Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Czy można odnaleźć kogoś, kto nigdy nie istniał?
Kornelia budzi się w rzeczywistości, której nie rozpoznaje. Znajomi okazują się obcymi ludźmi, dawni wrogowie zachowują się przyjaźnie, a Gabriel... jakby nigdy nie istniał.
Rozdarta między szaleństwem a prawdą dziewczyna rozpoczyna desperacką walkę o odzyskanie ukochanego. Pomoc oferuje jej Rafał, jeden z archaniołów. Wspólnie usiłują odnaleźć Gabriela, a Kornelia z każdym kolejnym krokiem przybliża się do odkrycia prawdy o własnym przeznaczeniu. Nie wie jednak, że Rafał może mieć wobec niej własne plany…
Tymczasem Gabriel pozostaje więźniem Ciemności. Kuszony, zwodzony i zmuszony do ponownego przeżywania własnej przeszłości zaczyna wątpić, czy jeszcze kiedykolwiek zdoła wrócić do dziewczyny, którą pokochał.
Gdy na ciele Kornelii pojawiają się tajemnicze znaki, a siły Ciemności snują misterną intrygę, staje się jasne, że nadciąga wojna, której nie da się uniknąć.
I tym razem miłość może nie wystarczyć, by uniknąć katastrofy.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 429
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
„[…] Aż mi się przypomniało,
że mi niestraszne nic
Tylko boję się o ciebie
Że cię kiedyś stracę
I kiedy o tym myślę
To robi się inaczej
Boję się o ciebie
Że cię kiedyś stracę
Nie chcę nic tu zmieniać
Nie chcę nic inaczej”.
Boję się o ciebie
Kaśka Sochacka i Vito Bambino
– Chcesz coś do picia? – zapytała Kornelię mama.
W odpowiedzi Kora uśmiechnęła się blado i przecząco pokręciła głową.
– Nie, dziękuję. Chcę… położę się. Może później, dobrze?
Magda spojrzała na nią badawczo.
– Gdybyś zmieniła zdanie, to zawołaj – powiedziała, odwróciła się w kierunku schodów i wyszła.
Kornelia zamknęła za sobą drzwi. Rozejrzała się po swoim pokoju. Z ulgą zauważyła, że wszystko wyglądało dokładnie tak jak dwa tygodnie temu, kiedy pojechała spotkać się z Gabe’em. Powoli, z trudem stając na poranionej nodze, usiadła na łóżku. Zamknęła oczy i pierwszy raz od pobytu w szpitalu poczuła, że nareszcie jest sama.
Chciała zebrać myśli i przeanalizować wszystko, co się zdarzyło. Ostatnie dni wydawały jej się jakimś koszmarnym nieporozumieniem. Kiedy zorientowała się, że wszyscy wokół myślą, że zwariowała, postanowiła w miarę możliwości udawać. To, czego nie pamiętała – albo raczej: pamiętała inaczej niż wszyscy – starała się usprawiedliwiać wypadkiem i ubytkami w pamięci krótkotrwałej. Chyba udało jej się trochę uspokoić rodziców, bo zrezygnowali z konsultacji psychiatrycznej.
Po dwóch dniach pobytu w szpitalu dostała do rąk swój telefon. Jednak, ku jej przerażeniu, nie znalazła w nim nic, co miałoby związek z Gabe’em. Nie było numeru telefonu ani zdjęć. Gabriel przestał istnieć. Zniknął. Jakby nigdy nie istniał. Leżąc w szpitalnym łóżku, spędziła godziny, czytając SMS-y od Ali i Adama. Ku swojemu przerażeniu znalazła również miliony SMS-ów, które wymieniała ze swoją „najlepszą przyjaciółką” Sarą… Galeria była pełna ich zdjęć. Wyglądały, jakby znały się od lat, jakby znaczyły dla siebie naprawdę wiele. I na pewno Sara nie wyglądała na Upadłego Anioła. Nikt nie wyglądał.
Na tyle, na ile pozwalał jej szpitalny internet, Kornelia rozpoczęła poszukiwania Gabriela. Ale nawet wujek Google nie znał nikogo o takim imieniu i nazwisku. Na Akademii Muzycznej nie było wymiany z USA… tak jakby ostatni rok jej życia po prostu nie istniał.
Kornelia liczyła, że powrót do domu pozwoli jej znaleźć choćby strzępy informacji, jedną wiadomość, jedno zdjęcie. Cokolwiek. Namacalny dowód, że tamte wydarzenia były prawdą. Że Gabriel istniał, że to wszystko miało miejsce, że jej skrzydła… Kornelia machinalnie sięgnęła dłonią na plecy, lecz zawahała się.
Jej wzrok padł na leżący na podłodze koło łóżka laptop. Sięgnęła po niego i spróbowała wygodnie ułożyć się na poduszkach. Cztery godziny później krew znów zaczęła niebezpiecznie szumieć jej w głowie. Zamknęła komputer i oddychając płytko, próbowała się uspokoić.
Z każdym kolejnym sprawdzonym plikiem, z każdą kolejną wiadomością od Sary, z każdym kolejnym otworzonym folderem ze zdjęciami przekonywała się tylko, że przez ostatnie dwa tygodnie wszyscy dookoła mówili jej coś, co racjonalnie wydawało się prawdą.
Za dwa dni miał się odbyć pogrzeb Sary, jej rodzina chciała, żeby Kora powiedziała parę słów na uroczystości, ale ona ubłagała rodziców, żeby nie musiała tego robić. Tłumaczyła, że nie czuje się na siłach.
Podobno poznały się z Sarą w pierwszym dniu szkoły na korytarzu i od tej chwili były nierozłączne. Spędzały ze sobą każdą wolną chwilę, razem się uczyły, razem ćwiczyły, widywały się w weekendy i wyjeżdżały na wakacje. Ich rodziny się przyjaźniły. Poszły razem na studia, były dla siebie jak siostry. I potwierdzały to wszystkie zdjęcia, wiadomości i filmiki, które Kornelia znalazła.
Powinna być zrozpaczona. Powinna szaleć z żalu i wypłakiwać oczy. Tymczasem nie czuła nic. Dla niej Sara była potworem, który zabił Gabriela.
Poczuła, że znów do oczu napływają jej łzy. Odłożyła laptop i powoli zeszła z łóżka. Cicho otworzyła drzwi i przez moment słuchała, ale jej uszu dobiegł tylko miarowy oddech mamy i pochrapywanie taty z ich sypialni. W pokoju obok Matylda przekręcała się właśnie na łóżku.
Najciszej, jak tylko mogła, Kornelia zeszła do kuchni. Kiedy za bardzo obciążała nogę, wstrzymywała oddech i zaciskała z bólu zęby. Nastawiła sobie wodę na herbatę, oparła się o kuchenny blat i zapatrzyła w okno. W szybie odbijała się jej przygarbiona postać.
Nie mogła przestać myśleć o tym, że jest jeszcze jedno możliwe wytłumaczenie całej sytuacji. Po prostu wszystko sobie wymyśliła. Umysł płatał jej figle i zwyczajnie zwariowała. Sama perspektywa była przerażająca, ale bez jakiegokolwiek dowodu na to, że tamto życie faktycznie istniało, nie mogła wykluczyć tej możliwości.
Woda w czajniku zagotowała się i Kora usłyszała ciche kliknięcie. Zalała herbatę i usiadła ciężko przy kuchennym stole. Przymknęła oczy, czekając, aż napój lekko przestygnie.
Westchnęła głośno i oparła głowę na dłoniach. Przez chwilę wsłuchiwała się w nocną ciszę i zanim się zorientowała, odpłynęła.
Szła cichym, pachnącym deszczem lasem. Pod bosymi stopami czuła mokrą, chłodną trawę. Rozejrzała się po okolicy, a wokół niej nie było nikogo. Przeszła kilka metrów, a potem przystanęła pod jednym z wysokich świerków i zadarła głowę. Korony drzew kołysały się lekko na wietrze. Kora przymknęła oczy i nabrała głęboko powietrza. Nagle poczuła, że ktoś delikatnie dotyka jej ramienia, odwróciła lekko głowę i zobaczyła zaniepokojone spojrzenie Gabe’a.
– Kora, nic ci nie jest? – usłyszała jego głos.
Przecząco pokręciła głową i poczuła, że zbiera jej się na płacz. Gabe wyciągnął do niej ręce, a wtedy przytuliła się do niego mocno.
– Nie wiem, co się dzieje. Nie ma ciebie… nie ma Alicji i Adama. Jestem… w jakimś innym świecie – wyrzuciła z siebie jednym tchem.
– Ktoś grzebał w czasie. Sam nie wiem… – skrzywił się – sam nie wiem, gdzie jestem. Trzymają mnie gdzieś…
Kora odsunęła się od niego i uważnie na niego spojrzała.
