Marnotrawny - Natalia Kassa - ebook

Marnotrawny ebook

Natalia Kassa

3,8

Opis

Erna Brown nie pamięta, kiedy ostatnio spała spokojnie. Każdej nocy dręczą ją koszmary, z którymi kobieta zupełnie nie potrafi sobie poradzić. Gdy pewnego dnia, w drodze do pracy, samochód odmawia jej posłuszeństwa, Erna nie podejrzewa, jak bardzo od tej chwili zmieni się jej życie. Samotna na opustoszałej kanadyjskiej autostradzie, zostaje zaatakowana przez nieznane jej siły. Niespodziewanie znajduje schronienie w hotelu otoczonym przez mroczny las, mając nadzieję, że od tej chwili będzie bezpieczna. Nawet nie wie, jak bardzo się myli…

Mięso było delikatne. Cindy z wyczuciem zagłębiła w nie ostrze noża i odcięła pierwszy kawałek. W jednej chwili szklana deska pokryła się bladoczerwonym sokiem. Nóż w jej ręku, niczym batuta dyrygenta, wykrzywiał się w dobrze obmyślany sposób, dzieląc na idealne kawałki dużą porcję mięsa. Sok spłynął na beżowy blat, zamieniając go w krwiste morze. Cindy dalej dyrygowała ostrzem. Nie zauważyła, gdy cienki strumyk podążył własną drogą i ciurkiem, niczym mały wodospad, zaczął opadać na wyłożoną brązowymi kafelkami kuchenną podłogę. Cindy Walker była w transie i nic nie mogło wyrwać jej z tej idyllicznej chwili. Zapach świeżego mięsa zaczął wnikać wprost do małego spiczastego nosa bladolicej dziewczyny.

Natalia Kassa – rocznik 1987, z wykształcenia pedagog. Miłośniczka kulinariów, mrocznej prozy i wojaży w opuszczone historyczne miejsca. Wielbicielka muzyki lat osiemdziesiątych. Posiadaczka kolekcji płyt analogowych, którą stara się z roku na rok powiększać. Ciekawa świata i ludzi. Nie wyobraża sobie dnia bez wypicia dobrej kawy.

Powieść „Marnotrawny” to jej debiut literacki.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 725

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Sortuj według:
Ksiazkanawolnyczas

Nie oderwiesz się od lektury

Książkę przeczytałam jednym tchem. Wciąż jestem pod wrażeniem. Dużo stron, lecz się je naprawdę szybko. Wciągająca fabuła i postacie, które na długo zagoszczą w mojej pamięci. Mam nadzieję na kontynuacje tej wspaniałej choć mrocznej historii. POLECAM ! 👍😀
31
przeczytanaksiazka

Nie oderwiesz się od lektury

Marnotrawny to książka, która zaskakuje i to jak! Wybrałam ją z ciekawości. Zazwyczaj nie czytam książek polskich autorów/autorek. Tym razem zaryzykowałam. Wybrałam debiut licząc, że wreszcie trafię na 'polską' książkę, która rozbudzi wyobraźnię, będzie w niej pełno zwrotów akcji, ciekawych bohaterów i dużo mrocznego klimatu. Tu tak właśnie było. Moim ulubionym autorem jest Stephen King. Czytając Marnotrawnego poczułam podobny klimat jaki znajduję w książkach samego mistrza grozy. Zastanawiałam się jaką dać ocenę, ponieważ wychwyciłam kilka małych minusów. Normalnie dałabym 4/5 ALE! To debiut (i to jaki!), który mnie naprawdę pozytywnie zaskoczył. Dlatego 5! Książkę polecam szczególnie fanom twórczości Stephena Kinga. Liczę, że powstanie kontynuacja Marnotrawnego, którą z chęcią przeczytam.😍
10
paulciaaa92

Z braku laku…

"Marnotrawny" to jedna z tych książek, które okładką przyciągną, według mnie, sporo czytelników. Jest niezwykle klimatyczna i ten tytuł! Ciężko obok niej by było przejść obojętnie. Dla mnie nieco przydługi i niekoniecznie zachęcający opis, ale w moim przypadku wystarczy okładka i wiem, że muszę przeczytać daną książkę. Po przeczytaniu muszę powiedzieć, że ta książka ma w sobie zdecydowanie to "coś", ale również pozostawia pewien niedosyt. Widać, że autorka się skupiła bardzo mocno na fabule i nie spieszyła się z jej tworzeniem. Każdy wątek jest przemyślany, dokładnie opisany i czytelnik czuje się naprawdę doceniony. Jeśli chodzi o bohaterów, to czytając o nich dosłownie miałam wrażenie, że są oni realni. Niby to postacie fikcyjne, ale bardzo dokładnie opisane, a każda zupełnie inna. Co ciekawe, przewija się ich w powieści sporo, a przy żadnej nie miałam poczucia, że została potraktowana po macoszemu. Każdej z nich została poświęcona przez autorkę uwaga i to widać. ...
01

Popularność




18 sierpnia, niedziela, Chicago

Cindy Walker skierowała swoją trupiobladą dłoń do lodówki. Z rozmachem otworzyła skrzypiące drzwi i spojrzała do jej chłodnego wnętrza z zadowoleniem malującym się na podłużnej twarzy. Na środkowej półce, w dużej szklanej misce, spoczywało piękne, lśniące, świeże mięso. Kościste ręce Cindy delikatnie otuliły zimne, przeźroczyste naczynie niczym największy skarb, który mogłaby aktualnie posiadać w swoim małym mieszkaniu na przedmieściach Chicago. Z ogromnym skupieniem, delikatnymi, pełnymi wdzięku ruchami, szczupła wysoka dziewczyna przeniosła miskę na beżowy kuchenny blat. Drzwi lodówki zamknęły się, wydając z siebie grobowy jęk. Po chwili mała kuchnia, oświetlona słonecznym światłem wpadającym przez duże i jedyne okno, wypełniła się słodko-kwaśnym zapachem świeżego mięsa.

Cindy Walker z gracją obróciła się na palcach i podeszła do półki wiszącej tuż nad małą zmywarką. Na półce piętrzyły się stosy starych książek kucharskich i równie stary drewniany gramofon. W wiekowym odtwarzaczu spoczywało nowe wydanie płyty winylowej, na której widniał napis: „Heather Nova – Gloomy Sunday”. Duże i zielone, choć wyblakłe i przekrwione oczy panny Walker skupiły się na igle, która już po chwili, przeniesiona zwinnym ruchem bladej dłoni, zaczęła muskać czarną powierzchnię płyty. Choć Cindy słyszała wiele wersji Gloomy Sunday, ta podobała jej się najbardziej i idealnie pasowała do jej cotygodniowego rytuału szykowania mięsnych cudowności.

Dwudziestopięciolatka ubrana w zwiewną białą sukienkę na cienkich ramiączkach przypominała zjawę poruszającą się niczym baletnica po małej kawalerce. Mieszkanie Cindy składało się z zaledwie siedmiometrowego pokoju dziennego, który pełnił również funkcję sypialni, małej łazienki z prysznicem i toaletą oraz ciasnej kuchni, w której jednak znajdowało się wszystko to, czego Walker potrzebowała do swojej działalności. Była też ciemna piwnica. Tak ciemna jak wizja samego piekła. Jednak do niej miała wstęp tylko Cindy, a to, co się w niej znajdowało, było jej najskrytszą tajemnicą. Silny powiew wiatru wdarł się przez uchylone okno. Zielona zasłonka sięgająca do połowy uchylonego skrzydła gwałtownie się zakołysała.

W kuchni rozbrzmiały pierwsze dźwięki Gloomy Sunday. Panna Walker doskoczyła z gracją do beżowego blatu i z pełną kurtuazją, jak gdyby chciała oddać hołd wnętrzu szklanego naczynia, przełożyła spory kawałek pięknego, kształtnego mięsa na deskę.

Z delikatnie przymrużonymi oczami, niczym w transie, wsłuchując się w otaczającą ją ze wszystkich stron melodię, sięgnęła do metalowej puszki, z której wyciągnęła lśniący nóż szefa kuchni wykonany z japońskiej stali. Magnesy w postaci małych słodkich kociaków mocno trzymały się na lodówce. Cindy nie wiedziała, że jest obserwowana. Magnesowe koty bacznie przyglądały się jej pracy. Były jedynymi świadkami coniedzielnych kuchennych rytuałów swojej pani, która wcale się tym nie przejmowała. Magnesy przecież nie mogły przemówić ludzkim głosem.

Pierwsze słowa tekstu odbiły się od ścian ciasnej kuchni.

 

Sunday is gloomy

My hours are slumberless…1

 

Mięso było delikatne. Cindy z wyczuciem zagłębiła w nie ostrze noża i odcięła pierwszy kawałek. W jednej chwili szklana deska pokryła się bladoczerwonym sokiem. Nóż w jej ręku, niczym batuta dyrygenta, wykrzywiał się w dobrze obmyślany sposób, dzieląc na idealne kawałki dużą porcję mięsa. Sok spłynął na beżowy blat, zamieniając go w krwiste morze. Cindy dalej dyrygowała ostrzem. Nie zauważyła, gdy cienki strumyk podążył własną drogą i ciurkiem, niczym mały wodospad, zaczął opadać na wyłożoną brązowymi kafelkami kuchenną podłogę. Cindy Walker była w transie i nic nie mogło wyrwać jej z tej idyllicznej chwili. Zapach świeżego mięsa zaczął wnikać wprost do małego spiczastego nosa bladolicej dziewczyny. Cindy wdychała go łapczywie niczym świeże powietrze, którego mogłoby nagle zabraknąć.

 

Sunday is gloomy

With shadows Ispend it all…

 

Wciąż powtarzała tą samą czynność. Długie idealne, pasy zaczęła kroić w równe kostki. Nóż zagłębiał się w nie z łatwością. Cindy Walker nie używała zbyt wiele siły. Drogi kuchenny gadżet, który trzymała w dłoni, bez przeszkód brnął przez żylaste części mięsa. Jasne włosy dziewczyny, sięgające do pasa, delikatnie podrygiwały wraz z każdym zamaszystym ruchem ręki. Gotowe kawałki mięsa trafiały zpowrotem do szklanej misy, która z każdą kolejną minutą była pełniejsza. Ostatni kawałek, ostatni, delikatny i niezwykle precyzyjny ruch ostrzem. Dzieło skończone.

