowego, i dąży do odpowiedzi na pytanie, po co potrzebna jej była podróż, poznawanie obcych ludzi i obcych kultur.

Jak czytelnik może się zorientować, w ten sposób zamknąłem na kilku stroniczkach wstępu najważniejsze tematy mojej książki. Nie po to, aby – jak to się najczęściej robi – naszkicować metodologię badań i nazwać tradycję naukową, z którą czuję się związany, ale inaczej: aby pokazać, w jakiej mierze to dość rozwichrzone tematycznie dzieło wyrasta z moich własnych przeżyć i najgłębiej osobistej problematyki, jest opisem materialnego środowiska, w którym ta problematyka się rozwijała, by uzyskać dzisiejszy kształt, a jednocześnie pomostem między życiem i literaturą, do której udawałem się po to, by ze swego życia coś zrozumieć. Bo rośniemy, gromadząc doświadczenia i nabierając cech charakteru zawsze pośród rzeczy, na tle jakiegoś krajobrazu, który został – tak lub inaczej – uporządkowany, któremu wybrano i określono centrum i peryferie, a także pośród ludzi, którzy dają nam szansę autodefinicji, w autokreacyjnej podróży i – na koniec – w lekturze opisującej cudze, ale podobne do moich przygody. Ostatnia część książki – Przestrzenie – może się zatem wydawać chaosem tekstów i tematów, ale właściwie ma pewne dość ściśle określone tematyczne centrum: opisuje świat widziany przez nomadów, podmioty będące w ruchu (w czasie i przestrzeni), wędrujące przez różne światy i oglądające je w biegu. Cóż dziwnego, że tymi podróżnikami – z wyroków losu lub z wyboru – są Żydzi, Polacy, Ukraińcy? Tu i ówdzie rzeczywistość ułoży się nomadzie w jakiś literacki kształt, ale kształt ów będzie zawsze podatny na zniszczenie, rozsypkę, kompromitację. Tak oglądają świat Schulz i Gombrowicz, tak rekonstruuje go Kapuściński, próbuje złożyć w sensowną całość Tochman, widzą po swojemu Reich-Ranicki i cudzoziemscy krytycy, podaje w wątpliwość Spiegelman, wykpiwa Andruchowycz czy – z innych pozycji – Lem. Ale znów temu ostatniemu ton dość swawolnej puenty wieńczącej historię przyszłości adaptator filmowy zamienia w łkanie. Słowami kluczowymi w tej części książki będą zatem: prowincja, centrum i podróż. Ale wszystko jest tutaj względne: prowincjonalność (centralność?) Galicji, Polski, Afryki, Argentyny, Czortopola, Moskwy, Paryża (!), Ameryki(!!!). Status i rozpiętość geograficznych, kulturowych, literackich pograniczy – i wreszcie tego pogranicza pamięci przeszłości i wizji przyszłości, jakie stwarza życie. Po tym ostatnim pograniczu możemy pod przewodem literatury wędrować, pod warunkiem, że nie zabraknie nam odwagi na taką niebezpieczną dla spokoju ducha podróż po osi czasu. Dlatego jeśli w końcu ja sam, w tekście zamykającym książkę, opisuję swoje izraelskie przygody, przebieram się już tylko w „strój podróżny”, rezygnując z pośrednictwa literatury na rzecz osobistej, doraźnej perspektywy.

Kiedy pisałem teksty, które znalazły się w tym tomie, raczej o takich sprawach nie myślałem. Miałem na uwadze ewentualnie napisanie książki o rzeczach, nie pociągało mnie jednak poświęcanie temu tematowi obszernej monografii obarczonej setkami przypisów i gigantyczną bibliografią, więc w końcu utknąłem, ale zorientowałem się, że tymczasem pamięć komputera zaczyna się wypełniać pisanymi z różnych okazji tekstami na inne tematy. Owe tematy były rzeczywiście inne, choć zarazem miały z sobą coś wspólnego, wskazywały na jakiś wspólny krąg doświadczeń i wreszcie – miały zdecydowanie osobisty kontekst, to znaczy, że w ten lub inny sposób mówiły o mnie. Kiedy to odkryłem, książka napisała mi się (a właściwie ułożyła z po części gotowych tekstów) sama. Z jakim skutkiem – nie mnie jednak sądzić.

Prolog. Dwa sylwestry

Sylwester1944/1945 w podkrakowskich Goszycach, dworku rodziny Turowiczów, był zapewne jednym z najważniejszych spotkań pisarzy, jakie wydarzyły się w Polsce tuż przed końcem wojny, ważnym dlatego, że jak mało które, wyrażało powracające przez dekady, jeśli nie przez stulecia, polityczne i moralne dylematy Polaków. Przez wiele lat jedyną dostępną relacją na ten temat było opowiadanie Jana Józefa Szczepańskiego Koniec legendy, zamieszczone w zbiorze Buty, ukazujące w nieprzychylnym świetle Czesława Miłosza, który – pod imieniem poety Wielgosza – zjawia się w dworku jako uciekinier z powstańczej Warszawy i nieubłagany krytyk idei powstania. Miłosz odpowiedział na to opowiadanie wiele lat później, w Roku myśliwego, ale oskarżeniami mocno się przejął.

Szczepański, który (pod literackim imieniem Szarego) do Turowiczów trafia prosto z lasu, gdzie pełni jako partyzant żołnierską służbę, w zestawieniu z Wielgoszem wypada nieporównanie bardziej sympatycznie. Odgrywa bowiem rolę, której literatura polska dostarczyła apologii, jeśli nie apoteozy, rolę „biednego żołnierzyny”, który nie dyskutuje o politycznych racjach, ale po prostu spełnia patriotyczny obowiązek, choćby miało to kosztować życie. Miłosz replikuje w Roku myśliwego, że Szczepański w ogóle go nie zrozumiał, a błazeństwa poety miały pokrywać tragiczną świadomość końca epoki szlacheckich dworów, które wraz z bolszewicką inwazją przechodziły właśnie do historii, Polska zaś – tym razem na dłużej – upadała pod jarzmem sowieckiego systemu.

Dowartościowanie postawy „nieracjonalnej” (Szarego) w stosunku do „racjonalnej” i katastroficznej (Wielgosza) zyskało na pozór mocne potwierdzenie w ostatnich trzech dekadach, kiedy mówiono chętnie, że to właśnie ci „irracjonaliści”, stawiający na opór przeciw komunistycznej władzy, okazali się na długą metę bardziej przewidujący od „racjonalistów” kolaborujących z władzą na warunkach przez nią określonych, bo stało się to, co się zdarzyć pozornie nie mogło, czyli – upadł komunizm, a Polska odzyskała niepodległość. Ten logiczny paradoks miał jednak sens, gdy odnosił się do działającej metodami pokojowymi i w granicach prawa, stawiającej na długi proces edukacji i organizacji społeczeństwa obywatelskiego, opozycji politycznej lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych. Ostatnio jednak, w imię doraźnych celów politycznych, spór o postawy przeniesiono z powrotem w lata czterdzieste, czyniąc patronami dzisiaj rządzącej władzy żołnierzy, którzy wówczas nie złożyli broni i – zdradzeni przez konformistów i kolaborantów – polegli w nierównej walce z siłami komunistycznych uzurpatorów. Historia „żołnierzy wyklętych”, taka, jakiej używa się dziś w pedagogice społecznej, jest klasycznym przykładem manipulacji, do której używa się materiału historycznych faktów przekształconych w mocno uproszczony pojęciowy schemat, swoistą sztancę, która następnie służy do interpretacji faktów całej powojennej historii kraju. W zgodzie z tym schematem w Polsce drugiej połowy XX wieku aż do drugiej dekady XXI stulecia rządzili niezmiennie sowieccy komuniści i ich sługusy lub spadkobiercy, którym przeciwstawiali się heroicznie nieliczni patrioci. Dowodem antypatriotycznej postawy obozu dotychczasowej władzy ma być celowe przemilczanie roli „żołnierzy wyklętych”, zorganizowana rzekomo zdrada ich pamięci. W ten sposób spór sprzed wielu lat został przeniesiony w czasy współczesne, w zupełnie odmienną sytuację polityczną, a żołnierze nieskładający broni po zakończeniu II wojny światowej użyci zostali jako argument w walce o hegemonię polityczną – i moralną – jednej partii. Wbrew pozorom nie zamierzam tu wygłaszać jakichś opozycyjnych manifestów. Chcę mówić o literaturze i o pisarzach, bo to literatura najczęściej i najszybciej potrafi zamykać sytuację polityczną w znaczące obrazy, w których wyraża się prawda o epoce.

