Królestwo Pięciu Księstw - A.P. Ekiel - ebook + audiobook + książka

Królestwo Pięciu Księstw ebook

A.P. Ekiel

3,0

Opis

„Królestwo Pięciu Księstw” to opowieść rozgrywająca się w czasach wojen religijnych. Wyznawcy Szymona Maga, kierowani nienawiścią i chęcią dominacji, planują podbić ziemie zamieszkałe przez innowierców. Losy świata leżą w rękach młodego i niedoświadczonego księcia. Czy Bolesławowi uda się zmienić bieg wydarzeń?

Historia pełna zawiłych intryg, zdrad i krwawych walk, napisana bardzo żywym językiem. Wyjątkowa pozycja, która już od pierwszej strony wciąga i niepokoi Czytelnika, pobudzając wyobraźnię i zmuszając do refleksji.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows
lub macOS

Liczba stron: 873

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
3,0 (2 oceny)
0
1
0
1
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



 

 

 

 

 

CZĘŚĆ PIERWSZA

 

Rozdział 1

Poprzedni rok był całkiem zwyczajny. Żadne znaki na niebie i ziemi nie zwiastowały nadchodzących wydarzeń. Nie było ani plagi szarańczy, ani zaćmienia słońca, ani żadnego innego cudu. Żadna, nawet najmniejsza kometa nie zaszczyciła nieba swoją obecnością, coby prostaczkowie upatrywali w niej jakiegoś znaku od bogów. Słońce codziennie wschodziło zza wysokich gór i z rumieniącym się obliczem wędrowało powoli po niebiańskim firmamencie. Od czasu do czasu skrywało się za ciężkimi chmurami, które otulały świat kokonem niepokoju. Pani Zima też była zwyczajna. Sroga, mroźna i śnieżna. Rzeki i jeziora, jak co roku, zostały pokryte grubym płaszczem lodu, by na wiosnę ponownie zmienić się w życiodajną wodę. Krowy dawały mleko, psy szczekały, koty miauczały, kury uciekały przed kogutami, a te zawsze jakimś trafem zdołały je zbałamucić. Chłopi harowali od świtu do zmroku, marząc jedynie o kawałku chleba, podczas gdy wielmożowie objadali się nieprzyzwoicie w swych pełnych wygód komnatach. Jednym słowem był to zwyczajny rok.

Do czasu.

Była jesień. Złociste liście tańczyły na wietrze w żółtym świetle zachodzącego księżyca. To była ta pora, gdy uczciwi ludzie smacznie drzemali w swych domostwach, by niedługo zacząć nowy, pracowity dzień. Dla trójki młodzieńców dzień się właśnie kończył. Zmęczeni całonocnymi harcami i zamroczeni mocnym winem, ledwo mieli siły powłóczyć nogami. Ich ciężkie buciory głucho stukały o brukowane ulice, a podniecone głosy mieszały się ze sobą, tworząc jeden wielki bełkot. Młodzieńcy, jak przystało na synów wysoko urodzonych panów, pilnie przykładali się do nauki dorosłego życia. Nie było zamtuza w mieście, którego by nie zdołali odwiedzić, i karczmy, w której chociaż raz nie upiliby się do nieprzytomności. Wybitych zębów i połamanych nosów nie szczędzili nikomu. Czasem wystarczył głośniejszy chichot lub opacznie wypowiedziane słowo. Innym razem zbyt długie spojrzenie na jedną z towarzyszących im niewiast. Niewiast tak pięknych i tak powabnych, że każdy z nich dałby sobie dłoń wraz ze zdobiącymi ją sygnetami obciąć, że jeśli nie jest to sama bogini rozkoszy cielesnej Mokosz[1], to przynajmniej jej młodsza siostra, córka, a w najgorszym razie bliska kuzynka. Niewiast jednocześnie tak tajemniczych i ulotnych, że wraz z blednącym światłem gwiazd i ich czar przygasa, by wreszcie w pierwszych promieniach dnia i po zaprzestaniu działania wyskokowych trunków ponownie przemienić się w brzydką córkę karczmarza, szewca lub kowala. Czasem i tego powodu nie trzeba było znajdywać, by buzująca w młodych żyłach krew przemieniła się w lawinę spadających pięści, kopniaków, uderzeń.

Młodzieńcy właśnie minęli opuszczony rybny targ i skręcili w lewo. Wąska droga zmieniła się w szeroki, brukowany gładko ciosanymi kamieniami trakt, który wiódł w górę do wznoszącego się w oddali pałacu. Nad kiwającymi się jak pacynki głowami słyszeli radosny trel budzących się do życia ptaków.

– Ależ ta droga kręta – odezwał się Berorg, syn sławnego rycerza Hipolita, herbu Szreniawa. – Może usiądziemy na chwilę… nóg prawie nie czuję.

– E tam – zaoponował szesnastoletni Lingwen, którego dziad, jak powiadają legendy, jednym ciosem odrąbał trzy głowy swoim wrogom, a ojciec zwyciężał na turniejach rycerskich w całym podzielonym królestwie. Sam Lingwen też miał niemałe zasługi. Nie dalej niż dwa tygodnie temu sam jeden wypił wiadro mocnego helmundzkiego piwa, po czym miał jeszcze siłę wychędożyć grubą córkę karczmarza na oczach biednego ojca. Stary karczmarz początkowo protestował, lecz dosyć szybko pogodził się z zaistniałą sytuacją, ściskając w dłoni brzęczący mieszek.

Trzeci z młodzieńców, Bolesław – syn Wielkiego Księcia Ziemi Warszyckiej – splunął na ziemię i klepnął marudera w plecy. Potknął się przy tym o wystający kamień i tylko jakimś cudem zdołał utrzymać się na nogach. Pokręcił głową, zmiął w ustach przekleństwo i nie bacząc na śpiące miasto, wydarł się na całe gardło:

 

Hej, kompany, towarzysze,

Pijmy wino, póki dyszę,

Nalej, chłopie, pełny dzban,

Bo spragniony jam jest pan.

 

Jego towarzysze ochoczo dołączyli do niego:

 

Hej, karczmarzu, rusz swój zad,

Dolej wina, bom jest chwat.

A ty, bracie, kufel w dłoń,

Głowa wiruj, serce płoń.

 

Hej, kompany, towarzysze,

Dużo wina, ledwo widzę,

Ziemia się kręci jak szalona,

Moje ciało zaraz skona.

 

Niewyraźnie wymawiane słowa pieśni odbijały się echem od kamiennych murów, wpadały przez nieszczelne okna i powodowały zgrzytanie zębami u tych, którzy chcieli jeszcze przez chwilę pozostać w bezpiecznych ramionach snu. Docierały także do uszu idącego z tyłu olbrzyma o twarzy tak groźnej i przerażającej, że każdy, kto widział go po raz pierwszy, natychmiast odwracał wzrok i zaczynał szeptać modlitwy do swej opiekuńczej Doli[2]. Gruba, nabrzmiała blizna, ciągnąca się od lewej skroni aż do nasady nosa, komponowała się ze śladami po przebytej ospie i uciętym w połowie prawym uchem. Krótko przystrzyżone włosy, bezwzględne oczy i czarna jak smoła broda związana w gruby warkocz dopełniały diabolicznego wyglądu. I tylko duże, ciepłe, brązowe oczy nie pasowały do reszty. Teraz jednak i one skrywały w sobie nieprzebraną wściekłość i co rusz spoglądały na plecy chwiejących się młodzieńców, jakby miały zamiar wypalić w nich trzy dziury.

Olbrzym zmiął w ustach przekleństwo. Mocny podmuch wiatru targnął połami jego czarnego, sięgającego kostek płaszcza, połaskotał skórzane spodnie i zmusił do szaleńczego tańca rzemyki długich, ciężkich buciorów. Mocarna dłoń ścisnęła trzon potężnego topora o dwóch diabelnie ostrych ostrzach. Drazdan spojrzał na niego z czułością dumnego ojca i przerzucił go na drugie ramię. Był to jego wierny druh, najlepszy przyjaciel, z którym nigdy się nie rozstawał. Czy to podczas posiłków, gdy łapczywie pożerał całe połacie żylastego mięsa, czy też trochę później, gdy zgodnie z niezmienną naturą świata siedział w wychodku i dumał nad własnym życiem, tocząc kolejną bitwę – tym razem ze samym sobą. Nawet podczas tych nielicznych chwil rozkoszy, gdy jakaś zdesperowana białogłowa o szemranej reputacji za parę dukatów zgodziła się rozłożyć dla niego swoje grube, blade uda, jego nieodłączny przyjaciel niemo przyglądał się wyczynom swego pana.

Młodzieńcy wreszcie ucichli. Zmęczenie coraz bardziej dawało im się we znaki, choć dzisiejsza noc była wyjątkowo spokojna. Trzy nowe dziwki w zamtuzie Pod Czerwonym Bucikiem wypełniły chłopcom czas na tyle, że nie musieli szukać dodatkowych atrakcji. Drazdan wzniósł oczy ku niebu, prosząc bogów, by ci zechcieli wreszcie skierować kroki młodzieńców ku własnym komnatom. Jego myśli wzniosły się pod niebiosa, przeleciały nad miastem, wpadły przez pałacową bramę i zatrzymały się w przytulnej izdebce, w której ogień wesoło skwierczał. Jakże on chciałby się tam znaleźć, nalać sobie szklaneczkę mocnego, kurdulańskiego wina, otulić ciepłym pledem i zapaść w długi, smaczny sen. I gdy już był prawie pewny, że bogowie przyczynią się do jego niemej prośby, usłyszał najgorsze słowa, jakie mógł w tej chwili usłyszeć.

– Może, ekhem, skoczymy se, yp… do Upadłej Matrony – zaproponował pijackim głosem Lingwen, nic sobie nie robiąc z oczekiwań stojącego z tyłu olbrzyma. – Sklaneczka na dobranoc nikomu, yp, nie zaszkodzi.

Pękate wargi ochroniarza syna Wielkiego Księcia spowił morderczy grymas.

– Ja tam mam dosyć – odpowiedział równie niewyraźnie Berorg, któremu z kącika ust poleciała drobna strużka śliny.

– Ja też nie idę – wtrącił się Bolesław. – Jutro ojciec wezwał mnie do siebie. Muszę się wy… wyspać, a poza tym to… zaraz się porzygam.

