Mam na imię nie mam - Katarzyna Michalczak - ebook

Mam na imię nie mam ebook

Michalczak Katarzyna

2,0

Opis

Ktoś przed nimi ucieka i zarazem goni je z bronią. Bohaterki tej książki bardzo tego kogoś chcą. Pewien mroczny trubadur pojawia się i znika, tuptusie są odrzucane, tak trudno znaleźć spełnienie w miłości czy to do kobiet, czy do mężczyzn. A nad wszystkim ponuro zwiesza się widmo przemocowego tatusia. Czy można się definiować poprzez brak? A może poszukiwanie tożsamości to tylko pretekst, by nie żyć.

Zanim przeczytałam tę książkę, myślałam sobie, że ludzie są tak dziwni, że po prostu NIE DA SIĘ ich zrozumieć. Ale po przeczytaniu opowiadań Katarzyny Michalczak, zmieniłam zdanie. Teraz myślę, że jeśli jest na świecie ktoś, kto pojmuje całą złożoność i pokrętność ludzi oraz wszystkie te emocje, które nawet trudno nazwać – to właśnie autorka tych opowiadań. Dobrze trafiliście! Nikt nie opowiada o dziwności ludzi lepiej niż ona.
Dorota Kotas

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 214

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




Copyright © by Katarzyna Michalczak, 2021

Wydanie I

Warszawa 2021

Wymarzona historia

Dom z gankiem i werandą. Świeci słońce, jest sierpień. Popołudnie. Piaszczysta ścieżka biegnie w stronę ganku. Po bokach ścieżki rosną wrzosy, właśnie zaczynają kwitnąć. Kępy trawy, placki wysuszonej ziemi. Na podwórku jest trochę nieporządku, walają się połamane grabie i omszałe plastikowe konewki. Taczka z zaschniętym cementem. Im bliżej domu, tym cienie bardziej się wydłużają, próbują dosięgnąć ganku.

Ganek opleciony przez bluszcz, ciemno i gorąco, zachód słońca liże jasne, wytarte deski podłogi. Cztery schodki. Na schodkach zakurzone świeczki, dawno nikt ich nie zapalał. Obok barierki rzeźba z gliny, coś jakby postać kobiety, ale może jednak sarna. Chyba robiona przez dziecko.

Na ganku siedzi moja mama. Z jedną nogą podwiniętą pod pośladek, drugą zgiętą, kolano blisko brody, obgryza paznokcie. Tylko ona w całej rodzinie potrafi się tak wyginać we wszystkie strony. Ciotki mówią nieraz, że powinna być cyrkówką. Mama odpowiada im, że to jeszcze nie wszystko, by pracować w cyrku. Że co najwyżej na ten moment mogłaby być tam szlauchem do zraszania klepiska pod namiotem. Pod chapiteau. Jej długi koński ogon jest matowy, jasnobrązowy. Mama ma ciepły kark, w słońcu widać włoski. Trochę się dzisiaj opalała.

Też nie bardzo, bo były do zrobienia rzeczy.

Na przykład? Zmywanie. Moja mama nienawidzi zmywać, ale co było robić. Rodzina się zjechała. Nie miała ochoty z nimi gadać, więc odwróciła się do nich tyłem, przodem do zlewu. Zabrała mnie ze sobą, posadziła na taborecie. Uśmiechnęła się i pocałowała.

Ja też się uśmiechnęłam. Pomachałam nogami. Jak zwykle, jesteśmy z mamą razem. Jak zwykle, trzyma mnie za rękę.

Kiedy zmywa, to oczywiście nie trzyma mnie za rękę, bo ręce ma zajęte. Ale za to mi śpiewa:

– „Siadła pszczółka na jabłoni i zapyla kwiat…” – I się śmieje. – Po co ja ci, córciu, śpiewam taką durną piosenkę? – mówi. Wyciera ręce o fartuch cioci Krysi, w tym fartuchu zmieściłyby się dwie mamy.

Mama rzuciła tatę, bo był dla nas niedobry.