Oto sytuacja pierwsza: dwór w Goszycach i stale odnawiana sprzeczność pomiędzy apoteozą szaleńczego heroizmu i rozsądnej obrony tego, co z narodowych wartości obronić się da, dobrze wyrażona w tytule znanej książki Łubieńskiego Bić się czy nie bić. Historia opowiedziana przez Szczepańskiego w Końcu legendy zdaje się oddawać sprawiedliwość heroicznym patriotom. To przecież sympatyczny partyzant, Szary, wróci niebawem do lasu i stanie się idealnym kandydatem do roli „żołnierza wyklętego”. Ale Koniec legendy wydrukowano w tomie opowiadań partyzanckich pod tytułem Buty. Dwa najlepsze z nich to Wszarz i utwór tytułowy całego zbioru. Buty. Czemu te buty aż w tytule tomu?

Wszarz to historia dość niecodzienna: oddziałowi partyzantów poczyna zagrażać postać zwana często „głupkiem wioskowym”. To ów „głupek” lub, jak mówią we wsi, „wszarz” obiecuje Niemcom, że zaprowadzi ich w miejsce, gdzie przebywają „leśni”, w zamian za jakieś dobra użytkowe w rodzaju paska, plecaka i tak dalej. Trzeba go więc zlikwidować, bo jakiekolwiek umowy z nim, wsparte na patriotycznych zasadach, których „wszarz” nie rozumie, mijają się z celem.

Partyzanci, przebrani za Niemców, przyprowadzają go do obozu, gdzie odbywa się sąd i egzekucja, której nieodwracalnego charakteru podsądny jakby nie pojmuje. Ale majestat śmierci zdaje się nie docierać także do partyzantów, prostych wiejskich chłopaków, którzy traktują zdarzenie jak dobrą zabawę. Jeden z nich ze szczególnym zapałem rwie się do wykonania wyroku, bo w czasie akcji bojowej odłamek pocisku pozbawił go męskości, więc w ten osobliwy sposób chce poprawić sobie notowania wśród kolegów. Jedyny inteligent w oddziale, dowódca, rozumie całą dwuznaczność sytuacji, może też dociera do niego, że nieszczęsna miłość do skórzanych pasków i innych elementów wojskowego wyposażenia zbliża „wszarza” do chłopa z Rozdzióbią nas kruki, wrony…, przez co cała sytuacja nabiera charakteru odwiecznej klątwy, każe też myśleć o swoiście klasowej odpowiedzialności za prymitywizm, biedę, obciążenia dziedziczne niszczące polską wieś. Tak więc nic tu z heroizmu nie ma – dowódca inteligent dręczy się raczej jako ktoś odpowiedzialny za wychowanie swych podwładnych. A do tego – jako „administrator śmierci”, której zadawać nie chce, bo ona zdaje się prolongatą społecznej niesprawiedliwości, a w dodatku niszczy młode charaktery wykonawców egzekucji. Notabene przykładów na takie partyzanckie egzekucje i ich psychologiczne konsekwencje było w literaturze polskiej więcej.

W Butach jest jeszcze gorzej. Szary zostaje dowódcą partyzanckiego pododdziału, ale nie ma stosownego autorytetu wśród swoich podwładnych. Co gorsza, jego rywalem jest żołnierz, który kolegów zdobywa sobie charyzmą pospolitego rzezimieszka. Tymczasem do oddziału przyłączają się Kałmucy, którzy pod koniec wojny dezerterują z armii niemieckiej. Mówi się w dowództwie, że Kałmucy są „niepewni”, więc trzeba ich pozabijać, ale rzeczywistą motywację egzekucji stanowią, jak delikatnie sugeruje autor, ich nowiutkie buty, które – w razie sukcesu akcji – trafią do partyzantów. To daje szansę Szaremu, który nie marząc nawet, że dorówna konkurentowi siłą i bezwzględnością, musi inaczej udowodnić swą wyższość: wymyśla lepszy niż tamten sposób zgładzenia Kałmuków i zyskuje (poniekąd bandycki) szacunek żołnierzy. W tej opowieści, która jest ostatecznie historią o masowym morderstwie, już wszystko jest dwuznaczne, podszyte podłością, a przede wszystkim odległe od heroicznego obrazu partyzanta patrioty. Dowódca ma zarazem stale przekonanie, że swego rozumu używa w złej sprawie. Może gdyby rzecz całą opisał w kilka dziesięcioleci później, mógłby odkryć, że występuje jako bohater w opowiadaniu ilustrującym „banalność zła”.

Do podobnych konkluzji na temat partyzanckiego losu i morale dochodzi w wiele lat później Różewicz, ale jego Do piachu trafia już na zorganizowaną nagonkę, a obrońcami znieważonych rzekomo żołnierzy z lasu stają się przede wszystkim „partyzanci”, ale ci spod znaku Moczara, to znaczy prący do objęcia władzy nacjonalkomuniści.

Twierdzę, że być może najważniejszym problemem stającym po wojnie przed ocalonymi było pokonanie diabła demoralizacji, która przeniknęła ogromną część społeczeństwa. To owa demoralizacja skłaniała dzieci w krakowskiej szkole w drugiej połowie lat czterdziestych do bicia dzieci żydowskich. To ona była odpowiedzialna za powszechne złodziejstwo i bandytyzm, za zabijanie nielicznych ocalonych Żydów, którzy przychodzili upomnieć się o swoje mienie, ona odpowiadała za plagę donosów do władz i wiele innych nieprawości. Pod jej wpływem oddziały milicji czy KBW przeobrażały się często w łupieżcze bandy. Od świadectw na ten temat roi się w literaturze. Niedługo po wiadomym sylwestrze Jan Józef Szczepański zaczyna pisać dziennik i pierwsze poważne pytanie, jakie sobie w nim zadaje, to: jak żyć moralnie? – to znaczy: w jaki sposób pozbyć się słabości charakteru, mechanizmu relatywizującego sądy, znieczulającego na cudzy ból i cierpienia? W jakiś rok później zaczynają powstawać rozliczenia etyczne z okresu partyzantki w postaci omawianych powyżej opowiadań.

