Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
45 osób interesuje się tą książką
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 325
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Copyright © Małgorzata Krokosz, 2026 Copyright © Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2026
Redaktorka prowadząca: Aleksandra Kotlewska
Marketing i promocja: Gabriela Wójtowicz, Marta Adrian
Redakcja: Magdalena Kawka
Korekta: Beata Buko, Sara Szulc-Przewodowska
Skład i łamanie: Stanisław Tuchołka | panbook.pl
Projekt ilustracji: Anna Niemczak
Projekt okładki i strony tytułowe: Florian Rychlik
Ilustracja na zadruku wnętrza: iStock, autor liuzishan
Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w internecie.
ISBN 978-83-68692-79-2
Niniejsza praca jest dziełem fikcji. Wszelkie nazwy, postaci, miejsca i wydarzenia są wytworem wyobraźni osoby autorskiej. Wszelkie podobieństwo do osób prawdziwych jest całkowicie przypadkowe i niezamierzone.
WE NEED YA Grupa Wydawnictwa Poznańskiego Sp. z o.o. ul. Fredry 8, 61-701 Poznań tel. 61 [email protected]@weneedya.plwww.weneedya.pl
Konwersja do formatu ePub 3: eLitera s.c.
Dla tych, którzy codziennie przeżywają
swoje prywatne końce świata.
Dla tych, którzy próbują przetrwać w świecie
nienawidzącym wszystkiego, co inne.
Dla matek, które każdego dnia toczą małe wojny,
by chronić swoje dzieci.
A przede wszystkim dla mojej Mamy,
która nauczyła mnie, że nawet gdy świat się wali,
trzeba zacisnąć zęby i iść dalej.
Ziemia była kiedyś cicha, cierpliwa.
Czekała.
Pozwalała ludziom stąpać po sobie, budować miasta, przecinać jej skórę stalą i ogniem. Znosiła to jak matka, która pozwala swoim dzieciom uczyć się na własnych błędach. Oni jednak nigdy się nie nauczyli. Ludzie wiercili w jej kościach, wysysali krew, dławiąc powietrze dymem. Przyglądała się spokojnie, jak wznosili budynki z cegły i szkła, sięgające do gwiazd.
Nie reagowała, ale pamiętała.
Ziemia nie zapomniała.
Byli tacy, którzy słuchali jej szeptów, znali jej rytm i rozumieli nieme ostrzeżenia, które im wysyłała. Wskazówki ukryte w cieple, które topiło lodowce, w ogniu trawiącym lasy, w surowcach, których z dnia na dzień zaczynało brakować.
Mówili, że nadejdzie dzień, kiedy Ziemia upomni się o swoje i przestanie być łaskawa, kiedy ludzkość sięgnie zbyt wysoko, gdy zapragnie dotknąć tego, co powinno pozostać nietknięte.
Następnie spadł pył.
Nie było wielkiego gniewu, piekielnego ognia czy błyskawic. Planeta postanowiła walczyć w ciszy. Proch osiadł na wszystkim; wniknął w glebę, w wodę, unosił się w powietrzu. Kiedy pierwsze liście wyrosły tam, gdzie wcześniej była tylko stal i beton, niektórzy się bali. Kiedy ściany domów zaczęły pękać od naporu korzeni, modlili się.
Tyle że Boga już nie było, niezależnie od tego, w jakiego kto wierzył. Nie było już żadnego.
Wkrótce przyszło kolejne pokolenie: dzieci o zielonych żyłach, których skóra pachniała deszczem i ziemią. Wtedy ludzie pojęli, że nie są już jedynymi dziedzicami tej planety.
Wśród szelestu liści, w drżeniu korzeni, które przejmowały nawet największe miasta, w szeptach wiatru, słyszeli jedynie słowa:
Nie wy byliście pierwszymi. I nie wy będziecie ostatnimi...