– Głównie był niedobry dla ciebie, a tylko to się liczy – powiedziała. Odgarnia grzywkę z czoła. Ostatnio obcięła sobie grzywkę, wygląda jeszcze młodziej, wygląda jak dziewczynka, wygląda jak moja koleżanka.

Ale nie jest moją koleżanką. Jest moją mamą.

W tym czasie moja mama przypala pierogi. Przyziemność tej sceny i żałość, jaka bije z patelni, aż mnie porażają. Może jestem mała, ale nie jestem głupia. Wiem, jakie to ma znaczenie, żeby mężczyzna dostał dobry obiad.

Mieszkamy w bloku z tatą, tata często wraca pijany. Ale po nim nie widać, mama mówi, że to wielkie szczęście, nikt z sąsiadów tak naprawdę nie wie, że tata po pracy zawsze strzela jednego. Zresztą co to jest: jednego.

I wcale się nie awanturuje za każdym razem, tylko czasami.

Kiedy tata się awanturuje, rzuca w nas filiżankami, które mama dostała od babci w prezencie ślubnym. Chowamy się do kuchni. Mama mówi, że tata wie, co robi, filiżanki są lekkie, nie mogą nam zrobić krzywdy.

Czym prędzej wracam do domu, na którego ganku wciąż siedzi moja mama. Ma na imię Agata, tak mi się wydaje, tak sądzę, Agata to takie fajne imię.

– Bożena, co ty robisz, na miłość boską? – mówi babcia za każdym razem, kiedy przyjeżdża do nas w odwiedziny. Zakłada nogę na nogę, rozkłada sobie pasjansa, nie może znieść burdelu u nas w mieszkaniu, tak mówi, odpalając papierosa od papierosa.

Moja mama Bożena otwiera okno.

– Mogłaby mama palić na balkonie, dym szkodzi dziecku.

– Moich oboje się w dymie wychowało i jakoś żyją.

– Adam ma astmę.

– Co ty gadasz? A, strzelę sobie Grobowiec Napoleona. Ach nie, przecież przywiozłam tylko jedną talię.

W tym czasie moja mama Agata siedzi dalej na ganku, nigdzie nie poszła. Babcia już nie pali, dostała raka krtani i umarła. Nie będę się nią więcej zajmować.

Moja mama Agata ma piegowate dłonie, lubię patrzeć, jak formuje nimi pierogowego stwora z ciasta.

– Prawdziwe pierogi są dla nudziarzy, córciu. A my nie jesteśmy nudziary, co nie?

Mama wstaje z krzesła, krzesło ciągnie ją za zaplątane włosy, ale ona się tym nie przejmuje, jest lekka i zwinna, wyciąga rękę, jakby była macką pięknej nakrapianej ośmiornicy, jednym ruchem wyswobadza się z uwięzi oparcia i głośno się śmieje.

Moja mama Agata nie lubi się przejmować głupotami.

Nigdy nigdzie nie wyjeżdża.

Z tatą już dawno się rozwiodła, bo nie był dla nas dobry. Raz podłożył mamie zdechłego jeża na siedzenie kanapy. Byli w gościach, mamie zrobiło się bardzo głupio.

– Skąd ty wziąłeś tego zdechłego jeża, Adam? – spytała ze smutną miną.

A tata nic nie odpowiedział, tylko się rozkaszlał.

To chyba wtedy mama postanowiła, że się z nim rozwiedzie. „No bo ileż można, córciu?”

Jesteśmy tylko we dwie, po rozwodzie tata umarł, i mój brat… nie, mój brat żyje, ale jest w szpitalu u zakonnic. Nie może tam nosić spodni, zawsze tylko sukienki, i nie da się do niego zadzwonić, bo siostry nie mają telefonu, nie ma tam linii, to się dzieje na czubku góry, nie da się do nich trafić.

Mama Agata na pewno pojedzie odwiedzić mojego brata, ale jeszcze nie teraz.

Teraz jest ze mną na wakacjach, u babci, u swojej mamy.