Parę lat wcześniej Kazimierz Wyka zaczyna pisać swe niezwykle przenikliwe eseje o społeczeństwie polskim czasów wojny i okupacji, podkreślając przede wszystkim, jak ogromne spustoszenie w dziedzinie wyznawanych i praktykowanych wartości poczyniła w Polsce polityka okupantów, z życia czyniąca – jak pisał Wyka – „życie na niby”. W swojej książce wydanej tuż po wojnie pod tym właśnie tytułem Wyka bardzo wnikliwie opisał ten powszechny „zanik rzeczywistości” i wyłączenie norm – moralnych i zawodowych. Z perspektywy obozowej wtórował mu Borowski ze swoją analizą „zlagrowania” jako relatywizacji tego, co jest możliwe do zniesienia. Bohater Dnia na Harmenzach rzeczywistość, w jakiej przebywa, traktuje jak sielankę mimo panoszącej się tam śmierci – zna po prostu reguły gry, jakie rządzą w tym światku, i potrafi rozeznać się w intrygach. Przybyły do Oświęcimia z Brzezinki bohater U nas w Auschwitzu dostrzega już doskonale nierzeczywistość obozowego „komfortu”, obozowej „miłości”, „sportu”, „muzykowania” etc., ale znów w opowiadaniu Ludzie, którzy szli fakt zagazowania trzech tysięcy Żydów „między dwoma kornerami” piłkarskiego meczu budzi w nim jedynie swego rodzaju osłupienie – nic więcej. Bohater Proszę państwa do gazu znieść natężenia horroru w czasie selekcji na rampie już nie potrafi, choć jego znajomy, Francuz z Sonderkommando, radzi sobie z tym doskonale. Ocaleńcy z obozów zadają sobie nader często pytania odsłaniające ich bezradność wobec przemian, jakie w nich samych spowodowała nieludzkość lagrowego losu: „Czy ja jestem mordercą?” (Calel Perechodnik), „Czy my jesteśmy ludzie dobrzy?” (Borowski). W tej sytuacji ogólnego rozchwiania norm moralnych decyzja o pozostaniu w lesie i o dalszej walce może prowadzić do bohaterskiej śmierci, ale może też być wstępem do degrengolady partyzanckiego oddziału, do skąpania go we krwi domniemanych „zdrajców”, których łatwo dostrzec było w Żydach albo wręcz w niechętnej kontrybucjom lub/i wyczerpanej manewrowaniem między „racją” KBW i „racją” partyzantów cywilnej ludności. Bo to na niej wymuszano współudział w akcjach bojowych, których tragiczne konsekwencje ponosili najczęściej ci, których można było dopaść i ukarać pod jakimś konkretnym adresem. Czyli chłopi.

Czy więc to przypadkiem wzorowy partyzancki dowódca, Jan Józef Szczepański, wyszedł niebawem z lasu? Czy tylko zmyślona na użytek nowej władzy była historia partyzanckiego oddziału, którego stopniowy rozkład opisuje Konwicki w Rojstach i Władzy? Czy na pewno kłamstwem były oskarżenia „Ognia” i jego żołnierzy o zwykły bandytyzm?

Byłoby, rzecz jasna, grubym nadużyciem formułowanie tu oskarżeń o charakterze ogólnym i na pewno nie dyskredytacja „żołnierzy wyklętych” jest moim zamiarem. Nie da się też zaprzeczyć, że byli wśród nich ludzie bez skazy, skłonni do najwyższych poświęceń. „Wyklęci” nie byli jednak w przeważającej masie bohaterami ze szkolnych czytanek, a dla wielu z nich konieczność ponownego – po latach wojny – oparcia swego życia na aktach najwyższego poświęcenia była już niemożliwa. Co gorsza, powojenna decyzja „co dalej?”, przedstawiana dziś często jako akt w swej moralnej treści klarowny, gdzie wybierało się między dobrem i złem, była w istocie wyborem między dwiema lub więcej niewiadomymi.

Przez wiele powojennych lat narzucanym przez propagandę wzorcem stającego przed żołnierzami podziemia tragicznego wyboru był Popiół i diament Andrzejewskiego. Z początkiem roku 1973 pojawił się jednak w paryskiej „Kulturze” nader kąśliwy artykuł Mrożka, który obnażał liczne fałsze tej książki. Niebawem ukazał się w „Tekstach”, w głośnym w latach siedemdziesiątych numerze: Proza: powtórki i przeceny, odkłamujący ją artykuł Błońskiego. Z Mrożka trudno zapomnieć frazę o sowieckiej armii idącej u Andrzejewskiego przez Polskę „krokiem elfów, czyli leśnych duszków”, zatem niewadzącej nikomu, a swą obecność zaznaczającej jedynie tęsknymi śpiewami; z Błońskiego pamięta się znowu mocne twierdzenie o Maćku Chełmickim – że w komunistycznym państwie „musiałby za swe sprawki zadyndać – po niejednym przesłuchaniu”, a zatem: wbrew literackim sugestiom, że chodziło tam o „tragiczny wybór”, żadnego realnego wyboru mu nie pozostawiono, co oznaczało w praktyce, że nie tylko nie zapraszano go do trudu odbudowy kraju, ale wręcz spychano – jak wielu innych – w dalszą beznadziejną walkę z władzą.

Łatwo dziś potępić autoraPopiołu i diamentu za jego fałsze, co więcej, za jego zaangażowanie w stalinizm. Ale pod jednym względem miał rację: wojna partyzancka musiała się kiedyś skończyć, bo jej koszty społeczne przewyższały znacznie ewentualne korzyści natury politycznej i militarnej. I nie chodzi tu tylko o demoralizację jednostek, ale o fakt, że póki wojna trwa, ułatwia władzom totalitarnego państwa utrzymywanie go w stanie permanentnego „stanu wyjątkowego”, co znakomicie ułatwia zachowywanie tajności operacji wojskowych i łamanie wszelkich ludzkich praw. Dlatego większość Polaków w latach czterdziestych – czy to z rozpaczą, czy z nadzieją – wybierała raczej uczestnictwo w życiu oficjalnym. Z wszelkimi tego konsekwencjami w postaci dalszej, innej niż w czasie wojny, demoralizacji i rozplenienia zła. Symbolem tego typu nowej, nazwijmy ją: „cywilnej” demoralizacji może być literacka i filmowa postać Jana Piszczyka. W kraju rządzonym czy wręcz jedynie zamieszkanym przez Piszczyków do przeżycia w jakiej takiej kondycji moralnej potrzebna jest jednak tylko – znów cywilna – odwaga, a za taką odwagę niekoniecznie płaci się krwią. Dlatego decyzje, jakich wymagało się od ludzi na co dzień, traciły najczęściej znamiona heroizmu, nie wymagały za każdym razem rzucenia na szalę własnego życia i bytu rodziny, mogły więc być podejmowane przez zwykłych ludzi.

Sytuacje wyboru od tej chwili tracą najczęściej swój monumentalny i heroiczny charakter, a Polska realna staje się terenem, na którym dokonuje się wyborów w małej skali – tyle że nieustannych. Przykładem takiej sytuacji wymagającej rozsądnego wyboru może być sprawa ucieczki za granicę Jana Emila Skiwskiego i Ferdynanda Goetla, w związku z którą w krakowskiej prokuraturze przesłuchiwano w latach czterdziestych kilkudziesięciu znanych pisarzy. Ich zeznania zachowały się i wypełniły pokaźny tom wydany kilka lat temu przez krakowski oddział IPN. Zadawano im pytanie, co sądzą o winie Skiwskiego jako kolaboranta, jak oceniają wojenną działalność Goetla i wreszcie: kto, podług nich, zamordował polskich oficerów w Katyniu. Goetel i Skiwski byli dla władz wyjątkowo niewygodni, bo Niemcy zaprosili ich w czasie wojny do Katynia, aby przedstawić im dowody zbrodni sowieckiej. Goetel zwrócił się do władz państwa podziemnego z pytaniem, czy ma zaproszenie przyjąć, i uzyskał ich akceptację. Po przyjeździe złożył im raport, potwierdzający winę sowiecką, ale nie brał udziału w żadnej propagandowej akcji hitlerowskiej, nie złamał więc żadnej konspiracyjnej normy ani zakazu. W dodatku – wykorzystując swoje niemieckie nazwisko i rodzinne korzenie – pomagał jak mógł polskim pisarzom w czasie wojny, zorganizował dla nich stołówkę, pomoc materialną, interweniował w przypadkach konfliktów z niemieckimi władzami, był więc człowiekiem autentycznie zasłużonym.

