Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
KONTYNUACJA GOTYCKIEJ POWIEŚCI RACHEL GILLIG, BESTSELLEROWEJ AUTORKI „NEW YORK TIMESA”!
Katedra Aisling legła w gruzach. Krążą plotki, że Rodrick Myndacious, Bartholomew i Maude Bauer nie żyją. W dodatku król pojął Sybil Delling za żonę. By zaprezentować ich związek i umocnić swoją władzę nad Traum, Benji postanawia zorganizować serię turniejów w okolicznych osadach. Sybil, choć uwięziona i odurzona, pozostaje nieugięta w dążeniu do pokonania go – tak jak niegdyś zniszczyła Omeny.
Nawet jeśli w ten sposób pogrąży królestwo w chaosie i zgubi samą siebie.
Gdy tajemniczy łotr, człowiek niemający imienia ani żadnych wspomnień, nagle wychodzi na czoło listy turniejowej, Sybil dostrzega jedyną szansę na odebranie Benjiemu władzy. Bo w krainie, gdzie opowieści zataczają koło, a król potrafi być równie okrutny jak sam bóg, jedynym sposobem na całkowite unicestwienie wiary w Królestwie Kamiennego Źródła może okazać się… jej ocalenie.
Książka zawiera treści nieodpowiednie dla osób poniżej szesnastego roku życia. Opis pochodzi od Wydawcy.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 521
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Tytuł oryginału: The Knave and the Moon
Copyright © Rachel Gillig 2026
Copyright © for Polish edition by Wydawnictwo Nowe Strony, Oświęcim 2026
All rights reserved • Wszystkie prawa zastrzeżone
Redaktorka prowadząca: Sandra Pętecka
Redakcja: Alicja Chybińska
Korekta: Anna Łakuta-Rudzka, Martyna Góralewska, Magdalena Kłodowska
Oprawa graficzna książki: Weronika Szulecka
Projekt okładki: Marie Pompilio
Zdjęcia na okładce: Blake Morrow
Prawa autorskie do okładki: Hachette Book Group, Inc.
Mapa: Tim Paul
ISBN 978-83-8470-055-6 • Wydawnictwo Nowe Strony • Oświęcim 2026
Grupa Wydawnicza Dariusz Marszałek
Znasz tę opowieść, Bartholomew, choć nie w całości. Opowiem ci ją najlepiej, jak potrafię, i obiecuję, że moja relacja będzie rzetelna. Jeśli jednak nie, to nic w tym złego. Uważam, że historia jest swego rodzaju spektaklem, dziwnym, olśniewającym widowiskiem. To, jak ją postrzegasz, decyduje o jej znaczeniu – nie mnie oceniać, czy wiara zainspirowana tym widowiskiem powinna uchodzić za prawdę.
Dawno temu pewna istota leżała naga na polach stokłosy, a świat rodził się wokół. W jej umyśle mieściła się niezliczona wiedza, ciało tętniło energią, serce biło w miarowym rytmie. Popatrzyła na księżyc, a ten odwzajemnił spojrzenie, niczym dwa lustrzane odbicia, nieustannie ewoluujące, choć z drugiej strony niezmienne.
Lecz świat się zmienił. Ona, nigdy tak naprawdę niepoznana, zaczęła być czczona, a potem pożądana. Opowieści nabrały rozgłosu i nagle mieszkańcy tej krainy uznali, że mają prawo do jej życia, i nie minęło dużo czasu, zanim je odebrali. Ciało ofiary zostało pożarte, kości obgryzione, krew wypita łapczywymi haustami. Gdy krzyczała, brzmiało to jak melancholijna melodia. Została porwana przez wiatr i od tamtej pory mu towarzyszy. Nie pozostało jej nic innego, jak tylko leżeć nieruchomo i czekać.
Śnić.