Polana zdawała się żyć. Mech falował powoli w rytm oddechu ziemi, unosząc się i opadając. Śpiew ptaków wypełniał przestrzeń, cichy i odległy. W powietrzu unosił się zapach wilgoci, a promienie słońca przecinały cienką warstwę mgły. Korony drzew kołysały się równomiernie w rytmie delikatnych podmuchów wiatru, ich liście spotykały się i muskały, jakby przekazywały sobie tajemnicze wiadomości. Marzec wkradł się cicho, a ziemia zaczynała się budzić z zimowego snu.
W tym pozornym ładzie czyhało jednak coś niepokojącego. Za ścianą drzew, z mroku wyłaniały się wieżowce porośnięte dzikim bluszczem. Stały w ciszy, jak martwe posągi, świadkowie dawnych cywilizacji. Ich zrujnowane ściany zdobiły pnącza, które wpełzły w szczeliny, pokazując, że to natura przejęła kontrolę nad tym, co zostało po ludziach.
Floris, bo taką nazwę nadano temu miejscu, było kiedyś tętniącym miastem. Pulsowało energią, a każda noc była tu pełna światła i dźwięków. Ludzie przechadzali się ulicami, ciesząc się życiem, które wydawało się nie mieć końca.
Tak przynajmniej słyszała Silva od tych, którzy wciąż tam mieszkali. Z ich opowieści wyłaniał się obraz mieściny pełnej hałasu i chaosu, w której nie było miejsca na naturę. Nie potrafiła sobie tego wyobrazić. Urodziła się już po pyle i jej wspomnienia stanowiły tylko odbicie tego, co zostało. To, co widziała teraz, było wszystkim, co znała. Obraz, który wciąż kształtował jej wyobrażenia, nie miał nic wspólnego z tym, co opowiadali jej starsi.
Otarła czoło, na którym osiadły krople porannej rosy i wstała powoli, czując chłód ziemi przenikający przez cienką odzież. Otrzepała ubrania z resztek mchu i liści, po czym chwyciła torbę zawieszoną na długim pasku na gałęzi drzewa stojącego nieopodal. Do drugiej ręki wzięła starą, drewnianą gitarę, którą znalazła wśród zgliszczy czegoś, co podobno kiedyś było sklepem muzycznym. Ruszyła w stronę miasta, gdzie według opowieści życie przed pyłem miało inny rytm. Teraz pozostały tam tylko echa przeszłości.
Patrząc na położenie słońca, oszacowała, że musiało być wpół do ósmej rano. Jak niemal każdego dnia wymknęła się z obozu, zanim nastał świt. Wiedziała, że matka na pewno zauważyła już jej nieobecność i że czeka ją kolejna rozmowa, której tak bardzo nie chciała.
Nie mogła usiedzieć w miejscu, gdzie wszystko było zbyt surowe, zbyt ciasne. Musiała poczuć naturę na skórze, oddychać świeżym powietrzem, czuć ziemię pod stopami. Dla niej las był właśnie tym miejscem, w którym mogła odetchnąć i choć przez chwilę być tym, kim naprawdę była.
Dotarła do miasta w idealnym momencie. Przy prowizorycznej bramie zbudowanej z kilku desek i zardzewiałej siatki, jakby miała powstrzymać nieokiełznaną moc matki natury, właśnie zmieniała się warta. Obywatele, strzegący jej nocą, opuścili swoje miejsce, a poranna zmiana jeszcze się nie pojawiła. Silva skutecznie wykorzystywała ich uśpioną uwagę, narodzoną z przeświadczenia, że od dawna nie mieli wizyt nieproszonych gości.
Dziewczyna naciągnęła szarą dresową bluzę na nadgarstki, sprawdzając, czy nie widać tatuaży, po czym wykorzystując brak ochrony przy bramie, zgrabnie wspięła się po ogrodzeniu. Zdecydowanym ruchem przeskoczyła na drugą stronę, znikając w cieniu zaniedbanych budynków.