Pomysł projektodawców sprawy był dość oczywisty: za obydwoma pisarzami i kilkoma dalszymi osobami wchodzącymi w skład delegacji Polaków, którym Niemcy w roku 1943 chcieli przedstawić dowody wskazujące na sowieckie sprawstwo zbrodni katyńskiej, wysłano w czerwcu 1945 listy gończe, inicjując przeciw nim śledztwo za zbrodnię przeciwko państwu polskiemu. Obaj pisarze uciekli za granicę, co było dla władz, paradoksalnie, dość wygodne, trzeba było bowiem maksymalnie utożsamić „sprawę Skiwskiego” jako oczywistego kolaboranta ze „sprawą Goetla” – uciekiniera i katyńskiego świadka jednocześnie, aby skompromitować katyńskie świadectwo obydwu. Przy okazji pytano trzydziestu wezwanych do zeznań pisarzy, co o Katyniu i sprawcach zbrodni sądzą, zapewne, by sprawdzić, na ile gotowi są bronić prawdziwej wersji zdarzeń.

Odpowiedzi na pytania były znamienne: nikt frontalnie nie atakował sowieckich zbrodniarzy, ale za to zdecydowana większość pisarzy broniła Goetla przed zarzutem kolaboracji. Rozumieć to należy tak, że po z górą pięciu latach zmagań z totalitarnym reżimem niemieckim pisarze wiedzieli przynajmniej tyle, że wchodzić do komendy gestapo z okrzykiem „Hitler to morderca!” byłoby idiotyczną brawurą. I te same zasady stosowali wobec przedstawicieli nowego totalitarnego systemu, których trudno było traktować poważnie jako „poszukiwaczy prawdy” na temat Katynia. Natomiast Goetla można było (i należało) bronić – również jako gwaranta wiedzy o sowieckich zbrodniach.

Pisarze zachowali się więc racjonalnie, czego nie można powiedzieć o współczesnych nam słuchaczach na promocji książki o tamtych wydarzeniach w krakowskim oddziale IPN. Ci oskarżali łatwo pisarzy o konformizm i „zdradę pamięci” o zamordowanych, traktując ich postawy najwyraźniej zero-jedynkowo, czyli wedle zasady „wszystko albo nic”. Tymczasem w rzeczywistości totalitarnego państwa taka postawa byłaby kompletnie nieskuteczna, natomiast niemal na pewno powodowałaby represje.

Może w zestawieniu z beznadziejną walką „żołnierzy wyklętych” brzmi to mało romantycznie, ale w sytuacji pokoju najskuteczniejsze były akty oporu niepozorne, wielorakie i podejmowane w najróżniejszych miejscach. Polską tożsamość obronili nie powstańcy warszawscy ani „żołnierze wyklęci”, ale setki tysięcy zwykłych obywateli niegodzących się z polityką władz, skłonnych zrazu do biernego oporu, a po latach – do podejmowania coraz bardziej skomplikowanych akcji przeciw zniewoleniu. Akcje te były tym skuteczniejsze, im bardziej różnorodne i im większa była rozmaitość zaangażowanych w nie ludzi (począwszy od uczestniczących spontanicznie w masowych protestach robotników, przez członków KOR-u i całą działającą półoficjalnie opozycję, a skończywszy na partyjnych liberałach). Dostrzeżenie w tej „zbieraninie” skutecznej siły politycznej wymagało czasu i wyobraźni, ale było konieczne, ponieważ tylko taka, masowa i zarazem różnorodna formacja, wrośnięta głęboko w społeczną tkankę, zdolna była na długą metę oprzeć się komunistycznej władzy.

Skomplikowanej strukturze formacji opozycyjnych towarzyszyła komplikacja wewnętrzna ludzi zasilających opozycję. Przykładem doskonałym takiej komplikacji jest kazus Miłosza. Przed wojną zwolennik lewicowych ideologii i zażarty przeciwnik nacjonalistycznej prawicy, zdawał sobie doskonale sprawę z ewentualnych skutków powojennego sukcesu tego stronnictwa w Polsce. Jego stosunek do mniejszości narodowych, agresywność wobec inaczej myślących, sojusz z siłami konserwatywnymi w Kościele – wszystko to niepokoiło Miłosza i skłaniało do traktowania komunistów nie tylko jako nowych okupantów, lecz także jako zapory przeciw dominacji skrajnej prawicy, grożącej Polsce również wojną domową. Co do komunistów sowieckich Miłosz nie miał złudzeń, ale ci polscy to byli w sporym procencie jego koledzy, nawet podziwiani za błyskotliwość przyjaciele z lat studenckich, jak Stefan Jędrychowski, powojenny minister. Tu złudzenia Miłosza trwały nieco dłużej – po prostu więcej od nich oczekiwał. Dodatkowym argumentem za współpracą z komunistami była degrengolada emigracyjnych władz polskich w Londynie: „potępieńcze swary”, wreszcie podjęta przez dowództwo Armii Krajowej decyzja o rozpoczęciu powstania w Warszawie – skrajnie nierozsądna zarówno z punktu widzenia rachunku sił militarnych, rachunku strat wśród ludności i w dziedzinie dóbr kultury, jak i z punktu widzenia wielkiej polityki, dająca bowiem Stalinowi sposobność do zatrzymania ofensywy i poczekania, aż tradycyjnie nieprzychylni wobec Rosjan Polacy zostaną zdławieni niemieckimi rękami. Taki rachunek przeprowadza Miłosz w Zdobyciu władzy, wzbogacając go dodatkowo o wizję endecji dogadującej się bez trudu z generałem Sierowem, pełniącym w ówczesnej Polsce funkcję głównego doradcy NKWD przy Ministerstwie Bezpieczeństwa Publicznego, a faktycznie namiestnikiem sowieckiej władzy. Uzupełniony o te dodatkowe czynniki rachunek zysków i strat okazuje się zdecydowanie bardziej skomplikowany niż w wersji sprowadzonej do dychotomii, gdzie można być już tylko albo walczącym z wrogiem prawdziwym patriotą, albo przemądrzałym „poetą Wielgoszem”, który od patriotycznego obowiązku się wykręca. Taka przemądrzałość nie miała wówczas w Polsce dobrej prasy, gdyż w sytuacjach trudnych ceni się u nas raczej naiwną wiarę w prosty katechizm patrioty niż popisy logicznego (czytaj: cynicznego) myślenia. A właśnie z takiej nieubłaganej, z Hegla branej, logiki dziejów ówczesny mentor Miłosza, „Tygrys” Kroński, wywiódł swe przekonanie o historycznej konieczności zwycięstwa komunizmu, a poeta przed tą logiką (chwilowo) ustąpił. Z „ukąszenia heglowskiego” dworowali sobie Herling-Grudziński i Herbert, ale wszak wielu innych intelektualistów, na przykład Andrzej Kuśniewicz, uległo tego rodzaju rozumowaniom.

Nie koniec na tym. Miłosz wyjeżdża z Polski do USA z pamięcią dyskusji z Andrzejewskim, wypełniającej listy-eseje obydwu pisarzy, poświęcone sytuacji kryzysu kultury. Tyle że Andrzejewski gotów był afirmować każdą ideologię, która pomoże mu rozwiązać bolesny problem utraty wiary, podczas gdy Miłosz nie dowierzał programowo nikomu i niczemu, żegnając się ze starym kontynentem boleśnie drwiącym Traktatem moralnym (to jego odpowiedź na pytania zadawane sobie w Dzienniku przez Szczepańskiego), a zaraz potem – cynicznym Dziecięciem Europy. Wszelako Ameryka, po której spodziewał się więcej, stanowi dla poety bolesne rozczarowanie. Obydwie biograficzne relacje z pierwszego pobytu Miłosza w Stanach Zjednoczonych – Andrzeja Franaszka i Ewy Kołodziejczyk – zgodnie kładą nacisk na tę głęboko negatywną ocenę, jaką stawia społeczeństwu amerykańskiemu, które – otarłszy się o prawdziwą katastrofę ludzkiej kultury – zdawało się tym doświadczeniem nietknięte i nadal zajęte infantylną zabawą. Więc wrócić mimo wszystko do Polski? Miłosz wraca przed świętami Bożego Narodzenia 1950, spędza w Polsce sylwestra i tu dopiero ogarnia go przerażenie, kiedy okazuje się, że większość jego przyjaciół, znanych mu jako wybitni intelektualiści, porozumiewa się prymitywną nowomową i najwyraźniej boi się wychylić poza jej poznawczy horyzont. Te doświadczenia wystarczyły, by poeta wykorzystał swe znajomości i wyjednał sobie ponowny wyjazd – tym razem do Francji – co pozwoliło mu uciec i opublikować niebawem głośną deklarację na temat przyczyn swej decyzji. To spowodowało kolejną nagonkę – tym razem ze strony emigrantów, w większości przekonanych, że mają do czynienia z sowieckim agentem, nie wspominając już o kalumniach, jakie nań rzucano z kraju.

