Legenda o języku - Pavol Rankov - ebook

Legenda o języku ebook

Pavol Rankov

4,0

Opis

 

Czechosłowacja na początku lat siedemdziesiątych. Smutna i szara, tuż po wkroczeniu do kraju wojsk Układu Warszawskiego i stłumieniu Praskiej Wiosny. Główny bohater, Tomáš, z pochodzenia Słowak, właśnie zaczyna studiować historię na Uniwersytecie Karola w Pradze. Opiekunem pierwszego roku jest młody komunistyczny karierowicz, adiunkt Šindelář. Bohaterem jego zajęć zostaje Jan Nepomucen, którego charakterystyczny pomnik wyróżnia się na praskim moście Karola.

Tomáš wraz z trójką nowo poznanych dziewiętnastoletnich studentów – Tánią, Martinem i Klárą – zaczynają zgłębiać kwestię legendy o języku Jana Nepomucena oraz poznawać inne wydarzenia i postaci sprzed wieków. Nie są świadomi, że ich aktywnością zainteresowała się czechosłowacka Służba Bezpieczeństwa.

Rankov w swojej powieści pokazuje, że mroczne czasy średniowiecza i komunizmu mają ze sobą o wiele więcej wspólnego, niż to się wydaje.

 

„Czwórka studentów Uniwersytetu Karola stara się wnieść w zatęchłą szarzyznę komunistycznych realiów siłę i świeżość młodości. Jak potoczą się ich losy? Wartka, wciągająca opowieść. Rankov jakiego do tej pory nie znaliście!”

Hubert Klimko-Dobrzaniecki

 

„Interesująca próba powieści uniwersyteckiej, czyli gatunku, który w Europie Środkowej z trudem zapuszcza korzenie.”

Petr A. Bílek, literaturoznawca, profesor Uniwersytetu Karola

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 390

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




Fot. Ján Belák

Pavol Rankov (ur. 1964 w Popradzie)

Jeden z najciekawszych współczesnych pisarzy słowackich. Na co dzień pracuje jako wykładowca na Uniwersytecie Komeńskiego w Bratysławie. Jego twórczość tłumaczona była na kilkanaście języków. Rankov opublikował trzy zbiory opowiadań. Ich polski wybór ukazał się w 2011 r. pod tytułem Bratysława jest mała. W 1995 r. pisarz otrzymał prestiżową Nagrodę im. Ivana Kraski, przyznawaną debiutującym słowackim autorom. Historyczna powieść Rankova Zdarzyło się pierwszego września (albo kiedy indziej) (2008, wyd. pol. 2013) została uhonorowana w 2009 r. Europejską Nagrodę Literacką, w 2020 roku Europejską Nagrodą Książkową oraz kilkoma prestiżowymi słowackimi wyróżnieniami, a jej polski przekład w 2014 roku otrzymał Literacką Nagrodę Europy Środkowej "Angelus". W Książkowych Klimatach, oprócz nagrodzonej książki, ulazły się dramaty na jej podstawie, a także kolejna powieść – Matki. Słowackie wydanieLegendy o języku zostało opublikowane w 2018 roku. Najnowszą książką Rankova jest zbiór bajek Princezné a princovia (Księżniczki i książęta, 2020).

Tomasz Grabiński

Absolwent filologii słowackiej na Uniwersytecie Jagiellońskim, w latach 2009 – 2014 wicedyrektor Instytutu Polskiego w Bratysławie oraz II sekretarz Ambasady RP w Słowacji. Obecnie pracuje jako bibliotekarz w Miejskiej Bibliotece Publicznej we Wrocławiu, gdzie współorganizował polską edycję festiwalu literackiego Miesiąc Spotkań Autorskich.

Tłumaczy z języków czeskiego i słowackiego, oprócz literatury pięknej – eseje i prace historyczne. W 2014 roku otrzymał nagrodę dla tłumacza książki uhonorowanej Literacką Nagrodą Europy Środkowej „Angelus”. Była to pierwsza powieść Pavla Rankova, Zdarzyło się pierwszego września (albo kiedy indziej). Dla Książkowych Klimatów przetłumaczył ponadto dwie inne książki tego autora: powieść Matki oraz Zdarzyło się pierwszego września (albo kiedy indziej). Dramat, a także Opowieść o rzeczywistym człowieku orazOkrutny maszynista (z Justyną Wodzisławską) Pavla Vilikovskiego.

Niniejsza książka została napisana podczas wyszehradzkiego stypendium literackiego w Pradze w 2017 roku dzięki wsparciu Międzynarodowego Funduszu Wyszehradzkiego oraz czeskiego Instytutu Sztuki.

Tłumacz dziękuje Literackiemu Centrum Informacyjnemu (LIC) za możliwość pracy nad przekładem podczas pobytu rezydencyjnego w Bańskiej Szczawnicy w ramach programu Trojica AIR.

Autor dziękuje za cenne fachowe rady, wyjaśnienia i materiały przede wszystkim prof. Janowi Matějce z Kapituły Metropolitalnej św. Wita w Pradze oraz dr. Jergušowi Sivošowi z Instytutu Pamięci Narodu w Bratysławie. Pełną odpowiedzialność za jakiekolwiek nieścisłości faktograficzne ponosi wyłącznie autor.

Z Handlovej do Pragi (1968 – 1972)

Tak czy owak, nie ma on dzisiaj charakteru teoretycznego, lecz mieści się w ramach naszego żywego doświadczenia. Pomyślmy choćby o dwu tzw. „patologiach” – o dwu „chorobach władzy”: faszyzmie i stalinizmie. O tym, że wciąż wydają nam się one aż tak szokujące, przesądza – wśród wielu innych powodów – to, iż pomimo swej historycznej indywidualności nie były całkiem oryginalne. Wykorzystały one tylko i rozbudowały mechanizmy, występujące już w szeregu innych społeczeństw. Więcej nawet: mimo szaleństwa, trawiącego je od wewnątrz, potrafiły posłużyć się większością kategorii i narzędzi naszej racjonalności politycznej.

Michel Foucault, Podmiot i władza

Federalne Ministerstwo Spraw Wewnętrznych, opierając swoją wszelką działalność na celach i wytycznych zatwierdzonych przez najwyższe organy Komunistycznej Partii Czechosłowacji, zajmuje się zarządzaniem sprawami państwowymi Czechosłowackiej Republiki Socjalistycznej w zakresie kompetencji określonych w konstytucji, ustawach i innych, powszechnie obowiązujących przepisach i rozporządzeniach rządu CSRS.

Rozkaz Ministra Spraw Wewnętrznych CSRS nr 44 / 1969

Od końca lat sześćdziesiątych Július Dobrotka śledził najpierw wszystkie informacje na temat projektów praskiego metra, a potem już te poświęcone jego budowie, z entuzjastycznym zainteresowaniem, które czasem przeradzało się w rozmarzone wizje. Wyobrażał sobie, że on też stanie się jednym z budowniczych tego wyjątkowego dzieła, przy pomocy najnowocześniejszych maszyn będzie drążyć tunele dla tego drugiego pod względem nowoczesności środka transportu. Ten pierwszy, najnowocześniejszy, stanowiły naturalnie rakiety, które wcześniej lub później wylądują na Księżycu. Nie wątpił, że już za parę lat człowiek będzie spacerował po powierzchni Księżyca, ale ta wizja aż tak go nie ekscytowała, ponieważ była odległa od codzienności miliarda mieszkańców Ziemi. Pan Dobrotka nie spoglądał w górę ku niebu, ale w dół, ku podziemiom, gdzie spędził sporą część swojego życia.

Dobrotkowie mieszkali w Handlovej, tam też ojciec rodziny pracował w Kopalniach Węgla i Lignitu. Swojemu dorastającemu synowi Tomášowi czytał wszystkie wiadomości na temat kolei podziemnych, na jakie natrafił w gazetach i czasopismach, próbował mu też tłumaczyć różnice technologiczne między sposobami drążenia sztolni górniczych i tuneli kolei podziemnej. Chłopiec, który już od dawna miał sprecyzowane zainteresowania historyczne, tylko kiwał w milczeniu głową, nigdy o nic nie pytał ani nie przejawiał większego zainteresowania.

Natomiast żonie Annie Július Dobrotka starał się wyjaśnić, jaka jest różnica między budowaniem metra, które wkrótce będzie przewozić ludzi z jednego krańca pulsującej nowoczesnej aglomeracji miejskiej na drugi, a wydobywaniem węgla brunatnego, który na zawsze pozostanie tylko lignitem, kaustobiolitem, a ściślej mówiąc, masą martwych kamieni, z których część jest wprawdzie ozdobiona odciskami organizmów roślinnych, ale również ten ornament tylko potwierdza, że epoka węgla zakończyła się w trzeciorzędzie, nie później niż dwa i pół miliona, a nie wcześniej niż sześćdziesiąt pięć milionów lat temu. Jedno czy drugie, i tak jest to niewyobrażalnie dawno. Zwęglone szczątki martwych roślin nie czeka już nic innego tylko spalenie, przy czym wówczas trafia do powietrza szkodliwy dwutlenek węgla wraz ze zmienną ilością jeszcze bardziej szkodliwego dwutlenku siarki, nie mówiąc już o arsenie i rtęci. Te trucizny naprawdę zabijają, są niszczycielami życia.