Bolesław rzadko kiedy rzucał słowa na wiatr. W jednej chwili potrawka z duszonego królika, kasza jęczmienna i chleb z mąki pszennej wylądowały na kamiennym bruku, tuż obok końskich odchodów i kałuży wylanych przez okno ekskrementów. Po chwili wstał, spojrzał zamglonym wzrokiem na swoich towarzyszy i dodał dumnym głosem:

– Chyba dziś przesadziłem. Idę spać.

– Co ty gadasz? – oburzył się Lingwen. – Noc jeszcze młoda. Chodźmy na jednego. Ja stawiam.

Bolesław chciał coś odpowiedzieć, ale zamiast zrozumiałych słów z jego ust wydobył się nieokreślony bełkot. Splunął na ziemię, machnął dłonią w powietrzu i ruszył chwiejnym krokiem pod górę. A tuż za nim, niczym posępny cień, podążył olbrzymi Drazdan. Wizja ciepłego łoża ponownie zagościła w jego głowie, przywołując skromną imitację uśmiechu na ponurej zazwyczaj twarzy.

Lingwen został sam.

– No to bywaj. I pozdrów jutro ojca – szepnął do siebie, obrzucając następcę tronu kpiącym uśmieszkiem.

Odczekał jeszcze kilka chwil, aż upewnił się, że stracił wszystkich z zasięgu wzroku, i ruszył w drugą stronę. Jego chód był teraz inny. Już nie zataczał się na wszystkie strony i nie potykał o nieistniejące nierówności. Nie. Teraz szedł pewnie, uśmiechając się do siebie i nucąc pod nosem sobie tylko znaną melodię. Od czasu do czasu przystawał, oglądał się za siebie i znowu ruszał, jakby chciał się upewnić, że nikt go nie śledzi. Ponownie minął rybny targ, zaszczyciwszy przy okazji jedną z bud strużką ciepłego moczu, i skręcił w ciemną, wąską uliczkę. Do jego nozdrzy doleciał smród brudu, kału i zdechłych ryb, lecz chłopak nie zwrócił na to uwagi. Gdzieś z boku zamiauczał kot. Lingwen ominął leżącą pośrodku drogi pustą beczkę po kapuście, zrobił jeszcze kilkanaście kroków i zatrzymał się przed starą, odrapaną ruderą. Jego ręka dotknęła pordzewiałej klamki i pewnym ruchem otworzyła drzwi.

Wszedł do środka. Z boku izby paliła się niewielka świeczka, dając poświatę migotliwego światła. W powietrzu unosił się odór staroci, zmieszany z zapachem egzotycznych kadzideł, cynamonu i jakichś medykamentów. Rozejrzał się dookoła i splótł ręce za plecami. Był spokojny, szczęśliwy, dumny.

– Jesteś już – usłyszał dobiegający z ciemności głos należący do zgarbionego starca o dużym nosie i wąskich, wiecznie rozbieganych oczach, który wyrósł nagle dwa kroki przed nim. – Jak poszło?

Młodzieniec wyprężył pierś.

– Tak jak sobie życzyliście, bracie. Szczeniak właśnie wraca do budy i jest tak pijany, że ledwo jest w stanie iść. A jutro rano ojciec wezwał go do siebie na audiencję.

Wąskie wargi starca wykrzywiły się w drapieżnym uśmiechu. W powietrzu błysnęła lecąca moneta, wywinęła dwa fikołki i upadła z brzdękiem tuż obok lewej stopy młodzieńca.

– Dobrze się spisałeś, chłopcze. Kiedy tylko szczeniak opuści rodzinne gniazdko, dostaniesz dziesięć razy więcej. A teraz zmykaj i upewnij się, że nikt cię nie widział.

Młodzieniec schylił się po monetę, ścisnął ją w garść i jeszcze bardziej wypiął pierś.

– Ku chwale Szymona – odpowiedział, a jego twarz pod wpływem pochwały wyraźnie pokraśniała z dumy.

***

Wielki Książę Ziemi Warszyckiej podrapał się znacząco po nosie. Siedział w niewielkiej sali myśliwskiej w otoczeniu czterech najbliższych doradców. Z góry spoglądały na niego wypchane głowy różnorakiego zwierza, które w połączeniu z pokaźną kolekcją broni tworzyły w pomieszczeniu całkiem przytulny klimat. Niewielki ogień radośnie tańczył w kominku, ogrzewając zmarznięte kości mężczyzn. Skończyły się czasy ciepłych wieczorów. Stukot okutych lodem buciorów Pani Zimy stawał się coraz głośniejszy.

Książę był postawnym mężczyzną w średnim wieku. Jego wielkie brzuszysko opięte w długi czerwony płaszcz, podbity futrem z gronostajów i ozdobiony wzdłuż brzegów złotą nicią, z trudem mieściło się za stołem. Pokrytą siwymi włosami głowę zdobiła srebrna mitra z czterema półkolistymi wypukłościami, a na lewej piersi widniał książęcy herb – skrzydlata postać mężczyzny o nogach byka i lwim ogonie.

Władca wziął w dłoń kielich czerwonego wina, który zawisł na chwilę w powietrzu, zanim spotkał się z jego popękanymi wargami. Uniósł brwi do góry. Na surowym czole pojawiły się głębokie zmarszczki, świadczące o głębokim skupieniu. Cisza stawała się coraz bardziej nieznośna, lecz nikt nie śmiał przerwać władcy, który znany był z tego, że każde słowo musiał najpierw starannie przemyśleć. A miał o czym myśleć. Nasilające się od jakiegoś czasu plotki, mówiące o istnieniu w mieście tajemnej sekty wyznającej wiarę w jednego Boga, zaczęły przybierać postać coraz to realniejszej groźby.

– Możecie mi jeszcze raz wytłumaczyć, kim są ci cali symonici i co robią na mojej ziemi? – spytał książę znużonym głosem, kierując spojrzenie ku mężczyźnie siedzącemu po jego lewej stronie.

Nazywał się Sulimir, choć nikt nie wiedział, czy było to jego prawdziwe imię, czy kolejny fałsz, którym się otaczał. Wyglądał dość powszechnie. Nie był ani specjalnie gruby, ani chudy. Nie był wysoki ani niski, stary czy też przesadnie młody. Włosy miał brązowe, krótko obcięte, żadnej brody. Twarz pospolitą, raczej przystojną, choć tu i ówdzie bogowie mogliby ją troszkę upiększyć. Niewielki nos, piwne, niewyrażające żadnych uczuć oczy, gęste brwi i rzadkie rzęsy. Ubiór skromny, choć widać było, że uszyty z dobrych gatunkowo tkanin. Wyglądał jak zwyczajny urzędnik i to właśnie czyniło go niezwykle niebezpiecznym. Sulimir bowiem nie był zwykłym doradcą, lecz znakomitym szpiegiem, przed którego mackami drżeć powinni wszelkiej maści konspiratorzy. Potrafił także zmieniać wygląd i w ciągu jednego dnia przemienić się czy to w schorowanego starca, czy to w dumnego z siebie rycerza. Tym razem był sobą, choć i co do tego były pewne wątpliwości.

– Jak na razie niewiele o nich wiadomo. Są bardzo ostrożni i doskonale zorganizowani. Nawet Wasza Miłość nie zdaje sobie sprawy, ile wysiłku kosztowało mnie to, żeby ich w ogóle namierzyć. Każdy inny już dawno by zwątpił, lecz nie ja. Nasamprzód przekupiłem takiego jednego…

– Daruj sobie te przechwałki, Sulimirze, i przejdź do konkretów – przerwał mu władca w połowie zdania. – Siedzimy tu już długo i zaraz mi głowa pęknie, jak będziesz mi o wszystkim opowiadał. Kim oni są?

Pierwszy Wśród Szpiegów zrobił nieszczęsną minę, która upodobniła go do małego szkraba, któremu ojciec zabrał mu ulubioną zabawkę. Siedzący obok niego Dalibor Sieciech uśmiechnął się złośliwie i zatarł pod stołem dłonie. Nie przepadał za tym zarozumiałym błaznem, który cieszył się w jego mniemaniu zbyt dużą przychylnością Wielkiego Księcia.

– Tak właściwie to wiele o nich nie wiem. Trzymam jednego z nich w loszkach, ale twarda to bestia i jak dotąd nic konkretnego nie powiedział. Tylko tyle, że przybył tutaj z daleka, zza Oceanu Czterech Wiatrów. Wciąż tylko gada o jakimś tam Szymonie Magu, którego uważa za inkarnację Jedynego Boga i któremu oddaje cześć.

– Inkarnację? A cóż to do licha znaczy? – zdziwił się książę.

– Inaczej wcielenie – szpiegowi przyszedł w sukurs milczący do tej pory starzec o spiczastym, skierowanym ku górze nosie, blisko osadzonych oczach i długiej siwej brodzie, która nadawała mu wygląd szacownego mędrca. Baw Oqrth faktycznie był mędrcem. Cieszył się olbrzymim zaufaniem samego Wielkiego Księcia, który prócz zaszczytnej funkcji Pierwszego Wśród Uczonych powierzył mu także pieczę nad edukacją swego syna. W tej drugiej dziedzinie starzec odnosił znacznie mniejsze sukcesy. – Symonici to potężna i prężnie rozwijająca się religia. Wierzą w jednego, najwyższego i niewyrażalnego Boga, którego czasem zwą Elohim. Wierzą także, że pewnego dnia Bóg postanowił zejść na ziemię, by objawić ludziom swą wolę, i w tym celu przybrał postać Szymona – potężnego maga. Zresztą przed nim było paru innych, którzy uważali się bądź to za proroków, bądź za samych bogów albo bożych synów. Jednym z nich był niejaki Jezus z Nazaretu, który żył w tych samych czasach i którego kult konkurował z kultem Szymona. Tamten jednak trafiał głównie do biedaków i niewolników, być może to zadecydowało o tym, że niewielu już o nim pamięta. Kult Szymona zaś rozwija się w błyskawicznym tempie i dociera do serc coraz to większej rzeszy ludzi. Nie dziwię się przeto, że i tutaj próbują mącić. Uważajcie jednak, książę, na nich. To niebezpieczni ludzie. Pochodzą z południa, zza Oceanu Czterech Wiatrów, gdzie ponoć podbili wiele miast i ludów. Są jak jadowite węże, co to sączą w słowach truciznę i mamią kmieci do buntu i oddawania czci ich Bogu.

