Manuskrypt niedokończony - Franck Thilliez - ebook + książka

Manuskrypt niedokończony ebook

Franck Thilliez

4,4
14,99 zł

lub

0 zł
jeśli wykorzystasz 149 punktów Klubu Mola Książkowego


Możesz zamówić 2 tytuły w miesiącu bez dopłaty, wykorzystując punkty. Oferta dla wybranych użytkowników.

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym+.

Dowiedz się więcej o KMK i KK+
Opis

Śledztwo bez zwłok, zwłoki bez twarzy, thriller bez końca.

Okolice Grenoble. Szary ford wypada z drogi i stacza się do wąwozu. W jego bagażniku znajduje się ciało kobiety. Nagrania z kamer na stacji benzynowej, na której widziano kierowcę, jasno wskazują, że to nie on jest właścicielem wozu.

Enaël Miraure to pisarski pseudonim Léane Morgan. Niegdyś nauczycielka, a obecnie mistrzyni kryminału zawsze strzegła tajemnic swojej prywatności: małżeństwa, po którym pozostała tylko willa na wydmach Opalowego Wybrzeża, i traumatycznego zdarzenia, jakim było zaginięcie jej córki. Nieoczekiwana napaść na jej męża uruchamia serię straszliwych wypadków.

Pośród wiatru, piasku i mgły narzuca się pytanie: ku komu i ku czemu się zwrócić, gdy znikają wszystkie punkty odniesienia?

Franck Thilliez – urodzony w 1973 roku w Annecy, z wykształcenia inżynier w zakresie nowych technologii, jeden z najpoczytniejszych francuskich autorów powieści detektywistycznych i thrillerów oraz scenarzysta, tłumaczony na całym świecie. Ma na koncie ponad dwadzieścia powieści, z których w Polsce ukazały się do tej pory dwie: Las Cieni w przekładzie Wojciecha Frontczaka (2008) i Pokój umarłych w przekładzie Anny Walickiej-Popis (2008).

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 477

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,4 (230 ocen)
136
63
19
9
3
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
hipolitkosta

Nie oderwiesz się od lektury

Doskonała powieść, trzyma w napięciu. Takich thrillerów powinno być więcej. Super czytanie.10/10.
40
Miron74

Nie oderwiesz się od lektury

Genialna. To książka o ktorej można powiedzieć, że stanowi idealny wzorzec kryminału. Polecam
20
Sengatime

Z braku laku…

Po wielu entuzjastycznych ocenach może zbyt wiele oczekiwałam, teraz nie mam ochoty sięgać po żadną inną książkę autora. Mimo, że warsztatowo nic nie zgrzyta i czyta się sprawnie to nastąpiła tu kumulacja czynników których nie znoszę w kryminałach. Zbyt wiele odrębnych wątków, które zbyt długo kompletnie się nie splatają powodując zdezorientowanie i mękę czytelniczą. Część rozwiązania "z kapelusza" - czyli nigdzie wcześniej nie była wzmiankowany choćby cień przypuszczenia, uniemożliwiając czytelnikowi domyślenie się rozwiązania, wygodne dla autora ale to nie fair. Taka Christie w "i nie było już nikogo" tak poprowadzić akcję, że znaliśmy wszystkich podejrzanych i mieliśmy wszystkie poszlaki a i tak ekstremalnie trudno było zgadnąć zakończenie. A tu prawie 500 stron mylenia tropów a i tak autor używa chwytu poniżej pasa. No i zakończenie niby jest, ale go nie ma. Nie będę pisać czego się czepiam by nie spoilerować, ale nie, takie zakończenia mi nie odpowiadają.
21
coolturka

Dobrze spędzony czas

"Manuskrypt niedokończony" jest dość osobliwą książką w książce, stworzoną przez francuskiego pisarza Francka Thillieza. Podczas policyjnego pościgu ginie młody, osiemnastoletni chłopak. W bagażniku jego samochodu służby odkrywają kobiece zwłoki bez twarzy, oczu i dłoni. Okazuje się, że samochód pochodził z kradzieży, a jego kierowca nie zdawał sobie sprawy z ładunku, który przewozi. Leane jest pisarką tworzącą pod męskim pseudonimem. Cztery lata wcześniej bez śladu zaginęła jej nastoletnia córka, co doprowadziło do rozpadu jej małżeństwa. Jednak gdy w wyniku napaści jej mąż zapada na amnezję, zapoczątkuje to serię bardzo niepokojących zdarzeń w ich życiu. Oba te wątki przeplatają się, dając nam sposobność bliższej znajomości z ich bohaterami. Oczekuj nieoczekiwanego! - właśnie tak mogłabym podsumować całą fabułę wraz z akcją, która jest niezwykle dynamiczna i pełna niespodziewanych zwrotów. W ogóle to muszę stwierdzić, że to jedna z bardziej zawiłych i zaskakujących opowieści kr...
21
MsgNaz1975

Nie oderwiesz się od lektury

Rewelacyjny kryminał. Czyta się go jednym tchem. Stanowi całość wraz z inną pozycją tego autora "Zdarzyło się dwa razy ". Bardzo polecam.
10

Popularność




Redak­cja: Gabriela Nie­miec Korekta: Ali­cja Laskow­ska, Maciej Kor­ba­siń­ski Pro­jekt okładki: Magda Kuc

Publi­shed ori­gi­nally under the title Le manu­scrit inachevé © 2018 Fleuvé Éditions, département d’Uni­vers Poche Copy­ri­ght © for the Polish edi­tion by Wydaw­nic­two Czarna Owca, War­szawa 2022 Copy­ri­ght © for the Polish trans­la­tion by Monika Szewc-Osiecka, 2022

Wszel­kie prawa zastrze­żone. Niniej­szy plik jest objęty ochroną prawa autor­skiego i zabez­pie­czony zna­kiem wod­nym (water­mark). Uzy­skany dostęp upo­waż­nia wyłącz­nie do pry­wat­nego użytku. Roz­po­wszech­nia­nie cało­ści lub frag­mentu niniej­szej publi­ka­cji w jakiej­kol­wiek postaci bez zgody wła­ści­ciela praw jest zabro­nione.

Wyda­nie I

ISBN: 978-83-8252-019-4

Kon­wer­sję do wer­sji elek­tro­nicz­nej wyko­nano w sys­te­mie Zecer.

– […] Bo widzisz, Wil­so­nie, pomy­li­li­śmy się co do Lupina. Trzeba wró­cić do począt­ków.

– A nawet pra­po­cząt­ków, jeśli to moż­liwe.

Mau­rice Leblanc,Arsène Lupin kon­tra Her­lock Sholmès1

Przedmowa

„Jedno słowo na począ­tek: mie­czyk”.

Tak się zaczyna książka mojego ojca Caleba Tra­sk­mana. Jej ręko­pis zna­la­złem w pudle na stry­chu: ojciec miał taki paskudny zwy­czaj, że wszystko tam skła­do­wał. Plik kar­tek for­matu A4 od roku leżał w tej rupie­ciarni, nagrza­nej od dacho­wego okna, przez które tam­tego lata wpa­dało piękne pół­nocne świa­tło. Ojciec ni­gdy nikomu nie zdra­dził ist­nie­nia tego ręko­pisu; musiał nad nim pra­co­wać w swo­jej ogrom­nej willi z wido­kiem na morze, w ciągu tych dzie­się­ciu mie­sięcy, kiedy moja matka odcho­dziła w szpi­talu, gdzie stop­niowo wynisz­czała ją cho­roba Alzhe­imera.

Powieść – wów­czas bez tytułu – była nie­do­koń­czona. W mojej oce­nie jed­nak do dopeł­nie­nia pra­wie pię­ciu­set­stro­ni­co­wego manu­skryptu bra­ko­wało zale­d­wie dzie­się­ciu stron. Niby nic, ale dla gatunku lite­rac­kiego, któ­rego mój ojciec był jed­nym z naj­słyn­niej­szych przed­sta­wi­cieli – praw­dziwa kata­strofa. Thril­lery Caleba Tra­sk­mana wywo­ły­wały dresz­cze u setek tysięcy czy­tel­ni­ków, a plik, który trzy­ma­łem w dłoni, był bez wąt­pie­nia jedną z jego naj­lep­szych powie­ści. Naj­bar­dziej zawiłą, zagma­twaną, prze­ra­ża­jącą, jak to tylko moż­liwe. I jedną z naj­mrocz­niej­szych. Histo­ria pisarki Léane, kobiety ule­pio­nej z tej samej gliny co mój ojciec, zachwy­ciła mnie i przy­po­mnia­łem sobie, jak bar­dzo jego książki odzwier­cie­dlały jego naj­głęb­sze lęki i naj­gor­sze obse­sje. Myślę, że doświad­czał spo­koju tylko wtedy, gdy prze­le­wał swoje stra­chy na papier. A stra­chów jest w tej książce wiele, słowo Tra­sk­mana.

Co więc z tym wybit­nym zakoń­cze­niem? – zapy­ta­cie. Co, u dia­bła, z fina­łem, w któ­rym wszystko miało się roz­wią­zać? Dla­czego Caleb Tra­sk­man, król intrygi i mistrzow­skich roz­strzy­gnięć, pozo­sta­wił nas bez odpo­wie­dzi? Dla­czego nie dokoń­czył swo­jej siód­mej książki?

Był­bym skłonny uwie­rzyć, że skoń­czył z pisa­niem z powodu śmierci matki, porzu­cił ręko­pis ze świa­do­mo­ścią, że trzy mie­siące póź­niej strzeli sobie w głowę z poli­cyj­nej broni. Albo że nie wie­dział, jak domknąć tę histo­rię. Tak, był­bym gotów w to uwie­rzyć, gdyby pewne wątki tej powie­ści nie mówiły cze­goś wręcz prze­ciw­nego, gdyby nie suge­ro­wały, że mój ojciec od samego początku wie­dział, że jej nie skoń­czy. Tak jakby ów brak zakoń­cze­nia był inte­gralną czę­ścią intrygi, „tajem­nicy Caleba Tra­sk­mana”. Jego ostat­nim przed­śmiert­nym popi­sem.

Czy­tel­nicy o naj­bar­dziej kar­te­zjań­skich umy­słach zapy­tają jed­nak, po co się zabie­rać do pisa­nia książki, która nie ma końca? Po co poświę­cać rok życia na budowę domu, jeśli nie zamie­rza się poło­żyć na nim dachu? Teraz, gdy o tym piszę, pyta­nie to wciąż jest nie­roz­wią­zaną zagadką. Zagadką, która odnosi się raczej do życia pry­wat­nego.

Kiedy Évelyne Laconte, wydaw­czyni, u któ­rej opu­bli­ko­wał wszyst­kie książki, dowie­działa się o ist­nie­niu tego ręko­pisu, ska­kała pod sufit. Ale gdy go prze­czy­tała i odkryła, że koń­czy się on sztuczką pozba­wioną osta­tecz­nego efektu, wpa­dła w głę­boką roz­pacz. Było nie do pomy­śle­nia, by wydać pośmiertne dzieło Caleba Tra­sk­mana bez bły­sko­tli­wego zakoń­cze­nia – choć sądzę, że i tak na książkę rzu­ci­łoby się wielu czy­tel­ni­ków.

Nastą­pił więc etap szu­ka­nia roz­wią­zań, wymiany myśli, by roz­wią­zać łami­główkę, którą pozo­sta­wił po sobie mój ojciec. Burze mózgów w pary­skich biu­rach trwały kilka tygo­dni. Na każ­dym zebra­niu sia­da­li­śmy w dzie­siątkę wokół stołu, po raz kolejny czy­ta­li­śmy ręko­pis, wgry­za­li­śmy się w każdą stronę, usi­łu­jąc zro­zu­mieć, dla­czego Caleb pod­kre­ślił palin­dromy i dla­czego z tej książki ema­nuje jego obse­sja liczb.

W takich chwi­lach nie­zro­zu­mie­nia i zwąt­pie­nia patrzy­li­śmy na sie­bie bez słowa. Długo wal­czy­li­śmy z frazą otwie­ra­jącą powieść: „Jedno słowo na począ­tek: mie­czyk”. Skąd to zda­nie? Co ono wła­ści­wie ozna­cza? Wierz­cie mi, nie ma dziś w wydaw­nic­twie ani jed­nego pra­cow­nika, który nie wie­działby, że mie­czyk to rybka żyjąca w słod­kich tro­pi­kal­nych wodach, a jej nazwa pocho­dzi od kształtu płe­twy ogo­no­wej. To wiele wyja­śnia, nie­praw­daż?

A potem Évelyne, która znała autora od ponad trzy­dzie­stu lat, zapro­po­no­wała pewne roz­wią­za­nie. Roz­wią­za­nie przez duże „R”. Wresz­cie zna­la­zła klucz, roz­gry­zła mania­kalny mecha­nizm pokrę­co­nego umy­słu mojego ojca. W sumie jeśli się dobrze zasta­no­wić, takie zakoń­cze­nie było oczy­wi­ste i już na samym początku (a także na końcu) mie­li­śmy przed oczami wszyst­kie jego ele­menty. Ale na oczy­wi­ste roz­wią­za­nie bar­dzo trudno wpaść, jeśli zostało odpo­wied­nio zaka­mu­flo­wane; na tym wła­śnie pole­gał geniusz Caleba Tra­sk­mana.

Trzeba było je napi­sać. Wtedy wszyst­kie spoj­rze­nia skie­ro­wały się na mnie. Nie mam talentu mojego ojca, ale jako jego godna odrośl kilka lat wcze­śniej opu­bli­ko­wa­łem dwa skromne kry­mi­nały. Pod koniec tej książki zazna­czy­łem miej­sce, w któ­rym prze­ją­łem pióro. Zauwa­ży­cie też, że zosta­wi­li­śmy w tek­ście pod­kre­śle­nia autora: doty­czą one kilku słów i innych waż­nych ele­men­tów intrygi. Macie przed sobą tekst, który ubie­głego lata tra­fił do moich rąk.

