Malarz świata ułudy - Kazuo Ishiguro - ebook + książka

Malarz świata ułudy ebook

Kazuo Ishiguro

3,0

Opis

Książka laureata literackiej Nagrody Nobla 2017.

Rok 1948. Zniszczona Japonia przeżywa czas gruntownych przewartościowań. Z ruin powstaje nowy świat i porządek rzeczy. Emerytowany malarz Masuji Ono, który całe dnie poświęca prozaicznym czynnościom – pielęgnacji ogrodu, naprawie domu, opiece nad wnukami – nie potrafi uwolnić sie od przeszłości. Kierowany wewnętrzną potrzebą wytacza sam sobie proces, w którym wytacza sam sobie proces, w którym jest jednocześnie oskarżycielem, oskarżonym i sędzią. Porządek, który niegdyś współtworzył i wspierał, został zburzony. Japoński imperializm poniósł druzgocąca klęskę. Masuji musi na nowo określić samego siebie i relacje z dwoma córkami, Setsuko i Noriko, dokonać moralnego rozrachunku z dotychczasowym życiem.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 283

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




Okładka

O książce

Strona tytułowa

O autorze

Tego autora

Strona redakcyjna

Dedykacja

Październik 1948

Kwiecień 1949

Listopad 1949

Czerwiec 1950

Przypisy

O książce

DRUGA POWIEŚĆ ZDOBYWCY LITERACKIEGO NOBLA 2017 NOMINOWANA DO NAGRODY BOOKERA, LAUREATKA NAGRODY WHITBREAD

W swoich powieściach o wielkiej emocjonalnej sile Kazuo Ishiguro obnaża pustkę pod naszym złudnym poczuciem związku ze światem.Z uzasadnienia przyznania Nagrody Nobla

Rok 1948. Dla zniszczonej Japonii przyszedł czas przewartościowań. Stary porządek wspierany przez emerytowanego malarza, Masuji Ono, rozsypuje się, a z jego ruin wyłania się nowa rzeczywistość. Masuji musi się odnaleźć w tym obcym mu świecie, zbudować na nowo relację z córkami, inaczej spojrzeć na swoją twórczość i dokonać rozrachunku z własną przeszłością, która skrywa wstydliwe sekrety. I robi to w niezwykły sposób: wytaczając sobie proces, w którym jest jednocześnie oskarżycielem, oskarżonym i sędzią.

Dobrzy powieściopisarze są rzadkością. Ishiguro do nich należy. „Malarz świata ułudy” to książka, która zmusza do skupienia uwagi i uczy czytać wnikliwie.

„The New York Times”

Ishiguro nie tworzy linearnej opowieści… Pozwala mówić Masujiemu Ono samodzielnie, powoli, a zatem materią powieści stają się wspomnienia, dygresje, wtrącenia.

~Owarinai Yume~

KAZUO ISHIGURO

Brytyjski pisarz japońskiego pochodzenia, urodzony w 1954 r. w Nagasaki, od 1960 r. mieszkający w Wielkiej Brytanii. Autor siedmiu powieści oraz zbioru opowiadań. Zdobywca wielu nagród literackich, w tym Bookera. Do wzrostu popularności pisarza niewątpliwie przyczyniły się głośne ekranizacje jego utworów – Okruchy dnia z Anthonym Hopkinsem i Emmą Thompson oraz Nie opuszczaj mnie z Keirą Knightley i Carey Mulligan. Uhonorowany literacką Nagrodą Nobla w 2017 r. za całokształt twórczości.

Kazuo Ishiguro daje się poznać jako twórca o niezwykłej wyobraźni i inteligencji.

Joyce Carol Oates

Wielki talent narracyjny. Klasa sama w sobie.

„Independent”

Twórczość Kazuo Ishigury jest jak połączenie Jane Austen i Franza Kafki, odrobinę doprawione Proustem. A przy tym jest on pisarzem niezwykle spójnym.

prof. Sara Danius, sekretarz Akademii Szwedzkiej

Tego autora

NIE OPUSZCZAJ MNIE

KIEDY BYLIŚMY SIEROTAMI

OKRUCHY DNIA

NOKTURNY: PIĘĆ OPOWIADAŃ O MUZYCE I ZMIERZCHU

NIEPOCIESZONY

PEJZAŻ W KOLORZE SEPII

MALARZ ŚWIATA UŁUDY

POGRZEBANY OLBRZYM

Tytuł oryginału:

AN ARTIST OF THE FLOATING WORLD

Copyright © Kazuo Ishiguro 1986

All rights reserved

Polish edition copyright © Wydawnictwo Albatros Sp. z o.o. 2017

Polish translation copyright © Maria Skroczyńska-Miklaszewska 2000

Redakcja: Barbara Tichy

Zdjęcie na okładce: © Japan: Seated courtesan.

Kikugawa Eizan (1787-1867) / Pictures from History / Bridgeman / PhotoPower

Opracowanie graficzne okładki: PLUS 2 Witold Kuśmierczyk

Projekt graficzny serii: Andrzej Kuryłowicz

ISBN 978-83-8125-096-2

WydawcaWYDAWNICTWO ALBATROS SP. Z O.O.(dawniej Wydawnictwo Albatros Andrzej Kuryłowicz s.c.)Hlonda 2a/25, 02-972 Warszawawww.wydawnictwoalbatros.comFacebook.com/WydawnictwoAlbatros | Instagram.com/wydawnictwoalbatros

Niniejszy produkt jest objęty ochroną prawa autorskiego. Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku osobę, która wykupiła prawo dostępu. Wydawca informuje, że publiczne udostępnianie osobom trzecim, nieokreślonym adresatom lub w jakikolwiek inny sposób upowszechnianie, kopiowanie oraz przetwarzanie w technikach cyfrowych lub podobnych – jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom.

Przygotowanie wydania elektronicznego: Michał Nakoneczny, hachi.media

Moim Rodzicom

Październik 1948

Jeśli w słoneczny dzień wyruszysz w górę stromą ścieżką prowadzącą od drewnianego mostka, wciąż jeszcze nazywanego w tych stronach Mostem Rozterki, dojrzysz niebawem między wierzchołkami dwóch miłorzębów dach mojego domu. Nawet gdyby nie górował swoim położeniem nad innymi, i tak wyróżniałby się spośród wszystkich okolicznych domów, toteż znalazłszy się na szczycie, mógłbyś się zadziwić, cóż to za bogacz w nim mieszka.