Szybkim krokiem przemierzała wąskie uliczki, aż dotarła do tego, co mogła nazwać domem. Kiedy pył zaczął wyniszczać cywilizację i to, co zbudowali ludzie, garstka mieszkańców Floris postanowiła wydzielić niewielki fragment miasta, który stał się ich azylem. W skład obozu wchodziło kilka wysokich budynków, które mimo upływu czasu wciąż trzymały się w całości, choć każdy z nich wyglądał, jakby zaraz miał runąć. Struktury te pełniły funkcje kwater mieszkalnych. W centrum, wokół martwej już fontanny, znajdował się plac, który kiedyś był sercem miasta. Teraz ocalała społeczność zbierała się tu w kryzysowych chwilach. Przerobiony supermarket służył jako stołówka, a ratusz, choć wciąż pełnił swoją pierwotną funkcję, stał się również domem dla głowy Floris.
Początkowo mieszkańców było kilkunastu, ale z czasem, gdy zdezorientowani ludzie zaczęli wychodzić z lasu, szukając schronienia, liczba ocalałych rosła. Każdy, kto przeżył wędrówkę przez zrujnowany świat, mógł znaleźć tu skrawek nadziei.
Chcąc utrzymać pozory dawnej cywilizacji, miasteczko miało swojego prezydenta, człowieka, który podejmował wszystkie kluczowe decyzje. Wspierała go rada starszych, czyli tych, którzy jako pierwsi zbudowali fundamenty tego miejsca. Ale to do niego zawsze należało ostatnie słowo.
Każdy, kto tu trafił, musiał wnieść coś od siebie. Nie było miejsca dla darmozjadów, życie we Floris miało swoją cenę. Wszyscy powyżej szesnastego roku życia musieli pracować, a młodsi dorabiali żetony, pomagając sąsiadom przy drobnych obowiązkach. Miasto nie było duże, ale jego struktura przypominała echo dawnego świata. Mieszkali tu kucharze, piekarze, nauczyciele i konstruktorzy. Jednymi z najważniejszych członków społeczności byli lekarze. Jej matka należała do tego grona.
Silva pchnęła biodrem drzwi do kamienicy, w której mieściło się ich lokum. Zawiasy skrzypnęły złowieszczo, jakby ostrzegając, że długo już nie wytrzymają. Wkroczyła do środka i zaczęła wspinać się po schodach. Choć budynek był w kiepskim stanie, jej rodzicielka, jako jedna z najważniejszych osób, miała przydzielone jedno z lepszych mieszkań, które znajdowało się na trzecim piętrze.
W połowie drogi Silva natknęła się na sąsiadkę. Starsza, pomarszczona kobieta siedziała na półpiętrze, opierając się plecami o ścianę. Jej pierś unosiła się ciężko, jakby każdy oddech wymagał od niej walki. Mieszkała naprzeciwko nich i miała dobrze ponad osiemdziesiąt lat. Wspinaczka na piętro była dla niej codziennym wyzwaniem.
– Dori, potrzebujesz pomocy? – zapytała Silva. Matka od zawsze uczyła ją, że powinna pomagać słabszym. Przewiesiła gitarę przez plecy, by nie przeszkadzała jej w ruchu, i wyciągnęła dłoń do staruszki.
– Och, skarbeńku, będę ci wdzięczna – odpowiedziała kobieta, uśmiechając się blado. Z trudem podniosła się ze schodów, a na jej twarzy malował się cień bólu.
Dziewczyna delikatnie wsparła sąsiadkę, pomagając jej wstać. Wiedziała, że pewnego dnia Dori może już nie dać rady wspiąć się do swojego mieszkania, a we Floris nie było miejsca na słabość. Odprowadziła ją do samych drzwi i pomogła je otworzyć.
Oczywiście nie były zamknięte na klucz, nikt w mieście nie miał takiego luksusu. Wszystko należało do prezydenta i starszych, co oznaczało, że prywatność właściwie nie istniała. Zamki w drzwiach uznano za zbędne. Mieszkania musiały być zawsze dostępne dla strażników odpowiedzialnych za bezpieczeństwo, by w razie potrzeby mogli wkroczyć bez ostrzeżenia, interweniować lub je przeszukać.
