Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
26 osób interesuje się tą książką
Mazurski Las. Przerażony chłopiec błąkający się między drzewami. Milczy i nie chce wyjawić, skąd się tam wziął. Zanim ktokolwiek zdąży odkryć prawdę, pojawia się kobieta, która twierdzi, że jest jego matką – i zabiera go ze sobą.
Piętnaście lat później policja przeprowadza nalot na dom starszego mężczyzny podejrzanego o powiązania z międzynarodową siatką przestępczą. Podczas akcji z domu ucieka chłopiec. Zamiast szukać pomocy, robi wszystko, by zniknąć.
Śledczy próbują ustalić, dlaczego tak bardzo boi się zdradzić swoją tożsamość. Im więcej odkrywają, tym bardziej sprawa wymyka się prostym wyjaśnieniom.
Bo czasem ktoś, kto wygląda na ofiarę, skrywa historię jeszcze mroczniejszą, niż ktokolwiek się spodziewa.
Kim naprawdę jest „kukułcze dziecko”?
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 442
Rok wydania: 2026
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
© Copyright by Grupa Wydawnicza Literatura Inspiruje Sp. z o.o., 2026 © Copyright by Janusz Onufrowicz
Wszelkie prawa zastrzeżone
All rights reserved
Książka ani żadna jej część nie mogą być publikowane ani w jakikolwiek inny sposób powielane w formie elektronicznej oraz mechanicznej bez zgody wydawcy.
Redakcja: Julita Paprotna
Korekta: Anna Koral
Projekt graficzny okładki: Izabela Surdykowska-Jurek
Grafiki na okładce: IA Image Generator Premium Freepik
DTP: Justyna Jakubczyk
ISBN 978-83-68249-94-1
Warszawa 2026
Wydawnictwo [email protected] www.literaturainspiruje.pl
Konwersja do formatu ePub 3: eLitera s.c.
Mazurski las między jeziorami Kocioł i Seksty. Młode małżeństwo z Piszu postanowiło sprawdzić, czy po kilku deszczowych dniach nie pojawiły się pierwsze grzyby. A nawet gdyby wrócili z pustymi koszykami, liczył się przyjemny spacer po lesie.
Leszek i Małgosia Wierzbowscy nie szli obok siebie. Pozostawali w zasięgu wzroku i głosu. Zbierali mniej więcej po równo. Leszek zakrył już dno koszyka lśniącymi podgrzybkami. Polował na prawdziwki, ale nie miał na razie szczęścia.
Zobaczył kilka dębów rosnących kilkadziesiąt metrów po prawej. Może tam trafi na borowika? Wcześniej, w świerkowym zagajniku, mu się nie udało. Po kilku minutach z mieszanką rozczarowania i satysfakcji ściął nożykiem rodzinę pięciu dorodnych podgrzybków. Sprawdził, czy Małgosia nie oddaliła się za bardzo, ale jej niebieska kurtka migała między drzewami mniej więcej sto metrów dalej. Wrócił do szukania grzybów.
Coś brązowego zalśniło w pobliskich krzakach, kiedy słońce na chwilę wyszło zza chmur. Trochę za ciemne na kapelusz prawdziwka, ale kolejne podgrzybki też by go ucieszyły.
Kiedy pokonał połowę odległości, zarośla zaszeleściły, coś się w nich poruszyło i mignęły otoczone białkiem ciemne tęczówki. Leszek Wierzbowski się zatrzymał. Przeszedł go dreszcz, dostał gęsiej skórki. Zwierzę? Niebezpieczne? Przełknął ślinę sparaliżowany strachem, ale nic się na niego nie rzuciło. Czyżby oszukały go zmysły? Zrobił krok do przodu. Brązowa plama poruszyła się, wywołując szelest krzaków. Jeżeli miał do czynienia ze zwierzęciem, to małym. Chyba nic mu nie groziło.