Ja jednak nie jestem i nigdy nie byłem bogaczem, okazały wygląd tego domu stanie się zaś czymś zupełnie oczywistym, gdy powiem, że budował go mój poprzednik i że tym poprzednikiem był nie kto inny, tylko sam Akira Sugimura. Rzecz jasna, dla kogoś, kto po raz pierwszy zawitał do naszego miasta, nazwisko Akira Sugimura może nic nie znaczyć. Ale wystarczy je wspomnieć komukolwiek, kto mieszkał tu jeszcze przed wojną, aby się dowiedzieć, że Sugimura przez jakieś trzydzieści lat należał bez wątpienia do najbardziej poważanych i wpływowych jego mieszkańców.

A skoro już to wiecie i dotarłszy na szczyt wzgórza przystaniecie, by popatrzeć na piękną cedrową bramę, na rozległą posesję okoloną ogrodowym murem, dach z wytworną dachówką i stylowo rzeźbioną kalenicą, uwydatnioną na tle dookolnej panoramy, pewnie zapytacie w duchu, jak doszedłem do takiej posiadłości, jeśli mienię się człowiekiem o umiarkowanych środkach. Otóż faktem jest, że kupiłem ten dom za symboliczną sumę, niesięgającą chyba połowy jego rzeczywistej wartości w owym czasie. A wszystko to dzięki przedziwnej – ktoś powie: głupiej – procedurze narzuconej przy sprzedaży przez rodzinę Sugimurów.

Dziś jest to już historia sprzed jakichś piętnastu lat. Moja ówczesna sytuacja finansowa poprawiała się z każdym miesiącem i żona jęła nalegać, abym postarał się o nowy dom. Z właściwą sobie dalekowzrocznością dowodziła, że dom powinien odpowiadać naszej pozycji społecznej – a nie mówiła tak z próżności, tylko z uwagi na perspektywy małżeńskie naszych córek. Widziałem w tym wiele racji, ale że Setsuko, starsza, miała dopiero czternaście czy piętnaście lat, nie sądziłem, by to było coś pilnego. Niemniej, przez rok czy więcej, gdy tylko słyszałem o jakimś odpowiednim domu do sprzedania, nie omieszkałem zasięgać bliższych informacji. Na dom Akiry Sugimury, który w rok po jego śmierci rodzina wystawiła na sprzedaż, zwrócił mi uwagę jeden z moich uczniów. To, że miałbym kupić taki dom, wydawało mi się absurdalne i przypisywałem tę sugestię przesadnemu uznaniu, jakie żywili dla mnie zawsze moi uczniowie. Napisałem tam jednak, prosząc o szczegóły, i reakcja była nieoczekiwana.

Oto któregoś popołudnia odwiedziły mnie dwie wyniosłe, siwowłose damy, jak się później okazało – córki Akiry Sugimury. Gdy wyraziłem miłe zaskoczenie takim dowodem osobistej uwagi ze strony rodziny tak dostojnej, starsza z sióstr odparła chłodno, że nie przyszły ze względów czysto grzecznościowych. W ciągu ostatnich paru miesięcy otrzymały bowiem wiele ofert dotyczących kupna domu ich zmarłego ojca, ale rodzina postanowiła w końcu je odrzucić, pozostawiając tylko cztery. Tych czterech kandydatów członkowie rodziny wybrali z wielką starannością, przyjmując za podstawę jedynie zalety charakteru i życiowe dokonania.

– Jest dla nas rzeczą pierwszej wagi – wywodziła – aby dom zbudowany przez naszego ojca przeszedł w ręce człowieka, którego by on zaakceptował i uznał za godnego tej siedziby. Oczywiście, że okoliczności każą nam brać pod uwagę i stronę finansową, ale to rzecz całkowicie drugorzędna. I w ten sposób ustaliłyśmy cenę.

Przy tych słowach młodsza z sióstr, która dotąd prawie się nie odzywała, wręczyła mi kopertę, po czym obie uważnie mnie obserwowały, gdy ją otwierałem. Wewnątrz, na pojedynczym arkusiku papieru, widniała tylko wytwornie wykaligrafowana atramentowym pędzelkiem liczba. Już, już miałem wyrazić zdumienie z powodu takiej niskiej kwoty, gdy po wyrazie ich twarzy zorientowałem się, że dalszą rozmowę o finansach uznałyby za niestosowną. Starsza oświadczyła bez ogródek:

– Próby wzajemnego przelicytowywania się nie przyniosą korzyści żadnemu z kandydatów. Nie jesteśmy zainteresowani otrzymaniem wyższej sumy. Za to teraz zamierzamy przeprowadzić aukcję prestiżową.

Przyszły do mnie osobiście – wyjaśniła – aby w imieniu rodziny Sugimurów zapytać oficjalnie, czy zechcę się poddać – wraz z tamtymi trzema, oczywiście – bliższemu zbadaniu mego zaplecza rodzinnego i dokumentów uwierzytelniających. W ten sposób nastąpi wybór odpowiedniego nabywcy.

Niezwykła to była procedura, lecz nie budziła mych zastrzeżeń. W końcu, bardzo podobnie prowadziło się przedślubne pertraktacje. I w gruncie rzeczy trochę mi schlebiało, że ta stara, zachowawcza rodzina uznała mnie za godnego kandydata. Wyraziłem więc zgodę, a zarazem wdzięczność obu paniom, a wówczas młodsza odezwała się do mnie po raz pierwszy:

– Nasz ojciec był człowiekiem wysokiej kultury, panie Ono. Żywił wielki szacunek dla artystów. I pana dzieła też mu były znane.

W ciągu następnych paru dni zasięgnąłem sam języka i odkryłem, że to, co mówiła młodsza siostra, było zgodne z prawdą. Akira Sugimura był rzeczywiście kimś w rodzaju żarliwego miłośnika sztuki i nieraz wspierał wystawy własną kiesą. Doszły mnie także pewne interesujące plotki: otóż znaczny odłam rodu Sugimurów zdaje się w ogóle nie chciał słyszeć o sprzedaży domu i dochodziło na tym tle do ostrych sprzeczek. W końcu zwyciężyła presja finansowa, a ta przedziwna procedura towarzysząca transakcji stanowiła kompromis wobec tych, którzy nie chcieli, żeby dom przeszedł w obce ręce. Nie da się zaprzeczyć, że w tych poczynaniach było coś z władczej arogancji, co do mnie jednak, skłonny byłem okazać życzliwe zrozumienie dla sentymentów tak zasłużonego rodu. Mojej żonie wszakże ten pomysł z drobiazgowym dochodzeniem mniej przypadł do gustu.

– Cóż oni sobie wyobrażają? Że kim są? – oburzała się. – Powinniśmy im powiedzieć, że nie chcemy mieć z nimi więcej do czynienia.