Zauważmy, ile w tej krótkiej historii miejsc, w których pojawiała się bolesna konieczność wyborów (większość spośród nich Miłosz nazywał potem „samobójstwem”). I jak wiele razy zmieniały się kryteria owych wyborów – zarówno te pozytywne, jak negatywne – jak często, właściwie zawsze, przy kolejnych sądach należało umieszczać „tak, ale…”, a przy uzasadnieniach decyzji – ich równie gorące zaprzeczenie i potępienie. Historia Miłosza w tych latach daje się ująć w klamrę dwóch sylwestrów: w czasie pierwszego był zrozpaczonym racjonalistą szukającym rozsądnego projektu życia w kraju pod sowiecką kuratelą, w czasie drugiego – już tylko człowiekiem, którego, jak mawiał często, „żołądek nie wytrzymał” i to zdecydowało o ucieczce. W tym samym czasie Andrzej Bobkowski pisał swoje dwa teksty-uzasadnienia: jeden, pisarza wracającego do kraju i tłumaczącego swe stanowisko przyjacielowi w Paryżu, drugi – równie przekonujący – bronił decyzji tego z rozmówców, który pozostał na Zachodzie.

Literackie obrazy ukazujące dramat powojennych decyzji zazwyczaj dążyły do prezentacji dylematów wyboru w sposób w miarę uporządkowany i streszczony jako wybór pomiędzy określonymi bohaterami (na przykład Krystyną i Andrzejem w Popiele i diamencie). Rzeczywiste sytuacje wyboru były bardziej skomplikowane, a role poszczególnych osób wcielających stanowiska – mniej wyraziste i zdefiniowane. Dodatkowym czynnikiem utrudniającym wybory było rozchwianie norm moralnych, trwanie przez długie lata po wojnie nie tylko tego, co Kazimierz Wyka nazywał „gospodarką wyłączoną”, której długowieczność zawdzięczaliśmy powstaniu innej fikcji ekonomicznej – „gospodarki socjalistycznej”, ale wręcz „rzeczywistości wyłączonej”. W rezultacie rzeczywistość owa występowała w masce, zamaskowane specyficznie mogły być także podejmowane przez poszczególne jednostki wybory polityczne i moralne. To tłumaczy rozmnożenie ludzi przyznających się do naśladowania w życiu postaci Konrada Wallenroda, co kiedyś komentował ironicznie Stefan Chwin w książce poświęconej dziejom Mickiewiczowskiego bohatera. Wszelako nawet dojrzała powieść psychologiczna lat czterdziestych wydaje się narzędziem zbyt topornym, aby opisać procesy zachodzące w ludziach poddanych takim ciśnieniom jak te, które oddziaływały w latach politycznego przełomu po zakończeniu wojny. „Żołnierzom wyklętym” zapewne należy się taka dojrzała pod każdym względem powieść, powieść nie pisana pod dyktando doraźnych potrzeb politycznych, ale próbująca przeniknąć całą złożoność – moralną, psychologiczną, egzystencjalną – tamtej sytuacji.

A może inaczej: opisać jako alternatywę losy Wielgosza i Szarego. Wychodząc od, powiedzmy, sylwestra w Goszycach, przejść wraz z jego bohaterami drogę prowadzącą jednych do antysowieckiej konspiracji, innych do współpracy z nową władzą, ale współpracy niebędącej prymitywną kolaboracją, tylko jakąś koncepcją służby wartościom. I pokazać to aż po klęskę owej koncepcji (sylwester 1950/1951) i borykanie się tego, powiedzmy, Wielgosza z dramatem emigracji – aż po niespodziewany sukces poety o wymiarach światowych. A z drugiej strony odmalować los bohatera partyzanta, który intelektem przerasta zdecydowanie swoich podwładnych, a zarazem widzi, że ta leśna partyzantka ich na długą metę wykoleja, więc najpierw walczy, potem wychodzi z lasu i próbuje w komunistycznej rzeczywistości być skromnym i uczciwym człowiekiem… dlatego w najtrudniejszym historycznym momencie zgadza się stanąć na czele polskich pisarzy w kraju, wziąć na siebie cały ciężar odpowiedzialności – i konfrontacji z władzami stanu wojennego… No, dość już tego – przecież taka powieść potencjalnie istnieje. I nawet jest – w zalążku – arcydziełem. To po prostu biografia Miłosza i biografia Szczepańskiego. Zestawione ze sobą, zapisane w dziennikach, esejach, prozie czy wierszach, te dwie odmiany polskiego losu stanowią same w sobie pasjonujący temat. Ale po co to jeszcze przerabiać na powieść? I kto miałby ją napisać, spełniając najwyższe wymagania artystyczne, czego domaga się takie zadanie? Pomyślmy choćby o kolekcji nazwisk ludzi, z którymi spotykali się w życiu bohaterowie! Próba napisania choćby tylko dialogów w tej książce zbliża nas niebezpiecznie do tego, co kwalifikujemy jako literackie samobójstwo. Na razie nie widzę na to chętnych.

Miasta

Zniszczenie centrum

Dwa miasta: obecna i poprzednia stolica Polski. Różne od siebie tak, jak może się różnić średniowieczny gród z zamkiem na skale i setką świątyń od pobudowanego głównie w czterech ostatnich stuleciach centrum przemysłowego i administracyjnego, które, choć przywiązane do swych powstańczych, heroicznych tradycji, spoglądało zawsze raczej w przyszłość niż w historię. Plany tych miast równie odmienne: Kraków, obudowany koncentrycznie wokół starego rynku, narastał – niczym pień drzewa słojami – przez doklejanie całych sąsiadujących z nim miejscowości. Warszawa odsunęła na bok swoją Starówkę, rozwijając kratownicę ulic nowego centrum na sposób bardziej nowomodnie-amerykański. I wreszcie los dwudziestowieczny: Kraków wymknął się jakoś groźbom historii i pozostał w środku prawie nietknięty. Warszawa przeciwnie – zniszczona do korzeni przez wojnę i planową akcję destrukcji, prowadzoną przez wojska hitlerowskie – od lat wojennych wciąż jest odbudowywana i rekonstruowana w myśl zmieniających się ideologii i estetyk.

