Wydawca: Dream Music Kategoria: Poradniki Język: polski Rok wydania: 2014

Mały tyran. Jak mądrze kochać dziecko ebook

Jirina Prekop

(0)

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Mały tyran. Jak mądrze kochać dziecko - Jirina Prekop

Bestseller! Mały tyran to książka, którą powinien przeczytać każdy z rodziców. Poradnik, jak mądrze kochać dziecko i nauczyć się wyznaczać jasne granice. Pozycja, która tłumaczy, jak unikać pułapek w wychowaniu dziecka od pierwszych dni jego życia. Autorka wyjaśnia, gdzie leżą przyczyny różnych zachowań dziecka. Dlaczego część dzieci przyjmuje ze spokojem argumenty rodziców i się wycisza, a inne pozostają obojętne na prośby oraz racjonalne tłumaczenie. Mały tyran został przetłumaczony na 24 języki i sprzedał się w ponad 100 tys. egzemplarzy.

 

Opinie o ebooku Mały tyran. Jak mądrze kochać dziecko - Jirina Prekop

Fragment ebooka Mały tyran. Jak mądrze kochać dziecko - Jirina Prekop

JI­RI­NA PRE­KOP

MAŁY TY­RAN

JAK MĄDRZE KO­CHAĆ DZIEC­KO

2014

Tytuł ory­gi­nału: Der kle­ine Ty­rann. We­lchen Halt­brau­chen Kin­der?

First pu­bli­shed in 1988 by Kösel-Ver­lag GmbH & Co., München, Ger­ma­ny

Co­py­ri­ght © Kösel-Ver­lag a di­vi­sion of Ver­lagsgruppe Ran­dom Ho­use GmbH, München, Ger­ma­ny, 2014

Co­py­ri­ght © for this Po­lish edi­tion by Dre­am Bo­oks (A di­vi­sion of Dre­am Mu­sic Ltd.), War­saw, Po­land 2014

Co­ver de­si­gned by Małgo­rza­ta Białkow­ska-Mac­ko­wiak, Ra­dosław Ku­lig (Dre­am Bo­oks)

The co­ver pho­to (front) © IMA­GE­BRO­KER/EAST NEWS

The co­ver pho­to (back) © MA­STER­FI­LE/EAST NEWS

Tłuma­cze­nie: Ma­rze­na Bucz­kow­ska-Ger­man,

Emi­lia Skow­rońska, Na­ta­sza Szy­mańska

Re­dak­cja i ko­rek­ta: Mag­da­le­na Plu­ta

Wy­da­nie I

ISBN: 978-83-64460-06-7 (opra­wa miękka)

ISBN: 978-83-64460-07-4 (e-book)

Dre­am Bo­oks

Dre­am Mu­sic Sp. z o. o.

ul. Wspólna 50 lok. 9, 00-687 War­sza­wa, Pol­ska

Tel. +48-22-4035713

Fax +48-22-4035713

E-mail:info@dre­am­bo­oks.com.pl

We­bsi­te: www.dre­am­bo­oks.com.pl, www.dre­am­mu­sic.pl

Skład i łama­nie: Ewa Ma­jew­ska

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

Przed­mo­wa do wy­da­nia pol­skie­go

Słowa te kie­ruję do mo­ich pol­skich Czy­tel­ników ze szczególnym od­da­niem. Od młodych lat czuję się bli­sko związana z na­ro­dem pol­skim, jego men­tal­nością, hi­sto­rią i sztuką. Moim ulu­bio­nym au­to­rem był Hen­ryk Sien­kie­wicz. Przed­sta­wia­ni przez nie­go bo­ha­te­ro­wie sta­li się dla mnie przykładem jed­no­znacz­ności, szcze­rości, chrześcijańskiej miłości do bliźnie­go, wrażliwości, męstwa i go­to­wości do poświęce­nia w imię praw­dy i wol­ności. Dziś tacy lu­dzie są po­trzeb­ni, by wy­rwać się ze szponów ide­olo­gicz­nych za­wi­ro­wań. Oczy­wiście do tego nie są po­trzeb­ne mie­cze, ale czy­ste su­mie­nie i siła od­po­wie­dzial­ności. Czy obec­nie wy­cho­wy­wa­ni są lu­dzie, którzy mogą sta­wić czoło ta­kie­mu wy­zwa­niu?

Moje oba­wy o dal­szy rozwój młode­go po­ko­le­nia rosną, kie­dy pomyślę o wpływach Za­cho­du na Polskę. Ze słod­ki­mi, kuszącymi owo­ca­mi przy­chodzą też te trujące. Po­znałam je w la­tach 70. XX wie­ku w Niem­czech Za­chod­nich, kie­dy fala bra­ku au­to­ry­tetów zalała jak tsu­na­mi młodych ro­dziców, którzy chcie­li prze­cież dla swo­ich dzie­ci jak naj­le­piej. Byli za­chwy­ce­ni możliwością da­wa­nia im wol­ności, której sami nie za­zna­li w dzie­ciństwie. Wol­ność bez gra­nic łatwo pro­wa­dzi jed­nak do cha­osu oraz nadużyć i oka­zała się przy­czyną chorób. Moja książka Mały ty­ran stała się, jako sy­gnał alar­mo­wy, be­st­sel­le­rem i przetłuma­czo­no ją już na 24 języki. Była jak ba­ry­ka­da, która częścio­wo mogła za­trzy­mać zło. Mimo wszyst­ko wie­le dzie­ci stało się, za przy­czyną swo­ich nie­pew­nych i zdez­o­rien­to­wa­nych ro­dziców, ty­ra­na­mi, którym w życiu wie­dzie się bar­dzo źle. Ich roz­dmu­cha­ne ego działa od­stra­szająco, nie mogą zna­leźć ani przy­ja­ciół, ani pra­cy, po­nie­waż bra­ku­je im niezbędnej zdol­ności do przy­sto­so­wa­nia się. Nie wy­cho­dzi im też w związkach. Która dzi­siej­sza ko­bie­ta chciałaby poślubić ta­kie­go ma­cho? Z mo­ich długo­let­nich badań wy­ni­ka, że wie­le dzie­ci opi­sa­nych w mo­jej książce tra­fiło do po­rad­ni te­ra­peu­tycz­nych i szpi­ta­li psy­chia­trycz­nych. Męczy je pa­ra­no­icz­ny, wy­ima­gi­no­wa­ny strach przed nie­zna­ny­mi wro­ga­mi, od­po­wie­dzial­ny­mi za ich nie­po­wo­dze­nia. Wie­le z nich jest uza­leżnio­nych od al­ko­ho­lu i nar­ko­tyków, za po­mocą których próbują zwal­czyć ból po­wo­do­wa­ny od­rzu­ce­niem. Jeśli jed­nak ro­dzice spróbo­wa­li­by wpro­wa­dzić w swo­ich ro­dzi­nach ja­sne gra­ni­ce do­pa­so­wa­nia i for­so­wa­nia własnych pra­gnień, a tym sa­mym usta­no­wić czy­tel­ne za­sa­dy rządze­nia w domu, jeśliby dali dzie­ciom do­bry przykład do naśla­do­wa­nia i od­po­wied­nio je ukie­run­ko­wa­li, można by za­po­biec tym znie­kształce­niom. Ze względu na wyjątko­wo dużą liczbę dzie­ci żądnych władzy ide­olo­gia an­ty­au­to­ry­tar­na spo­wo­do­wała po­wszechną dez­orien­tację u ro­dziców i w ich po­sta­wach wy­cho­waw­czych. Skłonność ro­dziców, wpraw­dzie po­zy­tyw­na w swo­ich założeniach, ale jed­nak ry­zy­kow­na, do wchodze­nia ze swo­imi dziećmi w układy part­ner­skie, do­pro­wa­dziła do za­cie­ra­nia się gra­nic. Z tych dzie­ci wy­ra­stają później ro­dzice, którzy nie potra­fią z ko­lei swo­im po­cie­chom wy­zna­czać ja­snych gra­nic, co wpro­wa­dza dzie­ci w stan nie­pew­ności. Ta wiel­ka fala nie­po­ko­ju, która w wie­lu przy­pad­kach ujaw­nia się w po­sta­ci cho­ro­bli­we­go ze­społu nadak­tyw­ności z de­fi­cy­tem uwa­gi (ADHD), wypełnia dziś ga­bi­ne­ty psy­chiatrów dzie­cięcych.