Przepraszam. Ja też nie chcę wracać do tej części historii, Bartholomew, ale muszę. Znajomość świata łączy się w pewnym sensie z opłakiwaniem go, lecz czym tak naprawdę pozostaje przeszłość, jeśli nie przepowiednią? Gdybym nie powiedział ci dokładnie tego, co się wydarzyło, tak jak to zapamiętałem…
To wszystko mogłoby się powtórzyć.
Noc upadku Aisling
Nie miałam ani młota, ani dłuta, tylko nagie dłonie pokryte plamami krwi.
Rycerze wsadzili mnie na konia i wywieźli ze wzgórza. Pognaliśmy wzdłuż drogi otoczonej drzewami i ciernistymi krzewami, z tak ogłuszającym stukotem, że sowy zrywały się z gałęzi nad nami z głośnym pohukiwaniem, a pnącza smagały moją zbroję. Droga przypominała mroczną gardziel, stopniowo pochłaniającą naszą grupę, by po chwili wyrzucić nas z powrotem na pola usiane jaskrawymi namiotami.
Nie zapalono jeszcze stosów w Kupieckiej Przystani. Konie zatętniły kopytami po trakcie, ziemia i trawa stopniowo ustępowały miejsca brukowi, a potem drewnianym belkom mostu zwodzonego.
Przed nami wznosił się zamek.
Fioletowe chorągwie powiewały na wietrze. Przeszliśmy przez most i moja obstawa zsiadła z siodeł na dziedzińcu, po czym dwóch rycerzy chwyciło mnie pod ramiona, choć nie mieli łatwego zadania, by ściągnąć moje ciało z konia.
Gwardziści się wyprostowali, gdy zbliżaliśmy się do wrót zamku. Mieli na sobie hełmy i kolczugi, a w dłoniach dzierżyli włócznie z ostrzami w kształcie liści – dość lekkie, by nimi miotać, i wystarczająco krótkie do walki wręcz.
– Wieszczka – szepnęli, kiedy się zbliżyłam.
– Ma na sobie krew – rzekł ktoś inny. – Czy powinniśmy wezwać chirurga, panie?
– Nie. – Król ruszył naprzód, zdjął rękawice i cisnął nimi o kamienie dziedzińca. – To nie jej krew.
Już miał wkroczyć do zamku, kiedy zawołałam:
– Benji!
Nie odwrócił się.
– Benedict.
Król pochylił złotowłosą głowę. Nadal jednak patrzył przed siebie, z wyjątkiem chwili, gdy rzucił półgłosem do jednego z rycerzy:
– Umieśćcie ją tam, gdzie ustaliliśmy.
Wrota Królewskiej Warowni otwarły się z hukiem.
Nie minęło dużo czasu, nim zagubiłam się w tej przestrzeni przypominającej labirynt. Zbyt wiele zakrętów, stopni, zbroi i wyblakłych fioletowych dywanów, na dodatek towarzyszący mi rycerze szli o wiele za szybko. Straciłam z oczu Benjiego, a straż nade mną przejęło trzech gwardzistów. Poprowadzili mnie w górę po jednych, drugich i trzecich schodach, potem po drabinie, przez zapadnię, długim korytarzem i…
Zamarłam. Dotarliśmy do żelaznych drzwi, sięgających od podłogi do sufitu. I wiedziałam z absolutną pewnością – tak jak wtedy, gdy czuję, że zaraz zwymiotuję – gdzie się znajduję.
– To tutaj?
– Tak rozkazał jego wysokość – odparł gwardzista. – Mieliśmy cię umieścić w bezpiecznym, ustronnym miejscu.
Po chwili otworzyli drzwi i wprowadzili mnie do środka.
– Czekamy na zewnątrz, wieszczko – rzekł inny. – Gdybyś czegoś potrzebowała.
Wpatrywałam się w niego tak długo, aż nie mógł tego znieść. W końcu zamknął drzwi na klucz.
Komnata okazała się długa, pusta, wypełniona gęstym, dusznym powietrzem. Znajdowała się na najwyższym piętrze zamku, gdzie wilgoć z łaźni i pralni docierała z dołu, a deszcz przesączał się z góry, więc wewnątrz panowała wysoka wilgotność. Deski uginały się pod naciskiem stóp, sprawiając wrażenie żywych.