– Kto? – zapytała.
Gabe przez chwilę wpatrywał się w przestrzeń nad nią.
– Ciemność… już wiedzą, że mogę się z tobą skontaktować – szepnął. – Znajdź mnie, musisz mnie znaleźć. I choćby nie wiem co, nie zapominaj, gdzie są twoje skrzydła. One tam są. Znajdź mojego brata. On ci pomoże.
Kora kątem oka dostrzegła ruch za swoimi plecami. Poczuła, że Gabe gwałtownie odpycha ją od siebie.
– Obudź się! – usłyszała jego krzyk.
– Gabe! – zawołała i szarpnęła się do przodu.
Kubek z hukiem wylądował na podłodze. Poczuła, że oblała się zimną już herbatą. Otworzyła oczy i zaczęła gwałtownie łapać powietrze. Dzwoniło jej w uszach, a w plecach pulsował znajomy ból.
Zanim zdążyła się pozbierać, usłyszała na schodach kroki. Chwilę później w drzwiach stanęli jej rodzice.
– Kora, co się dzieje? – zawołała mama, mrużąc oczy i ogarniając wzrokiem kuchnię, rozbity kubek i mokre ubranie Kory.
– Nic, nic. Nie mogłam spać, zeszłam, żeby zrobić sobie herbatę, i przysnęłam… musiałam strącić kubek i się przestraszyłam… przepraszam, że was obudziłam… – powiedziała szybko.
– Nic ci nie jest? Krzyczałaś – zapytał ojciec, badawczo jej się przyglądając.
– Nie… nic nie pamiętam… – mruknęła, unikając jego wzroku. – Przebiorę się, bo jestem cała mokra, i… – Zerknęła przez okno. – O, to już rano. To ja się… pójdę wykąpać.
Łukasz jeszcze przez chwilę wpatrywał się uważnie w córkę, ale tylko ścisnął ją za rękę, kiedy wychodziła z kuchni.
Kora, tak szybko, na ile pozwalały jej poranione nogi, pobiegła do łazienki. Zamknęła drzwi na klucz, odkręciła kran i ściągnęła z siebie mokre ubrania. Odwróciła się plecami do lustra i sięgnęła dłonią do łopatek. Najpierw niczego nie poczuła. Spanikowała lekko, ale przypomniała sobie słowa Gabe’a i odetchnęła głęboko.
Zamknęła oczy i przejechała opuszkami palców po skórze, nagle prawie krzyknęła, bo poczuła lekką wypukłość. Wiedziała, że to to. Jeśli czuła swoje blizny, mogła być pewna, co chowa się pod nimi.
Znów mogła oddychać, krew przyspieszyła. Nie zwariowała. To wszystko było prawdą.
Pytanie brzmiało: gdzie jest Gabe, gdzie zniknęli Adam i Ala, kto grzebał przy czasie i jakim cudem ma odnaleźć brata Gabriela?
W ciągu kolejnych dni Kora miała niewiele czasu, żeby zająć się poszukiwaniami. Musiała załatwić formalności związane z urlopem dziekańskim. Nie miała weny do studiów, na wiolonczelę patrzyła jak na wroga. Już na samą myśl, że miałaby jej dotknąć, zbierało jej się na płacz. Przestała słuchać muzyki, bo miała wrażenie, że wtedy rozpada się na milion kawałków.
Najtrudniej było przebrnąć przez pogrzeb Sary. Tylu ludzi podchodziło do Kornelii z kondolencjami, a ona ukryta za okularami słonecznymi z pocieszającymi ją pseudo Alą i Adasiem, jak ich nazywała w myślach, starała się przetrwać uroczystość. Na cmentarzu poczuła, że nie może oddychać, a chwilę później z jej oczu zaczęły kapać łzy. Nie płakała z powodu Sary, ale też nie udawała. Opłakiwała swoje życie, które wciąż miała w głowie i w sercu. Rozpaczała z tęsknoty za Gabe’em, Adasiem i Alą. Wiedziała, że nikomu nie może zaufać. A wszyscy myśleli, że opłakuje swoją najlepszą przyjaciółkę. Ironia losu.
***
Kora z ulgą zamknęła drzwi do swojego pokoju. Ściągnęła z siebie czarną sukienkę, weszła pod kołdrę i otworzyła laptop. Komputer zaszumiał cicho i na pulpicie pokazało się otwarte okienko wyszukiwarki. Wpatrywała się w migający kursor i kolejny wieczór z kolei zastanawiała się, co ma wpisać. Poszukuję Anioła? Jak znaleźć anioła? Jak cofnąć czas?
Każda fraza wydawała się irracjonalna. Kornelia przymknęła oczy i znów przypomniała sobie słowa Gabe’a.
„Znajdź mojego brata”.
Zmarszczyła brwi. Tylko raz usłyszała coś na temat jego braci. Michał, Rafał, Ariel… Kilka ostatnich nocy spędziła na przeszukiwaniu internetu. Wiedziała, które fragmenty Biblii i które apokryfy mówią o aniołach. Poczytała trochę o Nefilim, dokładniej przyjrzała się historiom i opowieściom na temat Rafała, Michała i Gabriela. Ale wciąż nie wiedziała, jak ma jej to pomóc.
Kolejne dni mijały, a ona właściwie przestała ogarniać rzeczywistość. Starała się maksymalnie ograniczyć kontakty z rodzicami i „przyjaciółmi”. Wymawiała się zmęczeniem, bólem, złym samopoczuciem. Czas spędzała albo przeszukując kolejne strony w internecie, albo szperała w uniwersyteckiej bibliotece. Czasami, chwytając się ostatniej deski ratunku, potrafiła godzinami siedzieć w kościele, szukając tam ciszy, spokoju, ukojenia.
Czas płynął, ale Gabe już jej się nie śnił. A tak bardzo chciała go zobaczyć. Bała się, że powoli zacznie zapominać, jak wygląda. Co noc – a raczej nad ranem, kiedy zmęczenie brało górę – Kornelia zamykała oczy i starała się przypomnieć sobie Gabe’a.
***
Gabriel uniósł ręce i przeczesał dłonią wilgotne włosy, które spadały mu na twarz. Usiłował się skupić i przypomnieć sobie, ile czasu był już w tym lesie. Ostatnie, co pamiętał, to głos Kory, która mówiła, że go kocha i że musi z nią zostać.
Potem zapadła ciemność.
Kiedy się z niej wyłonił, siedziała przed nim Lilith. Pierwsza żona Adama. Najpaskudniejszy demon, jakiego znał. Wszystko go bolało, a rana od cięcia Sary pulsowała tępym bólem.
Wiedział, że starsza siostra Sary musiała się wściec, ale nie przypuszczał, że zareaguje… tak szybko. Zastanawiał się, po co trzyma go przy życiu.
Gabe próbował oddychać płytko, żeby nie czuć bólu, który wracał z każdym uniesieniem klatki piersiowej. Jęknął cicho, usiłując zmienić pozycję na wygodniejszą. Łańcuch, który spinał jego dłonie, nie ułatwiał zadania.
Już miał zamknąć oczy i spróbować chociaż trochę odpocząć, ale dostrzegł Lilith, która zbliżała się do niego bezszelestnie.
– Lilith – syknął, usiłując zachować spokój – Sto lat cię nie widziałem. Gdzie się podziewałaś, skarbie? W którym kręgu piekielnym była aż tak dobra impreza?
– Daruj sobie, Gabrielu.
– „Gabrielu”? Aż tak poważnie? Myślałem, że inaczej lubisz mnie nazywać? – Uśmiechnął się zimno.
Lilith wpatrywała się w niego zielonymi jak trawa oczami. Z filigranową posturą, długimi, spływającymi jak woda włosami w kolorze pszenicy przypominała trochę elfa.
– Wiesz, co się stało? – zapytała zimno.
Gabe oparł głowę o pień drzewa, do którego przykuła go Lilith, i przymknął powieki.
– Mówiąc szczerze, niewiele pamiętam. Aż tak dobra była ta ostatnia impreza?
– Zabiłeś moją siostrę – usłyszał syk i poczuł zimne ostrze na skórze tuż przy sercu. Otworzył oczy.
– No dalej – mruknął. – Dokończ to, co zaczęła Sara. Miejmy to z głowy.
Lilith jeszcze kilka sekund przyciskała ostrze do jego piersi, później z westchnieniem cofnęła się i usiadła na pokrytym mchem kamieniu. Gabriel odprężył się lekko.
– Po co mnie tu trzymasz? – zapytał.
Lilith patrzyła na niego i zmrużyła oczy.
– Jeszcze nie wiem. Zastanawiam się, co z tobą zrobić. Może wyrwę ci skrzydła? Może zostaniesz tu na zawsze? Może oddam cię Ciemności?
