102 osoby interesują się tą książką

Opis

Ktoś wie, że to nie był wypadek.

Ktoś wie, że popełniono zbrodnię.

Minął rok, odkąd Erica Spencer zginęła w wyniku tragicznego wypadku. Wydaje się, że nikt w Severn Oaks już nie pamięta o dramatycznym wydarzeniu, które wstrząsnęło tą małą społecznością. Do czasu, gdy do sieci trafia zapowiedź serii podcastów zatytułowanych „Prawda o Erice”. Ich autor zapowiada, że ujawnią, co tak naprawdę wydarzyło się na halloweenowym przyjęciu, podczas którego Erica... została zamordowana.

Podejrzanych jest sześcioro, a autor nagrań obiecuje w ostatnim z nich zdemaskować mordercę. Ponieważ każdy kolejny podcast skupia się na innym podejrzanym, mieszkańców Severn Oaks zaczyna ogarniać niepokój, a gdy jedna z wytypowanych osób ginie – wybucha panika. Uciekła? Jest winna? Grozi jej niebezpieczeństwo? Kiedy napięcie rośnie, sąsiedzi zwracają się przeciwko sobie. Zwłaszcza, że każdy z nich ukrywa jakiś sekret. A jeden z nich już ma na koncie morderstwo…

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 334

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 8 godz. 46 min

Lektor: Anna Szawiel

Popularność


ZAMOŻNE OSIEDLE. PORZĄDNI MIESZKAŃCY.WYPADEK, KTÓRY OKAZUJE SIĘ ZBRODNIĄ…

Minął rok, odkąd Erica Spencer zginęła w wyniku tragicznego wypadku. Wydaje się, że nikt w Severn Oaks już nie pamięta o dramatycznym wydarzeniu, które wstrząsnęło tą małą społecznością. Do czasu, gdy do sieci trafia zapowiedź serii podcastów zatytułowanych Prawda o Erice. Ich autor zapowiada, że ujawnią, co tak naprawdę wydarzyło się na halloweenowym przyjęciu, podczas którego Erica… została zamordowana.

Podejrzanych jest sześcioro, a autor nagrań obiecuje w ostatnim z nich zdemaskować mordercę. Ponieważ każdy kolejny podcast skupia się na innym podejrzanym, mieszkańców Severn Oaks zaczyna ogarniać niepokój, a gdy jedna z wytypowanych osób znika – wszyscy wpadają w panikę. Uciekła? Jest winna? Grozi jej niebezpieczeństwo? Kiedy napięcie rośnie, sąsiedzi zwracają się przeciwko sobie. Zwłaszcza że każdy z nich ukrywa jakiś sekret. A jeden z nich już ma na koncie morderstwo…

JENNY BLACKHURST

Brytyjska pisarka, wychowywała się w Shropshire, gdzie mieszka do tej pory z mężem i dziećmi. Dorastając, godzinami czytała książki i rozmawiała o kryminałach, tak więc było tylko kwestią czasu, kiedy sama zacznie pisać.

Jenny Blackhurst zadebiutowała w Anglii świetnie przyjętą powieścią Tak cię straciłam. Oprócz niej w Polsce ukazały się jej późniejsze książki Zanim pozwolę ci wejść, Czarownice nie płoną, Noc, kiedy umarła orazKtoś tu kłamie, które na dobre zjednały jej fanów thrillerów psychologicznych.

Tej autorki

ZANIM POZWOLĘ CI WEJŚĆ

CZAROWNICE NIE PŁONĄ

TAK CIĘ STRACIŁAM

NOC, KIEDY UMARŁA

KTOŚ TU KŁAMIE

Tytuł oryginału:

SOMEONE IS LYING

Copyright © Jenny Blackhurst 2019

All rights reserved

Polish edition copyright © Wydawnictwo Albatros Sp. z o.o. 2020

Polish translation copyright © Maria Gębicka-Frąc 2020

Redakcja: Anna Walenko

Zdjęcie na okładce: © Shelley Richmond/Arcangel Images

Projekt graficzny okładki: Kasia Meszka

ISBN 978-83-8215-061-2

WydawcaWYDAWNICTWO ALBATROS SP. Z O.O.Hlonda 2a/25, 02-972 Warszawawww.wydawnictwoalbatros.comFacebook.com/WydawnictwoAlbatros | Instagram.com/wydawnictwoalbatros

Niniejszy produkt jest objęty ochroną prawa autorskiego. Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku osobę, która wykupiła prawo dostępu. Wydawca informuje, że publiczne udostępnianie osobom trzecim, nieokreślonym adresatom lub w jakikolwiek inny sposób upowszechnianie, kopiowanie oraz przetwarzanie w technikach cyfrowych lub podobnych – jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom.

Przygotowanie wydania elektronicznego: Michał Nakoneczny, hachi.media

Dla mojego cudownego siostrzeńca Nyjaha;twój uśmiech jest wart tysiąca słów.

PrologErica

Nikt nie spodziewał się posta na Facebooku, jednak ledwie kilka minut po tym, jak się pojawił, wszyscy go przeczytali i każdy miał coś do powiedzenia. Tak właśnie było w naszym środowisku. Dobre wieści szybko się rozchodzą, a te złe? Usain Bolt to przy nich ślimak – i to one doprowadziły do skandalu w Severn Oaks.

Pierwszy post nie zawierał nazwisk, choć przypuszczam, że w pewien sposób to było gorsze. Wszyscy wiedzieli, o kim mowa, ale tych sześcioro musiało się z tym mierzyć, udawać, że nie mają pojęcia, że chodzi o nich, i czekać. Czekać na ciąg dalszy, czekać, żeby zobaczyć, czy ten kategoryczny nosowy głos nazwie ich podejrzanymi o popełnienie morderstwa. Podejrzanymi o to, że zamordowali mnie, tak się składa. Chciałabym powiedzieć, że doniesienia o mojej śmierci były mocno przesadzone, ale niestety, upadek oznaczał dla mnie koniec całej historii. Jednak dla Szóstki z Severn Oaks, jak zostali nazwani, był dopiero początkiem.

Każda opowieść musi mieć bohatera. I ten bohater musi czegoś pragnąć.

Cóż, to moja opowieść… więc czego pragnę?

Pragnę, żeby wszyscy poznali prawdę.

Ponieważ ktoś kłamie.

1

Kiedy o 5.45 w poniedziałek dwudziestego sierpnia zadzwonił budzik, Felicity Goldman odliczyła od pięciu do jednego, wstała z łóżka i przeszła przez sypialnię, żeby go wyłączyć. Wrzuciła do ust dwie tabletki z witaminami, popiła je wodą z butelki, którą wieczorem postawiła na toaletce, i ruszyła na dół, na codzienne dwudziestopięciominutowe ćwiczenia. Potem weźmie prysznic i się ubierze, by o 6.30 odbyć sesję medytacji i pozytywnego myślenia. O siódmej, gdy zadzwonią budziki dzieci, na kuchennym stole będzie już czekać śniadanie.