Dla­cze­go ochro­na przed nie­po­trzeb­ny­mi za­bu­rze­nia­mi sta­je się dla mnie ważna szczególnie w przy­pad­ku na­rodów słowiańskich? Nie­ko­niecz­nie dla­te­go, że jako sąsiad­ka Czesz­ka i wdo­wa po mężu Słowa­ku czuję się po części Słowianką. O wie­le bar­dziej po­szu­kuję źródeł ra­tun­ku, który w cza­sach glo­bal­ne­go prze­su­nięcia war­tości mógłby ode­przeć za­grożenie człowie­czeństwa.

W czym tkwi nie­bez­pie­czeństwo? Dziś ma­te­rial­ne zna­czy więcej niż du­cho­we, czy­li miłość. Z tego po­wo­du człowie­czeństwo to­nie. Człowiek bo­wiem sta­je się człowie­kiem nie za sprawą pie­niędzy na kon­cie czy kom­pu­te­ra, ale tego, jak postępuje z in­ny­mi ludźmi.

Je­dy­nym roz­wiąza­niem jest wzmoc­nie­nie zdol­ności do ko­cha­nia, aby to miłość mogła kie­ro­wać roz­wo­jem ma­te­rial­nym.

Wierzę i ufam, że Słowia­nie, kie­rujący się ser­cem, mają tu­taj do spełnie­nia ważne za­da­nie. Cieszę się więc osiągnięcia­mi Ani Choińskiej z Wrocławia, która ra­zem ze mną zor­ga­ni­zo­wała w Pol­sce „Szkołę Miłości w Ro­dzi­nie”. No bo gdzie dziec­ko miałoby na­uczyć się miłości na całe życie, jeśli nie w ro­dzi­nie?

Ji­ri­na Pre­kop

Przed­mo­wa do wy­da­nia roz­sze­rzo­ne­go

Ta książka miała już wie­le wydań. Z bie­giem lat zaczęłam mieć do niej dwo­ja­ki sto­su­nek. Jako au­tor­ka oczy­wiście cieszę się, że udało mi się na­pi­sać be­st­sel­ler. Jed­no­cześnie mam tę gorzką świa­do­mość, że moja książka sprze­da­je się je­dy­nie dzięki nieszczęściu dzie­ci z za­bu­rze­nia­mi i ich ro­dziców. Nieszczęście to nie­ste­ty nie ma końca. Co­raz częściej można spo­tkać żądne władzy, bez­względne i agre­syw­ne dzie­ci. Dla niektórych pojęcie „mały ty­ran” należy już do kla­sy­ki. Gdy po­zy­cja ta uka­zała się po raz pierw­szy, czułam się bar­dzo do­tknięta ostrą kry­tyką, głównie ze stro­ny fa­chowców o na­sta­wie­niu an­ty­au­to­ry­tar­nym i an­ty­pe­da­go­gicz­nym. Za­ra­zem jed­nak byłam bar­dzo wdzięczna za ten sprze­ciw, po­nie­waż dzięki nie­mu roz­go­rzała dys­ku­sja. Mały ty­ran osiągnął ten sam efekt co ka­mień wrzu­co­ny do wody. Podłoże zaczęło się piętrzyć, a war­stwy, nakładające się na sie­bie, się wy­mie­szały. W ten sposób można ze­brać to, co zbu­twiałe, a to, co ciężkie, zno­wu opad­nie na dno i woda prze­sta­nie być mętna. Ten pro­ces odmętnia­nia będzie trwał jesz­cze długo. Dla­te­go ta książka nie po­trze­bu­je próby ożywie­nia treści. Ona jest wciąż ak­tu­al­na.

Po­wo­dem tego roz­sze­rzo­ne­go wy­da­nia nie jest również ko­niecz­ność po­pra­wie­nia któregoś z pod­sta­wo­wych założeń. Nadal opo­wia­dam się za wszyst­ki­mi opi­sa­mi i in­ter­pre­ta­cja­mi z pierw­sze­go wy­da­nia – z jed­nym istot­nym wyjątkiem. Cho­dzi o sposób, w jaki pod­czas tzw. fazy prze­ko­ry ro­dzi­ce po­win­ni po­ma­gać dziec­ku w kształto­wa­niu jego rosnącej agre­sji. Moją ówczesną radę, że „w miarę możliwości dziec­ko po­win­no samo po­ra­dzić so­bie ze swoją krnąbrnością”, uważam obec­nie za błędną. Ze względu na licz­ne do­bre doświad­cze­nia z te­ra­pią moc­ne­go trzy­ma­nia, ze­bra­ne prze­ze mnie od tego cza­su, mogę dziś zająć inne sta­no­wi­sko.