Na beżowym blacie, który lśnił teraz okazale wyblakłą czerwienią, leżała biała porcelanowa miseczka, przykryta szczelnie przeźroczystą folią spożywczą. Cindy, pozbywszy się folii, zanurzyła palec wskazujący prawej ręki w jej czeluści. Uniosła go i skierowała do swoich wąskich ust. Wreszcie oblizała go różowym długim językiem, który po chwili zrobił się czerwony. Zapach paprykowej marynaty unosił się w powietrzu, szczypiąc oczy panny Walker. Jej język uwielbiał być torturowany pikanterią. Cindy wiedziała, że ostrość marynaty będzie idealnie pasowała do tego dania. Razem stworzą zgraną całość. Znała się na kuchni, a łączenie ostrych przypraw z mięsem było jej specjalnością. Zwinnym, zdecydowanym ruchem wlała zawartość miseczki do szklanej misy. Blade dłonie Cindy wtargnęły w głąb mięsnej czeluści, dokładnie mieszając jej zawartość. Och tak. Uwielbiała ten moment… Ten czas, gdy czuła w swoich rękach surowe mięso, jego soczystą strukturę. Gdyby mogła sobie na to pozwolić, ta chwila trwałaby dłużej. Piosenka jednak dobiegała końca, a to oznaczało, że powinna już przejść do ostatniej czynności. Z wielkim żalem malującym się na pociągłej twarzy wyciągnęła dłonie, które za sprawą ostrej marynaty z bladych zmieniły swój odcień na różowy. Następnie odkręciła wodę w stalowym kranie umieszczonym tuż nad jednokomorowym okrągłym zlewem i zmyła z rąk resztki ostrej, oleistej cieczy. Starannie przetarła je kawałkiem papierowego ręcznika i po chwili otworzyła szufladę znajdującą się tuż pod blatem. Jej oczy rozbłysły na widok spoczywających na dnie metalowych szpikulców. Wyjęła wszystkie (łącznie jakieś pięćdziesiąt sztuk) i zaczęła nabijać na nie niedawno przygotowane kawałki mięsa. Piosenka właśnie dobiegała końca.

 

My heart is telling you how much Iwanted you…

Gloomy Sunday…

 

W kuchni rozbrzmiały ostatnie dźwięki utworu. W końcu ramię gramofonu delikatnie podskoczyło do góry i wróciło na miejsce spoczynku. Nastała cisza. Magnesowe koty z przesadnie wyłupiastymi oczami wciąż przyglądały się stojącej do nich bokiem właścicielce mieszkania. Patrzyły, jak ta w pełnym skupieniu nabija po pięć sztuk równych mięsnych kawałków na ostry szaszłykowy szpikulec. Jej ruchy były hipnotyzujące, nieskalane żadnym błędem czy niepotrzebnym wahaniem. Ostatni szaszłyk został ukończony.

Cindy spojrzała na stary zegar z kukułką wiszący tuż nad lodówką. Dochodziła siedemnasta. Była zadowolona. Jak zawsze udało jej się przygotować wszystko na czas. Punktualność była jej atutem. Wreszcie dostrzegła, że jej biała zwiewna sukienka zabarwiła się bladokrwistym kolorem. Miała jednak dość czasu, aby wziąć szybki prysznic i przebrać się w czyste ubranie. Nie czekając, aż dojdzie do łazienki, już w kuchni zrzuciła z siebie poplamioną sukienkę. W przedpokoju zdążyła odpiąć stanik, z którego wyłoniły się małe blade piersi z równie bladymi i ledwo widocznymi brodawkami. Jej porcelanowa, szczupła i wysoka sylwetka po chwili zniknęła za szklaną szybą prysznica.

Pół godziny później panna Walker, ubrana w nową jasnobłękitną sukienkę, delikatnie odsłaniającą część jej skromnego biustu, stała w przedpokoju, trzymając w ręku dwie wielkie turystyczne lodówki wypełnione świeżymi szaszłykami. Minęło jeszcze kilka minut, zanim zatrzasnęła za sobą drzwi do mieszkania i zeszła po szerokich schodach z pierwszego piętra. Tuż przed budynkiem, na małym, przynależącym do właścicieli mieszkań parkingu czekał na nią jej największy skarb. Food truck przerobiony ze starego samochodu dostawczego marki Mercedes. Skutecznie przyciągał spojrzenia ludzi, a to za sprawą swojej jaskrawo-czerwonej barwy i ogromnych żółtych napisów po bokach, informujących:

The Great Walker Grill – Fresh meat, good meat

Cindy wsiadła do swojego biznesu na kółkach i odpaliła czerwone cudo. Parking przeszył furkot starego silnika i po chwili ciężarówka z piskiem opon wtargnęła na główną drogę przedmieścia Chicago. Walker gnała teraz ulicami zachodniej części Belmont Avenue, szukając odpowiedniego miejsca, w którym tym razem mogłaby zakotwiczyć swój znany już mieszkańcom miasta food truck. Z widocznym na twarzy niesmakiem minęła Burger Kinga, pamiętając o wytycznych, których musi się trzymać. Te jasno głosiły, że jej knajpa musiała zostać zaparkowana minimum sto metrów od restauracji, a co równie ważne, dwieście metrów od innego dostawcy oferującego podobne usługi. Podobne usługi… Cindy prychnęła pogardliwie pod nosem. Nikt w mieście nie mógł nawet śnić o tym, aby zrównać się z jej geniuszem kulinarnym. Prawo było jednak prawem i nie mogła go przeskoczyć. Niekiedy, przemierzając ulice miasta, czuła się jak dzikie zwierzę walczące o swoje terytorium.

W końcu postanowiła zaparkować swój grillowy biznes zaraz za pierwszym skrzyżowaniem, przy klinice stomatologicznej, która zdecydowanie nie była restauracją. Okolica z pozoru wydawała się mało atrakcyjna na pozyskanie potencjalnych grillożerców, jednak Cindy wiedziała, co robi. Znała to miejsce bardzo dobrze. Choć jej wóz otaczały głównie stare, dziwnie wyglądające małe domki, to już niedaleko, tuż za rogiem, kryła się kopalnia wygłodniałych klientów. Ogromne centrum handlowe, które w niedzielne późne popołudnie było chętnie odwiedzane przez całe rodziny.

Cindy Walker podniosła metalową roletę swojej ciężarówki, ukazując tym samym duże okienko z szeroką ladą, przez które w każdą niedzielę przyjmowała zamówienia od głodnych, zwabionych zapachami przechodniów. W środku swojej ciężarówki rozpaliła duże płyty grillowe, na które wyłożyła część przygotowanych wcześniej mięsnych szaszłyków. Te już po chwili zaczęły skwierczeć i strzelać na wszystkie strony tłuszczem wymieszanym z marynatą. Aromat zaczął nieśmiało unosić się w powietrzu. Walker wyjęła spod lady dużą, rozkładaną tablicę na drewnianych nóżkach. Zwinnymi ruchami ręki wypisała na niej białą kredą:

 

Grillowany kawał mięsa wbułce: 2$

Keczup, musztarda, majonez:GRATIS!

Kup dwie buły – zapłać 3$!

Napój wpuszce: 0,50$

Wyraz „gratis” kilkukrotnie pogrubiła. Jej menu było krótkie i rzeczowe. Cindy twierdziła, że dając ludziom minimalny wybór, uwalniała ich od frustrującego aspektu codziennego życia, w którym zawsze trzeba było pomiędzy czymś wybierać. Jej jadłodajnia na kółkach serwowała tylko jedno danie, choć w każdą niedzielę w innej odsłonie. Dzięki temu konsumenci nie popadali w monotonię, a ona mogła szkolić się w przyrządzaniu idealnych mięsnych potraw i być coraz bliżej spełnienia swojego największego marzenia. Panna Walker odpłynęła myślami do chwili, kiedy będzie mogła objąć posadę Kucharza w tym jednym, jedynym miejscu. W miejscu tak zacnym i upragnionym. Tak bliskim, a jednocześnie tak dalekim. Tak bardzo tego pragnęła…

Nagle ocknęła się z utopijnych myśli, przypominając sobie o bułkach, które przytargała do ciężarówki wraz z puszkami gazowanych napojów i sosów jeszcze przed przyszykowaniem szaszłyków. Podeszła do tylnej części mercedesa i chwyciła za duży, wypchany po brzegi pszennymi bułkami czarny wór. Choć była licho zbudowana, a jej sylwetka większości amerykańskiego społeczeństwa kojarzyła się z totalnym niedożywieniem i zaawansowaną anoreksją, miała sporo siły, którą zawdzięczała codziennemu porannemu joggingowi i jak sama twierdziła, zdrowemu odżywianiu. Cindy była pewna, że wszyscy dietetycy, znając jej definicję prawidłowej diety i zdrowej żywności, popukaliby się solidnie w czoło, a ją samą odesłaliby do zakładu psychiatrycznego. Ona jednak wiedziała swoje i twardo trzymała się ściśle określonych zasad.

Właśnie położyła kilka bułek na opiekaczu, gdy jej stary zegarek marki Casio zapikał wyraźnie zużytym głośnikiem. Wybiła osiemnasta. Jej nozdrza rozchyliły się i Cindy poczuła pierwsze, delikatne zapachy grillowanego mięsa. Uśmiechnęła się sama do siebie. Rozejrzała się wokoło, upewniając się, czy aby o czymś nie zapomniała, a gdy stwierdziła, że wszystko jest już gotowe, wyszła przed swoją jadłodajnię i postawiła pod ladą tablicę z dzisiejszym menu. Ucztę czas zacząć – pomyślała radośnie, wchodząc ponownie do mercedesa.

Nie minęła minuta, a już pierwsi klienci, zwabieni zapachem wydobywającym się z food trucka, ustawili się w kolejce.

– Colę light i jedną bułkę poproszę – złożył swoje zamówienie pierwszy z klientów.

Cindy bez problemu rozpoznała w nim stałego konsumenta swoich wyrobów. Mężczyzna w średnim wieku, z wielką łysiną na czubku głowy, ubrany w szerokie, markowe dresy sięgnął do kieszeni, aby wydobyć z niej odliczoną kwotę.

– Dzisiaj na koszt firmy – zwróciła się do niego Walker melodyjnym i delikatnym głosem, wychylając się zza lady.

Mężczyzna mógł przez chwilę spojrzeć w jej dekolt, przez co trochę się zaczerwienił. Łysy konsument był jednym z wielu, którzy co niedzielę szukali po całym Chicago czerwonej ciężarówki z napisem The Great Walker Grill, aby zjeść najlepsze mięso w mieście, jednak bardziej od jedzenia przyciągał ich tajemniczy, niesamowity urok samej właścicielki.

– Jest pan moim stałym klientem, a o stałych klientów trzeba dbać – dodała Cindy z uśmiechem, wręczając zamówienie oszołomionemu jej wyjątkowym pięknem mężczyźnie.

Ten bez chwili namysłu ugryzł spory kawałek bułki, zatapiając swoje pożółkłe zęby w soczystym kawałku mięsa. Fuzja smaków zaatakowała jego kubki smakowe.

– Dobre? – spytała Cindy, wlepiając w niego wzrok.

– Dobre?! – rzucił głośno w jej stronę, tak aby słyszeli go inni wygłodniali ludzie stojący niecierpliwie w kolejce. – To jest kurewsko zajebiste! – dorzucił kulturalnie, robiąc jej przy okazji dobrą reklamę.

Walker mrugnęła zalotnie w stronę odchodzącego mężczyzny. Miała wobec niego plany. Był jej wybrankiem. Jej upatrzonym stałym klientem, o którego musiała teraz dbać. Gdyby tylko o tym wiedział…

Kolejka z minuty na minutę się powiększała, a w brzuchach zniecierpliwionych ludzi dało się słyszeć odgłosy dzikich pomrukiwań.

– Następny! Co podać? – krzyknęła radośnie, a następnych było tak wielu, że Cindy skończyła swoją pracę o pierwszej w nocy.