Pozo­staje kilka pro­ble­mów, któ­rych pod­czas pisa­nia zakoń­cze­nia nie udało nam się roz­wi­kłać i któ­rych roz­wią­za­nie musie­li­śmy zna­leźć sami. Trudno odgad­nąć, dokąd dokład­nie mój ojciec zamie­rzał dojść i jak chciał zakoń­czyć swoją opo­wieść. W obli­czu luk, któ­rych w ory­gi­nal­nej histo­rii nie dało się wypeł­nić, musie­li­śmy arbi­tral­nie podej­mo­wać decy­zje i doko­ny­wać wybo­rów – być może autor postą­piłby ina­czej. Aby zro­zu­mieć, jak zło­żone było to zada­nie, wyobraź­cie sobie, że macie nama­lo­wać obli­cze Gio­con­dzie, która nie ma twa­rzy. Mam nadzieję, że moje zakoń­cze­nie mimo wszystko zaspo­koi wasze ocze­ki­wa­nia. Zro­bi­łem wszystko, żeby tak było.

Bo aby rze­czy­wi­ście usza­no­wać pracę Caleba i do ostat­niego słowa utrzy­mać ducha tej książki, trzeba było wła­śnie takiego zakoń­cze­nia. Jeżeli będzie­cie uważ­nie czy­tać, z pew­no­ścią sami odkry­je­cie roz­wią­za­nie.

Ach, i jesz­cze jedno. Zwra­cam się teraz do naj­gor­liw­szych czy­tel­ni­ków Caleba, któ­rzy scep­tycz­nie przyjmą już samą przed­mowę. Domy­ślam się waszego spo­sobu rozu­mo­wa­nia: sądzi­cie, że to, co teraz czy­ta­cie, pisze sam Caleb Tra­sk­man – rze­czy­wi­ście byłby do tego zdolny. Prze­cież przed­mowa należy do histo­rii, a to ozna­cza, że zakoń­cze­nie rów­nież napi­sał Caleb, tra­we­stu­jąc wła­sny styl. Macie do tego prawo i ni­gdy nie zdo­łam udo­wod­nić, że tak nie jest. Ale osta­tecz­nie to bez zna­cze­nia. Powieść to gra ilu­zji, wszystko jest tak samo prawdą, jak i fał­szem, a histo­ria zaczyna ist­nieć w chwili, gdy ją czy­ta­cie.

Książka, któ­rej lek­turę zamier­za­cie zacząć (ale czy już jej nie zaczę­li­ście?), nosi tytuł Nie­do­koń­czony ręko­pis. To mój pomysł. Wszy­scy człon­ko­wie redak­cji go zaak­cep­to­wali, bo po praw­dzie – nie mieli wyboru.

„Jedno słowo na począ­tek: mie­czyk”.

Prolog

Sty­czeń 2014

Zima. Nie­na­sy­cona, zacie­kła, nie­ustę­pliwa. Znie­chę­cała nie­dziel­nych bie­ga­czy i już teraz wymia­tała lodo­wa­tym skrzy­dłem wszyst­kie nowo­roczne posta­no­wie­nia. Sarah jed­nak trak­to­wała te oko­licz­no­ści jako dodat­kową moty­wa­cję do tre­ningu. Miała nadzieję zabły­snąć w zbli­ża­ją­cych się mistrzo­stwach depar­ta­mentu w bie­gach śred­nio­dy­stan­so­wych.

Sie­dem­na­sto­let­nia lice­alistka o jasnych wło­sach upchnię­tych pod nie­bie­sko-zie­loną weł­nianą czapką, w ręka­wicz­kach do bie­ga­nia i z ledową opa­ską na ramie­niu, zaj­rzała do gabi­netu.

– Mamuś, wycho­dzę!

Nikt jej nie odpo­wie­dział. Jej matka pew­nym kro­kiem prze­mie­rzała wydmy albo spa­ce­ro­wała brze­giem morza w poszu­ki­wa­niu inspi­ra­cji do następ­nej książki. Ojciec, szef pra­cowni reno­wa­cji zabyt­ków, ni­gdy nie wra­cał przed dzie­więt­na­stą, a ostat­nio nawet przed dwu­dzie­stą drugą. Coraz czę­ściej się zda­rzało, że rodzice się mijali, led­wie na sie­bie patrzyli, jedli kola­cję, sie­dząc naprze­ciwko sie­bie w mil­cze­niu jak dwie złote rybki. Dla­tego Sarah nie zamie­rzała wycho­dzić za mąż. Nie była w sta­nie wytrzy­mać z jed­nym face­tem przez trzy mie­siące – a co dopiero żyć dzie­więt­na­ście lat w jed­nym akwa­rium.

Natchnie­nie stało w pew­nej odle­gło­ści od wydm wzno­szą­cych się nad zatoką Authie, w naj­da­lej wysu­nię­tym na połu­dnie punk­cie Berck-sur-Mer. Sarah uwa­żała tę nazwę za idio­tyczną, ale to wła­śnie tu, w willi kupio­nej dzie­sięć lat wcze­śniej za nie­wiel­kie pie­nią­dze jako ruina – która wtedy nosiła nazwę Róża Wia­trów – jej matka, wów­czas nauczy­cielka, napi­sała swoją pierw­szą gło­śną powieść. Do budynku poło­żo­nego trzy­sta metrów od biało-czer­wo­nej latarni strze­gą­cej wybrzeża pro­wa­dziła wybrzu­szona asfal­towa droga. Zbu­do­wana w stylu anglo­nor­mandz­kim willa wyzna­czała w pewien spo­sób koniec kró­le­stwa ludzi i począ­tek kró­le­stwa przy­rody. Jej jedy­nymi gośćmi były mewy sre­brzy­ste i śmieszki, które przy­sia­dały wysoko na łup­ko­wym dachu, nie­ustan­nie sma­ga­nym nio­są­cymi pia­sek wia­trami. Sarah nie zno­siła pia­chu: jak zaraza wci­skał się w każdą szcze­linę, chło­stał okna, bru­dził samo­chody.

Zro­biła sobie sel­fie – z roze­śmia­nymi oczami przy­wo­dzą­cymi na myśl dwa jeziora nie­bie­skiego świa­tła – dopi­sała wia­do­mość „Poszłam bie­gać” i wysłała mamie, po czym odło­żyła tele­fon na stół w salo­nie i wyszła, zamy­ka­jąc drzwi na klucz. Młoda spor­t­smenka minęła szopę dla żaglo­wo­zów i ruszyła ścieżką przez wydmy, a następ­nie chod­ni­kiem łączą­cym zatokę Authie z espla­nadą.

Latem roiło się tu od spa­ce­ro­wi­czów, więk­szość z nich przy­cho­dziła podzi­wiać kolo­nię fok, od zawsze rezy­du­ją­cych na tym tere­nie. Ale teraz, dwu­dzie­stego trze­ciego stycz­nia dwa tysiące czter­na­stego roku o godzi­nie sie­dem­na­stej trzy­dzie­ści, ciem­ność, którą led­wie roz­ja­śniały latar­nie, zalud­niały tylko duchy sprze­daw­ców gofrów i nie­uchwytne widma lataw­ców.

Sarah nie miała nic prze­ciwko zimnu, ale nie­na­wi­dziła mar­twego sezonu i miała tylko jedno pra­gnie­nie: opu­ścić Opa­lowe Wybrzeże. Poło­żone na końcu świata mia­sta, przez więk­szą część roku bez życia, przy­po­mi­nały mor­skie cmen­ta­rze. Pocho­wane za meta­lo­wymi role­tami bary i restau­ra­cje, ludzie poza­my­kani w swo­ich domach, pijący alko­hol albo smę­cący przy komin­kach, ucze­pieni czar­nej spód­nicy zimy. Istna umie­ral­nia. Jej rodzice – a w szcze­gól­no­ści matka, otrzy­mu­jąca sowite wpływy z praw autor­skich – przy­mie­rzali się do zakupu miesz­ka­nia w samym sercu Paryża. Zamiana trzy­stu­me­tro­wej willi poło­żo­nej wśród wydm na trzy­po­ko­jowe lokum z wido­kiem na wieżę Eif­fla bar­dzo jej odpo­wia­dała. Poza tym cho­dziło nie tyle o sprze­daż Natchnie­nia, ile o miej­scówkę w sto­licy. Bez widoku na Morze Pół­nocne matka nie byłaby w sta­nie pisać swo­ich mrocz­nych histo­rii o mor­der­stwach i porwa­niach. Z domem łączyła ją szcze­gólna więź, jak sta­rego mary­na­rza z jego łodzią: była prze­ko­nana, że willa przy­nosi jej szczę­ście. Żało­sne lite­rac­kie zabo­bony.

W ciągu pół godziny Sarah minęła tylko kilka cieni ludzi cią­gnię­tych przez cie­nie psów. Z nabrzeża led­wie było widać znu­żone białe bał­wany. Berck dry­fo­wało ku mor­skim głę­bi­nom niczym mar­twy wie­lo­ryb. Kiedy jej twarz pokryła się war­stwą szronu, dziew­czyna posta­no­wiła zawró­cić: jasne, była zmo­ty­wo­wana, ale nie sza­lona.

Prze­bie­gła pod murem L’Hôpital mari­time – zna­ko­mita sce­ne­ria dla filmu grozy – i minęła latar­nię z jej cyklo­pim okiem. Na kem­pingu stało, o dziwo, jakieś dzie­sięć kam­pe­rów, wci­śnię­tych mię­dzy han­gary na łodzie a zwały pia­sku. Migo­cące świa­tła wewnątrz świad­czyły o obec­no­ści nie­złom­nych przy­by­szów, któ­rzy mimo mroź­nych tem­pe­ra­tur dotarli na wybrzeże. Widziała, jak opa­tu­leni w piżamy nudzą się przed tele­wi­zo­rami albo upi­jają się czer­wo­nym winem przy nie­koń­czą­cych się par­tiach kart.

W nie­bie­ska­wym bla­sku latarń dobie­gła do brzegu zatoki Authie. Następ­nie, zdana na wła­sną latarkę, poko­nała sto mozol­nych metrów po wil­got­nym pia­sku i wresz­cie w gęstej mgle ujrzała przy­ćmione świa­tła willi – świa­dec­two życia pul­su­ją­cego w tym pia­sko­wym pie­kle. Mimo kilku warstw odzieży ostry zachodni wiatr kąsał ją aż do kości. Myślami była już przy roz­ko­szach kąpieli, z tłem dźwię­ko­wym w postaci pio­senki Happy Phar­rella Wil­liamsa pły­ną­cej ze słu­cha­wek.

Wyjęła klucz z miej­sca, w któ­rym go wcze­śniej scho­wała, i wło­żyła go do zamka, ale drzwi były otwarte.

– Mamo, wró­ci­łam!

Nie zauwa­żyła cie­nia, który czaił się za nią z unie­sioną ręką.

Nagły ból głowy. A potem kom­pletna ciem­ność.

Pół roku póź­niej do skrzynki na listy willi Natchnie­nie ktoś wrzu­cił kosmyk zło­żony z pię­ciu­set dwu­na­stu – ni mniej, ni wię­cej – wło­sów. Poli­cja ziden­ty­fi­ko­wała je jako nale­żące do Sary i powią­zała zda­rze­nie ze spo­so­bem dzia­ła­nia wciąż prze­by­wa­ją­cego na wol­no­ści prze­stępcy, który miał dotąd na kon­cie cztery porwa­nia. Na koper­cie znaj­do­wał się stem­pel z Valence, mia­sta w depar­ta­men­cie Drôme, poło­żo­nego osiem­set kilo­me­trów od adresu prze­zna­cze­nia. Léane i Jul­lian Mor­ga­no­wie ni­gdy już nie zoba­czyli córki.

1

Cztery lata póź­niej, gru­dzień 2017

Chwilę po opusz­cze­niu sta­cji ben­zy­no­wej Quen­tin się­gnął po smart­fon – ostatni krzyk mody – leżący na desce roz­dziel­czej. Pró­bo­wał go odblo­ko­wać, ale urzą­dze­nie wyma­gało iden­ty­fi­ka­cji odci­skiem palca. Wyłą­czył je więc – nie ma mowy, żeby go namie­rzyli za sprawą geo­lo­ka­li­za­cji – rzu­cił na fotel pasa­żera i prze­krę­cił włącz­nik radia. Zamiast muzyki kla­sycz­nej sączą­cej się z odtwa­rza­cza CD z gło­śni­ków popły­nęły cierp­kie nuty utworu Nique les clo­nes w wyko­na­niu Nek­feu.

Widzę już tylko klony, to się zaczęło w szkole. Kto ci pomoże z tego wyjść? Każdy tu gra, marząc o milionach. A ja wyro­słem jak róża w gąsz­czu pokrzyw.

Róża w gąsz­czu pokrzyw. Tak wła­śnie się czuł w tym mie­ście. Chło­pak inny niż wszy­scy, zaradny, który chce zro­bić maturę zawo­dową i pra­co­wać jako mecha­nik, napra­wiać samo­chody. Mógł speł­nić swoje marze­nie, grze­biąc pod maskami fer­rari, porsche, audi R8 albo nawet sie­dząc za ich kół­kiem jak boss. Ale to mia­sto go dopa­dło, połknęło i prze­tra­wiło jak pokrzywę, zmie­niło w klon tych szu­mo­win. Nie miał nawet prawa jazdy. Bieda jest jak ośmior­nica: gdy oblepi czło­wieka swo­imi mac­kami i zaleje atra­men­tem, nie spo­sób uciec.

Quen­tin otarł pot z czoła, roz­piął suwak bom­berki i spoj­rzał w lusterko. Droga była pusta, tylko zakręty, noc i czarna ściana gór. Mimo tego, co wła­śnie zro­bił, czuł się dobrze, zado­wo­lony, wolny. Lubił ten kra­jo­braz końca świata, daleko od betonu, hałasu, krzy­ków żon bitych przez sąsia­dów z pię­tra. Wkrótce poże­gna gra­ni­towe kolosy i wróci do nędz­nego bloku w Échirolle, by całymi dniami kimać, palić jointy, grać na kon­soli – aż do następ­nego razu. Oto żało­sny spek­takl jego życia w trzech aktach.