– Ale co w tym złego? – przekonywałem. – Nie mamy nic do ukrywania. To prawda, że nie posiadam wielkich majętności, ale oni już z pewnością o tym wiedzą, a mimo wszystko uważają nas za godnych kandydatów. Niech badają, mogą odkryć tylko rzeczy świadczące na naszą korzyść. – I nie omieszkałem dodać: – Tak czy siak, robią jedynie to, co by robili w razie, gdybyśmy prowadzili z nimi przedślubne pertraktacje. A my musimy się do takich rzeczy przyzwyczaić.

Zresztą ten pomysł z „aukcją prestiżową”, jak to nazwała starsza z sióstr, mógł budzić tylko podziw. Dziwne, że częściej nie załatwia się spraw tym sposobem. O ileż więcej zaszczytu przynosi taki konkurs, w którym bardziej się liczą zalety moralne i życiowe dokonania niż objętość trzosa. Do dziś pamiętam głęboką satysfakcję, jaką odczułem na wiadomość, że rodzina Sugimurów – po bardzo skrupulatnych dociekaniach – uznała, że jestem najbardziej godny tego tak cenionego przez nich domu. A i sam dom, co tu mówić, wart był tych paru uciążliwości, bo oprócz imponującego wyglądu zewnętrznego, wewnątrz jest cały wyłożony delikatnym drewnem, tak dobranym, by widoczne było piękno słojów, i my wszyscy, zamieszkawszy w nim, doszliśmy do wniosku, że to siedziba ze wszech miar sprzyjająca spokojowi i odprężeniu.

Niemniej arbitralność Sugimurów dawała o sobie znać na każdym kroku w czasie przeprowadzania transakcji, przy czym niektórzy członkowie ich rodziny nawet nie usiłowali ukryć swojej wrogości wobec nas, toteż nabywca mniej wyrozumiały mógłby łatwo się obrazić i zrezygnować z całej tej imprezy. Nawet w późniejszych latach zdarzało mi się spotkać kogoś z nich, kto zamiast wymienić ze mną zwykłe uprzejmości, ot, wprost na ulicy wypytywał o stan domu i o to, jakie poczyniłem zmiany.

Dziś nie mam o Sugimurach prawie żadnych wiadomości, ale kiedyś, wkrótce po kapitulacji, odwiedziła mnie młodsza z sióstr, tych, które złożyły mi wizytę w związku ze sprzedażą. Lata wojny zmieniły ją w chudą, schorowaną staruszeczkę. Zwyczajem swego rodu nie zadała sobie trudu, żeby ukryć, co naprawdę ją sprowadza: chciała wiedzieć, jak dom – nie jego mieszkańcy – przetrwał wojnę. Ledwie bąknęła parę słów współczucia, dowiedziawszy się o mojej żonie i o Kenji, po czym jęła wypytywać, jak dalece dom ucierpiał od bombardowań. Czułem się tym zrazu urażony. Później jednak spostrzegłem, jak jej oczy mimo woli wędrują po pokoju i jak raz po raz urywa nagle w pół słowa któreś z tych swoich dokładnie odmierzonych, nienagannych zdań. Zrozumiałem wtedy, że ogarniają ją fale wzruszenia, bo oto znów znajduje się w tych starych kątach. Wreszcie, gdy się domyśliłem, że większość jej krewnych już nie żyje, zrobiło mi się jej żal i zaofiarowałem się ją oprowadzić po domostwie.

Dom nie uniknął wojennych zniszczeń. Akira Sugimura dobudował kiedyś do niego wschodnie skrzydło, obejmujące trzy duże pokoje i połączone z główną częścią budynku pasażem biegnącym skrajem ogrodu. Ów pasaż był tak nieprawdopodobnie długi, że niektórzy utrzymywali, iż Sugimura zbudował go – razem ze wschodnim skrzydłem – dla rodziców, których wolał trzymać w pewnej odległości. W każdym razie pasaż był jedną z najbardziej atrakcyjnych części budowli. W popołudniowej porze na całej jego długości krzyżowały się światła i cienie otaczającego go z zewnątrz listowia, tak że miało się wrażenie wędrówki przez ogrodowy tunel. I ta właśnie część domu ucierpiała od bomb najbardziej, a gdy oglądaliśmy ją z ogrodu, spostrzegłem, że pani Sugimura jest bliska płaczu. Przeszła mi już cała wcześniejsza irytacja i zapewniłem ją skwapliwie, że przy pierwszej nadarzającej się okazji szkody zostaną naprawione i dom powróci do takiego stanu, w jakim zbudował go jej ojciec.

Nie miałem pojęcia, czyniąc jej tę obietnicę, jak niewielkie będą nadal możliwości zdobycia materiałów. Jeszcze długo po kapitulacji zdarzało się czekać tygodniami na kawałek drewna albo zapas gwoździ. W tych warunkach musiałem się ograniczyć do napraw w głównej części domu – która przecież też nie uniknęła szkód wojennych – a roboty przy wschodnim skrzydle i pasażu ogrodowym ciągnęły się w nieskończoność. Zrobiłem, co mogłem, by zapobiec ich ruinie, ale wciąż jeszcze daleko nam do uruchomienia tej części. Zresztą teraz, gdy pozostaliśmy tu już tylko oboje z Noriko, nie ma potrzeby tak się spieszyć z powiększaniem naszej przestrzeni mieszkalnej.

Jeszcze i dziś, gdybym was zaprowadził na tył domu i rozsunął ciężkie drzwi, byście mogli zerknąć na resztki ogrodowego pasażu Sugimury, odnieślibyście wrażenie, że musiał być niegdyś bardzo malowniczy. Dostrzeglibyście również bez wątpienia pleśń i pajęczyny, których nie jestem w stanie zwalczyć, no i te wielkie szpary w suficie, osłonięte przed niebem jedynie brezentowymi płachtami. Niekiedy, wczesnym rankiem, odsuwam te drzwi i wówczas widzę, jak przez brezentowe płachty wlewają się do środka przyćmione smugi słońca, a w powietrzu wiszą chmury kurzu, jakby przed chwilą zawaliło się sklepienie.

Oprócz pasażu i wschodniego skrzydła największych szkód doznał ganek. Moja rodzina, a zwłaszcza obie córki, zawsze lubiła na nim przesiadywać, gwarząc i patrząc na ogród. Toteż nic dziwnego, że gdy Setsuko, ta zamężna, przyjechała nas odwiedzić po raz pierwszy po kapitulacji, posmutniała na widok jego stanu. Zdążyłem już wtedy ponaprawiać najdotkliwsze szkody, lecz w jednym końcu, tam gdzie podmuch bomby wypchnął deski, podłoga była nadal wybrzuszona i spękana. Dach werandy też ucierpiał i w dni deszczowe musieliśmy rozstawiać na podłodze pojemniki na przeciekającą wodę.