Moja mama Bożena nigdy nie jeździ ze mną na wakacje, bo nie mamy pieniędzy. To znaczy mamy pieniądze, ale rodzice muszą je trzymać schowane na szkołę dla brata. Chcą, żeby został chirurgiem albo adwokatem. Wtedy trzeba by mu kupić togi albo kitle, mnóstwo.

*

Mój brat lubi się przebierać. W blond peruce, szpilkach rozmiaru czterdzieści cztery na zamówienie kupowanych na Allegro, wydepilowany od stóp po szyję, wciska tyłek w bardzo krótką mini i startuje na imprezę.

Urodził się, kiedy miałam pięć lat. Rodzice dali mu na imię Mateusz, kilka lat później zaczęłam nazywać go „Mati” i utonęłam.

W jego świecie pełnym domków na drzewie, picia herbaty przez rurkę, herbaty tak gorącej, że rurka się rozpuszcza, oglądania pod kołdrą atlasu owadów, szycia wigwamów na sprzedaż, bo warto, uciekania do pokoju, gdy ktoś dzwoni domofonem, mimo że się wie, że to nasza najlepsza przyjaciółka, z którą się umówiliśmy.

Czasami źle mnie traktował, pluł na mnie kompotem i krzyczał, że jestem brudna jak gnojka wytrwała.

Obrażałam się na tydzień, w tym czasie grałam na skrzypcach jak oszalała, ale ileż można grać na skrzypcach, to nudne. Zazwyczaj po tygodniu wracałam.

Kiedy poszłam na studia, dołączył do mnie po trzech latach, był zdolny. Uczyłam się na polonistyce, on na bibliotekarstwie. Znowu mogliśmy być nierozłączni. Zamieszkaliśmy wspólnie w akademiku, rodzeństwu wolno. Jedliśmy paprykarz szczeciński z jednej puszki i popijaliśmy herbatą z torebki, bez nazwy.

Któregoś razu, kiedy jak zwykle wybieraliśmy się na imprezę, spytał, czy pożyczę mu sukienkę.

– Ale którą? Tę, co ją mam na sobie?

– Nie no, daj spokój, ta jest słaba, tę czerwoną daj.

Kiedy po półgodzinie wrócił jako lady, nie pozostawało mi nic innego, jak tylko zagwizdać z podziwu.

Jego sytuacja dynamicznie się rozwijała. Za pieniądze, które rodzice przysyłali mu na książki, nakupował sobie ciuchów i kosmetyków, a książek używał moich.

Studia były nudne, zaczął w kobiecych strojach chadzać do kasyna, okazał się tam wielką atrakcją. Trafił na bardzo, jak mówił, postępowe środowisko, czyli grupę gejów, którym nie przeszkadzało, że Mateusz jest ubrany jak kobieta. „Nie przeszkadzało” to mało powiedziane. Oni za nim szaleli.

Przybrał nowe imię: Sylwia.

Na początku wydało mi się okropne, mało oryginalne, wtórne, brzydko brzmiące. Polubiłam je z czasem, bo co miałam zrobić? Sylwia to, Sylwia tamto, Mateusz opowiadał mi szeptem podczas zajęć, jak poszedł nad rzekę uprawiać perwersyjny seks z jednym z najmajętniejszych pedałów Krakowa.

– Ale przecież, Mateusz… Przecież ty jesteś kobietą.

– E tam, od razu kobietą. Lecą na mnie, no co ja mogę?

W tym samym czasie Mateusz się zakochał.

*

Moja mama Agata jeździ czasem do Krakowa, żeby pooglądać wystawy. Nie zabiera mnie ze sobą, bo zrobiłoby mi się niedobrze w autobusie. Mogłabym zwymiotować na swój piękny nowy płaszczyk, ten sztruksowy. Tak mówi mama Agata. Za to z Krakowa przywozi mi kalafonię, która jest jak brudny bursztyn, i marcepanki z cukierni na Stolarskiej, w kształcie misia, zajączka albo kotka. Zawsze z lukrem. Zanim zjem, oglądam je pod światło. Sprawdzam: nieprzezroczyste.