Ustalony porządek dnia był dla Felicity wszystkim. Pochłonęła tyle książek o efektywnym działaniu i rozwoju osobistym, ile tylko zdołała znaleźć, i jej recepta na „cudowny poranek” pochodziła od umysłów największych ludzi sukcesu pod słońcem, a w rutynie było niewiele miejsca na odstępstwa. O 7.20 dzieci muszą być nakarmione, z umytymi zębami, o 7.50 ubrane i gotowe do wyjścia z domu. Kiedy będzie odwozić je samochodem do szkoły, porozmawiają o celach na ten dzień i o wszelkich przeszkodach, które mogą utrudnić ich realizację, a także o planie ich pokonania. Każdy poranek wyglądał zupełnie tak samo – na solidnej rutynie można zbudować imperium i Felicity była królową swojego. Co nie znaczy, że ktokolwiek to zauważał.

Nie, na tle pozostałych kobiet w Severn Oaks Felicity wyróżniała się nie tym, co miała, ale tym, czego jej brakowało. Męża. Widząc jej długie jasne włosy, wysportowaną sylwet- kę – każdego dnia biegała po osiedlu, czasami dwa razy dziennie – i świeżą twarz, ktoś mógłby pomyśleć, że jest przeszczęśliwa w miłości, z oszałamiająco przystojnym mężem, który obsypuje ją prezentami i posuwa na każdej dostępnej powierzchni w ich wolno stojącym domu z czterema sypialniami, ale byłby w błędzie. Felicity była zatwardziałą singielką i odkąd zamieszkała w Severn Oaks, stanowiła tajemnicę dla innych kobiet. Żadna z nich nie wiedziała, co się stało z ojcem Mollie i Amalie. Żadna z wyjątkiem Eriki, oczywiście.

Po podrzuceniu dzieci do Sówek punktualnie o ósmej – coś niewyobrażalnego dla innych matek, które ściągały z potomstwem pod szkołę za dziesięć dziewiąta – Felicity wstępowała do Starbucksa w pobliżu osiedla i zamawiała kawę flat white, po czym wracała do swojego niewidocznego z ulicy gabinetu na tyłach domu.

Dwudziesty sierpnia zaczął się nie inaczej niż każdy inny poniedziałek; w czasie wakacji Mollie i Amalie brały udział w półkoloniach, dzięki czemu Felicity nie musiała zmieniać rozkładu dnia. Gdy przyprowadziła bliźniaczki do Sówek, Jemma, główna koordynatorka, powitała ją ciepłym uśmiechem.

– Dzień dobry, panno Goldman – ćwierknęła, nie zdając sobie sprawy, że Felicity przewraca oczami za każdym razem, gdy słyszy tę „pannę”. Felicity wypełniała wszystkie formularze i odpowiadała na każdy mail, podpisując się jako „pani”, i poprawiała tę tryskającą entuzjazmem nastolatkę raz w tygodniu od dwóch lat, odkąd bliźniaczki przychodziły na wakacyjne zajęcia, a mimo to wciąż była „panną Goldman”. – Będzie pani na pikniku?

– Nie mogłabym tego przegapić. – Felicity uśmiechnęła się, zerkając na swojego smartwatcha.

Miała tylko cztery minuty, żeby zakończyć wizytę w szkole, bo inaczej będzie zmuszona zrezygnować z kawy – a jeśli czegoś naprawdę nienawidziła, to odstępstw od rutyny. Jemma obdarzyła ją konspiracyjnym uśmiechem – oczywiście założyła, że Felicity zupełnie zapomniała o pikniku i teraz będzie musiała wzbogacić poranek o pośpieszny kurs do Waitrose, żeby w ostatniej chwili kupić babeczki. Nie mogła wiedzieć, że Felicity wczoraj wieczorem upiekła wspaniałe domowe babeczki i po godzinie, gdy wystygły, polukrowała je pewną, kreatywną ręką.

– I wszystko przygotowane na wycieczkę?

„Wszystko przygotowane” to mało powiedzieć. Felicity czekała na wycieczkę dziewczynek od chwili, gdy zgodziła się pojechać na nią jako dodatkowa opiekunka. Praca była jej światem, ale stanowiła tylko połowę tego, czym były dla niej dzieci. Od czterech lat tyrała jak wół, tracąc tak wiele ważnych chwil w życiu córek, lecz zawsze powtarzała sobie, że robi to właśnie dla nich. Nie rozumiała, że tak naprawdę bliźniaczki pragną przede wszystkim tego, żeby była po prostu jak inne mamy, które już godzinę wcześniej zajmują miejsca w pierwszym rzędzie na szkolnych przedstawieniach, zamiast wpadać w ostatniej chwili i stać gdzieś z tyłu. Mollie i Amalie połączyły siły, błagając ją, by pojechała z nimi na klasową wycieczkę, i Felicity poruszyła niebo i ziemię, żeby ten dzień był wolny w jej terminarzu – czysty, niczym nieskażony czas mamy – i teraz czekała na to z większą niecierpliwością niż one.

– Mniej więcej. Dziewczynki nie mogą się doczekać, kiedy mamusia spędzi z nimi cały dzień, prawda? Chodźcie po buziaczki! – Ucałowała każdą bliźniczkę w oba policzki, poprawiła kokardę we włosach Amalie i punktualnie o 8.05 wyszła ze szkoły.

– Flat white na wynos. Dorzuciłem muffinkę, poczęstunek dla stałych klientów.

Barista uśmiechnął się, zadowolony z siebie, że pamięta, co zamawiała dosłownie codziennie, i tym razem położył jagodową muffinkę obok kawy.

– Dziękuję. – Felicity odwzajemniła uśmiech.

Nie umknęło jej uwagi, jaki jest uroczy i jak zawsze okazuje jej szczególne zainteresowanie, nawiązując rozmowę; raz nawet pomyślała, że puścił do niej oko.

– Nie ma sprawy. Mieszka pani w Severn Oaks, prawda?

– Skąd pan wie?

– Mam tam kumpla. Zna pani Tristana Pattersona?

Felicity ściągnęła brwi.

– Patterson? Chwileczkę, tak, znam jego mamę, Janet, prawda? Tristan jeździ żółtym samochodem?

– Tak, zgadza się.

– Cóż, nie znam Tristana, ale jego mama jest przemiła.

Nastąpiła niezręczna pauza. Felicity próbowała rozgryźć, dokąd zmierza ta rozmowa. Czy chłopak chce się z nią umówić? To byłoby krępujące.

– Cóż, pewnie się pani śpieszy. Miłego dnia.

Odetchnęła z ulgą, a kiedy wyszła, wyrzuciła muffinkę do kosza na śmieci.

2

Piknik rodzinny był tradycją w szkole podstawowej Severndale. Urządzano go od tak dawna, że gdyby Erica co roku nie przypominała, że to ona wpadła na taki pomysł, mogliby zupełnie o tym zapomnieć. Zawsze miała nadzieję, że jeśli spotka ją coś tragicznego, to inni będą kontynuować zapoczątkowaną przez nią tradycję – ku jej pamięci, oczywiście – i o dziwo, Karla Kaplan poruszyła tę kwestię na pierwszym po śmierci Eriki zebraniu komitetu rodzicielskiego.