Mieszkać w Krakowie i mieszkać w Warszawie znaczyło zawsze dwie różne rzeczy. Szczególnie w XX wieku te różnice rozjątrzone zostały do największego stopnia. Kraków jako „dom” dawał niejako schronienie w dziejach, był zawsze siedzibą mityczną, bliską narodowych sanktuariów i świętości, „polskim Akropolis”, a więc „domem-świątynią”, w którym każdy element zakorzeniony jest głęboko w czasie i tradycji, a o nietykalność historycznej schedy dbać ma jeszcze na Wawelu mityczny czakram. Warszawa inaczej – dając poczucie egzystencji „blisko życia”, w centrum politycznych i ekonomicznych wydarzeń, uwydatniała raczej kruchość ofiarowanej człowiekowi siedziby, jej podatność na katastrofy i kataklizmy. Dom warszawski to raczej ten dom w Pamiętniku z powstania warszawskiego Mirona Białoszewskiego: dom posiekany pociskami, zmieniony w rumowisko, zredukowany do piwnicy, w której tymczasowo, w biegu, ludzie znajdują schronienie w ucieczce przed zagładą1. W moim krakowskim mieszkaniu znajduje się – uratowana cudem z powstania warszawskiego – faszerowana odłamkami bomby mała toaletka i podziurawione pociskami albumy z rodzinnymi fotografiami sprzed wojny: depozyt, jaki wystawiana częściej na wiatry historii Warszawa złożyła w łonie bezpieczniejszego, krakowskiego locum.

Nawet śmieszności tych domów różne, Kraków bowiem wydaje się na śmiech jako stolica konserwatywnego mieszczaństwa – tego z Moralności pani Dulskiej czy satyr Boya; Warszawa raczej jako miejsce, w którym realizowały się inteligenckie, społeczne utopie – czy to w wersji Żeromskiego, czy Berenta, czy wreszcie Młodziaków z Ferdydurke. Domy te więc nawet w swej nieautentyczności lub w grotesce były inne: każdy uczepiony odrębnego paradygmatu i swoistej dla siebie tradycji.

Czasy komunizmu obeszły się z Krakowem i Warszawą odmiennie, z obydwu jednak czyniąc mit. W literackich obrazach Krakowa po 1945 roku przeważa oczywiście starość, tradycja, konserwatyzm; w obrazach Warszawy – nowość, nowoczesność, ale też nieodłączna od nich tandetność i sztuczność. Obydwa miasta – już przedtem odmienne – w latach powojennych odpłynęły od siebie jeszcze bardziej, upodabniając się już tylko w peryferyjnych dzielnicach, zabudowanych przez najbrzydsze, standardowe osiedla mieszkaniowe. A przecież nowa władza i nowa ideologia przypuściły – zarówno w Krakowie, jak w Warszawie – generalny szturm na wytworzoną przez wieki strukturę przestrzenną tych miast, próbując przeobrazić je na nową modłę. W obydwu wypadkach ów atak przeprowadzano inaczej i dał on odmienne rezultaty, choć podbudowa ideowa była tu i tam podobna.

Tradycyjne miasto jest przestrzenią w wysokim stopniu niejednorodną i zhierarchizowaną. Obudowuje się, jak owo pierwotne osiedle, o którym pisał Eliade2, wokół miejsca świętego, środka świata, osi jego obrotu, którą może być totemowy słup, ale równie dobrze – wieża kościoła. Odległość od tego środka wyznacza społeczne znaczenie poszczególnych miejsc przestrzeni. Klasycznym przykładem takiego miasta o centralistycznym układzie jest Kraków, w którym najstarsze, najbogatsze i najbardziej zasłużone rodziny zajmowały kamienice przy Rynku Głównym i w jego okolicy, sfery urzędnicze i średniozamożne zajmowały na ogół obszar miasta pomiędzy pierścieniem starych fortyfikacji a tak zwaną drugą obwodnicą, dalej zaś mieszkali na ogół robotnicy, drobni rzemieślnicy czy sklepikarze. Nie były to oczywiście reguły żelazne, ale raczej statystyczne (Potoccy pałac mieli przy Rynku, ale Tarnowscy, jak pamiętają czytelnicy Słówek Boya, przy ulicy Szlak, czyli w tamtych czasach poza ścisłym centrum), co nie przeszkadzało widzieć w Krakowie miasta, w którym struktura socjalna przekłada się na strukturę przestrzenną. W Warszawie przedwojennej układ przestrzenny miał mniej scentralizowaną formę, niemniej mówiło się zawsze o „robotniczej” Woli i Powiślu, „urzędniczo-inteligenckim” Żoliborzu czy Saskiej Kępie, podczas gdy śródmieście zamieszkiwała wielka i średnia burżuazja.

Atak, jaki przypuszcza nowa władza na samą strukturę miasta, ma charakter stricte ideologiczny. Odbywa się przede wszystkim pod hasłem „lud wejdzie do śródmieścia”, które było tytułem wiersza Adama Ważyka z jego Nowego wyboru wierszy, wydanego w roku 1950. Ale do śródmieścia lud wchodził inaczej w Krakowie, gdzie centrum od wieków było zamieszkane, inaczej w Warszawie, gdzie po zniszczeniach wojennych stanowiło pokrytą zwałami gruzów pustynię. W Krakowie narzędziem burzenia struktury społecznej miasta były nowe, drakońskie przepisy kwaterunkowe, ograniczające powierzchnię przypadającą na jednego mieszkańca do dziesięciu, a potem nawet do siedmiu metrów kwadratowych. Wielkie mieszkania w centrum stanęły nagle przed groźbą inwazji napływających z zewnątrz ludzi z administracyjnym przydziałem w ręku. Zajmowali oni „nadmetraże” w trybie przypominającym żywo praktykę władzy sowieckiej po rewolucji i opisanym już świetnie w literaturze przez Bułhakowa czy choćby Aleksego Tołstoja3. Przepisy, które niby tłumaczyły się ciężką sytuacją na rynku mieszkaniowym po wojnie, stały się w rzeczywistości – co także już opisywano4 – narzędziem bezlitosnego terroru, łamiącym obszar intymności i niekiedy wydającym mieszkających tam ludzi na łup politycznej inwigilacji. Drugim narzędziem w rękach prawodawców były przepisy o regulacji czynszów, skierowane przeciw „kamienicznikom”, a w rzeczywistości mierzące prosto w materialną substancję miasta. Z dnia na dzień posiadanie kamienicy zmieniło się z finansowego zabezpieczenia w nieznośną uciążliwość i źródło kłopotów. Za czynsze pobierane od lokatorów „kamienicznik” nie mógł ani sam przeżyć, ani też zapewnić swemu domowi minimalnych remontów, ba, bez urzędowego przydziału nie miał tam nawet prawa zamieszkać.

Rezultatem tej polityki była postępująca gwałtownie ruina najbardziej wartościowych kamienic w centrum, a także wynoszenie się co lepiej sytuowanych mieszkańców do nowych, betonowych osiedli, gdzie otrzymywali mieszkania małe wprawdzie i tandetnie wykończone, ale przynajmniej samodzielne i wyposażone nieco nowocześniej. W centrum pozostawał w miarę upływu czasu element napływowy – ludzie najbiedniejsi, często z kryminalnego marginesu. Ta degradacja – zarówno materialna, jak społeczna – krakowskiego starego miasta uderzała przybyszów w ostatnich latach panowania komunizmu.

W powojennej Warszawie inne były zarówno realia, jak sytuacja prawna. Nacjonalizacja pozostałych po wojnie zasobów mieszkaniowych wykluczyła walkę z „kamienicznikami”. Hekatomba powstania i masowy exodus starych warszawiaków w naturalny sposób pozostawiały miejsce dla nowo przybyłych, lud wchodził więc do śródmieścia w zasadzie bez poważniejszych konfliktów. W pierwszych latach po wojnie najważniejsza była odbudowa tego, co odbudować się dało – i to zadanie jednoczyło nie tylko warszawiaków, lecz także bez przesady nieomal wszystkich Polaków. Prędko jednak – zaraz po umocnieniu stalinistów w aparacie władzy w końcu 1948 roku – Warszawa jako przestrzeń mieszkalna stała się poligonem wielkiego, ściśle zideologizowanego eksperymentu. O jego zakresie dobre pojęcie daje wydany jako ilustrowane rozwinięcie referatu prezydenta Bieruta monumentalny tom pod tytułem Sześcioletni plan odbudowy Warszawy5. Prezentował on wizję miasta wzorowanego na realizacjach sowieckich, miasta, w którym funkcje centrotwórcze przejmował od handlu i biznesu gigantycznie rozbudowany aparat biurokracji i władzy politycznej. W centrum tej nowej Warszawy pysznił się 234-metrowy Pałac Kultury i Nauki im. Józefa Stalina – przez wiele lat drugi co do wysokości (po moskiewskim Uniwersytecie im. Łomonosowa) budynek Europy, dopiero w ostatnich dekadach zdystansowany przez nowe wieżowce Moskwy, Londynu, Stambułu i Frankfurtu. Przewyższał on ponadtrzykrotnie najwyższy przed wojną 16-piętrowy biurowiec Prudentialu i był tym totemowym słupem, który nowa władza wbiła w centrum zawłaszczonej stolicy.