– Ciemność już raczej się mną nie interesuje… – Demon roześmiał się zimno.
– Żartujesz? Ciemność jest wściekła. Zawaliłeś, pozwoliłeś Jej przeżyć. W dodatku… zabiłeś moją siostrę.
– Przepraszam, nie chciałem, żeby Sara umarła… Nie miałem wyjścia – szepnął Gabe, a przed oczami stanęło mu zdziwione spojrzenie Sary. – Musiałem… musiałem…
– Nic nie musiałeś! Mogłeś zrobić, co należy. Być nadal Księciem Ciemności, a Sara… Przez ciebie Ciemność wezwała mnie. To ja muszę posprzątać ten bałagan…
– Wiesz dobrze, że nie mogłem tego zrobić. Zmieniłem się, przestałem być tym, za kogo miała mnie Ciemność.
– Teraz jesteś nikim – rzuciła.
Gabe wzruszył ramionami.
– To już nieistotne. Kornelia jest bezpieczna…
– Tak myślisz?
– Mimo wszystko tak, skoro ty jesteś ze mną, to Ciemność musi mieć jakiś inny pomysł na rozprawienie się Kornelią… zakładam, że chwilowo jest bezpieczna.
Lilith przez chwilę wpatrywała się w Gabe’a.
– Ona nigdy cię nie odnajdzie – mruknęła. – Musiałaby przeszukać kilka wymiarów lub mieć pomoc. A jest całkowicie sama. Bezbronna i przekonana, że zwariowała… Możliwe, że żadne z nas nie będzie musiało nic robić. – Wzruszyła ramionami. – A ja potrzymam tu ciebie trochę. Kto wie? Może wróci ci rozum, a może wręcz przeciwnie… może sam zwariujesz. – Uśmiechnęła się i przekrzywiła głowę tak, że pół jej twarzy zasłoniła kurtyna jasnych włosów. – Nieważne! – westchnęła i powoli zniknęła między drzewami.
Gabe nieruchomo wpatrywał się w miejsce, w którym jeszcze przed chwilą siedziała Lilith. Oparł głowę o pień drzewa, a jego skrzydła delikatnie otuliły jego postać. Jeśli to, co mówiła Lilith, było prawdą, to nie mieli szans i Kora go nie znajdzie. Przymknął oczy, czując pod powiekami blask wschodzącego słońca.
Kornelia zwinięta w kłębek spała na swoim łóżku. Szczelnie zasunięte rolety oraz zasłony nie wpuszczały do jej pokoju upalnego, czerwcowego powietrza i jasno świecącego słońca. Kora poddała się koło czwartej w nocy, kiedy za oknem właściwie robiło się jasno. Skuliła się na łóżku i zapadła w niespokojny sen.
Nagle do jej pokoju z impetem wkroczyła mama. Podeszła do okna i szarpnięciem rozsunęła zasłony. Kora, wciąż jeszcze na półśpiąco, mocniej zacisnęła powieki. Tymczasem mama dalej walczyła z roletami, które uparcie rozsuwała. W drzwiach stanął tata i cicho westchnął.
– Kora – zawołała Magda. – Wstawaj, musimy porozmawiać.
– Śpię… – mruknęła.
– Wiesz, która jest godzina? – sapnęła mama.
– Nie wiem, ósma?
– Nie, moja droga, dwunasta. Otwórz oczy. Musisz z nami porozmawiać. Mam dość stanu, w którym się znajdujesz. Nie jesz. Nie śpisz. Nie wychodzisz z domu. Ja mogę dużo zrozumieć, ale nie możesz spędzić życia w sypialni.
– Taki właśnie miałam plan – mruknęła Kornelia i usiadła na łóżku.
Popatrzyła na mamę, która w bojowej pozie stała przy oknie.
– Kora, my się o ciebie martwimy. Musisz wyjść z domu…
– Dobrze, spotkam się z… eeee… Alą i Adamem, okej…
– Nie! Nie okej! Ich też trzymasz na dystans. Idziesz na terapię. Załatwiłam ci świetnego psychoterapeutę. Jest najlepszy w Krakowie. Idziesz dzisiaj. Masz dwie godziny. Idź się umyj, zrobię ci coś do jedzenia. Jedziemy o czternastej – wyrecytowała mama i tak samo, jak się pojawiła, tak nagle wyszła.
Kora wpatrywała się z uniesionymi brwiami w ojca.
– Tato…
Łukasz w obronnym geście uniósł dłonie.
– Ja byłem po twojej stronie, ale nie pomagasz. Idziesz na terapię, czy tego chcesz, czy nie.
Kornelia jeszcze chwilę posiedziała na łóżku i powoli wstała. Rozejrzała się po pokoju, który wyglądał jak totalne pobojowisko. Sięgnęła po leżącą na ziemi sukienkę. Była długa i zakrywała jej poranione nogi. Kiedy weszła do łazienki i popatrzyła w lustro, trochę zaczęła rozumieć zachowanie mamy.
Cerę miała przeraźliwie bladą. Pierwszy raz w życiu zobaczyła na swojej twarzy kości policzkowe. Oczy miała podkrążone, jakby nie spała przez kilka tygodni… co w dużej części było prawdą.
Po godzinie była trochę mniej blada. Włosy zaplotła w luźnego warkocza, a korektorem zamaskowała cienie pod oczami.
Na dole w kuchni zjadła potulnie obiad podany przez mamę, która nie odezwała się do niej słowem. Matylda próbowała załagodzić sytuację, ale po kilku niemrawych odpowiedziach siostry i mamy westchnęła i poszła do swojego pokoju. Cisza panowała też w samochodzie. Kora patrzyła przez szyby na idących ulicami ludzi. Byli tacy beztroscy, nieświadomi… szczęśliwi. Ona czuła się, jakby ugrzęzła w innym życiu, innym świecie, innym ciele. Miała wrażenie, że jej skóry nie dotyka ciepło słońca.
Na myśl o terapii robiło jej się niedobrze.
„Kolejna osoba, przed którą będę musiała kłamać…”.
– To tutaj – usłyszała głos mamy i zerknęła na nowy, elegancki budynek, który, nie wiadomo kiedy, pojawił się w centrum Krakowa. – Przyjadę po ciebie za godzinę. Gabinet jest na trzecim piętrze. Doktor Rafał Górecki.
Kornelia wysiadła z samochodu i przez moment zastanawiała się, czy nie uciec, ale doszła do wniosku, że to i tak nie ma sensu. Unikając własnego spojrzenia w lustrze, wjechała na trzecie piętro i stanęła przed drzwiami, na których ktoś umieścił tabliczkę z eleganckim srebrnym napisem:
RAFAŁ GÓRECKI
PSYCHOTERAPEUTA
Kornelia westchnęła i lekko nacisnęła klamkę. Znalazła się w nowoczesnym, eleganckim przedpokoju. Jej uwagę w pierwszej kolejności przykuły dwa miękkie fotele. Przy biurku, znajdującym się naprzeciwko wejścia, siedziała recepcjonistka.
– Pani Kornelia – powiedziała, zanim Kora zdążyła powiedzieć cokolwiek.
Dziewczyna kiwnęła głowa.
– Proszę się rozgościć, pan doktor zaraz panią przyjmie.
Kornelia usiadła w głębokim fotelu, ale nie za bardzo mogła się rozluźnić. Zanim zdążyła sięgnąć po jakiekolwiek czasopismo, które zajęłoby jej myśli, drzwi z prawej strony uchyliły się i usłyszała:
– Kornelio, zapraszam.
Kora westchnęła po raz kolejny i weszła do gabinetu, stanęła oko w oko z wysokim brunetem, który uśmiechał się do niej przyjaźnie.
– Cześć, jestem Rafał Górecki, możesz do mnie mówić „panie doktorze”, „panie Rafale”, „Rafale”, jak wolisz.
– Kornelia – mruknęła.
– Proszę, siadaj. – Rafał wskazał jej szarą sofę.
Kora szybko omiotła wzrokiem otoczenie. Oprócz regałów zastawionych rzędami książek zauważyła porozwieszane na ścianach dyplomy i certyfikaty. Sam gabinet był neutralny i nie zdradzał nic o psychoterapeucie. Jedynym dość ekstrawaganckim elementem był portret młodej kobiety, w sukni rodem z Przeminęło z wiatrem. Mężczyzna jeszcze stał przy biurku i przeglądał notatki. Kornelia szybko oceniła jego wiek na trzydzieści parę lat. Miał ciemne włosy, ciemne oczy i trzydniowy zarost. Był przystojny w ten nonszalancki sposób. Tacy mężczyźni zazwyczaj nie zdają sobie sprawy z tego, jak działają na kobiety.
Usiadł w fotelu, który stał po lewej stronie sofy, i popatrzył na Korę.