Zrobił jeszcze kilka kroków. To coś, tak jak się spodziewał, spłoszyło się i zaczęło uciekać. Ale to nie było zwierzę. Uciekało na dwóch nogach. Patrzył na małego chłopca biegnącego przed siebie, potykającego się i spanikowanego.
– Hej... – zawołał nie za mądrze i ruszył za dzieckiem. – Zgubiłeś się?
Dzieciak nie zwracał na niego uwagi. Mimo krótkich nóg i trudności, jakie mu przysparzała pełna zagłębień ściółka leśna, oddalał się coraz bardziej.
– Poczekaj...
Ale mały nie reagował, po prostu ile sił biegł przed siebie. Leszek musiał przyśpieszyć. Jemu też niełatwo było poruszać się wśród atakujących go niskich gałęzi drzew, ciernistych krzaków i przewróconych konarów. Utrzymywał stały dystans od chłopca, nie potrafił się jednak do niego zbliżyć.
– Nie bój się... Chcę ci pomóc...
Żadne słowa nie działały na uciekiniera. Przez chwilę mężczyzna zastanawiał się, czy nie odpuścić. Przecież to nie jego sprawa. Skoro ten na oko dwunastolatek nie chce pomocy, to trudno. Nie można na siłę się narzucać. Przecież w okolicy muszą być jego rodzice. Tyle że chodzili z Małgosią po lesie przez półtorej godziny i na nikogo nie trafili. Nikogo nawet nie słyszeli.
Teren wznosił się łagodnym pagórkiem. Zmęczenie dawało już o sobie znać. Dzieciak przewrócił się dwa razy, jednak wstał i biegł dalej. Wierzbowski nie zdołał tego wykorzystać, by zbliżyć się bardziej. Na szczycie pagórkowatego wału chłopiec znowu się potknął i niekontrolowanie potoczył w dół zbocza po drugiej stronie.
Wierzbowski przyśpieszył. Na chwilę tylko zatrzymał się na szczycie wzniesienia, żeby określić pozycję dziecka. Turlało się, szorując po ściółce. Drobne ciało uderzyło w drzewo, pokonało jeszcze około metra i przestało się ruszać.
Mężczyzna zaniepokojony szybko zbiegł w dół. Musiał przytrzymywać się krzaków, żeby się nie poślizgnąć. Raz nawet klapnął na tyłek, ale sprawnie wstał i już bez przygód znalazł się przy chłopcu. Ten nie stracił przytomności, jednak upadek go oszołomił. Ruszał się ospale, a w jego ciemnych oczach widać było zagubienie.
Wyglądał na około dwanaście lat. Ciemne włosy, ciemne oczy. Dobre ubranie, chociaż pobrudzone i podarte w kilku miejscach. Twarz miał umorusaną, jakby spędził w tym lesie więcej czasu niż dzisiejszy poranek.
– Nie bój się. Chcę ci pomóc – powiedział łagodnie Wierzbowski, pochylając się nad nim.
Pozwolił chłopcu dojść do siebie, a kiedy poczuł, że ten chce się zerwać i znowu uciekać, przytrzymał go.
– Nie. Nie puszczę cię. Możesz mieć wstrząs mózgu. Gdzie są twoi rodzice?
Odpowiedziało mu tylko spłoszone spojrzenie. Ale chłopiec przestał się wyrywać.
– Co się stało? – Wierzbowski usłyszał głos żony, która pojawiła się na szczycie wzniesienia.
– Błąkał się sam po lesie. Nie wiem, co się stało.
Małgorzata zeszła na dół. Chłopiec czuł się chyba już lepiej. Usiadł, oparł się o drzewo i patrzył na nich. Nic nie powiedział.
– Rozumiesz, co do ciebie mówimy?
Cisza.
– Może nie mówi po polsku?
– Ale gdzie są jego rodzice?
– Na Mazury przyjeżdża dużo Niemców. Chłopak mógł wejść do lasu i się zgubić.
Zastanawiali się przez chwilę. Dziecko było jak wystraszone zwierzę, pasywnie siedziało i tylko patrzyło. To na nich, to w ziemię albo w swoje dłonie.