Wlokąc się po schodach do domu, Walker czuła zmęczenie, ale i ogromną satysfakcję. Pieniądze, które zarabiała na swoim biznesie, były istotne, bo dzięki nim mogła go wciąż prowadzić, jednak to nie one były najważniejsze. Ogrom powracających do niej klientów i uznanie tych nowych sprawiały, że wciąż miała nadzieję na spełnienie swojego jedynego marzenia. Zmęczona, choć szczęśliwa otworzyła drzwi do małego mieszkania i weszła do środka. Jej lewa stopa odziana w czarną balerinkę nadepnęła na coś leżącego na podłodze. Cindy po omacku wyszukała kontakt znajdujący się tuż przy drzwiach i zapaliła światło. Mały przedpokój rozświetlił się. Dziewczyna spojrzała w dół. Czarna koperta czekała, aż podniesie ją z podłogi. Cindy przez chwilę się wahała, choć sama do końca nie wiedziała dlaczego. Wpatrywała się w tajemniczy list, jakby chciała przeskanować wzrokiem jego zawartość. W niedzielę listonosz nie roznosi przesyłek, dobrze o tym wiedziała. Przez dłuższy moment usilnie próbowała wymyślić, w jaki sposób i dlaczego czarna koperta znalazła się w jej mieszkaniu, i wreszcie…

O mój Boże! Czy to mogło być… czy to już? Czy to TA czarna koperta? No tak! To takie oczywiste! Oczywiste! – myślała gorączkowo. Lewą ręką przykryła swoje wąskie usta, pod którymi zaczął malować się uśmiech ekscytacji. Kręciła głową z szeroko otwartymi oczami, wciąż nie mogąc uwierzyć w to, co właśnie znajdowało się tuż przy jej opuchniętych ze zmęczenia stopach. Co chwila wydawała z siebie dziwne pojękiwania, które przypominały stłumiony, szaleńczy śmiech upiornego dziecka. Takiego, które właśnie wstało z grobu i postanowiło wymordować wszystkich napotkanych na swojej drodze ludzi.

Koperta, podłoga, skłon. Cindy wreszcie ją podniosła. Szybko przeszła z przedpokoju do kuchni i usiadła przy małym stoliku, przy którym zazwyczaj jadała posiłki. Na blacie wciąż widniały bladoróżowe plamy, choć teraz były mocno zaschnięte. W pomieszczeniu nadal unosiła się słodka woń surowego mięsa. Na widok swojej podekscytowanej właścicielki magnesowe koty wytężyły uwagę. Zamilkły na tyle, na ile mogą sobie na to pozwolić lodówkowe magnesy. Cindy drżącymi rękoma obróciła kopertę. Na środku widniał biały napis:

Szanowna Pani C. Walker

Tak zaadresowana koperta upewniła dziewczynę w jej domysłach. Drżenie rąk ani trochę się nie uspokoiło. Nerwowo, choć najdelikatniej jak tylko mogła, odkleiła starannie zalakowaną kopertę. Spokojnie, Cindy… tylko spokojnie… ‒ próbowała uspokoić samą siebie. Bezskutecznie. Jej serce biło coraz mocniej, zbliżając się do poziomu niekontrolowanej ekscytacji. Zaczęła głośno oddychać, z wysiłkiem łapiąc powietrze. Z czarnej koperty wyjęła małą białą karteczkę, na której widniała odręcznie napisana informacja. Pismo było staranne i bardzo czytelne. Wzrok Cindy spoczął na tajemniczym liście:

 

Zaproszenie

Szanowna Pani C. Walker.

Pragnę Panią zaprosić na coroczną Świętą Ucztę,

która odbędzie się 20 października

whoteluHommanger.

 

Cindy czytała wiadomość z rozwartymi ustami. Jej źrenice mocno się poszerzyły, a ona pochłaniała kolejne linijki tekstu.

 

P.S. Proszę udać się na port lotniczy Chicago-O΄Hare dnia 10 października, godzina 10:00 przed południem.

 

Zpoważaniem

A. Patino

Walker wpatrywała się w odręczny podpis u dołu zaproszenia jak zahipnotyzowana. To był jej mistrz. Udało jej się trzeci rok z rzędu zostać zaproszoną na Świętą Ucztę. Ona… zwykła mieszkanka Chicago, Cindy Walker, znów zasiądzie przy wielkim, starym jadalnianym stole. Czy komuś innemu, prócz pełniącego dziś obowiązki Kucharza, udało się dostać trzy razy z rzędu zaproszenie od samego Adolfo Patino?! Cindy poczuła się nadzwyczajnie wyróżniona. Jej nadzieja na spełnienie swojego największego marzenia wzrosła diametralnie. Zaczęła zastanawiać się, czy jej kolejne zaproszenie jest wynikiem tego, że Adolfo Patino upatrywał w niej godnego następcę Stefana Krugera? Miała ogromną nadzieję, że tak właśnie jest. Była przecież niesamowicie zdolna i oddana swojej pasji. Może tegoroczna Uczta miała być dla niej testem ostatecznym?

Tej nocy nie położyła się spać. Nie posprzątała w kuchni, nie rozmyślała nad menu na następną niedzielę, nie oporządziła bałaganu, który zostawiła w sobotnią noc w piwnicy. Tego wieczoru Cindy postanowiła marzyć, siedząc przy małym stoliku w jej równie małej kuchni. Tylko magnesowe koty z niesmakiem przewracały wielkimi oczami, zastanawiając się, jak ich pani mogła zapomnieć o posprzątaniu tego całego krwistego bałaganu.

1Gloomy Sunday, kompozytor: Rezső Seress, tekst: László Jávor, tłum. ang.: Sam M. Lewis.

24 sierpnia, sobota, Tokio

Na ogromnym elektronicznym billboardzie zawieszonym tuż nad głowami przechodniów wybiła godzina dwudziesta druga. Zatłoczone ulice Tokio w ten sobotni ciepły wieczór przypominały ogromne mrowisko. Ludzie jednak o tej porze, w przeciwieństwie do mrówek, nie podążali do roboty. Ich celem były głównie restauracje, puby i bary, w których mogli odprężyć się i zrelaksować po całym tygodniu ciężkiej, monotonnej pracy. Wśród przyjaciół, przy dużej ilości alkoholu i dobrego jedzenia, zapominali o przytłaczającej codzienności i ciągłej pogoni za pieniędzmi. Tej soboty dopisali także turyści, którzy gwarnie wylegli na ulice, uzbrojeni w aparaty fotograficzne. Niektórzy z nich mieli nadzieję na niezapomnianą zabawę w którymś z tematycznych pubów, o których tyle słyszeli i czytali. Na tle mieszkańców stolicy Japonii turyści szczególnie rzucali się w oczy. Ubrani w niewyróżniające się stroje, z poprawnymi fryzurami, wyglądali wśród tubylców, jakby pochodzili co najmniej z innej planety lub wskoczyli do tajemniczego portalu, który wypluł ich do tej dziwnej krainy, której mieszkańcy wyglądali równie dziwnie.

Młodzi Japończycy, których wieczorami nigdy nie brakowało na ulicach, przyciągali spojrzenia obcokrajowców. Ogromny różowy jednorożec, o czarnym jak noc, mrocznym spojrzeniu szedł za rękę z małą lolitką, której spódniczka ledwo zakrywała pośladki. Obok nich, w przeciwnym kierunku, przemknął człowiek rekin, którego zęby sterczały wokół czarnych nastroszonych włosów. Przez pasy przebiegła także Czarodziejka z Księżyca, dołączając do reszty swoich wojowniczych koleżanek czekających na nią po drugiej stronie ulicy. Raz po raz strzelały flesze aparatów, a podekscytowani turyści podbiegali to tu, to tam, nie mogąc się zdecydować, kogo uwiecznić na pamiątkowych zdjęciach. Przy jednym ze skrzyżowań mała amerykańska dziewczynka, czekająca wraz z rodzicami na zmianę sygnalizacji świetlnej, z ogromnym zainteresowaniem przyglądała się postaci wielkiego białego kota, który stał odwrócony do niej plecami. Obserwowana przez dziewczynkę istota wybrednie wybierała napój z automatu, radośnie potrząsając różową torebeczką w kwiatki. Mała Amerykanka zmrużyła zaciekawione oczka. Przeniosła swój błękitny wzrok z włochatych pleców na głowę kocura. Za kocim uchem dostrzegła kawałek dobrze jej znanej czerwonej kokardki. Twarz dziewczynki nagle się rozpromieniła.

– Hello Kitty! – krzyknęła radośnie, klaszcząc raz po raz w małe, pulchne rączki.

Rodzice, słysząc nagłą i niespodziewaną euforię swojej córki, nie zdążyli się obrócić, gdy ta, uradowana swoim odkryciem, podbiegła do obróconej tyłem postaci i wtuliła się w jej białą milusią sierść. Ten moment, ta jedna chwila zaważyła na reszcie życia małej, niewinnej blondyneczki. Wielki kot obrócił się i spojrzał na coś lepiącego się do jego futrzastych bioder.

– Hello Kitty! – krzyknęła raz jeszcze słodkim głosikiem dziewczynka i zadarła główkę. I wtedy na siebie spojrzeli… Białe, przekrwione oczy z czarnymi kropkami pośrodku utkwiły zdziwiony wzrok w małej Amerykance, która teraz zamarła, a z jej drobnej twarzy zniknęły jakiekolwiek oznaki spontanicznej dziecięcej radości.

Z przodu ta wielka puchata postać nie przypominała już słodkiego kotka z dziecięcego anime. Była jego przerażającą karykaturą o martwym spojrzeniu, krwawych wampirzych zębach i długich szponach. Dziewczynka jeszcze przez moment stała nieruchomo, by wreszcie, jak za dotknięciem magicznej różdżki, popaść w totalną histerię, wylewając z oczu potoki słonych łez. Hello Kitty w wersji hardcore dla dorosłych krzyknęło przepraszająco łamanym angielskim, wymachując szponiastą dłonią, w której trzymało stylową torebeczkę:

– Ajm sori, weri sori!

Jednak dziewczynka, owładnięta histerią, już tego nie słyszała. Przerażona, wtuliła się w kucającą tuż przy niej matkę, która bezskutecznie próbowała ją uspokoić. Gruby Amerykanin dławił się śmiechem, pstrykając co chwilę trzymanym w dłoni aparatem. Zdjęcia seryjne i stabilizacja obrazu pozwoliły mu na idealne uchwycenie tej fatalnej pomyłki swojej małej córeczki. W jego ocenie historia ta musiała mieć swoje zwieńczenie w rodzinnym albumie.

– No problem! – wykrzyknął rozbawiony tatuś, klepiąc puszystego potwora w plecy.

Dziewczynka jeszcze długo nie mogła się uspokoić. Dopiero obietnica podwójnej porcji lodów z wielkim kopcem bitej śmietany zdołała przerwać jej histeryczny płacz. W końcu rodzina przeszła przez pasy i zniknęła za rogiem ozdobionego świecącymi neonami budynku. Od tego dnia do końca swojego życia mała blondyneczka bała się kotów i wszystkiego, co kotopodobne.