W ubiegłym roku wszakże zdołałem posunąć się z robotą i gdy w zeszłym miesiącu Setsuko odwiedziła nas znowu, weranda była już mniej więcej doprowadzona do porządku. Noriko na czas wizyty siostry wzięła z pracy urlop, toteż przy utrzymującej się pięknej pogodzie obie spędzały na niej dużo czasu, jak za dawnych lat. Często się do nich przyłączałem i chwilami było prawie tak jak kiedyś, gdy w słoneczny dzień rodzina zbierała się tam, by odpocząć, rozmawiając o tym i o tamtym, wymieniając między sobą słowa często bez znaczenia. Któregoś razu – było to chyba rankiem, nazajutrz po przyjeździe Setsuko – gdy siedzieliśmy na ganku po śniadaniu, Noriko powiedziała:

– Co za ulga, Setsuko, że nareszcie przyjechałaś. Uwolnisz mnie trochę od ojca.

– Noriko, jak możesz… – Setsuko niespokojnie poruszyła się na poduszce.

– Odkąd przeszedł na emeryturę, trzeba go bardzo pilnować – ciągnęła Noriko ze złośliwym uśmieszkiem. – Trzeba dbać, żeby stale był zajęty, bo inaczej popada w melancholię.

– No wiesz… – Setsuko uśmiechnęła się nerwowo i z westchnieniem odwróciła się w stronę ogrodu. – Klon chyba już całkiem ozdrowiał. Wygląda okazale.

– Setsuko pewnie pojęcia nie ma o tym, jak ty się zmieniłeś, tato. Pamięta ciebie z czasów, kiedy byłeś tyranem i chodziłyśmy przed tobą na paluszkach. Bardzo złagodniałeś ostatnimi czasy, prawda?

Zaśmiałem się, żeby Setsuko wiedziała, że to wszystko żarty, lecz wciąż miała niewyraźną minę. Noriko znów odwróciła się do siostry i dodała:

– Ale ojcem naprawdę trzeba bardziej się zajmować, całymi dniami snuje się po domu osowiały.

– Głupstwa plecie, jak zwykle – wtrąciłem. – Gdybym cały dzień snuł się po domu osowiały, to kto by to wszystko ponaprawiał?

– Właśnie – Setsuko zwróciła ku mnie twarz z uśmiechem – dom wygląda teraz przewspaniale. Tato musiał się dobrze napracować.

– Miał pomocników do trudniejszych robót – wyjaśniła Noriko. – Zdaje się, że mi nie wierzysz. Ojciec jest już nie ten sam. Nie trzeba już się go obawiać. Jest o wiele łagodniejszy, bardziej oswojony.

– Noriko, jak możesz…

– Czasem nawet coś upitrasi w kuchni. Co, może mi nie wierzysz? Nie wierzysz, że z taty teraz dużo lepszy kucharz niż dawniej?

– Noriko, myślę, że już dosyć na ten temat – ucięła łagodnie Setsuko.

– Czy nie mam racji, tato? Robisz duże postępy.

Znowu się uśmiechnąłem i ze znużeniem potrząsnąłem głową. O ile dobrze pamiętam, to właśnie wtedy Noriko odwróciła się w stronę ogrodu i, zamykając oczy przed słońcem, powiedziała:

– No, ale nie może liczyć na to, że będę przychodziła tu gotować, kiedy wyjdę za mąż. I bez ojca będę miała dość roboty.

Gdy to mówiła, Setsuko, która dotychczas wstydliwie patrzyła w inną stronę, rzuciła mi szybkie, pytające spojrzenie. I natychmiast odwróciła oczy, by odwzajemnić uśmiech siostry. Lecz jakiś nowy, głębszy niepokój przebijał z jej zachowania i wyraźnie odetchnęła z ulgą, gdy jej mały synek zaczął się uganiać po werandzie, co dało jej sposobność do przejścia na inny temat.

– Ichiro, proszę cię, uspokój się! – zawołała za chłopcem.

Ichiro, po nowoczesnym mieszkanku swych rodziców, był niewątpliwie zachwycony olbrzymią przestrzenią w naszym domu. W każdym razie nie podzielał widać naszego upodobania do przesiadywania na werandzie – wolał przemierzać ją pędem w obie strony, ślizgając się raz po raz na wypolerowanych deskach. Parę razy omal nie przewrócił naszej tacy z herbatą, ale upomnienia matki jak dotąd na nic się nie zdały. I teraz też, gdy Setsuko, zaproponowała, żeby wziął poduszkę i usiadł razem z nami, przyczaił się w kącie ganku, nadąsany.

– Chodź, Ichiro! – zawołałem. – Nużą mnie te ciągłe rozmowy z kobietami. Usiądź przy mnie i pogadamy o męskich sprawach.

Przyszedł natychmiast. Położył swoją poduszkę obok mojej i usadowił się wytwornie, prostując plecy jak należy, z rękami na udach.

– Oji1 – rzekł z powagą – mam pytanie.

– Słucham, Ichiro, o co chodzi?

– Chcę się czegoś dowiedzieć o potworze.

– Potworze?

– Czy on jest prehistoryczny?

– Prehistoryczny? To ty znasz już takie słowa? Musi być z ciebie bystry chłopak.

W tym momencie dostojeństwo Ichiro gdzieś się rozpłynęło. Porzuciwszy przybraną pozę, przewrócił się na plecy i jął wymachiwać nogami.

– Ichiro! – napomniała go szeptem Setsuko. – Jak ty się zachowujesz przy dziadku? Usiądź!

Jedyną reakcją chłopca było powolne opuszczenie nóg, które bezwładnie opadły na podłogę. Potem zamknął oczy, złożywszy na piersiach ręce.

– Oji – zapytał sennie – czy ten potwór jest prehistoryczny?

– O jakim potworze mówisz, Ichiro?

– Proszę mu nie mieć za złe, tato – tłumaczyła Setsuko, uśmiechając się nerwowo. – Wczoraj, kiedyśmy tu przyjechali, przed dworcem wisiał jakiś plakat filmowy. Przez całą drogę w taksówce zamęczał kierowcę pytaniami. Wielka szkoda, że sama tego plakatu nie wi­działam.

– Oji! Więc czy ten potwór jest prehistoryczny, czy nie jest? Żądam odpowiedzi!