Nie było tu żadnych mebli tylko niejednolite plamy na podłodze. Bez kominka i pochodni jedyne światło wpadało przez zakratowane okno na południowej ścianie. Za nim mienił się smukły, srebrny sierp księżyca, którego aura została przytłumiona przez chmury, a blask przygasł.
Wpatrywałam się przez dłuższą chwilę w niebo. Kiedy chmury zgęstniały i księżyc zniknął, poruszyłam nadgarstkami, ramionami.
Potem zaczęłam kaszleć.
– Straż.
Za drzwiami zadudniły kroki. Położyłam ręce na kolanach i pochyliłam się ku wejściu, by zerknąć przez dziurkę od klucza niczym złodziejka. Po drugiej stronie poruszyły się trzy cienie.
Zakaszlałam jeszcze głośniej, wydając z siebie mokre, charczące dźwięki.
– Proszę. Jestem… chora. Potrzebuję wody.
Żelazo zgrzytnęło o żelazo i ktoś wsunął klucz do zamka. Gdy skrzydło się otworzyło, a moim oczom ukazało się trzech gwardzistów z włóczniami, zachwiałam się na nogach, po czym niepewnie postawiłam krok naprzód.
I uderzyłam pierwszego strażnika pięścią w podbródek, aż głowa odskoczyła mu do tyłu.
Powietrze uciekło z jego z płuc – zachwiał się – po czym potknął się o własne nogi i upadł. Drugi zaczął coś krzyczeć, więc kopnęłam go kolanem w krocze, potem uderzyłam łokciem w szczękę i po chwili dołączył do swojego towarzysza na podłodze, dysząc i jęcząc.
Trzeci z nich zdołał unieść włócznię, ale zanim zdążył cokolwiek zrobić, złapałam go mocno za nadgarstek, następnie wykręciłam mu rękę, a on krzyknął:
– Proszę, nie rób mi krzywdy.
– Rzuć broń.
Posłuchał. Gdy zażądałam od niego klucza, nie miało znaczenia, że włócznia zbrojnego leżała już na podłodze. Dał mi go, jakbym przystawiła mu grot do gardła.
– Wejdź do środka – poleciłam. – Zabierz ze sobą przyjaciół.
Mężczyzna po kolei przeniósł do komnaty jęczących z bólu towarzyszy, trzymając ich pod pachami, mamrocząc pod nosem coś, co brzmiało jak modlitwy skierowane do Arcyłotra. Kiedy się roześmiałam, wkładając klucz do zamka, uniósł wzrok. W jego oczach ujrzałam strach.
– Wieszczko?
– To kryjówka Arcyłotra. – Niemal natychmiast przestałam się śmiać, przeniknięta ogarniającym chłodem. – On cię teraz nie słyszy.
Zatrzasnęłam drzwi, zamknęłam je na klucz.
I pobiegłam.
Dawno temu w katedrze Aisling stąpałam na palcach, bojąc się wywołać choćby najcichszy dźwięk na zimnej, kamiennej posadzce. Teraz stawiałam głośne kroki, a zbroja hałasowała przy każdym najmniejszym ruchu. Donośny odgłos mojej obecności i nieposkromiona siła stały się moimi jedynymi towarzyszami.
Wkroczyłam w ciemność, idąc tą samą posadzką, po której kroczył niegdyś Arcyłotr, nikczemna bestia – Omen. Teraz po tej ziemi przechadzał się kolejny fałszywy bóg, lecz jeśli ta noc potoczy się zgodnie z planem, pojawi się znacznie groźniejsza istota.
Ja.
Nie miałam pojęcia, dokąd powinnam się udać, wiedziałam tylko, że muszę zejść na sam dół.