– A komu jest potrzebny nowy bóg – zagrzmiał nieoczekiwanie Wielki Książę. – Toć mamy ich już wystarczająco wielu. Zresztą znacie moje zdanie na ten temat. Cała ta paplanina o bogach, świętych drzewach, strzygach i upiorach to nic innego jak tylko czcze wymysły mające mącić motłochowi w głowach. Ludziom potrzebny jest silny władca, a nie jacyś bogowie, których nikt na oczy nie widział. Zróbcie z nimi jak najszybciej porządek. Niech wracają tam, gdzie ich miejsce. A teraz wybaczcie mi, szlachetni panowie, ale muszę zamienić słówko z mym synem. Zostańcie jednak, chcę, byście przy tym byli.

To powiedziawszy, Jarogniew Stateczny chwycił leżącą na stole pałkę i uderzył dwa razy w mosiężny gong stojący tuż obok pustego w trzech czwartych kielicha po winie. Rozległ się metaliczny dźwięk. Po chwili drzwi się otworzyły, a do komnaty wszedł ubrany w zieloną liberię służący i skłonił się do samej ziemi.

– Przynieś coś do jedzenia i każ sprowadzić mojego syna – rozkazał władca, nie zaszczyciwszy przybyłego ani jednym spojrzeniem.

– Tak jest, oceanie mądrości – odparł pokornie mężczyzna, zasalutował, przykładając pięść do serca, i wyszedł powoli z sali.

Książę chwycił stojący puchar i napił się. Pozostali mężczyźni poszli za jego przykładem. Wszyscy oprócz czcigodnego Baw Oqrtha, który chwilę temu zasnął, a teraz zaczął nagle wymachiwać obydwiema rękami, mamrocząc pod nosem niezrozumiałe słowa, by po chwili znów zatopić się w sennych marzeniach.

Po upływie dłuższej chwili drzwi ponownie się otworzyły. Do komnaty wszedł następca tronu, choć powiedzieć, że wszedł, było dosyć dużym uproszczeniem. Bolesław dosłownie się wtoczył i chwiejąc się na wszystkie strony, omiótł wszystkich zamglonym spojrzeniem, podrapał po głowie i stanął z głupawym uśmieszkiem na wprost surowego władcy. Wyglądał gorzej niż strach na wróble. Podpuchnięte oczy, blada cera z zaczerwienionym lewym policzkiem i guz na czole wielkości dojrzałej śliwki sprawiały wrażenie, że bardziej przypominał bezdomnego żebraka niż prawowitego następcę książęcej mitry. Kruczoczarne włosy, które zawsze były powodem do dumy, teraz wiły się na wszystkie strony na podobieństwo kłębowiska przeraźliwie chudych wijących się glist. Ubranie też pozostawiało wiele do życzenia. Atłasowa kamizelka krwistego koloru była tak poplamiona i pomięta, iż przywodziła na myśl prześcieradło po całonocnych igraszkach pary kochanków. Skórzane spodnie z szerokimi nogawkami były podarte, dodatkowo oczy zebranych raziły umorusane stopy w podziurawionych onucach. Najgorszy był jednak otaczający go smród. Smród potu i nieprzetrawionego alkoholu, dobywający się z niemytego ciała. Smród dnia poprzedniego.

Czoło księcia pokryło się tysiącami drobnych zmarszczek, a w jego zimnych oczach pojawiły się błyskawice zwiastujące nadchodzącą burzę. Władca przełknął ślinę i spojrzał raz jeszcze na pierworodnego, jakby chciał się upewnić, czy ten łachmaniarz to rzeczywiście krew z jego krwi. Zaległa złowróżbna cisza. Nikt nie śmiał wydać z siebie żadnego głosu. Tylko bzycząca niedaleko mucha i niczego nieświadomy mędrzec zatopiony w sennych marach nic sobie nie robili z książęcego gniewu.

Bolesław czknął bezgłośnie. Tępy ból głowy zaatakował go z całą siłą i odebrał zdolność logicznego myślenia. Starał się stać prosto, lecz ziemia zbyt szybko wirowała mu pod nogami. Przymknął powieki, jakby to coś miało pomóc, lecz zamiast tego poczuł silne mdłości. Przyłożył zaciśniętą pieść do ust, przełknął zalegająca ślinę i beknął nieśmiało, posyłając w świat odór własnych trzewi.

– Wybaczcie – wyjąkał i po chwili próbował się uśmiechnąć, by złagodzić negatywne pierwsze wrażenie.

Wielki Książę zacisnął pięści. Zachrupotały stawy, zgrzytnęły zżółciałe zęby, żyłka na szyi zaczęła buzować, jakby miała zamiar zaraz pęknąć. Starał się uspokoić oddech, lecz zalegający w nim od dłuższego czasu gniew pulsował tuż pod powierzchnią skóry. Jeszcze się przed nim bronił, jeszcze hamował go w sobie, jeszcze zaciskał pięści, by tam znaleźć ukojenie. Odczekał kilkanaście uderzeń serca, wziął kilka głębszych oddechów, upił łyk wina, po czym spojrzał raz jeszcze na swego syna. Fala gniewu znów dała o sobie znać, lecz zamiast wrzasnąć władca odezwał się spokojnym na pozór tonem, który w rzeczywistości przypominał syczenie jadowitego węża.

– Jak ty wyglądasz? Jak ci nie wstyd przychodzić do mnie w takim stanie? Portowa dziwka ma więcej taktu od ciebie. Przynosisz hańbę mnie i naszemu rodowi.

– Wybacz, ojcze – odpowiedział niepewnie Bolesław. – Trochę zaspałem i nie zdążyłem się przygotować, a służący powiedział, że chcesz mnie widzieć natychmiast. Wczoraj trochę za długo…

– Zbyt długo wysłuchiwałem skarg na ciebie i tolerowałem twoje zachowanie – kontynuował książę tym samym, niebezpiecznym tonem. – Zbyt długo wysłuchiwałem o twoich wybrykach, pijaństwie, nocnych burdach i bogowie jeszcze wiedzą, co tam wyprawiasz ze swymi pożałowanie godnymi kompanami. Ale wiedz, że moja cierpliwość się skończyła. Za dwa dni wyjedziesz do zamku w Czerdzińsku. Twój wuj Jarnasz stacjonuje tam z garnizonem wojska. Oddasz się pod jego komendę i będziesz mu we wszystkim posłuszny. Od tej pory nie jesteś synem księcia, tylko zwykłym żołdakiem. Nie potrafiłem zrobić z ciebie mężczyzny, to może jemu się uda.

Wypowiadane lodowatym tonem słowa księcia powoli docierały do skacowanego młodzieńca, mrożąc mu serce i duszę. Pozostali mężczyźni trwali nieruchomo na krzesłach, ze wzrokiem wbitym w stół, i choć starali się tego nie okazać, w ich oczach widać było wstręt i odrazę. Bolesław nerwowym ruchem dłoni odgarnął niesforny kosmyk włosów, który przysłonił mu lewo oko, i zamrugał powiekami.

– Ależ, ojcze. Wybacz mi. Daj mi jeszcze jedną szansę. Poprawię się, obie…

– Milcz! – ryknął nagle książę, uderzając dłonią w stół. Czcigodny Baw Oqrth mało co nie spadł z krzesła. Pozostali mężczyźni przestali oddychać. Nawet latająca mucha uciekła w najdalszy zakamarek sali, by po chwili, kpiąc sobie z książęcego gniewu, usiąść mu centralnie na nosie. – To jest postanowione i nie zmienię decyzji. A teraz precz z moich oczu, bo ostatnią noc spędzisz w lochu. I ciesz się, że matka cię nie widzi. Paszoł won!

***

Tylko garstka mieszkańców miasta Kirań wyległa na ulicę, by być świadkami wyjazdu książęcego syna – Bolesława. Nie było wiwatów, okrzyków rozpaczy ani rzucanych pod nogi drepczących koni płatków uschniętych róż. Nie było także wodospadów łez, tylko nieliczne krople ronione ukradkiem przez kilka wątpliwej reputacji niewiast, płaczących nad utraconym zarobkiem. Byli też tacy, którzy z nieskrywaną radość obserwowali majestatycznie przesuwającą się ulicami miasta kawalkadę koni. Narobił sobie wrogów nasz Bolesław, oj, narobił. Jakiś młodzieniec ze źle zrośniętym nosem cisnął nadgryzionym jabłkiem w zad książęcego konia. Inny zaśmiał się szyderczo, pokazując gawiedzi ułamany w połowie ząb. Jednak większość mieszkańców, obojętna na losy możnych tego świata, pozostała w swych domostwach. A szkoda. Jeszcze nigdy w swoim życiu syn Wielkiego Księcia nie wyglądał równie dostojnie. Ubrany w czarny kirys ze złotymi zapinkami, którego środek zdobiła pionowa ścieżka utworzona z krwistoczerwonych rubinów, siedział dumnie na koniu, a jego kruczoczarne włosy wirowały w takt granej przez wiatr melodii. Do dolnej części kirysu przymocowane były równie imponujące folgowane nabiodrki i nakolanka, chroniące dolne partie ciała, a lśniący hełm z otwieraną przyłbicą podskakiwał równomiernie, przytwierdzony do końskiego boku. Bolesław był przystojnym młodzieńcem. Szlachetna twarz, prosty nos, szerokie, skłonne do częstego uśmiechu usta oraz brązowe, drapieżne oczy, w których tlił się złośliwy chochlik, ale też płomyk życzliwości. Towarzyszyło mu dwunastu zbrojnych jeźdźców, ubranych w pancerze kolcze nałożone na skórzane kubraki. Na szarym końcu oddziału, pasujący do reszty niczym kwiatek przymocowany do kożucha, snuł się ze wzrokiem utkwionym w ziemię samozwańczy rycerz Drazdan ze swym nieodłącznym przyjacielem – toporem.

Oddział powoli minął opustoszały plac handlowy i skręcił w szeroką, brukowaną aleję prowadzącą do głównej bramy miasta. Bolesław z wymalowanym na twarzy rozrzewnieniem, a nawet przytłaczającym go smutkiem, rozejrzał się dookoła. Miał wiele wspaniałych wspomnień związanych z tym miejscem. To tutaj spędził najlepsze lata swojego życia, tutaj zaznał smaku pierwszego pocałunku, pierwszego kufla wina i pierwszej bójki. Tutaj także stracił niewinność z pięć lat starszą od siebie córką handlarza skórami, która bardzo chciała poznać smak książęcych ust. Znał każdy zaułek miasta, każdą bramą, karczmę i oczywiście każdy zamtuz. Były też przykre wspomnienia. W myślach ujrzał wściekłą twarz swego ojca, gdy po raz ostatni z nim rozmawiał. W starych, zmęczonych oczach zobaczył wielkie rozczarowanie i ogrom bólu. Młodzieniec poczuł ogromny wstyd. Zrozumiał, że swoim beztroskim zachowaniem stracił zaufanie jedynej osoby, na której mu naprawdę zależało. Wiele był dał za możliwość zadośćuczynienia. Niestety, było już za późno – rozkaz Wielkiego Księcia był nieodwracalny.