Złość, roz­wi­jająca się w dwu- lub trzy­let­nim dziec­ku wyjątko­wo dy­na­micz­nie ze względu na „ja”, które pra­gnie przejąć władzę, skie­ro­wa­na jest zarówno prze­ciw przed­mio­tom i sa­me­mu dziec­ku, jak i prze­ciw ro­dzi­com. W pierw­szym przy­pad­ku postępo­wa­nie zgod­nie z mo­imi wcześniej­szy­mi za­le­ce­nia­mi nie byłoby błędem. Jeśli na przykład dziec­ko jest wściekłe na klamkę od drzwi, znaj­dującą się zbyt wy­so­ko, oraz na sie­bie, że nie może jej dosięgnąć, po­win­no na­uczyć się ra­dzić so­bie z tą fru­stracją. Musi doświad­czyć tego, że może sa­mo­dziel­nie opa­no­wać kry­zys. Jeśli jed­nak wściekłość jest skie­ro­wa­na prze­ciw ma­mie lub ta­cie, ma­luch musi mieć szansę kon­fron­ta­cji z prze­ciwnikiem. Po­wi­nien wte­dy wy­ra­zić swoją agresję twarzą w twarz, do­strze­gając jed­no­cześnie złość stro­ny prze­ciwnej. Aby taka kon­fron­ta­cja prze­biegła pra­widłowo i aby miłość mogła się od­no­wić, przy­dat­ne jest moc­ne objęcie. Gdy dziec­ko doj­rze­je i będzie po­tra­fiło wy­ra­zić swo­je uczu­cia słowa­mi, może się obejść również bez kon­tak­tu cie­le­sne­go. Dokładny opis te­ra­pii moc­nego trzy­ma­nia przed­sta­wiłam już w pierw­szym wy­da­niu książki, musi on jed­nak zo­stać roz­wi­nięty. W tym cza­sie wie­lu zroz­pa­czo­nych ro­dziców wpro­wa­dziło tę me­todę w życie zgod­nie z za­sa­da­mi po­da­ny­mi w ni­niej­szym po­rad­ni­ku. Niektórzy ze­bra­li przy tym do­bre doświad­cze­nia, lecz inni prze­stra­szy­li się wy­bu­chem własnych afektów, które wcześniej uda­wało im się okiełznać, i się pod­da­li. Wpraw­dzie nie wyrządziło to dziec­ku większej szko­dy, ale po raz ko­lej­ny udo­wod­nio­no mu, że jest sil­niej­sze od łatwych do za­stra­sze­nia ro­dziców. Oka­zało się, że długo­tr­wałe przy­trzy­my­wa­nie, będące źródłem nie­za­do­wo­le­nia dzie­ci, jest następstwem różnych za­bu­rzeń, przez które ma­luch stał się ty­ra­nem. W tym przy­pad­ku nie wy­star­czyło ama­tor­skie trzy­ma­nie dziec­ka w objęciach. Po­trzeb­na była fa­cho­wa po­moc w po­sta­ci te­ra­pii moc­nego trzy­ma­nia. Bez wspar­cia doświad­czo­nych w tej dzie­dzi­nie te­ra­peutów ro­dzi­com nie udałoby się zająć właści­wej po­zy­cji w hie­rar­chii i za­pew­nić dziec­ku bez­tro­skie­go dzie­ciństwa.

Jed­nym z najczęstszych za­bu­rzeń jest strach do­rosłych przed jed­no­znacz­nym wyrażeniem własnych ne­ga­tyw­nych od­czuć. Ta afek­tyw­na am­bi­wa­len­cja, nie­możliwe do znie­sie­nia „ani-ani”, zmu­sza dziec­ko do od­rzu­ce­nia ro­dziców i prze­szka­dza w niezbędnej kon­fron­ta­cji. Bliższe przyj­rze­nie się temu pro­ble­mo­wi było ważnym po­wo­dem pu­bli­ka­cji tego roz­sze­rzo­ne­go wy­da­nia książki.

Za od­kry­cie nieświa­do­mie działających powiązań w ro­dzi­nie dziękuję sys­te­mo­wym te­ra­peu­tom ro­dzin­nym, w szczególności Ber­to­wi Hel­lin­ge­ro­wi. Pod­czas warsz­tatów z za­kre­su te­ra­pii moc­ne­go trzy­ma­nia, które zor­ga­ni­zo­wałam na jego prośbę w 1990 roku, mój nowy sposób poj­mo­wa­nia wpa­so­wał się w pra­sta­re porządki. Od tej pory te­ra­pia ta jest ściśle związana z sys­te­mową te­ra­pią ro­dzinną. W wie­lu przy­pad­kach po­wsta­nie po­trze­by rządze­nia jest wyraźne i możliwe do le­cze­nia tą me­todą do­pie­ro wte­dy, gdy naświe­tlo­ne zo­staną przy­czy­ny sys­te­mowe. Często dziec­ko sta­je się ty­ra­nem tyl­ko dla­te­go, że podświa­do­mie re­pre­zen­tu­je kogoś bli­skie­go, kto zo­stał wy­pchnięty poza na­wias ro­dzi­ny.

Pod­czas wspólne­go pi­sa­nia z Chri­stel Schwe­izer książek Dzie­ci są gośćmi, którzy py­tają o drogę i Nie­spo­koj­ne dzie­ci uświa­do­miłyśmy so­bie określone pier­wot­ne pra­wa, których prze­strze­ga­nie za­pew­nia wewnętrzną równo­wagę, a nieprze­strze­ga­nie pro­wa­dzi do de­struk­cji. Zja­wi­sko „małego ty­ra­na” po­zwo­liło nam tego gorz­ko doświad­czyć. Roz­wiąza­nie leży w świa­do­mym włącza­niu (= „re-li­gio”) prze­ka­za­nych nam praw życia.

Wpro­wa­dze­nie

Pew­ne­go let­nie­go dnia mój mąż i ja byliśmy świad­ka­mi dwóch zda­rzeń, w za­dzi­wiający sposób uzu­pełniających się wza­jem­nie. Spra­wiły one, że po­sta­no­wiłam niezwłocznie na­pi­sać tę książkę.

Po uro­kli­wym słonecz­nym po­ran­ku, gdy tyl­ko nasz wy­ciecz­ko­wy sta­tek opuścił port w Lin­dau, nagła ule­wa zapędziła roz­cza­ro­wa­nych po­godą pasażerów do re­stau­ra­cji. Następną burzę wywołał przy sąsied­nim sto­li­ku pięcio­let­ni chłopiec. Mimo że po­da­no już posiłek, chłopiec upie­rał się, że będzie stał na sto­le, skąd miał lep­szy wi­dok na fale. Początko­wo nie zwra­cał uwa­gi na uprzej­me prośby ro­dziców, by ze­chciał zejść na podłogę. Kie­dy spróbo­wa­li go zdjąć ze stołu, zaczął krzy­czeć na cały lo­kal: „Puść mnie, ty sta­ra kur­wo!”, matkę kopnął w brzuch, ojca zaś ugryzł w rękę. Przed­sta­wie­nie to powtórzyło się kil­ka razy. Chłopiec był co­raz bar­dziej wściekły, ro­dzice co­raz bar­dziej zmie­sza­ni, a będący świad­ka­mi zajścia goście – po­iry­to­wa­ni. W końcu zdjęto chłopca ze stołu, co gwałtow­nie na­si­liło atak wściekłości. Wówczas goście stojący wokół zaczęli wygłaszać uwa­gi w ro­dza­ju: „Gdy­by to było moje dziec­ko, dałbym mu w skórę”. Ro­dzi­ce, cali w pąsach, tłuma­czy­li się: „Próbo­wa­liśmy tego, ale po­tem był jesz­cze gor­szy”. W za­ist­niałej sy­tu­acji ro­dzice mie­li dwie możliwości: wyjść z dziec­kiem na deszcz albo po­zwo­lić mu stać na sto­le. Oby­dwa roz­wiąza­nia ozna­czały dla nich porażkę. Zna­leźli się w pułapce. Gdy wy­cho­dzi­li, mat­ka miała łzy w oczach.