Pani Dobrotková słuchała z pobłażliwym uśmiechem entuzjastycznych wykładów męża na temat kolei podziemnych w metropoliach świata. Czasem jednak zmuszała się do tego, ponieważ jakiekolwiek grzebanie w podziemiach, kopanie sztolni czy drążenie tuneli kojarzyło jej się przede wszystkim z olbrzymim osuwiskiem, jakie przed kilkoma laty zniszczyło sto pięćdziesiąt domów w Handlovej, nie wspominając o uszkodzonych drogach, wodociągach i przewodach elektrycznych. Anna Dobrotková była nauczycielką historii i geografii w ogólnokształcącej szkole średniej w Prievidzy, właśnie przemianowanej na gimnazjum, i bardziej niż marzenia męża o postępie technicznym w zakresie transportu podziemnego cieszyło ją to, że syn interesuje się historią. Była przecież druga połowa lat sześćdziesiątych XX wieku i w Czechosłowacji o wielu powojennych wydarzeniach zaczęło się już mówić publicznie całkiem inaczej niż do tej pory. Pani Anna przypuszczała, że dobrzy historycy, którzy opiszą dzieje kraju bez przeinaczeń i przemilczeń, będą równie potrzebni społeczeństwu co dobrzy inżynierowie od budowy kolei podziemnej.

Ona sama też zaczęła ostrożnie zajmować się tematem, o którym jeszcze parę lat temu można było wyłącznie milczeć. Skromnie planowała, że może kiedyś napisze niewielką broszurę o Krikehajcach, Niemcach z regionu Górnej Nitry, których pamiętała ze swoich lat szkolnych; przecież w Handlovej, czyli w Krickerhau, było ich wtedy więcej niż Słowaków, a teraz właściwie nie ma ani jednego. Zapisywała sobie pojawiające się w narzeczu Górnej Nitry słowa pochodzenia niemieckiego, odwiedziła kilkoro starszych osób i zanotowała ich niechętnie przywoływane wspomnienia. Szczególnie interesowało ją to, co działo się przed zakończeniem wojny. Przypominała sobie koleżanki ze szkoły i ich matki, które pod koniec zimy 1945 roku żegnały się z płaczem, nie chciała jednak zapisywać emocji i wrażeń, ale jak najwięcej faktów. Ustalała, na podstawie jakiej decyzji niemal wszyscy Niemcy z Górnej Nitry wyjechali przed nadejściem frontu, próbowała znaleźć informację, ilu z nich należało do Deutsche Partei czy oddziałów Heimatschutzu, ilu zginęło na froncie, a ilu trafiło do niewoli i na długie lata skończyło w gułagu. Bo o obozach na Syberii także zaczynało się już ostrożnie mówić. Panią Annę interesowało przede wszystkim, choć to już nie była historia, co dziś dzieje się z Niemcami z Handlovej, jak zorganizowali sobie życie w Niemczech, jak wspominają rodzinne miasto albo, na przykład, gdzie żyją jej dawne koleżanki ze szkoły i z sąsiedztwa, których imiona i twarze okolone długimi warkoczami wciąż pamiętała. Mieszkają w NRD czy NRF?

W 1968 roku pani Dobrotková znalazła sobie dodatkowe zajęcie. Razem z proboszczem z Handlovej rozpoczęła wśród mieszkańców zbiórkę na odnowienie barokowego wnętrza kościoła świętej Katarzyny. W czasie wojny został on poważnie uszkodzony wskutek walk, a zakończona przed dziesięcioma laty odbudowa w niewielkim stopniu uwzględniła jego przedwojenny wygląd. Odnowienie choćby tylko majestatycznego ołtarza stanowiłoby piękny gest przypominający umiejętności starych mistrzów, byłoby też hołdem dla rozwiniętego poczucia estetyki mieszkańców sprzed wieków.

Tylko że w sierpniu do Czechosłowacji wkroczyły wojska okupacyjne i sytuacja zaczęła się zmieniać. Koło historii ruszyło w przeciwnym kierunku. Alexander Dubček i reformatorscy komuniści kierujący krajem ustępowali z kolejnych stanowisk. W kwietniu 1969 roku Dubčeka zastąpił Gustáv Husák, który poddał druzgocącej krytyce całe reformatorskie kierownictwo partii komunistycznej. Gwałtownie odwoływano tych ludzi z wszelkich funkcji. W sierpniu, w pierwszą rocznicę interwencji wojsk radzieckich, Milicja Obywatelska wraz z oddziałami ochotniczymi ostro zainterweniowały przeciwko demonstrantom. Tym samym zostało definitywnie potwierdzone, że państwo czechosłowackie utożsamiło się z własną okupacją.

Nadal dochodziło do czystek, nie zatrzymały się one na poziomie ministrów, przewodniczących wojewódzkich rad narodowych czy sekretarzy komitetów wojewódzkich partii komunistycznej i nie ustały nawet na poziomie przewodniczących powiatowych rad narodowych i sekretarzy komitetów powiatowych partii. W kwietniu 1970 roku w partii komunistycznej rozpoczęła się wymiana legitymacji członkowskich połączona z weryfikacją poglądów poszczególnych osób. Jeśli okazałoby się, że przed dwoma laty ktoś popierał poglądy prawicowo-rewizjonistyczne, oportunistyczne czy antysocjalistyczne, to odebrano by mu starą legitymację i nie wydano już nowej. W ten sposób z Komunistycznej Partii Czechosłowacji zostało wykluczonych niemal pół miliona członków, także dlatego, że wielu gorliwych sekretarzy sporządziło wytyczne dla podporządkowanych sobie komisji, określające liczbę osób, które mają zostać wykluczone. Zadaniem komisji było osiągnięcie wyznaczonych wskaźników.

– Z partii komunistycznej można wykluczyć tylko kogoś, kto wcześniej się do niej zapisał, prawda? – Pan Dobrotka się uśmiechnął.

– Nie mów tak. – Pani Dobrotková się skrzywiła. – Wykluczono przeważnie porządnych ludzi. Przeraża mnie, kto tam zostanie w tej ich partii.

– No kto niby? Sami komuniści. – Na twarzy pana Dobrotki znów pojawił się ironiczny grymas.

Tyle że nie skończyło się jedynie na czystkach w partii komunistycznej. Coraz bardziej konsekwentnie i surowo były oceniane postawy, opinie i czyny – choć tych w 1968 roku nie było za wiele – również całkiem nieistotnych ludzi. Przy czym nauczycieli, kształtujących młode pokolenie socjalistyczne, ustrój wcale nie uważał za nieistotnych. Wręcz przeciwnie, zgodnie z odkurzonymi ideałami bolszewickimi o zaostrzeniu walki ideologicznej to właśnie pedagog o właściwym światopoglądzie mógł wyrwać dziecko ze szponów reakcyjnego wychowania w rodzinie kontrrewolucyjnej.

Dokładnie w ostatnim dniu roku szkolnego 1970 / 1971 dyrektor wezwał niepozornym gestem profesor Dobrotkovą. Zasugerował jej delikatnie, że podczas niedawnej narady w wydziale oświaty Miejskiej Rady Narodowej pewna towarzyszka zasugerowała mu, że jej samej zostało zasugerowane, by zainteresowała się nauczycielką historii w gimnazjum, która w kryzysowym roku 1968 przejawiła niebywałe zainteresowanie stanem kościoła i, tak przy okazji, obecnie też regularnie uczestniczy w nabożeństwach, co może nie musiałoby przeszkadzać w profilu kadrowym nauczycielki wychowania fizycznego, ale tu mówimy o historii, a ta wraz z wiedzą o społeczeństwie stanowi przedmiot najmocniej kształtujący światopogląd młodych ludzi, więc dyrektor w końcu zasugerował profesor Dobrotkovej, że zostało mu zasugerowane, iż jeśli sytuacja zacznie się zaostrzać – a przecież już od dawna tak jest – to on potem nie będzie miał wielkich szans, by pozostawić Aničkę w szkole, skoro sam jest tylko szeregowym dyrektorem gimnazjum. I to nawet bez czerwonej legitymacji, a tacy dyrektorzy stanowią coraz większy ewenement.

Po drodze do domu pani Dobrotková zrozumiała, że jeśli wyrzucą ją ze szkoły, to bardzo szybko mogliby wyrzucić też jej syna. W przyszłym roku Tomáš miał zdawać maturę i nawet jeśli pozwolono by mu skończyć szkołę średnią, to nie miałby żadnych szans, by dostać się na studia z profilem kadrowym syna zwolnionej nauczycielki.

Całkiem niespodziewanie w głowie Anny Dobrotkovej zrodził się plan.

– Julko, a co gdybyś jednak napisał do tej Pragi, że chciałbyś budować to ich metro? Masz przecież potrzebne doświadczenie oraz dyplom zawodowy – powiedziała do męża, gdy ten wrócił z popołudniowej zmiany.