Spoj­rzał na bank­noty poroz­rzu­cane na fotelu pasa­żera pod berettą i smart­fo­nem. Jasne, żadna for­tuna, ale nadej­dzie taki dzień, kiedy będzie miał wystar­cza­jąco dużo oszczęd­no­ści. I wyje­dzie – tak jak jego ojciec, ale z innych powo­dów. Pogła­dził krzy­żyk, który zwi­sał na zło­tym łań­cuszku z lusterka, i uśmiech­nął się. Bóg nad nim czuwa.

Za jed­nym z ostrych zakrę­tów zalała go nie­bie­skawa poświata kogu­tów. W bla­sku wła­snych reflek­to­rów zoba­czył męż­czy­znę w poma­rań­czo­wej kami­zelce, macha­ją­cego pod­świe­tlaną pałką. Przy par­kingu stała cię­ża­rówka, którą prze­szu­ki­wał owcza­rek bel­gij­ski wraz z opie­ku­nem.

Fran­cu­scy cel­nicy. Quen­tin zaklął. Po skoń­czo­nej akcji zje­chał z auto­strady na gór­skie ser­pen­tyny wła­śnie po to, żeby unik­nąć takich kło­po­tów. Zdjął nogę z gazu. Co te dzbany robią o tej godzi­nie w samym środku Parku Regio­nal­nego Char­treuse? Cel­nicy to praw­dziwa zaraza, nie wystar­czy im kon­trola toż­sa­mo­ści, prze­trze­pują czło­wieka od góry do dołu i wci­skają te swoje pyski na czte­rech łapach do kabin i bagaż­ni­ków. Przez chwilę zamie­rzał zawró­cić, ale na tak wąskiej dro­dze – wio­dą­cej wąwo­zem, z barier­kami po obu stro­nach – ucieczka zaję­łaby mu całe wieki. Poza tym cel­nik już go oczy­wi­ście zoba­czył i kazał mu zje­chać na pobo­cze.

Oddy­chaj, nie zdradź się, myśl… Pię­ciu typów, trzy samo­chody, w tym dwa wzmoc­nione peu­ge­oty 308. Młody męż­czy­zna miał tę prze­wagę, że mógł dzia­łać z zasko­cze­nia, więc pod­jął decy­zję; tak czy ina­czej, nie miał wyboru. Udał, że zwal­nia i zamie­rza zapar­ko­wać, a kiedy gość pod­szedł do odsu­nię­tej szyby po stro­nie pasa­żera, wci­snął prawy pedał. Usły­szał krzyki i zoba­czył, jak dwóch funk­cjo­na­riu­szy rzuca się do samo­chodu.

Wal­czył o życie, o wol­ność. Od Gre­no­ble dzie­liło go dzie­sięć kilo­me­trów usia­nych ostrymi zakrę­tami. Żad­nego zjazdu po dro­dze, pozo­sta­wało wci­snąć gaz do dechy i mieć nadzieję, że prze­żyje w asfal­to­wym pie­kle. Jego kar­to­teka była już pokaźna, więc zatrzy­ma­nie drogo by go kosz­to­wało. Nie miał nic do stra­ce­nia.

Kamienne pust­ko­wie wypeł­nił odgłos syreny. Quen­tin płyn­nie zmie­niał biegi, jak w grze kom­pu­te­ro­wej. Takie samo uczu­cie, a dodat­kowo bilet do pie­kła. Za pierw­szym razem pra­wie spadł w prze­paść, gdy led­wie unik­nął zde­rze­nia z barierką. Tylne opony zapisz­czały, wóz wyko­nał kilka zyg­za­ków, ale utrzy­mał się na nawierzchni. Quen­tin wła­śnie zdo­był nad pości­giem jakieś pięć­dzie­siąt metrów prze­wagi i ryk­nął z wście­kło­ści jak jego wir­tu­alny kie­rowca na torze wyści­go­wym Nürburgring.

Kiedy trzy zakręty dalej kostu­cha ska­so­wała jego bilet, ostat­nią myśl skie­ro­wał ku matce. Nie zapiął pasów, więc w momen­cie zde­rze­nia z beto­nową barierą połową ciała wyle­ciał przez przed­nią szybę, tak że wylą­do­wała na masce, a drugą połowę zatrzy­mała poduszka powietrzna. Samo­chód jechał jesz­cze dzie­sięć metrów, wznie­ca­jąc snopy iskier, i zatrzy­mał się na kra­wę­dzi wąwozu. Nagła zmiana pręd­ko­ści z trzy­dzie­stu kilo­me­trów na godzinę do zera nie była bar­dzo gwał­towna i deli­katny łań­cu­szek wciąż wisiał na lusterku, ale Quen­tin osta­tecz­nie wypadł na zewnątrz i prze­le­ciał ponad czter­dzie­ści metrów jak wyrzu­cona zapałka. Jako pierw­sza o skałę roz­trza­skała się jego czaszka, następ­nie wsku­tek ude­rze­nia eks­plo­do­wały narządy wewnętrzne. Serce ode­rwało się od aorty, pękła jedna nerka. Jego osiem­na­sto­let­nie życie, wspo­mnie­nia, śmiech i łzy – wszystko to zostało obró­cone w proch w mniej niż jedną sekundę na ano­ni­mo­wej gór­skiej dro­dze mię­dzy Chambéry a Gre­no­ble. Samo­chód prze­żył, jeśli nie liczyć roz­trza­ska­nych szyb i wgnie­cio­nego lewego boku.

Marc Norez, kie­rowca peu­ge­ota 308 i od dwu­dzie­stu dwóch lat kon­tro­ler celny, wezwał poli­cję i stra­ża­ków. Wie­czór, który miał być spo­kojny, obró­cił się w kosz­mar. Przed pości­giem na wyso­ko­ści blo­kady zdą­żył zoba­czyć twarz ucie­ki­niera. Z mło­dego czło­wieka została tylko maleńka postać bez głowy, led­wie widoczna mimo sil­nego świa­tła latarki. Masa­kra. Dla­czego gość ucie­kał? Czego się bał? Co robił o tak póź­nej porze na tej odlud­nej dro­dze?

Norez przez pięć minut roz­ma­wiał z kolegą z auta, po czym dołą­czył do pozo­sta­łych funk­cjo­na­riu­szy, któ­rzy wła­śnie przy­je­chali. Mali­nois i jego pan wysie­dli z samo­chodu. Pies od razu wyraź­nie się oży­wił. Jak strzała popę­dził do nie­tknię­tego bagaż­nika, zaczął szcze­kać i dra­pać lakier samo­chodu. Jeden z ofi­ce­rów, trzy­ma­jąc w dłoni pisto­let, naci­snął guzik otwie­ra­jący bagaż­nik. Odsko­czył: jego oczom uka­zały się zwłoki kobiety. Kobieta nie miała twa­rzy.

2

Księ­ży­cowa biel świa­teł, noc przy­cza­jona za drze­wami jak gad w każ­dej chwili gotów do skoku i czarne, ząb­ko­wane pasmo gór na trze­cim pla­nie przy­wo­dziły Vicowi Altra­nowi na myśl obraz Pierre’a Sein­tu­riera. Altran, funk­cjo­na­riusz poli­cji kry­mi­nal­nej, nie znał tego arty­sty ani jego dzieł, po pro­stu przed czte­rema laty tra­fił gdzieś – naj­pew­niej w jakiejś gale­rii w Gre­no­ble – na rysu­nek pod­pi­sany jego nazwi­skiem. Jego mózg odna­lazł tę infor­ma­cję niczym mecha­niczna dźwi­gnia szafy gra­ją­cej i zupeł­nie poza jego kon­trolą wyświe­tlił w jego świa­do­mo­ści.

Vic już od dziecka gro­ma­dził bez­u­ży­teczne wspo­mnie­nia. Pięć lat wcze­śniej przez ponad czter­na­ście tygo­dni utrzy­my­wał się na pierw­szym miej­scu w pew­nym tele­tur­nieju na France 2, co uczy­niło z niego gwiazdę bry­gady i dziel­nicy. Wygrał rów­no­war­tość dzie­się­ciu milio­nów euro w książ­kach, słow­ni­kach i grach, od któ­rych ni­gdy nie potra­fił się ode­rwać i które zaj­mo­wały w jego garażu wię­cej miej­sca niż samo­chód. Potra­fił odpo­wia­dać na absur­dalne pyta­nia typu: „Jaka była liczba ruchów w meczu sza­cho­wym roze­gra­nym przez Kar­powa i Kaspa­rowa w Moskwie dzie­wią­tego listo­pada tysiąc dzie­więć­set osiem­dzie­sią­tego pią­tego roku?”, czy podać dokładną defi­ni­cję słowa vin­cu­lum. Mówił, że w dniu swo­jej porażki, naza­jutrz po czter­dzie­stych uro­dzi­nach, tra­fił na sil­niej­szego, ale więk­szość jego przy­ja­ciół i kole­gów wie­działa, że był znu­żony tym medial­nym spek­ta­klem i wolał wró­cić do życia poli­cjanta.

Na miej­scu tra­ge­dii krzą­tało się już pięt­na­stu ludzi opa­tu­lo­nych w kom­bi­ne­zony, w czep­kach na gło­wach. Stra­żacy, cel­nicy, pra­cow­nicy zakładu pogrze­bo­wego, tech­nicy kry­mi­na­li­styki i kole­dzy z poli­cji kry­mi­nal­nej w Gre­no­ble – Ethan Dupuis i Joce­lyn Man­ge­ma­tin. Przy­wi­tał się z nimi po imie­niu, po czym zauwa­żył swo­jego part­nera Vadima Morela, który udzie­lał wska­zó­wek foto­gra­fowi.

Morel poczę­sto­wał go mocną kawą z ter­mosu, który zawsze ze sobą zabie­rał, zwłasz­cza w okre­sie, gdy z zimna bie­lały gór­skie szczyty i palce. Z kub­kami w dło­niach i nosami wci­śnię­tymi za sza­liki męż­czyźni pode­szli do murku. Z daleka można ich było pomy­lić – obaj byli bru­ne­tami śred­niego wzro­stu i z podob­nym, śred­nim prze­bie­giem lat na licz­niku, dla­tego zresztą nazy­wano ich „V&V” – ale Vadim Morel nie bez kozery zyskał ksywkę „Pan Kar­to­fel”: miał grube wargi, odsta­jące uszy i oczy wiel­kie jak spodki, które wyglą­dały jak wycięte z papieru i przy­kle­jone zbyt bli­sko nosa.

– Cel­nicy stali cztery kilo­me­try stąd, przy Saint-Hilare. Ruty­nowa kon­trola. Kie­rowca sza­rego forda ude­rzył w barierę i skoń­czył w wąwo­zie. – Morel podał mu dowód oso­bi­sty.

Quen­tin Rose, osiem­na­ście lat, zamiesz­kały w Échirolles. Jesz­cze jedna twarz, która trafi do men­tal­nego kata­logu Vica. Oddał kole­dze doku­ment i spoj­rzał ponad balu­stradą. W ciem­no­ściach poni­żej zoba­czył tech­ni­ków, któ­rzy uwi­jali się w bla­sku świa­teł.

– Jak oni tam zeszli?

– Kawa­łek dalej jest ścieżka.

Pode­szli do samo­chodu o przy­ciem­nia­nych szy­bach, przed­nie drzwi z pra­wej strony były otwarte. Morel wska­zał na przed­mioty w zapie­czę­to­wa­nych toreb­kach leżące na fotelu.

– Były na pod­ło­dze po stro­nie pasa­żera. Tro­chę forsy, beretta i smart­fon z roz­trza­ska­nym ekra­nem. Ale naj­waż­niej­sze jest w bagaż­niku.

W bagaż­niku uszko­dzo­nego samo­chodu znaj­do­wały się zwłoki kobiety, czę­ściowo owi­nięte w zie­loną plan­dekę. Siła ude­rze­nia rzu­ciła je w głąb. Głowa znaj­do­wała się w prze­zro­czy­stym worku folio­wym, ści­śnię­tym grubą nie­bie­ską gumą dookoła szyi, zwró­cona w kie­runku pada­ją­cego z zewnątrz bla­sku reflek­to­rów. Obdarta ze skóry twarz przy­po­mi­nała roz­pa­loną czer­woną lawę, a puste oczo­doły zda­wały się cze­kać na oczy. Obok leżały butelki z deter­gen­tami, wybie­lacz, wia­dra, szmaty, łopata i dwa worki z palo­nym wap­nem.

Vic uniósł plan­dekę. Kobieta miała odcięte dło­nie. Przed­ra­miona aż do łokci owi­nięto folią, którą – ina­czej niż w przy­padku głowy – przy­trzy­my­wała taśma kle­jąca.

– Fuj. Mogłeś mnie uprze­dzić.

Vadim Morel uniósł kubek w geście toa­stu.

– Wyglą­dasz, jak­byś wstał lewą nogą. Roz­wód?

– Natha­lie chce zatrzy­mać Mam­maM2. Czu­jesz? To mój pies, a ona zamie­rza go dorzu­cić do tych wszyst­kich rze­czy, które już posta­no­wiła mi ukraść. Masa­kra, po pięt­na­stu latach mał­żeń­stwa!

– Daj takiej palec, a weź­mie całą rękę. Bez sko­ja­rzeń. À pro­pos, jeśli szu­kasz dłoni, to są tam, w rogu.

Vic się prze­su­nął, żeby nie zasła­niać świa­tła. Obok miej­sca na lewa­rek, przy pra­wej bur­cie samo­chodu, zauwa­żył gruby paku­nek, rów­nież owi­nięty taśmą kle­jącą. Worek przy­po­mi­na­jący torebki do mro­że­nia żyw­no­ści.

– Były tak zapa­ko­wane?

– Dokład­nie tak, nikt ich nie doty­kał. Głowa i ręce tak samo. Zapa­ko­wane jak jakieś mię­cho. Gość był prze­wi­du­jący i nie chciał sobie zapa­sku­dzić samo­chodu.

– A gdzie oczy i twarz?