Odprowadzany beznamiętnymi spojrzeniami znudzonych strażników odział nieśpiesznie minął miejską bramę i ruszył szerokim, piaszczystym traktem. Bolesław ostatni raz obejrzał się do tyłu i dyskretnie otarł płynącą z rozdartego serca łzę.

Jeszcze będziesz ze mnie dumny, ojcze – pomyślał. – Obiecuję.

Niejedna cierpka łza zakręciła się także w oku Wielkiego Księcia. Władca stał oparty o parapet i obserwował opustoszały dziedziniec pałacu. Powoli niknął zgiełk krzyków i huk końskich kopyt. Grube kreski cieni kurczyły się i wędrowały w górę, odsłaniając biel marmurowych płytek, od których zaczęły odbijać się promienie słońca. Jarogniew ciężko westchnął. Nie usłyszał skrzypnięcia drzwi i cichych kroków dobiegających z tyłu i dopiero gdy poczuł na ramieniu czyjąś dłoń, zorientował się, że nie jest sam.

– Tu jesteś. A ja wszędzie cię szukałam – usłyszał łagodny głos należący do młodszej od niego pięć lat małżonki. – Nie stój tak w oknie, bo się przeziębisz.

– Chciałem pobyć trochę w samotności – odpowiedział Jarogniew, lecz Dobromiła udała, że nie słyszy wyraźnej aluzji bijącej z jego głosu.

– Podjąłeś słuszną decyzję, Jarogniewie. Nie powinieneś się zamartwiać.

Książę pokręcił głową.

– Wcale się nie zamartwiam, tylko… tylko tak sobie stoję.

Księżna prychnęła.

– Mnie nie okłamiesz, Jarogniewie. Jestem twoją żoną i wiem, kiedy jesteś zmartwiony.

– Tak, tak, ty przecież wszystko wiesz najlepiej – odparł książę. Odwrócił się powoli do żony i spróbował przywołać na twarz uśmiech, co jednak nie wyszło mu najlepiej.

– Jarnasz to porządny człek. Surowy, lecz porządny. Bolesław wyrośnie przy nim na prawdziwego mężczyznę, a za parę lat tu wróci i wtedy przekonasz się, że dobrze zrobiłeś.

– Wiem o tym. – Książę chwycił dłoń swojej małżonki i przycisnął ją mocno do serca. – Już dawno powinienem był to zrobić. Wielu ludzi mi to doradzało, jednak… jednak to mój syn. Jaki by on nie był, to jest moja krew, będzie mi go brakowało.

– Nie przesadzaj. Bolesław nie wyjeżdża na koniec świata. A poza tym nie jest już małym chłopcem. Trochę dyscypliny mu nie zaszkodzi. No już, przestań się mazać jak jakiś berbeć, bo to nie przystoi Wielkiemu Księciu. I okryj się płaszczem, na litość bogów, lato już dawno się skończyło.

Jarogniew odwrócił się powoli w stronę Dobromiły, ujął jej drobną twarzyczkę w swoje tłuste dłonie i, z czułością nieprzystającą do jego srogiej twarzy, pocałował ją prosto w usta.

– Czuję jakiś wewnętrzny niepokój. Nie umiem tego określić, ale mam złe przeczucia. Sam już nie wiem.

Dobromiła westchnęła i spojrzała mu w głębinę piwnych oczu.

– Dajże spokój, Jarogniewie, bo już nie mogę tego słuchać. I od kiedy to żeś się zrobił taki wrażliwy? Każdy w pałacu ci mówił, że nasz syn to hulaka i rozpustnik, więc przestań się zamartwiać i lepiej potowarzysz swej starej żonie. Właśnie się wybierałam do ogrodu, by rozruszać kości. Tobie też to nie zaszkodzi.

– Czy ty coś insynuujesz, moja droga? – spytał książę, klepiąc się wymownie po sterczącym niczym samotna skała brzuchu.

– Ależ skąd, mój miły – odparła księżna i uśmiechnęła się do niego zalotnie.

Byli dziwną parą. On – gruby niczym sakwa handlarza niewolnikami i dumny jak królewski paw. Ona – malutka, skromna kobieta, sprawiająca wrażenie, jakby chciała przeprosić wszystkich za to, że znalazła się u boku wielkiego władcy. On – majestatyczny i stateczny, ona – krucha i niezwykle ruchliwa. Poznali się dwadzieścia trzy lata temu w dniu własnego ślubu. I nie była to bynajmniej miłość od pierwszego wejrzenia. Wręcz przeciwnie. Z początku czuli do siebie tylko wzajemną niechęć, przeplataną nierzadkimi epizodami drobnych złośliwości. On uważał ją za nudną niczym życie erotyczne kapłanek w Bractwie Wiecznego Dziewictwa, ona miała go za zadufanego w sobie egoistę, który poza czubkiem własnego nosa niczego więcej nie widział. Początkowa niechęć zmieniała się stopniowo w obojętność, później we wzajemną sympatię, przyjaźń, aż w końcu – nie wiadomo kiedy i jak – zapałali do siebie najgorętszą miłością, jaka kiedykolwiek zakwitła w starych murach Pałacu Wiecznego Pokoju. Obydwoje oczywiście się do tego nie przyznali, nawet po dwudziestu trzech latach wspólnego pożycia.

Książęca para przeszła przez wysadzaną marmurami salę i znalazła się w swoich prywatnych ogrodach. Wonny aromat najprzeróżniejszych kwiatów, drzew i krzewów uderzył w ich nozdrza z siłą szarżującego byka. Minęli niewielką, usianą wodnymi liliami sadzawkę i usiedli na drewnianej ławeczce, stojącej w cieniu rozłożystego dębu. Księżna posłała swemu mężowi pełne troski spojrzenie. Kąciki warg wygięła nieznacznie ku dołowi, a na czoło zawezwała drobne zmarszczki – zawsze wierne i zawsze chętne, by pokazać światu aktualny stan jej duszy.

– Mam takie nieodparte wrażenie, mój mężu, że ty coś przede mną ukrywasz. Coś cię trapi, tylko nie wiem, co to jest. A ja, jak dobrze wiesz, nie lubię nie wiedzieć.

Jarogniew zmarszczył czoło. Nie miał najmniejszej ochoty zwierzać się komukolwiek ze swych lęków, lecz na tyle znał swoją żonę, że wiedział, iż ta nie odpuści, dopóki nie wywlecze na wierzch wszystkich jego sekretów. Założył więc nogę na nogę, wbił wzrok w ziemię i splótł palce rąk, aż strzeliły kostki.

– To nic takiego. Jestem po prostu zmęczony. Od dłuższego czasu nie mogę spać. Wciąż dręczy mnie jeden koszmar, który powoduje, że boję się zmrużyć oczy.

– Koszmar? – zdziwiła się księżna. – Nigdy nie miałeś koszmarów. Opowiedz mi o nim.

– Nie ma o czym mówić. To tylko…

– Jarogniewie! – syknęła Dobromiła nieznoszącym sprzeciwu tonem, który zawsze powodował u jej męża drętwienie kończyn.

Książę westchnął z rezygnacją.

– Niech ci będzie. To dziwny sen. Śnił mi się już po raz czwarty i za każdym razem kończy się w tym samym miejscu, a ja budzę się cały mokry od potu. Widzę w nim dziwne miasto pośrodku wielkiego piasku. Miasto piękne i bogate, które nagle zaczyna przemieniać się w ruinę. Wszędzie widać trupy. Trupy i krew. I nagle w jego środku pojawia się mała dziewczynka. Śliczna mała dziewczynka o niewinnej twarzy i włosach koloru ognia. Jest w niej jednak coś dziwnego. Patrzy na mnie, jej oczy są zimne. To nie są oczy dziecka. Wyglądają, jakby należały do kogoś dorosłego… nie… to są oczy starca. Tak. Oczy starca. Dziewczynka patrzy na mnie oczami starej kobiety, jakby mi chciała coś przekazać. Ale nic nie mówi. Wyciąga tylko dłoń i pokazuje mi na coś, czego ja nie mogę dostrzec. Wytężam wzrok i w końcu zaczynam widzieć, choć z początku niewyraźnie. To sylwetka mężczyzny. Z każdą chwilą staje się ona coraz większa i wyraźniejsza, aż w końcu go poznaję. To nasz syn Bolesław. Wygląda jednak inaczej – jest starszy i silniejszy, a na twarzy ma kilka świeżych blizn. Chcę mu coś powiedzieć, ale nie mogę wydobyć z siebie żadnego słowa. Bolesław patrzy w moją stronę, ale mnie nie widzi. W jego oczach dostrzegam ogromny ból. To jest takie realne. W końcu i on mnie dostrzega. Podchodzi powoli do mnie, otwiera usta, jakby chciał mi coś powiedzieć. Ja jednak nic nie słyszę. I nagle… nagle z jego ust i nosa zaczyna ciec krew. Jest jej coraz więcej i więcej, aż w końcu na ziemi tworzy się małe bajoro. Krew bladnie, zmienia się w zwykłą wodę, której robi się coraz więcej, aż w końcu przemienia się w bezkresny ocean. Bolesław ostatkiem sił wyciąga dłoń i pokazuje jego drugi brzeg. A tam akurat trwa straszliwa burza. Olbrzymie błyskawice rozświetlają co chwila gwiaździste niebo, a usta Bolesława wciąż szepczą jedno słowo. Już mam je usłyszeć, gdy nagle się budzę. Zawsze w tym samym miejscu.

Zaległa długa cisza przerywana jedynie odgłosem dzięcioła stukającego monotonnym rytmem w pień starego dębu. Księżna chwyciła pulchną dłoń męża i spojrzała mu w oczy.

– To doprawdy dziwny sen. Tak jakby bogowie chcieli ci coś przekazać. Nie powinieneś tego lekceważyć, mój mężu.

– Bogowie? Nie żartuj sobie ze mnie – prychnął pogardliwie książę i wykrzywił usta w grymasie odrazy. – Jacy bogowie? Masz na myśli to stado wymyślonych przez dawnych władców kreatur, mających za zadanie wymuszać posłuszeństwo wśród ogłupionego motłochu? Proszę cię, Dobromiło. Zlituj się nade mną i nie opowiadaj mi bajek dla małych dzieci. Za duży jestem, by w nie wierzyć.