Zwłaszcza jeśli istniało podejrzenie, że ktoś ukrywa malucha.
Dzieci były problemem we Floris. Każda para mogła mieć maksymalnie jedno, a nawet ono musiało przejść obowiązkową kontrolę tuż po narodzinach. Lekarze sprawdzali noworodka pod kątem wszelkich nieprawidłowości, a przede wszystkim oznak hybrydy. Ludzie bali się ich bardziej niż głodu, bardziej niż zniszczeń, jakie przyniósł pył. Hybrydy były zagrożeniem, choć mało kto potrafił dokładnie wyjaśnić dlaczego. Silva nie wiedziała, ilu dzieciom pozwolono przeżyć, a ile po prostu znikało po badaniu. Widziała strach w oczach matek, które wracały ze szpitala z pustymi ramionami.
Staruszka w podzięce za pomoc posłała młodej kobiecie promienny uśmiech, pełen żółtych, wybrakowanych zębów, ale wciąż ciepły i szczery.
– Pamiętałaś może o mojej prośbie? – zapytała cicho, rozglądając się na boki z niepokojem.
Silva skinęła głową i sięgnęła do torby. Wyciągnęła zawiniątko i podała je starowince. Dori ostrożnie rozwinęła papier, a jej twarz rozjaśniła się smutnym uśmiechem, gdy ujrzała bulwy krokusów oblepione ziemią.
– Wiesz, przed pyłem mój stary i ja mieliśmy ogród pełen krokusów. Były wszędzie. Każdej wiosny nasz dom tonął w fioletach i żółciach... – Westchnęła, ściskając cebulki w pomarszczonych dłoniach. – Dziękuję, że je dla mnie zdobyłaś.
– Nie ma sprawy – odparła Silva, ale jej głos przepełniało napięcie. – Bądź ostrożna, jeśli strażnicy zobaczą, że masz kwiaty... To może się źle skończyć.
Dori prychnęła cicho i poklepała ją po dłoni.
– A co mi jeszcze z tego życia zostało, kochana? – mruknęła, wciskając jej w dłoń pojedynczy żeton. Nie czekając na protesty, przekroczyła próg i zamknęła za sobą drzwi.
Silva stała przez chwilę i wpatrywała się w drewno, na którym łuszczyła się farba, a w palcach ściskała niewielki krążek metalu. We Floris kwiaty były niebezpieczne, dawały nadzieję, a nadzieja stanowiła walutę znacznie cenniejszą niż żetony.
Pierwsze promienie słońca wdzierały się przez pożółkłe i popękane szyby szklarni, przed której drzwiami ustawiła się już spora kolejka kobiet i mężczyzn. W milczeniu czekali na rozpoczęcie swojej zmiany. Dreptali niespokojnie w miejscu, ocierając spocone dłonie o ubrania, spoglądali po sobie i zastanawiali się, czy wytrwają bezpiecznie do końca dnia. Dla kogoś nieznającego realiów tutejszej pracy lęk przed wejściem do pomieszczenia przeznaczonego do uprawy warzyw mógłby się wydawać absurdalny, jednak każdy, kto choć raz przekroczył ten próg, wiedział, że jest to jedno z najniebezpieczniejszych miejsc na obrzeżach Floris.
Głośny dźwięk syreny przeciął panującą wokół ciszę i sprawił, że wszyscy obecni zastygli, jakby czekając na wyrok. Starszy siwy mężczyzna o pomarszczonej twarzy wyszedł ze swojego prowizorycznego biura, w dłoniach trzymał postrzępioną kartkę. Kolejno, bez cienia emocji, zaczął odczytywać nazwiska, ustawiając jednocześnie ludzi w trzech szeregach. Pierwszy miał za zadanie zająć się zwierzętami mieszkającymi w oddalonym o kilkanaście metrów budynku, drugi wysyłano nieco dalej, na pola rolne, ostatni natomiast miał zadbać o uprawy znajdujące się w cieplarni.