– Sądzę, że powinniśmy złożyć hołd Erice – oznajmiła, co przyjęto z wielkim pomrukiem aprobaty.

Zdumiewające, jak wspaniałomyślnymi czyni was poczucie winy.

Podstawówka Severndale zapewniała przyzwoite wykształcenie bez ponoszenia kosztów wiążących się z edukacją prywatną. Ludzie sądzili, że mieszkańców Severn Oaks – zamkniętego osiedla w obrębie gminy Severndale – stać na prywatne szkoły i że uprawiają „turystykę ubóstwa” z powodów politycznych, ale w rzeczywistości jedynymi osobami, które mogłyby od ręki wyłożyć dwadzieścia pięć tysięcy, byli Karla i Marcus, tyle że ich dzieciom nie była pisana nauka w prywatnej szkole, nie z „piętnem” sławy, jaką Kaplanowie zdobyli, promując racjonalne podejście do życia. Właśnie dlatego Karla – będąca odpowiedzią hrabstwa Cheshire na Marthę Stewart – mówiła każdemu, kto tylko chciał słuchać, że dwa razy odrzuciła zaproszenie do programu Prawdziwe panie domu Cheshire; drugim powodem było to, że ludzie mogliby się dowiedzieć, że co wieczór zamawia dania na wynos, a gdy tego nie robi, daje dzieciom tosty z fasolą. Raczej nie Matka Ziemia, można skonkludować.

Miranda Davenport wjechała białą kią sportage na miejsce oznakowane jako „Tylko dla taksówek i autobusów” i zaciągnęła hamulec ręczny. Właściwie zdawała sobie sprawę, że nie powinna tu zostawiać samochodu, ale przecież zawsze zjawiała się po odjeździe szkolnego autobusu, więc nie widziała w tym nic złego. Zresztą w wakacje nie powinno być żadnych autobusów, co tym bardziej ją usprawiedliwiało. Wydzielone miejsca parkingowe wzdłuż ulicy zawsze były zajęte, a gdyby zaparkowała pod świetlicą, czułaby się zobowiązana do rozmowy z którąś z mam. Fuj! Nikt naprawdę nie miał nic przeciwko temu, że się tu zatrzymuje – a w każdym razie nikt nie zwrócił jej nigdy uwagi, że ma tego nie robić.

– Stań tutaj – przykazała starszemu dziecku, Loganowi, ustawiając go tak, żeby zasłaniał bagażnik samochodu przed oczami przechodniów. – Zaczekaj chwileczkę, Charity, to się lepi… Nie, czekaj, powiedziałam! Zamknij drzwi!

Kręcąc głową i szepcząc „Na litość boską”, rozdarła foliowe opakowanie i zaczęła ostrożnie przekładać babeczki Luxury Belgian Chocolate z okrągłej plastikowej tacy do dużego pojemnika Tupperware z wielkimi literami: MIRANDA DAVENPORT, wypisanymi czarnym markerem na boku.

– Lepiej wyglądają w tym czarnym pudełku – powiedział Logan, zerkając przez ramię. – Zupełnie jakbyś sama je zrobiła.

Miranda się uśmiechnęła.

– Wypatruj tej wścibskiej krowy Mary-Beth King.

Po bezpiecznym przełożeniu babeczek wyjęła pojemnik z bagażnika i niemal się zderzyła z Felicity Goldman, która niosła pudełko pełne apetycznych ciastek. Miranda obrzuciła je znaczącym spojrzeniem.

– Wyglądają bardzo ładnie, Felicity. Nic nie przebije domowych wypieków, co? – Obdarzyła ją konspiracyjnym uśmiechem, którego Felicity nie odwzajemniła. – Gdzie są dziewczynki?

– Zaraz skoczę po nie do Sówek – odparła Felicity. – Pracowałam przez całe przedpołudnie.

– Au… – Miranda wykrzywiła usta w uśmiechu, który miał wyrażać współczucie. – Biedactwa. Moje dzieciaki wściekłyby się, gdybym w wakacje kazała im chodzić do szkoły.

– Słuchaj, trochę się śpieszę – powiedziała Felicity, omijając Mirandę i zostawiając ją za sobą.

Ta pokręciła głową. Niektórzy lubią okazywać wrogość. Naprawdę, nie rozumiała niektórych matek z tej szkoły, zachowujących się tak, jakby były lepsze od wszystkich innych.

– Miranda! Jesteś. Liczyłam, że cię tu złapię.

Steph, szkolna sekretarka, miała zwyczaj wyrastać jak spod ziemi – była wyjątkowo dobra w stosowaniu tej sztuczki, gdy chodziło o zbieranie składek.

– Daj, potrzymam, a ty pomóż Charity wysiąść. – Wzięła pojemnik z babeczkami i głęboko wciągnęła przez nos powietrze, choć Miranda nie miała pojęcia dlaczego, ponieważ sama czuła tylko plastik. – Wyglądają wspaniale – powiedziała, rozciągając pyzate policzki w promiennym uśmiechu.

– Czego to chciałaś, Steph? – Lepiej mieć to od razu z głowy.

Uśmiech Steph przygasł.

– Zastanawiałam się, czy w tym roku startujesz na przewodniczącą rady rodziców. W zeszłym roku doskonale sobie radziłaś, zastępując Ericę, i…

I nikt inny nie chce się tym zająć, pomyślała Miranda. Nie teraz, gdy Erica nie żyje.

– Oczywiście! Możesz na mnie liczyć – zapewniła z uśmiechem przyklejonym do twarzy.

Natychmiast pożałowała tych słów. Skazała się na dwa miesiące prowadzenia kampanii przeciwko jakimś biedakom wrobionym przez Steph, żeby nie wyglądało na to, że Miranda jest faworytką. Nie była pewna, czy powinna zawracać sobie tym głowę. Jednak w głębi duszy rozpaczliwie pragnęła być wszystkim dla wszystkich: przewodniczącą komitetu rodzicielskiego, przedstawicielką rodziców w radzie szkolnej, członkinią rady parafialnej. Do licha, próbowała nawet założyć straż sąsiedzką, ale nikogo w Severn Oaks nie zainteresował ten pomysł. No właśnie, będzie musiała znaleźć czas na rozmowę z nimi wszystkimi o przywróceniu monitoringu – poruszyła tę sprawę już co najmniej pół roku temu. Może wynajmie Felicity, żeby pokierowała jej kampanią – przecież Felicity zajmowała się PR-em, no i takie rozwiązanie dałoby Mirandzie czas na wszystkie inne obowiązki, które bierze na swoje barki. Nagle przypomniała sobie, że przed kilkoma miesiącami Felicity potraktowała ją z góry. Po krótkim namyśle Miranda doszła do wniosku, że zamiast niej zaangażuje którąś z jej rywalek.

Przy stoisku z ciastkami Felicity przekazała swoje średniej wielkości pudełko Cynthii, stojącej po drugiej stronie lady, i teraz uprzejmie z nią gawędziła. Miranda podeszła do nich pewnym siebie krokiem, kołysząc biodrami i targając gigantyczny pojemnik.