Wydział kadrowo-personalny Metrostavu był latem 1971 roku zawalony przychodzącą korespondencją. Swoje dokumenty wysłało tam tysiące wykluczonych komunistów, których wyrzucono również z pracy i teraz szukali zatrudnienia odpowiadającego ich nowej pozycji społecznej. I w tym morzu podań od rozbitków politycznych pojawił się list od towarzysza ze Słowacji, jakiego w tym przedsiębiorstwie rzeczywiście potrzebowali. Wykwalifikowany górnik z dwudziestoletnim stażem, członek Brygady Pracy Socjalistycznej, który nigdy nie został usunięty z partii. W odpowiedzi kierowniczka wydziału kadrowo-personalnego potwierdziła, że ze względu na to, iż towarzysz Dobrotka ma rodzinę, to natychmiast po rozpoczęciu pracy w Metrostavie może zostać wpisany na listę oczekujących na mieszkanie zakładowe.

Towarzyszce Dobrotkovej, starającej się w szkole średniej w Pradze o posadę nauczycielki historii i geografii, dyrektor gimnazjum w Prievidzy już na początku wakacji napisał opinię, zgodnie z którą wyżej wymieniona ma pochodzenie robotniczo-chłopskie i dlatego zawsze, szczególnie jednak w kryzysowym okresie roku 1968, wychowywała swoich uczniów w duchu marksizmu-leninizmu oraz internacjonalizmu proletariackiego, nigdy nie dała się porwać awanturniczym prawicowym ekscesom politycznym, a wręcz przeciwnie, brała udział w czynach społecznych na rzecz upiększania otoczenia szkoły, po lekcjach prowadziła kółko „Nasze korzenie”, w ramach którego poznawała wraz z uczniami historię ruchu robotniczego w miejscu zamieszkania i okolicy, ma także głęboko zakorzeniony światopogląd materialistyczny. Na zakończenie opinii towarzysz dyrektor musiał wprawdzie przyznać, że niżej wymieniona nie jest członkinią KPCz, ale w tym samym zdaniu dodał, że nigdy też nią nie była – nie musiał już podkreślać, że skoro wcześniej nie należała do partii, to teraz nie została z niej wyrzucona.

Gdy pani Dobrotková przeczytała opinię, objęła dyrektora z wdzięcznością.

– Ma pan odwagę jak kamikadze – powiedziała.

– Jeśli ma pani na myśli odwagę samobójcy, to się zgadzam. Gdy to pisałem, czułem się, jakbym popełniał zawodowe harakiri – burknął dyrektor.

Wieczorem ocenę kadrową swojej żony przeczytał też pan Dobrotka.

– Wyobraź sobie, jaką będą mieli opinię o tobie ci, którzy przeczytają to w Pradze – śmiał się. – Gdybym był dyrektorem szkoły, na pewno nie przyjąłbym takiej bolszewickiej świni.

– Július, mówisz o mnie! I to w obecności naszego syna! – Pani Dobrotková poczuła się urażona. – A poza tym nie wyślę tej opinii do jakiejś szkoły w Pradze, ale do Wydziału Oświaty Miejskiej Rady Narodowej, a tam siedzą same bolszewickie świnie.

Przed rozpoczęciem roku szkolnego 1971 / 1972 sytuacja kadrowa wśród praskich nauczycieli szkół średnich była katastrofalna z dwóch powodów. Jeszcze nie udało się zapełnić luki po kilkuset nauczycielach, którzy wyemigrowali wskutek okupacji radzieckiej, a już powstały nowe braki w rezultacie niedawnych weryfikacji partyjnych, po których do najpotężniejszej fali zwolnień doszło właśnie w resorcie oświaty. Podanie od towarzyszki ze Słowacji dotarło w samą porę.

Tydzień pierwszy

Społeczeństwo takie jak nasze zna, rzecz jasna, procedury wykluczenia. Najbardziej oczywista, najbliższa nam to zakaz. Dobrze wiemy, że nie mamy prawa powiedzieć wszystkiego, że nie możemy mówić o wszystkim w każdej sytuacji, wreszcie – że byle kto nie może mówić o byle czym. Tabu przedmiotowe, rytuał okoliczności, uprzywilejowane lub wyłączne prawo podmiotu mówiącego – oto gra trzech typów zakazu, które przecinają się, wzmacniają i kompensują, tworząc złożoną sieć, nieustannie ulegającą modyfikacjom.

Michel Foucault, Porządek dyskursu

Kontrwywiad czechosłowacki opiera się w swojej działalności na pomocy osób, z reguły obywateli czechosłowackich, które są skłonne i mogą pomagać kontrwywiadowi w zadaniach związanych z udaremnianiem działalności wywrotowej nieprzyjaciela zewnętrznego i wewnętrznego.

Rozkaz Ministra Spraw Wewnętrznych CSRS nr 8 / 1972

W poniedziałek 2 października 1972, czyli pierwszego dnia semestru zimowego, Tomáš Dobrotka usiadł w sali wykładowej w ostatnim rzędzie. Przed paroma tygodniami przeczytał – zapewne w czasopiśmie popularnonaukowym „100 + 1” prenumerowanym przez ojca – że wielu ludzi w restauracji czy kinie zajmuje najchętniej takie miejsca, by mogli mieć tuż za sobą ścianę. Podobno jest to atawistyczne zachowanie z czasów prehistorycznych, kiedy człowiek znajdował się w nieustannym zagrożeniu i ściana jaskini czy nawisu skalnego gwarantowała, że z tamtej strony nie nadejdzie żaden atak. Tomášowi jako miłośnikowi historii ta teoria bardzo się spodobała – na pozór bezsensowne przyzwyczajenie, którego logikę odkryje tylko ten, kto wie coś o życiu przed pięćdziesięcioma tysiącami lat. Jeśli u niego przypadkiem nie funkcjonował odziedziczony instynkt, to siadał w narożniku celowo. Przyszły historyk przyswajał sobie mądrości pradawnych przodków.

Kiedy Tomáš wszedł do sali, siedzieli tam tylko dwaj nowi studenci. W odróżnieniu od niego byli ostrzyżeni na krótko i mieli na sobie garnitury z poliestru, w związku z czym Tomáš od razu się przestraszył, że już pierwszego dnia dopuścił się wobec etykiety akademickiej niedopuszczalnego i niczym nieusprawiedliwionego faux pas (ten zwrot poznał niedawno, a gdy potem nauczył się też jego wymowy, stał się jego ulubionym). Chłopcy zajęli miejsca w pierwszym rzędzie, Tomáš dopiero w ostatnim, skąd miał dobry widok na nowe koleżanki i kolegów. Wchodzili do pomieszczenia równie niepewnie jak on, przelatywali szybko wzrokiem z jednej strony sali na drugą, kierowali swoje „cześć” gdzieś w stronę podłogi i bez większego zastanowienia zajmowali jedno z wolnych miejsc. Na szczęście nikt więcej nie miał już na sobie garnituru. W sumie zatem to ci dwaj popełnili faux pas, ucieszył się Tomáš. Tylko że od razu zdał sobie sprawę, że musi już zacząć myśleć inaczej, ponieważ swobody akademickie powinny oznaczać tolerancję dla jakiegokolwiek stroju, czyli także brązowych garniturów kolegów w pierwszym rzędzie. Ale nawet ta myśl mu się nie spodobała, ponieważ niestosowne było już przecież samo pojęcie swobód akademickich. Nawet słowo „wolność” niemal znalazło się w 1972 roku w Czechosłowackiej Republice Socjalistycznej na indeksie, a w prasie codziennej posługiwano się nim przeważnie z pejoratywnym wydźwiękiem.

Mama wielokrotnie ostrzegała Tomáša, by na uczelni się pilnował i uważał na to, co mówi, nie tylko przed wykładowcami, ale też w obecności kolegów i koleżanek. Wszędzie dookoła szalała normalizacja, jak miał w zwyczaju dodawać ojciec, więc obywatel Czechosłowacji mógł swobodnie wybrać już tylko to, czy będzie narzekał na pogodę, czy na piłkę nożną. Oczekujący w napięciu na rozpoczęcie zajęć Tomáš przypomniał sobie natychmiast sytuację, w której ojciec po raz ostatni narzekał na futbol. Reprezentacja Czechosłowacji nie zakwalifikowała się na niedawne mistrzostwa Europy w Belgii, natomiast ruscy, ci wstrętni okupanci, zdobyli srebro. Tomáš próbował wytłumaczyć ojcu, że to nie do końca tak, bo przecież najlepsi zawodnicy radzieccy, czyli obrońcy Rewaz Dzodzuaszwili i Murtaz Churcilawa, to nie są Rosjanie, ale Gruzini. Ojciec tylko machnął ręką ze złością. Mama, zapewne po to, by skierować myśli ojca na inne tory, spytała wówczas, jak się wiedzie Lackowi Petrášowi. Z piłkarza, który dorastał w Baníku Prievidza, dumny był cały powiat (włącznie z Handlovą), przecież przed dwoma laty, na mistrzostwach świata w Meksyku, strzelił gola Brazylii. Ale podobnie jak o jego strzałach nie do obrony mówiło się wszędzie o geście, który wykonał chwilę później – Petráš, reprezentant komunistycznej Czechosłowacji w piłce nożnej, uklęknął i się przeżegnał. A po golu, który parę dni później strzelił Rumunii, zachował się tak samo. Tomáš jednak dobrze pamiętał, że podobnie jak po mistrzostwach Europy w 1972 roku ojciec przeklinał już po mistrzostwach świata dwa lata wcześniej, ponieważ oprócz dwóch goli Petráša cała drużyna czechosłowacka nie zdobyła już ani jednego więcej i wróciła do domu z trzema porażkami i bardzo słabym bilansem bramkowym.