Uniosłam klapę i zeszłam po drabinie, potem pokonałam dwa piętra schodów i nagle znalazłam się w samym centrum zamku, gdzie powietrze było chłodniejsze, blask pochodni intensywniejszy, mury zostały ozdobione dekoracjami, a dywany miały intrygujące wzory. Nie zwracałam jednak na to wszystko uwagi, wodząc wzrokiem od ściany do ściany nie po to, by podziwiać liczne bibeloty, lecz w poszukiwaniu znaku.
Albo kogoś.
Schodziłam coraz niżej, piętro po piętrze. Z dołu dobiegały liczne głosy, co świadczyło o tym, że mimo tak później pory zamek tętnił życiem. W końcu, cztery piętra poniżej komnaty Arcyłotra, natrafiłam na pewien korytarz. Zasłony były tam szersze, grubsze i wykonane z lepszego materiału, w głębszym odcieniu fioletu. Nawet powietrze pachniało tu lepiej dzięki obecności cytrusów z dodatkiem ziół i tłuszczu zwierzęcego. Już samo to wskazywało, że znalazłam się we właściwym miejscu.
To gwardziści.
Ujrzałam ich dwóch – uzbrojonych i patrolujących obszar w pobliżu pozłacanych drzwi na końcu korytarza. Całkowicie rozkojarzeni, zgarbieni i bawiący się paskami skórzanych zbroi, nie zauważyli mnie. Przynajmniej z początku. Potem zbliżyłam się do nich, stąpając tak ciężko, że stare kamienne mury aż drżały, płomienie pochodni migotały, a portrety chybotały.
Strażnicy natychmiast stanęli na baczność, ściskając włócznie tak mocno, że aż pobielały im knykcie.
– Kto tam? – zapytał ten po lewej.
– Gdzie król? – odpowiedziałam pytaniem.
– W łóżku, odpoczywa… Och… Wieszczka.
Spojrzeli w moją stronę ze zdziwieniem – pierwszemu z nich tak mocno opadła szczęka, że dostrzegłam u niego ciemne dziury w miejscach, gdzie stracił kilka zębów. Drugi natomiast, niezdolny do wypowiedzenia choćby słowa, gapił się z taką intensywnością, że aż oczy zaczęły mu łzawić.
– Otwórzcie drzwi – zwróciłam się do nich.
– Nie powinnaś tu przebywać – odparł ten drugi. – Król kazał nam pilnować cię na szczycie zamku. Samotne wędrówki po okolicy mogą okazać się dla ciebie zbyt niebezpieczne. Pozwól, że zaprowadzimy cię z powrotem…
– Otwórzcie drzwi – powtórzyłam.
Pierwszy z nich zaczął niezdarnie manipulować przy zatrzasku rękami tak nieporadnymi jak kopyta, aż w końcu skrzydło ustąpiło cicho niczym wieko pozytywki. Gwardziści wycofali się w cień, obserwując mnie tak, jak w Królestwie Kamiennego Źródła zawsze patrzono na Wieszczki – z zachwytem i lękiem.
Wślizgnęłam się do środka.
Wewnątrz zastałam szerokie palenisko, ciemny gzyms nad nim i dogasający żar – ledwo rozróżniałam kształty w pomieszczeniu. Widziałam rzeźbione meble, ściany zdobione starannie wykonanymi sztukateriami. Stało tam również lustro, wysokie i dwa razy szersze niż ja. Gdy je mijałam, moje srebrne włosy i zbroja mieniły się niczym księżyc na niebie, tworząc smugę światła w despotycznej, bezkresnej ciemności.
Nie słyszałam nic poza biciem własnego serca. Nagle, pośrodku komnaty, z łoża tak ogromnego, że wyglądało jak śpiący niedźwiedź, dobiegło mnie ciche chrapanie oraz nieregularny oddech.
W pościeli odpoczywał Benedict Castor Trzeci. Jego złote włosy, dopiero co umyte, przybrały ciemny odcień, a oczy miał zamknięte. Leżał tak, jak sobie wyobrażałam, skulony, jakby próbował chronić najważniejsze narządy. Nie miał na sobie koszuli, spod kilku warstw grubych kołder wystawało nagie ramię pokryte gęsią skórką. Przez krótką chwilę rozważałam, czy nie podciągnąć pierzyn i go przykryć.