Nie dla wszystkich Tokio okazywało się przyjaznym miastem, jednak Gaku Hara nie wyobrażał sobie, by mógł żyć w innym miejscu. Szczupły niski mężczyzna przemierzał dziarskim krokiem dzielnicę Roppongi. Jego ekstrawagancki strój przyciągał spojrzenia wielu napalonych, młodych japońskich kobiet. Z czarnych tenisówek wyłaniały się skarpetki, które z kolei chowały się pod podwiniętymi za kostkę musztardowymi, obcisłymi spodniami. Gaku w ostatniej chwili zdążył przejść przez pasy, dzięki czemu uniknął długiego czekania na właściwe światło wraz z chmarą wrzeszczących turystów. Minął obcego mu mężczyznę w dopasowanym markowym garniturze, który z zazdrością obejrzał się za jego ogromną, skórzaną torbą na ramię, zapinaną z boku na dwie gustowne złote klamry. Choć Gaku nie potrzebował dziś tak dużej torby (miał w niej zaledwie telefon komórkowy i portfel), to jednak nie mógł oprzeć się pokusie, aby nie zestawić jej ze swoim dzisiejszym strojem. Torebka, a raczej torbiszcze, świetnie podkreślała jego styl i klasę, choć dla większości turystów wygląd Gaku był, delikatnie mówiąc, niezrozumiały.

Gaku Hara mijał właśnie lodziarnię GinzaWow, która była znana z serwowania najlepszych deserów w stolicy i która każdego wieczoru pękała w szwach od napływu entuzjastów jej lodów. Japończyk poczuł, że musi na chwilę zatrzymać się naprzeciw przeszklonego wejścia i rzucić okiem na swoje odbicie. Kompletnie nie zwracał przy tym uwagi na klientów restauracji siedzących przed wejściem pod dużymi parasolami.

Tak, był wielkim narcyzem, jak zresztą większość młodych mężczyzn w Japonii, którzy byli niesamowicie sfeminizowani. To jednak przyciągało do nich japońskie kobiety, które kochały ich delikatny kobiecy wygląd i typowo męskie wnętrze. Uwielbiały w nich te dwa mocno kontrastujące ze sobą światy, które tworzyły dla tutejszych młodych dziewczyn ideał męskości. Dla sporej rzeszy turystów każdy młody Japończyk był gejem, choć był to błędny wniosek. Mało kto potrafił zrozumieć mentalność tego narodu, dlatego tak wielu cudzoziemców z zainteresowaniem odwiedzało to jakże przedziwne państwo.

Gaku zlustrował swoje odbicie od góry do dołu. Torba na tle obcisłej błękitnej koszuli ozdobionej pomarańczowymi pionowymi pasami prezentowała się znakomicie. Mała zielona mucha w czarne grochy sterczała krzywo na kołnierzyku. Hara objął ją szczupłymi dłońmi i szybko poprawił. Lekko przekrzywił swój czarny kaszkiet, spod którego wystawały nastroszone, utlenione włosy. Musiał przyznać, że nowe oprawki okularów, w które zainwestował parę dni temu sporo pieniędzy, dodawały mu nieziemskiego uroku. Uśmiechnął się zawadiacko do swojego perfekcyjnego odbicia i z niechęcią się z nim pożegnał. Odchodząc, spostrzegł małą pulchną dziewczynkę, która zajadała się ogromną porcją lodów z bitą śmietaną. Gruby mężczyzna, siedzący tuż obok, chrząkał radośnie, majstrując coś przy lustrzance cyfrowej, a towarzysząca mu kobieta z widoczną nadwagą wciągała ze smakiem ogromny kawałek czekoladowego ciasta. Gaku domyślił się, po rozciągniętej do granic możliwości fladze znajdującej się na opiętym T-shircie potężnego mężczyzny, że rodzinka pochodzi ze Stanów Zjednoczonych. Popatrzył z niesmakiem w ich stronę i oddalił się szybkim krokiem. Nigdy nie mógł pojąć, dlaczego ludzie dobrowolnie doprowadzają się do takiego stanu i do tego bezkarnie tuczą swoje dziecko jak małą świnkę. Zupełnie nie mógł zrozumieć kuchni amerykańskiej, którą sam omijał szerokim łukiem.

Gaku Hara był smakoszem i zadowalał się tylko jedzeniem wysokiej jakości. Dzięki niemu wciąż wyglądał młodo i miał o wiele więcej siły niż niejeden wysportowany amerykański nastolatek. Szedł dalej dziarskim tempem, mijając co chwilę tłumy ludzi przemieszczających się w różnych kierunkach i szukających swojej stacji docelowej. Turyści, których Gaku bardzo łatwo wyłapywał z tłumu, co jakiś czas byli zaczepiani przez różne dziwne stwory. Stwory, które ochoczo próbowały zaciągnąć obcokrajowców w otchłań reklamowanych przez siebie barów.

Gaku zbliżał się do swojego celu. Gdy mijał market spożywczy Daily Yamazaki, przypomniał sobie, że nie odebrał wczorajszej prenumeraty swojego ulubionego kulinarnego czasopisma. Zakodował w pamięci, że koniecznie musi przyjść tu w poniedziałek. Wreszcie doszedł do budynku, który z zewnątrz wyglądał, jakby poskładano go z kawałków budowli o różnych stylach architektonicznych. Na samym rogu tego jakże śmiesznie wyglądającego wieżowca znajdował się JoloBar. Wielki stwór w postaci słodkiego misia wciągał wszystkie napotkane ofiary do środka JoloBaru, rozdając kupony na darmowe drinki. Turyści nie stawiali żadnego oporu i z ochotą korzystali z zaproszenia. Gaku zwinnie ominął polującego niedźwiadka i skierował swoje kroki trochę dalej, ku łukowatemu wejściu znajdującemu się pośrodku budynku. Małe schodki prowadziły w dół pubu, którego nazwa, Vampirio, żarzyła się neonową czerwienią. Przy samym wejściu stało dwóch umięśnionych mężczyzn. Nie wyglądali jak typowi Japończycy. Z całą pewnością bliżej im było do zawodników walk sumo. Ochroniarze ubrani w czarne uniformy prowadzili selekcję według ściśle określonych wytycznych. Gaku nie chciał, aby jego Vampirio stało się miejscem dla rozszalałego młodzieńczego plebsu nierozumiejącego idei wampiryzmu. Aby dostąpić zaszczytu wejścia w progi jego tematycznego pubu, trzeba było całym sobą reprezentować określony styl. Ta zasada nie dotyczyła oczywiście jego osoby, a także turystów, dla których był łaskawy i którym pozwalał co jakiś czas zanurzyć się w ciemne, niezbadane tajemnice kultowego na całym świecie Vampirio.

Na widok Gaku dwóch osiłków rozstąpiło się gwałtownie. Wielkie, czarne, dwuskrzydłowe drewniane drzwi otworzyły się i Hara wszedł do równie czarnego korytarza, oświetlonego czerwonymi lampami zwisającymi z sufitu. Do jego uszu zaczęła dobiegać znana melodia. W pubie Gaku próżno można było szukać dyskotekowych utworów. W Vampirio słuchało się tylko muzyki poważnej. Beethoven, Mozart, Czajkowski, Chopin i mroczny Bach. Dźwięki muzyki Lady Gagi, Rihanny i tym podobnych celebrytek nie miały tam wstępu. Gaku doszedł do końca korytarza i stanął naprzeciwko pokrytych bordowym aksamitem drzwi. Zdecydowanym ruchem chwycił za dużą, zdobioną oryginalnymi żłobieniami klamkę. Po chwili bordowe skrzydło uchyliło się, odsłaniając jedno z najmroczniejszych miejsc w całym Tokio.

Sala główna Vampirio nie była duża. Zarówno stałym, jak i nowym gościom od razu kojarzyła się z cmentarną kryptą. Takie też było założenie projektanta. Jej ciemne wnętrze oświetlały gdzieniegdzie zainstalowane na ścianach elektryczne pochodnie. Na środku sali z sufitu zwisał okazały, stary, sześcioramienny mosiężny żyrandol. Przymocowane do niego żarówki imitowały zapalone świeczki. Sala, wypełniona czarnymi stołami w formie trumien, zapraszała przybyłych gości do spoczęcia na drewnianych krzesłach obitych czerwoną tkaniną. Długie bordowe kotary przysłaniały każdy skrawek ścian.

Gaku skierował się do baru umiejscowionego naprzeciwko wejścia pod jedną z bordowych kotar. Pub pękał w szwach, dlatego z trudem przedzierał się przez zatłoczoną salę, mijając po drodze kilkadziesiąt najróżniejszych wcieleń wampirów i seksownych wampirzyc. Kilku oszołomionych i podekscytowanych turystów siedziało przy jednym z trumiennych stolików i śliniło się na widok półnagiej tancerki wyginającej się wewnątrz przeźroczystej kostki zainstalowanej na środku sali. Dziewczyna, ubrana w delikatnie prześwitującą czerwoną bieliznę, przyjmowała przyciągające spojrzenia pozy, oblewając się co jakiś czas gęstą czerwoną mazią, która w rzeczywistości była zwykłym jadalnym kisielem.

Gaku dyskretnie sprawdził, czy zatrudniona przez niego nowa tancerka daje sobie radę. Widząc zachwyt w oczach zebranych przy przeźroczystej kostce, stwierdził, że zatrudnił właściwą osobę.

Turyści wiedzieli, że aparaty fotograficzne i inne urządzenia rejestrujące nie będą mogły im towarzyszyć w tym znanym na całym świecie, legendarnym dla imprezowiczów miejscu. Jednak już sam fakt, że mogli tu być i rejestrować wszystko swoimi oczami, im wystarczał. Dzięki temu mieli co opowiadać swoim znajomym, a ich przerysowane historie o legendarnym pubie Vampirio urosły do rangi tych z serii „Niesamowite i niewiarygodne” oraz „Nie uwierzysz, jak nie zobaczysz”.

Nagle do nowej tancerki dołączyła kolejna i po chwili obie doprowadzały do potężnego wzrostu ciśnienia wlepiających w nie wzrok gości, kusicielsko zabawiając się ze sobą. Z głośników, sprytnie ukrytych za ogromnymi starymi obrazami w złotych ramach, wybrzmiała melodia Toccata And Fugue In DMinor Bacha. Gaku Hara podszedł do baru i przysiadł na jednym z wysokich stołków, które obite były, oczywiście, materiałem w kolorze krwistej czerwieni. Tuż obok niego dwóch podnieconych angielskich turystów prowadziło ożywioną rozmowę. Gaku przyglądał im się przez chwilę.

– Myślisz, że w tym drinku jest prawdziwa krew? – zapytał blondyn, niepewnie spoglądając w głąb swojego kieliszka do martini. Ten po brzegi wypełniony był czerwoną cieczą.

– Stary… – odparł drugi, którego łysa głowa lśniła wszechobecną czerwienią. – O tym drinku krążą legendy. Jeśli nie wypijesz Krwistego Buziaczka, będziesz żałował tego do końca swoich zasranych dni.

Blondyn uniósł oczy znad kieliszka i spojrzał na kolegę. Musiał się z nim zgodzić.