Czasem wyobrażam sobie, że mam gorszą mamę, taką złą, niemiłą, która krzyczy, która na przykład kłóci się z tatą i nie zamyka drzwi pokoju, nie przejmuje się tym, że ja wszystko słyszę.

Już mi się myli. Moja mama Agata siedzi na tym ganku tam czy nie siedzi? Już sama nie wiem.

– Co robisz?

– Myślę sobie.

– O czym?

– O niczym.

– Ale powiedz! Proszę, proszę, proszę.

Co było robić? Opowiedziałam bratu o mamie Agacie.

– Czy ona może być nasza? Nasza wspólna? Może? Proszę, proszę, proszę!

– No dobra. Ale tylko dlatego, że jesteś młodszy.

Od tej pory posługiwaliśmy się szyfrem. „Ag” to właśnie mama Agata. Już nasza wspólna.

– Czy mama już poszła? – Mateusz wychyla się z pokoju, żeby sprawdzić, czy klapki mamy zniknęły. – Czy Ag może przyjść? Czy może nas zabrać na wycieczkę? Poogląda ze mną muchówki, one tak śmiesznie dryfują na wietrze!

Bardzo szybko poczułam, że mama Agata już mnie nie kocha. Że całą miłość przelała na Mateusza.

A potem znowu pojechała do Krakowa i nie przywiozła mi żadnego zajączka, chyba wpadła pod tramwaj.

*

Byłam zazdrosna: o czas i uwagę. Po raz pierwszy w życiu zostałam naprawdę sama.

Wybranką Mateusza okazała się zwykła koleżanka, która zazwyczaj siadała w pierwszym rzędzie jak my, bo tak jak my miała nie najlepszy wzrok. Dwa czy trzy razy zagadała do Mateusza. Ot żeby coś powiedzieć. Żeby nie było tak całkiem cicho podczas ćwiczeń, kiedy prowadząca zatapiała się w myślach, dawała nam czas na „pracę własną”.

Ucho, ucho, Mateuszowi niezmiernie spodobało się prawe ucho tej dziewczyny. Siadała zawsze po jego lewej stronie, mógł dokładnie się przyjrzeć. Pod względem kształtu było to zwykłe ucho, ale jakie malutkie! Mateusz nie mógł uwierzyć, że takie malutkie uszy istnieją na świecie, u kobiet, u kobiet zwykłych rozmiarów.

Od ucha rozeszło się na całe ciało – no i cóż, no i się zakochał.

Alicja okazała się fajną dziewczyną.

Przygotowywałyśmy razem budyń, Mateusz budyniu się brzydził, co nie przeszkadzało mu zjadać go potem łyżkami. Ale tylko gdy zamknął oczy.

– Konsystencja mnie tak bardzo znowuż nie mierzi, jak widok tego, jak to się trzęsie. Jak to się trzęsie, to ja nie daję rady. – I wymiotował.

Autostopem pojechali w Bieszczady. Rozstawili namiot na dużej łące, Mateusz codziennie robił Alicji zdjęcie. Kiedy dotarli do Gorlic, wysłali mi pocztówkę, którą podpisali: „Zatrzymać ten piękny czas na kliszy, czy się da? Szczęśliwi Alicja i Mateusz”.

Pewnej mroźnej niedzieli wyznał mi, że Alicja całkowicie go zaspokaja. Że już nie musi szukać wśród męskich dup, jak się wyraził.

Po ślubie na jakiś czas zerwali ze mną kontakt. Mówili, że potrzebują ułożyć sobie życie osobno, stać się jednością. Że ja, zaangażowana starsza siostra, im do tego nie pasuję, przeszkadzam, brużdżę.

Uznałam, że cóż, mają rację. Nie miałam własnego życia; złapałam się na tym, że zastanawiam się, czy i kiedy będę mieć dzieci i czy pozwolą mi je bawić.

Chodziłam po Krakowie w upalne letnie dni, rozkładałam futerał na rogach ulic, niech wpadnie grosz. Grałam Schuberta i rozmyślałam, czy warto wskoczyć pod tramwaj, czy nie warto.