– Sind Sie Deutscher? Verstehst du jetzt, was ich sage? – zagadał do niego po niemiecku Leszek Wierzbowski.
W odpowiedzi znowu cisza i spoglądające ciemne poważne oczy, w których kryła się jakaś trauma. Ale czy dało się z nich wyczytać, że chłopak coś rozumie? Mężczyzna westchnął.
– Nie możemy cię tutaj zostawić. Rozumiesz? – wrócił do polskiego i chyba zobaczył nikły błysk zrozumienia. – Nie możemy cię zostawić. – Żadnej reakcji. – Będziesz musiał z nami pójść.
– A może pamiętasz numer telefonu do swoich rodziców? – zapytała kobieta.
Chłopiec patrzył trzeźwo, wciąż jednak nic nie mówił.
– Dotknę cię. Powoli. Chcę ci tylko pomóc wstać – powiedział łagodnie Leszek Wierzbowski. – Odwieziemy cię do rodziców albo na policję.
Celowo ukryta w słowach groźba też nie podziałała. Chłopiec przyjął to bez żadnej emocji, a później pozwolił się postawić na nogi.
– Mamy niedaleko auto.
Poszli ścieżką, żeby nie podchodzić pod górkę. Małgosia Wierzbowska chwyciła chłopca za rękę. Wydawało się to bardziej naturalne. Małżeństwo wymieniło spojrzenia. Planowali dzieci, ale jeszcze nie teraz, a wyglądali w tej chwili przez chwilę jak rodzina. Może to jakiś znak?
Trochę nadłożyli drogi, ale po dwudziestu minutach dotarli do auta. Posadzili chłopca na tylnym siedzeniu i przypięli pasami. Na wszelki wypadek Leszek Wierzbowski zablokował drzwi.
– Naprawdę, jeżeli nic nam nie powiesz, będziemy musieli zawieźć cię na policję.
– Nie strasz go tak. – Kobieta fuknęła karcąco na męża. – Może to jakaś choroba. Przecież nic nie wiemy.
– Ale mówię prawdę. – Ściszył głos. – Co innego możemy z nim zrobić?
– Jedź.
Jadąc leśną drogą, mieli nadzieję, że spotkają kogoś, kto szuka chłopca. Ale nie trafili nawet na żadne zaparkowane auto.
– Też wygląda ci na wygłodzonego?
Mężczyzna pokiwał głową.
– Zjadłbyś coś? – Kobieta odwróciła się do chłopca.
Znowu nie odezwał się słowem, ale w jego oczach zobaczyła błysk ożywienia.
– Lubisz McDonalda?
– Każde dziecko lubi McDonalda. – Puściła do niego oko, bo dzieciak nie zareagował.
Przez jakiś czas jechali w milczeniu. Leszek włączył radio. Męski głos czytał lokalne informacje: „W jednym z domków letniskowych przy jeziorze Kocioł odkryto zwłoki powieszonej kobiety. Nasz reporter dowiedział się też, że znaleziono przy niej torbę z dziecięcą pornografią. Policja...”.
– Co to za wiadomości? – Nagłym ruchem ściszyła radio.
– Good news i bad news – mruknął mężczyzna i wsunął dysk CD do odtwarzacza. Z głośników popłynęły rockowe riffy Guns N’ Roses.
Małgorzata Wierzbowska zerkała do tyłu, żeby sprawdzić, co robi chłopiec. Z powagą wyglądał to przez prawe, to przez lewe okno. Jakby próbował się zorientować, gdzie jest. Przyglądał się mijanym po drodze znakom. Może starał się je zapamiętać? W końcu pochylił się i oparł czołem o fotel kierowcy przed sobą. Tak jakby się zdrzemnął albo chciał sobą coś zasłonić. Ale czy to możliwe, że coś przed nimi ukrywał?
Wreszcie dojechali do McDonalda. Cała trójka wysiadła z samochodu.
– Coś konkretnego lubisz?