Hokejem na lodzie ojciec Tomáša się nie interesował. Chyba dlatego, że nie umiał jeździć na łyżwach i nigdy w życiu nie trzymał w rękach kija hokejowego. Pan Dobrotka miał wątpliwości, czy to jest w ogóle sport, skoro gracze chronią głowy w kaskach i przez to wyglądają jak jego koledzy z Kopalni Węgla i Lignitu w Handlovej albo z praskiego Metrostavu. Jeśli ojciec Tomáša interesowałby się hokejem, to z pewnością obejrzałby z synem dzień wcześniej, w niedzielę 1 października, towarzyski, ale tym bardziej prestiżowy, mecz Czechosłowacji z kanadyjską drużyną reprezentującą ligę NHL. Pan Dobrotka tylko na chwilę stanął przed telewizorem i stwierdził, że grają ze sobą dwa zespoły zawodowców, tylko że w przypadku pierwszego z nich utrzymuje się to w tajemnicy i okłamuje cały świat, że socjalistyczny sport wyczynowy jest czysto amatorski, podczas gdy ta druga drużyna jest z tego dumna, ponieważ bycie zawodowcem oznacza występy na najwyższym poziomie. Według Tomáša w tym meczu nie zaprezentowali się na poziomie arbitrzy. Byli to Czechosłowacy, którzy zapewne za bardzo się starali być bezstronni wobec Kanadyjczyków. Za to obie drużyny grały wspaniale. Rezultat 3 : 3 stanowił właściwie zwycięstwo Kanady, bo jeszcze na parę sekund przed końcem wygrywała Czechosłowacja. Taki remis bardziej bolał Tomáša niż przegrana.

O wiele lepszymi osiągnięciami zawodowymi mogli pochwalić się amatorscy hokeiści czechosłowaccy podczas mistrzostw świata w Pradze w kwietniu 1972 roku. Zdobyli wówczas złoto. Pamiętny był zwłaszcza drugi mecz ze Związkiem Radzieckim. To jakby rewanż za okupację w 1968 roku. Czechosłowacja wygrała 3 : 2 i Tomáš ciągle miał przed oczami zwycięskiego gola, bombę Jaroslava Holíka wystrzeloną niespodziewanie z niezwykłej pozycji. Pana Dobrotkę podczas mistrzostw w hokeju pochłonęło całkiem inne niebywałe wydarzenie związane z bombą. Dwaj mężczyźni porwali samolot transportowy z Czechosłowacji do RFN (i grozili pilotom bombą). Niespełna dwa miesiące później grupa dziesięciu młodych ludzi porwała do Niemiec Zachodnich kolejny czechosłowacki samolot. Ci nawet za bardzo się nie odgrażali, od razu zastrzelili pilota.

Właściwie pana Dobrotkę oprócz piłki nożnej nie interesował żaden inny sport. Nie obserwował nawet rywalizacji podczas igrzysk w Monachium, które zakończyły się zaledwie przed paroma tygodniami. Podczas olimpiady ojciec Tomáša interesował się tylko polityką i terroryzmem. Czwartego września członkowie palestyńskiej grupy terrorystycznej zaatakowali kwatery olimpijczyków z Izraela, a dzień później zamordowali jedenastu członków kadry. Pan Dobrotka śledził w telewizji czechosłowackiej i w audycjach zagranicznych rozgłośni radiowych wszystkie informacje – rekapitulacje ataku, żądania porywaczy, reakcje rządu izraelskiego, transport porwanych na lotnisko i nieudaną interwencję niemieckiej policji. Podczas niedzielnego obiadu powiedział żonie i synowi, że ci ludzie, miał na myśli terrorystów, są tacy sami jak hitlerowcy. Najpierw zabijają Żydów, ale wkrótce będą zabijać każdego, kto jest inny od nich. I dodał, że broń dostarczają im ruscy i Czechosłowacy, co dla niego nie stanowi żadnego zaskoczenia. Pani Dobrotková zaproponowała, żeby po obiedzie pomodlili się za ofiary zamachu.

Tomáš przerwał swoje wspominanie, gdy tylko na sali pojawił się młody mężczyzna, który na planie zajęć został podpisany jako adiunkt. Rozejrzał się zarozumiale po pomieszczeniu, po czym uśmiechnął i semestr mógł się rozpocząć.

– Dzień dobry, towarzyszki i towarzysze! Nazywam się doktor PhDr. Bořivoj Šindelář. Posiadam jeszcze, pisany po nazwisku, tytuł kandydata nauk CSc., ale nie przywiązuję wagi do tytułów, więc proszę się tak do mnie nie zwracać. Witam was na Wydziale Filozoficznym słynnego Uniwersytetu Karola! Większość wykładów i ćwiczeń będziecie mieli w tym budynku, na Náměstí Krasnoarmějců. W waszym nauczaniu będą brali udział koledzy z różnych komórek wydziału, przede wszystkim z Katedry Historii Czechosłowacji, którą z organizacyjnego punktu widzenia również ja reprezentuję, następnie z Katedry Historii Powszechnej i Prahistorii, w skład której wchodzi Zakład Prahistorii znajdujący się na ulicy Celetnej numer 20, Katedry Nauk o Starożytności Antycznej, która ma siedzibę w budynku przy ulicy Ovocní Trh numer 5, oraz Katedry Nauk Pomocniczych Historii i Archiwistyki. Oprócz tego, jak już pewnie wiecie z planu zajęć, będziecie mieli też przedmioty ogólnowydziałowe, na przykład historię międzynarodowego ruchu robotniczego i Komunistycznej Partii Czechosłowacji albo wychowanie fizyczne, które są prowadzone przez inne komórki. Musicie jak najszybciej się w tym zorientować. W odróżnieniu od szkoły średniej od tej pory będziecie odpowiedzialni sami za siebie. Ja wprawdzie będę waszym opiekunem roku – to ktoś jak wychowawca klasy, ale na wyższym szczeblu – jednak istotą naszej współpracy będzie fakt, że wszyscy jesteście pełnoletni. Każdy towarzysz i każda towarzyszka w tym pomieszczeniu ma skończone osiemnaście lat, prawda?

Uśmiechnięty doktor Bořivoj Šindelář omiótł pewnym siebie wzrokiem salę wykładową. Część studentów i studentek pokiwała twierdząco głową, ale na większości twarzy widoczne było raczej pełne emocji oczekiwanie. Tomáš też siedział w napięciu. Wykładowca ciągle się uśmiechał. Jakby nie miał przed sobą swoich nowych studentów, ale przyjaciół z czasów własnych studiów, z którymi w końcu się spotkał. Tomášowi od pierwszej chwili ta chęć kolegowania się Šindelářa wydała się nie tylko fałszywa, ale też bardzo źle zagrana.

– Będę pełnił funkcję waszego opiekuna roku, jeśli zatem będziecie mieli jakiekolwiek problemy, z którymi nie będziecie mogli sobie poradzić w poszczególnych komórkach wydziału, możecie zwrócić się z tym do mnie. Naturalnie nie przyszliście studiować po to, żeby mieć problemy, ale żeby zostać kompetentnymi historykami. Ze mną będziecie mieli przedmiot historia Czechosłowacji I. Ściślej mówiąc, będę miał z wami jedne zajęcia z tego przedmiotu. Jak wiecie, w środę drugie zajęcia z historii Czechosłowacji I będzie miała z wami koleżanka doktor Skýbová. Jest to wybitna specjalistka, która przedstawi wam całościowy obraz naszej historii aż do roku tysiąc czterysta trzydziestego czwartego… Czemu właśnie do tysiąc czterysta trzydziestego czwartego?

– Bitwa pod Lipanami. Koniec ruchu husyckiego – odezwało się jednocześnie kilka osób z sali.

– Zgadza się! Dokładnie! – ucieszył się adiunkt.

Tomáš był ciekaw, o czym zatem będzie mówił na swoich zajęciach doktor Šindelář, skoro doktor Skýbová przedstawi całościowy zarys na swojej drugiej połowie zajęć.

Šindelář znów się szeroko uśmiechnął.

– Przypuszczam, że wybraliście studia historyczne, ponieważ interesujecie się tym kierunkiem. A my was przekonamy, że historia to nie jest nudne przesiadywanie w archiwach, ale poszukiwanie interesujących odpowiedzi na dobrze zadane pytania. Na przykład… – Doktor Šindelář ucichł na chwilę, jakby szukał naprędce jakiegoś przykładu, ale Tomáš podejrzewał, że ta pauza jest z góry przygotowana i wyćwiczona. – Nauką pomocniczą historii jest też językoznawstwo historyczne. Pochodzeniem słów zajmuje się etymologia. Jakie jest pochodzenie słowa „semestr”, które z pewnością jest jednym z najczęściej pojawiających się w waszych dyskusjach?