– Co cię do mnie sprowadza? Mogę mówić ci na „ty”?
– Jasne – mruknęła i usłyszała, że ma strasznie zachrypnięty głos. Chrząknęła lekko. – Właściwie… – Poczuła, że nie ma siły dłużej kłamać. – Właściwie to przywiozła mnie tu mama. Sama, no cóż… Dobrowolnie raczej bym tu nie przyszła. – Uśmiechnęła się z zakłopotaniem.
– Rozumiem. Na początku chciałbym, żebyś miała świadomość dwóch rzeczy. Po pierwsze nic, o czym rozmawiamy, nie opuszcza murów tego pomieszczenia, po drugie chciałbym, żebyś mówiła prawdę… albo nie mówiła nic. Nie chcę, żebyś mówiła coś tylko dlatego, że tego oczekuje od ciebie mama, tata, ktokolwiek. Musisz być szczera. Inaczej nic nam z tego nie wyjdzie.
Kornelia przez chwilę patrzyła terapeucie w oczy i kiwnęła głowa twierdząco.
– Okej. To mamy z głowy. Chcesz o czymś porozmawiać? Chcesz coś mi powiedzieć?
– Właśnie to na tym polega problem. Nie mam wiele do powiedzenia. W moim życiu dzieje się… dzieje się tyle, że sama nie potrafię tego ogarnąć. Szczerze? Nie wiem, czy chcę o tym mówić. Myślę, że gdybym ci o tym opowiedziała, to wysłałbyś mnie do szpitala psychiatrycznego.
– Jestem w stanie naprawdę dużo zrozumieć. – Uśmiechnął się, a Kornelia po raz pierwszy od wielu dni poczuła, że się rozluźnia. – Jeśli chcesz, to pogadamy. Jeśli nie, możesz poczytać, odpocząć. Co chcesz. – Rafał wpatrywał się w nią.
– Okej. Mogę chwilę odpocząć? – zapytała, czując, jak jej ciało zapada się powoli w miękką sofę.
– Dobrze, ja będę pracował. – Zerknął na zegarek. – Mamy jeszcze… siedemdziesiąt minut. Tak że ty odpoczywaj, a jak minie nasz czas, dam ci znać.
Kornelia jeszcze przez chwilę obserwowała, jak psychoterapeuta wraca do biurka, a potem pozwoliła sobie pierwszy raz od wielu dni na odpoczynek. Nie myślała o Gabrielu, o aniołach, o swoim życiu. Zamknęła oczy i odpłynęła.
***
Gabriel z głową przechyloną do tyłu wpatrywał się w płynące po niebie chmury. Czas mijał. Czasami odwiedzała go Lilith, czasami któryś z upadłych, którzy jeszcze nie tak dawno temu spełniali jego życzenia. A on znajdował się dokładnie w tym samym miejscu przykuty łańcuchami do drzewa. Zdejmowali mu je tylko na noc, żeby mógł się położyć. Wtedy pilnowały go straże.
Na początku próbował nawiązywać kontakt z Kornelią, z kimkolwiek, kto mógłby go usłyszeć. Odpowiadała mu jedynie Ciemność. Czuł ją. Była blisko. Była wściekła. Czasami miał wrażenie, że jej macki liżą pióra jego skrzydeł. Jego starych, nowych, skrzydłach. Które nie chciały się schować. Próbował, wielokrotnie. Bez skutku. Wciąż z nim były, szare, pięknie, w jakiś dziwny sposób przytulne i dodające otuchy. Ale nie mógł ich schować, tak jakby zapomniał, jak się to robi. Bał się, że Ciemność w końcu będzie chciała mu je odebrać, w końcu… przecież już raz je stracił. Skrzywił się lekko, a w jego głowie pojawiło się wspomnienie.
Głos Lilith zabrzmiał tuż przy jego lewym uchu:
– O, nie śpisz.
Odwrócił się i zobaczył, że siada koło niego, na tyle blisko, żeby dokładnie go widzieć.
– No co tam? Znudziło ci się? Wypuszczasz mnie?
Roześmiała się głośno, odrzucając głowę do tyłu. Jej jasne włosy zafalowały
– Och, Gabrielu. Twoje niesłabnące poczucie humoru jest naprawdę urocze. Chciałam ci coś pokazać… – Uśmiechnęła się zimno.
Chwyciła go za rękę i nagle poczuł, że powietrze zadrgało, a świat wokół nich zawirował. Przed jego oczami pojawiło się wnętrze mieszkania. W jasno oświetlonym pomieszczeniu znajdował się mężczyzna siedzący przy biurku, pogrążony w lekturze, opierał głowę na jednej ręce. Miał na sobie jasną koszulę z podwiniętymi rękawami, która kontrastowała z jego ciemną karnacją i ciemnymi włosami. Mężczyzna drgnął lekko i uniósł głowę, oparł się o fotel i zapatrzył się w coś, po drugiej stronie pomieszczenia.
– Raff – szepnął Gabe i poczuł, że jego głos lekko zadrżał. Podążył za jego wzrokiem i poczuł, że serce mu zamiera.
Na szarej sofie lekko skulona spała spokojnie Kornelia. Gabe całą wolę włożył w to, żeby nie reagować, czuł czujny wzrok Lilith na sobie. Chłonął obraz, który miał przed oczami. Kora oddychała spokojnie, była bardzo blada i miał wrażenie, że jest dużo szczuplejsza niż wcześniej… Z luźnego warkocza wymykały się pasma włosów i otaczały jej twarz.
I wtedy inny obraz wtargnął do głowy Gabriela i anioł wciągnął z sykiem powietrze.
– Co? Przypomniałeś sobie ostatnie spotkanie ze swoim bratem? – Zimny, ociekający sarkazmem głos wdarł się do jego świadomości.
Gabe z trudem przeniósł wzrok na siedzącego przy biurku Rafała. Widać było, że myśli nad czymś intensywnie. Zmarszczył brwi i powoli wstał z fotela. Podszedł cicho i usiadł koło Kornelii, wciąż przyglądając się jej uważnie.
– Nie – prawie krzyknął i nagle znów siedział w łańcuchach na skraju polany. – Nie – szepnął i schował twarz w dłoniach.
– No. – Lilith cmoknęła. – To ja nie będę ci dzisiaj już przeszkadzać. Myślę, że twoje własne towarzystwo cię dzisiaj wykończy…
Gabriel oddychał ciężko. Wciąż miał przed oczami Rafała, który wpatrywał się w Kornelię.
„Jeśli to prawda…”.
Poczuł pulsujący ból w klatce piersiowej. Nie wiedział, czy boli go rana, czy serce.
„Jeśli to prawda, Kornelia nie ma szans”.
– Kora – usłyszała miękki głos.
– Gabe – szepnęła.
– Kora, to ja, Rafał. Chyba zasnęłaś.
Do mózgu Kory z opóźnieniem dochodziły informacje. Jeszcze sekundę po otworzeniu oczu myślała, że patrzy w niebieskie oczy Gabe’a, mrugnęła i dotarło do niej, że stoi przed nią Rafał.
– Przepraszam – mruknęła. – Ostatnio nie sypiam dobrze.
– Kim jest Gabe?
Kornelia lekko przechyliła głowę i dłużej wytrzymała jego spojrzenie.
– To miłość mojego życia, którą straciłam – szepnęła. – Dzisiaj ci o tym nie opowiem – dodała i wyszła bez pożegnania.
Kiedy wracała z mamą do domu, usiłowała przeanalizować to, co działo się w gabinecie. Już dawno nie czuła się tak bezpiecznie. Nie pamiętała, kiedy ostatnio obudziła się tak wypoczęta. Nie wiedziała tylko, co myśleć o Rafale. Było w nim coś znajomego. Nie umiała tego określić.
Magda zerknęła przelotnie na córkę i przerwała jej rozmyślania:
– I jak było?
– Było… nieźle – odpowiedziała sama zaskoczona.
– Cieszę się. Będziesz mieć spotkania przez najbliższe trzy miesiące. Umówiłam ci wizyty raz w tygodniu. Musisz stanąć na nogi, kochanie. Wiem, że śmierć Sary jest dla ciebie czymś koszmarnym, ale inaczej nie dasz rady.
Kora kiwnęła głową. Nie miała siły kłócić się z matką. Pomyślała też, że może dzięki tym spotkaniom trochę bardziej się wyśpi.
***
Kolejny miesiąc minął jej na spaniu, szukaniu informacji o aniołach i wizytach w gabinecie doktora Góreckiego. Właściwie jednak nie miała okazji się wyspać. Zaczęli rozmawiać. O drobnostkach, rzeczach nieistotnych. Ale te rozmowy sprawiały, że Kornelia poczuła ulgę i chociaż przez chwilę – spokój.