Księżna zrugała go spojrzeniem swym błękitnych ślepek, odsunęła się od niego i wzięła w płuca głęboki haust powietrza.

Oho, zaczyna się – pomyślał Jarogniew, żałując, że dał się tak łatwo zapędzić w jej sidła. Było już jednak za późno.

– Prosiłam cię, żebyś tak nie mówił. Przynajmniej nie w mojej obecności – wysyczała Dobromiła głosem jadowitego węża, ostrzegającego nieświadomą zagrożenia ofiarę przed niebezpieczeństwem.

Książę rozłożył ręce w pokojowym geście. Dobrze znał ten ton i wolał nie wdawać się w kolejną bezproduktywną dyskusję. Wystarczająco długo żył na tym świecie, żeby poznać jedną z niezmiennych prawd wszechświata: z kobietą przekonaną o swojej racji się nie wygra. Nawet gdy ma się tysiąc argumentów na swoją korzyść, kobieta i tak wie swoje. No bo tak!

– Przepraszam cię – odpowiedział łagodzącym napięcie tonem, a jego twarz przybrała potulny wyraz, który sprawił, że przypominała teraz małego kotka domagającego się miski mleka. – Nie rozmawiajmy o tym, słońce ty moje, kwiatuszku życia mego. Mamy różne zdania na ten temat i niech tak zostanie.

– Różne zdania, ale tylko moje jest prawdziwe. A kłótnię to sam zacząłeś!

Milczeli przez dłuższy czas, każde zatopione we własnych myślach. Księżna nie mogła nadziwić się głupocie własnego męża.

Jak można nie wierzyć w bogów? Przecież to niedorzeczne. Któż inny zdołałby stworzyć ten świat? Któż inny zdołałby go ujarzmić? Na pewno nie ludzie. A ten idiota tego nie rozumie. O bogowie, miejcie go w swojej opiece.

Jarogniew na szczęście tego nie słyszał. Zresztą nie musiał, znał to niemal na pamięć. Coś innego nie dawało mu spokoju. Jakieś uporczywe skojarzenie, jakieś pojedyncze słowo cały czas kołatało się w najdalszych zakamarkach jego umysłu. Było niczym topielec pragnący wydostać się z mętnych toni wód. Już pojawiało się na końcu języka, by w glorii chwały powiadomić o swoim istnieniu, by po chwili ponownie zniknąć w ciemności niewiedzy. Książę toczył wewnętrzną walkę, niedbały o złość swojej małżonki, która wciąż nie mogła przejść do porządku nad jego ignorancją. I nagle aż podskoczył w miejscu. Uporczywa myśl niczym strzała wbiła się w jego jaźń.

– Ocean! – krzyknął, zrywając się na nogi, co było nie lada wyczynem, zważywszy na rozmiary książęcego brzucha. – Już wiem, ocean.

– Jaki ocean? O co chodzi? – spytała Dobromiła, patrząc na męża jak na wariata.

– Potem wszystko ci powiem, najdroższa. Teraz muszę natychmiast porozmawiać z czcigodnym Baw Oqrthem.

Ostatnie słowa Jarogniewa dobiegały już z daleka. Księżna spojrzała na niego takim wzrokiem, jakim matka patrzy na niesforne dziecko, wzruszyła ramionami i mruknęła pod nosem nieprzystające do jej majestatu słowo. Pokręciła jeszcze głową, po czym zatopiła się w modlitwie do Swaroga[3] o zmiłowanie nad grzeszną duszą jej małżonka.

***

Czcigodny Baw Oqrth siedział w wygodnym, obitym skórą fotelu, w otoczeniu dwójki niezbyt rozgarniętych szkrabów. Od południa, ze skutecznością rybaka łowiącego zające w kałuży, próbował wbić im do głowy podstawowe twierdzenie z dziedziny geometrii. Baw Oqrth był cierpliwym człowiekiem, lecz ludzka cierpliwość ma swoje granice.

– No skąd ty, baranie, wziąłeś osiemnaście? Jakie osiemnaście? – Starzec chwycił leżący na drewnianym biurku wolumen traktujący o podstawach geometrii, spojrzał wymownie w górę i opuścił go z hukiem na głowę małego chłopca o pucołowatej twarzyczce okolonej bujną czupryną koloru przyciemnionego miodu. Jego starszy o niecały rok brat zachichotał bezczelnie. Sfatygowany wolumen równie szybko zetknął się z jego głową, wydając tak samo głośny odgłos.

– Za co, mistrzuniu? – spytał szkrab płaczliwym głosem i potarł dłonią bolące miejsce. – Jam przecież nic nie uczynił.

– Z brata się śmiejesz, gamoniu jeden, a sam długości boku policzyć nie umiesz! – krzyknął starzec, obserwując wgłębienie, jakie dwie puste głowy zrobiły w trzymanej w chudej dłoni książce. – Głupiście obaj niczym woły i jeszcze drogocenne księgi przez was muszę niszczyć. Oj, powiem waszemu ojcu, co z was za ancymony. Oj, powiem, powiem.

– Mistrzu, błagam was. Przecież tatko każe nas pasem wyćwiczyć. My się dowiemy. Wytłumaczcie nam to jeszcze raz, bo nie bardzo rozumiemy. Ale zrozumiemy. Ja zrozumiem i mój brat zrozumie, tylko tatce nic nie mówcie. – Przestraszył się starszy z chłopców i spojrzał błagalnie w oczy starca. Ten machnął tylko ręką, jakby chciał odgonić zbyt natrętną muchę bzyczącą mu koło nosa.

– Zmiatajcie już. Mam was dosyć – odezwał się ostrym tonem, choć w oczach tańczyły mu iskierki życzliwości. – Przyjdźcie do mnie jutro koło południa, to wam to jeszcze raz wytłumaczę. A teraz już was nie ma, gałgany jedne. Sio, sio.

– Tak, mistrzu. Przyjdziemy. Tylko tatce nic nie mówcie – ponowił prośbę młodszy z braci.

Drugi zrobił w tym samym czasie maślane oczy, które w połączeniu z miną głodnego szczeniaka domagającego się kawałka mięsa rozbroiły dobrodusznego staruszka. Zdążył im jeszcze pogrozić palcem, lecz szkraby już tego nie widziały. Chłopcy wybiegli z sali z radosnymi pokrzykiwaniami, przepychając się nawzajem i próbując popchnąć jeden drugiego na toporną szafę stojącą w rogu komnaty.

Starzec potrząsnął z rezygnacją osiwiałą głową. Rozłożył się wygodnie w fotelu, przeciągnął swe ciało, ziewnął, szeroko otwierając usta, po czym zamknął oczy i zapadł w płytką drzemkę. Nie cieszył się nią zbyt długo. Niebawem do strzępka bezcielesności, zawieszonego między dwoma wpływającymi na siebie nawzajem światami, doszedł jak najbardziej realny dźwięk. Głuchy tupot wzutych na olbrzymie stopy trzewików i przyprawiające o drżenie nóg skrzypienie dawno nieoliwionych zawiasów. Starcza pierś wydała westchnienie rozczarowania, a ciężkie powieki uniosły się do góry i niczym kurtyna w teatrze odsłoniła czcigodnemu idącego ku niemu księcia. Ten sapnął srodze i nie czekając na zaproszenie, zajął pobliski fotel, który także wydał z siebie długi ostrzegający dźwięk. Pisk, a może jęk?

– Wybaczcie staremu człowiekowi, że nie wstaje, ale w tym wieku ciało nie zawsze robi to, czego umysł od niego żąda. Racz jednak spocząć, Wasza Miłość, zaraz każę przynieść jakiegoś wina, bo widzę, że coś cię trapi – odezwał się po krótkiej chwili mędrzec i kiwnął głową na stojącego w rogu młodego mężczyznę. Wkrótce na niewielkim stoliku pojawiły się dwa bogato zdobione kielichy wypełnione znakomitym trunkiem, a powietrze wypełnił aromat odprężenia. – To wyborowe wino zza oceanu. Podarował mi je dawny przyjaciel, który kilka tygodni temu przejeżdżał przez miasto i postanowił odwiedzić starego druha. Rzekł mi, że ukryty jest w nim smak pustynnego wiatru, słońca i gwiazd. Ja tam nic nie czuję, ale skoro tak mówił… Wasze zdrowie, książę.

Księciu nie trzeba było powtarzać tej jakże miłej jego podniebieniu propozycji. Wychylił kufel do dna, jakby to był najzwyklejszy sikacz, a nie owoc pracy najlepszych winiarzy świata. Po chwili beknął nieśmiało i wytarł usta rąbkiem szat.

– Całkiem znośne to wino, czcigodny, choć i ja żadnego wiatru nie czuję. Może zbyt mało go wypiłem? Hm?

Starzec ponownie przywołał służącego i ruchem gałek ocznych wydał mu polecenie. Ten nie zwlekał ani chwili. Zniknął w korytarzu i po chwili wrócił z kolejnym aromatycznym dzbanuszkiem wina. Nalał władcy do pełna i odsunął się w bok. Rozległo się głośne siorbanie, przeplatane odgłosami kulinarnej ekstazy i głaskaniem się po brzuchu. Baw Oqrth czekał cierpliwie, obserwując tymczasem, jak blada cera Jarogniewa nabiera kolorów, a matowe oczy stają się jaskrawsze, żywsze, pełniejsze.

Książę wreszcie skończył. Ponownie otarł usta, oblizał kąciki warg i opowiedział czcigodnemu swój sen.

– I kiedy przed chwilą rozmawiałem o tym z Dobromiłą, coś mnie tknęło. Przypomniała mi się wasza opowieść o tych symonitach, czy jak się tam oni zowią. Mówiłeś, czcigodny, że pochodzą oni z południa, zza Oceanu Czterech Wiatrów? W moim śnie też widziałem ocean. To na niego pokazywał mój syn. Poza tym te pioruny… sam nie wiem, ale w głębi serca czuję, że mają one jakiś związek z Bolesławem.

Starzec przez dłuższy czas nic nie mówił. I tylko patrzył na księcia zamyślonym wzrokiem. Blada, pomarszczona twarz wydłużyła się w promieniach wpadającego przez okno słońca, a starcze ciało zdawało się być jeszcze bardziej kruche niż zazwyczaj. Wielki Książę czekał ze wzrokiem wlepionym w białą ścianę. Na jego czole zebrały się ledwo widoczne kropelki potu.