– No – stwierdził i szybkim ruchem przechylił całą zawartość kieliszka w stronę swoich ust. Po kilku sekundach po drinku nie było ani śladu. Łysy klepnął go z całej siły, ale przyjaźnie w plecy, po czym obaj ruszyli w stronę przeźroczystej klatki, aby podziwiać jej ponętną zawartość.

Gaku zniesmaczyła ta sytuacja. Doprawdy nie rozumiał, jak w tak barbarzyński sposób można było wypić podobną ambrozję. Ambrozję, którą trzeba się delektować i którą należy pić małymi łyczkami. Wściekłym wzrokiem odprowadził pijanych Anglików, po czym ponownie odwrócił się w stronę baru. Seksowna barmanka ubrana w krótkie, jeansowe szorty i mocno zaciśnięty czarny gorset uwidaczniający jej piersi lekko się spięła na widok szefa. Wzięła głęboki oddech, odsłaniając przy tym doczepiane wampirze zęby i podeszła do lady.

– Konban΄wa – przywitała się z Gaku, który odpowiedział jej obojętnym skinieniem głowy. – Panie Hara, mam coś dla pana – dodała drżącym głosem, sięgając ręką pod ladę.

Choć próbowała powstrzymać zdenerwowanie, musiała przyznać, że raczej jej się to nie udawało. Tak bardzo była zakochana w Gaku! Tak bardzo jego widok pobudzał jej serce do większego wysiłku. Tak bardzo na jego widok, każdego dnia, dostawała lekkich drgawek, których nie mogła opanować. Dobrze wiedziała, że była jedną z wielu dziewczyn, które wzdychały do jej szefa, i była przekonana, że Gaku pozostanie jedynie jej platoniczną miłością.

W końcu udało jej się wymacać drżącą dłonią właściwą rzecz. Wyjęła ją spod lady i położyła przed swoim szefem. Gaku, nieświadomy tego, co za chwilę ujrzy, wpatrywał się w biust swojej dwudziestoletniej pracownicy. Choć sam był od niej sporo starszy, zaczął się zastanawiać, czy nie zaszczycić jej jedną upojną nocą.

Jego myśli jednak szybko odpłynęły, gdy przed sobą ujrzał czarną kopertę z elegancko wypisanym białym tekstem:

Szanowny Pan G. Hara

Gaku nie należał do osób, które podniecają się z byle jakiego powodu. Jednak list, który przed nim spoczywał, przyprawił go o lekki zawrót głowy. Barmanka przyglądała mu się z zaciekawieniem. Chyba jeszcze nigdy w swojej dwuletniej karierze w Vampirionie widziała go tak podekscytowanego. Hara chwycił kopertę i zwinnym ruchem dostał się do jej zawartości. Rozwinął złożoną na pół białą kartkę i omiótł wzrokiem znajdującą się na niej informację. Czekał dwa lata na kolejne zaproszenie. Dwa pieprzone lata. Stało się. Dziewiątego października wyruszy w drogę na Świętą Ucztę. Poczuł nagły przypływ adrenaliny. Musiał oczyścić się ze wszystkich zbędnych emocji. Podekscytowany, wpakował list do swojej ogromnej torby.

– Masz ochotę na małą przerwę? – spytał zaskoczoną barmankę, uwodzicielsko spoglądając na nią zza drogich okularów.

– Hai… – wyszeptała zaskoczona dziewczyna.

Chwilę później w prywatnym pokoju na zapleczu Vampirio Gaku zaszczycił młodą barmankę swoją osobą.

Do pubu buchającego gotyckim stylem wszedł biały puchaty kotek, którego pyszczek ociekał horrorem. Usiadł na czerwonym krześle, kładąc swoją gustowną torebeczkę na trumiennym stole. Spojrzał na tancerki za przeźroczystą szybą i wydał z siebie kocie pomruki zadowolenia. Tego wieczoru zamierzał wypić duże ilości Krwistego Buziaczka.

26 sierpnia, poniedziałek, Londyn

Ekskluzywna dzielnica Mayfair mieściła się w centralnej części Londynu. Umiejscowiona między Oxford Street a Park Lane, uważana była za oazę spokoju dla wszelakiej maści bogaczy, choć od jakiegoś czasu kryła w sobie pewną mroczną tajemnicę.

Dokładnie dziesięć lat temu ekscentryczny bogacz, dziedzic ogromnej fortuny, postanowił wyłożyć osiem milionów funtów na zakup pewnej starej kamienicy. Takie nieruchomości rzadko były sprzedawane, gdyż wiele z nich dzielono na apartamenty, sklepy i restauracje. Jednak niski i gruby, choć wielki w swoim bogactwie Charles Bennett koniecznie chciał mieszkać w tej dzielnicy, lecz niekoniecznie w małym, ciasnym apartamencie. Dlatego też, gdy tylko oferta ujrzała światło dzienne, długo nie zastanawiając się nad ceną, bez jakichkolwiek negocjacji zakupił całą kamienicę w najdroższej dzielnicy Londynu.

Fortuna Bennetta nie była jego osiągnięciem. Dzięki trafnemu pomysłowi swojego dziadka ze strony ojca, który w roku 1895 założył koncern petrochemiczny zajmujący się głównie wydobywaniem gazu ziemnego i ropy naftowej, Charles, nie będąc jeszcze na świecie ani w planach swoich rodziców, już był skazany na bogactwo. Stacje benzynowe Luna z logo w kształcie księżycowego rogala znane były dziś na całym świecie, zapewniając Bennettowi i jego rodzinie stały dopływ ogromnej gotówki. Jako nastolatek wiedział, że czeka go wspaniałe, łatwe życie i nosił w sobie to przekonanie, dopóki nie spotkał swojej drugiej połówki, którą obecnie najchętniej udusiłby we śnie lub spalił na stosie. Zrobiłby to. Zrobiłby to bez mrugnięcia okiem, gdyby kara za tego typu czyn nie była aż tak dotkliwa.

Dziś sześćdziesięciopięcioletni Charles ze zgrozą wspominał dzień, w którym na jednym z bankietów urządzanych przez jego rodziców spotkał Cecile. Kobietę, która dziś przypominała jedynie nędzną karykaturę piękności. Piękności, którą w tamtych czasach w istocie była. Cecile Morris, trzy lata młodsza od swojego męża, w wieku szesnastu lat rozpoczęła rozwijającą się w zawrotnym tempie karierę na londyńskich wybiegach mody. Szczupła, wysoka blond piękność o błękitnych oczach szybko zyskała tytuł modelki dekady, a wielu uznawało ją za symbol swingującego Londynu. Jej kariera przypadała bowiem na okres Swinging London, kiedy angielska młodzież z pełną ufnością i akceptacją przyjmowała wszystko to, co nowoczesne. W wywiadzie przeprowadzonym w 1965 roku Diana Vreeland, która piastowała urząd redaktora poczytnego czasopisma „Vogue”, pozwoliła sobie na stwierdzenie, że „Londyn jest obecnie najbardziej swingującym miastem świata”. W istocie tak też było.

Cecile Morris stała się więc ucieleśnieniem lat sześćdziesiątych. Jej duże błękitne oczy i regularne rysy twarzy budziły zachwyt wśród fotografów, bijących się o choć jedną sesję z tym ucieleśnieniem ówczesnego kanonu piękna. Pojawiała się na okładkach znanych magazynów, takich jak: „Vogue”, „Vanity Fair”, „Harper`s Bazaar”, „Glamour” i wielu innych, których pojedyncze egzemplarze zachowała do dziś, trzymając je w kartonie na strychu ekskluzywnej nieruchomości.

Kamienica, mieszcząca się pośrodku jednej z wąskich ulic dzielnicy Mayfair, wyróżniała się na tle innych budynków delikatnym, kremowym kolorem elewacji. Ozdobiona pięknymi i subtelnymi fryzami oraz ornamentami sprawiała wrażenie niesamowicie kosztownej inwestycji i taką też była. Nad jej wejściem wystawał mały taras, wsparty po obu stronach solidnymi kolumnami. To właśnie na nim stała teraz Cecile oparta o sięgające jej do pasa żelazne barierki. Raz po raz spoglądała w głąb głównej ulicy. Wiedziała, na kogo czeka. Na tego durnia, starego grubego palanta, w którym kilkadziesiąt lat temu zadurzyła się bez reszty. Dziś przeklinała dzień, w którym zjawiła się na tym cholernym, pamiętnym bankiecie. Była gwiazdą wieczoru. Każdy chciał zrobić sobie z nią zdjęcie, uścisnąć jej dłoń. Ona: dwudziestokilkuletnia supermodelka, która nie szukała stałego związku. Wystarczyła jednak chwila, przeklęty moment, podczas którego spojrzenie jej oraz Charlesa się spotkały i nadarzyła się okazja do tego, by…

– …ten pierdolony amorek trafił strzałą w dupsko Bennetta – bąknęła pod nosem.

Wtedy Charles nie wyglądał tak źle jak teraz. Był niski, to fakt. Często musiała rezygnować z butów na wysokim obcasie, aby nie wpędzać go w męskie kompleksy. Jednak jego sylwetka była atletyczna, zwinna i gotowa, aby nosić ją na rękach przez cały dzień. Dziś jej mąż wyglądał, jakby pożarł samego siebie z czasów swojej młodości.

Cecile wzdrygnęła się na przywołany w głowie obraz Charlesa. Sama miała świadomość tego, że nie przypomina już supermodelki. Wciąż była wysoka, choć obecnie było to dla niej przekleństwem związanym z silnymi bólami kręgosłupa. Jednak szczupła, idealna sylwetka dawno odeszła w zapomnienie. Jej ciało z każdej strony pokrywała gruba warstwa tłuszczu, która postanowiła uparcie towarzyszyć jej do grobowej deski. Z długich blond włosów pozostały strzępy, które farbowane co miesiąc dawno utraciły swoją miękkość i delikatność. Obecnie krótkie, sięgające do połowy szyi i sztywno ufryzowane w delikatne loki w dotyku przypominały siano.

Cecile wysunęła się lekko w przód, ponownie spoglądając w głąb ulicy. Charlesa jednak wciąż nie było widać. Jej dwukolorowa, biało-czarna sukienka sięgająca za kolana podwinęła się ku górze. Cecile kucnęła, opuszczając ją na właściwą długość, po czym, prostując się, wydała z siebie ciężkie stęknięcie. Ogromna opona, która była jej brzuchem, skutecznie utrudniała wszelkiego rodzaju skłony. Jednak jak na ponad sześćdziesiąt lat jej twarz wyglądała bardzo korzystnie. Miała mało zmarszczek, a te, które się pojawiły, sprytnie maskowała delikatnym makijażem. Na jej odsłoniętych obojczykach zwisał sznur prawdziwych, niesamowicie drogich pereł, które delikatnie odstawały od jej ciała za każdym razem, gdy zniecierpliwiona wychylała się z tarasu, wyglądając swojego męża.

– O! – krzyknęła nagle, wlepiając swój sokoli wzrok w żwawo kroczącą chodnikiem postać. – Idzie ta gnida! – rzuciła do siebie i po chwili zniknęła z tarasu, przemieszczając się z prędkością torpedy do głównego salonu, gdzie planowała swoją zasadzkę.