– Nie wia­domo. W każ­dym razie w aucie ich nie ma.

Vic uniósł torbę i pod­su­nął pod świa­tło. Dło­nie skie­ro­wane do sie­bie wnę­trzem, wosko­wo­białe palce. Kość łok­ciowa i pro­mie­niowa wyglą­dały jak odcięte ostrym narzę­dziem. Morel wyjął z pude­łeczka gumę do żucia i wetknął ją sobie do ust.

– Czaszka jest z tyłu jakby wgłę­biona. Moż­liwe, że facet zerwał twarz skal­pe­lem, a oczy wyjął łyżeczką, jak w fil­mach. Coś jak Han­ni­bal Lec­ter, koja­rzysz? I pomy­śleć, że drań nie miał nawet dwu­dzie­stu lat.

Vic odło­żył torbę i sku­pił się na zwło­kach. Ofiara wyglą­dała na młodą kobietę: krót­kie blond włosy, wiek z powodu braku twa­rzy i oczu nie­moż­liwy do okre­śle­nia, i ta krew, zakrze­pła jak zasty­gła magma. Mogła mieć około dwu­dziestki. Obec­ność łopaty i palo­nego wapna, które przy­śpie­sza roz­kład sub­stan­cji orga­nicz­nych, wska­zy­wała na to, że Quen­tin Rose zamie­rzał gdzieś zako­pać ciało.

– Nie było przy niej papie­rów?

– Nic. Przy pomyśl­nych wia­trach sek­cja będzie jutro wie­czo­rem. Pato­lo­dzy od dwóch dni są zawa­leni robotą przez wypa­dek tego auto­karu w Cham­ro­usse. A o ewen­tu­al­nych wyni­kach badań DNA wolę nawet nie myśleć. Za dzie­sięć lat przy odro­bi­nie szczę­ścia.

– No tak, Cham­ro­usse…

Ode­zwał się tele­fon Morela.

– Prze­pra­szam, to Poirier, popro­si­łem o spraw­dze­nie tablic. Przy­naj­mniej to zro­bili szybko.

Odszedł, żeby poroz­ma­wiać. Vic chłep­tał kawę, ści­ska­jąc kubek wiel­kimi ręka­wi­cami. Dło­nie, twarz i oczy zdra­dzają toż­sa­mość. Linie papi­larne, kolor tęczó­wek, kształt nosa. Z całą pew­no­ścią cho­dziło o to, by uczy­nić młodą kobietę ano­ni­mową. Czyżby Rose zamie­rzał pozbyć się dłoni w innym miej­scu niż pozo­sta­łych czę­ści ciała? Dokąd jechał? Gdzie w tym nie­koń­czą­cym się cha­osie modrzewi i sosen mógłby pocho­wać swoją ofiarę bez żad­nych świad­ków?

Vic nie cier­piał począt­ków śledz­twa, zbyt wielu ście­żek, które czę­sto przy­pra­wiały go o migrenę. Przy odro­bi­nie szczę­ścia ta sprawa mogła się zakoń­czyć, jesz­cze zanim się zaczęła, ponie­waż główny podej­rzany – czło­wiek ze zdję­cia w dowo­dzie oso­bi­stym – był mar­twy. Jedyny szko­puł w tym, że skoro ni­gdy nie odpo­wie na ich pyta­nia, będą musieli odpo­wiedzieć na nie sami.

Poli­cjant rozej­rzał się po oko­licy – strze­la­jące roz­bły­ski fle­szy, wzno­szące się kawa­łek dalej sosny, białe linie na zakrę­cie szosy, szef grupy roz­ma­wia­jący z zastępcą pro­ku­ra­tora, któ­rego rów­nież w środku nocy wyrwano z łóżka. W cza­sie rze­czy­wi­stym w jego pamięci powsta­wał ponury obraz, pre­cy­zyjny kadr hor­roru wydarty chwili obec­nej. W ciągu naj­bliż­szej godziny sędzia wyda pozwo­le­nie na zabra­nie ciała, samo­chód zosta­nie odho­lo­wany i zacznie się śledz­two – aku­rat w tygo­dniu ferii świą­tecz­nych. Teo­re­tycz­nie Vic miał zacząć urlop w naj­bliż­szy pią­tek. Pierw­sze ferie spę­dzane wyłącz­nie w towa­rzy­stwie psa, bez córki ani żony, z per­spek­tywą roz­prawy dwu­na­stego stycz­nia, kiedy to on i Natha­lie będą wal­czyć o opiekę nad Cora­lie. Nie można powie­dzieć, żeby drugą połowę życia zaczy­nał pod szczę­śliwą gwiazdą.

Vadim Morel zakoń­czył roz­mowę, pod­biegł do szefa, a następ­nie ski­nął na Vica.

– Na sta­cji paliw na A czter­dzie­ści jeden, mię­dzy Chambéry a Gre­no­ble, jakieś dwa­dzie­ścia kilo­me­trów stąd, doszło do napadu z bro­nią w ręku. Krótko przed dwu­dzie­stą drugą. Przy­je­cha­łem z sze­fem, więc bie­rzemy twoją brykę.

Wsie­dli do samo­chodu. Morel zebrał z fotela pasa­żera plik papie­rów oraz puste puszki po coli i prze­rzu­cił je do tyłu.

– Bur­del jak w two­jej gło­wie. I capi psem. Kiedy się wresz­cie zbie­rzesz, żeby to tro­chę ogar­nąć? Teraz lepiej rozu­miem, dla­czego nie chcesz, żebym do cie­bie wpadł. Bez żony musisz tam mieć Czar­no­byl.

– Odsto­sun­kuj się od mojego miesz­ka­nia, mojej żony i mojego psa i powiedz mi lepiej, co ma jakiś napad do dwóch tru­pów, które spa­dły nam na głowę.

Morel musiał mocno nacią­gnąć pas, by go zapiąć. Wypluł gumę i z torebki wala­ją­cej się nad schow­kiem wyjął mię­tową pastylkę, którą dokład­nie obej­rzał przed wło­że­niem do ust.

– Facet poja­wił się zni­kąd, obra­bo­wał kasę na kil­ka­set euro i zwiał ukra­dzio­nym samo­cho­dem, gro­żąc bro­nią jego wła­ści­cie­lowi, który tan­ko­wał paliwo.

– Niech zgadnę: to był Quen­tin Rose i ukradł sza­rego forda?

– Tak, z tru­pem w środku.

3

Kiedy około pierw­szej V&V dotarli do postoju przy auto­stra­dzie, radio­wóz żan­dar­me­rii z Touvet już tam był. Miej­sce wyglą­dało dołu­jąco: cztery zamknięte z powodu napadu dys­try­bu­tory, wymarły par­king i sklep oświe­tlony bla­dymi jarze­niów­kami.

Kie­row­nik, gruby wąsaty jego­mość, wyglą­dał na spo­koj­nego; roz­ma­wiał przez tele­fon w jed­nej ze skle­po­wych ale­jek. Poli­cjanci pode­szli do Patricka Rous­seau, kapi­tana żan­dar­me­rii, który jako pierw­szy został poin­for­mo­wany o napa­dzie. Praw­dziwy czło­wiek gór, w nie­bie­sko-bia­łej parce, szer­szy w barach niż łącz­nik młyna w rugby. Wycią­gnął do nich rękę.

– Pół godziny temu dowie­dzia­łem się tylko, że przy­jadą tu dwaj goście od kry­mi­nal­nych z Gre­no­ble. Wyja­śni­cie, o co cho­dzi?

Vic się­gał mu do pod­bródka, jego drobna dłoń uto­nęła w łapie żan­darma. Postą­pił krok do przodu, gdy tym­cza­sem Morel roz­glą­dał się po oko­licy.

– Zosta­li­śmy wezwani przez cel­ni­ków: pro­wa­dzili pościg za for­dem, który ude­rzył w barierkę na czter­dzie­stym siód­mym kilo­me­trze D trzy­dzie­ści. Kie­rowca, naj­praw­do­po­dob­niej sprawca tutej­szego napadu, wypadł z samo­chodu i wylą­do­wał na dnie wąwozu.

Patrick Rous­seau stał z zało­żo­nymi ramio­nami, eks­pre­syjny jak fasada kre­ma­to­rium. Wyglą­dał na gościa, który uważa, że jeden łaj­dak mniej to praw­dziwy pre­zent dla ludz­ko­ści na tej ziemi. Kawa­łek dalej roz­le­gło się stęk­nię­cie lodówki albo zamra­żarki. Odgłos roz­pro­szył Vica, ale po chwili poli­cjant zaczął mówić dalej:

– Spraw­dzi­li­śmy tablice i dla­tego jeste­śmy tutaj: szary ford na fał­szy­wych nume­rach JU dwie­ście dwa MO został zgło­szony przez waszą jed­nostkę jako skra­dziony póź­nym wie­czo­rem z tego miej­sca. W bagaż­niku zna­leź­li­śmy nie­zi­den­ty­fi­ko­wane zwłoki mniej wię­cej dwu­dzie­sto­let­niej kobiety. Uszko­dze­nia ciała bez­sprzecz­nie wska­zują, że była mar­twa już przed wypad­kiem.

– Okej, rozu­miem. To wyja­śnia zacho­wa­nie wła­ści­ciela skra­dzio­nego samo­chodu. Odda­lił się pie­szo, na nic nie cze­ka­jąc. Mamy nagra­nie. Chodź­cie.

Zapro­wa­dził ich za ladę. Vic nie mógł się powstrzy­mać od prze­ana­li­zo­wa­nia cen bato­nów cze­ko­la­do­wych, które były o szes­na­ście cen­ty­mów droż­sze niż w hiper­mar­ke­cie naprze­ciw jego domu. Poczuł, że w jego mózgu roz­kręca się karu­zela porów­nań, i w porę się powstrzy­mał. Z powro­tem sku­pił się na moni­to­rze kom­pu­tera. Żan­darm klik­nął w menu i wyświe­tlił pierw­szą scenę.

– Mimo fatal­nej jako­ści mamy jasny obraz tego, co się stało. Wideo jest czarno-białe, choć kolo­rowa kamera kosz­tuje poni­żej stu euro. Zawsze tak jest, kiedy potrzeba nagrań, co?

Morel w mil­cze­niu ski­nął głową.

– Dobra. Naj­pierw kamera przy dys­try­bu­to­rze numer dwa, godzina dwu­dzie­sta pierw­sza czter­dzie­ści dwie. Udało się zatrzy­mać kie­rowcę na bram­kach w Chambéry. Wygląda na to, że nie ma nic wspól­nego ze sprawą, i mówi, że zabrał chło­paka przy wyjeź­dzie z Gre­no­ble. Tam­ten począt­kowo chciał jechać do Chambéry, ale kiedy dotarli do miej­sca obsługi podróż­nych, popro­sił, żeby go tam wysa­dzić, ponie­waż rze­komo w mię­dzy­cza­sie dostał ese­mesa i ktoś miał po niego przy­je­chać.

Oczy Vica reje­stro­wały każdy pik­sel obrazu. Quen­tin Rose w czapce na gło­wie i z twa­rzą scho­waną za sza­li­kiem oddala się od fur­go­netki, chowa się w jakimś kącie i czeka tam bez ruchu. Oka­zyjny napad, stwier­dził poli­cjant: chło­pak nie miał okre­ślo­nego celu i ude­rzył w odlud­nym, bez­piecz­nym miej­scu. Żan­darm wyce­lo­wał pal­cem w ekran.

– Widzi­cie, czeka na naj­do­god­niej­szy moment. Fur­go­netka odje­chała. Prze­cho­dzę do kamery numer cztery, dys­try­bu­tor naj­bar­dziej odda­lony od sklepu. Trzy minuty póź­niej do ręcz­nie obsłu­gi­wa­nego sta­no­wi­ska pod­jeż­dża szary ford.

Vic obser­wo­wał i zapa­mię­ty­wał oba nagra­nia rów­no­le­gle. Rose wcho­dzi do sklepu, w tym samym cza­sie z samo­chodu wysiada kie­rowca forda w czar­nym kasz­kie­cie na gło­wie. Z powodu kąta reje­stra­cji obrazu, cie­płych zimo­wych ubrań i braku świa­tła trudno zauwa­żyć cokol­wiek poza tym, że postać jest odziana w grubą puchówkę. Trza­ska drzwiami, otwiera wlew i spo­koj­nie sięga po pisto­let do tan­ko­wa­nia. Roz­gląda się po oko­licy, nie oka­zu­jąc żad­nej ner­wo­wo­ści. Ani razu nie pod­nosi wzroku do kamery.

Morel patrzy to na jeden, to na drugi ekran.

– Niu­niek nie jest pani­ka­rzem, choć ma w bagaż­niku trupa obdar­tego ze skóry. Czy o tej porze nie powinno się pła­cić w kasie przed tan­ko­wa­niem?

– Od dwu­dzie­stej dru­giej, przy wej­ściu jest infor­ma­cja. Dzie­sięć minut póź­niej mie­li­by­śmy go na nagra­niu z kamery skle­po­wej, en face i oświe­tlo­nego jak bożo­na­ro­dze­niowe drzewko.

W kame­rze umiesz­czo­nej wewnątrz sklepu widać teraz, jak Rose zmu­sza kie­row­nika do otwar­cia kasy, celu­jąc do niego z pisto­letu. Po mniej niż trzy­dzie­stu sekun­dach chowa plik bank­no­tów i oddala się w kie­runku forda. Nie­zna­jomy zauważa go, ale za późno: chło­pak już trzyma go na muszce i każe mu się odsu­nąć. Ale męż­czy­zna się nie rusza, wygląda, jakby chciał nego­cjo­wać. Pada strzał wyce­lo­wany w zie­mię. Wła­ści­ciel forda robi dwa kroki w tył. Wciąż do niego celu­jąc, Quen­tin Rose zakręca zbior­nik, wsiada do kabiny i odjeż­dża z piskiem opon. Nie­zna­jomy począt­kowo stoi bez ruchu, a następ­nie znika z zasięgu kamery.

Żan­darm wyłą­czył odtwa­rza­nie.