Zamiast tego je z niego zerwałam.
Król zadrżał, jeszcze mocniej się obejmując.
– Kto tam? – Otworzył gwałtownie oczy.
Pochyliłam się nad nim jak wąż nad gniazdem delikatnych, niebieskich jaj.
– A jak myślisz, Benji?
Przez ułamek sekundy miał rozluźnione mięśnie, ale po chwili znów je spiął.
– Przestraszyłaś mnie. Twoje oczy. Myślałem, że jesteś…
– Omenem?
Usiadł na łóżku i przycisnął kołdry do piersi.
– Jak się tu dostałaś?
– Weszłam.
– Zabiłaś gwardzistów? – Powoli wsunął lewą rękę pod poduszkę.
– Byli wystarczająco przerażeni.
W komnacie zapadła całkowita ciemność, gdy dogasł ostatni węgielek w palenisku.
– Czego… – Głos mu zadrżał. – Czego chcesz, Wieszczko?
– Chcę, żebyś spojrzał mi w oczy ten ostatni raz.
Gdy to zrobił, ujrzałam za źrenicami Benedicta Castora świat w odcieniu żywego błękitu. Nie miałam ani młota, ani dłuta, by go ukształtować, tylko swój żal i wściekłość, więc z rękami splamionymi krwią, niepowstrzymana niczym wąż nad gniazdem…
Uderzyłam.
Król krzyknął, ale zdążyłam już chwycić go za gardło. Po chwili złapał mój nadgarstek i wykręcił go, lecz kiedy nic mu to nie dało, cofnął rękę i uderzył mnie w ramię.
– Proszę, nie – wydusił głosem brzmiącym desperacko niczym dźwięk postrzępionej struny. – Proszę.
W odpowiedzi zacieśniłam uścisk na jego szyi, ale wtedy – te oczy. Bogowie, te oczy.
Król zaczął płakać. Spojrzał na mnie, oczekując litości albo kolejnej fali gniewu – sama nie wiedziałam – jednak czułam się tak, jakbym przez zasłonę czasu patrzyła na chłopca, który dopiero co przybył do katedry Aisling – mały i przerażony – i posadził mnie obok siebie, po czym wyjawił prawdę o krainie Traum, a także o Omenach. To on przekazał mi moc i pomógł ją okiełznać.
Młody władca zawsze wydawał się patrzeć w moją stronę z podziwem i wciąż tak robił.
Ale wtedy znów zadał cios, trafiając pięścią w łokieć. Benji bił raz za razem, aż moja determinacja osłabła. Puściłam jego gardło i przez chwilę żadne z nas nie robiło nic poza walką o oddech.
– Powinieneś mnie zabić. – Rozpacz uderzyła w moje serce z miażdżącą siłą. – Powinieneś mnie zabić.
– Już jesteś martwa, Szóstko – szepnął Benji. – To właśnie czyni cię tak wyjątkową.
Król wyciągnął spod poduszki kamienną monetę, po czym ją podrzucił.
I zniknął.
Zaraz potem drzwi otworzyły się zamaszyście.
Do komnaty wtargnęli gwardziści z pomieszczenia, gdzie przebywałam, oraz dwaj stojący na zewnątrz. Za nimi, w lśniącej zbroi stała para rycerzy – kobieta o ostrych rysach i ciemnych tęczówkach oraz mężczyzna o jasnych włosach i idealnych zębach.
Tory Bassett i Hamelin Fischer rozejrzeli się po komnacie, po czym spojrzeli w moją stronę. Tory zmrużyła ciemne oczy, a Hamelin wyciągnął rękę, co sprawiło, że otaczający go strażnicy skulili się ze strachu.
– Zgubiłaś się, Wieszczko?
Zostałam zaprowadzona z powrotem na szczyt zamku. Tory nie dotknęła mnie ani razu, ale Hamelin co kilka kroków wyciągał rękę, żeby delikatnie musnąć mój łokieć. Chciał mi w ten sposób zasygnalizować swoją obecność, co stanowiło swego rodzaju groźbę.