Mama dzwoniła, nie powiem; wciskała moje imię na wyświetlaczu raz po raz, czy to we wtorek, czy w czwartek; ja zawsze odrzucałam połączenie.

Nie odbierałam, chciałam być wobec Mateusza lojalna.

Brat nie wytrzymał, kiedy dowiedział się od ciotki, że mama ponownie wychodzi za mąż. Swoje podejrzewaliśmy. Ojciec miał słaby wzrok, zawsze prosił mamę, żeby przeczytała mu to czy owo. Pod koniec życia przy każdej takiej prośbie ją szturchał: a to w rękę, a to w pośladki, a to w brzuch. Leki na astmę szybko się przeterminowują, stają się niebezpieczne dla zdrowia.

Nie powiedzieliśmy policji. Ale nie przypuszczaliśmy, że po tym wszystkim mama zechce ułożyć sobie życie na nowo, pełną gębą.

Nie zagrałam Ave Maria, mama nawet o takim pomyśle nie wspomniała, a mnie proponować było głupio.

Brat pojawił się na jej nowym ślubie jako Sylwia. Stanął z tyłu kościoła i obserwował pana młodego: dać mu w mordę czy nie dać? W wydekoltowanej sukience w kolorze écru, pełnym makijażu i bujnej peruce sam sprawiał wrażenie oblubienicy. Było mi za niego wstyd.

Bracie, pójdę za tobą wszędzie, ale żeby coś takiego?

Mama go nie poznała. Uścisnęła mu rękę, jakby był koleżanką, z którą przyszłam. Odebrała od niego kwiaty, ale nie pocałowała go w policzek.

Nie poznała też naszej mamy Agaty, która chciała państwu młodym złożyć życzenia jak wszyscy, ale nie dała rady, bo przecież jej tam nie było.

W drodze na stację Mateusz opowiedział mi co nieco o swoim życiu z Alicją.

Mają dwoje dzieci, bliźniaki Jasia i Ulę. Alicja pracuje na uczelni, udało jej się. Mateusz pracuje nocami, nie widują się często, za to jak już się widzą, jest super.

Mateusz zarabia przed kamerką, lubi to, oj, lubi, jak się wyraził. Zrobienie się na bóstwo to dla niego święto, cały drży. Kasa z tego niemała, w jeden wieczór potrafi wpaść kilka tysięcy.

Wiodą dostatnie życie, podróżują na Madagaskar i mój brat przez lupę ogląda tam tipulę soganę, dolichopezę, owady, o jakich mnie się nie śniło.

Nikt mnie nigdy nie karmi

Zaczęło się od tego, że musiała się rozstać z Kripem, bo w kłótni ją popchnął. Nie chciała tego wcale, przez te wszystkie lata bardzo go kochała. Albo była zakochana. Albo – zauroczona. Albo po prostu jej się podobał. Po prostu na niego leciała? Tylko że od wielu miesięcy nie uprawiali seksu. Ale ona przecież prosiła. Kripo miał jednak swoje wymagania, do seksu zawsze musiało lecieć porno. Raz się nie zgodziła, żeby włączył. Ze skwaszoną miną zaczął zapinać rozporek.

– Serio? – spytała, patrząc w miejsce, gdzie schował fiuta.

Krewetki

Tamten prowadził Pytanie na śniadanie, poderwała go w taki sposób, że zapytała w sklepie:

– A pan co je dzisiaj na śnia-da-nie? – I puściła oko.

W kolejce po bułki i pomidory stał dwie staruszki za nią. Był dość podobnie do nich pomarszczony, ale gdyby postawić jedną na drugiej, i tak byłby od nich wyższy. Wyobraziła sobie, że staruszka w płaszczyku bordo wspina się na tę w czarnym prochowcu, i parsknęła śmiechem.

Wtedy on, o dziwo, też wybuchnął śmiechem; ten jego głos z telewizji, zmiękły jej nogi.

Powiedział potem, że bardzo go ujęło, gdy przekonał się na własne oczy, jak to nic a nic jej nie obchodzi, że jest sławny. „Sławny? – pomyślała. – Bo telewizja śniadaniowa…?”