– Myślimy, że pobiegł w kie­runku prze­ciw­nym do auto­strady. Na prawo od par­kingu jest pas drzew, potem łąki. Pięć­set metrów dalej mamy zjazd z auto­strady, kilka wio­sek i dróg lokal­nych. Bio­rąc pod uwagę jego zacho­wa­nie i fakt, że jeź­dził na fał­szy­wych tabli­cach, nie cze­ka­łem na was i zwró­ci­łem się do tutej­szych żan­dar­mów. Jest ciemno, marne szanse, że go znajdą, ale ni­gdy nic nie wia­domo.

– Dobrze pan zro­bił. Są inni świad­ko­wie?

– W tej chwili nie mamy nikogo. Kie­row­nik był w szoku po napa­dzie i niczego nie zauwa­żył. Przej­rza­łem nagra­nia z pozo­sta­łych kamer. Nie ma tam nic lep­szego ponad to, co widzie­li­ście.

– Czyli twa­rzy brak. Trzeba by mimo wszystko rzu­cić okiem na star­sze nagra­nia, porów­nać modele samo­cho­dów. Może gość tan­ko­wał tu już wcze­śniej na praw­dzi­wych nume­rach.

Vic i dwaj męż­czyźni wyszli i ruszyli do dys­try­bu­tora numer cztery. Żan­darm wska­zał na leżący na ziemi pisto­let do oleju napę­do­wego.

– Może uda się zdjąć DNA z pisto­letu?

– Miał ręka­wiczki, widać to na nagra­niu. Ale o DNA niech się pan nie mar­twi, mamy go pod dostat­kiem w jego for­dzie.

Vic zanu­rzył się w mrok i obser­wo­wał świa­tła domów przy­cup­nię­tych wysoko na gór­skich zbo­czach. Setki sre­brzy­stych odbla­sków życia zawie­szo­nych w prze­strzeni. Zbieg znik­nął wśród tego bez­liku gwiazd. Skąd przy­by­wał z tym zma­sa­kro­wa­nym tru­pem w bagaż­niku i dokąd zmie­rzał? Poli­cjant pomy­ślał o mło­dej ofie­rze pozba­wio­nej dłoni. Może w jed­nym z tych domów są jej rodzice, któ­rzy cze­kają na wie­ści od niej? Może matka pró­bo­wała już się do niej dodzwo­nić, a ojciec wypy­tał kole­żanki. Ni­gdy wię­cej jej nie zoba­czą.

Uświa­do­mił sobie, że liczy te świa­tła, że prze­klęty głos w jego zbzi­ko­wa­nym mózgu za wszelką cenę chce się dowie­dzieć, ile lamp widać z postoju na auto­stra­dzie, przy zjeź­dzie Le Touvet w depar­ta­men­cie Isère, jakby to była infor­ma­cja nie­zbędna do życia. W jego gło­wie krą­żyły też inne liczby, takie jak euro trzy­dzie­ści pięć za baton cze­ko­la­dowy, czyli o szes­na­ście cen­ty­mów wię­cej niż koło niego, pięć­dzie­siąt sie­dem litrów i trzy­dzie­ści trzy cen­ty­li­try, które zoba­czył na cyfro­wym wyświe­tla­czu dys­try­bu­tora numer cztery, godziny otwar­cia i zamknię­cia sklepu. Będzie je wszyst­kie pamię­tał nawet na łożu śmierci, nie bar­dzo wie­dząc, do czego je przy­piąć. Widział też Morela, który roz­ma­wiał z żan­dar­mem i na pewno tłu­ma­czył mu, że jego kolega jest dziwny i mało­mówny, ale że radzi sobie z nim od ponad dzie­się­ciu lat.

Vic wes­tchnął, zadzwo­nił do tech­nika iden­ty­fi­ka­cji kry­mi­nal­nej, który został na miej­scu wypadku, i zapy­tał, czy numer nad­wo­zia jest czy­telny – w przy­padku tego modelu wygra­we­ro­wany z przodu po pra­wej stro­nie, pod przed­nią szybą, uści­ślił – i roz­łą­czył się, gdy otrzy­mał odpo­wiedź. Wró­cił do tam­tych dwóch i ode­zwał się do swo­jego part­nera:

– Numer seryjny nad­wo­zia został starty.

– Ostrożny gość. Odcięta twarz, fał­szywe tablice, brak numeru seryj­nego. I szary ford, jakich mnó­stwo w tym regio­nie. Nie będzie łatwo dojść do niego za pośred­nic­twem auta.

Vic wło­żył dło­nie do kie­szeni.

– Choćby był nie wiem jak ostrożny, tej nocy nie­ocze­ki­wa­nie wpro­si­li­śmy się do jego świata. Mam nadzieję, że będziemy jego naj­pięk­niej­szym gwiazd­ko­wym pre­zen­tem.

4

– W książ­kach czę­sto podej­muje pan temat dublera, kra­dzieży toż­sa­mo­ści, pamięci i wspo­mnień. Nie­do­koń­czony ręko­pis wpi­suje się w tę regułę. Jest to być może naj­bar­dziej surowa, naj­okrut­niej­sza z pań­skich ksią­żek, poru­sza w niej pan tematy, które mogą ranić wraż­liwe dusze, takie jak tor­tury, uwię­zie­nie, gwałt. Chciał pan dać czy­tel­ni­kom do ręki powieść, która nimi wstrzą­śnie?

Léane Mor­gan wier­ciła się na krze­śle. Wywiad zaczął się zale­d­wie pięt­na­ście minut temu, a ona już miała dość. Po ponad­czte­ro­let­niej prze­rwie czy­tel­nicy rzu­cili się na nowy thril­ler Enaëla Miraure’a. Powieść uka­zała się na początku grud­nia i tra­fiła do pierw­szej dzie­siątki naj­le­piej sprze­da­ją­cych się ksią­żek. Żeby zapew­nić jej pro­mo­cję, trzeba było teraz aż do Bożego Naro­dze­nia udzie­lać wywiadu za wywia­dem.

– Niczego nie wykal­ku­lo­wa­łem. Napi­sa­łem to, co do mnie przy­szło. Oczy­wi­ście, książka jest okrutna, ale czy pani uważa, że świat, w któ­rym żyjemy, taki nie jest?

Léane umil­kła, a sie­dząca przy sąsied­nim sto­liku Pamela, jej agentka, wyba­łu­szyła na nią oczy. Miej­sce na papie­rze jest na wagę złota, a cho­dziło o roz­kła­dówkę w mie­sięcz­niku „Twin”, piśmie kobie­cym naj­chęt­niej kupo­wa­nym przez wyma­ga­jące czy­tel­niczki, który miał wyjść na święta. Dzien­ni­karka Géraldine Scor­del, zaci­ska­jąc usta, gry­zmo­liła w swoim notat­niku. Léane brała udział w uciąż­li­wej grze w wywiady, ale odma­wiała nagrań audio, wystą­pień radio­wych i tele­wi­zyj­nych, wyma­gała też wglądu w arty­kuły przed publi­ka­cją, by się upew­nić, czy auto­rzy piszą o niej w rodzaju męskim. I oczy­wi­ście żad­nych zdjęć, nikt nie mógł zoba­czyć jej twa­rzy. O tym, że Enaël Miraure i Léane Mor­gan to ta sama osoba, wie­działa tylko garstka ludzi: sze­ro­kie rze­sze czy­tel­ni­ków nie miały poję­cia, że za ich nie­prze­spane noce odpo­wiada kobieta. Pisarka zawsze potra­fiła trzy­mać swoje pry­watne życie pod klu­czem, nawet jego naj­bar­dziej bole­sne zaka­marki.

– Jak by pan stre­ścił swoją powieść? Mam na myśli fabułę.

– Czy­tała ją pani?

– Czy­tam wszyst­kie książki, o któ­rych piszę. Ale chcę usły­szeć pań­ską wer­sję.

Léane upiła łyk char­don­nay, by ukryć zde­ner­wo­wa­nie. Zawsze miała trud­no­ści z mówie­niem o książ­kach. Roz­mowa odby­wała się w ano­ni­mo­wej kafejce w X dziel­nicy Paryża, daleko od wytwor­nych dziel­nic i miejsc, w któ­rych zwy­cza­jowo orga­ni­zo­wano takie spo­tka­nia. Zebrała się w sobie i powtó­rzyła to, co mówiła już dzie­siątki razy.

– Histo­ria opo­wiada o Judith Mode­roi, zwy­czaj­nej kobie­cie, nauczy­cielce, która żyje w związku z leci­wym samot­nym pisa­rzem, męż­czy­zną po przej­ściach, miesz­ka­ją­cym w ogrom­nej willi na bre­toń­skiej wyspie Bréhat, który od lat niczego nie opu­bli­ko­wał.

– Janus Arpa­geon…

– Tak, Janus Arpa­geon. Daje Judith do prze­czy­ta­nia ręko­pis, który nie ma jesz­cze tytułu i o któ­rym nikomu nie mówił. To mroczna opo­wieść o gwał­tach i mor­der­stwach na nasto­lat­kach, któ­rych sprawcą był pisarz Kajak Moebius. Arpa­geon musi jesz­cze dopi­sać dzie­sięć ostat­nich stron, a przede wszyst­kim wska­zać poli­cjan­tom miej­sce w książce, w któ­rym Kajak pogrze­bał swoje ofiary. Judith zachwyca się powie­ścią, nie wie­dząc, że Arpa­geon opi­sał w niej swoją wła­sną histo­rię i że główny boha­ter, Kajak, to on.

– Czyli ręko­pis jest rodza­jem zbe­le­try­zo­wa­nej auto­bio­gra­fii.

– To raczej długa spo­wiedź wie­lo­krot­nego gwał­ci­ciela i mor­dercy, który ni­gdy nie został zła­pany i który u kresu życia za pośred­nic­twem powie­ści chce wyznać swoje winy. Kiedy zapo­wiada, że zanim dopi­sze zakoń­cze­nie, zamie­rza wysłać ręko­pis swo­jemu sta­remu wydawcy, Judith posta­na­wia go uwię­zić i pod­dać tor­tu­rom, żeby dokoń­czył powieść.

– Jak w Misery Ste­phena Kinga. Czy­tał pan?

– Oczy­wi­ście, zdaję sobie sprawę, że nie­któ­rzy czy­tel­nicy sko­ja­rzą ze sobą obie książki, tak jak pani w tej chwili. Ale ja pod­cho­dzę do tego zupeł­nie ina­czej. To raczej hołd zło­żony pisa­rzowi.

– Nie­które frag­menty są trudne. Jak dzi­waczna scena gwałtu, któ­rego Arpa­geon dopu­ścił się w prze­szło­ści. Opi­suje pan też pre­cy­zyj­nie pro­ces powsta­wa­nia narzę­dzia tor­tur, któ­rego Judith używa, by zmiaż­dżyć mu nogę, podaje pan nawet listę rze­czy do kupie­nia w lokal­nym skle­pie. Wyja­śnia pan, jak usu­nąć ślady DNA wybie­la­czem, przy­po­mina o fak­cie, że palone wapno pozwala na zako­pa­nie ciała bez śla­dów ani zapa­chów, zdra­dza kilka poli­cyj­nych tech­nik. Nie oba­wia się pan, że to może utrud­nić pracę praw­dzi­wym poli­cjan­tom? Że ludzie o nie­cnych zamia­rach mogą wyko­rzy­stać pomy­sły z pana ksią­żek w złej wie­rze?

– Odwieczna debata… Jako auto­rzy kry­mi­na­łów mamy swój udział we wzro­ście prze­stęp­czo­ści na świe­cie, o to cho­dzi? Sądzi pani, że ludzie o nie­cnych zamia­rach, jak ich pani nazywa, cze­kają na moją książkę, żeby móc zacząć dzia­łać? Że użyją jej jak książki kuchar­skiej? Osoba, która popeł­nia mor­der­stwo czy gwałt, ude­rza pod wpły­wem impulsu, nie­na­wi­ści, zło­ści albo z powodu swo­jego dzie­ciń­stwa. Powieść to tylko pre­tekst albo czyn­nik spu­stowy, jeśli pani woli. Ale wróćmy do mojej histo­rii, bo o niej była mowa, prawda?

– Pro­szę.

– Arpa­geon sta­wia opór swo­jej opraw­czyni i upiera się, że nie napi­sze zakoń­cze­nia. Wtedy Judith pakuje mu w głowę kulkę z poli­cyj­nego sig sau­era i pozbywa się zwłok, wyko­rzy­stu­jąc tech­nikę, którą Arpa­geon sam opi­sał w swo­jej książce: wrzuca go do pół­to­ra­me­tro­wego dołu wyko­pa­nego w lesie i przy­sy­puje palo­nym wap­nem. – Léane uśmie­cha się z zaci­śnię­tymi ustami i mówi dalej. – Tak, wiem, to zaprze­cza temu, co przed chwilą powie­dzia­łem, że zło­czyńcy nie inspi­rują się fik­cją, ale tutaj cho­dzi o fik­cję w fik­cji, rozu­mie pan? Czyli pozo­sta­jemy w dome­nie fik­cji.

– Rozu­miem.

– Dobrze, idźmy dalej. Następ­nie Judith wymy­śla zakoń­cze­nie, bo czuje się w obo­wiązku wska­zać to słynne miej­sce, w któ­rym pocho­wano ofiary.

– Sama dopi­suje koniec. Dzie­sięć spo­śród pię­ciu­set stron, które liczy ręko­pis.

– Tak, radzi sobie jak umie, musi wybie­rać, podej­mo­wać decy­zje, któ­rych być może nie pod­jąłby autor, ale efekt jest nawet dobry. Wymy­śla też iro­niczny tytuł, Nie­do­koń­czony ręko­pis, po czym wysyła książkę do wydawcy, który wkrótce ją publi­kuje.

– Naj­więk­szy wydaw­ni­czy prze­kręt. Wydać książkę, któ­rej samemu się nie napi­sało, tylko ukra­dło komuś innemu.