Mężczyzna był coraz bliżej kremowej kamienicy. Niski, pulchny, w gustownym garniturze oraz z okrągłą jak piłka głową, na której sterczały siwe kręcone włosy, szedł, wesoło wymachując czarną laską. Wracając z baru mieszczącego się tuż za rogiem, Charles Bennett nigdy nie korzystał ze swojej prywatnej limuzyny. Za każdym razem pozwalał sobie na radosny spacer, czerpiąc przyjemność z ostatnich chwil swojej małżeńskiej wolności. Jego ogromna srebrna broda poruszała się sztywno, odporna na silne powiewy ciepłego, letniego wiatru. Z ust zwiniętych w rurkę wydobywała się skoczna melodia. Po chwili nieświadomy niczego Bennett wszedł do swojej ekskluzywnej kamienicy. W środku powitał go wysoki mężczyzna w czarnym garniturze i z ulizanymi, idealnie zaczesanymi do tyłu czarnymi włosami.

– Sir – zwrócił się do Charlesa, odruchowo chwytając jego czarną laskę, którą odwiesił na wielki drewniany wieszak stojący tuż przy drzwiach.

– Jakieś wieści, Gustavie? – zwrócił się do swojego lokaja Bennett, przemierzając schody krótkimi nóżkami.

– Tak, sir – odpowiedział mu krótko Gustav, zostając na dole.

Charles przystanął na stopniu, łapiąc przy okazji oddech.

– Idę się czegoś napić. Za pięć minut przyjdź do głównego salonu – poinformował lokaja, po czym kontynuował wspinaczkę po krętych schodach. – Muszę zainstalować tu windę – dodał, sapiąc z wysiłku.

Kupując tę nieruchomość, nie wiedział, że za dziesięć lat będzie przypominał morsa. Ale stało się. Przytył, kondycja uciekła, a jemu było coraz bliżej do zawału serca. W końcu osiągnął szczyt i skierował się w stronę białych, wielkich drzwi. Ciężkim krokiem wgramolił się do środka obszernego salonu.

– No! – usłyszał dochodzący gdzieś z boku tubalny głos swojej żony, gdy tylko zdołał przekroczyć próg. – Gdzie się kurwiłeś tego popołudnia?!

Cecile była zwarta i gotowa, aby dopiec swojej nadgniłej już drugiej połówce. Dobrze wiedziała, że ta stara tłusta świnia śliniła się na widok każdej młodej dziewczyny. Ostatnio doszły ją słuchy, że jej mąż codziennie widywany był w pobliskiej restauracji, w której obsługuje pewna śliczna, młoda blondyneczka. Charles nie skąpił jej ponoć napiwków, a także korzystał z każdej okazji, aby uciąć sobie z tą młodą siksą pogawędkę, podczas której uważnie lustrował jej wnętrze, a raczej zawartość białej koszulki, w którą była ubrana. Pani Bennett miała swoje grono wywiadowcze, które kiedy tylko chciała, dostarczało jej niezbędnych informacji.

Bennett, słysząc oskarżycielski ton swojej małżonki, prychnął pogardliwie, zerknął w lewo, gdzie stała jego rozwścieczona żona, a następnie podszedł do barku stojącego po przeciwnej stronie salonu i wypełnionego po brzegi butelkami drogocennych whisky. Odkręcił jedną z nich i wlał trochę jej zawartości do kryształowej szklanki. Nie miał zamiaru dać się wyprowadzić z równowagi tej przerośniętej krowie. Jednak gdy tylko się odwrócił i ponownie spojrzał na podenerwowaną Cecile, chwycił raz jeszcze za butelkę i napełnił szklankę po sam brzeg. Czymś trzeba było się znieczulić. Upił mały łyczek, po czym usiadł na czarnej skórzanej sofie.

Siedział dokładnie naprzeciwko żony i patrząc na nią, z każdą chwilą dziwił się sobie, że jeszcze jej nie zabił. No tak… musiałbym iść do więzienia – pomyślał po chwili i uśmiechnął się szyderczo pod nosem.

– Z czego się śmiejesz, ty stary zboczeńcu? – krzyknęła tubalnym głosem Cecile. – Myślisz, że nie wiem, gdzie łazisz od dwóch tygodni? Myślisz, że nie wiem, do kogo chodzisz? – powtarzała, wymachując groźnie pulchnym paluchem w jego stronę. – Myślisz, że nie wiem, kto wpadł ci w oko?!

– Jedyne, o czym myślę, to to, głupia kobieto, że powinnaś zacząć się leczyć – odpowiedział jej ze spokojem Bennett, przełykając kolejny, spory łyk whisky. Poczuł przyjemne ciepło w przełyku.

Cecile raptownie poczerwieniała na twarzy, zacisnęła mocno pięści i już miała rzucić się na Charlesa, gdy drzwi do salonu się otworzyły.

– Sir? – Gustav wparował do środka, nieświadomy groźnej sytuacji.

Cecile zastygła nad czarną sofą. Charles jednak odprawił lokaja wypraszającym gestem dłoni.

– Jeszcze pięć minut – powiedział w jego stronę i lokaj posłusznie zniknął, pozostawiając dwójkę nienawidzących się małżonków samych. Ta chwila wstrzymała brutalne zamiary Cecile, której twarz zdołała powrócić do naturalnej bladości.

– Siadaj tu, ty głupia babo, i słuchaj. – Bennett wskazał swojej małżonce miejsce obok siebie na miękkiej, zimnej sofie.

Cecile przysiadła z obrażoną miną. Jedyne, czego oczekiwała w tej chwili, to przeprosiny. Charles jednak nie zamierzał jej przepraszać.

– To, że dwa lata temu miałem małą wpadkę z Tatianą, nie oznacza, że łażę po Londynie i podrywam młode dziewuchy.

Wspomnienie ich dawnej pokojówki spowodowało, że twarz jego żony mocno stężała. Cecile wpatrywała się teraz w męża, a przed oczami migały jej obrazy z niedalekiej przeszłości. Pokojówka sprząta, pokojówka jęczy, pokojówka na starym Charlesie, pokojówka na schodach, pokojówka pod schodami…

Nagle świat przed jej oczami lekko zawirował. Podtrzymała swoje ciało ręką, stabilnie opierając ją o herbaciany stolik stojący tuż przy sofie. Charles popatrzył na nią zaniepokojony, jednak gdy tylko odzyskała jasność widzenia, warknęła:

– Nie przypominaj mi o tej ukraińskiej zdzirze.

– Tatianie – poprawił ją beznamiętnym głosem Bennett, dodając: – Po prostu potrzebna nam nowa pokojówka. Dlatego pomyślałem, że Alicja…

– No proszę! Więc tak ma na imię to blond kurwiszcze! – przerwała mu nagle oburzona Cecile. Charles jednak kontynuował:

– Pomyślałem, że Alicja – powtórzył, aby nie stracić wątku – mogłaby zostać u nas nową pokojówką. Niedawno przyjechała do Wielkiej Brytanii. Nie ma rodziny, nikogo bliskiego. Mogłaby… – Charles zawahał się przez chwilę. Widząc jednak ogromne zaciekawienie w oczach swojej żony, dokończył szybko: – Mogłaby popracować u nas jako pokojówka przez pewien czas, a później… no wiesz.

Cecile dobrze wiedziała, co miał na myśli jej głupi mąż. Musiała z przykrością przyznać sama przed sobą, że czasem potrafił wymyślić coś nadzwyczajnie dobrego. Przypomniała sobie tamte chwile, to nowe doświadczenie i poczuła, jak fala podniecenia przepływa przez jej stare, opuchnięte ciało. Może warto to powtórzyć. Może warto się przygotować na czas, gdy wreszcie będzie im dane zagrać w życiową grę? Czy jednak odważy się na to? Pani Bennett biła się z własnymi myślami, nie wiedząc, jaką odpowiedź dać mężowi.

– Cecile, myślę, że oboje tego potrzebujemy – stwierdził Charles, zachęcając żonę do akceptacji jego nowego planu. – Jesteśmy starzy, bezdzietni, otyli, a do tego potrzebujemy adrenaliny, podniecenia, którego sobie już nie możemy dać – usprawiedliwiał swój ponad dwudziestoletni brak jakiegokolwiek seksualnego zainteresowania swoją żoną.

Stary głupiec – pomyślała Cecile, choć była świadoma tego, że jedyne, co jej maż był w stanie w niej wzbudzić, to ogromne obrzydzenie. Tatiana i schody… W jej głowie odtworzył się właśnie zakodowany urywek filmu z przeszłości.

Niczego nieświadoma pokojówka schodziła po starych schodach po upojnym spotkaniu ze swoim chlebodawcą. Cecile widziała jej szczupłe ciało, zniżające się wraz z każdym kolejnym stopniem. Jej plecy w niewytłumaczalny sposób przyciągnęły silne ręce pani Bennett, która jednym zdecydowanym pchnięciem zrzuciła pieprzoną pokojówkę w czarną otchłań. Trzask pękającej czaszki odbił się echem po korytarzu.

Na szczęście Gustav tego dnia miał wolne, a Charles zaraz po upojnym spotkaniu wyszedł na partyjkę pokera do swojego starego przyjaciela. Cecile mogła działać. Mogła zabić młodą Ukrainkę i to zrobiła. Bez wyrzutów sumienia, po prostu jedno pchnięcie i… tak. Zdecydowanie czuła się bezkarna. Miała prawo ją zabić. Miała prawo odebrać życie tej ukraińskiej kurwie, dlatego to zrobiła. Bez mrugnięcia okiem. Bez zastanowienia. Jej mąż tamtego dnia przyszedł do domu jak zwykle uradowany. Cecile jak gdyby nigdy nic czekała na niego z własnoręcznie przygotowaną kolacją. Co jak co, ale gotować umiała wyśmienicie. Pan domu dowiedział się o wszystkim dopiero po sycącej uczcie. O tym, co zrobiła jego żona. Dowiedział się o czymś, co zmieniło ich nudne życie na zawsze. To był przełomowy dzień, przełomowy wieczór. Państwo Bennett połączyli się na nowo mroczną tajemnicą.

Zdecydowała się. Pomysł jej męża wydawał się sensowny i tak pociągający, że jej jedyną odpowiedzią, którą mogła wypowiedzieć było… Drzwi do salonu ponownie się otworzyły. Gustav, który odczekał dokładnie pięć minut z zegarkiem w ręku, wszedł do środka, niosąc na srebrnej tacy czarną kopertę. Charles miał go już ponownie odprawić, gdy nagle jego wzrok spoczął na liście. Cecile znieruchomiała.

– Sir, list do państwa – rzekł spokojnym, niskim głosem lokaj, podchodząc ze srebrną tacą do zdumionych pracodawców.

Bennett sięgnął ostrożnie po kopertę. Cecile śledziła uważnie każdy jego ruch.

– Czy mogę zatem zakończyć na dziś swoją pracę? – spytał Gustav. Było dokładnie wpół do dwudziestej, co oznaczało, że lokaj był w pracy o pół godziny dłużej, niż miał to zapisane w umowie.

Charles kiwnął głową, zgadzając się, i po chwili Gustav posłusznie opuścił salon. Cecile spojrzała zniecierpliwiona na męża, który ku jej niezadowoleniu ociągał się z poznaniem zawartości czarnej koperty.