Na pierwszy rzut oka było widać, że to właśnie trzeci rząd jest najbardziej przerażony. Na niektórych twarzach pojawił się cień rezygnacji, a kilka osób przeżegnało się i po cichu zaczęło odmawiać modlitwę. Nie było w tym nic dziwnego. Praca na pasie uprawnym czy przy bydle dawała możliwość szybkiej ucieczki w razie zagrożenia, sama szklarnia natomiast była zamknięta, a ewentualna ewakuacja niemal niemożliwa.
Nadzorca poprowadził zgromadzonych do strefy dezynfekcji. Wąski, blaszany korytarz wyposażony był w dysze przymocowane do sufitu, z których sączyła się zimna i gryząca mgła. Wżerała się w skórę i ubrania, a na języku pozostawiała metaliczny posmak. Każdy pracownik powoli przemierzał tunel, na którego końcu wisiały robocze ubrania: grube rękawice, maski z dawno już przeterminowanym filtrem i gumowe fartuchy. Nikomu nie wolno było wejść na teren farmy bez nich.
Drzwi szklarni otworzyły się z głośnym jękiem. Powietrze w środku było gęste, ciężkie od zapachu wilgoci i ziemi, a uszy wypełniał jednostajny warkot wentylatorów. Nie było tu miejsca nawet na odrobinę świeżego powietrza. Ogromna szklana puszka została zamknięta od zewnątrz, a zgromadzeni w niej ludzie rozeszli się po swoich sektorach i zaczęli rutynowe prace: podlewanie, wyrywanie chwastów, kontrola stanu warzyw i owoców. Na pozór zwykłe zadania wykonywane były z taką ostrożnością, jakby zamiast liści buraków i sałaty, pracownicy trzymali w dłoniach odbezpieczony granat.
– Nie widziałem cię tutaj wcześniej – mruknął mężczyzna w średnim wieku do stojącej nieopodal dziewczyny.
– Dopiero co dostałam przydział – odpowiedziała radośnie.
Pracownik prychnął lekko, po czym poprawił maskę i zabrał się do segregowania sadzonek.
– To dlatego tyle w tobie entuzjazmu – zauważył ktoś inny.
– Nie rozumiem. – Młoda rekrutka się wyprostowała. – Marzyłam o takim wakacie. Tyle słyszałam o roślinach, ale nigdy nie widziałam tak wielu w jednym miejscu – dodała, po czym delikatnie opuściła maskę, uniosła do nosa sadzonkę pomidorów i zaciągnęła się świeżym zapachem liści.
– Nie wąchaj ich, głupia – odezwała się kobieta z twarzą pokrytą głębokimi zmarszczkami. – Tutaj każdy oddech może być ostatnim.
– Ale... to tylko warzywo. – Rekrutka spojrzała na nią zdezorientowana.
– Był tu kiedyś taki jeden – wtrącił się inny pracownik – też się cieszył jak szalony na widok zieleniny. Cały tydzień bredził o tym, jakie to piękne miejsce, a wystarczyła odrobina nieuwagi i wywieźli go w worku, jak te ziemniaki.
Na te słowa kilka osób uniosło dłonie do piersi, wypowiadając cichą modlitwę.
– Co się stało? – zapytała niepewnie nastolatka.
– Nie zadawaj pytań, tylko rób swoje. I pamiętaj, nic, co wyrasta z ziemi, nie jest już takie jak kiedyś. Mogą cię kusić pięknym zapachem czy kolorami, ale wystarczy, że na chwilkę opuścisz gardę i skończysz zapakowana w stary słoik z napisem „spoczywaj w pokoju”.
Dziewczyna długo jeszcze rozmyślała nad tymi słowami. Nikt nigdy nie wyjaśnił jej, skąd wziął się tak ogromny strach przed naturą. Od dziecka powtarzano jej tylko, że ma uważać, nie opuszczać murów miasta i bezwzględnie słuchać się straży. Ale właściwie dlaczego? Nie spotkała mutantów, o których wszyscy szeptali z przerażeniem. Nie widziała zagrożenia w sadzonce pomidora czy w ziarnie pszenicy. Całe to napięcie wydawało jej się jakimś dziwnym spektaklem, wymyślonym tylko po to, by ludzie łatwiej podporządkowali się władzy.