W końcu starzec przemówił:

– Sny są mową Boga, Wasza Miłość. Nie powinieneś ich lekceważyć. Waszemu synowi może grozić niebezpieczeństwo.

– Jakie niebezpieczeństwo? – wymamrotał władca, z trudem przełykając ślinę. Czuł, jak w środku brzucha pełznie mu olbrzymia, tłusta i wijąca się na wszystkie strony stonoga, przenika przez mięśnie, kości, skórę i zatrzymuje się w samym środku gardła. Drżącą dłonią próbował chwycić stojący dzban wina, lecz zamiast tego trącił go i szlachetny płyn rozlał się po podłodze.

Czcigodny Baw Oqrth nie odpowiedział. Patrzył na swego rozmówcę szeroko otwartymi oczami i niepokojem wypisanym na twarzy, jakby słyszał kołatające się w czaszce księcia myśli. Dopiero głośne chrząknięcie Jarogniewa wyrwało go z zadumy.

– Nie wiem, Wasza Miłość. Nie mnie jest oceniać głos Boga.

– Jak nie wam, to komu? No ale jeśli faktycznie nie wiecie, to może przynajmniej poradzicie mi, cóż powinienem uczynić. Czy mam czekać z założonymi rękoma, aż ci wasi zasrani bogowie raczą wyjaśnić mi swoje zamiary, czy może zawezwać syna z powrotem? – Władca westchnął ciężko. – Jak dobrze wiecie, zawsze byłem człowiekiem twardo stąpającym po ziemi i śmiałem się z tych wszystkich zabobonów, lecz teraz… teraz doprawdy już nic nie wiem. Jeszcze nigdy się tak nie bałem. I nie wiem, czemuż tak się czuję. Toż to tylko jeden głupi sen.

– Może tylko, a może aż. Wszystko jest zapisane w księdze życia. Róbcie, książę, tak, jak wam mówi serce. Wiedzcie jednak, że przeznaczenie chodzi własnymi ścieżkami. Nie jest powiedziane, że tutaj wasz syn będzie bezpieczniejszy. – Kolejne ciężkie westchnienie, tym razem starca, i krótka pauza. – Czuję w powietrzu, że nadchodzi wielkie niebezpieczeństwo, a wasz sen jeszcze to potwierdza. Mówiliście, że śnił wam się ocean i pioruny. Tak… mnie też to nasuwa na myśl symonitów. Hmm, czyżby nadchodziła wojna bogów?

Wielki Książę powstrzymał się przed pogardliwym prychnięciem i tylko nieznacznie pokręcił głową oraz uśmiechnął się kpiąco. Zaraz jednak jego twarz ponownie przybrała zatroskany, nieco przerażony wygląd.

– Opowiedz mi o tym całym Szymonie Magu – zażądał po krótkim namyśle. – Kim on był i kim są jego wyznawcy?

– Co do drugiej części pytania odpowiedź jest prosta – to chodzące bestie w ludzkiej skórze, które pod płaszczykiem wiary mordują wszystkich tych, którzy im się sprzeciwiają. Co do samego Szymona Maga sprawa jest bardziej zawiła. Otacza go nimb legendy, tak że dziś już nie wiadomo, co jest prawdą, a co zręcznie uknutą mistyfikacją. O jego życiu też niewiele wiadomo. Tylko tyle, że żył około dziewięciu wieków temu, daleko za Oceanem Czterech Wiatrów. Jego wyznawcy wierzą, że nie zrodził się z kobiecego łona, lecz jako bóg zstąpił z nieba, przybrawszy uprzednio postać dorosłego męża.

– I ktoś w to wierzy? – zakpił Wielki Książę. – Przecież to szaleństwo.

– Nie większe niż wiara w święte dęby, latające strzygi i podkradające mleko krasnale. Każda religia wydawać się może szaleństwem, lecz jeśli się im bliżej przyjrzeć, dojrzeć można wiele punktów wspólnych. Zresztą nie czas to na teologiczne dysputy. O Szymona Maga pytacie, więc wam odpowiadam.

– Jeszcze mi nie powiedzieliście niczego, czego bym sam nie wiedział, czcigodny.

– Cierpliwości, Wasza Miłość, cierpliwości. Żeby zrozumieć fenomen tej wiary, musicie nasamprzód wiedzieć co nieco o tamtejszym ludzie i czasach, w jakich żył Szymon Mag. A czasy były to nieciekawe. Liczne wojny, utarczki i konflikty przeplatały się ze straszliwymi plagami, trzęsieniami ziemi, wybuchami ziejących ogniem gór i okropnymi epidemiami, które potrafiły w ciągu roku wyludnić całe miasta i wsie. W takich czasach, gdy tu na ziemi zaczyna brakować nadziei, ludzie zwracają się ku niebiosom, ku bogom. Szymon posiadł tę wiedzę lepiej niż ktokolwiek inny. Wskrzesił dawny kult wiary w jedynego Boga – Elohima – stworzyciela nieba i ziemi. Kult niezwykle stary, ale też trochę zapomniany. A że język miał niezwykle wprawny, charyzmę niebywałą, a do tego dar magii posiadał, więc szybko zaczął przekonywać do siebie coraz to większą liczbę osób. Ludzie przybywali z najdalszych zakątków, byle tylko dotknąć rąbka jego szat lub usłyszeć jego głos. A Szymon dokonywał coraz to nowszych cudów. Potrafił unosić się nad ziemią, uzdrawiać ludzi dotykiem czy ujarzmiać dzikie bestie. W końcu przekonał kilku kapłanów i ci ogłosili go żywym Bogiem. Bogiem Jedynym, który postanowił zejść na ziemię, by przypomnieć ludziom o swoim istnieniu, objawić swą wolę i uwolnić z ziemskiego więzienia swą boską myśl – Enoidę. Symonici wierzą, że to ona, będąc jeszcze w niebie, urodziła całą rzeszę bytów pośrednich – aniołów. Ci zaś, bez porozumienia z Bogiem, stworzyli ten świat i ludzi. Aniołowie, nie chcąc, by ich matka – Enoida – ich opuściła, postanowili zatrzymać ją siłą na ziemi. I tak musiała ona przechodzić z ciała do ciała, a gdzie się nie pojawiła, tam wybuchały kłótnie, swary i konflikty. Odnalazł ją Szymon, wykupił z domu nierządnic, a niepokornych aniołów zesłał do piekielnych czeluści. I od tamtej pory stanowili nierozłączną parę – on, potężny mag, żywe wcielenie Boga i ona – była nierządnica, uosobienie boskiej myśli i mądrości.

Starzec przerwał na chwilę i podrapał się pod okiem. Jego wzrok był nieobecny, jakby się nad czymś usilnie zastanawiał.

– Jak już mówiłem, to były bardzo dziwne czasy. Symonici w jednym mają rację – w tamtych czasach po ziemi faktycznie chodził Bóg. Nie był to jednak Szymon, który zawłaszczył sobie ten tytuł, lecz ktoś inny. Prawdziwy Syn Boży – Jezus z Nazaretu.

– Kolejny jedyny Bóg? To iluż ich było, na brodę Peruna?

Baw Oqrth nie raczył odpowiedzieć. Mówił dalej, tylko jego głos jakby się jeszcze bardziej zmienił. Był teraz żywszy, pełniejszy, bardziej natchniony.

– Dziś niewielu już o nim pamięta, lecz w tamtych czasach miał spore grono uczniów i słuchaczy. Po śmierci obydwóch te dwa kulty zaczęły wpływać na siebie nawzajem, choć różnice były znaczące. Jezus nauczał, że jedynie dobre uczynki i miłość do bliźniego mogą dać zbawienie. Według Szymona jedynym kluczem do zbawienia i wiecznego życia po prawicy Boga jest wiara w Niego. Sądzę, że to właśnie z tego powodu to jego myśl osiągnęła przewagę. Łatwiej bowiem jest jedynie wierzyć i żyć, jak się chce, niż całą swoją uwagę poświęcać nieczynieniu zła. Poza tym słowa Jezusa trafiały głównie do sponiewieranych marnym życiem biedaków, niewolników i żebraków. Dawał im to, czego najbardziej pragnęli – nadzieję. Pocieszał ich w biedzie i nieszczęściu, a jego słowa były niczym ziarna, które trafiły na żyzną glebę, by po latach wydać obfite plony. Dał ludziom także sens życia, by wiedzieli, że ich niedola ma jakiś cel. To im wmawiał, że w obliczu Boga wszyscy ludzie są równi. Bez różnicy. Stary czy młody, piękny czy brzydki, bogaty czy biedny. Wszyscy są sobie braćmi. I wszyscy są sobie równi. Ró…

– Chcesz mi powiedzieć, czcigodny, że byle kmieć może się równać z królem? – spytał książę, marszcząc ze zdziwienia brwi.

– A czy, za przeproszeniem, gówno króla jest mniej śmierdzące od gówna kmiecia? – odpowiedział starzec pytaniem na pytanie.

Brwi księcia uległy dalszemu nastroszeniu, a głos ich właściciela stał się nagle ostry i zimny niczym lodowy sopel.

– Gówno może śmierdzieć tak samo, ale to nie znaczy, że wszyscy są sobie równi. To niebezpieczne słowa.

– Ano niebezpieczne. I dlatego Jezus musiał zginąć, choć niektórzy powiadają, że to sam Szymon Mag doprowadził do jego skazania, nie mogąc znieść konkurencji. Jak by nie było, Jezus umarł w męczarniach, a po jego śmierci jego uczniowie z jeszcze większą gorliwością zaczęli rozpowszechniać jego nauki. Chrześcijanie, bo tak siebie sami nazywają, zaczęli być coraz większym zagrożeniem dla wyznawców Szymona, więc ci postanowili ich zgładzić, a gdy to się nie udało, uznali Jezusa za proroka mającego ogłosić nadejście samego Boga – Szymona. Z historycznego punktu widzenia to się nie zgadzało, bo te dwie postacie żyły w tym samym czasie, jednak nikt sobie tym głowy nie zaprzątał. A gdy już się taki znalazł, to ją szybko tracił. By jeszcze bardziej zjednać chrześcijan, postanowili przejąć od Jezusa kilka jego nauk, szczególnie te mówiące o miłości względem bliźnich, pomaganiu biednym i czynieniu dobra. W końcu imię Jezusa zostało prawie zapomniane, a kult Szymona zaczął zyskiwać coraz to większe wpływy.

Starzec przerwał i uśmiechnął się ponuro, patrząc w oczy księcia. Ten podniósł w zamyśleniu brwi.