Kiedy w kolejny poniedziałek otworzyła drzwi jego gabinetu, zobaczyła, jak Rafał przegląda leżące na biurku papiery. Miał na sobie ciemne spodnie i białą koszulę z podwiniętymi do łokci rękawami, uśmiechnął się do niej.
– Cześć, Kora. Dobrze cię widzieć, siadaj.
Kora usadowiła się na kanapie i podciągnęła kolana pod brodę.
– To co? – Rafał usiadł na fotelu i utkwił w niej spojrzenie. – Powiesz mi coś dzisiaj? – zapytał tym swoim ciepłym i spokojnym głosem.
Przez chwilę wpatrywała się w niego i nagle postanowiła zrobić coś całkowicie szalonego.
– Mówiłeś, że nic, co tutaj usłyszysz, nie opuści tego gabinetu, tak? – zapytała, przechylając głowę.
– Dokładnie. – Rafał kiwnął głową i odchylił się na oparcie fotela.
– Okej, to coś ci opowiem. Pewnie potem wezwiesz karetkę i skończę w psychiatryku, ale chyba już nie mogę dłużej tego trzymać w sobie… a właściwie – zamyśliła się – właściwie jesteś jedyną osobą, której mogę to powiedzieć.
Rafał nie odezwał się. Popatrzył tylko na nią i lekko skinął głową.
Kora westchnęła głośno. Spojrzała na swoje dłonie i przymknęła oczy. Nie chciała widzieć miny Rafała, kiedy sens jej słów zacznie do niego docierać.
– Ktoś ukradł mi rzeczywistość. Właściwie moje życie. Rok temu byłam po prostu studentką w klasie wiolonczeli, miałam dwójkę fantastycznych przyjaciół, super rodzinę i problemy, jakie miewają studenci: skąd wziąć kasę, jak zdać sesję… W październiku na naszej uczelni pojawili się studenci z USA. Wśród nich Gabriel Wellington, Gabe… – Głos jej się załamał. A ponieważ miała zamknięte oczy, nie mogła zauważyć tego, że Rafał lekko drgnął. – A później moje życie przyspieszyło. Gabe najpierw… najpierw mnie w sobie rozkochał, później… później zdradził, zostawił. Dość mocno poharatał. Alicja i Adaś cały czas usiłowali wybić mi go z głowy, ale ja nie mogłam. Kocham… kochałam go. A później okazało się, że po ziemi chodzą anioły. – Zerknęła na Rafała, którego twarz nie zdradzała żadnych emocji poza uprzejmym zainteresowaniem. – Okazało się, że Adam i Ala, i moi rodzice nimi byli, a raczej tata, bo mama… mama jest Upadłym. – Zaśmiała się nerwowo na dźwięk słów, które wpływały z jej ust. – Najdziwniejsze okazało się to, że ja też mam coś wspólnego z Aniołem… A mój Gabe… mój Gabe okazał się Cieniem Archanioła. Miał mnie zabić, ale dla odmiany się we mnie zakochał i postanowił mnie chronić. I chyba mu się udało. Ostatecznie to ja tu jestem, a on pewnie nie żyje, bo poświęcił się dla mnie i chyba przestał być księciem Ciemności… Obudziłam się dwa miesiące temu w szpitalu. Moi rodzice są normalni do szpiku kości. Moi przyjaciele to inni ludzie, chociaż wszystkie fakty na niebie i ziemi świadczą, że nie są to Adam i Ala. A Gabriel… zniknął… jakby nigdy go nie było… nie mam żadnego, żadnego dowodu, że on istniał… – Poczuła, że łzy napływają jej do oczu. Odetchnęła głęboko. – No i jeszcze moja niedoszła zabójczyni była podobno moją najlepszą przyjaciółką… A ja myślę, że są dwie opcje, albo ktoś mieszał w tej rzeczywistości, albo, co bardziej prawdopodobne, po prostu zwariowałam – dodała szeptem i otarła łzy.
W gabinecie zapadła wibrująca cisza. Kora nie otwierała oczu. Bała się, że zobaczy ten sam wyraz twarzy, który widziała u swoich najbliższych, kiedy próbowała rozmawiać na ten temat. Usłyszała, że Rafał wstaje i podchodzi do okna. W napięciu czekała na to, co usłyszy od terapeuty.
Ale zamiast słów usłyszała coś, czego się nie spodziewała. Znajomy dźwięk, cichy szum. Otworzyła oczy i znów, kolejny raz w ciągu ostatnich miesięcy, pomyślała, że traci rozum.
Rafał stał przy oknie odwrócony do niej tyłem. Ręce trzymał w kieszeniach, a z jego pleców wyrosły piękne, migoczące delikatnym złotym blaskiem, białe skrzydła. Kornelia przypomniała sobie, że kiedyś czytała o imieniu Rafał. Oznaczało ono „Bóg uleczy”. Takie imię nosił również jeden z trzech archaniołów. W ikonografii przeważnie ukazywany razem z Michałem i Gabrielem.
– Czyli pogłoski o tym, że mój brat naprawdę się zmienia, są prawdziwe – powiedział cicho i odwrócił głowę w kierunku Kory.
Dziewczyna przez chwilę wpatrywała się w niego, nie wierząc w to, co widzi. Nagle zrozumiała, dlaczego było w Rafale coś znajomego. Odwrócił się do niej. Jego skrzydła wypełniły całą przestrzeń między ścianami gabinetu.
– Przepraszam, nie mogłem wcześniej ci powiedzieć. Nie miałem pojęcia, ile wiesz, ile pamiętasz. Bo to, że ktoś grzebał w czasie, wiemy już chyba oboje.
Kornelia nie odezwała się ani słowem, jej umysł pracował na najwyższych obrotach. Była wyjątkowo spokojna. Nie zwariowała. Anioły istniały. Gabe istniał. Był. Naprawdę był. Wciąż nieruchomo siedząc na sofie, poczuła, że świat, który przez ostatnie miesiące zdawał się wirować dookoła niej jak szalony, właśnie się zatrzymał. Znów miała grunt pod nogami.
Zerwała się i przebiegła pokój, i rzuciła się w ramiona Rafała. Ten roześmiał się cicho. Kornelia pomyślała, że Gabe śmiał się w bardzo podobny sposób. Rafał objął ją delikatnie. Ciepło jego ciała i spokojne bicie jego serca sprawiły, że z jej oczu zaczęły kapać łzy.
– Hej. – Rafał odsunął ją od siebie i uniósł jej podbródek, tak żeby spojrzała mu w oczy. – Jestem tutaj dla ciebie. Znajdziemy go, obiecuję. Uwierz mi, on nie zniknął. Ciemność na pewno z niego nie zrezygnowała. Skoro ktoś zmienił rzeczywistość, to znaczy, że w którejś równoległej rzeczywistości znajdziemy Gabriela.
Kora otarła łzy wierzchem dłoni i zmarszczyła brwi.
– A co to znaczy, przepraszam, „w jakiejś rzeczywistości”? – mruknęła.
Rafał uśmiechnął się i przeciągnął się lekko, kiedy jego skrzydła schowały się z szumem.
– Podejmując decyzję, wchodzisz na ścieżkę, z której nie możesz już zawrócić. Możesz ją modyfikować, możesz skręcać, ale nie zawrócisz. Ale to, że wybierasz szkołę muzyczną zamiast szkoły baletowej, to, że spotkasz się z Jankiem, a nie z Piotrem, nie sprawia, że te inne możliwości znikają. – Rafał zawiesił głos i zapatrzył się w przestrzeń. – One tam gdzieś są, czasami wracają do was, do ludzi, w formie snów, krótkich przebłysków typu „a co by było, gdyby…”. To właśnie te odpryski rzeczywistości ktoś teraz sprytnie wykorzystał.
– Ciemność? – szepnęła Kora i zapatrzyła się w zalane słońcem ulice.
– Możliwe. – Rafał wzruszył ramionami. – Za mało wiemy, żeby to ocenić, ale… myślę, że mogę ci pomóc.
– Pomożesz mi znaleźć Gabriela? – Głos Kory drżał z podekscytowania.
Rafał popatrzył na nią przeciągle i lekko skinął głową.
– Pomogę ci… w końcu to mój brat. – Jeden kącik jego ust powędrował w górę.
***
Rafał rozmawiał przez telefon, a Kora oszołomiona wodziła za nim wzrokiem. Bała się, że jeśli tylko spuści go z oczu, to on zniknie.
– Kora? – Rafał usiadł w fotelu i popatrzył na nią uważnie. – Wszystko okej?
Kora kiwnęła głową i się uśmiechnęła. Pierwszy raz od dwóch miesięcy miała wrażenie, że na jej sercu i klatce piersiowej nie siedzi coś ciężkiego. Mogła oddychać. Nie wiedziała, gdzie jest Gabriel, ale w końcu nie była sama…
– Tak, dziękuję. Czuje się… dobrze. Teraz zaczynam wierzyć, że po prostu będzie dobrze.