Godziny mijały powoli. W szklarni nikt ze sobą nie rozmawiał, słychać było tylko szelest worków z ziemią, zgrzyt starych sekatorów i duszący kaszel, który raz po raz przecinał ciszę panującą wewnątrz.
Nastolatka przesuwała się pomiędzy grządkami, poprawiając ziemię w skrzynkach i przycinając liście, tak jak polecono jej na szkoleniu. Była już zmęczona, plecy bolały od ciągłego schylania, ale wciąż starała się dostrzegać w tym wszystkim jakieś piękno. Odsuwając kolejny pęd ogórków, zauważyła roślinę, wyglądającą zupełnie inaczej niż pozostałe sadzonki. Była drobna, z mlecznymi płatkami, i zdawała się pulsować bladym światłem.
Dziewczyna podeszła do niej ostrożnie, starając się nie zwrócić na siebie niczyjej uwagi. Zatrzymała się zaintrygowana i ponownie zsunęła maskę z twarzy. Nigdy wcześniej nie czuła takiego zapachu. Mieszanka słodkiego miodu, prosto z ula, i jakby morskiej bryzy. Zachwycona zbliżyła głowę do kwiatu, którego płatki zaczęły mienić się srebrnym blaskiem. Czuła się jak zahipnotyzowana, kiedy pąk, który do tej pory był zwinięty, otworzył się powoli, zapraszając ją do siebie widokiem złotych pręcików obficie pokrytych pyłkiem.
– Co ty wyprawiasz?!
Usłyszała krzyk, po czym silna ręka pociągnęła ją do tyłu.
Mężczyzna, który wcześniej był zdziwiony jej entuzjazmem do pracy w szklarni, patrzył na nią z przerażeniem. Chciała coś powiedzieć, przeprosić za swoje zachowanie. Dobrze wiedziała, że w takiej sytuacji powinna niezwłocznie powiadomić kierownika zmiany, a nie zachwycać się rośliną, ale nie była w stanie, czuła, jakby ta sadzonka ciągnęła ją do siebie. Już miała otworzyć usta, ale wtedy z doniczki wystrzelił złoty pył, który wcześniej tak bardzo ją zaintrygował. Drobny brokat osadził się na twarzy jej wybawcy, sprawiając, że pracownik zaczął się dusić.
– Pomóżcie! – krzyknął ktoś, dobijając się do drzwi szklarni.
Ktoś wcisnął alarm, ludzie w panice rzucili się do ucieczki, ale ona stała jak zahipnotyzowana, obserwując, jak roślina wyciąga w stronę ledwo oddychającego mężczyzny swoje pędy, którymi owinęła się wokół jego gołej łydki. W miejscu dotyku skóra zaczęła się topić. Dziewczyna nie mogła odwrócić wzroku, kiedy kwiat zaczął wrastać w ciało ogrodnika. Wsunął się pod skórę i wyszedł z drugiej strony nogi.
Kiedy do szklarni wpadła straż z miotaczem ognia, ona nadal stała i bez słowa obserwowała, jak mundurowi odcinają żywe pędy z ciała jej wybawiciela. Mężczyzna został natychmiastowo zabrany do szpitala, a piękny kwiat, który przyciągnął ją wcześniej do siebie, na jej oczach zmienił się w popiół pod wpływem płomieni. Mogłaby przysiąc, że słyszała jego lament, kiedy ostatnie zielone listki zostały zniszczone.
Siłą wyciągnięto ją z pomieszczenia i posadzono na zimnej posadzce. Inni pracownicy szeptali między sobą, że to przez nią, że nie zareagowała tak, jak wymagają tego procedury, ale ona milczała i wpatrywała się w drzwi. W nozdrzach nadal miała ten słodki zapach, a w myślach kotłowało się nieodparte pragnienie. Pragnienie w pełni oddania się naturze i nakarmienia jej swoim ciałem.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