– Ichiro! – Matka spojrzała na syna ze zgrozą.

– Nie bardzo wiem, Ichiro. Myślę, że musielibyśmy wpierw zobaczyć film.

– To kiedy go zobaczymy?

– Hmm. Najlepiej spytaj mamę. Może w tym filmie straszą dzieci, nigdy nie wiadomo.

Nie chciałem go sprowokować tą uwagą, lecz efekt jej był piorunujący. Mój wnuk przetoczył się z powrotem na poduszkę i siedząc, miażdżył mnie spojrzeniem.

– Jak śmiesz! – krzyknął. – Co ty mówisz!

– Ichiro! – Setsuko była przerażona. Ale Ichiro nie spuszczał ze mnie wzroku pełnego wściekłości, więc w końcu musiała podnieść się z poduszki i podeszła do nas. – Ichiro! – szepnęła. – Nie patrz tak na dziadka!

Ichiro odpowiedział koziołkiem w tył i leżąc znów na wznak, wymachiwał w powietrzu nogami. Setsuko jeszcze raz uśmiechnęła się do mnie nerwowo.

– Ma okropne maniery. – I najwyraźniej nie wiedząc, co jeszcze powiedzieć, znów się uśmiechnęła.

– Ichiro-san – wtrąciła się Noriko. – Może byś tak mi pomógł sprzątnąć po śniadaniu?

– To babska robota – odrzekł Ichiro, wymachując wciąż nogami.

– Więc Ichiro nie pomoże? Ot, i problem. Stół taki ciężki, a ja nie mam siły sama go odsunąć. Ciekawam, kto w takim razie mi pomoże.

Na to Ichiro zerwał się na równe nogi i wielkimi krokami, nie spojrzawszy nawet na nas, wszedł do środka. Noriko, śmiejąc się, podążyła za nim.

Setsuko zerknęła w ich stronę i zaraz ujęła dzbanek z herbatą, żeby mi napełnić filiżankę.

– Nie miałam pojęcia, że sprawy posunęły się już tak daleko – powiedziała przyciszonym głosem. – To znaczy, jeśli chodzi o Noriko i jej przedślubne pertraktacje.

– Sprawy w ogóle się nie posunęły – odparłem, kręcąc głową. – W gruncie rzeczy nic jeszcze nie zostało ustalone. Wciąż tkwimy w początkowej fazie.

– Nie gniewaj się, ale z tego, co Noriko przed chwilą powiedziała, wywnioskowałam, że wszystko mniej więcej… – Urwała, po czym znowu powtórzyła: – Nie gniewaj się. – Ale powiedziała to jakoś tak, że w powietrzu zawisło pytanie.

– To nie pierwszy raz Noriko mówi takie rzeczy – przypomniałem. – Prawdę mówiąc, zachowuje się przedziwnie już od czasu, kiedy się zaczęły te nowe pertraktacje. W zeszłym tygodniu mieliśmy tu wizytę pana Mori, pamiętasz go?

– Oczywiście. Jak on się miewa?

– Nie najgorzej. Przechodził tędy i wstąpił, żeby złożyć nam uszanowanie. Ale rzecz w tym, że Noriko zaczęła przy nim rozmowę o tych przedślubnych pertraktacjach. Mówiła o tym tak jak teraz, jakby wszystko już było załatwione. Okropnie poczułem się zakłopotany. Pan Mori nawet mi pogratulował na odchodnym i zapytał, czym się zajmuje narzeczony.

– Rzeczywiście – przyznała Setsuko z troską w głosie. – To musiało być kłopotliwe.

– Ale to nie jego wina. Sama słyszałaś ją przed chwilą. Więc cóż miał myśleć obcy człowiek?

Setsuko nie odpowiedziała i jakiś czas siedzieliśmy w milczeniu. Gdy zerknąłem raz na nią kątem oka, była zapatrzona w ogród, trzymając w obu rękach filiżankę tak, jakby o niej zapomniała. Był to jeden z tych momentów w czasie jej wizyty u nas, gdy stwierdziłem, że ją obserwuję – może z powodu światła, które padało na nią jakoś tak szczególnie, czy czegoś w tym rodzaju. Bo Setsuko bez wątpienia z latami robi się coraz ładniejsza. Kiedy była całkiem młoda, martwiliśmy się z żoną, że nie jest na tyle urodziwa, by dobrze wyjść za mąż. Już jako dziecko miała nieomal męskie rysy, które jakby jeszcze się uwydatniały w miarę dojrzewania; tak dalece, że gdy między nią a siostrą wybuchała sprzeczka, Noriko zawsze brała górę, wołając za nią: „Chłopak! Chłopak!”. Kto wie, jaki podobne rzeczy mają wpływ na osobowość? To chyba nie przypadek, że Noriko wyrosła na dziewczynę tak samowolną i upartą, a Setsuko – tak nieśmiałą, ustępliwą. Teraz wszakże, gdy zbliża się do trzydziestki, jej wygląd nabiera jakby nowej, widocznej godności. Pamiętam, jak to przepowiadała żona: „Nasza Setsuko rozkwitnie w lecie życia” – mawiała nieraz. Myślałem wtedy, że żona w ten sposób tylko się pociesza, lecz w zeszłym miesiącu parokrotnie mnie uderzyło, jak dalece miała rację.

Setsuko ocknęła się z zamyślenia i znów rzuciła spojrzenie w stronę wnętrza domu.

– Mam wrażenie – powiedziała – że to, co się wydarzyło w zeszłym roku, bardzo ją wytrąciło z równowagi. Może bardziej, niż przypuszczaliśmy.

Westchnąłem i skinąłem głową.

– Możliwe, że za mało w tym czasie poświęciłem jej uwagi.

– Jestem pewna, że ojciec robił wszystko, co mógł, ale przecież takie rzeczy to dla kobiety straszny cios.

– Sądziłem, muszę przyznać, że Noriko trochę gra komedię, jak to ona. Zapewniała przedtem, że to będzie „małżeństwo z miłości”, więc kiedy nic z tego nie wyszło, czuła się zmuszona odpowiednio zachowywać. Ale może to nie było tylko udawanie.

– Śmieliśmy się wtedy z tego – powiedziała Setsuko – choć może to naprawdę była miłość.

Znów umilkliśmy oboje. Z głębi domu dochodził nas głos Ichiro, który raz po raz coś tam wykrzykiwał.

– Ojciec wybaczy – odezwała się Setsuko zgoła innym tonem – ale czy dowiedzieliśmy się w końcu, dlaczego tamte zaręczyny w zeszłym roku zostały zerwane? Nikt się tego nie spodziewał.