– Samo to, że ludzie wierzą w wielu bogów, wydaje mi się dziwne, ale to, że oddają cześć jednemu, jest dla mnie niewyobrażalne. Zastanawia mnie tylko, skąd wy tyle o tym wiecie, czcigodny? Wasza wiedza zdaje się przekraczać to, co powszechnie wiadomo.

– Bractwo prawdziwych chrześcijan nadal istnieje – kontynuował starzec, jakby nie dosłyszał pytania. – Oni nie uznają Szymona za Boga, a jedynie za zręcznego oszusta i manipulatora. Oddają w ukryciu cześć Jezusowi, narażając się tym samym na prześladowania. Nieraz musieli uciekać przed symonitami i teraz są rozsiani po całym świecie. Są wśród nich tacy, którzy zdołali zdobyć wysokie stanowiska na różnych dworach, także wśród symonitów… i także w Pałacu Wiecznego Pokoju – dodał po chwili starzec, przenikając wzrokiem księcia.

– Co?! Chcesz powiedzieć, że mam szpiega w pałacu? – Oczy księcia zrobiły się niepokojąco wąskie. Czoło pokryło się drobnymi zmarszczkami, zwiastującymi wybuch gniewu. – Kto to jest? Znasz go?

Starzec zachował kamienną twarz. Odczekał kilka dłużących się w nieskończoność chwil, po czym ze spokojem godnym królewskiego kataryniarza upił łyk wina ze srebrnego kielicha i pogładził swą siwą brodę.

– Źle mnie zrozumiałeś, Wasza Miłość. To nie szpieg. Ten człowiek służy wam wiernie od kilkudziesięciu lat i miłuje jak rodzonego syna.

– Kto to?! Kto to jest?! – ryknął książę tubalnym głosem mogącym przywrócić martwego do życia. Grdyka skakała mu w górę i w dół, oczy zrobiły się jeszcze węższe i niczym dwie szparki spoglądały w białka swego rozmówcy, a potężne brzuszysko poruszało się w takt przyśpieszonego oddechu. – Mów, starcze! Kto to jest?

Mędrzec zamknął oczy, jakby spodziewał się silnego uderzenia.

– Jeszczeście się nie domyślili? – odparł czcigodny Baw Oqrth cichym głosem.

[1] Bogini panteonu starosłowiańskiego, bogini ziemi i płodności, opiekunka sfery zajęć kobiecych, m.in. macierzyństwa i przędzenia lnu. Nierozerwalnie związana ze sferą seksualną.

[2] W mitologii Słowian personifikacja losu i przeznaczenia, indywidualne bóstwo każdego człowieka.

[3] Bóstwo panteonu słowiańskiego, bóg nieba, słońca, ognia i kowalstwa

Rozdział 2

Życie trzynastoletniego chłopca dobiegało kresu. Jego ciało, które nie zdążyło nawet poznać delikatnego dotyku kobiecych ust, było całe w bliznach, pręgach oraz śladach po oparzeniach. Potworny ból przenikał go na wskroś. Chciał krzyczeć, lecz nie mógł – w piersi brakło tchu.

Bał się. Bał się jak nigdy dotąd. Bał się każdym kawałkiem ciała, każdą kroplą krwi, potu i łez. Nawet jego włosy odczuwały strach. A oczy – w nich próżno było szukać choćby drobnej iskierki nadziei. Patrzyły smutno przed siebie, lecz prócz czerwonej mgły nic więcej dojrzeć nie mogły. Spierzchnięte usta poruszały się w bezgłośnej modlitwie, a nogi drżały bezwolnie w rytmie szalonego tańca. Chłopiec pragnął tylko jednego – szybkiej śmierci. Ta jednak nie nadchodziła.

Wisiał dwie stopy nad ziemią. Jego chude rączki związane były grubym, konopnym sznurem, który został przeciągnięty przez przymocowany do sufitu hak w taki sposób, że wygięte pod niezwykłym kątem stawy już dawno poddały się sile grawitacji. Ostre igły sterczały z jego moszny, prącia i spod paznokci, nadając mu wygląd monstrualnego jeża, a paląca się pochodnia co rusz lizała jego skórę.

Wył. Z bólu, strachu i bezsilności.

Bezzębny kat chwycił rozgrzane do czerwoności cęgi i nieśpiesznym ruchem przyłożył je do drżącej piersi ofiary. Uśmiechnął się przy tym złowieszczo, odsłaniając pokryte białymi plamkami dziąsła. Chłopiec zamknął oczy. Ostre cęgi zacisnęły się na jego sutku i oderwały go od reszty ciała. Ze zdartego gardła wyrwał się przeraźliwy wrzask, który zaraz zginął, przyćmiony przez donośny okrzyk ekstazy dobywający się ust z siedzącej nieopodal filigranowej blondynki. Jej zwiewna, krwistoczerwona suknia z czarnymi obszyciami podwinięta była do połowy ud, a między rozszerzonymi nogami klęczała młodziutka dziewczyna, odziana jedynie w skórzaną obrożę z żelaznymi ćwiekami, które odbijały migoczące płomienie pochodni. Gorący, wszędobylski język z gracją tancerza krążył między bujnymi włosami łonowymi, ocierał się o najwrażliwsze części ciała, wwiercał się w głąb, wychodził, krążył i znów wracał. Wstydliwe soki lepiły się do warg służącej, której sprawne dłonie delikatnie masowały mlecznobiałe uda swej pani. Dorodne piersi Lady Erzsébe falowały pod wpływem płytkiego oddechu, a nozdrza z lubością wdychały zapach strachu, bólu i śmierci.

Bezzębny kat odłożył zakrwawione cęgi, pogłaskał czule chłopca po głowie i chwycił leżący na stole bicz, do którego końca przymocowane były trzy niezwykle ostre haczyki. Wytarł wierzchem dłoni perlący się na czole pot i rozejrzał się dookoła. Jego wzrok podążył wzdłuż surowych, pokrytych pleśnią ścian, musnął uprawiającą zakazaną miłość parę i zwolnił przy rzędach ciasnych, metalowych klatek, które wypełnione były struchlałymi ze strachu ofiarami. Uśmiechnął się do siebie i w tej samej chwili morderczy bicz zawisł na chwilę w górze, by zaraz potem przeciąć ze świstem powietrze i wylądować na delikatnej skórze chłopca. Ten krzyknął, filigranowa blondynka jęknęła, a bezzębny kat ponownie się uśmiechnął. Bat po raz kolejny wylądował na ciele ofiary. Krew trysnęła szerokim strumieniem, krzyk osłabł, bat znów uniósł się w górę i ponownie opadł, niosąc za sobą niewyobrażalny ból.

– Mocniej! – krzyknęła blondynka, choć nie wiadomo było, czy w stronę klęczącej dziewczyny, czy bijącego kata.

Z ust chłopca dobiegł niewyraźny charkot. Potężny orgazm przyszedł w tym samym momencie, w którym zgasły ostatnie iskierki jego życia. Pani Śmierć wreszcie zlitowała się nad chłopcem.

Piękna Pani, jak ją nazywali poddani, oblizała obryzgane krwią chłopca wargi i spojrzała na jego trupa. Jej lazurowe oczy świeciły światłem tysiąca gwiazd, a na ustach błąkał się tajemniczy uśmiech. Była piękną niewiastą. Miała włosy koloru dojrzałej pszenicy, które zwisały, luźno sięgając aż do połowy pleców. Szczupła sylwetka o kształtnych pośladkach i jędrnych piersiach emanowała niesamowitą kobiecością, a jej twarz o szlachetnych rysach i niewielkim, lekko zadartym nosku wyglądała niczym marmurowa rzeźba stworzona dłutem najlepszego artysty. Gdy się uśmiechała, na jej policzkach pojawiały się dwa urocze dołeczki, nadające jej wygląd niewinnego dziewczęcia. Wygląd zupełnie niepasujący do skażonej okrucieństwem duszy.

Pochodziła ze starego, choć nieco zubożałego rodu. W wieku czternastu lat opuściła rodzinne włości, by poślubić księcia Kazmera – władcę niewielkiego księstwa zwanego Magyoranem. Młodziutka księżna bardzo szybko podbiła serce sześćdziesięcioletniego mężczyzny oraz okolicznej ludności. Minstrelowie śpiewali o niej pełne zachwytu pieśni, rycerze pożerali ją wzrokiem, niewiasty zazdrościły uroku i młodości, a synowie kmieciów wyobrażali ją sobie, gdy tracili niewinność z własnymi dłońmi. Wszyscy ją pokochali, lecz była to miłość jednostronna. Erzsébe nienawidziła swojego męża i nowego domu. Nienawidziła cukierkowych wnętrz, wiecznie uśmiechniętych mord i śpiewu okolicznych ptaków. Czuła obrzydzenie, ilekroć starcze ręce ściągały z niej ubranie, a grube ciało kładło się na niej w celu zaspokojenie swych żądz. Zaciskała wtedy zęby i modliła się do wszystkich znanych bogów o zlitowanie.

Niespełna rok po ślubie, znudzona wystawną ucztą i pokazami sił zadufanych w sobie rycerzy, udała się wraz z najbliższą przyjaciółką do świątyni boga Nyji[1], by pomodlić się o szybką śmierć męża. Niewielka świątynia boga podziemnego świata mieściła się tuż za miastem. Jego kult stracił ostatnimi czasy na znaczeniu, a prowadzące ku miejscu czci ścieżki porosły gęstymi chaszczami, które spowodowały, że dziewczęta zabłądziły. Ich chude nóżki z trudem przedzierały się przez wysokie trawy, a brzuchy coraz głośniej burczały z głodu. I gdy powoli zaczęły tracić nadzieję na powrót do domu, nieoczekiwanie ujrzały stojące w nierównych rzędach domostwa. Trafiły do najbiedniejszej dzielnicy miasta – miejsca zapomnianego przez możnych tego świata. Miejsca, gdzie głód walczył z zarazą o przychylność Pani Śmierci. Nie było tu straganów ociekających towarami z najdalszych krańców świata, nie było bogactwa ani przepychu. Po zabłoconych ulicach, pokrytych grubą warstwą gnoju i ludzkich odchodów, biegały umorusane berbecie z wiecznie pustymi brzuchami, których błagalne spojrzenia odbijały się od zrogowaciałych sumień arystokratek. Starsi siedzieli bezczynnie przed rozpadającymi się chałupami, patrząc na intruzów z ukosa. Ktoś splunął, ktoś rzucił kamieniem. Gdzieniegdzie słychać było niewybredne propozycje, z których nie chciałaby skorzystać nawet najbardziej zdesperowana nimfomanka.