Ale już dwa tygodnie później była zadurzona do szaleństwa.

Mieszkał niedaleko niej, w jedynym bloku na osiedlu, który był ogrodzony murem. Bardzo szybko dostała od niego kod do domofonu. W dni powszednie zazwyczaj od rana tłumaczyła u siebie, ale wieczorami spotykali się u niego.

– Żeby mi nie pipkało, użyj kodu, po prostu wejdź. Bądź jak domownik. – Uśmiechnął się i pogładził ją po plecach.

Dreszcze.

W weekendy jeździli do stadniny pod Warszawą, obserwowała, jak wsiada na koń, robiła mu zdjęcia. Po przejażdżce zabierał ją do kameralnej pizzerii na Woli.

– Moja była żona, to jest przyszła była żona, ale to już tylko kwestia formalności, uwielbiała tę pizzerię. A tak, przepraszam cię, miałem o niej nie wspominać. W każdym razie ona ma dobry gust, jeśli chodzi o jedzenie, można się od niej uczyć. Już, już nic o niej nie mówię, malutka, jak to dobrze, że ty nie „trzymasz linii” jak ona, cóż z tego, że lubiła tu przychodzić, skoro zamawiała jedynie wino i musiałem pizzę wsuwać sam!

Mokry pocałunek przez stół załatwiał dla niej sprawę. Lubiła to, że niektórzy ludzie na ulicy oglądali się za nimi, lubiła jego „prezencję”, to, że zawsze chodził w garniturze, nawet w dni, w które nie miał nagrania. Lubiła jego głos, który było słychać z trzeciego piętra przez okno jego mieszkania, gdy wchodząc do klatki, mówił sąsiadce „dzień dobry”.

Powiedział jej, że zmienia swoje życie i że relacja z nią będzie tego rękojmią.

Nie pytała, na jakiej zasadzie.

Na blacie kuchni postawił butelkę wódki, której nigdy nie otwierał.

Nigdy nie chodzili razem na imprezy, ale jej to nie przeszkadzało, bo nie chciała na mieście natknąć się na Kripa. Na pewno jeszcze nie wtedy.

Pytanie na śniadanie nagrywał codziennie; wracał w południe i miał przed sobą szmat wolnego dnia. Byli ze sobą pół zimy, przez ten czas obejrzeli cały sezon Miasteczka Twin Peaks. Śmiała się umiarkowanie, na co bardziej przewrotnych scenach starała się robić nostalgiczną minę; nie przyznała się, że nigdy wcześniej nie widziała tego serialu. Któregoś dnia, gdy była w dobrym humorze, przyniosła pod jego klatkę pieniek i ustawiła obok drzwi, żeby zobaczył go, gdy będzie wychodził rano do pracy. W nocy przestraszyła się, że to był strasznie głupi pomysł. Owinęła się jego szlafrokiem i wymknęła, kiedy zasnął. Kilkoma kopniakami umieściła pieniek w kącie pod murem, tam stracił swoje znaczenie.

Kiedy wślizgiwała się z powrotem do łóżka, uderzył ją zapach przetrawionego morza.

Zawsze przed seansem wrzucał na patelnię opakowanie mrożonych krewetek.

– Primo gusto – mówił, robił kółko z palców i uśmiechał się, pokazując wszystkie zęby.

– Przypominam ci, że krewetki to też zwierzęta. – Uśmiechała się, kiedy próbował podać jej na widelcu różowe mięso. – Tak, i sosu też nie chcę spróbować.

Miał problemy z prostatą, szykował się do operacji. Nie chciał wchodzić w szczegóły. Wiedziała, że przed seksem, który uprawiali codziennie, łykał niebieską tabletkę. Nie przyznała się, że wie. W czasie, kiedy czekał, aż tabletka zadziała, starała się siedzieć na parapecie jego okna i ładnie wyglądać.

Seks był od początku do końca jak kołdra, w którą się owijali, srebrzysty i mocno pachnący proszkiem do prania, ale to jej odpowiadało. Lubiła, jak po stosunku delikatnie całował ją przy uchu, zawsze w to samo miejsce, z dokładnością co do milimetra.