Adiunkt rozglądał się z ciekawością po sali. Wydawało się, że nikt nie wie.

– Koleżanki i koledzy, podpowiem wam: słowo „semestr” składa się z dwóch słów łacińskich.

Dziewczyna w drugim rzędzie podniosła rękę.

– Semi to jest przedrostek, który oznacza, że coś jest połowiczne. Czyżby „pół roku”?

– Tylko że „rok” to jest annus, anno. A zatem nie, koleżanko! – Doktor Šindelář cieszył się ze swojego zwycięstwa. – Ktoś jeszcze spróbuje? Nie?! A zatem moja kolej. Łacińskie słowo semestris składa się z dwóch słów. Sex orazmestris. Sex nie oznacza „seks”, ale „sześć”. Ale co to jest mestris, towarzyszki i towarzysze?

Nikt nie zareagował. Jakby koleżanki i koledzy Tomáša przedwcześnie pogodzili się z tym, że nie rozwiążą zagadek adiunkta.

– To mogłyby wiedzieć raczej koleżanki. – Doktor Šindelář wyszczerzył zęby. – To co, wiemy? Nie? Łacińskie mestris i naszemenzes, czyli „miesiączka”, czy te słowa nie są do siebie podobne? Mensis to po łacinie „miesiąc”. A teraz połączmy sex orazmensis i wyjdzie nam „semestr”, czyli „sześć miesięcy”. Naturalnie wasz semestr jest krótszy, ale też ustalenie, kiedy, jak, gdzie i dlaczego semestr stał się okresem krótszym niż sześć miesięcy, to jest badanie historyczne, które powie nam wiele na temat ówczesnego szkolnictwa i wykształcenia. Badania historyczne są zawsze interesujące, czasem jednak mogą być też bardzo ekscytujące. Podam znowu przykład.

Tomáš docenił, że tym razem doktor Šindelář nie zniżył się do tego, by udawać, że szuka jakiegoś ekscytującego przykładu w swojej nabitej wiadomościami pamięci.

– Jako obiecujący adepci nauk historycznych z pewnością odnotowaliście w naszych środkach masowego przekazu informację, że w maju została wyciągnięta z sarkofagu szklana trumna ze szczątkami Jana Nepomucena albo, jakby ktoś przez przypadek chciał tak powiedzieć, świętego Jana Nepomucena. Szczątki zostały poddane szczegółowej analizie naukowej. No i teraz, już za parę tygodni, za pomocą najnowszych narzędzi i metod naukowych w Dziale Antropologicznym Muzeum Narodowego zostanie zbadana złota skrytka, w której rzekomo powinien znajdować się słynny święty język Nepomucena. Dokładnie ten język, który ponoć nie uległ procesom rozkładu, więc leży w skrytce jak żywy. Musimy w pełni zaufać rezultatom badań tego konsylium antropologiczno-lekarskiego, przecież w jego skład oprócz czołowych specjalistów czechosłowackich wchodzi też jeden pierwszorzędny ekspert francuski, możemy zatem nawet mówić o międzynarodowym zespole czy kolektywie naukowców. Chociaż, przyznajmy, niektórzy koledzy historycy jeszcze dziś z trudem przyzwyczajają się do tego, że nagle w badaniach historycznych pojawiła się antropologia, która opiera się na niepodważalnych badaniach przyrodniczych. Koledzy są przyzwyczajeni, by polegać przede wszystkim na ówczesnych źródłach pisanych, tylko że właśnie one bywają często subiektywne i podporządkowane okresowi swojego powstania. Historia korzysta też z innych źródeł uzyskanych przez klasyczne nauki historyczne, do których należy na przykład archeologia. Kto nam wymieni nauki pomocnicze historii? – spytał nagle doktor Šindelář.

– Archiwistyka, heraldyka, numizmatyka – odparł siedzący w pierwszej ławce chłopak w garniturze.

– A czym zajmuje się sfragistyka? – spytał adiunkt jego sąsiada.

– Sfragistyka zajmuje się starymi odznaczeniami – odparł pewnie student.

– Nie, odznaczeniami zajmuje się falerystyka. – Wykładowca pokiwał palcem wskazującym. – Sfragistyka analizuje pieczęcie. Bez obawy, tego wszystkiego już wkrótce nauczy was kolega doktor Šisler na swoich zajęciach z nauk pomocniczych historii.

Asystent przesuwał wzrokiem po sali, jakby się zastanawiał, jakie kolejne pytanie powinien zadać studentom. W końcu zaczął mówić afektowanym głosem, jakby zadawał im zagadkę.

– A czy wy, młodzi historycy czechosłowaccy, znacie legendę o Janie Nepomucenie?

Tomáš ją znał, przecież na rynku w Handlovej znajdowała się kapliczka świętego Jana Nepomucena, a mama opowiadała mu o nim kilka razy w dzieciństwie. Nie podniósł jednak ręki, ponieważ jego antypatia do doktora Šindelářa przerodziła się już w jednoznaczne potępienie, zaliczył adiunkta do podstępnych agentów-prowokatorów, próbujących za pomocą wyrafinowanych metod ustalić, którzy studenci są wierzący, by móc o nich wspomnieć w swoim najbliższym raporcie dla kierownictwa wydziału, komitetu partii czy nawet Służby Bezpieczeństwa.

Doktor Šindelář znów powoli omiótł wzrokiem studentów, a skoro nikt nie kwapił się do odpowiedzi, mówił dalej sam:

– Nepomucen będzie głównym, choć nie jedynym tematem mojej części przedmiotu historia Czechosłowacji I. Został on wprawdzie zakwalifikowany jako wykład, ale my połączymy wykład z seminarium. Będzie to bardziej ekscytujące i dynamiczne. Zgadzacie się?

Tomášowi sprawiło radość, że wszyscy powstrzymali się od wyrażenia swojej zgody. Doktora Šindelářa jednak to nie zniechęciło i z niemal niegasnącym uśmiechem mówił dalej:

– Paradoksem historii jako nauki, i dotyczy to też naszej historii marksistowskiej, jest to, że bezwzględnie musi zajmować się nie tylko faktami, ale też legendami. W nich może się znajdować ziarnko prawdy, ale równie istotne jest odkrycie, pod jakim względem są one błędne lub nawet celowo zakłamane. Teraz zapewne nadchodzi chwila, gdy odkryjemy, jaką mieszaninę kłamstw i półprawd stanowi też legenda o Janie Nepomucenie. Tak przy okazji, jak później zobaczymy, już samo nazwisko Nepomucen jest fałszywe. Zresztą, jak cała legenda o nim, która opiera się na bardzo nieprawdopodobnym założeniu, że to właśnie on był spowiednikiem czeskiej królowej Zofii, czyli małżonki Wacława IV. Kiedy panował Wacław IV?

– W drugiej połowie czternastego i na początku piętnastego wieku – odpowiedziała natychmiast dziewczyna, która wcześniej nie wiedziała, jak jest „rok” po łacinie.

– Dobrze, ale bądźcie bardziej precyzyjni! Chcę usłyszeć lata! – Towarzysz adiunkt się nie poddawał.

– Umarł zaledwie kilka lat po spaleniu mistrza Jana Husa. Czyli zakładam, że między tysiąc czterysta siedemnastym a tysiąc czterysta dwudziestym rokiem – spróbowała inna studentka.

Doktor Šindelář podniósł z powagą palec wskazujący.

– Wacław IV, od tysiąc trzysta sześćdziesiątego pierwszego do tysiąc czterysta dziewiętnastego roku! Choć obie te daty są na swój sposób problematyczne, nie chcę jednak tym się teraz zajmować. Gdzie leży miasteczko Nepomuk?

– Obok Pilzna, w kierunku Czeskich Budziejowic – odpowiedziała jedna ze studentek.

– Zgadza się! Widzę, że jesteście równie dobrzy z historii, jak i z geografii.

Šindelář się roześmiał, gdy jednak zauważył, że nikt inny tego nie zrobił, odkaszlnął i mówił dalej:

– A wytłumaczy nam ktoś, dlaczego jest nieprawdopodobne, by Jan Nepomucen był spowiednikiem królowej?

Wykładowca znowu rozejrzał się po sali.

– Akceptuję też hipotezy – dodał.

Przez chwilę Šindelář znów z pewnością siebie kołysał się na piętach, po czym przybrał zwycięską minę, zatarł ręce i zaczął mówić:

– Nie szkodzi, jesteście tylko pierwszakami na pierwszych zajęciach. Jan Nepomucen był taką sekretarką praskiego arcybiskupa Jana z Jenštejna, dokładna nazwa jego urzędu to wikariusz, no a Jan z Jenštejna był zawziętym wrogiem Wacława IV. Arcybiskup miał wówczas taką władzę, że odmawiał koronowania Zofii na królową. Potraficie to sobie wyobrazić, żeby Zofia poszła się wyspowiadać do wikariusza arcybiskupa, który jest największym i najbardziej zawziętym wrogiem jej męża, a także jej samej, bo przecież nie chce jej koronować na królową czeską?! Niemożliwe! Nawet gdyby się tam wybrała, toby nie doszła, szpicle królewscy by jej na to nie pozwolili. Wtedy nie było tak jak dzisiaj, że Zofia ot tak uczesałaby sobie włosy w koczek, włożyła minispódniczkę, trampki i ruszyła na praskie ulice.