– Chodźmy stąd – rzekła Lady Erzsébe i skręciła w niewielki zaułek, na którego końcu stała malutka chatka. Była inna od otaczających ją na wpół zrujnowanych domostw. Ze swymi świeżo pomalowanymi deskami i kamienną podmurówką wyglądała w tym miejscu niczym istny pałac. Nie to było jednak najdziwniejsze, lecz stojąca przed wejściem drewniana tabliczka ze starannie wygrawerowanym napisem. „Wróżby, zioła, przepowiednie. Wróżka Esterralda zaprasza”.

– Kto by pomyślał, że ktoś tu umie pisać – szepnęła Erzsébe do swojej czarnowłosej koleżanki. Ta w odpowiedzi ścisnęła ją mocniej za rękę.

– Nie podoba mi się to miejsce. Chodźmy stąd – jęknęła przerażona. Nawet przeraźliwie chudy wyrostek, który podążał od dłuższego czasu za nimi, wydał jej się lepszą perspektywą niż pozostanie w tym przeklętym miejscu choćby przez chwilę. Pociągnęła swą przyjaciółkę, chcąc stamtąd jak najszybciej uciec, lecz ta stała nieporuszona. Coś ciągnęło Erzsébe do środka. Jakaś tajemna siła, jakiś kołatający się w jej czaszce głos. Cichy, ledwie wyczuwalny, przesiąknięty mocą. Zdołała jeszcze usłyszeć dobiegający z boku jęk, gdy jej nogi same ruszyły do przodu, a odziana w białą rękawiczkę dłoń zacisnęła się na klamce.

Wewnątrz panował półmrok. Kłębiący się dym podrażnił gardło księżnej tak, że musiała kilka razy kaszlnąć, a zapach ziół i olejków eterycznych spowodował istny zawrót głowy. Dziewczynka zrobiła krok do przodu. Była nad wyraz spokojna, opanowana, szczęśliwa. Niczym w jakimś transie zagłębiała się w półmrok chaty, czując wokół niewidzialne wibracje.

– Witaj, Lady Erzsébe, czekałam na ciebie – usłyszała nagle szeleszczący szept, który dobiegał z jej prawej strony. Zaraz też do jej nozdrzy dotarł nieprzyjemny odór bijący od zgarbionej staruszki, która uśmiechała się w ciepło w jej stronę.

Księżna czuła, że to spotkanie może zmienić jej życie.

I zmieniło.

Sześć księżyców później Lady Erzsébe była wdową i niepodzielną władczynią księstwa. Nigdy nikomu nie powiedziała, co się wydarzyło w tamtej chacie, a nikt nigdy nie miał na tyle odwagi, by ją o to spytać.

Księżna wstała z krzesła i mocnym kopnięciem w twarz przewróciła klęczącą służkę. Krwistoczerwona suknia opadła z szelestem za kostki. Dziewczyna załkała bezgłośnie. Bezzębny kat spojrzał na swą panią i powolnym krokiem ruszył w głąb oświetlonej nielicznymi pochodniami piwnicy. Odwiesił na miejsce zakrwawiony bicz, z którego na podłogę skapywały gęste krople krwi. Kap, kap, kap. Jego wzrok padł na obszerny stół stojący pod ścianą, a kąciki ust samoczynnie poderwały się w górę. Na blacie, w równych rządkach, leżały najwymyślniejsze narzędzia do zadawania bólu. Czegóż tam nie było: cążki do wyrywania paznokci, obcinania nosów, uszu, maszynki do zgniatania kciuków, wzierniki do rozwierania pochew i odbytów, druty do wypruwania wnętrzności, młotki do łamania kości czy też ostrza do obdzierania ze skóry. Nie zabrakło także zwykłych noży, pił i szczypców – prymitywnych, lecz jakże niezbędnych w wyrafinowanej sztuce zadawania bólu. Nad nimi, na licznych gwoździach wbitych w ścianę, wisiały narzędzia chłosty. Bezzębny kat spojrzał na nie z czułością ojca oglądającego poczynania swojej latorośli i zrobił kilka kroków w przód. Minął żelazne krzesło pokryte gęstą siecią ostro zakończonych szpikulców i zatrzymał się u stóp drewnianej, nabijanej gwoździami ławy. Do jego uszu dotarło cichutkie łkanie młodziutkiej dziewczyny. Jej chude rączki rozciągnięte były do tyłu, a nogi przywiązane do ruchomego walca. Niby przypadkiem trącił kolanem korbę i wsłuchał się w chropowaty dźwięk rozciągania ciała. Następnie wziął do ręki jedną z palących się pochodni i oświetlił jej twarz. Dziewczynka jeszcze żyła. Jej pierś unosiła się w płytkim oddechu, a otwarte oczy patrzyły pełnią strachu i cierpienia.

– Pomóż mi… błagam – usłyszał słabiutki głosik dobywający się z jej gardła.

– Dobrze – odparł oprawca i przystawił do jej pachy palącą się pochodnię. W powietrzu uniósł się zapach skwierczącej skóry. Dziewczyna krzyknęła. Bezzębny kat pogładził ją po piersi i uszczypnął w odsłonięty sutek.

– Później się zabawimy, maleńka – wyszeptał jej do uszka i ruszył dalej.

W tym samym czasie Lady Erzsébe podeszła do wiszącego trupa chłopca, spojrzała w jego martwe oczy, przysunęła swe usta do jego piersi i namiętnym ruchem zlizała z nich krew. Westchnęła z rozkoszy, sycąc się pełnią smaku.

Jakaś dziewczynka łkała w przymocowanej do sufitu klatce.

– Wypuść mnie, pani. Błagam cię. Jam nikomu nic złego nie uczyniła. Zlituj się nad biedną sierotą i wypuść mnie. Tak bardzo cię proszę.

Z klatki obok dochodził inny głos – pełny wściekłości i nienawiści:

– Ty brudna dziwko ruchana przez kozła. Ty kurwo cuchnąca gównem. Zabij mnie lepiej, bo inaczej wyrwę ci serce i zrobię z niego naszyjnik.

– Matulu kochana, ratuj – łkał inny głos. – Chcę do matuli.

Lady Erzsébe uśmiechnęła się pod nosem i złożyła namiętny pocałunek na zsiniałych ustach martwego chłopca. Następnie rozejrzała się dookoła, poprawiła grzywkę i wyszła przez duże, dębowe drzwi w półmrok cuchnącego śmiercią korytarza. Tuż za nią podążyła naga dziewczynka ze skórzaną obrożą, wpatrując się w swą panią niczym psiak w dorodną kość.

Korytarz prowadził do stromych schodów, na szczycie których znajdowały się grube żelazne drzwi z drewnianą sztabą w poprzek. Były otwarte, a po obu ich stronach stali wartownicy. Ubrani byli w wełniane kubraki, na które nałożone mieli stare, pordzewiałe kolczugi oraz wyblakłe spodnie czerwonego koloru. Długie, porysowane włócznie ciągnęły się w górę niczym cienkie kolumny, a hełmy z utwardzanej skóry sprawiały wrażenie, jakby brały udział w niejednej wojnie. Tak samo jak twarze ich właścicieli – tępe, puste, niewzruszone. Typowe żołnierskie ryje. Lady minęła ich bez słów i wyszła na dziedziniec.

Była jesień. Radosne promienie słońca oślepiły ją na chwilę. Zmrużyła oczy i ruszyła w poprzek prostokątnego dziedzińca, który w dawnych czasach tętnił życiem. Obecnie plac świecił pustką. Nie było tu ćwiczących rycerzy, przypatrujących się im giermków ani płochliwych niewiast liczących na choćby jedno krótkie spojrzenie swojego wybranka. Zamiast kolorowych kwiatów, zadbanych drzewek i niewielkiej sadzawki na środku placu wznosiła się majestatyczna szubienica z trzema trupami tańczącymi w porywach wirującego wiatru. Hałaśliwa gromada czarnych jak suknia Pani Nocy kruków wyżerała z nich resztki gnijącego mięsa, kłócąc się zawzięcie o jak najlepsze kawałki. Nieliczna służba, która nie zdążyła się schować przed złowrogim spojrzeniem pani zamku, zamarła w klęczącej pozycji. Oni też się bali. Nigdy nie było wiadomo, jakaż to nowa niegodziwość zakwitnie w okraszonej blond włoskami główce. Czasem wystarczył jeden ruch, jedno opacznie wypowiedziane słowo lub zabłąkane spojrzenie, by znaleźć się w sławetnych lochach zamku.

Pani szybkich krokiem minęła dziedziniec i już po chwili znalazła się w olbrzymiej sali o czerwonych ścianach zdobionych portretami przodków jej męża i marmurowej podłodze pokrytej czarnym dywanem. Ominęła stojącą na podłodze okrągłą donicę, z której wystawał rachityczny kikut będący niegdyś dorodnym egzotycznym drzewem, obeszła wyschniętą fontannę oraz kamienną, nadgryzioną przez ząb czasu rzeźbę i skierowała swe kroki ku długim schodom z drewnianą poręczą po jednej stronie. Musnęła wzrokiem wiszące na ścianie ludzkie czaszki, puściła oczko gwałconej na obrazie niewieście, przesunęła paluszkiem po portrecie rogatej bestii, zarzuciła grzywką i poczekała łaskawie, aż jeden ze strażników otworzy jej drzwi. Zdołała jeszcze dojrzeć, jak dwie służki padają przed nią na kolana, i poczuć na stopie ciepłe usta nagiej dziewczynki z obrożą, po czym rozsiadła się wygodnie na drewnianym krześle z wysokim oparciem pomalowanym cynobrową farbą na niebiesko. Uśmiechnęła się pod nosem. Miała dobry humor. Zawsze tak było, gdy na jej rozkaz czyjeś niewinne życie dobiegło końca. Czuła się wtedy spełniona, czuła się ważna. Czuła się prawdziwą księżną. Nieśpiesznym ruchem chwyciła w dłoń stojące na drewnianej komodzie zwierciadło i spojrzała na własne odbicie. Uwielbiała to robić. Syciła się widokiem niewielkiego noska, błyszczących, pełnych życia oczek, idealnie kształtnego podbródka. Wszystko w doskonałych proporcjach i w doskonałych wymiarach.

I nagle jej serce zamarło.

– Nie, to niemożliwe – szepnęła z przerażeniem.

Spojrzała raz jeszcze.

Na mlecznobiałym, nieskazitelnie gładkim czole widniała niewielka zmarszczka.