– Wła­śnie, ale to się obraca prze­ciwko niej. Oczy­wi­ście zyskuje sławę, jed­nak tylko do czasu, gdy poja­wia się u niej poli­cja. O tym, że mor­der­stwa opi­sane w książce wyda­rzyły się naprawdę, wie­działa tylko jedna osoba: mor­derca. Wtedy Judith uświa­da­mia sobie, że Arpa­geon był seryj­nym zabójcą, który opi­sał swoje wła­sne życie. I że przy­własz­cza­jąc sobie jego histo­rię, zajęła jego miej­sce.

Dzien­ni­karka, która robiła notatki, miała nie­czy­telne pismo.

– I pułapka się zatrza­skuje. Świetny pomysł, muszę przy­znać, że ten koń­cowy zwrot akcji jest bar­dzo udany.

– Dzię­kuję.

– Mówię to szcze­rze. To także piękne auto­te­ma­tyczne potrak­to­wa­nie pań­skiego zawodu. Pan, pisarz, opo­wiada histo­rię pisa­rza Arpa­ge­ona, który opo­wiada histo­rie pisa­rza Moebiusa. I wszyst­kie te nakła­da­jące się na sie­bie postaci są w spo­sób oczy­wi­sty tor­tu­ro­wane. To swo­iste zanu­rze­nie się w ludzką psy­chikę, w labi­rynt umy­słu, aż po jego naj­głęb­sze war­stwy. Kajak Moebius to stu­pro­cen­towa bestia, uoso­bie­nie instynktu prze­mocy. Arpa­egon to postać bar­dziej zniu­an­so­wana, tar­gana lękami i obse­sjami. Tro­chę jak pan, prawda?

– Nie wiem… Mam wra­że­nie, że jeśli to pominę, nie będę miał nic do powie­dze­nia. Mam taką potrzebę, by moi boha­te­ro­wie cier­pieli. To jak prze­bły­ski pod­czas pisa­nia. Jakby cię­cia nożem w mojej gło­wie.

Dzien­ni­karka zer­k­nęła na agentkę i odchrząk­nęła.

– To ma jakiś zwią­zek z pań­ską prze­szło­ścią?

– Mia­łem nor­malne, szczę­śliwe dzie­ciń­stwo, jeśli to chce pani wie­dzieć. U auto­rów thril­le­rów nie­ko­niecz­nie trzeba się doszu­ki­wać zabu­rzo­nej oso­bo­wo­ści albo psy­cho­pa­tii.

– Czę­sto ist­nieje jakiś ukryty powód, który popy­cha ludzi do pisa­nia. Ale idźmy dalej. Fina­łowa scena roz­grywa się na kli­fach Étretat, na wyso­ko­ści kładki i for­ma­cji skal­nej, którą nazwał pan Wydrą­żoną Iglicą. Po Ste­phe­nie Kingu oddaje pan hołd Mau­rice’owi Leblan­cowi?

– Mau­rice Leblanc, Conan Doyle, Aga­tha Chri­stie… Oddaję hołd całemu gatun­kowi who­du­nit, kry­mi­na­łom w ogól­no­ści. Ale pro­szę, żeby pani w swoim arty­kule nie zdra­dzała zakoń­cze­nia.

– Oczy­wi­ście. Przejdźmy do innych tema­tów. Kiedy czło­wiek, tak jak ja, ma kon­takty w poli­cji, kiedy tro­chę się inte­re­suje spra­wami kry­mi­nal­nymi, bez trudu znaj­dzie punkty wspólne mię­dzy spo­so­bem dzia­ła­nia mor­dercy w pań­skiej powie­ści a modus ope­randi Andy’ego Jean­sona, postaci zgoła nie­wir­tu­al­nej.

Léane zaci­snęła palce wokół kie­liszka.

– Moż­liwe, czer­pię rów­nież z rze­czy­wi­sto­ści. I co z tego?

Géraldine Scor­del odło­żyła dłu­go­pis, zdjęła oku­lary i poma­so­wała sobie oczy.

– Okej, nie będę owi­jać w bawełnę. Dowie­dzia­łam się z pew­nego źró­dła, że nie­jaka Sarah Mor­gan jest jedną z ofiar Podróż­nika, nawet jeśli seryjny mor­derca nie zdra­dził jesz­cze miej­sca ukry­cia zwłok. Wiem też, że jego pro­ces jesz­cze się nie odbył, że sprawa jest deli­katna i nie zary­zy­kuję mówie­nia o tym w moim arty­kule, o ile nie poda mi pani swo­jej wer­sji fak­tów. Wiem, że zależy pani na zacho­wa­niu ano­ni­mo­wo­ści, ale niech pani sobie wyobrazi to: Enaël Miraure jest tak naprawdę kobietą i ta kobieta zwie­rza się z tra­ge­dii, którą prze­żyła. Mówi o zagi­nię­ciu córki przed czte­rema laty, a przede wszyst­kim o tym, co było potem, aż do aresz­to­wa­nia Andy’ego Jean­sona dwa lata temu. – Zwró­ciła się do agentki: – Gwa­ran­tuję wam już nie tylko roz­kła­dówkę, ale mate­riał na sześć stron. Po takiej pro­mo­cji licz­niki eks­plo­dują, dla was i dla nas. To będzie stu­pro­cen­towa bomba.

Wró­ciła wzro­kiem do Léane. Kobieta stała, opie­ra­jąc się pię­ściami o stół.

– A moje życie? Pomy­ślała pani o tym? Niech pani spada! Jedno słowo na temat mojej toż­sa­mo­ści albo tej sprawy, a przy­walę pani i pani gaze­cie pro­ces o znie­sła­wie­nie i nasta­wa­nie na życie pry­watne.

Wło­żyła płaszcz, się­gnęła po torebkę i nie odwra­ca­jąc się, wyszła z kawiarni. Pam zła­pała ją na chod­niku.

– Bar­dzo mi przy­kro, Léane. Nie wie­dzia­łam, że zapu­ści się na ten teren.

– Macza­łaś w tym palce, tak?

– W życiu! Szlag, myślisz, że była­bym do tego zdolna? Znasz Scor­del, to pro­fe­sjo­na­listka. Zała­twię to, nie będzie o tym pisać, jeśli takie jest twoje życze­nie. Ale jeżeli…

Léane zatrzy­mała tak­sówkę.

– Oczy­wi­ście, że takie jest moje życze­nie! Nie ma żad­nego „ale jeżeli”, Pam. To jest poza dys­ku­sją. Nie po to przez dzie­sięć lat życia ukry­wa­łam, kim jestem, żeby wszystko zepsuć tą ponurą histo­rią. Ni­gdy wię­cej nie poru­szajmy tego tematu. Koniec kropka.

– Jak chcesz. A co ze spo­tka­niem z „Libération” o osiem­na­stej dwa­dzie­ścia?

– Nie.

– Nie możemy tego zro­bić.

– Ależ możemy, oto dowód. I pil­nuj, żeby nic nie wycie­kło, albo będziesz za to odpo­wia­dać.

Pisarka wsia­dła do samo­chodu, podała kie­rowcy adres i oparła się o zagłó­wek. Co za kosz­mar. W głębi duszy spo­dzie­wała się, że to się zda­rzy. Prę­dzej czy póź­niej jakiś lepiej poin­for­mo­wany dzien­ni­karz musiał poru­szyć ten temat. Znana autorka, która opi­suje histo­rie mor­derstw i gwał­tów, sama prze­żywa dra­maty ze swo­ich ksią­żek: jasne, że takie coś się sprze­daje.

Tak­sów­karz wysa­dził ją przy ave­nue du Président-Wil­son. W XI dziel­nicy, sto metrów od Pałacu Tokij­skiego i Muzeum Sztuki Nowo­cze­snej. Zna­la­zł­szy się na swo­ich sześć­dzie­się­ciu metrach kwa­dra­to­wych, odru­chowo włą­czyła radio i nalała sobie kie­li­szek bia­łego wina. Wie­działa, że zanim się położy, wypije jesz­cze dwa. Popi­ja­nie było naj­lep­szym spo­so­bem mie­rze­nia się z bez­denną pustką wie­czo­rów. Nie zno­siła przy­jęć, kok­tajli i spo­tkań, na które ludzie cho­dzili, żeby się poka­zać. Blask, sztucz­ność – to było tak bar­dzo nie dla niej. Nawet w tym miesz­ka­niu, w Paryżu, wśród jego świa­teł, czuła się obco.

Mimo zmę­cze­nia Léane weszła na face­bo­okowe konto Enaëla Miraure’a: miało osiem­dzie­siąt tysięcy fanów, głów­nie kobiet. Zdję­cie pro­fi­lowe, które jej wydawca kupił w banku obra­zów, przed­sta­wiało Enaëla jako bru­neta około czter­dziestki, z sza­rymi oczami i krót­kimi wło­sami, z wyglądu przy­po­mi­na­ją­cego Eastwo­oda. Léane miała fali­ste blond włosy do ramion, mały, zadarty nos i oczy koloru nie­bie­skiego o zmien­nej inten­syw­no­ści zależ­nie od oświe­tle­nia.

W kwe­stii uzur­pa­cji toż­sa­mo­ści dzien­ni­karka się nie pomy­liła, ale Léane miała potrzebę zna­leźć się w skó­rze Enaëla, poczuć jego męskość, pew­ność sie­bie. Cza­sem jako Léane, sie­dząc nad pustą kartką, odczu­wała nie­wy­tłu­ma­czalny strach. Kiedy zapa­dał zmrok, czę­sto pod­cho­dziła jej do gar­dła jakby szpo­nia­sta łapa, która zaty­kała jej usta, dusiła. Jak gdyby Enaël Miraure był uwię­ziony w jej wnę­trzu i usi­ło­wał wyjść.

Przez jakiś czas sur­fo­wała po mediach spo­łecz­no­ścio­wych, sama w tłu­mie wir­tu­al­nych przy­ja­ciół, po czym owi­nęła się weł­nia­nym sza­lem i wyszła na taras, by napić się wina. Sarze spodo­bałby się ten widok na dachy sto­licy, blask lamp na wieży Eif­fla, sre­brzy­ste migo­ta­nie Sekwany. Léane doce­niała to sza­lone mia­sto wyłącz­nie za to, że nie pozwa­lało jej za dużo myśleć. Paryż znie­czu­lał ją jak kro­ple absyntu poda­wane na cukrze.

Zadzwo­niła jej komórka. Na widok nazwi­ska na wyświe­tla­czu wes­tchnęła: Colin Ber­che­ron. Nie ode­brała tele­fonu od poli­cjanta i pomy­ślała o mężu. Ona tutaj, on tam, przy­kle­jony do pół­noc­nego wybrzeża jak małż do skały. Pra­wie dwa mie­siące bez kon­taktu, poza nagraną przed dwoma dniami wia­do­mo­ścią, że ma ważną infor­ma­cję. Kilka razy usi­ło­wała do niego oddzwo­nić, na próżno. Rzu­cić haczyk i nie kon­ty­nu­ować – to bar­dzo w jego stylu.

Czyżby Jul­lian popadł w jesz­cze głęb­szą para­noję? Czy wciąż, mimo oczy­wi­stych dowo­dów, szuka zwłok ich córki? Léane oba­wiała się momentu, gdy trzeba będzie zale­ga­li­zo­wać ich roz­sta­nie i popro­sić o roz­wód. Odkąd od pół­tora roku żyła tutaj, ich mał­żeń­stwo nie było już do niczego podobne. Kolejna żałoba do prze­pra­co­wa­nia. W głębi jej duszy wciąż jed­nak tliła się jakaś iskra. Stary, dwu­dzie­sto­letni ogień nie przy­ga­sał.

Poli­cjant zosta­wił jej wia­do­mość. Zmu­siła się, by ją prze­czy­tać.

Léane, tutaj Colin. Prze­pra­szam, że prze­szka­dzam ci o tak póź­nej porze, ale twój mąż został napad­nięty. Jest w szpi­talu w Berck, w tej chwili nic wię­cej nie wiem. Oddzwoń, jak dosta­niesz tę wia­do­mość.

5

Zimą, kiedy dojeż­dża się do miej­sco­wo­ści poło­żo­nych na pół­noc­nym wybrzeżu, można zaob­ser­wo­wać dziwne zja­wi­sko: w mgnie­niu oka na przed­nią szybę samo­chodu niczym ostrze gilo­tyny opada mgła. Czło­wiek czuje się jak wrzu­cony w jakiś posta­po­ka­lip­tyczny świat, z potwo­rami ska­czą­cymi do szyb, goto­wymi zawlec go na pełne morze, w sam śro­dek lodo­wa­tych bał­wa­nów. Wła­śnie taka lepka mgła zabrała jej Sarę – w wie­czór żar­łocz­nych ciem­no­ści, kiedy wydmy zakne­blo­wały jej córkę, by wcią­gnąć ją w swoje naj­ciem­niej­sze zaka­marki.

Léane dostała gęsiej skórki i zablo­ko­wała zamki. Wie­działa, że to głu­pie, ale takie nagłe, irra­cjo­nalne lęki zatru­wały jej życie od czasu, gdy była nasto­latką. Wykrzy­wione, krą­żące wokół niej twa­rze, dzie­siątki rąk szar­pią­cych ją w noc­nych kosz­ma­rach, z któ­rych budziła się z krzy­kiem, a to wszystko aż do trzy­dziestki, kiedy to wresz­cie prze­lała na papier swoje pierw­sze pomy­sły i kiedy poja­wił się Enaël Miraure, jakby pisa­nie było dla niej wen­ty­lem bez­pie­czeń­stwa. Nie chciała opo­wia­dać dzien­ni­karce o swo­ich lękach. Nagle zoba­czyła, jak z mgły wyła­nia się kam­per Andy’ego Jean­sona i zajeż­dża jej drogę, a wiel­kie, sękate dło­nie męż­czy­zny przy­kle­jają się do szyby jej samo­chodu. Choć czło­wiek zwany Podróż­ni­kiem sie­dział za kra­tami, wciąż prze­śla­do­wał ją jak cień, przy­cza­jony za każ­dym odde­chem, za każ­dym mru­gnię­ciem. Był jej czar­nym ludem.