Doktor Šindelář odczekał chwilę, aż wybuchnie śmiech, i rozkoszował się swoim sukcesem aż do momentu, gdy studenci ucichli.

– Wówczas wokół królowej kręciły się damy dworu, służące, strażnicy i tak dalej. Ta świta nie puściłaby jej do sekretarza arcybiskupa. Choćby dlatego, by podczas spowiedzi druga strona nie dowiedziała się jakichś nieprzyjemnych faktów o królu, które potem zostałyby wykorzystane przeciwko niemu. To, że księża nie przestrzegają tajemnicy spowiedzi, było przecież powszechnie znane także wtedy, nie tylko dziś.

Tomáš przestał zwracać uwagę na Šindelářa, zaczął się zastanawiać, czy gdzieś czytał o przypadku naruszenia tajemnicy spowiedzi przez księdza. Powiedział sobie, że musi spytać o to mamę.

Tymczasem Šindelář mówił dalej natarczywym głosem:

– A zatem to jest pierwszy logiczny dowód przeciwko śmiesznej ludowej legendzie, według której Wacław IV starał się groźbami, a później też torturami, wydobyć z Jana Nepomucena nazwisko kochanka królowej wypowiedziane podczas spowiedzi. Legenda głosi, że zły król podejrzewał, iż jego dobra żona jest mu niewierna. Królowa Zofia jako porządna katoliczka szybko spowiadała się z każdej zdrady, by z czystą duszą mogła jak najszybciej dopuścić się kolejnej.

Kilkoro studentów zrozumiało ironię pedagoga i się roześmiało.

– W dalszym ciągu parafrazuję legendę – wyjaśnił doktor Šindelář. – Zazdrosny król nalegał, by Nepomucen zdradził mu nazwisko kochanka, ale nasz odważny ksiądz się zawziął i oświadczył, że woli zginąć, niż cokolwiek zdradzić. Dlatego rozwścieczony Wacław IV kazał utopić go w Wełtawie. Utopiono go, potem wyłowiono, a następnie uroczyście pochowano. I tu docieramy do kolejnego słabego punktu tej opowieści ludowej. Święty język Nepomucena, który nie przemówił, podobno zachował się w cudowny sposób i w odróżnieniu od reszty ciała nie uległ naturalnemu rozkładowi biologicznemu, więc na podstawie takiego bijącego w oczy i wołającego do nieba cudu kilka wieków później papież mógł uznać Jana Nepomucena za świętego. A teraz przeskok do czasów współczesnych! W tych dniach nowoczesna nauka prowadzi badania antropologiczne, które odpowiedzą nam na pytanie, co naprawdę znajduje się w tej tajemniczej złotej skrytce. Przypuszczam, że będzie ona pusta, ale może sam będę zaskoczony. Mam swoje źródła, od których uzyskuję informacje, można by powiedzieć, z pierwszej ręki. Wyobraźcie sobie niepewność, jaka po opublikowaniu wieści o zbliżającej się ekshumacji zapanowała teraz w Watykanie. I z pewnością też w różnych innych miejscach, na przykład w arcybiskupstwie praskim, jeśli mam być konkretny. Może się okazać, że w jej efekcie będzie konieczna debeatyfikacja i dekanonizacja Jana Nepomucena. Naturalnie, to był żart, dla nas wszystkich jest jasne, że obecny, nadzwyczaj konserwatywny papież nigdy nie zdecyduje się na coś takiego. Babulinki w kościołach niech dalej modlą się do fałszywego języka, ale my, naukowcy, dowiemy się, jakie są fakty i co jest prawdą historyczną.

Doktor Šindelář uśmiechnął się wieloznacznie i zatarł z zadowoleniem ręce, jak gdyby on już znał tę prawdę.

Następnie Šindelář poprosił studentów i studentki, by po kolei się przedstawili, powiedzieli, skąd pochodzą i co ich skłoniło do podjęcia studiów historycznych. Okazało się, że Tomáš Dobrotka nie jest jedynym Słowakiem w grupie. Była też Táňa, całkiem ładna drobna brunetka, która zdecydowała się na historię z nadzwyczaj banalnego powodu. Stwierdziła, że w szkole średniej najbardziej lubiła ten przedmiot, więc dalej chce się zajmować tym, co lubi. Tomáš, który siedział z tyłu, był ostatni w kolejce. Powiedział, że interesuje się przeszłością, by lepiej zrozumieć czasy współczesne, co wywołało na twarzy asystenta powątpiewające uniesienie brwi. Taka motywacja u dziewiętnastoletniego studenta wydawała mu się zapewne zbyt naciągana.

Gdy wszyscy studenci się przedstawili, adiunkt powiedział, że jako opiekun roku ma jeszcze zaszczytne zadanie, by pomóc w stworzeniu w tej grupie studentów nowej podstawowej organizacji Socjalistycznego Związku Młodzieży.

– Właściwie chodzi o to, żebyście jak najszybciej, to znaczy najlepiej teraz, wybrali przewodniczącego podstawowej organizacji, który będzie pośrednikiem między wami a komitetem wydziałowym związku – doprecyzował Šindelář.

Większość studentów natychmiast wbiła wzrok w podłogę, mając nadzieję, że dzięki temu nikt ich nie zauważy. Tomáš zachowywał się tak, jakby właśnie teraz nadeszła chwila, gdy musi w pełni się skoncentrować na składaniu chusteczki.

– Nie, żebym się wyrywał do działania – przerwał ciszę chłopak z pierwszej ławki – ale w szkole średniej byłem przewodniczącym organizacji związkowej w klasie, a wcześniej kierowałem organizacją pionierską. Mam zatem bogate doświadczenia.

Tomáš się ucieszył, z jednej strony wydawało się, że funkcja została już przydzielona, czyli zniknęło potencjalne niebezpieczeństwo, że ktoś przez pomyłkę zaproponuje właśnie jego, a z drugiej strony potwierdziło się to, że do funkcji garną się ludzie w garniturach, którzy już na pierwszy rzut oka wydali mu się niesympatyczni.

– Ja byłam w ostatniej klasie przewodniczącą ogólnoszkolnego komitetu SZM w naszej szkole w Třeboni – odezwała się dziewczyna, która wcześniej szacowała rok śmierci Wacława IV między drugą połową czternastego a początkiem piętnastego wieku.

Tomáš był rozczarowany. Wraz ze Słowaczką ta blondynka należała do najpiękniejszych w grupie. Tomáš byłby bardziej zadowolony, gdyby działacze byli niesympatyczni, a działaczki brzydkie. I naturalnie też niesympatyczne, głupie i nielubiane.

Towarzysz adiunkt natychmiast pomógł zorganizować młodszym kolegom po fachu wybory przewodniczącego podstawowej organizacji SZM. Dwoma głosami wygrała je blondynka. Towarzysz adiunkt przypomniał, że podstawowa organizacja musi też mieć wiceprzewodniczącego. Nowo wybrana przewodnicząca wspaniałomyślnie zaproponowała na tę funkcję swojego niedawnego rywala. Zagłosowali na niego wszyscy, tylko on sam skromnie się wstrzymał.

– I żebym nie zapomniał – zakończył zajęcia PhDr. Bořivoj Šindelář, CSc. – Wasze pierwsze zadanie domowe będzie na razie takie trochę wakacyjne: idźcie na most Karola pomiędzy grupy turystów z całego świata i przyjrzyjcie się tam wszystkiemu, co znajduje się w otoczeniu pomnika Jana Nepomucena. W przyszłym tygodniu porozmawiamy o tym na zajęciach.

Šindelář prosto z sali wykładowej udał się energicznym krokiem do Klementinum, gdzie w Bibliotece Państwowej CSRS czekało na niego kilka zamówionych książek. Na ulicy Křižovnickiej wyraźnie przyspieszył kroku, ponieważ nagle przypomniał sobie, jak to sześć miesięcy temu podczas nieformalnego posiedzenia z okazji Międzynarodowego Dnia Kobiet kierownik katedry, doktor Král, wspominał swoje początki na wydziale. Najgorszy był pierwszy semestr, ponieważ Králowi jako początkującemu wykładowcy ledwo co udawało się utrzymywać rytm bycia o tydzień do przodu przed studentami. Po zakończeniu wykładu albo seminarium natychmiast biegł do biblioteki, by przestudiować materiały i przygotować się do następnych zajęć. Šindelář samokrytycznie przyznał, że z tym nowym przedmiotem, który wymyślił dla studentów pierwszego roku, znajduje się w podobnej sytuacji. Ma mało czasu. I dlatego na Křižovnickiej przyspieszył.