– Kończy nam się czas. Na razie nie chcę, żebyśmy coś zmieniali w trybie, w jakim się spotykamy – powiedział. Kora lekko zmarszczyła brwi. – Nie zrozum mnie źle, ale nie mamy pojęcia, co się stało i kto za tym wszystkim stoi. Zobaczymy się za tydzień, ale mam dla ciebie zadanie. Proszę, przypomnij sobie momenty w twoim życiu, które miały znaczenie. Zastanów się nad tym dobrze. Może w ten sposób odnajdziemy Gabriela. – Wręczył jej wizytówkę. – Tu masz mój numer. Gdyby coś się działo, dawaj znać.
– Dzięki. – Uśmiechnęła się i schowała karteczkę do torebki.
– Co z twoimi skrzydłami? – zapytał.
Starała się nie patrzeć mu w oczy.
– Są… gdzieś tam – mruknęła. – Nie mogę ich rozłożyć, odkąd nie ma Gabriela.
– Wcale mnie to nie dziwi. Przez ostatnie miesiące wątpiłaś we wszystko, co odkryłaś… wbrew pozorom wszystko jest kwestią wiary – westchnął i drgnął lekko, kiedy jego telefon cicho zawibrował. – Okej, widzimy się za tydzień. – Uśmiechnął się i jeszcze raz uściskał Korę. – Nie martw się, będzie dobrze.
Kornelia wyszła z gabinetu. Idąc schodami, zastanawiała się, czy to faktycznie prawda. Zalewało ją tyle sprzecznych uczuć, ale nareszcie coś czuła. W końcu znalazła jakiś cel, sens i drogę, którą mogła iść.
Gdy wsiadała do samochodu mamy, nie mogła przestać się uśmiechać.
– Oooo! Uśmiech. – Magda z uwagą wpatrywała się w córkę.
– To była dobra sesja… dzięki, mamuś. – Kora cmoknęła Magdę w policzek.
Ta szerzej otworzyła oczy, ale nic nie powiedziała. W korku mocniej ścisnęła córkę za rękę.
– Cieszę się, dobrze widzieć cię taką ożywioną.
***
Gabe leżał na trawie i wpatrywał się w gwiazdy. Czuł swoje miękkie skrzydła, które otaczały go ciasno. Nie mógł sobie przypomnieć, ile godzin minęło od jego spotkania z Lilith i dlaczego zapadła już noc.
Przed oczami miał wciąż Kornelię i pochylającego się nad nią Rafała. Właściwie miał ochotę się poddać. Miał nadzieję, że odnajdzie Michała, może Ariela, może kogoś z pomniejszych. Nie Rafała, nie po tym… Westchnął i przeczesał włosy, które zrobiły się dłuższe od czasu, gdy tu trafił.
Nie chciał wracać do tamtych wspomnień. Pamiętał Paryż i te szalone czasy. Był taki… zły, taki wściekły, zwłaszcza na tych, którzy pozwolili mu Upaść. Szukał jej. Ciągle jej szukał i był, po raz kolejny, przekonany, że ją odnalazł.
Rok 1868. Właśnie uwiódł Marie. Była taka młoda, taka ufna i łatwowierna. Wpatrywała się w niego wielkimi zielonymi oczami. Jej jasne rude włosy upięte pod kapeluszem kusiły go. Nawet w obecności tej nieszczęsnej przyzwoitki nie mógł odmówić sobie przyjemności dotykania jej. Kiedy już miał ją w garści, przez przypadek zorientował się, że w jej życiu jest ktoś jeszcze.
Rafał. Jego brat. Zakochany w Marie po uszy. Szczęśliwy, z planami na decyzję, która miała zmienić jego życie na zawsze. Gabriel poczuł, że to idealny moment na zemstę.
W końcu i tak miał w planach pozbyć się Marie. Wiedział, kiedy Rafał chce się oświadczyć. Wcześniej wywabił ją z domu, wyznał jej uczucie, pocałował ją i wtedy na oczach biegnącego w ich stronę Rafała wbił jej sztylet w serce. Wciąż pamiętał jej wzrok, tak całkowicie bezbronny i nierozumiejący.
A później rozpętało się piekło. Ból Rafała, jego wściekłość. Prawie zabili się nawzajem. Gabe wciąż pamiętał, jak miesiącami leczył rany… A po wszystkim okazało się, że zabił Marie na próżno. Ostatecznie była kolejną pomyłką. A teraz los lub Ojciec – nie był przekonany, która wersja mogłaby być gorsza – właśnie z niego drwił.
Miał pewność, że jeśli Kornelia powie, kim jest, jego brat ją zabije. On na miejscu Rafała właśnie tak by postąpił. Zemściłby się, żeby ten drugi mógł poczuć jego ból.
Na samą myśl o tym rana zaczęła pulsować tępym bólem. Skrzywił się lekko i syknął. Jeden z pilnujących go Upadłych czujnie uniósł głowę. Gabriel nienawidził tego, jak bardzo czuł się bezbronny.
Nie mógł nic zrobić, był totalnie bezużyteczny.
Kornelia siedziała na tarasie, wpatrując się w promienie zachodzącego słońca. Ciepły, lipcowy wieczór zachęcał do aktywności, zewsząd dochodziły głosy sąsiadów, ktoś palił grilla, ktoś zapędzał dzieci do kąpieli. Kora trzymała w rękach kubek z herbatą, usiłując skupić się na zadaniu, które dał jej Rafał. Jutro miała się z nim spotkać i musiała wiedzieć, w którą stronę powinna się udać.
Przez ostatnie dni wertowała pamiętniki, spisywała wydarzenia, które jej zdaniem miały wpływ na to, że jej życia potoczyło się tak, a nie inaczej. Miała kilka pomysłów, ale nie była pewna, czy to nie ślepe uliczki. Jej telefon zawibrował cicho i Kornelia zerknęła na wyświetlacz.
Rafał:
Widzimy się jutro, ubierz się wygodnie i nie martw się. Wszystko będzie dobrze. R.
Kora:
OK, dzięki.
Wysłała i uśmiechnęła się.
– Nawet nie wiesz, jak dobrze cię widzieć taką… normalną – westchnął Łukasz i usiadł ciężko na fotelu obok córki. Odkręcił butelkę z piwem i pociągnął kilka łyków. – Nie cierpię koszenia trawy – westchnął.
– A jeszcze rok temu chciałeś sobie kupić traktor – zaśmiała się Kora.
– A to co innego, to wyższa półka, moja droga, wyższa półka. Z kim rozmawiałaś?
– Z Alicją. Jutro po terapii idziemy na zakupy i do kina, tak że… pewnie będę późno – powiedziała szybko, modląc się w duchu, żeby ta wymówka wystarczyła. Liczyła, że będzie miała wystarczająco dużo czasu na wyprawę z Rafałem.
– Super, ja jutro jestem w domu. Weź mój samochód.
– Dzięki, tato.
– A powiedz mi, jaki jest ten terapeuta? Jak on się nazywa? Górski…?
– Górecki, Rafał. Jest cierpliwy i umie słuchać. Mimo wszystko cieszę się, że mama mnie do tego zmusiła.
– Czasami spotyka nas to, co jest dla nas idealne, ale niekoniecznie mieści się w naszych wyobrażeniach czy marzeniach – mruknął Łukasz, wpatrując się w muchę, która uparcie chciała wlecieć do butelki.
– Idę się kąpać i do spania. Dobranoc, tato – powiedziała i cmoknęła go w policzek.
– Śpij dobrze – odpowiedział.
Ale Kornelia jeszcze długo nie mogła zasnąć. Była zdenerwowana i podekscytowana. Wciąż się bała, że gdy się rano obudzi, znów wszystko okaże się tylko wytworem jej wyobraźni. Kiedy w końcu zmorzył ją sen, śniło jej się, że goni Gabriela. Miała go przed sobą, a gdy wyciągała do niego ręce, znikał. Widziała jego piękne, szare skrzydła, na które przecież dane jej było patrzeć tylko przez ułamek sekundy.
Kiedy się obudziła, wciąż z jego imieniem na ustach, westchnęła i poczuła dreszczyk emocji. Zjadła śniadanie i przemęczyła się kilka kolejnych godzin, czekając na porę wyjścia z domu. Włożyła długą spódnicę, wciąż miała problem z pokazywaniem nóg, i bawełnianą bluzkę. Włosy spięła w wysokiego kucyka i zerknęła na siebie w lustrze. Nie wyglądała już tak przeraźliwie blado jak kilka tygodniu temu, a w oczach nie miała już tej bezbrzeżnej rozpaczy. Pociągnęła rzęsy tuszem i odetchnęła. Zbiegła lekko na dół i wyciągnęła z porcelanowej wazy z przedpokoju kluczyki do Suva ojca.