Kie­dy po­tem spa­ce­ro­wa­liśmy z mężem po na­brzeżu, tra­fi­liśmy na po­dob­ny i równie ty­po­wy ob­ra­zek. Do brze­gu podpływały łabędzie i kacz­ki, ciągnąc za sobą sznu­re­czek młodych, aby na­kar­mić je chle­bem rzu­ca­nym przez wy­ciecz­ko­wiczów. Jed­na z ka­czek nie pa­so­wała do tego ob­ra­zu. Nie ona pro­wa­dziła swo­je je­dy­ne młode, lecz prze­ciw­nie, po­zwa­lała, aby ono ją pro­wa­dziło, pływając nie­spo­koj­nie między łódka­mi tam i z po­wro­tem i chwy­tając w dziób wszyst­ko oprócz chle­ba. A kacz­ka – tak jak mat­ka na stat­ku – podążała za młodym ze spusz­czoną głową. „Właści­wie – stwier­dził mój mąż – w tej sy­tu­acji mat­ka też jest cho­ra. Wygląda to na klęskę ich oboj­ga”.

Zaczęliśmy roz­ma­wiać o ogrom­nym pro­ble­mie, jaki po­wsta­je, gdy sta­do, za­miast na­uczyć młode re­spek­to­wa­nia praw rządzących zbio­ro­wością, przy­swa­ja so­bie jego za­bu­rzo­ne, pod­szy­te stra­chem za­cho­wa­nie. Za­grożenie tych praw jest bo­wiem za­grożeniem sa­mej ro­dzi­ny. Zro­zu­miałam, że cho­ciaż na­uka podjęła już ten pro­blem, nad­szedł czas, aby się nim poważnie zająć.

W mo­jej prak­ty­ce co­raz częściej spo­ty­kam ro­dziców do głębi prze­rażonych swo­im dziec­kiem. Ro­dziców, którzy mimo prób stwo­rze­nia so­bie i jemu wol­nej prze­strze­ni życio­wej, czują się wy­ko­rzy­sty­wa­ni i znie­wo­le­ni. Ro­dziców, którzy nie mogą do­trzeć do swo­ich dzie­ci ani po­przez postępo­wa­nie pełne życz­li­wości, ani przez na­gra­dza­nie ich czy ka­ra­nie. Ro­dziców, którzy nie­mal żałują, że poczęli dziec­ko, oraz małżeństwa, które tłumią pra­gnie­nie jego po­sia­da­nia, gdyż były świad­ka­mi ta­kich za­cho­wań dzie­ci, jak opi­sa­ne powyżej.

Wśród małych ty­ranów są dzie­ci, które po­przez skraj­nie agre­syw­ne za­cho­wa­nie zdo­mi­no­wały oto­cze­nie, ta­kie, które ko­niecz­ność pa­no­wa­nia nad oto­cze­niem prze­ra­sta, i ta­kie, które tłumią w so­bie ata­ki wściekłości. Te ostat­nie przyj­mują ra­czej po­stawę od­mowną, przy­cza­jo­ne ob­ser­wują sy­tu­ację i wy­co­fują się w swój wewnętrzny świat, w którym re­la­cje są jesz­cze możliwe do opa­no­wa­nia. Spo­ty­kam również dzie­ci, które po­zba­wio­no w którymś mo­men­cie władzy, i dla­te­go są za­gu­bio­ne i smut­ne. Żyją w po­czu­ciu do­zna­nej krzyw­dy, załamują się, za­pa­dają na cho­ro­by psy­cho­so­ma­tycz­ne. Dzie­ci te są nieszczęśliwe – są więźnia­mi własnej władzy. Żyją w ciągłym nie­po­ko­ju i całko­wi­tym osa­mot­nie­niu. Po­tra­fią brać, ale nie umieją dawać. W ten sposób zo­stają po­zba­wio­ne doświad­cze­nia miłości, która jest równo­wagą między da­wa­niem a bra­niem. Na­pi­sałam tę książkę właśnie dla nich, po­nie­waż cze­ka je bar­dzo smut­na przyszłość, jeśli we właści­wym cza­sie nie znajdą u nas po­mo­cy. Jeśli nie po­czują się do­brze i bez­piecz­nie na świe­cie, nie podołają życiu. Dro­ga do tego pro­wa­dzi nie po­przez pa­no­wa­nie nad oto­cze­niem, ale przez przy­swo­je­nie so­bie sze­re­gu umiejętności: cze­kania, przy­sto­so­wa­nia, zno­sze­nia nie­po­wo­dzeń, umiejętności pra­cy z lękami po­le­gającej nie na igno­ro­wa­niu ich, lecz prze­ciw­nie, na ich doświad­cza­niu i prze­cho­dze­niu przez nie. Dzie­ci te nie prze­czu­wają jesz­cze, że nie od­zy­skają wol­ności, dopóki po­zo­staną uza­leżnio­ne od żądzy pa­no­wa­nia.

Za­pew­niam was, że to, co tu­taj piszę, nie jest zwykłym czar­no­widz­twem. Po­twier­dzają to licz­ne roz­mo­wy z fa­chow­ca­mi w dzie­dzi­nie psy­cho­lo­gii. Współcześnie ob­ser­wu­je­my praw­dziwą epi­de­mię za­bu­rzeń oso­bo­wości, która od początku lat 80. XX wie­ku roz­prze­strze­nia się la­wi­no­wo. Wcześniej dziećmi z pro­ble­ma­mi byli głównie „chłopcy do bi­cia” i „kozły ofiar­ne”, dzie­ci lękli­we, nie­za­rad­ne, szu­kające zastępczo za­spo­ko­je­nia w skraj­nie oral­nych re­ak­cjach (ob­gry­za­nie pa­znok­ci, obżar­stwo itp.) oraz w agre­sji pośred­niej (np. kłam­stwa, kra­dzieże, pod­pa­le­nia itp.). Dzie­ci te były, w zależności od „prze­ko­nań” oso­by dia­gno­zującej, kie­ro­wa­ne do po­rad­ni wy­cho­waw­czej na te­ra­pię psy­cho­ana­li­tyczną bądź te­ra­pię za­cho­wań lub ro­dzinną.