Czy jednak udało się komunistom ustanowić tym symbolicznym aktem nowy środek – Kosmosu i Miasta? Z tym było trudniej. Szczególne funkcje, jakie miało spełniać centrum, wyobrażano sobie wówczas dość prosto: miało ono skupiać urzędy państwowe i – w ograniczonej mierze – domy towarowe z nieco lepszym niż gdzie indziej zaopatrzeniem, a ponadto być dogodnym miejscem dla kierowanych odgórnie manifestacji. Lud tańczący na rynku Mariensztatu lub idący bezkresnym pochodem przed trybuną na placu Defilad – tak wyobrażano sobie idealne wypełnienie funkcji centrum i takie obrazy notowały z lubością filmy, kroniki filmowe, powieści i artykuły okolicznościowe z tamtego okresu. Ludzie oblepiający stopnie tramwajów (indywidualna motoryzacja praktycznie nie istniała), kolejki do sklepów po najprostsze towary, pokątny handel w bramach i na bazarach – a zatem to wszystko, co stanowiło o codzienności życia warszawiaków, trafiało do oficjalnych zapisów raczej sporadycznie. Zarazem cenami gruntów nie sterował rynek, co pozwoliło z jednej strony na niezwykłą niekiedy rozrzutność w gospodarowaniu przestrzenią, a z drugiej – na lokowanie inwestycji budowlanych w miejscach najzupełniej absurdalnych. Doskonałym tego świadectwem jest zbudowane już w czasach Gierka osiedle Za Żelazną Bramą: luźno rozrzucona garść ogromnych, wolnostojących, tandetnych bloków mieszkalnych, zajmujących potencjalnie najdroższą przestrzeń centrum stolicy i zarazem rujnujących – może raz na zawsze – tradycyjny układ ulic w tym rejonie miasta.

Jeśli, jak powiada Greimas6, miasto jest komunikatem, który można czytać, to Kraków swym wyglądem komunikował pauperyzację właścicieli budynków, Warszawa zaś inaczej: wszechwładzę wielkiego, państwowego inwestora, który budował tak, jak było mu najwygodniej, bez oglądania się na tradycję, względy estetyczne, wygodę mieszkańców czy rzetelny (a więc „kapitalistyczny”) rachunek ekonomiczny. To z wszechwładzy inwestora wynikają pomysły takie, jak ów szpetny „najdłuższy budynek Europy”, który wzniesiono naprzeciw dworca Warszawa Wschodnia – długi pewnie dlatego, aby budowę obsłużyć mógł jeden toczący się po szynach dźwig. Z tej samej wszechwładzy rodzą się pomysły gigantycznych osiedli na peryferiach, gromadzących dziesiątki tysięcy mieszkańców w rzędach jednakowych bloków, wśród których błądzi bez ratunku każdy przybysz z zewnątrz.

Na kształt Warszawy powojennej wpłynęło wszystko po trosze: zniszczenia dokonane przez najeźdźców, wymogi ideologii, głód mieszkań, powodujący, że w centrum stawiano głównie bloki mieszkalne, przewaga inwestora nad wszystkimi innymi uczestnikami budowlanego łańcucha i wreszcie – zmieniające się uwarunkowania demograficzne. Powstało zatem po wojnie miasto sławione w piosenkach i stawiane za wzór w publicystyce, w rzeczywistości jednak będące dziwaczną hybrydą, w której tradycja kłóciła się ze współczesnością, a w centrum straszyły (i straszą do dziś) fragmenty wielkich, niedokończonych założeń urbanistycznych, wywołujące przemożne wrażenie architektonicznej kakofonii. A co stało się z ludem? Z tymi przysłowiowymi już przybyszami ze wsi, hodującymi kozę na balkonie i króliki w „niepotrzebnej” wannie? Ich wrastanie w cywilizację miejską i proces przyswajania sobie nowej tożsamości z pewnością jest pasjonującym tematem dla socjologa. Zanim jednak do tego doszło, zanim też w Krakowie nacisk nowej, dzisiejszej rzeczywistości ekonomicznej wypędził z centrum ludzi marginesu i wprowadził w nie na powrót śródmiejskie atrakcje, obydwa miasta przeżyły swoistą chorobę – charakterystyczną pewnie dla wielu miast tej części świata, a znajdującą wyraz w literaturze. Była to choroba, której ulegało miasto jako pewien organizm społeczny i jako „dom” w skali większej, ponadindywidualnej i mitycznej – przypadłość trudno uchwytna na pierwszy rzut oka, a odbijająca się głównie w przekazach literackich. Choroba ta – to zatarcie wyraźnej struktury przestrzeni, utrata przez centrum jego specyficznych cech i funkcji, co wiąże się ze specyficzną dezorientacją mieszkających tam ludzi, poczuciem zagubienia i nierzeczywistości.

To poczucie zagubienia i destrukcji dość długo musiało sobie torować drogę do literackiego wyrazu – zagłuszane przez kilka lat z pomocą programowo optymistycznej twórczości socrealizmu. Bodaj pierwszym ogólnie znanym tekstem literackim, w którym portret nowej Warszawy prezentował się w sposób nieortodoksyjny, była sensacyjno-kryminalna powieść Leopolda Tyrmanda Zły, wydana w 1955 roku. Zły – dzieło kontrowersyjne, korzystające bezwstydnie z chwytów literatury brukowej – przemycał mimochodem wizję miasta, która nie mogła się podobać ówczesnym władzom politycznym – tak dalece bowiem odbiegała od lukrowanych wizerunków powstających w socrealistycznym duchu. Bodaj Jan Walc pierwszy zauważył, jak szczególny jest to portret7. Bohaterowie Tyrmanda odmawiają uznania tym inwestycjom nowego centrum Warszawy, które były wizytówką nowego ustroju. Przechodzą wiele razy obok Domu Partii, ale nigdy go nie zauważają, Pałac Kultury jest dla nich jedynie majaczącym z dala „wieżowcem” na „największym placu Europy”, pod którego budowę zburzono całą dzielnicę8. Pióro autora ożywia się za to przy opisie warszawskich bazarów, zajmujących w tamtych latach partery i podwórza zrujnowanych kamienic w samym centrum miasta. To tam dzieją się różne nieprawości, tam gnieździ się kryminalny element, ale zarazem tam bije prawdziwe serce tego miasta, są tam bowiem ludzie, którzy – wbrew szykanom władz – postanowili wziąć swój los we własne ręce i decydować suwerennie o swoim życiu. W powieści Tyrmanda zaznacza się zatem z całą dobitnością konflikt, jaki wynika ze stalinowskich projektów odbudowy Warszawy: architekci wznoszą pod dyktando ideologów9 nowe gmachy i place centrum, starzy warszawiacy jednak nigdy ich do końca nie zaakceptują10, wybierając te miejsca, gdzie toczy się życie, gdzie trwa prywatny handel i robi się interesy – choćby nawet miejsca te urągały estetyce i powszechnym wyobrażeniom o tym, jak ma wyglądać centrum stolicy11.