– Miałaś dobry pomysł, Felicity – zauważyła, patrząc na pudełko, które wciąż trzymała Cynthia. – Szkoda, że też nie pomyślałam, by kupić. To znacznie łatwiejsze niż pieczenie w domu. Wyglądają cudownie!

Felicity otworzyła usta, żeby coś powiedzieć, ale Miranda, po zadaniu morderczego ciosu, już postawiła swój pojemnik na stole i odeszła. Charity biegła przed nią w podskokach, a Logan ciągnął się za nimi obiema ze zmieszaną miną.

3

– Mówiłaś chyba, że inni ojcowie też tu będą – wycedził przez zaciśnięte zęby Marcus Kaplan i skinął głową Mirandzie Davenport, która krążyła wokół stoiska ze słodyczami, wyraźnie z siebie zadowolona. Jego żona, Karla, z komórką przy uchu, pomachała ręką Mirandzie i posłała jej promienny uśmiech, który zgasł w chwili, gdy kobieta zniknęła z zasięgu jej wzroku. – Powiedziałaś, że Alex wziął wolne popołudnie. Przyszedłem jedynie dlatego, że…

– Cześć, tu Karla. Chciałam tylko sprawdzić, co z Prawdziwymi paniami domu… Trzymam kciuki! Daj mi znać, jak coś usłyszysz, dobrze? Dzięki, pa, pa. – Zakończyła połączenie. – Nie odbiera. Założę się, że znowu mnie odrzucą. Słyszałam, że w następnym sezonie wystąpi u nich żona tego Martina Housemana, wiesz? A niby co ona takiego robi? Nic! Jest zwykłą gospodynią domową.

– Myślałem, że właśnie o to chodzi?

– Śmieszne. A w ogóle na co tak biadolisz?

– Powiedziałaś, że inni ojcowie też będą na pikniku.

– A, tak, myślałam, że będą – skłamała Karla z taką łatwością, że wydawało się dziwne, dlaczego ona i Erica, za życia tej drugiej, nie były lepszymi przyjaciółkami. – Poza tym, skoro ja muszę tu być, nie rozumiem, dlaczego ciebie miałoby nie być. Sama obstawiałam dwie ostatnie szkolne imprezy, podczas gdy ty rozbijałeś się po całym kraju, promując swoją książkę. Masz szczęście, że nie kazałam ci dzisiaj przyjść samemu.

– Co, puściłabyś mnie luzem między te wszystkie nasze szacowne sąsiadki? Nie odważyłabyś się.

Marcus Kaplan, zawdzięczający wszystko samemu sobie milioner, był lokalną znakomitością. Jego międzynarodowe bestsellery, poradniki Wyzwól swoją moc, Jesteś wszystkim, czego potrzebujesz i Niszczenie dawnego siebie, rozeszły się w ponad dziesięciu milionach egzemplarzy każdy, zajmowały pierwsze miejsca w rankingach „Sunday Timesa” i „New York Timesa”, a także zdobyły liczne nagrody, wiszące obecnie na ścianach jego wybudowanego w ogrodzie biura o powierzchni czterech metrów kwadratowych. Marcus podróżował po świecie, prowadząc treningi dla największych sław i urzędników rządowych, a nawet doradzał prezydentowi Stanów Zjednoczonych. Jego trzydniowe konferencje przyciągały tysiące ludzi chcących zmienić swoje życie na lepsze. Miranda próbowała kiedyś obejrzeć jedno z jego nagrań na YouTubie i usłyszała tyle niecenzuralnych słów, że po niespełna dziesięciu minutach je wyłączyła.

„Dziwisz mi się? – powiedziała do Marcusa. – Po ostatnim grillu Mary-Beth musiała wyjaśniać Teddy’emu, co to jest uzależnienie od heroiny. Nasze dzieci są otrzaskane, Marcusie, ale to wcale nie oznacza, że każdemu możesz gadać, co ci ślina na język przyniesie”.

No tak. Problemem Marcusa Kaplana było to, że znalazł się na ustach wszystkich mieszkańców Severn Oaks głównie dlatego, że w przeszłości brał narkotyki. Ale jeśli ktoś chce mówić ludziom, jak mają żyć, sam powinien wiedzieć, jak to jest stoczyć się na samo dno. A Marcus Kaplan o dnie wiedział wszystko. Jeśli przeczytasz którąś z jego książek, zobaczysz, że o włos uniknął śmierci i więzienia, zanim całkowicie odmienił swoje życie, stosując metody, które sam opracował, i został zarabiającym krocie trenerem rozwoju osobistego gwiazd. Skoro on mógł to zrobić, TY też możesz.

„Mary-Beth dostrzegła zabawną stronę tej sytuacji”, stwierdził wtedy Marcus, szeroko się uśmiechając.

Karla tylko pokręciła głową. W ich związku było coś, o czym większość ludzi nie miała pojęcia. Wszyscy uważali, że trzymanie się za ręce, głaskanie po twarzy i niemożność oderwania wzroku od tej drugiej osoby są częścią przedstawienia, jakie idzie w parze z byciem Kaplanami. Prawda wyglądała zupełnie inaczej: byli sobie oddani w prawdziwym znaczeniu słów „póki śmierć nas nie rozłączy”. Czyja śmierć, to inna sprawa.

– Felicity! – Karla pomachała ręką.

Przyjaciółka, wyraźnie zadowolona, że ją widzi, ruszyła przez boisko z biegnącymi przed nią bliźniaczkami.

– Dziewczynki! Zwolnijcie, bo któraś się przewróci!

Mollie i Amalie rzuciły się do Karli i Marcusa. Karla mocno uściskała Amalie, po czym przekazała ją Marcusowi, który już wziął Mollie na barana.

– Dziewczynki! – jęknęła Felicity, kręcąc głową. – Biedny Marcus.

– W porządku, przynajmniej są lżejsze niż moja dwójka – powiedział Marcus, gdy obie pięciolatki uczepiły się jego szyi. – Co nie znaczy, że Brandon jeszcze prosi, żeby brać go na barana.

– Rozumiem, że go tu nie ma? – zapytała Felicity, wodząc wzrokiem dokoła.

Karla prychnęła.

– Miałby spędzać czas z rodziną? Mógłby na poczekaniu wymyślić sobie pięćdziesiąt lepszych atrakcji. Zach jest na trybunach, przesiedzi tam całe popołudnie. Może wujek Marcus zabierze dziewczynki na ciastka?

Bliźniaczki pisnęły z radości, a Marcus podskoczył kilka razy.

– A wy, panie, nie macie ochoty na ciasteczko?

– To nie dla mnie – odparła Felicity. – No i jest tam Miranda. Wiesz, że niedawno w zasadzie nazwała mnie wyrodną matką, bo zapisałam dziewczynki do Sówek na wakacje? Powiedziała, że zaczną mnie nienawidzić.

– Poważnie? – Karla uniosła brwi. – Gdybym była jej dzieckiem, błagałabym, żeby chodzić do szkoły przez okrągły rok.

Felicity się uśmiechnęła.