Poprowadzili mnie po ostatnich schodach na najwyższe piętro.
– Przez całą drogę tutaj byłaś posłuszna jak baranek. – Rozległ się gromki śmiech Hamelina. – Jak widzę, to tylko zwodnicza sztuczka.
Weszłam do komnaty Arcyłotra, nie odrywając wzroku od rycerza. Fischer zatrzasnął drzwi, zamykając nas wszystkich troje w środku.
– To nierozsądne – rzekła stanowczo Tory – wędrować samotnie po zamku. Jesteś ważną postacią, co by było, gdyby coś ci się stało?
Nie ustąpiłam ani na krok.
– Kilka godzin temu Benedict zebrał rycerzy i powiedział im wszystko. – Głos mężczyzny zabrzmiał tuż przy moim uchu. – Przekazał nam, że chochliki zaatakowały katedrę, zabijając opatkę, gargulce i wieszczki. Dodał, że przed śmiercią opatka podarowała mu pięć magicznych przedmiotów. To za pomocą darów od bogów rozgromił zjawy. Powiedział, że skoro Aisling przepadła – zniżył głos – a źródło zostało pogrzebane, to jedynym sposobem na to, by skontaktować się teraz z Omenami, pozostaje spojrzenie w twoje kamienne oczy.
Moje milczenie musiało go zirytować, bo jego ton stał się prowokujący.
– Szkoda tego twojego ulubionego gargulca, nie wspominając już o Maude i Myndaciousie. Wszyscy zginęli, pogrzebani pod gruzami.
Zamarłam.
– Moim zdaniem to zbyt łagodna śmierć dla takiego kutasa jak Rory…
Odwróciłam się gwałtownie i popchnęłam Hamelina tak mocno, że runął na podłogę.
– Wynoście się.
Zbroja mu zachrzęściła, gdy próbował wstać. Wpatrywał się w moje kamienne oczy, a strach emanował z niego niczym dym. Tory pomogła mu się podnieść i poprowadziła go do drzwi.
– Prześpij się, Wieszczko – zaproponowała. – Ceremonia rozpocznie się o świcie.
– Jaka ceremonia?
Hamelin zamknął drzwi i po chwili usłyszałam szczęk żelaza, a potem… już nic.
Przesunęłam się w ciemny kąt pomieszczenia i położyłam, obejmując kolana ramionami na tyle, na ile pozwalała mi zbroja. A więc oto nowa opowieść o Traum, stworzona na kolejnym kłamstwie, że to zjawy zniszczyły katedrę Aisling i że jedyną magią, jaka pozostała na świecie, stały się kamienne przedmioty należące niegdyś do Omenów – moneta, kałamarz, wiosło, dzwon, kamień tkacki.
I ja.
To zdumiewające, jak ten młody król potrafił w ciągu jednej godziny odebrać mi wszystko i uczynić świętą.
Leżałam na podłodze w komnacie Arcyłotra, czując się bezsilna. To, co kochałam, przepadło. Moje wysiłki, by uwolnić królestwo od fałszywych bogów, poszły na marne. Katedra legła w gruzach, ale jej cień nadal spowijał Traum i nawet najwyższy budynek, brzoza czy górski szczyt nie zdołały przebić się przez tę ciemność i dotrzeć do światła.
Nie sprawdziłam się jako Wieszczka i ledwie zasługiwałam na miano rycerza, lecz wiedziałam, co należy zrobić, by złożyć przysięgę. Tam, w komnacie Arcyłotra, gdy łzy spływały mi po twarzy, przysięgłam sobie, że Benedict Castor Trzeci zginie za to, co uczynił. Dzisiejsza porażka wydawała się prawdziwym darem, gdyż śmierć w ciemnościach okazałaby się dla niego zbyt łaskawa. Bez względu na to, co przyniesie jutro, zabiję króla Traum w ten sam sposób, w jaki przepowiadałam mu przyszłość w katedrze Aisling.