Ponieważ Tomáš miał następny wykład dopiero po południu, wybrał się na most Karola od razu po zakończeniu zajęć z Šindelářem. Spod budynku wydziału przeszedł tam bardzo szybko. Dlatego zaskoczyło go, że gdy znalazł stojący na moście pomnik Nepomucena, to obok niego stała już trójka jego nowych znajomych z długopisami i zeszytami w rękach.

– Cześć, studenci. – Tomáš przywiązywał wagę do długości samogłoski „e”, jak to usłyszał wcześniej kilka razy w czeskim filmie Czarny Piotruś. Pod wpływem tego filmu zaczął tak się witać z kolegami ze szkoły jeszcze na Słowacji, a gdy w klasie maturalnej przeniósł się do Pragi, wydawało mu się, że tak wita się całe jego pokolenie.

– Ja jestem Martin, cześć. – Chłopak o dość długich rudych włosach i w okularach lenonkach podał mu rękę.

Tomášowi wydawało się, że Martin podczas powitania celowo burknął głoskę „e” najkrócej jak się da.

– Ja jestem Klára – przedstawiła się dziewczyna, która podczas seminarium typowała, że Wacław IV zmarł między rokiem 1417 a 1420.

– Miło mi, mam na imię Táňa, też jestem Słowaczką.

– A więc ty też postanowiłeś nie marnować czasu i pospieszyłeś od razu do świętego Jana? – stwierdził Martin.

– Do dzisiaj nie wiedziałem, że na moście Karola jest też pomnik Jana Nepomucena, a mieszkam w Pradze już od roku.

– Za to wiesz chociaż, gdzie jest most Karola – westchnęła Klára. Ja muszę ciągle korzystać z planu miasta. Jestem z Opavy, mieszkam w akademiku na Břevnovie. Dom studencki Větrník-Sever. Gdybym teraz miała iść na ulicę Celetną, gdzie będziemy mieli po południu tę historię międzynarodowego ruchu robotniczego, to nawet bym nie wiedziała, czy za mostem skręcić w prawo, czy w lewo.

– Ja nie mam z tym problemu, jestem starym prażaninem. – Martin się uśmiechnął.

– Ja też już orientuję się w Pradze – pochwaliła się Táňa. – Przeprowadziliśmy się tutaj dwa lata temu. Na osiedle Petřiny, to jest bardzo blisko Břevnova i Větrníka.

– Skoro umiesz powiedzieć poprawnie Petřiny i Břevnov, a nie Petšiny i Bževnov, to ty też już jesteś taka federalna błyskawiczna prażanka. – Martin uśmiechnął się ironicznie.

Táňa jednak się nie obraziła i dodała:

– Wcześniej mieszkaliśmy w Bratysławie, pewnie wiecie, że tam jest Slavín, a teraz mam z okna widok na praski Veleslavín. Zatem nasza rodzina bez wątpienia awansowała. Ze Slavína na Veleslavín.

Za to Tomáš poczuł się dotknięty prowokacją Martina.

– Ja przez trzy lata chodziłem do gimnazjum w Prievidzy. Umiałbyś to poprawnie powiedzieć? – zwrócił się do Martina.

– Prijévidza – spróbował Martin.

– Nie! Wystarczy krótko: Prievidza.

Martin podniósł ręce w geście przeprosin.

– Rozumiem i przepraszam. Give peace a chance!

Czwórka studentów zapatrzyła się na świętego Jana Nepomucena.

– Co według was mamy zauważyć na tym pomniku? – spytał Martin, bardzo uważnie czyszcząc okulary chusteczką, jakby to było narzędzie, dzięki któremu rozpozna nawet te najmniej istotne detale.

Klára zapatrzyła się na świętego, po czym odpowiedziała zamyślona:

– Myślę, że przede wszystkim… W sumie wszystko.

Roześmiali się.

– Nie wydaje się wam, że ma dość dziwnie wykręconą szyję? – Táňa podeszła tuż pod pomnik.

– Właśnie dlatego wygląda tak zniewieściale – ocenił Martin.

Táňa próbowała przyjąć taką samą pozycję ciała jak postać na pomniku.

– Być może w ten sposób rzeźbiarz wyraził, że Jana Nepomucena torturowano i skręcono mu kark.

– Nie skręcono mu karku, ale utopiono go – doprecyzował Martin.

– Jest ubrany jak ksiądz – zauważyła Klára.

– Księża w średniowieczu nosili ponczo? – Martin się wyszczerzył.

– Jeśli już, bardziej przypomina to bolero – zauważyła Táňa. – Bolero jest krótsze niż ponczo.

– To jest rokieta. Nepomucen jest ubrany jak ksiądz – hamowała ich Klára.

– Jakżeby inaczej? Przecież to był ksiądz – wycedził Martin. – Trzyma w ręce krucyfiks.

– No a co innego miałby trzymać? Był księdzem – skontrowała Klára.

– Trzyma też jakąś roślinę. Był też ogrodnikiem? – nie poddawał się Martin.

– Krucyfiks stanowi być może symbol tego, że przez całe życie był wierny Chrystusowi. Trzymał się Chrystusowego krzyża – zaproponował Tomáš.

– Masz rację, tylko że każdy męczennik pozostał wierny – polemizował Martin. – Czy zatem każdy męczennik powinien mieć w rękach krzyż?

Zamilkli na chwilę. Podchodzili pod pomnik, potem znów się od niego oddalali, patrzyli z prawa i z lewa, jakby szukali odpowiedniego kadru do fotografii.

– A czemu na aureoli wokół głowy ma tylko pięć gwiazdek? – spytała Táňa. – Co symbolizuje pięć gwiazdek?

– Pięć to faktycznie dość mało – uznał Martin.

– Również sama aureola jest wyjątkowa, przeważnie święci nie miewają aureoli, ma ją tylko Maria Panna – zwrócił im uwagę Tomáš.

– Naprawdę? – powątpiewał Martin.

– I co zatem powiemy za tydzień Šindelářowi na temat aureoli? – spytała Táňa.

– Poprosimy go, żeby nam wytłumaczył, czemu jest na niej pięć gwiazd, skoro flaga amerykańska ma ich aż pięćdziesiąt – zaproponował Martin.

– Hm, a czy sformułowanie pytania będzie stanowić wystarczający sposób odrobienia zadania domowego?! – powątpiewała Klára.

Dla Martina to nie był problem.

– Šindelář sam powiedział, że historia to są dobrze zadane pytania i interesujące odpowiedzi. My wymyślimy dobre pytanie, a on niech da interesującą odpowiedź.

– A co, jeśli poszlibyśmy spytać o to jakiegoś księdza? – zastanawiał się Tomáš.

Martin pokręcił głową i wytłumaczył ironicznie:

– Słyszałeś, Kościół jest na wskroś nienaukowy i na dodatek cały Watykan jest teraz skonsternowany i ma obawy, bo w Czechosłowacji otworzą złote pudełko i będą analizować jego zawartość… No, wyobraźcie sobie, że tam rzeczywiście będzie język! Taki olbrzymi wystawiony jęzor, jaki mają Rolling Stones na płycie Sticky Fingers.

– Masz oryginalną Sticky Fingers? – Tomáš wybałuszył oczy na kolegę.

– Mam.

– A pożyczysz? Ja mam to nagrane, ale z magnetu na magnet, więc jest marnej jakości.

– Nie pożyczam płyt, ale jeśli przyniesiesz mi kasetę, to mogę ci to nagrać w hi-fi. Brat ma całkiem porządną aparaturę. Grundig.

– Jeśli nie miałbyś nic przeciwko, to kiedyś chętnie zobaczyłbym twoją kolekcję płyt.

– Możesz przyjść kiedykolwiek.

– Słuchasz też czechosłowackiego bigbitu? – spytał Tomáš.

– Jasne, ale głównie czeskiego. Ze słowackiego znam tylko Ursinyego, Prúdy i Collegium Musicum. Marián Varga to geniusz.

– Apple Tree in Winter znasz? – sprawdzał kolegę Tomáš.

– Ursiny. Perfekcyjny utwór! – potwierdził Martin.

– Czy możemy wrócić do Jana Nepomucena? – przerwała kolegom Táňa. – Zauważcie, że wszystkie rzeźby na moście są z kamienia, a tylko ta jest z metalu.

– Z brązu – doprecyzowała Klára i obie dziewczyny od razu to zapisały.

– A ta łodyga, o której wspominał Martin, z jakiej jest rośliny? – spytał Tomáš.

– Paproć – żartował wciąż Martin.

– To naprawdę wygląda jak paproć – zauważyła Klára. – Ale wątpię, czy paproć pełni jakąś funkcję w średniowiecznej symbolice chrześcijańskiej. Może raczej lilia albo gałązka oliwna.

– Oliwa to z pewnością nie jest. Ani lilia – rozstrzygnął Tomáš. – Może palma.

– A może papirus? – zaproponowała Táňa.

– Masz na myśli ciborę papirusową, z której produkowano papirus – doprecyzował Martin.

Táňa zawahała się na moment, czy Martin tym razem mówi poważnie, czy znów ironizuje.

– Tak, w średniowieczu i starożytności ta roślina służyła jako papier, dzięki niej zachowała się wiedza. Mogłaby zatem stanowić symbol wykształcenia Nepomucena.

Martin się nie zgodził.