– Fakt. Jednak zrobiło mi się przykro. Bo przecież mają wakacje, a muszą tkwić w szkole.

– One uwielbiają Sówki – zapewniła Karla, biorąc Felicity pod rękę i pociągając ją w kierunku rozpostartego na trawie koca. – Ten jest nasz. W każdym razie moje dzieci wolały być w szkole niż ze mną. Tylko byś się stresowała i myślała o tym, że zawalasz pracę, a one godzinami by się nudziły. W Sówkach przynajmniej są wśród dzieci i mają tę irytująco radosną opiekunkę… Jak jej na imię? Jemma? Wciąż tam jest?

– Tak. – Felicity westchnęła. – Masz rację, tylko… kiedy Miranda to powiedziała, poczułam się jak najgorsza mama wszech czasów.

– Nie zwracaj na nią uwagi. Takie kobiety uwielbiają sprawiać, żeby inne mamy czuły się jak śmiecie. Wyniosły to do rangi misji.

– Chyba tak – przyznała Felicity. – Jak zobaczyła babeczki, które piekłam przez całą cholerną noc, wszem wobec oznajmiła, że są ze sklepu.

– Nie zwracaj na nią uwagi – powtórzyła Karla. – Tylko ty jedna z nas nie masz zmarszczek. Wierz mi, niepotrzebny ci w życiu taki stres.

Felicity się skrzywiła.

– Tyle że trudno jej unikać.

– Święte słowa – jęknęła Karla. – Właśnie tu idzie.

– Dzień dobry, moje panie! – Miranda podeszła do nich, promiennie się uśmiechając. – Marcus powiedział, że tu jesteście. Mogę się do was przysiąść?

4

– Mary-Beth do nas nie dołączy?

– Obiecała, że przyjdzie – odparła Karla, szukając w torbie okularów przeciwsłonecznych. – Kiedy spotkałam ją przy bramie. Szczerze mówiąc, miała taką minę, jakby już była na siebie zła, że to powiedziała. Niemal przystanęłam, żeby jej pomóc.

– Niemal? – Felicity uśmiechnęła się.

Karla wsunęła okulary na nos.

– No wiesz, nie chciałam zostawiać Marcusa samego.

– Dziwię się, że w ogóle przyszła – mruknęła Miranda.

Wszystkie zapewniły Mary-Beth, że zrozumieją, jeśli postanowi darować sobie tegoroczny piknik, bo to może być dla niej zbyt trudne: przyjść samotnie i patrzeć, jak ktoś inny obsługuje stoisko z ciastkami albo wręcza medale zwycięzcom wyścigu na trzech nogach. Jednak w tym roku nikt nie zawracał sobie głowy organizowaniem takich zawodów – wszyscy woleli leżeć na trawie i cieszyć się słońcem. Ale Mary-Beth oznajmiła, że nic jej nie jest, że przyjdzie. Wyglądało na to, że jednak zmieniła zdanie.

– Może musiała pognać do pracy? – odezwała się Felicity.

Mary-Beth była agentką nieruchomości i uwielbiała swoją pracę, w której pomagała łączyć ludzi z ich wymarzonymi domami. „Dom to najważniejsza rzecz, jaką można kupić, i ja jestem z nimi”, mówiła często.

– Powiedziała, że weźmie dzień wolnego – odparła Karla. – Chyba czuła, że powinna przyjść, dla Eriki.

– Biedactwo – mruknęła Felicity. Przywołała jedną z bliźniaczek, posadziła ją sobie na kolanie i zaczęła smarować emulsją z ochroną przeciwsłoneczną. – Wciąż jest pogrążona w żalu. Te ostatnie dziesięć miesięcy były dla niej takie trudne.

– Dla nas wszystkich – zaznaczyła Miranda, mierzwiąc palcami swoje rude włosy. – Wszystkie kochałyśmy Ericę.

Trzeba docenić Karlę za to, że powstrzymała się od przewrócenia oczami. Nigdy naprawdę nie potrafiła pojąć, dlaczego Mary-Beth tak bardzo kocha Ericę – były jak ogień i woda. Mary-Beth była skryta, mówiła po cichu i włączała się do rozmowy tylko wtedy, gdy chciała powiedzieć coś taktownego. Erica natomiast słynęła z niewyparzonej gęby i nie mogła się pohamować, żeby jej nie używać. Zawsze miała coś ciętego i sarkastycznego na końcu języka. Podczas gdy inne kobiety rozmyślały o swoich fantastycznych ripostach jeszcze wiele godzin po kłótni, leżąc w wannie i powtarzając sobie w duchu kąśliwe słowa, które mogły powiedzieć – ale których by nie powiedziały, nawet gdyby w porę przyszły im do głowy – Erica nieodmiennie miała na podorędziu całą gamę docinków. Czasami była rozczarowana, gdy nie mogła ich użyć.

Co więcej, Mary-Beth była hojna, nie tylko jeśli chodziło o pieniądze, chociaż zawsze dawała tyle co Kaplanowie, i to nie sprawiając wrażenia, że chce mieć całostronicową reklamę w „Chester Herald”. Nie, Mary-Beth była hojna w sposób dyskretny, od czubka głowy z nierozjaśnionymi włosami po palce stóp bez pedikiuru. Każdemu użyczyłaby wszystkiego, czego by potrzebował: pieniędzy, czasu, mądrej rady albo swojego męża.

– Dasz mi odrobinę tej emulsji do opalania, Fliss? Bran ma skórę po tacie, ale Zach spiecze się nawet w deszczu.

Felicity rzuciła jej butelkę. Karla rozejrzała się po boisku, wypatrując młodszego syna i starając się, by wszyscy widzieli, że próbuje go znaleźć. Po chwili z rezygnacją zwiesiła ramiona.

Pisnęła komórka. Miranda ostentacyjnie ją wyjęła i spojrzała na ekran.

– Och, dla mnie też pora na emulsję. – Uśmiechnęła się do pozostałych kobiet. – Pójdę po nią do samochodu.

– Weź moją – zaproponowała Felicity. – Nie będziesz musiała ganiać tam i z powrotem.

– Och. – Miranda sprawdziła etykietkę. – Filtr pięćdziesiąt, prawda?

– Oczywiście. – Felicity uniosła brwi.

Miranda wzięła butelkę z wyciągniętej ręki Karli.

– Dziękuję, to zaoszczędzi mi drogi.

Żadna z nich nie miała pojęcia, że Miranda zostawiła emulsję z ochroną przeciwsłoneczną dla dzieci gdzieś w domu, bo nie mogła jej znaleźć, ani że sygnał komórki oznaczał wiadomości w skrócie, a nie alarm „Nałóż emulsję”. Przywołała Charity, głęboko przeświadczona, że każdy już wie, że ona panuje nad wszystkim.

– Alex pracuje dzisiaj? – zapytała Felicity, siląc się na swobodny ton.

Karla spojrzała na nią spod uniesionych brwi, bo przecież Felicity doskonale wiedziała, że mąż Mirandy unika takich spotkań jak zarazy.

– Marcus miał nadzieję, że on tu będzie.