Dziś na pierw­szy plan wy­sunęły się za­bu­rze­nia związane z agresją i de­strukcją, występujące wraz z oziębłością emo­cjo­nalną, ego­izmem i bez­względnością. Dzie­ci do­tknięte tymi za­bu­rze­niami zdają się od­por­ne na te­ra­pię i nie pod­dają się pro­ce­som wy­cho­waw­czym. Nie­je­den doświad­czo­ny fa­cho­wiec – psy­cho­log, na­uczy­ciel czy wy­cho­waw­ca – za­da­je so­bie py­ta­nia: czy stra­ciłem swo­je umiejętności za­wo­do­we, czy być może z po­wo­du mo­ich własnych pro­jek­cji je­stem tak nie­to­le­ran­cyj­ny wo­bec tych ob­da­rzo­nych silną wolą dzie­ci, czy moja ru­ty­na nie zabiła we mnie zdol­ności od­działywa­nia, a może po pro­stu nie lubię już mo­je­go za­wo­du? Są psy­chia­trzy, którzy za­czy­nają wątpić w swoją umiejętność przekonywa­nia, kie­dy spo­ty­kają dzie­ci „niepod­dające się le­cze­niu”, które nie tyl­ko nie chcą otwo­rzyć ust, lecz także całko­wi­cie od­ma­wiają spożywa­nia niezbędnych po­karmów i chętniej umarłyby z głodu, aniżeli zadośćuczy­niły błaga­niu ro­dziców i prze­rwały strajk głodo­wy. Wy­da­je się, że działa tu nie tyle złość, która pcha do po­sta­wie­nia na swo­im, ile au­to­de­struk­cyj­na wściekłość.

Do tych fa­chowców kie­ruję moje słowa. Nie pragnę za wszelką cenę uwol­nić ich od wątpli­wości. Wątpli­wości bo­wiem spra­wiają, że dia­log sta­je się możliwy i po­ma­gają tym sa­mym le­piej po­znać za­gad­nie­nie. Na­ukow­ca, czy­tającego tę książkę z kry­tycz­nym na­sta­wie­niem, proszę o wy­ro­zu­miałość zarówno dla po­sta­wio­nej prze­ze mnie hi­po­te­zy na te­mat przy­czyn nałogu żądzy pa­no­wa­nia, jak i dla założenia, że cho­dzi tu o nałóg w ścisłym tego słowa zna­cze­niu. Mam na­dzieję, że dla lu­dzi na­uki książka ta sta­nie się punk­tem wyjścia do dal­szych badań. Sta­wiam so­bie za cel za­ini­cjo­wa­nie dys­ku­sji, która przy­czyni się do lep­sze­go ro­zu­mie­nia pro­blemów dzie­ci uza­leżnio­nych od ty­ra­nii oraz ich ro­dziców.

W po­szu­ki­wa­niu źródeł żądzy pa­no­wa­nia

Kie­dy zajęłam się bliżej pro­ble­mem żądzy pa­no­wa­nia, za­in­te­re­so­wały mnie trzy kwe­stie:

• Co się kry­je za tym nie­wia­ry­god­nym dzie­cięcym pra­gnie­niem spra­wo­wa­nia władzy?

• W którym miej­scu zo­stała prze­kro­czo­na gra­ni­ca niezbędne­go za­kre­su po­czu­cia mocy?

• Dla­cze­go tak się dzie­je, że zja­wi­sko uza­leżnie­nia od nałogu władzy do­ty­czy ogrom­nej licz­by dzie­ci, zważyw­szy na to, że nig­dy dotąd nie występowało ono na taką skalę i do­ty­czyło ra­czej do­rosłych?

Ist­nie­je bar­dzo nie­wie­le książek, zaj­mujących się tym pro­ble­mem. Jest kil­ka prac z za­kre­su psy­cho­lo­gii głębi au­tor­stwa Sig­mun­da Freu­da i He­in­za Ko­hu­ta na te­mat związku między żądzą pa­no­wa­nia a nar­cy­zmem. Porówna­nie żądzy pa­no­wa­nia z po­trzebą zna­cze­nia to te­mat jed­nej z prac Al­fre­da Ad­le­ra. Przede wszyst­kim jed­nak pro­ble­mem władzy zaj­muje się Hans Strotz­ka; również on na­rze­ka na nie­do­sta­tek zo­rien­to­wa­nych psy­cho­ana­li­tycz­nie opra­co­wań.

W swo­jej pra­cy stwier­dza, że to ra­czej ofia­ry prze­mo­cy, a więc uci­ska­ni, szu­kają po­mo­cy te­ra­peu­ty. W na­szej po­rad­ni doświad­cza­my sy­tu­acji nie­ty­po­wej, to bo­wiem ro­dzi­ce zwra­cają się o ra­tu­nek przed ty­ra­nem (dziec­kiem). To, co w tej książce określam jako żądzę pa­no­wa­nia, nie jest tożsame ani z po­trzebą zna­cze­nia, ani z nar­cy­zmem. Przy­czy­ny zdają się mieć związek z roz­po­wszech­nio­nym obec­nie tech­no­lo­gicz­no-kon­sump­cyj­nym sty­lem życia, co później ob­szer­nie omówię.

Pra­ce większości uczo­nych ba­dających te pro­ble­my za­wie­rają pew­ne wspólne kon­cep­cje. Jedną z nich jest ko­niecz­ność łącze­nia psy­cho­ana­li­zy z ele­men­ta­mi so­cjo­lo­gii in­du­strial­ne­go, na­sta­wio­ne­go na efek­tyw­ność społeczeństwa, uważanie po­czu­cia wy­ob­co­wa­nia za następstwo za­bu­rzeń psy­chicz­nych, inną – trak­to­wa­nie uza­leżnie­nia od po­sia­da­nia władzy jako główne źródło zła. Wszy­scy ucze­ni stwier­dzają, że je­dy­nym sku­tecz­nym le­kar­stwem na te do­le­gli­wości jest miłość. Wy­mie­niam w tym miej­scu tyl­ko kil­ku z nich: Erich Fromm ostrze­ga przed rosnącą wciąż zależnością współcze­sne­go człowie­ka od po­sia­da­nia, która unie­możli­wia mu doświad­cza­nie by­cia. Arno Gru­en opi­su­je zdradę sa­me­go sie­bie w książce pod ta­kim właśnie tytułem i przed­sta­wia cier­pie­nia współcze­snych pa­cjentów, którzy iden­ty­fi­kują się z po­czu­ciem władzy, tworzą z niej swój ima­ge, ucie­kają w fałszy­we uczu­cia i tym sa­mym od­da­lają się całko­wi­cie od doświad­cze­nia miłości i własnej au­to­no­mii.

Ale­xan­der Lo­wen uważa, że nar­cyzm każdej isto­ty kształtuje się pod wpływem całego nar­cy­stycz­nie na­sta­wio­ne­go kręgu kul­tu­ro­we­go. Na­tu­ral­ne uczu­cia są wy­pie­ra­ne, po­nie­waż nie pa­sują już do wy­kre­owa­ne­go przez człowie­ka wi­ze­run­ku sa­me­go sie­bie. Spra­wia to, że współcze­sny człowiek doświad­cza pust­ki i bra­ku sen­su swo­je­go życia. Lo­wen po czter­dzie­stu la­tach pra­cy psy­cho­te­ra­peu­tycz­nej (bio­ener­ge­ty­ka) stwier­dza, że na te­re­nie USA, po­dob­nie jak w Eu­ro­pie Za­chod­niej, nastąpiła wyraźna zmia­na ro­dza­ju za­bu­rzeń. Obec­nie rzad­ko spo­ty­ka się ner­wi­ce, które występowały we wcześniej­szych la­tach: pa­ra­liżujące po­czu­cie winy, lęki, fo­bie, natręctwa. Za to w jego prak­ty­ce po­ja­wia się bar­dzo wie­lu lu­dzi skarżących się na de­pre­sje i za­bu­rzenia życia uczu­cio­we­go.