– Do jasnej cholery! – wykrzyknęła w końcu zniecierpliwiona, wyrywając mężowi list z ręki. Na czarnej kopercie widniał biały napis:

Szanowni Państwo Ch. & C. Bennett

Cecile niezdarnie rozerwała jej brzeg i wyciągnęła ze środka białą kartkę.

– Charles! – Jej tubalny, podekscytowany głos odbił się od wysokich ścian pomieszczenia. – Zostaliśmy zaproszeni!

Pan Bennett pochwycił biały pergamin w pulchne ręce i w myślach odczytał zawartą na nim treść.

– To oznacza – zwrócił się w stronę równie podekscytowanej żony – że będę miał szansę na pozbycie się ciebie w najbardziej podniecających okolicznościach na świecie. A wiesz, co jest w tym najlepsze? – Charles potarł o siebie swoje grube dłonie. Cecile nie wiedziała, co idiotycznego miał do powiedzenia jej mąż, który widząc jej dezaprobatę na twarzy, szybko dodał: – Nie pójdę za to do więzienia!

Pani Bennett była już jednak myślami gdzieś indziej. Nie słyszała ostatniego zdania swojego głupiego, parszywego męża. Do jej uszu nie docierał także jego świński, ochrypły śmiech. Oczami wyobraźni zobaczyła dzień, w którym Charles przegra i kiedy uwolni się od niego na zawsze. Ten dzień zbliżał się nieuchronnie. Ten dzień miał nareszcie nadejść. Dziesiątego października rozpocznie się dla nich życiowa szansa, choć określenie „życiowa” za nic nie pasowało Cecile do wizji zbliżającej się uroczystości. Hotel Hommanger mógł stać się miejscem pozbycia się największego błędu jej życia. Do wnętrza salonu wkradł się wieczorny mrok, który nieświadomie podkreślił upiorną atmosferę.

28 sierpnia, środa, Aniołowo

W małym, ciasnym konfesjonale ksiądz Uchto nigdy nie czuł się komfortowo. Często odczuwał lekką panikę graniczącą z oznakami klaustrofobii. Jednak kilka głębszych oddechów zazwyczaj pomagało mu się uspokoić i zapanować nad stanem ciała i ducha. Tak też było i tym razem. Trzy głębokie oddechy. Szczupły, choć wysoki, przez co ledwo mieszczący się w małej budce ksiądz Uchto, lekko się garbiąc, przeczesał smukłą dłonią swoje sterczące na boki krótkie, niesforne blond włosy. Jego błękitne oczy delikatnie szkliły się w otaczającym go mroku. Zająwszy w miarę wygodną pozycję, poprawił swoją stułę i oczekiwał w skupieniu na pierwszego grzesznika.

– Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus – usłyszał nagle wydobywający się zza bocznej kratki, tuż przy jego odstającym uchu, szorstki męski głos. Drgnął lekko, wyrwany niespodziewanie z zamyślenia.

– Na wieki wieków amen – odpowiedział, przysuwając głowę tak, aby lepiej słyszeć penitenta.

– Ostatni raz u spowiedzi byłem tydzień temu – wyszeptał grzesznik zachrypniętym głosem. – Obraziłem Pana Boga następującymi grzechami…

Ksiądz Uchto poczuł silną woń alkoholu ulatniającą się z ust spowiadającego się mężczyzny. Lekko się skrzywił i postanowił czerpać powietrze wyłącznie ustami. Na chwilę wyłączył nos, aby nie otumanić się procentowymi oparami. Znów poczuł ogarniającą go panikę spowodowaną ciasnym pomieszczeniem. Głębokie oddechy, głębokie oddechy… ‒ instruował sam siebie w myślach. W tej samej chwili dopadły go życiowe wątpliwości. Jaki powinien być ksiądz, Piotrze? – zadał sam sobie pytanie. Dobry dla ludzi, miłosierny, charyzmatyczny – wymieniał w myślach, zastanawiając się równocześnie, czy wciąż spełnia te kryteria. Pamiętał dzień, w którym postanowił iść do seminarium duchownego w Szczecinie. Pamiętał wyraz twarzy swojej matki, gdy powiadomił ją o swojej decyzji. Tak bardzo się wtedy ucieszyła. Rozpłakała się, mocno przytuliła go do siebie i wyszeptała mu do ucha: „Tak uzyskasz przebaczenie, Piotrze”. Ksiądz Uchto, wracając myślami do tamtych lat, zaczynał rozumieć, że wybierając drogę duchownego, wcale nie zabił bestii żyjącej w jego wnętrzu. Uciszył ją na chwilę, uśpił świętą kołysanką, a teraz wszystko wróciło. Ciało i krew Jezusa smakowały oczywiście wybornie, przemienione podczas mszy, którą odprawiał w każdą niedzielę, ale trapiło go jedno. Czy jego wiara była wystarczająco silna, aby w istocie dochodziło do przeistoczenia? Te wszystkie wątpliwości doprowadziły do obudzenia drzemiącej w nim bestii. Potwora, który ponownie zmusił go do wniknięcia w ten ponury, a zarazem ekscytujący świat. Przerażający głód znów dał o sobie znać. Eucharystia przestała być skuteczną kołysanką. Bestia zbudziła się i nic nie mogło jej powstrzymać. Ipoprawę obiecuję… ipoprawę obiecuję… – Zaczął słyszeć w swojej głowie obcy, zachrypnięty głos.

– Ekhm… – głośne chrząknięcie, otoczone wonią alkoholu, skutecznie sprowadziło go do rzeczywistego świata. – …i OBIECUJĘ POPRAWĘ – odezwał się penitent, tym razem głośniej wypowiadając ostatnie słowa formułki. Był lekko zaniepokojony brakiem reakcji spowiednika.

Ksiądz Uchto odetchnął głęboko (przez usta). Poprawił swoją pozycję na tyle, na ile umożliwiał mu to ciasny konfesjonał. Wreszcie dotarło do niego, że nie usłyszał grzechów klęczącego mężczyzny. Jego błękitne oczy, beznamiętnie wpatrzone w kawałek stuły opadającej mu na kolana, zwęziły się. Postanowił zdać się na tradycyjną formę przemówienia, polegającą na lekkim zastraszeniu skruszonego grzesznika.

– Grzech jest oznaką naszej ludzkiej, ułomnej natury. – Uchto przysunął teraz głowę bliżej kratki, aby jego słowa dotarły wprost do ucha spowiadającego się mężczyzny. Jego głos, choć lekki i melodyjny, był równocześnie silny i zdecydowany. – Chcąc jednak być bliżej Boga – kontynuował – musimy przez swoje życie upodabniać się do aniołów. Nie czyniąc tego, bliżej nam będzie do wrót piekieł, gdzie ludzkie ciała smażą się w ogniu nieczystym.

Klęczący mężczyzna słuchał go z rozwartymi ustami, pochłaniając każde jego słowo. Wizja ciała palącego się w ogniu przyprawiła go o dreszcze.

– Dlatego też, aby dążyć do źródła życia, jakim jest Bóg, należy zbliżać się swoją postawą do istot anielskich. Wiedz, że Pan Bóg wybaczył ci twoje grzechy, a jako pokutę odmów Koronkę do Bożego Miłosierdzia. – Penitent odetchnął z nieukrywaną ulgą. – A teraz żałuj za grzechy… – Ksiądz Uchto zaczął recytować formułę rozgrzeszenia, jednocześnie zastanawiając się, czy udało mu się dobrze zamaskować swoje roztargnienie. – W imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego. – Nakreślił dłonią w powietrzu znak krzyża.

– Amen – dokończył skruszony mężczyzna i słysząc pukanie, odszedł od konfesjonału, ciesząc się lekkością swojej duszy, która będzie mu towarzyszyć przynajmniej przez kilka kolejnych minut.

Uchto spojrzał na klasyczny szwajcarski zegarek, który każdego ranka zakładał na szczupły nadgarstek lewej ręki. Wskazówki za nic nie chciały przyśpieszyć. Minuty wlekły się niemiłosiernie. Zamknięty w konfesjonale, czekając na kolejnych chętnych do oczyszczenia się grzeszników, miał nadzieję, że te dwadzieścia minut dzielących go od zakończenia posługi w cudowny sposób rozpłynie się w powietrzu, a na jego zegarku za chwilę wybije godzina osiemnasta. Nic takiego jednak się nie wydarzyło. Kościół był pusty. Ludzie widocznie mieli na ten dzień inne plany niż wyspowiadanie się z ciążących im grzechów.

Ksiądz Uchto zaczął nerwowo skubać skórki wokół paznokci lewej dłoni. W małym miasteczku Aniołowo, liczącym około jedenastu tysięcy mieszkańców, wieść o powrocie niejakiego Piotra Uchto szybko się rozniosła. Mieszkańcy jego rodzinnej miejscowości okazali się bardzo pamiętliwi. Często wspominali to, co wydarzyło się niecałe osiem lat temu. Zresztą historia ta odbiła się echem w całej Polsce, stygmatyzując jego rodzinę zapewne na wieki. Minionego lata Piotr wkroczył w rodzinne progi swojego miasta jako nowa, oczyszczona osoba. W większości spotykał się z ciepłym, choć pełnym plotkarskiego zainteresowania przyjęciem. Często będąc w sklepie czy spacerując po parku, słyszał za sobą: „To syn Bestii”. Lub też bardziej przychylne mu opinie: „Biedak, na szczęście wyszedł na takiego zacnego człowieka”. Jednak żadnymi z tych komentarzy się nie przejmował, bo nie opierały się na nawet małym ułamku prawdy.

Z kciuka przy paznokciu zaczęła sączyć się krew. Ksiądz nerwowo oderwał utworzony zadzior i przyłożył palec do ust. Językiem zwinnie zatamował małe krwawienie. Na samo wspomnienie tamtych dni robiło mu się niedobrze. Może niepotrzebnie tu został? Może powinien poprosić o przeniesienie do innej parafii? Może ta fala pokracznych wspomnień z przeszłości przyczyniła się do tego, w jakiej sytuacji się teraz znalazł? Na żadne z tych pytań nie potrafił znaleźć odpowiedzi. Pokręcił głową, rozglądając się na boki. Grzeszników wciąż nie było widać. Spojrzał ponownie na zegarek. Jeszcze piętnaście długich minut. Kolejna fala wspomnień zaatakowała jego myśli.

To był parny, ciepły sierpniowy dzień. Bardzo podobny do dzisiejszego. Słońce paliło go niemiłosiernie w kark, gdy idąc ze swoją dziewczyną za rękę, przemykali wąskimi uliczkami Aniołowa. Tego dnia Piotr zabrał swoją wybrankę na śniadanie do jedynej w mieście, cieszącej się dość dobrą renomą restauracji. Pamiętał dobrze, co zamówił. Dwie sałatki cezar, świeże, pachnące kromki ciemnego chleba wypiekane na miejscu na naturalnym zakwasie oraz po pełnej szklance świeżo wyciskanego soku z jabłek. Sara spoglądała na niego z ogromnym, młodzieńczym uczuciem, a on odwzajemniał to spojrzenie.