– Pracuje, jak zawsze – burknęła Miranda. – Założę się, że wolałby wziąć nadgodziny, niż przyjść na szkolną imprezę.

– Wygląda na to, że ostatnio sporo pracuje – skomentowała Felicity.

Karla spiorunowała ją wzrokiem.

– Wybieracie się do tej nowej tajskiej knajpki? – wtrąciła, próbując skierować rozmowę na bezpieczniejsze tory.

Obie kobiety ją zignorowały.

– Nie więcej niż zwykle – rzuciła Miranda i uśmiechnęła się krzywo.

– Po prostu ostatnio kilka razy widziałam, że późno wracał… – powiedziała Felicity.

Miranda miała taką minę, jakby właśnie wypiła jej koktajl z nasionami chia.

– Ha, to bardzo miło, że interesują cię godziny pracy mojego męża. Tak się składa, że przez kilka dni pracował do późna, żeby nadrobić ten czas, który spędził ze mną. Będzie wzruszony, gdy usłyszy, że masz oko na jego wyjścia i powroty.

Felicity parsknęła śmiechem, nie zważając na jej zakłopotanie.

– Nie zapominaj, że to mała społeczność, wszyscy wszystko widzą. Mam nadzieję, że nie pracuje zbyt ciężko.

Nacisk położony na słowo „pracuje” dobitnie wskazał, jak należy to rozumieć – Miranda nigdy nie potrafiła ukryć, jak bardzo jest niepewna wierności męża, a Felicity nie miała zamiaru pozwolić, żeby uszedł jej na sucho bezceremonialny przycinek o domowych wypiekach. Trudno powiedzieć, czy Miranda odpuściłaby jej komentarze o późnych powrotach Alexa do domu, gdyby niespełna dziesięć minut później nie stało się coś, co sprawiło, że wszystkie zapomniały o swojej małostkowej bitwie na słowa.

5

Pierwszy post pojawił się piętnaście po dwunastej, a o wpół do pierwszej już się nim podzieliło ponad czterdzieści osób. Większą część stanowiły obecne na pikniku mamy, które nie zwracając uwagi na swoje pociechy, zapamiętale szalejące na dmuchanym zamku, bębniły kciukami po smartfonach albo wrzucały do sieci zdjęcia Marthy czy Sophii, ale wciąż miały przyklejone do twarzy uśmiechy na dowód, że uczestniczą w tym pikniku jako troskliwe, praktyczne mamusie. Jedna pokazała post drugiej, ta zwróciła się do następnej. „Jak sądzisz, co to oznacza?” „Czy to jakiś żart?” „Kto mówiłby takie rzeczy?” Ludzie zrobili zrzuty ekranu, zanim administrator szkolnej sieci zdążył zareagować, i wkrótce liczba wtajemniczonych wzrosła do pięćdziesięciu, później sześćdziesięciu. Rekordowe liczby odwiedzin szkolnej strony na Facebooku; rodzice zawsze udają, że na nią nie zaglądali, bo są znacznie bardziej zainteresowani sporami sąsiadów o parkowanie na ulicy niż najświeższymi wiadomościami o wieczorach bingo i szkolnych dyskotekach.

Miranda rzadko korzystała z Facebooka. Instagram był o wiele lepszy, by pokazywać siebie przez filtr emulsji do opalania, za pomocą niewielkich zdjęć obrazujących zadowolenie z życia na poziomie dziesiątym, podczas gdy rzeczywistość jest dużo bliższa poziomowi czwartemu czy piątemu. Na Instagramie nie można zobaczyć, że w ostatniej chwili pędzisz do sklepu, bo zapomniałaś o pikniku; zamiast tego jest zdjęcie „po”, na którym twoje dzieci pałaszują kanapki z supermarketu Asda, przepakowane do lśniącego czystością pojemnika: #miłośćżycia #wygrywa.

Karla leżała na trawie – długie opalone nogi miała wyciągnięte, a bose stopy położyła na kroczu męża. Jej dżinsowe szorty były przycięte tak krótko, że wystrzępione brzegi sięgały kieszeni. Czarna koszulka z napisem „Born to fly” podjechała jej do góry, odsłaniając płaski złocisty brzuch, który nie nosił najmniejszego śladu, że kiedyś mieszkała tam dwójka dzieci.

– Czy ona musi się tak ubierać? – szepnęła Miranda do Felicity, przyglądając się Karli znad ciemnych okularów. – Chodzi mi o to, że przecież tu są dzieci. Młodzi, podatni na wpływy chłopcy. Co muszą sobie myśleć Brandon i Zachary? Ich koledzy wywieszają języki niemal do ziemi na widok ich matki!

– Jestem pewna, że Zach jest za mały, żeby zwracać na to uwagę – odparła Felicity. – A Bran za żadne skarby świata nie zjawiłby się na pikniku. Poza tym uważam, że Karla wygląda fantastycznie. Gdyby bliźniaczki kompletnie nie zrujnowały mi brzucha i gdyby moje nogi nie oślepiały bielą, też bym się tak popisywała.

– No cóż… – Miranda odchrząknęła bez przekonania. – Uważam, że to niestosowne.

Karla przekręciła się na brzuch i zdjęła okulary. Uniosła idealnie wyskubane brwi.

– Masz problem, Mirando?

Miranda parsknęła ostrym śmiechem, który zabrzmiał jak podzwanianie pękającego szkła.

– Żaden problem, skarbie. Tylko mówiłam, jak to miło, że możemy urządzić piknik ku pamięci biednej Eriki…

– Jezu, kurwa!

Wszystkie oczy zwróciły się na Marcusa, a ten, zamiast przeprosić za swój wybuch, podał Karli telefon. Jej twarz zmartwiała.

– Jasny gwint – mruknęła, ściągając brwi. – To jest na szkolnej stronie?

– Aha – powiedział Marcus. – Od ponad piętnastu minut. Nie mają administratora do zatwierdzania postów?

– Mówiłam o tym Steph z milion razy – wtrąciła Felicity. – Ale co ja tam mogę wiedzieć? Przecież jestem tylko cholernym specem od mediów społecznościowych. Co tam jest?

– Sama zobacz. – Karla rozejrzała się po boisku i rzuciła jej komórkę męża. – Gdzie jest Mary-Beth?

Felicity przebiegła wzrokiem post i wciągnęła powietrze przez zęby.

– Jasny gwint, to nie jest zabawne.

– Na pewno nie będzie dla Mary-Beth – stwierdziła Karla. – Ale nigdzie jej nie widzę. Zadzwonić do niej?

– O co chodzi? – ćwierknęła Miranda, patrząc na Felicity. – Co się dzieje?

– Pójdę jej poszukać. – Karla zignorowała pytanie Mirandy i już wkładała czarne skórzane sandały, gorączkowo przeciągając paski przez sprzączki.

– Na litość boską, czy ktoś mi powie, co się dzieje? – warknęła Miranda.

Felicity bez słowa podała jej komórkę.

Miranda przeczytała post i coś cichutko zabulgotało jej w gardle.

– Kto to wrzucił? Jest tylko „Andy”.