To, co wy­mier­ne i po­li­czal­ne, zaczęło zna­czyć więcej niż to, co ide­al­ne. Tym sa­mym myśli i uczu­cia zo­stały od sie­bie od­dzie­lo­ne, pre­fe­ro­wa­na jest wie­dza prag­ma­tycz­na. Od­by­wa się to kosz­tem nie­dającej się pre­cy­zyj­nie zmie­rzyć wie­dzy o emo­cjo­nal­nej kon­dy­cji człowie­ka.

Następstwem ta­kie­go kar­te­zjańskie­go myśle­nia było skon­stru­owa­nie pierw­szej bom­by ato­mo­wej, za­nim pe­da­go­gi­ka i pe­dia­tria za­uważyły, że małe dziec­ko też ma swo­je po­trze­by.

Zna­ny psy­chia­tra dzie­cięcy z Ty­bin­gi, Re­in­hart Lempp, przed­sta­wia w książce Przewrót w ro­dzi­nie hi­sto­rię swo­je­go za­wo­du. Do­pie­ro w połowie XX wie­ku ba­da­nia Rene Spit­za, Joh­na Bowl­by’ego, H.F. Har­lo­wa i in­nych do­wiodły ist­nie­nia owych po­trzeb i umożliwiły zro­zu­mie­nie dzie­cięcej zdol­ności do miłości oraz psy­chicz­nej wrażliwości małego dziec­ka. Trze­ba było jesz­cze wie­lu lat, za­nim stwier­dzo­no, że ta wie­dza wy­ma­ga re­wi­zji. Dziś wia­do­mo, że dziec­ko już przed na­ro­dzi­na­mi jest wrażliwe na kon­takt z matką. W między­cza­sie uka­zały się książki psy­cho­ana­li­tyków dzie­cięcych zaj­mujących się psy­cho­lo­gią roz­wo­ju, np. Do­nal­da W. Win­ni­cot­ta i Mar­ga­ret B. Mah­ler, którzy opi­sa­li po­wsta­wa­nie po­czu­cia wszech­mo­cy u dziec­ka w psy­cho­zach. Ba­da­nia te zo­stały nad­spo­dzie­wa­nie do­brze przyjęte przez psy­cho­te­ra­peutów. Nie­ste­ty jed­nak, z po­wo­du her­me­tycz­ne­go języka, w znacz­nym stop­niu pozo­stały one nie­dostępne dla ro­dziców i in­nych osób, pra­cujących z dziećmi.

W li­te­ra­tu­rze nie­miec­kiej psy­cho­te­ra­peut­ka dzie­cięca, Chri­sta Me­ves, połączyła w jed­no wiedzę na­ukową z ob­szarów psy­cho­lo­gii głębi, so­cjo­lo­gii i eto­lo­gii. Źródeł pełnego bez­względności bra­ku po­ha­mo­wa­nia po­szu­ku­je ona w na­zna­czo­nym prze­sy­tem do­bro­by­cie ma­te­rial­nym, we współcze­snym he­do­ni­zmie, który spra­wia, że istot­ne war­tości za­mie­rają. Prze­ja­wem tego jest między in­ny­mi wzra­stająca licz­ba ma­tek pra­cujących za­wo­do­wo, które Me­ves ostro kry­ty­ku­je. Mat­ki te za­miast miłości ofia­ro­wują swo­im dzie­ciom przeżutą papkę odżywek i te­le­wizję za­miast za­ba­wek. Jej zda­niem nie­po­ha­mo­wa­nej agre­sji można uniknąć, po­zo­sta­wiając dziec­ku z jed­nej stro­ny możliwość własnej ak­tyw­ności i ini­cja­ty­wy w zdo­by­wa­niu ota­czającego świa­ta, z dru­giej zaś – dając mu w tym sa­mym cza­sie szansę skon­fron­to­wa­nia się z sen­sow­nie usta­wio­ny­mi ogra­ni­cze­nia­mi. Współcze­sne mat­ki same nie są do­sta­tecz­nie wol­ne, aby mogły dopuścić do tego ro­dza­ju kon­fron­ta­cji. Po­zwa­lają dziec­ku na wszyst­ko, co po­wo­du­je nie tyle rozłado­wa­nie po­szu­kującego ujścia popędu agre­sji, ile wzmoc­nie­nie go. Je­steśmy co­raz bliżej źródeł żądzy pa­no­wa­nia. Dal­sze uza­sad­nie­nie tez wyjaśniających po­wsta­nie uza­leżnie­nia od po­czu­cia władzy od­naj­du­je­my u Kon­ra­da Lo­ren­za. Bada on spu­sto­szoną prze­strzeń życiową człowie­ka w aspek­tach psy­cho­lo­gii porównaw­czej i so­cjo­lo­gii zwierząt. Za naj­po­ważniej­sze z ośmiu grzechów głównych ucy­wi­li­zo­wa­nej ludz­kości uważa roz­pad ge­ne­tycz­nie za­ko­rze­nio­nych za­cho­wań społecz­nych i ode­rwa­nie od tra­dy­cji. Wska­zu­je na fakt, że tysiące dzie­ci w re­zul­ta­cie bez­stre­so­we­go wy­cho­wa­nia stały się nieszczęśli­wy­mi neu­ro­ty­ka­mi.

Dziec­ko, które po­zba­wio­no możliwości in­stynk­tow­ne­go pod­porządko­wa­nia się sil­niej­sze­mu w hie­rar­chii star­szeństwa, czu­je się sfru­stro­wa­ne i bez­bron­ne. Nie może iden­ty­fi­ko­wać się z nie­wol­niczą słabością, którą wy­ka­zu­je wo­bec nie­go ktoś, kto prze­cież po­wi­nien być od nie­go sil­niej­szy, i w kon­se­kwen­cji nie jest w sta­nie doświad­czyć i przy­swoić so­bie norm społecz­ne­go za­cho­wa­nia. Człowiek, który nie przy­swoił so­bie określo­nych społecz­nych spo­sobów za­cho­wa­nia, jest ska­za­ny na prze­graną – w rze­czy­wi­stości jest cho­ry i nieszczęśliwy, zasługu­je na na­sze współczu­cie. Nie­umiejętność pod­porządko­wa­nia się nor­mom jest złem sa­mym w so­bie. Jest nie tyl­ko ne­gacją i uwstecz­nie­niem pro­ce­su two­rze­nia, dzięki któremu zwierzę stało się człowie­kiem, jest czymś znacz­nie gor­szym. W ta­jem­ni­czy sposób za­bu­rze­nie za­cho­wań mo­ral­nych pro­wa­dzi nie tyl­ko do za­ni­ku wszyst­kie­go, co od­czu­wa­my jako do­bre i przy­zwo­ite, lecz wprost do ak­tyw­nej wro­gości wo­bec tych war­tości – to właśnie zja­wi­sko wie­le re­li­gii na­zy­wa wro­giem Boga. Kie­dy ob­ser­wu­je­my je wni­kli­wie, nie możemy za­prze­czyć wierzącemu, który twier­dzi, że An­ty­chryst po­wstał.