– Mamo, jadę na terapię, potem jedziemy z Alą do kina, pewnie będę wieczorem! – zawołała.
– Bawcie się dobrze, skarbie! – usłyszała głos Magdy dobiegający z sypialni.
– Paaa! – odpowiedziała.
Była tak podekscytowana, że do gabinetu dotarła ponad pół godziny przed czasem. Recepcjonistka uśmiechnęła się do niej profesjonalnym uśmiechem i oznajmiła, że oczywiście może poczekać. Podała jej szklankę wody, a Kora niecierpliwie zaczęła przerzucać leżące na stoliku czasopisma. Co chwilę nerwowo zerkała na zegarek, który wydawał się chodzić niemożliwie wolno.
Po półgodzinie męki z gabinetu Rafała wyszedł starszy pan i skinął głową recepcjonistce. Ta po chwili posłała dziewczynie uśmiech i powiedziała:
– Zapraszam, Kornelio.
Kora zerwała się jak oparzona z fotela. Weszła do gabinetu Rafała i zamknęła za sobą drzwi. Zobaczyła archanioła stojącego przy biurku. Zamknął właśnie notatnik i schował go do szuflady. Również ubrany był swobodniej niż zwykle. Jasne chinosy, sneakersy i koszula w delikatny wzorek wyglądały jak zwykle świetnie. Rafał uśmiechnął się, unosząc na nią wzrok.
– Cześć, jak się czujesz?
– Dziwnie? Strasznie się denerwuję. – Kora opadła na kanapę.
– Już ci wszystko wyjaśniam.
Rafał obszedł biurko i przysiadł na jego brzegu. Korze przemknęło przez myśl, że powinna go zapytać, czy jest w jego życiu ktoś równie ważny jak dla niej Gabriel. Czy to tylko oni są jakąś totalną anomalią? Powstrzymała się i skupiła się na jego oczach.
– Podróże między wymiarami nie należą do łatwych i przyjemnych. Ale jesteś ze mną, więc i tak połowę problemu mamy z głowy. Ty musisz być skupiona, ja zajmę się resztą. Masz jakieś wspomnienia?
Kora kiwnęła głową.
– Nie mów mi o nich. Miej je w głowie, one same nami pokierują.
– Ile może nas nie być?
– Trudno powiedzieć, czasami to trwa pięć minut, czasami kilka godzin. W odpryskach rzeczywistości czas jest pojęciem bardzo względnym. Pamiętaj, że nikt nas nie będzie widział… i, Kora – przez chwilę się zawahał – pamiętaj, że to, co zobaczysz… to się nie wydarzyło i się nie wydarzy… ale musisz być gotowa na różne wersje siebie… i jeszcze różniejsze wersje Gabriela.
– Chcesz mnie przestraszyć czy uspokoić? – jęknęła i podrapała się po czole.
– Może jedno i drugie. – Rafał wzruszył ramionami. – Okej, nie ma na co czekać – powiedział i stanął na środku gabinetu.
Za jego plecami z cichym szumem wyłoniły się jego skrzydła. Kornelia wpatrywała się w nie jak zaczarowana. Chłonęła ich blask i nieludzkie piękno.
– Chodź do mnie – usłyszała głos Rafała.
Automatycznie wstała i podeszła do niego. Zobaczyła jego lekko ubawioną minę i uśmiechnęła się przepraszająco.
– Wybacz, już się skupiam! – Uśmiechem próbowała zamaskować zmieszanie.
– Obejmuj mnie w pasie i mocno trzymaj. Najlepiej zamknij oczy. Nie umiem ci powiedzieć, czy to będzie miłe uczucie, czy nie. To trochę jak lot, ale… w czasoprzestrzeni.
Kornelia mruknęła coś niezrozumiale i niepewnie go objęła. Był od niej dużo wyższy, wyższy nawet niż Gabriel, tak że sięgała mu raptem w okolice mostka. Zadarła głowę i zobaczyła jego brązowe oczy, które uważnie się w nią wpatrywały.
– Wszystko okej? – zapytała cicho.
Czuła jego dłonie na swojej talii.
– To raczej ja powinienem cię o to spytać. – Uśmiechnął się i przyciągnął ją bliżej. – Lepiej zamknij oczy. Gotowa?
– Bardziej gotowa nie będę – mruknęła Kora i zacisnęła powieki, a później rzeczywistość zadrgała lekko.
Najbardziej lubię myśleć o tym, kim byłbym, gdyby nie to…
Dawid Podsiadło feat. Sokół, Świadomy sen
Kornelia czuła szum w uszach i pęd powietrza, który niejednokrotnie zapierał jej dech w piersiach. Uścisk Rafała był pewny, a jego serce biło spokojnie i miarowo. Słyszała je, gdy przyciskała głowę do jego piersi. Miała wrażenie, że lot trwał godziny, a potem w kilka sekund wszystko ustało.
Kora poczuła, że jej nogi dotykają podłogi. Rafał zwolnił lekko uścisk, a jego skrzydła schowały się z cichym szumem.
– Gdzie jesteśmy? – zapytał ją cicho.
Rozejrzała się uważnie po przestrzeni, w której wylądowali, i zmrużyła oczy.
– W pewnym momencie, zanim poszłam do liceum, zastanawiałam się, czy nie iść do klasy biol-chem… myślałam o medycynie. – Wzruszyła bezradnie ramionami i przeszła przez biały korytarz. Zerknęła na drzwi i zmarszczyła brwi: – Jesteśmy w Uniwersyteckim Centrum Klinicznym. W Uniwersyteckim Centrum Klinicznym… w Gdańsku.
Przeszli bezszelestnie przez drzwi i nagle usłyszeli kakofonię dźwięków, kwilenie dzieci, stukot chodaków i przeraźliwy krzyk kobiety. Kora z wahaniem podeszła do drzwi, zza których słychać było krzyki. W tym samym momencie te uchyliły się i pojawiła się w nich blond głowa:
– Aga! Zawołaj doktor Orłowską, rodzimy, niech szybko przyjdzie! – zawołała kobieta do idącej korytarzem młodej pielęgniarki. Ta kiwnęła głową i puściła się biegiem, omijając ludzi stojących na korytarzu.
– Jesteś lekarką. No, no. – Rafał się uśmiechnął.
Kora wpatrywała się w miejsce, w którym zniknęła pielęgniarka. Bała się zobaczyć siebie. Kilka długich sekund później ujrzała siebie nie-siebie. Miała niedbale spięte na czubku głowy, wciąż ciemne włosy. Szła szybko korytarzem w białym, eleganckim lekarskim uniformie. Kiedy mijała Korę, ta zobaczyła, że na twarzy jej starszej wersji, tak samo znajomej jak zwykle, pojawiło się kilka zmarszczek. Ta druga miała na sobie lekki makijaż, który nie rzucał się w oczy.
Lekarka otworzyła drzwi i z uśmiechem rzuciła:
– No i jak tam, dziewczyny drogie?
– Rodzimy główkę… – usłyszała głos położnej.
Dalszą część zdania zagłuszył przeraźliwy krzyk rodzącej kobiety. Rafał dotknął delikatnie ramienia Kory.
– Okej? Idziemy do środka? – zapytał.
Kora, wciąż nie mogąc nic powiedzieć, kiwnęła głową.
– Wejdziemy tak, żebyśmy… no, nie widzieli może… – zaczął dukać.
Parsknęła śmiechem i pewniejszym krokiem wślizgnęła się do sali, omijając wzrokiem miejsce, w którym pochylona była położna.
– Dobrze, Ewa. Teraz oddychaj płytko – zakomenderowała Kora, obserwując pracę położnej.
– Nie dam rady – jęknęła pacjentka.
– Świetnie ci idzie – dodała Kornelia i z uwagą śledziła to, co działo się między nogami kobiety.
– Przyj! – krzyknęła położna. – I chwilę później w sali słychać było krzyk, tym razem dziecka, które miękko wylądowało na piersi mamy.
– Gratulacje, ma pani córeczkę!
Zmęczona mama uśmiechnęła się i przytuliła córkę do policzka. Kornelia przypatrywała się całej sytuacji z nieustającym zdziwieniem. Obserwowanie porodu było już abstrakcją, a obserwowanie siebie z perspektywy osoby trzeciej było totalnie oszałamiające.
Chwilę później urodziło się łożysko, a Kora-lekarka skontrolowała wszystko i umościła się między nogami świeżo upieczonej mamy.
– Teraz panią znieczulę i założę szwy – powiedziała skupiona.
– Ona chyba chce jeść – stwierdziła z wahaniem młoda mama, patrząc, jak jej córka zaczyna szukać buzią drogi do jej piersi.