– Dotknij nazwiska. – Felicity wskazała na ekranie. – Tu jest profil. Na litość boską, Mirando, daj mi to! – Wyrwała telefon z jej ręki, postukała w ekran i oddała go, cmokając z irytacji. – Nic z tego, profil jest prywatny. „Jeśli chcesz zobaczyć, czym Andy dzieli się z przyjaciółmi, zaproś go do swoich znajomych”.

Miranda zamarła, z ustami rozdziawionymi w niemym osłupieniu. I nic dziwnego – przecież doskonale wiedziała, o kim jest mowa w tym poście. A wkrótce wiedzieli już wszyscy inni.

– Czy ktoś widział Mary-Beth King? – zapytała Karla, klucząc w tłumie mam prowadzących swoje dzieci od stoiska do stoiska.

– Karla, hej! – Cynthia Elcock, mama Poppy, chwyciła ją za ramię. – Widziałaś, co ktoś wrzucił na szkolną stronę fejsa? Czy to nie jakiś żart?

– Jeśli żart, to absolutnie obrzydliwy. – Karla się skrzywiła. – Widziałaś Mary-Beth? Będzie zdruzgotana, jeśli to zobaczy. Ona i Erica były sobie takie bliskie.

– Nie, przykro mi, dzisiaj jej nie widziałam. – Cynthia pokręciła głową. – Dokąd zmierza ten świat, jeśli ludzie uważają, że takie rzeczy są zabawne?

– Bóg jeden wie, kto uważa to za zabawne.

Karla wyjęła telefon i powiodła wzrokiem dokoła. Dziesiątki mam robiły to samo, podawały komórki znajomym, wskazując na ekrany. Zalogowała się do Facebooka i znowu sprawdziła. Post wciąż tam był, teraz z komentarzami wyskakującymi co kilka sekund.

KTOŚ KŁAMIEMORDERSTWO ERIKI SPENCER

Oszałamiający nowy podcast, zatytułowany „Prawda o Erice”, przedstawi wydarzenia z 28 października 2017 roku, kiedy to na przyjęciu halloweenowym lokalna bohaterka Erica wskutek spożycia zbyt dużej ilości alkoholu spadła, jak sądzono, z domku na drzewie i poniosła śmierć na miejscu.

Ja wiem lepiej.

Podcast ujawni nowe, dotąd nieznane, dowody, które podadzą w wątpliwość wszystko, co wiecie o tym „tragicznym wypadku”, a także wykaże, że morderca mieszka na prestiżowym zamkniętym osiedlu Severn Oaks. Przedstawię sześć osób, które mogły najwięcej zyskać na śmierci Eriki, i w nadchodzących tygodniach odsłonię szokujące sekrety, jakie ukrywają one przed wami wszystkimi.

Kto zabił Ericę Spencer?

Słuchajcie mnie jutro, żeby dowiedzieć się więcej.

4 komentarze 42 udostępnienia

 Lubię to!   Komentarz   Udostępnij

Savannah Hepworth

Kim jesteś? I dlaczego to robisz?

Annalise Rodgers

Czy zdajesz sobie sprawę, że może to zobaczyć rodzina Eriki?

Czy za mało przeszli?

Gary Holding

ZGŁOSIŁEM NA FB I W SZKOLE. ODRAŻAJĄCE.

Francis Carter

Ciekawe, kim jest te sześć osób?

6

– Znalazłaś ją? – spytała Felicity Karlę, która właśnie do nich wróciła.

Felicity zebrała wszystkie dzieci, podczas gdy Marcus i Miranda patrzyli na siebie tępym wzrokiem, nie wiedząc, co zrobić ani co powiedzieć. Karla pokręciła głową.

Bo przecież mimo dzielących ich różnic Erica była jedną z nich. Fakt, uwielbiała wiedzieć o wszystkim, co się dzieje w życiu innych, miała agresywne poczucie humoru i zawsze rządziła, gdy trzeba było coś zorganizować, ale te cechy nie oznaczały, że nie miała też zalet. Była urodzoną organizatorką i nigdy się nie skarżyła na nawał pracy, kiedy chodziło o zbiórkę pieniędzy czy przygotowanie kostiumów. Nawet piknikowi w tym roku brakowało zwykłego rozmachu, ponieważ jej zabrakło u steru – Miranda również musiała to przyznać, choć niechętnie. I śmierć Eriki zdruzgotała jej męża, Jacka, i ich dwoje dzieci, Maxa i Emily, a także pogrążyła w żalu małą społeczność Severn Oaks i całe miasto Severndale. Po dziesięciu miesiącach nikt – przynajmniej nikt z tych, którzy brali udział w tamtej halloweenowej imprezie – nie chciał, żeby wywlekano szczegóły jej śmierci.

Felicity przyciskała do ucha komórkę, słuchając kolejnych sygnałów. W końcu ją opuściła.

– Nikt nie odbiera. Myślałam, że nauczyciele zawsze są w szkole podczas wakacji. Mam numer Steph… Jak sądzicie, zadzwonić do niej? Na pewno ma dostęp do szkolnej strony na fejsie.

– Jest administratorem – powiedziała Miranda. – Najwyraźniej nie widziała tego posta, bo inaczej by go usunęła. Może zadzwoń.

Ale obie wiedziały, że już za późno. Proces ograniczania szkód nie działa w szkołach podstawowych – najlepszym sposobem na szybkie rozprzestrzenienie się jakiejś informacji jest zadbanie o to, by stała się tematem plotek. W 2016 roku nikt się nie zjawił, żeby kupić bilety na szukanie wielkanocnych jajek, dopóki Erica nie rozpowiedziała, że Phoebe Miller i pan Randall, nauczyciel WF-u, mają zwyczaj spotykać się w przybudówce na pozamałżeńskie igraszki. I że prawdopodobnie spotkają się akurat tego dnia, na który sprzedawała bilety. I właśnie w tej przybudówce! Zabawne, ilu ludzi zmieniło swoją codzienną trasę do samochodów – i ilu kupiło bilety na wielkanocną zabawę, żeby nie wyjść na bezwstydnych tropicieli plotek.

I oto znów pojawiła się Erica – tym razem nie jako osoba rozpuszczająca plotki, lecz jako ich temat. I post widziało tyle osób, że nawet gdyby został usunięty, nie rozmawiano by o niczym innym do końca dnia, a może i dłużej.

– Dlaczego nazwał ją lokalną bohaterką? – zapytała Felicity.

– Kilka lat temu uratowała kogoś tonącego w rzece – odparła Karla. – Nie wiedziałaś?

Felicity pokręciła głową.

– Mieszkam tu krócej niż ty, prawda?

– Prawda. Po prostu jestem zaskoczona, że nie znalazła jakiegoś sposobu, żeby wkręcić ten wątek w rozmowę. Zwykle to robiła. Uwielbiała odgrywać bohaterkę. – Karla ściszyła głos. – Podobno bzykała się z nim, ale akurat ten szczegół pomijała w swoich opowieściach.

– Jak sądzicie, o co temu komuś chodzi z tymi sześcioma osobami, które mogły najwięcej zyskać na śmierci Eriki? – zapytała nagle Miranda, jakby właśnie sobie przypomniała, że nie jest tu sama. – Myślicie, że chodzi o nas?