– Tylko że u nas w średniowieczu posługiwano się pergaminem, czyli skórą. Papirus był wykorzystywany o wiele wcześniej, a przede wszystkim zupełnie gdzie indziej, głównie w starożytnym Egipcie. W średniowiecznych Czechach był niedostępny.

– To powiemy, że trzyma w ręce symboliczną roślinę? – zawahała się Táňa.

– Ale każdy symbol musi mieć jakieś konkretne znaczenie – zauważyła Klára.

– Tylko przez zbieg okoliczności właśnie ta roślina jest symbolem, który niczego nie symbolizuje. Rzeźbiarz włożył ją świętemu do rąk jako dekorację – bagatelizował Martin.

– Widzieliście to? – krzyknęła Klára.

– Co?

– Listki na tej roślinie drgnęły. Poruszyły się na wietrze.

Wszyscy zapatrzyli się na pomnik, ale już przestało wiać.

– Spójrzcie, jedną nogę ma opartą na jakiejś podstawie. – Klára kontynuowała badania.

– Może to jest książka. Gruby rękopis – zaproponował Tomáš.

– Święty deptałby książkę? – powątpiewała Klára.

– Jakieś heretyckie dzieło – wytłumaczył natychmiast Martin.

Klára się nie zgodziła.

– Nie wymyślaj! Według mnie to nie jest książka, ale raczej…

– Cegła – rzucił Martin.

– Nie myślcie przez chwilę o pomniku – zaproponowała Táňa. – Być może Šindelář sprawdza, czy zauważymy te reliefy na dole u jego podstawy.

– Tu jest przedstawiona spowiedź. Królowa i święty Jan. – Tomáš wskazał na jedną z wyrzeźbionych scen.

Martin poprawił okulary na nosie i pochylił się w stronę reliefu.

– Spójrzcie, jak ta wstrętna Zofia jest blisko spowiednika. Gdyby chciała, mogłaby czubkiem języka dotknąć płatka jego ucha. Chciałbym usłyszeć, jakie świństewka właśnie mu opowiada.

Dziewczyny wymieniły zniesmaczone spojrzenia. Martin wyszczerzył zęby w ich stronę, co zapewne miało być formą usprawiedliwienia.

– A z tej strony jest moment, gdy wrzucają Jana do rzeki – powiedział Tomáš. – Zauważcie, że utopienie Nepomucena stanowi na reliefie tylko tło, ponieważ na pierwszym planie znajduje się taka dość szczególna scena. Młoda dziewczyna trzymana za rękę przez matkę i żołnierz, który się do nich zakrada ze sztyletem w ręce.

– Zapomniałeś powiedzieć, że ta małoletnia dziewczyna ma obnażone piersi – zwrócił Tomášowi uwagę Martin, po czym poprawił sobie okulary.

Tomáš zwiększył czujność.

– Rzeczywiście, masz rację, tam są nagie dziewczęce piersi.

– Nonsens – zaprzeczyła Klára. – To jest tylko głęboki dekolt, nic intymnego nie zostało obnażone. Tylko wy chcecie widzieć wszędzie gołe baby. Ważna jest scena zamordowania Jana Nepomucena. Puśćcie mnie bliżej, wy zboczeńcy.

– Ja też zakładam, że ważne jest to, co robią z Nepomucenem, tylko że te trzy postaci na pierwszym planie muszą również mieć jakieś znaczenie. W przeciwnym razie rzeźbiarz by ich tam nie dawał – zastanawiał się Tomáš.

– Myślcie sobie o mnie, co chcecie, ale ja tam widzę nastolatkę z odsłoniętymi piersiami, obok niej sutenerkę, która sprzedaje młodocianą prostytutkę, oraz maniaka seksualnego o tendencjach sadystycznych, jest to fetyszysta ubrany w zbroję i hełm. No i w tym momencie ukrywa sztylet, bo zamierza zamordować obie upadłe kobiety – forsował swój punkt widzenia Martin.

– Według mnie Šindelář chciał, żebyśmy właśnie na to zwrócili uwagę. Ten relief to jest nasze zadanie domowe. A tak przy okazji, ciągle widzę na nim to samo co Martin. Na moście dokonuje się jedno morderstwo, które przykuwa uwagę, więc tymczasem pod mostem facet po cichu zabije dwie kobiety. – Tomáš pokiwał głową z powagą.

– Tylko co autor chciał przez to powiedzieć? – westchnęła Klára.

– Widzisz, to też musimy ustalić: kto jest autorem. Nazwisko rzeźbiarza! – zwróciła uwagę Táňa.

Chmury się rozstąpiły i jesienne słońce oblizywało swoim językiem płatki uszne Wełtawy, choć już nie było tak pożądliwie rozpalone jak latem. Czwórka studentów zeszła spacerowym krokiem z mostu i usiadła na starej popękanej ławce na Alšovom Nábřeží. Martin wyciągnął paczkę papierosów i poczęstował resztę. Táňa odmówiła, tłumacząc, że paliła tylko, gdy była zdenerwowana na tydzień przed maturą. Tomáš też nie chciał. Klára wyciągnęła pudełko z gumami do żucia w kształcie papierosów i poczęstowała wszystkich.

Martin wypuścił wielką chmurę dymu.

– Naprawdę jestem ciekaw, co może być w tej złotej skrytce.

– Tego się nigdy nie dowiesz – wycedził Tomáš.

– „Mój kwiatuszku, cicho, cyt, o tym się nie dowie nikt” – zaśpiewała Táňa fragment piosenki, która już zdążyła przekształcić się z sezonowego hitu w evergreen.

– Bądźmy precyzyjni – podkreślił Martin. – Jeśli w skrytce będzie cokolwiek innego niż język, na przykład biżuteria, dokument albo zdechły szczur, to się dowiemy. Jeśli jednak znajdą tam język, to się nie dowiemy.

– I oficjalnie ogłoszą, że w środku była biżuteria, dokument albo szczur – dodał Tomáš.

– Jeśli zatem w skrytce będzie język, to nas okłamią i my im nie uwierzymy, jeśli jednak w środku będzie szczur i oni powiedzą nam prawdę, to i tak im nie uwierzymy – podsumował Martin.

– Sami są sobie winni! – stwierdził stanowczo Tomáš.

– Nie wygłupiajcie się – przerwała im Táňa. – Wy naprawdę myślicie, że ta komisja naukowa spróbuje zataić to, co odkryje?

– Tylko w przypadku, gdy znajdą język – powtórzył Martin. – Jakiekolwiek inne odkrycie będzie ich zwycięstwem.

– Komisja naukowa by tak nie postąpiła. Nie starałaby się niczego zatuszować. – Táňa ciągle miała wątpliwości.

– Nie zatuszowałaby tego przecież komisja naukowa… – zaczął Tomáš.

– Międzynarodowa komisja naukowa! – podkreślił Martin.

– Nie zatuszowałaby tego międzynarodowa komisja naukowa, ale… – Tomáš uniósł palec wskazujący i zamilkł wieloznacznie.

– Ale partia i rząd! – dodał znów jego kolega. – Partia i rząd utajniali, utajniają i będą utajniać… wszystko!

Jakby na potwierdzenie swoich słów Martin energicznym ruchem zgasił niedopałek o podeszwę buta.

Táňa pokręciła zdecydowanie głową.

– Nie rozumiem dlaczego. Przecież ta legenda ma blisko sześćset lat. Jeśli język Jana się zachował, to wystarczy zbadać, jakie warunki chemiczno-biologiczne spowodowały to zjawisko, i będzie po cudzie. Nikt chyba takiej bajki nie będzie już traktował poważnie.

– Partia i rząd tak! – Martin nie dał za wygraną. – Towarzysze wszystko traktują poważnie. Kościół ogłosił Jana Nepomucena świętym na podstawie tego, że jego język nie zgnił. Jeśli okaże się, że po sześciuset latach jest on nadal zachowany, a może nawet jeszcze trochę drży i się ślini, to w poważnym stopniu wstrząśnie to światopoglądem nawet takiego ateisty z luterańskim chrztem jak ja.

– Dla partii i rządu odkrycie języka stanowiłoby poważne faux pas – odparł Tomáš.

Martin zareagował na obce słowo, które właśnie usłyszał, innym obcym słowem:

– No, a co znaczy ten wyraz „debeatyfikować”, którym posłużył się Šindelář? Wytłumaczcie czeskiemu niekatolikowi, jak to się robi.

– Beatyfikacja to uznanie za błogosławionego – tłumaczył Tomáš. – Jeśli podczas tego procesu w przypadku Nepomucena znaczenie miało cudowne zachowanie języka, ale okaże się, że tak nie było, to według Šindelářa powinno teraz zapewne dojść do jakiegoś skreślenia z listy błogosławionych. O ile wiem, beatyfikacja nie jest definitywna, ale kanonizacja już tak, a zatem anulowanie decyzji o uznaniu za świętego nie jest możliwe.

– Ja osobiście trzymam kciuki za Watykan, niech w tej złotej skrytce znajdzie się piękny wielki krwistoczerwony jaggerowski jęzor, żeby z tego była big beatyfikacja! – Martin wystawił język.

Sala