Podczas ceremonii.
Zamknęłam oczy. Kiedy płakałam, dźwięk wydobywający się z mojego gardła brzmiał tak samo jak wtedy, gdy tonęłam w źródle Aisling. W końcu ucichł, a ja spędziłam noc, nasłuchując rzeczy, których już nigdy nie usłyszę – rytmu oddechów pozostałych Wieszczek pogrążonych we śnie, gargulca nucącego fałszywie i spokojnego śmiechu Maude.
A przede wszystkim głosu Rory’ego.
Łzy kapały mi z brody, mocząc kolczugę, potem spływały po napierśniku, gdzie zbierały się i ochładzały mnie tak długo, że aż zaczęłam drżeć. Kiedy w końcu udało mi się zasnąć, rozmyślałam o różnych opowieściach – o tym, co jest prawdą, a co fałszem, także o tym, że żadna z tych dwóch opcji nie dawała mi pocieszenia, ale obie sprawiały, że nie mogłam przestać się nad tym zastanawiać. Co się stało z Maude? Czy pęknięcia na ciele Bartholomewa pozostawały tak rozległe, że zmienił się jedynie w pokruszony kamień?
A co z Rorym? Poległ z powodu rany?
Czy okłamałam się, wmawiając sobie, że zanim zapadł w wieczny sen, Rodrick Myndacious – heretyk, przystojny awanturnik i najlepszy rycerz, jakiego znałam – nie zwrócił się o pomoc ani do bogów, ani do ludzi? Czy źle postąpiłam, mając nadzieję, że tuż przed śmiercią…
Zamiast tego wypowiedział moje imię?
Drzwi do komnaty Arcyłotra zostały otwarte i do środka wpadło szare poranne światło, a nad moją głową zamajaczyły cztery sylwetki.
Hamelin Fischer pochodzący z Płomiennych Szczytów, Tory Bassett ze Wzgórz Tkaczy, Dedrick Lange z Seacht oraz czarty rycerz o krótkich, ciemnych włosach, miedzianej karnacji i oczach obwiedzionych smugami węgla.
Samuel Eichel, przypomniałam sobie. Syn Heleny Eichel, szlachcianki z Szepczącego Lasu, która nadzorowała królewską ceremonię. To właśnie jej ukradliśmy dzwon Wiernej Leśniczki i to ją pożarł Ślepy Łowca.
– Musimy zdjąć z ciebie zbroję – poinformowała Tory.
Starali się mnie nie dotykać, na ile pozwalało im to zadanie, ale nie spuszczali wzroku, wpatrując się w moje oczy, jakby liczyli, że dostrzegą w pustym spojrzeniu Omena. Gdy zdjęli napierśnik, nagolenniki i wszystkie pozostałe elementy zbroi, we czwórkę wyprowadzili mnie z pomieszczenia. Ostatnią rzeczą, jaką zobaczyłam w komnacie Arcyłotra, była zbroja – leżała na podłodze, przywodząc na myśl moje martwe ciało.
Zostałam zaprowadzona do łaźni, gdzie kobiety szorowały mi skórę, aż się zarumieniła. I choć każda z nich wpatrywała się w moje oczy, nic w ich spojrzeniach nie wskazywało na to, że w ogóle zauważyły, że ktoś tu jest. Niewątpliwie, podobnie jak pozostałym, im również wmówiono, że jeśli wystarczająco długo popatrzą mi w oczy, to w końcu ujrzą Omen.
Umyto i rozczesano mi włosy. Po chwili wróciła Tory, trzymając w ramionach jedwabną suknię, długą i białą niczym blady węgorz.
I wtedy zrozumiałam, dlaczego porzucono zbroję i wspomniano o ceremonii. Dzisiaj nie miałam być Wieszczką ani rycerzem, lecz męczennicą. Jeśli nie najświętszą, to z pewnością najtragiczniejszą – panną młodą wbrew woli.
Nadszedł dzień mojego ślubu.