– Jasne, że nie – warknęła Karla. – Wybacz, ale to, kurwa, niedorzeczne.

Miranda nie miała siły, żeby ją skarcić za wyrażanie się przy dzieciach. Bolała ją głowa – tępy ból z tyłu i dudnienie z przodu zapowiadały migrenę wszech czasów. Wiedziała, że musi wrócić do domu i się położyć. Gdy uniosła wzrok, zobaczyła sześć mam, które zbite w grupę, szeptały coś między sobą. Dwie zerkały w ich kierunku – odwróciły się, kiedy tylko spostrzegły, że Miranda na nie patrzy.

– Przepraszam – wymamrotała. – Czy ktoś ma trochę wody? Muszę… nie mogę…

– Migrena? – Karla, która zazwyczaj kwitowała jej słowa przewracaniem oczami albo kręceniem głową, natychmiast się połapała. – Idź. Zabiorę Charity i Logana do nas. Zach porzuca z Loganem do kosza, a Charity dostanie kolorowanki. I tak muszę się stąd wyrwać, żeby zadzwonić do mojej agentki.

Miranda skinęła głową. Zwykle towarzyszyła swoim pociechom na umówionych zabawach u Kaplanów – uważała, że ich styl wychowywania dzieci jest zbyt liberalny – ale teraz czuła się tak, jakby wyssano z niej przez słomkę całą energię.

– Dzięki. Przyślę po nich Alexa, gdy tylko wróci do domu.

– Dasz radę prowadzić, Mirando? – zapytał Marcus z wyrazem szczerej troski na twarzy. – Mogę cię zawieźć do domu twoim autem, a Karla zabierze dzieci naszym.

– Dam radę, dzięki. I jeszcze raz dziękuję za opiekę nad dzieciakami. Będziecie grzeczni, prawda? Tatuś niedługo was odbierze.

Nie czekając na odpowiedź dzieci, odwróciła się i chwiejnym krokiem ruszyła przez gapiący się tłum w kierunku swojej kii sportage. Wsiadła i ścisnęła kierownicę tak mocno, że zbielały jej kostki palców.

7

Mary-Beth King, zdyszana, oparła się o tylne drzwi, z trudem chwytając oddech, szloch wstrząsał jej klatką piersiową. Przetarła twarz, rozsmarowując łzy i smarki po rękawie swetra. Kiedy nogi się pod nią ugięły, dała za wygraną, osunęła się na podłogę pralni i wsparła głowę o zimną suszarkę bębnową. Nie mogła uciszyć hałasów, przeraźliwego wrzasku i potwornego głuchego odgłosu, gdy ciało uderzyło o ziemię. Dzięki Bogu, dzieci były u jej mamy – czuła się tak, jakby traciła rozum.

Musi z kimś porozmawiać. Powinna zadzwonić na policję, to było jedyne wyjście, jedyna rzecz, jaką należało zrobić. Mogłaby zadzwonić do Karli, a może do Felicity, ale skończy się na tym samym – każą jej pójść na policję i wtedy nie będzie już odwrotu.

Peter.

Musi wszystko powiedzieć mężowi.

Czy ją zostawi? Możliwe. Ale był jedyną osobą, która być może nie będzie jej zmuszać, by poszła na policję i przyznała się do winy; która może jej nie zostawi, żeby zmagała się z tym sama; która może nie odwróci się do niej plecami.

Był jedyną osobą, która mogła jej pomóc.

8

„Policja informuje, że nie będzie dalszego śledztwa w sprawie śmierci trzydziestosiedmioletniej Eriki Spencer z Severndale…”

– Wyłącz to gówno, słyszysz? – Karla wzięła z granitowego blatu plastikową packę na muchy i wycelowała nią w syna.

Brandon uniósł brwi.

– Nie sądzisz, że wysłuchanie tego leży w naszym najlepszym interesie? – Wskazał stojący na kuchennym parapecie głośnik Alexa, skąd dobiegał nosowy głos podcastera. – Mówi o czymś, co się wydarzyło na naszym osiedlu. Tu nigdy nie dzieje się nic ekscytującego.

– To, co spotkało Ericę, nie jest ekscytujące. To był tragiczny wypadek – powiedział Marcus, kierując widelec, na który nabierał makaron, w stronę starszego syna. – I zdarzył się na naszym przyjęciu… A może zapomniałeś? Erica spadła z domku na drzewie, które musieliśmy wyciąć, bo twoja matka była taka roztrzęsiona, że nie mogła na nie patrzeć. Ten facet żeruje na rozpaczy rodziny Eriki dla chorej rozrywki i osobistych korzyści.

– A coś takiego robi tylko prawdziwy dupek – zripostował Brandon.

Karla upuściła łyżkę do garnka marki Le Creuset.

– Cholera! – Wyłowiła ociekającą pomidorami łyżkę i wytarła ją ściereczką. – Brandonie Kaplan, masz przeprosić ojca! I nie życzę sobie, żebyś używał takich słów przy moim stole.

Marcus pokręcił głową.

– Nic nie szkodzi, skarbie. – Uniósł brwi i spojrzał na syna. – Ja nigdy na nikim nie żerowałem, żebyśmy mieli to, co mamy. – Ogarnął gestem kuchnię z solidnym dębowym zestawem mebli AGA, pełną garnków i patelni, wskazując też iPada, którego Brandon niedbale rzucił przy zlewie. – I nie rozumiem twoich skarg na życie tutaj ani wydawania pieniędzy, które zarabiam na chorej rozrywce.

– Alexa, stop – mruknął niechętnie Brandon i niedający się zidentyfikować głos natychmiast ucichł.

– Dziękuję – powiedziała Karla, wiedząc, że zaraz po kolacji syn pomaszeruje prosto do swojego pokoju, żeby wysłuchać całej audycji. – Jedyny sposób sprzeciwu wobec takich ludzi polega na tym, żeby kompletnie ich ignorować. Jeśli za tydzień o tej porze nie będzie miał słuchaczy, jego przedstawienie dobiegnie końca, a Erica będzie mogła spoczywać w spokoju, na jaki zasługuje.

– Żartujesz? – parsknął dziesięcioletni Zachary. – Wszyscy w szkole będą tego słuchać. Za tydzień o tej porze to będzie lepsze niż „Seryjny”. Naprawdę myślisz, że na końcu poda nazwisko człowieka, który ją zabił?

– Ile razy… – Karla westchnęła, przyciągając stołek do wyspy kuchennej. – Nikt jej nie zabił. Erica za dużo wypiła i spadła z domku na drzewie. To tragedia, ale wypadek.

– Możesz sobie do woli mówić o wypadku i niewinności, ale wiesz, jak każde małe miasteczko uwielbia takie historie – powiedział Bran. – Ludzie z mojej szkoły przez cały czas robią sobie jaja z tego miejsca…

– Mama ci powiedziała, że przy stole masz się liczyć ze słowami – upomniał go Marcus.

Karla z zaciekawieniem spojrzała na starszego syna.