– Pojęcia nie mam. Zresztą cóż to ma za znaczenie teraz?

– Oczywiście, że nie ma. Przepraszam. – Setsuko jakby rozważała coś przez chwilę, po czym dorzuciła: – Tylko że Suichi wciąż do tego wraca, chce wiedzieć, co się stało w zeszłym roku, dlaczego rodzina Miyake w taki sposób się wycofała. – Zaśmiała się krótko, jakby do siebie. – Podejrzewa chyba, że znam jakąś tajemnicę i że my wszyscy to przed nim ukrywamy. Muszę go zapewniać wciąż na nowo, że sama nie wiem, o co tam chodziło.

– Bądź przekonana – powiedziałem trochę chłodno – że i dla mnie jest to tajemnica. Gdybym wiedział, nie ukrywałbym tego przed tobą i Suichi.

– Naturalnie. Przepraszam, tato, nie chciałam sugerować… – znowu urwała, skrępowana.

Może i byłem trochę szorstki dla córki tego rana, ale to nie pierwszy raz Setsuko tak mnie nagabywała o te zeszłoroczne wydarzenia i odstąpienie rodziny Miyake od układów. Nie wiem, dlaczego utrzymuje, że coś przed nią ukrywam. Jeśli oni mieli jakieś szczególne powody do zerwania, to zrozumiałe, że nie chcieli mi się z tego zwierzać.

Mnie się wydaje, że nie chodziło w tej sprawie o nic nadzwyczajnego. To prawda, że ich wycofanie się w ostatniej chwili było dla wszystkich wielkim zaskoczeniem, ale dlaczego zaraz wyciągać z tego wniosek, że mieli jakiś wyjątkowy powód? Według mnie, w grę wchodził po prostu status ich rodziny. Z tego, co zaobserwowałem, rodzina Miyake należy do tych dumnych i uczciwych ludzi, którzy czuliby się skrępowani świadomością, że ich syn żeni się powyżej swego stanu. Parę lat wcześniej wycofaliby się pewnie od razu, ale skoro młodzi twierdzili, że to ma być „małżeństwo z miłości”, i skoro tyle się dziś mówi o tych nowych obyczajach, ci poczciwi ludzie nie wiedzieli, co z tym zrobić. Ot, i całe wyjaśnienie.

Możliwe też, że wprawiła ich w zakłopotanie moja wyraźna aprobata dla tego związku. Nie przywiązywałem bowiem wagi do kwestii pozycji społecznej, te rzeczy po prostu mnie nie obchodziły. Prawdę mówiąc, sam nigdy, w żadnym momencie mego życia, nie zdawałem sobie dobrze sprawy z mojego własnego statusu społecznego i nawet jeszcze dzisiaj nieraz mnie zaskakują czyjeś słowa lub jakieś wydarzenie świadczące o tym, że cieszę się dużą estymą. Weźmy choćby dla przykładu niedawny wieczór spędzony wraz z Shintaro w naszej starej dzielnicy rozrywkowej, gdzie popijaliśmy w barze pani Kawakami, w którym, jak nam się to coraz częściej zdarza, byliśmy jedynymi klientami. Siedzieliśmy jak zwykle na wysokich stołkach przy bufecie, wymieniając luźne uwagi z panią Kawakami, a że czas płynął i nikt inny nie pojawił się w lokalu, nasze rozmowy przybrały charakter bardziej osobisty. Pani Kawakami opowiadała nam o jakimś krewnym, skarżąc się, że ów młody człowiek nie może sobie znaleźć zajęcia odpowiedniego do swych kwalifikacji, gdy Shintaro zawołał nagle:

– Musisz go przysłać do Sensei, Obasan2. Musisz przysłać go do niego! Życzliwe słówko od Sensei we właściwym miejscu, i twój krewny zaraz będzie miał dobrą posadę.

– Co ty opowiadasz, Shintaro? – żachnąłem się. – Ja już jestem na emeryturze. Nie mam dziś żadnych stosunków.

– Poparcie kogoś takiego jak Sensei wzbudzi szacunek u każdego – upierał się Shintaro. – Przyślij młodego człowieka do Sensei, Obasan.

Byłem z początku trochę zaskoczony, że Shintaro mówi to z takim przekonaniem. Dopiero potem uświadomiłem sobie, że wciąż jeszcze pamięta tę drobną przysługę, jaką wyświadczyłem jego młodszemu bratu wieki temu.

Było to chyba w 1935 czy 1936 roku, zwykła formalność, o ile dobrze sobie przypominam – list polecający do znajomego w Departamencie Stanu albo coś takiego. Nie wracałbym wtedy więcej do tej sprawy, gdyby nie to, że pewnego popołudnia, gdy odpoczywałem w domu, żona oznajmiła, że przy bramie stoją jacyś goście.

– Poproś ich do środka – powiedziałem.

– Ale oni mówią, że nie chcą ci przeszkadzać.

Wyszedłem do bramy, a tam stał Shintaro ze swoim młodszym bratem, wówczas ledwie wyrostkiem. Na mój widok zaczęli z uśmiechami zginać się w ukłonach.

– Proszę do środka – zaproponowałem, lecz oni nadal, chichocząc, zginali się w ukłonach. – Shintaro, proszę, wejdźcie na tatami3.

– Nie, Sensei – sprzeciwił się Shintaro, cały w uśmiechach i ukłonach. – To jest zuchwałość z naszej strony tak przychodzić do pańskiego domu. Czysta zuchwałość. Ale nie mogliśmy usiedzieć na miejscu, musieliśmy panu podziękować.

– Wejdźcie, proszę. Zdaje się, że Setsuko zrobiła dopiero co herbatę.

– Nie, Sensei, to szczyt zuchwałości z naszej strony. – Po czym odwracając się do brata, Shintaro szepnął spiesznie: – Yoshio! Yoshio! – Młody człowiek po raz pierwszy przestał zginać się w ukłonach i spojrzał na mnie nerwowo. Wreszcie wykrztusił: – Będę panu wdzięczny do końca moich dni. Będę się starał każdą cząstką siebie być godny pańskiego polecenia. Zapewniam, że pana nie zawiodę. Będę pracował ciężko i dołożę wszelkich starań, by zadowolić mych zwierzchników. I bez względu na to, jak daleko zajdę w przyszłości, nigdy nie zapomnę człowieka, który mi umożliwił start życiowy.

– Ależ to była drobnostka. Pan na to zasługuje.