Około pierw­szej w nocy dotarła do szpi­tala, znaj­du­ją­cego się w szcze­rym polu, pięć kilo­me­trów od Berck-sur-Mer. Colin cze­kał na nią na ławce w pocze­kalni. Miał na sobie zno­szoną czarną kurtkę i jedną ze swo­ich nie­śmier­tel­nych koszul w kratę. Na oczy o sta­now­czym, szcze­rym spoj­rze­niu opa­dał niczym prze­ci­nek kosmyk ogni­stych wło­sów. Był poli­cjan­tem z małego mia­steczka, któ­rego wszy­scy mieli gdzieś, ale nie lek­ce­wa­żył swo­jej pracy i z jed­na­kową powagą pod­cho­dził zarówno do banal­nych spraw, jak i do bar­dziej eks­cy­tu­ją­cych histo­rii, które jed­nak w więk­szo­ści przy­pad­ków osta­tecz­nie tra­fiały do wyż­szych instan­cji.

Kiedy ją zoba­czył, wstał. Z sza­loną ochotą by ją przy­tu­lił, ale zamiast tego popro­wa­dził ją do auto­matu z napo­jami, do któ­rego wrzu­cił monetę o nomi­nale jed­nego euro. Zauwa­żył napię­cie na jej twa­rzy i opa­da­jące ze zmę­cze­nia powieki. Miał wra­że­nie, że w ciągu dwóch ostat­nich mie­sięcy bar­dzo schu­dła.

– Cze­kam na infor­ma­cje od leka­rza, nie­długo powi­nien przyjść. Nie ma zagro­że­nia życia, ale… mimo wszystko było nie­bez­piecz­nie.

– Co się stało?

Colin podał jej sło­dzone espresso.

– Jakiś spa­ce­ro­wicz zna­lazł go około dzie­więt­na­stej nie­przy­tom­nego na pro­me­na­dzie mię­dzy zatoką a nabrze­żem, od strony latarni. Leżał na ziemi. Pogo­to­wie przy­wio­zło go tutaj. Miał ślady ude­rzeń na gło­wie i szyi, być może ktoś pró­bo­wał go udu­sić, na razie wię­cej nie wiem. Nie wygląda to na napaść rabun­kową: w kie­szeni miał port­fel, klucz od domu i komórkę. Znamy nawet trasę, którą szedł, bo w jego tele­fo­nie była uru­cho­miona apli­ka­cja zdro­wotna. Koń­czył wła­śnie pię­cio­ki­lo­me­trowy spa­cer wzdłuż nabrzeża, który zaczął godzinę wcze­śniej, i miał wra­cać do domu.

Léane usi­ło­wała zro­zu­mieć. Od jak dawna Jul­lian korzy­stał z tego rodzaju apli­ka­cji? Nie­na­wi­dził tech­no­lo­gicz­nych nowi­nek kon­tro­lu­ją­cych życie czło­wieka, dzięki któ­rym można schud­nąć, lepiej się poczuć i poznać liczbę kro­ków zro­bio­nych w ciągu dnia. Śmiał się nawet, że doj­dzie do tego, że ludzie będą wysy­łać tele­fon, żeby za nich pobie­gał.

– Dla­czego ktoś mu to zro­bił?

– Nie mam poję­cia, ale Jul­lian miał nie tylko przy­ja­ciół. Twój mąż kwe­stio­no­wał wszystko: wymiar spra­wie­dli­wo­ści, śledz­two, świad­ków. Pew­nie o tym nie wiesz, ale nie­całe trzy tygo­dnie temu z powodu jego zacho­wa­nia na komi­sa­ria­cie o mało nie zamknę­li­śmy go w izbie wytrzeź­wień. Był pijany, wyzy­wał nas. Gdyby nie był tym, kim jest, był­bym go zapusz­ko­wał.

– Szuka ciała Sary.

– Moż­liwe. Ale minęły już cztery lata, a on krąży po uli­cach Berck jak jakiś duch. Jego poszu­ki­wa­nia są odbie­rane jako nęka­nie i nie wszystko da się nimi uspra­wie­dli­wić. Nie­za­leż­nie od tego, co sobie myśli, my pra­cu­jemy.

– Dopóki Jean­son nie zdra­dzi, gdzie pogrze­bał naszą córkę, Jul­lian nie prze­sta­nie nisz­czyć wszyst­kiego, co go ota­cza. Z sobą włącz­nie.

Jej oczy zaszły mgłą.

– Chodź tutaj.

Colin objął ją ramie­niem. Miał wra­że­nie, jakby przy­tu­lał kamienny słup. Léane odsu­nęła się od niego dość gwał­tow­nie i się­gnęła po kubek z kawą.

– Prze­pra­szam cię, Colin, ale…

– Nie przej­muj się. Rozu­miem.

Poli­cjant, rów­nież zakło­po­tany, spoj­rzał w stronę drzwi wej­ścio­wych, za któ­rymi migo­tał kogut wozu stra­żac­kiego albo ambu­lansu, po czym znowu popa­trzył na Léane.

– Przej­rza­łem histo­rię połą­czeń w jego tele­fo­nie. Widzia­łem, że kilka razy, wczo­raj i przedwczo­raj, pró­bo­wa­łaś się do niego dodzwo­nić.

– Nagrał mi wia­do­mość. Dam ci odsłu­chać.

Głos Jul­liana w słu­chaw­kach był niski, mono­tonny. Męż­czy­zna mówił, że ma ważną infor­ma­cję na temat Sary.

– Od tam­tej pory się nie ode­zwał, nie odbie­rał moich tele­fo­nów.

Colin zapi­sał coś w note­sie. Od lat nosił go w wewnętrz­nej kie­szeni kurtki razem z tanim dłu­go­pi­sem o pogry­zio­nej zatyczce, którą teraz wło­żył sobie mię­dzy wargi.

– Trzy dni temu dzwo­nił do niego jego ojciec z infor­ma­cją, że jedzie na święta do Mont­pel­lier. Odsłu­cha­łem wia­do­mość w komórce two­jego męża, którą zatrzy­mamy na potrzeby śledz­twa. Kiedy byłaś w dro­dze, oddzwo­niłem do two­jego teścia i powie­dzia­łem mu o napa­dzie. Jutro tu będzie.

Léane ski­nęła głową. Sześć mie­sięcy wcze­śniej Jacques Mor­gan stra­cił żonę: popeł­niła samo­bój­stwo poprzez przedaw­ko­wa­nie leków. Léane ni­gdy nie widziała, żeby jej teściowa była szczę­śliwa. W jej oczach zawsze tlił się strasz­liwy smu­tek, któ­rego źró­dła ani ona, ani nawet Jul­lian nie znali. Alko­hol, anty­de­pre­santy i leki prze­ciw­lę­kowe były sta­łymi towa­rzy­szami jej życia. Pisarka czę­sto zasta­na­wiała się, jak Jacques jest w sta­nie to wytrzy­mać.

Colin wyrwał ją z zamy­śle­nia:

– Skoro już jeste­śmy przy zwie­rze­niach, powin­naś wie­dzieć jesz­cze o jed­nym. Jakieś dwa mie­siące temu Jul­lian zadzwo­nił do nas rano i zgło­sił wła­ma­nie.

Léane zamarła. Jej dłoń z kub­kiem zatrzy­mała się na wyso­ko­ści pod­bródka.

– Wła­ma­nie?

– Wolał ci o tym nie mówić i popro­sił mnie o dys­kre­cję. Nie chciał, żebyś się mar­twiła, wie­dział, że nie­długo wycho­dzi twoja książka i masz inne rze­czy na gło­wie. Posze­dłem do willi na wizję lokalną, ale… – Wyglą­dał na zakło­po­ta­nego. Léane spi­jała z jego warg każde słowo. – Ale śla­dów wła­ma­nia nie było. Jul­lian spał na pię­trze i niczego nie sły­szał. Powie­dział nam, że ktoś grze­bał w jego rze­czach, że papiery nie leżały na swoim miej­scu, że wła­my­wacz wszedł do łazienki i ukradł przed­mioty codzien­nego użytku, takie jak mydła czy szczotki do wło­sów. Oraz że z biblio­teczki znik­nęło kilka egzem­pla­rzy two­ich ksią­żek.

Léane miała wra­że­nie, jakby obry­wała cios za cio­sem w ostat­niej run­dzie bok­ser­skiego meczu. Wyrzu­ciła kubek z resztką kawy do kosza. W gar­dle pozo­stał jej meta­liczny posmak napoju.

– To jakiś obłęd. Mydła? Moje książki? Dla­czego ktoś miałby coś takiego zro­bić?

– Tym bar­dziej że nie było żad­nych oznak wła­ma­nia. Jul­lian potwier­dził, że wszyst­kie drzwi były zamknięte. Wła­my­wacz, zakła­da­jąc, że był jakiś wła­my­wacz, musiałby mieć klucz.

– Myślisz, że sobie to ubz­du­rał?

– Pił poprzed­niego dnia, Léane. I dwa dni wcze­śniej rów­nież. W zle­wie walało się sporo bute­lek. Mówię ci, w ostat­nim cza­sie nie­raz zgar­nia­li­śmy go spod tutej­szych knajp. Szczotki do wło­sów, co za pomysł! I kto miałby inte­res w tym, żeby kraść twoje książki, skoro można je kupić w księ­garni? Po co ryzy­ko­wać wła­ma­nie do waszego domu i robić takie rze­czy? Przy­ją­łem jego zgło­sze­nie, ale muszę się przy­znać, że nie nada­łem biegu spra­wie.

Léane zadrżała. Od czasu zagi­nię­cia Sary Jul­lian nie był sobą. Alko­hol, roz­pacz, daremne poszu­ki­wa­nia. Ile razy wzdłuż i wszerz prze­mie­rzył kilo­me­try wydm, nawet wiele mie­sięcy póź­niej? Ile kilo­me­trów kwa­dra­to­wych mor­skiego dna spraw­dził? Czy ist­nieją w Berck jakieś drzwi, do któ­rych by nie zapu­kał? Czy kto­kol­wiek w mie­ście nie czy­tał ulotki ze zdję­ciem ich córki? Jak może dalej miesz­kać w domu, do któ­rego sześć mie­sięcy po znik­nię­ciu Sary przy­szła koperta z jej wło­sami? I w któ­rym po pół­tora roku dowie­dzieli się, że ich córka została zabita przez Andy’ego Jean­sona, mrocz­nego podróż­nika jeż­dżą­cego kam­pe­rem, który gwał­cił, mor­do­wał i grze­bał swoje ofiary w lasach, a jakby tego było mało, wysy­łał rodzi­com kosmyki ich wło­sów?

Ona sama ucie­kła z Natchnie­nia. Te dni spę­dzone na krę­ce­niu się w kółko w czte­rech ścia­nach, te kosz­mary z dzie­ciń­stwa, które nagle wypły­nęły na wierzch i z któ­rych budziła się z krzy­kiem w środku nocy, te godziny spę­dzone przed drzwiami pokoju ich córki, ta nie­zdol­ność do wykrze­sa­nia z sie­bie jakie­go­kol­wiek pomy­słu na powieść, to ocze­ki­wa­nie na nowe infor­ma­cje w śledz­twie, to odtwa­rza­nie sce­na­riu­sza zagi­nię­cia… I strach przed tym domem, a zwłasz­cza wyobra­ża­nie sobie, że Jean­son czai się za wydmami, ukryty w pia­sku, gotów wejść do willi i wśli­zgnąć się do jej łóżka. Nie­wi­dzialna postać, która ją prze­ra­żała, jak Horla Mau­pas­santa.

Wyje­chała więc, a Jul­lian nie chciał z nią zamiesz­kać w pary­skim apar­ta­men­cie, wolał cze­kać na powrót Sary, prze­ko­nany, że któ­re­goś dnia córka się pojawi. Zamknął się we wła­snych obse­sjach. Dopóki nie zoba­czy ciała, nie chciał wie­rzyć, że Jean­son zabił ją tak jak inne ofiary i zako­pał. Pra­co­wał już tylko tyle, by prze­żyć, pił, by ukryć prawdę, a w pozo­sta­łym cza­sie szu­kał: w inter­ne­cie, na forach, na dro­gach, zamie­ścił jej zdję­cie na wszyst­kich por­ta­lach spo­łecz­no­ścio­wych, w witry­nach skle­pów, na sta­cjach ben­zy­no­wych – z nadzieją, że wresz­cie ktoś mu powie „tak, spo­tka­łem ją” albo „wiem, gdzie jest, wszystko u niej w porządku”. Samo­bój­stwo jego matki w żaden spo­sób nie zmie­niło sytu­acji.

Kiedy tylko Léane zna­la­zła się w Paryżu, natchnie­nie wró­ciło: posta­no­wiła stwo­rzyć histo­rię o pisa­rzu – zwy­rod­nialcu, gwał­ci­cielu i mor­dercy uwię­zio­nym przez wariatkę, która każe mu dokoń­czyć książkę. Zanim napi­sała pierw­szą linijkę, już znała tytuł: Nie­do­koń­czony ręko­pis. Książka stała się jed­nym z best­sel­le­rów koń­cówki roku.

Do rze­czy­wi­sto­ści przy­wró­cił ją głos Colina:

– Zamie­rzasz tro­chę zostać w Berck?

– Tak, wzię­łam część rze­czy.

– A pro­mo­cja two­jej powie­ści?

– Książka się dobrze sprze­daje. Są waż­niej­sze sprawy.

Ze spo­sobu, w jaki na nią patrzył, Léane wnio­sko­wała, że ta infor­ma­cja raczej go ucie­szyła. Przy­szedł dok­tor Grze­sko­wiak. Pisarka znała go od dawna: kilka lat temu dostar­czał jej infor­ma­cji na temat zabu­rzeń pamięci i odpo­wia­dał na pyta­nia, które zada­wała mu w związku z pisaną książką. Ser­decz­nie uści­snął jej dłoń.

– Zaraz zabie­rzemy pani męża na dodat­kowe bada­nia, ale wiem, że ma pani za sobą podróż, więc może pani się z nim zoba­czyć przez kilka minut. Wyj­dzie z tego.