Debiutujący jako pisarz równolegle z Tyrmandem, choć o kilka lat od niego młodszy, Marek Hłasko pokazuje w swoich wczesnych opowiadaniach tę samą Warszawę, ale już bez romantyzmu czy nawet patosu, z jakim niekiedy Tyrmand mówił o swoim mieście. Warszawa Hłaski jest brudna, zrujnowana, pełna ludzi zdegradowanych i zniszczonych życiowymi przejściami, pozbawionych przeto wyższych uczuć. Ale najbardziej może znaczący w Hłaski obrazie miasta jest brak struktury: jego Warszawie rozpaczliwie brak „pięknych dzielnic”, brak „lepszego towarzystwa”, jest po prostu wielką przestrzenią zabudowaną szpetnymi i brudnymi domami, zapełnioną tłumem ożywionym jedynie duchem cynizmu i agresji. W tym tłumie niepodobna odróżnić od siebie drobnych cwaniaczków, artystów czy profesorów uniwersytetu. Wszyscy spotykają się w tym samym obskurnym barze, aby utopić swe poczucie klęski w setce takiej samej lichej wódki z czerwoną kartką. Ostatnim residuum odświętności jest w tym świecie miłość, ale właśnie miłość potrzebuje dla siebie miejsca specjalnego, wyłączonego z przestrzeni publicznej, niedostępnego dla powszechnej wulgarności i chamstwa. Bohaterowie Ósmego dnia tygodnia desperacko walczą o taki skrawek przestrzeni odświętnej dla siebie – ale znaleźć go nie sposób i ich miłość ponosi klęskę.

Znamienne były losy filmowej adaptacji opowiadania, dla której reżyser, Aleksander Ford, znalazł scenerię udającą „piękne dzielnice” na odbudowanej warszawskiej Starówce, pełniącej wówczas – na odwrót – funkcję swoistej atrapy miejsca odświętnego, opatrzonej oficjalną pieczęcią i zadaniami natury propagandowej12. Ta wewnętrzna sprzeczność rozsadziła film i spowodowała, że rozsierdzony Hłasko, który miał silnie zakorzenione poczucie sztuczności warszawskich enklaw lepszego życia, a sam utożsamiał się raczej z robotniczym i łapserdackim Marymontem, wycofał swoje nazwisko z czołówki.

Najbardziej znamienne obrazy Warszawy lat komunizmu malowano z perspektywy bądź „oddolnej”, bądź „odgórnej”. „Od dołu” widzi Warszawę Marek Nowakowski w całym szeregu tomów opowiadań, ukazujących środowiska drobnych kryminalistów, oszustów i innych ludzi marginesu; „od góry”, to znaczy od strony artystyczno-politycznych salonów stolicy, spoglądają Leopold Tyrmand w Życiu towarzyskim i uczuciowym, Tomasz Staliński (Stefan Kisielewski) w powieści – nomen omen – Widziane z góry czy Jerzy Andrzejewski w Miazdze. Wszystkie trzy ostatnie powieści podają jednak w wątpliwość prawe pochodzenie warszawskiej „arystokracji” – literatury, sztuki czy polityki. Społeczne „centrum” – z nielicznymi wyjątkami – nieodległe jest od marginesu: także razi tandetą, a jego splendory czy nawet materialne dostatki mogą budzić politowanie, jeśli się je zestawi z prawdziwym „wielkim światem”, który zawsze jest gdzie indziej – w Paryżu, Londynie czy Nowym Jorku. Z obydwu stron – z góry i z dołu zarazem – spogląda na miasto i jego mieszkańców Konwicki w swoich warszawskich powieściach: Wniebowstąpieniu, Kompleksie polskim, Małej apokalipsie (nie mówiąc już o „łże-dziennikach”). I może najlepiej w książkach Konwickiego dostrzec można zanik społecznej struktury. W Kompleksie polskim autor ustawia swych bohaterów w kolejce po ostatnią niezdewaluowaną wartość w komunistycznym państwie – po złoto. Ale społeczeństwo stojące w kolejce nie może już – jak zauważył bodaj Stanisław Barańczak – komunikować się normalnie, a co więcej, samo ustawienie prowokuje w jego łonie konflikt, rodzący się zawsze tam, gdzie wszyscy z natury rzeczy konkurują o jakieś reglamentowane dobra. Człowiek ze społeczeństwa-kolejki nie ma wyraźnej tożsamości, a raczej – zawsze nosi maskę i ukrywa swe pochodzenie; nie ma też normalnego domu: bohaterowie Konwickiego koczują na klatce schodowej, przeżywając tam najbardziej domowe ze wszystkich polskich świąt – Wigilię Bożego Narodzenia. Oczekiwanie na Zbawiciela zastępuje tam bezowocne i absurdalne czekanie na dostawę towaru. Podobnie bezdomny staje się bohater Małej apokalipsy, błądzący po labiryncie miasta w drodze na własną Golgotę, czy konspirator z Rzeki podziemnej, podziemnych ptaków. W Warszawie nie ma też domu pozbawiony pamięci bohater Wniebowstąpienia. I nic dziwnego: dom warszawski – jeśli nawet istnieje – musi być dla Konwickiego sztuczny i podejrzany – ten prawdziwy bowiem był pod Wilnem, w okolicy dzieciństwa i młodości pisarza. W tej sytuacji widoczny z okna mieszkania pisarza Pałac Kultury odgrywa rolę osobliwą: wyznacza istotnie środek powojennej Warszawy i nie sposób go pominąć, ale zarazem jest symbolem zniewolenia, rodzajem wszechobecnego superżandarma pilnującego porządku w stolicy i potęgującego znaczenie wykonywanych przy nim gestów (jak owego samospalenia bohatera Małej apokalipsy).

Bohaterowie Konwickiego, Nowakowskiego chętnie też schodzą w rejony nieoficjalne miasta, w jego obskurne zakamarki, albo wręcz do podziemi, które rozgałęziają się pod centrum i zrównują ze sobą – jak szczególnie podziemia z Małej apokalipsy – miejsca o różnej skali ważności: śródmiejską knajpę i gmach KC komunistycznej partii. Podziemia są w tych utworach miejscem, gdzie bohaterowie żyją prawdziwiej – to znaczy w większej wzajemnej bliskości i z dala od oficjalnych hierarchii. Ale w tej labiryntowej strukturze brak prawdziwego „środka”, świętego miejsca, do którego można by dążyć. A jeśli nawet jest, to zdegradowane i wystawione na kpinę, jak w Małej apokalipsie ów ostatni w Polsce magazyn wykwintnego żarcia, które zgromadzili władcy PRL pod gmachem partii, aby świętować bankietem ostateczną utratę niepodległości.

W odpychających, wrogich obrazach miasta – szczególnie Warszawy – celowała zwłaszcza literatura lat siedemdziesiątych, najbardziej oryginalną wizję stworzył jednak Janusz Anderman w rozgrywającej się w krakowskich realiach Grze na zwłokę. Bohater powieści także jest bezdomny i błądzi po ulicach, tułając się od jednej przypadkowej mety do innej. Autor wyposażył go jednak w podwójną świadomość: bohater w każdym momencie widzi sam siebie oczyma hipotetycznego agenta bezpieki i „pisze na siebie raport”. Niezależnie więc od tego, w jak nieoficjalne zakamarki zabłądzi w swej ciągłej ucieczce – nigdzie nie znajdzie miejsca naprawdę intymnego i zapewniającego poczucie bezpieczeństwa. Zarazem raport jest taki, jaki może być prymitywny, szeregowy szpicel – równie jak on głupi i prymitywny. Bohater wymajacza sobie więc nad sobą coś w rodzaju wszechobecnej „Opatrzności”, ale właśnie owa „Opatrzność” ulega najdalej idącej degradacji13.