To wywołało gwałtowne protesty ich obu i w końcu Shintaro zwrócił się do brata:

– Yoshio, za długo już narzucamy się Sensei. Ale zanim odejdziemy, przyjrzyj się dobrze człowiekowi, który ci dopomógł. To wielki zaszczyt mieć dobroczyńcę tak wpływowego i szczodrego.

– Właśnie – wymamrotał młody człowiek i zapatrzył się we mnie.

– Shintaro, czuję się zakłopotany. Proszę, wejdźcie i uczcimy to czarką sake.

– Nie, Sensei, czas już na nas. To była wielka zuchwałość z naszej strony przyjść tu i zakłócić panu popołudnie. Ale nie mogliśmy wytrzymać, żeby zaraz nie podziękować.

Ta wizyta – przyznaję – dała mi poczucie, że czegoś jednak w życiu dokonałem. Był to jeden z tych momentów pośród życiowej krzątaniny, pozostawiającej mało okazji do podsumowania w spokoju własnych działań, kiedy to nagle doznaje się olśnienia, jak daleko się zawędrowało. Bo prawdą jest, że niemal bezwiednie ułatwiłem temu młodzikowi dobry start życiowy. Parę lat wcześniej taka rzecz byłaby nie do pomyślenia, a przecież osiągnąłem tę pozycję, prawie nie zdając sobie z tego sprawy.

– Wiele zmieniło się od tamtych czasów, Shintaro – tłumaczyłem mu teraz u pani Kawakami. – Jestem już na emeryturze i nie mam tylu znajomości.

Choć na dobrą sprawę Shintaro może i nie myli się tak bardzo w swoich przypuszczeniach. Może gdybym zechciał popróbować, znów byłbym zaskoczony, jak daleko sięgają moje możliwości. Bo jak powiadam, z własnej pozycji społecznej nigdy nie zdawałem sobie w pełni sprawy.

W każdym razie jeśli nawet Shintaro zdradza czasem naiwność w pewnych kwestiach, nie przynosi mu to żadnej ujmy, bo niełatwo dziś spotkać kogoś tak pozbawionego cynizmu i zawziętości naszych czasów. Jest coś krzepiącego w odwiedzaniu baru pani Kawakami, gdzie znajduję go siedzącego przy bufecie jak zwykle, jak co wieczór od jakichś siedemnastu lat – w zamyśleniu, starym zwyczajem obracającego na kontuarze czarkę. Wygląda to doprawdy tak, jakby dla Shintaro nic się nie zmieniło. Przywita się z największą uprzejmością, jakby wciąż jeszcze był moim uczniem, i przez cały wieczór, choćby i zdrowo sobie podpił, nie przestanie się do mnie zwracać per „Sensei” i okazywać mi swego szacunku. Niekiedy nawet, z całym zapałem młodego terminatora, będzie wypytywał mnie o sprawy techniki i stylu, mimo że przecież dawno temu przestał się zajmować prawdziwą sztuką. Od jakichś kilku lat para się ilustracją książek, a jego obecną specjalnością są, jak wnoszę, strażackie samochody. Dzień w dzień przesiaduje w tym swoim pokoiku na poddaszu, rysując wóz za wozem. Za to wieczorami, po paru drinkach, Shintaro lubi sobie pewnie wyobrażać, że wciąż jeszcze jest tym oddanym swej idei młodocianym adeptem sztuki, nad którym niegdyś roztoczyłem artystyczną kuratelę.

Ta dziecinna cecha natury Shintaro jest nieraz przedmiotem uciechy pani Kawakami, której nie brak pewnego rodzaju złośliwości. Nie tak dawno na przykład, któregoś wieczoru podczas ulewnego deszczu Shintaro wbiegł do jej lokaliku i jął wyżymać czapkę na matę w progu.

– No wiesz, Shintaro-san! – zgromiła go pani Kawakami. – Co za okropne maniery!

Shintaro spojrzał na nią wielce stropiony, jakby rzeczywiście popełnił jakieś skandaliczne wykroczenie. Tłumaczył się gęsto, przepraszając, co wywołało tylko dalszy potok wymówek ze strony pani Kawakami.

– Nigdy nie widziałam czegoś podobnego, Shintaro-san. Ty chyba nie masz dla mnie krzty szacunku.

– Niech mu pani da spokój, Obasan – zaapelowałem do niej w końcu. – Dość już. Niech mu pani powie, że pani żartuje.

– Żartuję? To wcale nie są żarty. Szczyt złych manier.

I tak dalej, i dalej, aż w końcu żal było patrzeć na Shintaro. Kiedy indziej znowu Shintaro bywa przekonany, że ktoś sobie stroi z niego kpinki, podczas gdy w rzeczywistości mówi się całkiem poważnie. Raz sprawił duży kłopot pani Kawakami beztroską uwagą o pewnym generale, którego właśnie stracono jako przestępcę wojennego:

– Zawsze, od chłopięcych lat, go podziwiałem. Ciekaw jestem, co teraz porabia. Pewnie już jest na emeryturze.

W lokalu przebywali tego wieczoru jacyś nowi goście, którzy spojrzeli ze zgorszeniem na Shintaro. A gdy pani Kawakami, w trosce o swój interes, podeszła do niego i powiedziała mu cicho o losie generała, wybuchnął śmiechem.

– No wiesz, Obasan – rzekł donośnie – że też ciebie się trzymają takie ryzykowne żarty.

Ignorancja Shintaro w takich sprawach nieraz budzi zdumienie, ale jak mówię, nie ma w tym nic uwłaczającego. Cieszmy się, że istnieją jeszcze tacy ludzie, nieskalani wszechobecnym dziś cynizmem. W istocie chyba dzięki temu właśnie przymiotowi – dzięki poczuciu, że jakimś cudem pozostał nieskażony – tak bardzo polubiłem w ostatnich latach jego towarzystwo.

A co do pani Kawakami, to choć robi, co może, żeby się nie poddawać panującym dziś nastrojom, trudno zaprzeczyć, że bardzo się w wojennych latach postarzała. Przed wojną mogła jeszcze uchodzić za młódkę, lecz od tamtego czasu coś się w niej załamało, coś skrzywiło. Trudno się zresztą dziwić, jeśli się wspomni tych, których na wojnie utraciła. Prowadzenie interesu też jej sprawia coraz większą trudność, bo zapewne niełatwo jej uwierzyć, że to ta sama dzielnica, w której otworzyła swój lokalik przed szesnastoma czy siedemnastoma laty. Z tej naszej dawnej dzielnicy rozrywki nic właściwie nie zostało. Prawie wszyscy z dawnej konkurencji zwinęli interes i wynieśli się gdzie indziej, a i ona sama pewnie nieraz rozważa, czy nie pójść w ich ślady.