W jaki sposób roz­po­znałam pro­blem dzie­ci uza­leżnio­nych od po­czu­cia pa­no­wa­nia

Wie­le rze­czy mu­siało się zbiec w tym sa­mym cza­sie, abym wraz z mo­imi współpra­cow­ni­ka­mi mogła zacząć efek­tyw­nie pra­co­wać z przy­pad­ka­mi uza­leżnie­nia od żądzy pa­no­wa­nia.

1. W trak­cie wie­lo­let­niej pra­cy z dziećmi au­ty­stycz­ny­mi za­ob­ser­wo­wa­liśmy, że otrzy­mując od­po­wied­nie wspar­cie, mogą one osiągnąć wyższy po­ziom społecz­ne­go roz­wo­ju, na którym od­kry­wają radość z przy­wiąza­nia do mat­ki (ewen­tu­al­nie także do in­nych osób). Próbują jed­nak wciągnąć matkę w ist­niejące wciąż przy­mu­sy. Jeżeli, szczęśliwa z po­wo­du roz­bu­dzo­nej go­to­wości kon­tak­tu, mat­ka przy­zwa­la na to, czu­je się tym usa­tys­fak­cjo­no­wa­na i ni­cze­go więcej nie wy­ma­ga, dziec­ko po­zo­sta­je na po­ziomie au­to­kra­cji i ją opa­no­wu­je.

2. Kie­dy ro­zeszły się wieści, że zaj­mu­je­my się dia­gno­zo­wa­niem au­ty­zmu, zaczęto przy­syłać do nas dzie­ci z najróżniej­szych oko­lic, wy­ka­zujące za­cho­wa­nia po­dob­ne do au­ty­stycz­nych, w celu po­sta­wie­nia dia­gno­zy. Mo­gliśmy stwier­dzić, że dzie­ci te nie pa­sują do do­brze zna­ne­go syn­dro­mu wczesnodzie­cięcego au­ty­zmu. Cha­rak­te­ry­zo­wała je pra­wie bez­gra­nicz­na, po­zba­wio­na ja­kich­kol­wiek lęków przed zmianą go­to­wość do pod­porządko­wa­nia so­bie całego oto­cze­nia, tak jak­by były wszech­moc­ne.

3. W tym sa­mym cza­sie ze­tknęliśmy się z wie­lo­ma małymi dziećmi w wie­ku od czte­rech do dwu­dzie­stu czte­rech mie­sięcy, które całko­wi­cie ab­sor­bo­wały sobą ro­dziców z po­wo­du za­bu­rzeń snu lub przyj­mo­wa­nia po­karmów oraz per­ma­nent­ne­go nie­po­ko­ju. Stwier­dzi­liśmy, że są na tym sa­mym po­zio­mie roz­wo­ju, jaki osiągnęły dzie­ci au­ty­stycz­ne. Można więc było za­ob­ser­wo­wać po­do­bieństwo między au­to­kracją a przy­mu­sową wszech­mocą tych dzie­ci.

4. Pod­sta­wową te­ra­pią, która jako wspar­cie umożliwiła dzie­ciom au­ty­stycz­nym osiągnięcie wspo­mnia­ne­go już wyższe­go po­zio­mu społecz­ne­go roz­wo­ju i uwal­niała je od au­ty­zmu, oka­zała się te­ra­pia moc­ne­go trzy­ma­nia (Fe­sthal­te­the­ra­pie). Jest to postępo­wa­nie, które po długo­tr­wałych wa­ha­niach przejęłam od ame­ry­kańskiej le­kar­ki zaj­mującej się psy­chia­trią dzie­cięcą, Mar­thy We­lch, i od uho­no­ro­wa­ne­go Na­grodą No­bla ba­da­cza za­cho­wań zwierząt, Nika Tin­ber­ge­na. Z co­raz większym prze­ko­na­niem roz­po­wszech­niam je na ob­sza­rze nie­miec­kojęzycz­nym. Po­szu­ki­wa­nie etycz­nych i psy­cho­lo­gicz­nych uza­sad­nień dla te­ra­pii moc­ne­go trzy­ma­nia wy­ostrzyło moją zdol­ność em­pa­tii i umiejętność ro­zu­mie­nia oko­licz­ności, w ja­kich może się po­ja­wić nie tyl­ko au­tyzm, lecz także żądza pa­no­wa­nia, a tym sa­mym zwiększyło sku­tecz­ność w jej sto­so­wa­niu.

Już w tym miej­scu chcę wyraźnie pod­kreślić, że moc­ne trzy­ma­nie nie ma na celu pod­porządko­wa­nia i ubezwłasno­wol­nie­nia dzie­ci, lecz udzie­le­nie im ta­kie­go wspar­cia i miłości, które po­zwolą dziec­ku na zbu­do­wa­nie własne­go, odrębne­go „ja”.

Pre­zen­ta­cja małego ty­ra­na

Aby wpro­wa­dzić Czy­tel­ni­ka w te­mat, przed­sta­wię ty­po­we przy­pad­ki, z którymi ze­tknęłam się pod­czas mo­jej pra­cy na od­dzia­le za­bu­rzeń roz­wo­ju w jed­nej z kli­nik pe­dia­trycz­nych.

Alek­san­der

Pre­zen­ta­cja pro­ble­mu

Miej­sco­wy pe­dia­tra przysłał do mnie sied­mio­let­nie­go chłopca, którego bar­dzo lubił i którego ro­dzinę znał od wie­lu lat. Opie­ko­wał się również jego star­szym ro­dzeństwem (16 i 18 lat) i wie­dział, że ro­dzi­ce sta­ra­li się wy­cho­wy­wać dzie­ci rozsądnie. Alek­san­der przy­szedł na świat jako nie­pla­no­wa­ne, lecz po roz­po­zna­niu ciąży upra­gnio­ne dziec­ko. Za­wsze był bar­dzo ra­do­sny. Ro­dzi­ce uważali, że wy­cho­wują go w taki sam, pełen życz­li­wości i kon­se­kwent­ny sposób jak star­sze ro­dzeństwo. Oj­ciec zajęty był swo­im nie­wiel­kim zakładem rze­mieślni­czym, mat­ka miała za­wsze czas dla dzie­ci i z przy­jem­nością pełniła obo­wiązki pani domu. Alek­san­der chętnie uczęszczał do przed­szko­la. Jego po­byt w tej placówce miał po­zor­nie bez­pro­ble­mo­wy prze­bieg.