Rozmawiali o Jane Bowles, oboje ją uwielbiali. Kala zwierzyła się, że chciałaby ją tłumaczyć. Powiedział, że w pełni to wspiera i w razie czego może jej pomóc – choć nie uściślił, w jaki sposób. Powtarzał, że przy niej czuje się znowu młody. Że nareszcie w pełni korzysta z życia.

Pewnego niedzielnego ranka wstał z łóżka i powiedział:

– Jedźmy nad Biebrzę!

Rzeka była mroczna i giętka, ona rozebrała się i wskoczyła w nurt. O wiele za szybko. Cztery stopnie. Poczuła, jak na ułamek sekundy zatrzymuje się jej serce.

Pobiegł po samochód, podjechał nim na sam brzeg, włączył ogrzewanie na maksa. Wskoczyła naga do środka, szyby natychmiast zaparowały. Wycierał ją swoim ręcznikiem jak najprawdziwszy skarb. Czuła się oblubienicą.

Powiedział, że ją kocha i że chce mieć z nią dziecko. Nosić je w nosidełku. Że może jest dla niego szansą na nowe życie, jak u kolegi z pracy, który w pięćdziesiąte urodziny pojął za trzecią żonę koleżankę swojej córki.

Powiedziała, że nie chce brać ślubu.

– Ale jak to tak? Żeby każdy mógł mi ciebie odebrać?

Później wiele razy wspominała tamtą sytuację. To chyba właśnie wtedy przestało mu zależeć. Czy dałoby się cofnąć czas?

Dwa tygodnie później leżała w wannie w swoim mieszkaniu, do którego już rzadko zaglądała. Tego dnia spędziła tam trochę czasu, bo wpuszczała tragarzy, którzy wynosili jej łóżko. Było duże i niezużyte, z ozdobnym ciężkim wezgłowiem, dlaczego by go nie sprzedać, i tak już na nim nie sypiała, a potrzebowała pieniędzy. Już drugi miesiąc żyła bez większych zleceń, tłumaczyła etykiety lakierów do paznokci, było ciężko. Po tym, jak zamknęła drzwi za tragarzami, odkręciła kran i hojnym gestem wlała do wanny resztkę lawendowego płynu do kąpieli. Luksusu, który dostała na Gwiazdkę od siostry. Trzeba żyć!

Przy wannie położyła telefon, żeby móc z wody obserwować znajomych na Facebooku.

On był na karnawałowym raucie z pracy. Nie chciała tam iść, nie chciało jej się wbijać w jakąś garsonkę czy tam sukienkę koktajlową. On zresztą nie nalegał.

– To nie twój styl takie imprezki – powiedział i tubalnie się zaśmiał. – I za to cię kocham. – Pocałował ją w czoło.

Kiedy myła głowę, zadzwonił.

– Wrócę później, niż myślałem, kochanie – powiedział.

– Szkoda, ale trudno. Będę dla ciebie grzać łóżko.

– Może lepiej się wyśpij.

– Postaram się wyspać.

– Ale może lepiej wyśpij się dzisiaj we własnym łóżku.

Następnego dnia zadzwonił dopiero wieczorem.

– Jak się miewa moja pani? – Mocno chrypiał.

Miała ochotę przerwać połączenie, ale dokończyła wymianę zdań i na koniec powiedziała: „Dobra”. Wrzuciła do płóciennej torby portfel, klucze i gumę do żucia i po chwili wstukiwała kod do furtki w murze.

Nie uprawiali seksu, ale powiedział jej kilka miłych rzeczy. Bolała go głowa.

– Muszę na chwilę usiąść, może wyjdziesz na spacer?

– Usiąść?

– Poduszka do medytacji. – Spod łóżka wyciągnął okrągły przedmiot.

– Nie wiedziałam, że medytujesz.

– Nie mówiłem ci. Jest parę spraw, które muszę przemyśleć. Złapać świeży oddech. Bardzo w siebie wsiąkliśmy, kochanie, wiesz? Chyba się w tym duszę.