– Czy jest poważ­nie ranny?

– Fizycz­nie idzie ku dobremu. Nie ma zła­mań, ale poważne uszko­dze­nia na wyso­ko­ści gar­dła wywo­łały opu­chli­znę, która może przy­tłu­mić mu głos i utrud­nić mówie­nie jesz­cze przez kilka dni. Nie jest to nic nie­od­wra­cal­nego. Jeśli cho­dzi o czaszkę, a to była nasza główna obawa, nie zna­leź­li­śmy uszko­dzeń ani obrzęku. Jego reak­cje wer­balne i ruchowe są raczej zado­wa­la­jące. Zro­bimy dodat­kowe bada­nia, żeby spraw­dzić, czy nie ma powi­kłań w mózgu. Bo mimo wszystko w wyniku napadu stra­cił przy­tom­ność.

Colin wyjął notes.

– Został ude­rzony od tyłu?

– Tak sądzę. Moim zda­niem ktoś pró­bo­wał go udu­sić, a potem ude­rzył w czu­bek głowy. Nie ma uszko­dzeń skóry, a ślad po ude­rze­niu ma dwa, trzy cen­ty­me­try: to zna­czy, że zaata­ko­wano go jakimś tępym narzę­dziem w stylu kija bejs­bo­lo­wego.

Każde z tych słów spra­wiało Léane ból. Była na sie­bie strasz­nie zła, wyobra­żała sobie, jak jej mąż zupeł­nie sam leży nie­przy­tomny na ziemi, pod­czas gdy ona popija białe wino po trzy­dzie­ści euro za butelkę. Dla­czego nie wsia­dła w samo­chód dwa dni wcze­śniej, po tym jak nagrał jej wia­do­mość? Dla­czego w jego gło­sie nie wyczuła przy­na­gle­nia ani tego, że być może już wtedy czuł się zagro­żony? Co zamie­rzał jej powie­dzieć na temat ich córki?

Weszli w kory­tarz. Przed drzwiami z nume­rem dwie­ście dwa­dzie­ścia dwa Léane przy­ci­snęła obie pię­ści do ciała, po czym weszła do środka. Jul­lian leżał pod koł­drą w bia­łej piża­mie, nie­ru­chomy, pod kro­plówką, z twa­rzą zwró­coną w stronę sufitu i z gru­bym opa­trun­kiem na gło­wie. Odwró­cił się w jej stronę: jego prawe oko było opuch­nięte i czer­wone z powodu popę­ka­nych naczyń krwio­no­śnych. Miał krótko ścięte włosy.

Żołą­dek palił Léane jak roz­ża­rzony piec. Nie miała przed sobą jakie­goś tam pacjenta, ale swo­jego męża, ojca Sary, męż­czy­znę, z któ­rym spę­dziła pra­wie połowę życia, który zno­sił jej obse­sje z więk­szą cier­pli­wo­ścią, niż ona akcep­to­wała jego – te dłu­gie tygo­dnie, kiedy zamy­kała się w pokoju i we wła­snej gło­wie, bez słowa, bez uśmie­chu – tego samego męż­czy­znę, który z każ­dym dniem coraz bar­dziej się od niej odda­lał. Przy­pa­dła do niego i wierz­chem dłoni pogła­dziła go po policzku. Drżały jej palce.

– Jestem tutaj, dobrze?

Przyj­rzał jej się z wyraźną paniką w oczach i znie­kształ­co­nym gło­sem, który Léane z tru­dem roz­po­znała, wydu­sił:

– Kim pani jest?

6

Wśród stu dwu­dzie­stu sied­miu ofiar, które Vic miał oka­zję oglą­dać na sto­łach sek­cyj­nych, było sie­dem­dzie­się­ciu dwóch męż­czyzn, czter­dzie­ści trzy kobiety, jede­na­ścioro dzieci i jeden nowo­ro­dek. Pię­trzące się sta­ty­styki przy­gnia­tały mu umysł; topielcy, ofiary popa­rzeń, wypad­ków, blon­dyni, bru­neci, łysi – pamię­tał adres każ­dej ofiary, miej­sce i datę zna­le­zie­nia zwłok, ich wagę i wzrost, warunki mete­oro­lo­giczne i, co naj­gor­sze, twa­rze: upiorną gale­rię mar­twych oczu, poła­ma­nych nosów, zapad­nięte policzki, zie­lon­kawe, nie­bie­skawe czy po pro­stu szare. Wszystko to nie czy­niło go nie­szczę­śli­wym, sza­leń­cem ani mania­kiem, ale prze­obra­żało w starą szafę na akta kry­mi­nalne i obcią­żało pamięć.

Vic cier­piał na hiper­mne­zję – zdol­ność do zapa­mię­ty­wa­nia wszyst­kiego, czy raczej niezdol­ność do zapo­mi­na­nia cze­go­kol­wiek. Wyjąt­kowa pamięć długo była dla niego atu­tem. We wcze­snym dzie­ciń­stwie czy­tał, pisał, uczył się, liczył szyb­ciej niż wszy­scy rówie­śnicy. Ale gąbka w jego gło­wie, z początku cał­kiem sucha, zbyt szybko napęcz­niała. Jego rodzice, świa­domi nie­wia­ry­god­nego poten­cjału syna, zapi­sy­wali go do klu­bów sza­cho­wych, astro­no­micz­nych, na lek­cje skrzy­piec i pia­nina oraz do szkoły dla wybit­nie uzdol­nio­nych dzieci. Zapre­nu­me­ro­wali dla niego kil­ka­dzie­siąt cza­so­pism z zakresu nauk ści­słych, histo­rii i geo­gra­fii, na gwiazdkę kupo­wali mu słow­niki i dobrze się bawili, wyobra­ża­jąc go sobie jako wybit­nego naukowca, lau­re­ata Nagrody Nobla z fizyki czy cudow­nego pia­ni­stę. Vic nato­miast marzył o tym, żeby grać w nogę, ganiać się z kole­gami i bawić w cho­wa­nego, ale na to nie dano mu czasu. W wieku dwu­na­stu lat recy­to­wał war­tość liczby pi z dokład­no­ścią do tysiąca czte­ry­stu miejsc po prze­cinku i po raz pierw­szy został zwy­cięzcą kon­kursu na naj­lep­szą pamięć, poko­nu­jąc zaja­dle wal­czą­cych doro­słych, któ­rzy trak­to­wali go jak praw­dzi­wego prze­ciw­nika, a nie jak dziecko, któ­rym w isto­cie był.

Ale póź­niej, zwłasz­cza w okre­sie doj­rze­wa­nia, wszystko wymknęło się spod kon­troli. Nie­na­wi­dził szkoły, nie mógł już patrzeć na sza­chy i nie zamie­rzał znać war­to­ści pier­wiastka kwa­dra­to­wego z dwóch ponad to, co mógł wyświe­tlić kal­ku­la­tor. Grał Mozarta, Schu­berta i Vival­diego, ale nie był w sta­nie odczy­tać par­ty­tury – gry­wał wyłącz­nie utwory, które znał na pamięć. Jego głód wie­dzy wygasł, w mózgu bra­ko­wało miej­sca i tlenu: Vic miał już wię­cej wspo­mnień niż nie­któ­rzy ludzie u kresu życia. Uwiel­biano go – to praw­dziwy zaszczyt mieć przy­ja­ciela, który potrafi przy­swoić sobie zasady gry całą talią kart w mniej niż minutę – ale jesz­cze bar­dziej nie­na­wi­dzono. Nie było z nim nor­mal­nego życia, rów­no­wagi. Pierw­sze związki prze­ży­wał w przy­śpie­szo­nym tem­pie, potra­fił uwo­dzić i wzru­szać, wie­dział, gdzie ude­rzyć, żeby zabo­lało; wykry­wał kłam­stwa – nie umy­kały mu różne odpo­wie­dzi udzie­lane na te same pyta­nia w odstę­pie kilku mie­sięcy. Gdyby życie skła­dało się z sumy oso­bi­stych wspo­mnień, Vic miałby kilka żyć. Albo żad­nego.

Podo­bał mu się rok spę­dzony w woj­sku. Ćwi­cze­nia, dys­cy­plina, nauka posłu­gi­wa­nia się bro­nią, taki sam mun­dur dla wszyst­kich, trak­to­wa­nie na równi z kole­gami, któ­rzy nic o nim nie wie­dzieli. Wędrówki w bło­cie zimą, zakrwa­wione stopy. Ciosy otrzy­my­wane na ringu. To było jak obja­wie­nie. Posta­no­wił, że nie zosta­nie naukow­cem ani astro­fi­zy­kiem, ale będzie słu­żył swo­jemu kra­jowi w sza­rej masie mun­durów. W kosza­ro­wej sypialni ktoś mu opo­wie­dział o zawo­dzie poli­cjanta. Szybko pod­jął decy­zję. Ency­klo­pe­dyczna pamięć miała mu pomóc w pro­wa­dze­niu śledztw i ści­ga­niu prze­stęp­ców.

Po trzech latach opu­ścił szkołę poli­cyjną w Can­nes-Écluse w ran­dze porucz­nika i wybrał przy­dział do Gre­no­ble, gdzie się wycho­wał. Po kolej­nym roku wypro­wa­dzili się stam­tąd jego rodzice, nie przy­szli też na jego ślub. Posta­wili na synu krzy­żyk, a ostat­nim sło­wem, jakie usły­szał z ust matki, był epi­tet „żało­sny”. Wiele lat póź­niej Vic zgo­dził się na udział w pew­nym tele­tur­nieju z nadzieją, że rodzice go zoba­czą, będą z niego dumni i odno­wią kon­takt. Odniósł osiem­dzie­siąt trzy zwy­cię­stwa z rzędu, skoń­czył czter­dzie­ści lat, a oni wciąż do niego nie zadzwo­nili. Prze­grał więc następną par­tię i wró­cił do swo­ich umar­la­ków.

I oto cze­kał na niego sto dwu­dzie­sty ósmy trup, wyjęty z lodówki i roz­cią­gnięty na sta­lo­wym bla­cie, kąsany zbyt ostrym bla­skiem lampy bez­cie­nio­wej – trup zna­le­ziony ponad dwa­dzie­ścia cztery godziny wcze­śniej w samo­cho­do­wym bagaż­niku.

Kiedy około pierw­szej w nocy V&V sta­wili się w recep­cji, Ophélie Ehre, jedna z pato­lo­żek Insty­tutu Medy­cyny Sądo­wej w Gre­no­ble, już się uwi­jała wokół zwłok. Nie była to nor­malna pora na wyko­ny­wa­nie sek­cji, ale wypa­dek auto­karu w Cham­ro­usse stał się nume­rem jeden w mediach i na naj­wyż­szych szcze­blach wła­dzy. Auto­bus spło­nął wraz ze znaj­du­ją­cymi się w nim ludźmi. Wydano nakaz, aby bada­nia pięć­dzie­się­ciu dwóch ofiar – sek­cje zwłok, ana­lizy DNA – potrak­to­wano prio­ry­te­towo w sto­sunku do wszyst­kich innych spraw.

Ehre miała na twa­rzy papie­rową maseczkę.

– Zaczę­łam bez was. Zwa­ży­łam, ogo­li­łam, zaczę­łam otwie­rać czaszkę. Prze­pra­szam, ale to moja siódma klientka od ósmej rano i jedyne, na co mam ochotę, to poło­żyć się spać. A jeśli cho­dzi o gościa, który roz­trza­skał się na ska­łach, sek­cja będzie mogła się odbyć nie wcze­śniej niż za dwa, trzy dni: mamy jesz­cze sporo roboty z Cham­ro­usse.

– On jest mniej pilny. Wiemy, co mu się stało. I że po pro­stu ukradł nie­wła­ściwy samo­chód.

Rose miał się zatem dalej chło­dzić w swo­jej szu­fla­dzie. Poli­cjanci umie­ścili jego rze­czy – pie­nią­dze, berettę, smart­fon zna­le­ziony w kabi­nie i drugi w jego kie­szeni – w zapie­czę­to­wa­nych toreb­kach, które zamknęli w sza­fie w pomiesz­cze­niach bry­gady. Na razie chło­pak ich nie inte­re­so­wał, sku­piali się przede wszyst­kim na ofie­rze z bagaż­nika i na poszu­ki­wa­niu nie­zna­jo­mego ze sta­cji ben­zy­no­wej.

– Tym lepiej. Okej, już wam wszystko wyja­śniam. Mamy przed sobą denatkę rasy kau­ka­skiej, wzrost metr sie­dem­dzie­siąt, waga około pięć­dzie­się­ciu ośmiu kilo. Natu­ralna blon­dynka, włosy krót­kie. Na oko dwu­dzie­sto­latka, antro­po­sko­pia na pewno dostar­czy nam dokład­niej­szych infor­ma­cji. Ubrana w zwy­kłe majtki i brudny biały pod­ko­szu­lek. Żad­nych zna­ków szcze­gól­nych, które pozwo­li­łyby na jej iden­ty­fi­ka­cję, żad­nego tatu­ażu czy pier­cingu. Nie­dawno wyjęto kol­czyki, otwory w płat­kach uszu są nie­za­ro­śnięte. Poważne uszko­dze­nie z tyłu czaszki: ofiarę ude­rzono cięż­kim narzę­dziem w rodzaju młotka, co wywo­łało roz­le­gły krwo­tok wewnątrz­czasz­kowy. Z całej powierzchni twa­rzy zerwano skórę. Tutaj widać miej­sca odcię­cia. Ktoś musiał wyko­nać cię­cie skal­pe­lem po owal­nej linii dookoła, prze­cho­dzą­cej przez czoło, skro­nie i pod­bró­dek, a potem pocią­gnął, tak jak ja to robię pod­czas sek­cji. Oczy usu­nięto z dużą wprawą, gałki zostały równo odcięte.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Przeł. Elż­bieta Derel­kow­ska, Zysk i S-ka, Poznań 2022. [wróć]

Zapis ory­gi­nalny. [wróć]