– Ula, pomóż przystawić małą. To normalne, jeśli tylko dziecko chce, niech je. Damy wam czas.
– Ma pani dzieci? – zapytała Ewa. Obserwowała nowo narodzoną córkę przysysającą się do piersi.
Kornelia uśmiechnęła się lekko i jej twarz się rozpromieniła.
– Mam pięcioletniego synka. Ma na imię Gabriel.
Kornelia poczuła, że brakuje jej tchu. Zerknęła na Rafała, który obserwował ją z uwagą.
– Oddychaj. Oddychaj – usłyszała jego spokojny głos.
Starała się uspokoić nerwowy oddech. Zamknęła oczy i kiedy je otworzyła, okazało się, że jest w cichym i przytulnym mieszkaniu. Wielkie okna wychodziły na morze. Ciche i spokojne lekko falowało.
– Jak się tu znaleźliśmy? – zapytała, patrząc na siedzącego w fotelu Rafała.
– Kiedy zaczęłaś się hiperwentylować, nagle przenieśliśmy się tutaj. Myślę, że to będzie się działo automatycznie. Będziemy wpadać w różne momenty innych rzeczywistości, związane cały czas z jedną tobą.
– Gdzie teraz jest… jestem?
– Usypiasz Gabrysia. Tylko znów nie spanikuj – uprzedził ją. Kora kiwnęła głową.
– Drugie drzwi na prawo – westchnął Rafał i zamknął oczy. – Ja już dużo wiem, ale to ty musisz się dowiedzieć reszty.
Kornelia niepewnie ruszyła ciemnym korytarzem i przeszła przez uchylone jasne drzwi.
– …wtedy właśnie mała myszka przytuliła się do mamy i bezpiecznie zasnęła w jej ramionach.
– Mamo, nie chcę spać – mruknął chłopiec.
Kornelia znów poczuła w uszach znajomy szum, ale starała się nad nim zapanować. Chłopiec miał jasne włosy, które dłuższymi falami opadały mu wokół twarzy, oraz niebieskie oczy, dokładniej szaro-niebieskie. Kiedy w pewnym momencie rozejrzał się po pokoju, jego wzrok prześlizgnął się po niej. Kornelia z wrażenia usiadła koło łóżka.
Nie wiedziała, ile czasu siedziała i patrzyła na dziecko. Najpierw na to, jak ona – jako matka – przytula je, tuli i usypia. Później siedziała i wpatrywała się w małego Gabriela.
– Kora… – usłyszała nad sobą głos Rafała. – Ona już śpi, zasnęła u siebie w sypialni. Możesz teraz szybko wejść w jej świadomość. Kornelia kiwnęła głową i podniosła się z nóg.
– Chodźmy – powiedziała.
Wtedy nagle usłyszała ciche skrzypnięcie. Później okno uchyliło się, a na framudze pojawiła się męska dłoń. Kornelia i Rafał zamarli. Nikt ich nie widział, ale… przecież ktoś właśnie włamywał się do domu…
– Co robimy? – mruknęła do Rafała.
– Czekaj… Mam dziwne wrażenie, że to…
– Gabe – jęknęła Kora i zasłoniła sobie usta dłonią.
– Kora, błagam cię – mruknął jej do ucha Rafał. – Ja wiem, że jesteśmy jedynie projekcją, ale to jednak Gabe i nie wiemy…
Tymczasem anioł wsunął się bezszelestnie do pokoju i zamknął za sobą okno. Na chwilę zastygł bez ruchu, nasłuchując. Kiedy upewnił się, że nikt nie będzie mu przeszkadzał, podszedł i uklęknął koło śpiącego chłopca.
– Cześć, maleńki. Tęskniłem za tobą – szepnął i pocałował chłopca w czoło.
Przez chwilę tulił syna, a potem cicho zaczął nucić:
How can I say this without breaking
How can I say this without taking over
How can I put it down into words
When it’s almost too much for my soul alone
I loved, and I loved and I lost you
I loved, and I loved and I lost you
I loved, and I loved and I lost you…1*
Kornelia poczuła, że po policzkach kapią jej łzy. Mieli z Gabrielem dziecko. Tylko dlaczego Gabe właściwie włamywał się, żeby się z nim zobaczyć? Co się stało?
Po jakimś czasie anioł ucałował syna i wyprostował się. Kora zobaczyła, że wygląda jak wtedy, kiedy widziała go po raz ostatni. Był zmęczony, z workami pod oczami, na policzku miał białą bliznę. Znajomym gestem przeczesał włosy, które, podobnie jak u jego małej kopii, lekko opadały mu na twarz.
Cicho otworzył drzwi. Poruszając się pewnie, stanął w drzwiach sypialni. Pani doktor usnęła z książką w ręce. Gabe podszedł do niej i odłożył książkę na półkę. Delikatnie przykrył kobietę kołdrą, a później położył się koło niej i przytulił się do niej.
– Cześć, maleńka – szepnął. – Tęskniłem za tobą.
Niespokojnie poruszyła się we śnie.
– Ciiiiiii… to tylko sen – szepnął łamiącym się głosem Gabe. – Śpij.
Odprężyła się, a Gabriel wtulił się w nią i zamknął oczy. Kornelia rozłożyła ręce i napotkała równie zdziwiony wzrok Rafała.
– Powiesz mi, co się tu dzieje?
– Nie mam pojęcia – mruknął. – Ale to strasznie dziwne. Spróbuj wziąć ją za rękę. Powinnaś coś zobaczyć. Może jakieś wspomnienia, szczegóły.
– Boję się…
– Wiem, ale inaczej to bez sensu.
Kiwnęła głową i podeszła powoli do łóżka. Wyciągnęła drżącą rękę, dotknęła drugiej siebie. Otoczyła ją ciemność, a później obrazy zaczęły przeskakiwać jej przed oczami. Zobaczyła ich. Jak poznają się w czasie jednej z imprez w akademiku. Początkowo ta relacja nie różniła się od tego, co sama przeszła. Gabe chciał wykonać swoją misję, a później zmienił zdanie.
Przez jakiś czas byli razem. Kornelia zaszła w ciążę, a Gabriel stanął przed tragicznym wyborem. Jego przemiana już się rozpoczęła. Ciemność to czuła. Nie miał wyboru. Mógł albo służyć Ciemności i zapewnić Korze ochronę, albo skazać ją na śmierć. Ją i dziecko. Dlatego zdecydował się na bardzo ryzykowny, wręcz samobójczy krok. Zawarł z Ciemnością pakt. On na zawsze miał zostać na jej rozkazy, w zamian za to Kora miała być bezpieczna. Ona i dziecko. Ale to nie było wszystko. Gabriel zmienił jej wspomnienia. Musiała zapomnieć o wszystkim. O aniołach, o Ciemności. I o nim.
Miała pamiętać chłopaka, z którym zaszła w ciążę i którego bardzo kochała. A który zginął w wypadku samochodowym. Życie. To zdarza się każdego dnia.
Kornelia głośno złapała powietrze.
– Nie uciekaj – usłyszała gdzieś w przestrzeni głos Rafała. – Musisz wiedzieć wszystko.
Skupiła się i mocniej ścisnęła śpiącą Korę za rękę. Nagle znalazła się we wspomnieniach Gabriela. Poczuła ból, który zwalał z nóg. Tak jakby ktoś wyrywał mu serce. Obraz przez chwilę zaczął wirować, a oni znaleźli się znów w tym samym mieszkaniu. Gabe stał i ciasno przytulał do siebie Korę. Dziewczyna uśmiechnęła się lekko i popatrzyła mu w oczy.
– Mały chyba kopnął – zaśmiała się i bezwiednie chwyciła za brzuch. Gabe odsunął ją od siebie i przycisnął dłoń do jej brzucha.
– Chłopiec – szepnął.
[…]
Pozostało jeszcze 90% treści tej książki.
1 „Hurts like hell”, Fleurie.
Księga Szeptów – część II
isbn: 978-83-8423-859-2
© Marta Calik-Tomera i Wydawnictwo Novae Res 2026
Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie, reprodukcja lub odczyt jakiegokolwiek fragmentu tej książki w środkach masowego przekazu wymaga pisemnej zgody Wydawnictwa Novae Res.
redakcja: Karolina Przybył
korekta: Anna Miotke
okładka: Oliwia Błaszczyk
konwersja e-booka: Gabriel Wyględacz – Studio Akapit
Wydawnictwo Novae Res należy do grupy wydawniczej Zaczytani.
Grupa Zaczytani sp. z o.o.
ul. Świętojańska 9/4, 81-368 Gdynia
tel.: 58 716 78 59, e-mail: sekretariat@grupazaczytani.pl
https://novaeres.pl
Publikacja dostępna jest na stronie zaczytani.pl.