Przed wakacjami udało im się skończyć liceum i zdać maturę. Jego dziewczyna nie mogła się doczekać dnia, gdy w końcu rozpoczną studia na Uniwersytecie Szczecińskim i razem zamieszkają w nowym, dużym mieście, gdzie wynajmą małą kawalerkę. Była w nim zakochana do szaleństwa i była pewna jego miłości. Zbyt pewna. Nie wiedziała, że Piotr od tygodnia zmieniał ich dotychczasowe wspólne plany, inaczej rysując przyszłość. Jego nowa wizja była straszna i mroczna, jednak wciąż uwzględniała połączenie się z jego dziewczyną na wieki.

Śniadanie było wyborne. Tego dnia nie chciał spuszczać jej z oczu choć na chwilę. Zaproponował więc, że może jej poświęcić cały swój dzień, a ona chętnie na to przystała. Ponownie szli chodnikiem, zakochani i wpatrzeni w siebie. Spacerowali to tu, to tam, mijając znajomych mieszkańców Aniołowa. Wczesnym popołudniem byli widziani na miejskiej plaży, gdy radośnie spędzali czas, chłodząc rozpalone ciała w jeziorze. Uchto, siedzący w konfesjonale, oparł dłoń o swoją gładko ogoloną twarz. W głowie rysował mu się właśnie wyraźny obraz Sary w pięknym, dwuczęściowym, zielonym stroju kąpielowym. Wyglądała jak anioł, który gdzieś dla niepoznaki ukrył swoje białe skrzydła. Proste blond włosy opadały na spory biust, a szerokie biodra kołysały się z każdym jej krokiem.

„Idziesz czy mam cię tu wciągnąć?!” – usłyszał w głowie jej głos, tak wyraźny, jakby krzyczała do niego z wnętrza kościoła. Ciemne, brązowe oczy patrzyły na niego wyzywająco. Sara tworzyła apetyczną całość, której Piotr nie mógł się oprzeć. Spędzili nad wodą szczęśliwe godziny. Jednak ten czas również dobiegł końca.

Uchto, bezwzględnie realizując swój plan, zaprosił dziewczynę do domu, wiedząc, że ma tam duże pole do działania. Jego rodzice wyjechali i mieli wrócić dopiero następnego dnia. Droga była wolna. Zmierzali więc do jego mieszkania, w którym Piotr przygotował dla swojej wybraki niespodziankę. Z ulicy rozżarzonej bezlitosnym słońcem weszli do chłodnego wnętrza starej kamienicy. Mieszkanie państwa Uchto mieściło się zaraz przy schodach na parterze. Piotr przekręcił klucz w dużych, antywłamaniowych drzwiach i razem weszli do środka. Dla Sary nie było już odwrotu.

Ksiądz ponownie wyrwał się z atakujących go wspomnień i zniecierpliwiony spojrzał na zegarek. Jeszcze dziesięć długich minut. Poczuł, jak struga potu spływa mu po twarzy. Otarł ją dłonią i przetarł zmęczone oczy. Nie zdążył wypić dziś kawy. Senny, znudzony i gnębiony klaustrofobicznymi odczuciami wziął głęboki oddech. Znów powrócił do przeszłości.

Dobrze pamiętał, że gdy Sara weszła do jego pokoju, w którym czekał na nią bukiet kwiatów i romantycznie przygotowany stolik z butelką czerwonego wina, nie mogła uwierzyć w to, co ją właśnie spotkało. Przyłożyła dłoń do kuszących ust i stłumiła w sobie cichy pisk podniecenia.

– Jesteś kochany! – krzyknęła wreszcie, rzucając mu się na szyję. Po chwili ich wargi złączyły się w głębokim pocałunku, który był ostatnim miłosnym zbliżeniem, jaki ksiądz Uchto pamiętał. Potem nałożył na porcelanowe talerze porcję zapiekanki makaronowo-warzywnej, którą sam wcześniej przygotował i oboje zasiedli do uczty. Musiał przyznać, że półwytrawne, krwistoczerwone, niemieckie wino świetnie komponowało się z bogatymi smakami jego potrawy. Stary zegar stojący w przedpokoju wybił godzinę osiemnastą.

Ksiądz zerknął na nadgarstek. Jeszcze pięć minut… – pomyślał, z trudem łapiąc oddech. Krople drobnego potu pokryły całe jego czoło. Znów przemierzał oczami przeszłość.

Młody Piotr nie zjadł dużo. W przeciwieństwie do niego Sara łapczywie pochłonęła całą swoją porcję. Nieumiarkowanie w jedzeniu i piciu było ciężkim grzechem. Nie była świadoma tego, co zaraz miało nastąpić. Uchto wstał od stolika przybranego w biały, kwadratowy obrus. Miał dziwny, nieznany jej wyraz twarzy.

– Piotrek? – rzekła Sara, widząc, jak jej ukochany chłopak z miną szaleńca zbliża się w jej kierunku. Myśląc, że to kiepski żart, uśmiechnęła się. On jednak nie odwzajemnił jej radości.

Ksiądz Uchto zacisnął pięści. Bicie jego serca niebezpiecznie przyśpieszyło. Poczuł, jak krew pulsuje mu w uszach.

„Piotrek?! – usłyszał głos Sary krzyczącej w jego stronę z przeszłości. – Piotr… Piotrek… co ty robisz?! PIOTR!”. Nastała cisza.

Uchto poderwał się z miejsca i wyleciał z konfesjonału. Spocony, chwiejąc się na nogach i oddychając ciężko, rozejrzał się obłąkańczym wzrokiem po pustym kościele. Był sam. Oparł się obiema dłońmi o jedną ze stojących w równym rzędzie ław.

Tamtego lata wszystko przebiegało dobrze. Zrobił to, co chciał zrobić. Taki był smak miłości. Spojrzał na swoje czyste ręce, które wtedy były umazane we krwi. Skąd miał wiedzieć, że jego rodzice wrócą wcześniej, niż planowali? Skąd miał wiedzieć, że nie będą potrafili zrozumieć jego postępowania? Znów jego umysł niebezpiecznie i z wielkim impetem rzucił go w otchłań tego, co już się stało. Klęczał nad ciałem swojej ukochanej Sary cały umazany w gęstej czerwonej cieczy. Jego dłonie, niebieska koszula, włosy, twarz – wszystko naznaczone jeszcze ciepłą substancją, która niedawno płynęła w żyłach jego martwej dziewczyny. Nagle usłyszał, jak ktoś wchodzi do mieszkania. Po chwili w drzwiach do pokoju pojawił się jego ojciec. Stanął jak wryty, nie przekraczając progu, a jego szybko poruszające się gałki oczne w mig zakodowały całą makabryczną scenę. Gdy do umysłu pana Uchto doszło, na co właśnie patrzy, wykrzyknął z wielkim przerażeniem w głosie:

– Piotrze! Co żeś zrobił?! – Złapał się za głowę, wytrzeszczając szeroko oczy. Po chwili w drzwiach stanęła jego matka. Później wszystko potoczyło się szybko.

Ojciec wziął całą winę na siebie, wymyślając z matką spójną historyjkę o jego dziwnych skłonnościach do młodych panien. Nie zdawali sobie sprawy z tego, że właśnie zawiązali pakt z diabłem. Chroniąc swojego jedynego syna, mieli nadzieję na jego osobistą resocjalizację dzięki tak zwanym wyrzutom sumienia, które Piotr ich zdaniem musiał przecież posiadać. W całym kraju pana Uchto okrzyknięto „Bestią z Aniołowa”, a mieszkańcy tego małego miasta zaczęli kampanię nienawiści, szyderstw, choć i czasem współczucia, skierowaną w stronę młodego Piotra i jego matki. To właśnie wtedy Piotr rozpoczął trudną drogę do uciszania Bestii. Nie był w stanie jej zabić czy też całkowicie wypędzić z siebie. Jednak był coś winny swojemu ojcu, który na dwadzieścia pięć lat trafił za kratki. Potrzebował do tego narzędzia, drogi życiowej, dzięki której potwór w nim drzemiący będzie spokojnie spał, a może nigdy już się nie przebudzi. Oddał więc swoje życie Bogu. Dzięki temu uzyskał rozgrzeszenie matki, która w tym działaniu upatrywała szansy na pozytywną przemianę jedynego syna. Sześcioletnia nauka minęła szybko. Pierwsza msza w jego rodzinnej miejscowości, ciesząca się ogromnym zainteresowaniem z wiadomych przyczyn, okazała się sukcesem. Ludzie zaczęli go podziwiać, traktować z szacunkiem. Postanowił wypełniać swoją posługę w Aniołowie. Wszystko układało się po jego myśli, gdy nagle, niespodziewanie, jego matka popełniła samobójstwo. Ot tak skoczyła ze szczytu starej kamienicy, zostawiając jego i drzemiącą w nim bestię samych. Czy jego rodzicielka doszła do wniosku, że nie ma dla niego ratunku? Że nawet Bóg nie jest w stanie mu pomóc? Uchto nie wiedział, co tak naprawdę skłoniło jego matkę do tego ostatecznego kroku, jednak musiał przyznać jedno. Jeśli tak myślała w swoich ostatnich chwilach, to się nie myliła. Czując, że jego puls wraca do normy, wyprostował się, odrywając dłonie od zimnej ławy.

Przypomniało mu się, że nie pił dzisiaj kawy i nabrał wielkiej ochoty na filiżankę świeżo parzonego espresso. Skierował kroki w stronę ołtarza. Idąc środkiem małego neogotyckiego kościoła, mijał z każdej strony rzędy czarnych, równo ustawionych drewnianych ławek. Gdy zbliżył się do wzniesienia oddzielającego ołtarz dwoma niskimi schodkami od reszty wnętrza, uklęknął i się przeżegnał. Kątem oka dostrzegł jednak coś dziwnego. Coś leżącego na pierwszej ławie tuż po jego prawej stronie. Leniwie uniósł się do góry, otrzepując okurzone kolano. Na czarnej ławce leżała równie czarna koperta, która gdyby nie widniejący na niej biały napis, byłaby ledwo zauważalna. Ksiądz Uchto zmrużył brwi i zaciekawiony wziął list do ręki. Ogarnęło go wielkie zdziwienie, gdyż przesyłka była zaadresowana właśnie do niego.

Szanowny Pan P. Uchto

Odczytał na głos białe litery. Nie zastanawiając się długo, wyciągnął zawartość czarnej koperty i przeczytał napisaną odręcznym, starannym pismem wiadomość. Poczuł silny ucisk w sercu. To, co było tam napisane, sprawiło, że wróciła mu dawno zatracona radość do życia. Jego twarz ozdabiał teraz szeroki, przerażający uśmiech. Hotel Hommanger. Święta Uczta. Lotnisko. Dziesiąty października. Patino. Pojedyncze słowa zaczęły gorączkowo krążyć w jego głowie.

Przez jeden z kościelnych kolorowych witraży, ukazujący ukrzyżowanego Jezusa, przedostały się mocne promienie letniego słońca, które padły bezpośrednio na postać chudego mężczyzny stojącego przy ołtarzu. Ksiądz Uchto, zmrużywszy oczy, zaśmiał się doniośle, a wraz z nim śmiała się obudzona Bestia, której cień wyraźnie odbijał się na kamiennej posadzce małego kościoła.