Okazało się, że w jego mieszkaniu wcale nie trzymała wielu rzeczy. Kiedy zabierała stamtąd miskę, łyżkę, koc i kilka książek, widziała po nim, że spodziewa się, że ona właśnie włącza jakąś grę, zapoczątkowuje nowy etap ich znajomości, na którym dla dodania pieprzyku będą teraz nawzajem sobie uciekać i się gonić.

Położyła się na karimacie, przykryła kołdrą i kocem i płakała, aż zrobiło się jasno.

Po tygodniu zaczął za nią chodzić, kilka razy zaczepił ją pod sklepem, raz pod jej klatką. Próbował być dowcipny i to, co mówił, nawet ją śmieszyło, ale teraz już by sobie tego nie przypomniała.

To, co sobie przypomina, to, że zaciskała usta i wyprzedzała go szybkim krokiem.

Tamten ostatni raz, pod klatką, musiała wręcz powiedzieć:

– Bo wezwę policję.

Stał w przejściu i nie chciał jej przepuścić.

Tego samego wieczora zadzwonił Kripo.

Odrzuciła połączenie i zalogowała się na Tindera.

Drożdżówka

Odpowiedziała na jej wiadomość w środku nocy, bo kiedy zobaczyła jej zdjęcie, pomyślała, że mogłaby ją polubić.

Przez dwa tygodnie, zanim się spotkały, wymieniały wiadomości każdego dnia po kilkanaście razy: „Dzień dobry”; „Jak w pracy?”; „Co jesz na obiad?”; „Czego dzisiaj słuchasz?”; „Dobranoc, miłych snów”. Czuła, że nareszcie kogoś interesuje, czy ona lubi kawę czarną, czy z mlekiem owsianym. Starała się podobnie: też pytać, wypytywać, okazywać zainteresowanie. A nawet troskę, kiedy pies tamtej chorował i jechała z nim do weterynarza, a potem razem z nią przeżywała na czacie ulgę, gdy okazało się, że to nic poważnego, po prostu dostał niestrawności, psom zazwyczaj mija.

Tamta była dziennikarką na frilansie, akurat pracowała nad dużym projektem na zamówienie jednej z redakcji, z którymi współpracowała od lat, więc miała mnóstwo pieniędzy i wcale niemało czasu.

Kala pomyślała, że mogłaby brać z niej przykład, czegoś się od niej nauczyć.

Pisała Kali, że potrzebuje dziewczyny na poważnie; rozstała się ostatnio po ośmiu latach, dość burzliwie, bez szans na przyjaźń po związku, i jej to nie służyło.

Radziła Kali, gdzie może szukać zleceń na tłumaczenia, deklarowała, że może pogadać ze znajomymi z wydawnictw.

Spotkały się na spacerze z jej psem, Kala była dumna z siebie, że udało jej się powstrzymać wydech rozczarowania. Okazało się, że to, co na zdjęciu wyglądało na piękne czarne dredy, jest sierścią jej psa rasy bergamasco, który lubi się przytulać. Tamta nie patrzyła Kali w oczy i uśmiechała się tylko wtedy, kiedy sama próbowała rzucać żarty.

Okazało się, że jej żarty bawiły Kalę tylko na czacie.

Podsunęła jej drożdżówkę, Kala wzięła gryza. Zaczął padać deszcz.

Po tym spotkaniu napisały do siebie jeszcze dwa razy. „Cześć, co tam?” „A, spoko”.

Reszta tekstu dostępna w regularnej sprzedaży.

Projekt okładki Patrycja Podkościelny

Projekt typograficzny Robert Oleś / d2d.pl

Redakcja Anna Brynkus-Weber

Korekta d2d.pl

Skład Małgorzata Poździk / d2d.pl

ISBN 978-83-957838-9-0

sprzedaż: [email protected]

redakcja: [email protected]

Wydawnictwo Cyranka

ul. Nabielaka 15/1A, 00-743 Warszawa

wydawnictwocyranka.pl