Kry­zys wywołało do­pie­ro pójście do szkoły. Co praw­da, w czy­ta­niu, pi­sa­niu i li­cze­niu chłopiec nie był naj­szyb­szy, lecz także nie od­sta­wał od resz­ty. Ro­dzi­na w za­sa­dzie nie ocze­ki­wała ni­cze­go więcej, toteż nikt nie wy­wie­rał na nie­go żad­nych na­cisków. Pew­ne­go razu w szko­le na­uczy­ciel­ka, która naj­praw­do­po­dob­niej nie bar­dzo lubiła Alek­san­dra, odesłała go od ta­bli­cy na miej­sce. U chłopca wywołało to szok. Alek­san­der odmówił uczęszcza­nia do szkoły, mimo że początko­wo cho­dził do niej z ochotą. Wszyst­kie próby prze­ko­na­nia go do po­wro­tu nie przy­niosły skut­ku. Kie­dy któregoś dnia na­uczy­ciel­ka od­wie­dziła go w domu, wpadł w pa­nikę i za­cho­wy­wał się w agre­syw­ny, pod­szy­ty lękiem sposób. Przy­po­mi­nało to atak. Na­uczy­ciel­ka uważana była za osobę sta­rej daty – miłą, ale su­rową. W jej ka­rie­rze zda­rzył się już raz po­dob­ny przy­pa­dek, nie tak jed­nak dra­ma­tycz­ny jak przy­pa­dek Alek­san­dra. Pierw­szo­kla­sistkę, która weszła z nią w kon­flikt, po pro­stu prze­nie­sio­no do równo­ległej kla­sy.

Alek­san­der był wrażliwy i pełen tem­pe­ra­men­tu, miał sil­nie roz­wi­nięte po­czu­cie własnej war­tości. W kon­tekście in­cy­den­tu pe­dia­tra po­dej­rze­wał fobię szkolną. Su­ge­ro­wał również mi­ni­malną dys­funkcję mózgu w związku z nie­wiel­ki­mi pro­ble­ma­mi Alek­san­dra z orien­tacją prze­strzenną – nie­rozróżnia­niem stro­ny le­wej i pra­wej – co mogło sta­no­wić przy­czynę po­wol­ne­go tem­pa pi­sa­nia. Z tych po­wodów pe­dia­tra nie chciał kie­ro­wać chłopca do po­rad­ni wy­cho­waw­czej w miej­scu za­miesz­ka­nia, lecz wolał zba­dać go u nas i ewen­tu­al­nie za­in­te­re­so­wać sprawą dy­rek­to­ra i ko­mi­tet szkol­ny.

Pre­zen­ta­cja dziec­ka

Na pierw­szy rzut oka ro­dzi­na dziec­ka spra­wiała wrażenie otwar­tej, a sam Alek­san­der zda­wał się szcze­ry i przy­ja­zny. Na moje pierw­sze py­ta­nie: „Kim chciałbyś zo­stać?”, od­po­wie­dział na­tych­miast: „Sze­fem po­li­cji lub straży pożar­nej”. Z dal­szej roz­mo­wy wy­ni­kało, że chce się ożenić, naj­le­piej z taką panią jak mama, tyl­ko szczu­plejszą, chce mieć dzie­ci, ale tyl­ko jed­no, i to wyłącznie małego chłopca, chce miesz­kać w wil­li, w której nie będzie lo­ka­torów, ale za to aż stu strażników, więc po­wi­nien to być chy­ba za­mek. A gdy­by mógł mieć górę, to mu­siałaby to być naj­większa góra w całym kra­ju, z re­stau­racją i tru­skaw­ka­mi, rosnącymi na szczy­cie, na który można by wje­chać pry­watną windą. Po­pro­szo­ny o wy­bra­nie so­bie zwierzęcia, w ja­kie chciałby się zmie­nić, Alek­san­der bez wa­ha­nia zde­cy­do­wał się na lwa, którego znał z cyr­ku i którego wszy­scy się boją. Mamę, tatę i ro­dzeństwo zmie­niał w lwy, ale ko­niecz­nie mniej­sze niż on – taka au­ten­tycz­na lwia ro­dzi­na.

Alek­san­der nie miał żad­ne­go praw­dzi­we­go przy­ja­cie­la. Najchętniej bawił się ze znacz­nie młod­szy­mi lub ze star­szy­mi dziećmi. Oto, jak ro­dzi­ce tłuma­czy­li jego za­cho­wa­nie: „Alek­san­der bar­dzo chętnie po­ma­ga młod­szym i tak ład­nie po­tra­fi się z nimi bawić. A od star­szych bar­dzo wie­le się uczy i próbuje za­cho­wy­wać się jak oni. Czyż można mu coś za­rzu­cić? Jest w sąsiedz­twie chłopiec w tym sa­mym wie­ku, ale z nim nie może się zupełnie do­ga­dać, obaj walczą ze sobą jak pies z ko­tem. Alek­san­der w za­ba­wie z nim nie po­tra­fi prze­for­so­wać swo­ich po­mysłów”.

Pro­wadząc da­lej wy­wiad, chciałam wie­dzieć, w jaki sposób Alek­san­der za­cho­wu­je się w sy­tu­acjach nie­układających się po jego myśli oraz czy po­tra­fi się pod­porządko­wać. Ro­dzi­ce odpowie­dzieli: „O tak, jeśli tyl­ko chce”. Do­py­ty­wałam się da­lej: „A co się dzie­je, gdy nie chce?”. „No, wte­dy się nie pod­porządko­wu­je. To praw­dzi­wy król. Ja, jako mat­ka, czuję się cza­sem jak jego dama dwo­ru i ku­char­ka. Nie jada wa­rzyw, z owoców tyl­ko ba­na­ny, jabłka je­dy­nie w kom­po­cie, a z mięs wyłącznie pa­nie­ro­wa­ne ko­tle­ty”. Na moje py­ta­nie, czy po­tra­fi się przy­tu­lać, mat­ka od­po­wie­działa: „O tak, to piesz­czoch”. Do­pie­ro kie­dy spy­tałam, co się dzie­je, gdy piesz­czo­ty ini­cju­je nie on sam, lecz ro­dzi­ce – gdyż miłość jest prze­cież wza­jem­nym da­wa­niem i bra­niem – mat­ka po­padła w zamyśle­nie i twarz jej się za­smu­ciła: „Cóż, przy­cho­dzi i od­cho­dzi, kie­dy chce. Nie mam na to żad­ne­go wpływu”.

Następnie in­te­re­so­wało mnie, w jaki sposób chłopiec się bawi. Ro­dzi­ce opo­wie­dzie­li, że najchętniej bawi się sam, kloc­ka­mi lego i sa­mo­cho­da­mi, po­nie­waż in­te­re­su­je się tech­niką. Trud­no jest mu usie­dzieć w miej­scu, jest praw­dzi­wym wier­ci­piętą, musi być cały czas w ru­chu. Oj­ciec sądził, że Alek­san­der jest ta­kim sa­mym małym roz­ra­biaką, ja­kim był on, po pro­stu cza­sy się zmie­niły i ta­kiej swo­bo­dy, jaką oni mogą dać dziś swo­je­mu sy­no­wi, jego własny oj­ciec nie mógł mu za­pew­nić.

Wyjaśnie­nie przy­pad­ku i za­bu­rzeń roz­wo­ju z punk­tu wi­dze­nia psy­cho­lo­gii

Ana­li­za przy­pad­ku ujaw­niła, że Alek­san­dra po