– Weźmiemy mu Happy Meal. Dzieci lubią te zestawy z zabawką. Chcesz? – Uśmiechnęła się do niego.
Chłopiec po raz pierwszy zareagował na ich słowa i pokręcił głową. Podszedł do plakatu reklamującego różne kanapki i pokazał na WieśMaca i McRoyala.
– No proszę, jakie poważne zamówienie – gwizdnął Leszek Wierzbowski, ale cieszył się, że nawiązali wreszcie kontakt z dzieciakiem.
– A frytki do tego? Colę?
Chłopiec pokiwał głową. Czy jej się wydawało? Czy zerknął znowu przez okno na zegar pokazujący godzinę na stacji benzynowej? Zganiła się za taką myśl, bo po co malec miałby to robić?
Zamówili jedzenie i ponieważ dzień był ciepły, usiedli na zewnątrz. Wierzbowscy z kubkami kawy w dłoniach przypatrywali się, jak chłopak ze smakiem pochłania kanapki i frytki, popijając wszystko colą. Tak się na tym skupili, że zupełnie nie zauważyli podchodzącej do nich postaci. Dostrzegli ją dopiero, kiedy na ich stolik padł cień.
Popatrzyli na szczupłą, poważną kobietę o ciemnych włosach przeplatanych siwizną. Ubraną schludnie, w czyste ubrania, ale takie, które modne były z dziesięć lat temu. Po chwili konsternacji to ona odezwała się pierwsza.
– To mój syn. – Wskazała na dziecko. – Sebastian.
Chłopiec zupełnie niezaskoczony wstał od stołu, mimo że zostało mu jeszcze trochę frytek i połowa kanapki. Stanął obok kobiety i podał jej rękę.
Małgorzata Wierzbowska chciała zaprotestować, żeby spokojnie dokończył posiłek, ale matka z synem odeszła w stronę parkingu. Dziwnie się poczuli. Wtedy kobieta odwróciła się przez ramię.
– Dziękuję, że się nim zaopiekowaliście – odezwała się.
Leszek i Małgosia Wierzbowscy z dziwnym smutkiem patrzyli, jak oboje wsiadają do starego ciemnozielonego Opla Astry.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Powieści obyczajowe, kryminały, thrilleryWciągające i niebanalneZaczytaj się!
www.prozami.pl
Księgarnia wysyłkowawww.literaturainspiruje.pl
Vera Buck
Domek na drzewie
Henrik i Nora wybierają się z pięcioletnim synkiem Fynnem do malowniczego Västernorrlandu w Szwecji, licząc na beztroski odpoczynek. Sielanka szybko zamienia się jednak w koszmar. Gdy w lesie zostaje odkryty szkielet dziecka, a wkrótce potem znika Fynn, rozpoczyna się rozpaczliwa walka o prawdę.
Śledcza Rosa Lundqvist obdarzona niezwykłym darem wyczuwania śmierci, staje przed zagadką, w której teraźniejszość splata się z mroczną przeszłością.
Czy zniknięcie chłopca ma związek z tragiczną historią sprzed lat?
I jakie sekrety kryje domek schowany w koronie starego jesionu?
Czy ktoś wciąż w nim na coś czeka?
Vera Buck
Wilcze dzieci
Szesnastoletnia Rebekka ginie bez śladu. Tuż po niej znika również miejscowa nauczycielka, Laura. To nie pierwsze kobiety, które zaginęły w regionie górskiej wioski Jakobsleiter. Mieszkańcy tej osady oddzielonej od współczesnego świata od dawna budzą podejrzliwość wśród ludzi z doliny. Dziennikarka Smilla dostrzega podobieństwa między ostatnimi wydarzeniami a zniknięciem przed laty jej przyjaciółki Juli. Postanawia zgłębić temat. Stare rany otwierają się na nowo, kiedy zaniedbana dziewczynka, która jest uderzająco podobna do dawnej koleżanki, wbiega przed jej samochód. W Smilli narasta nadzieja, że wreszcie odkryje, co stało się z Juli.