A przecież ten lokalik wtedy, gdy go otworzyła, był wciśnięty między tyle innych barów i jadłodajni, że pamiętam, jak ludzie wątpili, czy długo się utrzyma. Doprawdy, trudno było się przecisnąć tymi małymi uliczkami, nie ocierając się o niezliczone płócienne wywieszki reklamowe, które napierały na człowieka ze wszystkich stron, wychylały się z witryn frontowych, by krzykliwymi literami zachwalać atrakcje zakładu. Ale w tamtych czasach była w tej dzielnicy dostatecznie liczna klientela, by mnóstwo takich lokalików mogło świetnie prosperować. Zwłaszcza w cieplejsze wieczory roiło się tam od ludzi, niespiesznie ciągnących od baru do baru lub stojących ot, tak sobie, by pogadać, na środku ulicy. Samochody dawno już przestały ryzykować przejazd tamtą drogą, a i rowerom trudno było przepychać się przez tłumy nierozważnych przechodniów.

Mówię: „nasza dzielnica rozrywki”, ale chyba w istocie było to niewiele więcej niż miejsce, gdzie człowiek mógł coś wypić, zjeść, pogadać. Prawdziwe zagłębia rozrywkowe mieściły się w centrum miasta i tam należało iść w poszukiwaniu domów gejsz albo teatrów. Co do mnie jednak, zawsze wolałem tę naszą. Przyciągała gwarny, ale zacny tłumek, w którym wielu było takich jak my – malarzy i pisarzy, znęconych obietnicą ożywionych rozmów, ciągnących się do późnej nocy. Lokal, do którego uczęszczało moje własne grono, nazywał się Migi-Hidari4 i mieścił się u zbiegu trzech bocznych ulic tworzących w tym miejscu wyłożoną płytami chodnikowymi zatoczkę. Migi-Hidari, w przeciwieństwie do sąsiednich, był lokalem rozległym i przestronnym, z piętrem i mnóstwem hostess w strojach zarówno tradycyjnych, jak zachodnich. I ja miałem swój skromny udział w powodzeniu Migi-Hidari, który tak przyćmił konkurencję, że w uznaniu zasług nasze grono otrzymało własny stolik w kącie. Popijała tam ze mną elita mojej szkoły: Kuroda, Murasaki,Tanaka – utalentowani młodzi ludzie, już wtedy cieszący się renomą. Wszyscy oni z upodobaniem oddawali się wymianie myśli i pamiętam, ileż to namiętnych sporów toczyło się wokół tego stołu.

Shintaro, muszę tu powiedzieć, nigdy nie należał do tych wybrańców. Ja sam nie miałbym nic przeciwko temu, żeby się do nas przyłączył, ale moi uczniowie mieli silnie rozwinięty zmysł hierarchii, Shintaro zaś na pewno nie zaliczali do czołówki. I przypominam sobie, jak pewnego wieczoru, wkrótce po wizycie Shintaro z bratem w moim domu, opowiedziałem o tym epizodzie przy naszym stoliku. Pamiętam, że chłopcy, tacy jak Kuroda, drwili, że bracia nie posiadali się z wdzięczności za „zwykłą posadkę gryzipiórka”. Potem jednak uważnie wysłuchali mych wywodów o tym, jak to czyjaś pozycja i wpływy mogą oddziałać na kogoś, kto pracuje usilnie nie po to, by osiągnąć cele same w sobie, lecz dla satysfakcji, że wykonuje swoje zadania najlepiej, jak potrafi. Wtedy jeden z nich – zapewne Kuroda – pochylił się ku mnie i powiedział:

– Ja już od pewnego czasu podejrzewam, że Sensei nie zdaje sobie sprawy z tego, jak wysoko jest ceniony w naszym mieście. Już sam ten przykład, przytoczony nam przed chwilą, wystarczająco ilustruje, że dobra sława Mistrza sięga wszystkich sfer życia, nie tylko świata sztuki. Ale jakże to znamienne dla Sensei, że w swojej skromności nie jest tego świadom. Znamienne, że on sam jest najbardziej zaskoczony tą estymą, jaką się go darzy. Ale my wszyscy nie jesteśmy tym wcale zaskoczeni. Przeciwnie, można powiedzieć, że mimo wielkiego uznania, jakim się powszechnie cieszy, to właśnie my, tu siedzący, wiemy, jak dalece tego uznania wciąż za mało. Ja sam nie mam co do tego żadnych wątpliwości. Sława Sensei będzie rosła i po latach będziemy z największą dumą opowiadać, że byliśmy kiedyś uczniami Masuji Ono.

Właściwie nie było w tym wszystkim nic nadzwyczajnego; poniekąd bowiem stało się zwyczajem, że w jakimś momencie podczas tych wieczorów, kiedy już wszystkim szumiało trochę w głowie, moi podopieczni przystępowali do wygłaszania mów pochwalnych na moją cześć. Zwłaszcza celował w tym Kuroda, uważany przez kolegów za kogoś w rodzaju ich rzecznika. Zazwyczaj nie brałem tego zbyt dosłownie, lecz wtedy, podobnie jak wówczas, gdy Shintaro z bratem stali w uśmiechach i ukłonach u wejścia do mojego domu, poczułem przyjemne ciepło satysfakcji.

Myliłby się wszakże ktoś, kto by przypuszczał, że przyjaźniłem się tylko z najlepszymi spośród moich uczniów. Przeciwnie, po raz pierwszy wstąpiłem do baru pani Kawakami chyba po to, by spędzić wieczór z Shintaro, któremu miałem coś do powiedzenia. Dziś, gdy próbuję odtworzyć ten wieczór w pamięci, jego wspomnienie zlewa się z dźwiękami i obrazami wszystkich innych wieczorów z tamtych lat – lampiony zawieszone nad drzwiami, śmiech ludzi zgromadzonych przed Migi-Hidari, zapach smażeniny, barmanka przekonująca kogoś, by wrócił do swojej żony, a ponad tym wszystkim dudniący z różnych stron klekot niezliczonych drewnianych sandałów na asfalcie. Pamiętam, że to była ciepła letnia noc i że nie znalazłszy Shintaro w jego zwykłym „rewirze”, ruszyłem na poszukiwania szlakiem tych maleńkich barów. I mimo konkurencji, jaka musiała wtedy panować między owymi lokalami, zwyciężał duch sąsiedzkiej lojalności, toteż było całkiem naturalne, że gdy zapytałem o Shintaro w jednym z takich barów, właścicielka bez cienia niechęci poradziła mi, bym go poszukał w „tamtym nowym”.

Pani