39,90 zł
„Jestem w twojej krwi, a ty jesteś w mojej...”
Holandia, 1887 rok. Sarah, bliźniacza siostra Lucy, przestaje jeść. Mamrocze niezrozumiałe słowa i z niepokojącą fascynacją myśli o liczących setki lat zwłokach, które niedawno odkryto w posiadłości jej męża. Lekarz nazywa to szaleństwem, ale Lucy podejrzewa, że za dziwnym zachowaniem siostry kryje się coś znacznie bardziej złowrogiego. Bo Sarah się zmienia - staje się porywcza, nieprzewidywalna. I głodna.
Próbując ocalić siostrę przed zamknięciem w zakładzie dla obłąkanych, Lucy zaczyna odkrywać tajemnice, które powinny pozostać pogrzebane. Wkrótce musi odpowiedzieć sobie na przerażające pytanie:
Czy Sarah traci zmysły, czy może coś przejmuje nad nią kontrolę? A gdy granica między szaleństwem a tym, co nadprzyrodzone, zaczyna się zacierać, Lucy musi spojrzeć w oczy potwornej prawdzie.
Mroczny, zmysłowy, gotycki horror o siostrzanej więzi, obsesji i miłości tak silnej, że nawet śmierć nie może jej przerwać.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:
Liczba stron: 326
Data ważności licencji: 10/8/2030
Tytuł oryginału: Blood on Her Tongue
Projekt okładki: Piotr Wszędyrówny
Redaktorka prowadząca: Agata Then
Redakcja: Beata Kostrzewska
Redakcja techniczna: Sylwia Rogowska-Kusz
Skład wersji elektronicznej: Robert Fritzkowski
Korekta: Katarzyna Szajowska, Maria Śleszyńska
Zdjęcia na okładce:
© Harry Collins Photography/Shutterstock
© EduardHarkonen/iStock
© photo_iget/iStock
© 2025 by Johanna van Veen
© for the Polish edition by MUZA SA, Warszawa 2026
© for the Polish translation by Ewa Spirydowicz
ISBN 978-83-287-4242-0
Wydawnictwo Akurat
Wydanie I
Warszawa 2026
–fragment–
Ten e-book jest zgodny z wymogami Europejskiego Aktu o Dostępności (EAA).
Wydawnictwo Akurat
imprint MUZA SA
ul. Sienna 73
00-833 Warszawa
tel. +4822 6211775
e-mail: [email protected]
Księgarnia internetowa: www.muza.com.pl
Wersja elektroniczna: MAGRAF sp.j., Bydgoszcz
…marzyć o tym, żeby Cię w najbliższym czasie odwiedzić u Was nad morzem, pójść z Tobą na spacer i porozmawiać tak od serca o tym wszystkim, o czym zwykle nie opowiada się ludziom postronnym…
Bram Stoker, Dracula
(przeł. Grzegorz Kula)
LIST OD PANI SARAH SCHATTELEYN
DO PANNY LUCY GOEDHART
Moja kochana bliźniaczkomoja Lucy
Nie czuję się dobrze, wcale a wcale
NIE
Moją głowę przeszywa OŚLEPIAJĄCY BÓL
Nie sądziłam, że można takiego bólu doświadczyć i żyć
Najchętniej chwyciłabym
za łyżeczkę i wyłupiła sobie oko
Oko oko oko oko oko
Wszystko, byle ból ustał
Ustałustałustałustałustał
Tak myślę często ale tylko wtedy gdy ONA mi myśleć pozwala bo jak można myśleć z takim bólem jakby korzenie przebijały się przez czaszkę jakby
Och wiem że istnieje na to słowo wiem że je znam ale nie mogę go sobie przypomnieć
Myślę że ona teraz odbiera mi także i słowao Bożeo Bożeo Bożeo Bożeo Boże proszę nie
A kiedy mi pozwala myślę sobie jak dobrze byłoby nie żyć bo wtedy przynajmniej przestałoby boleć
Ale nie mogę bo właśnie tego ONA chce i bez względu na wszystko nie mogę dać jej tego czego pragnie nigdy przenigdy
Nigdynigdynigdynigdynigdynigdy nigdy nigdy
To demon szatańska istota zła i nieczysta
Chciałabym móc ją zabić albo przynajmniej zadać taki ból jaki ona zadaje mnie
Zobaczyć co by powiedziała gdyby to jej umysł zmienił się w zasolonego ślimaka widzisz ty potworze widzisz
Może i odbierasz mi wielkie słowa ale ja znajduję inne by opisać co mi robisz
To tak strasznie boli Lucy
BłagamBłagamBłagamprzyjedź do mnie najukochańsza siostrzyczko boję się co mogłabym zrobić jeżeli tego nie zrobisz
Sarah
Telegram od pana Michaela Schatteleyna
do panny Lucy Goedhart
Otrzymane Veenpoort 11:0628/09/1887
Sarah śmiertelnie chora. Przyjedź natychmiast, proszę. Nie musisz uprzedzać. Dopilnuję, by ktoś odebrał cię ze stacji bez względu na porę. Tylko się pośpiesz. Drżę o jej życie.
Michael
Pociąg opuścił stację w samo południe.
Do tego czasu tak wiele drobiazgów zdążyło pójść niezgodnie z planem, że Lucy nie mogła się nie zastanawiać, czy aby nad jej podróżą nie ciąży klątwa. Po pierwsze, zamierzała wyruszyć wcześniejszym pociągiem, tym o dziesiątej, ale jeden z koni w powozie wiozącym ją na stację zgubił podkowę, co opóźniło podróż o niemal dwie godziny. Gdy wreszcie przybyła na kolej, złamał się obcas lewego trzewika, przez co mało brakowało, a skręciłaby nogę w kostce. Gdy wreszcie zasiadła w pociągu, myślała, że przynajmniej chwilowo jest bezpieczna od nieszczęść, które nękały ją od samego ranka. Okazało się to błędnym przekonaniem, gdy współtowarzyszka podróży, dama w średnim wieku, rozsiewająca intensywną woń wody różanej, położyła swą torbę podróżną prosto na jej kolana.
Lucy drgnęła, zaskoczona. Książka, którą od niechcenia przeglądała, antologia gotyckich opowieści, przetłumaczona z angielskiego, zsunęła się z jej nóg. Między kartkami spoczywały najnowsze listy od Sarah, jej siostry bliźniaczki, ułożone starannie, by nie dopuścić do powstania zagnieceń albo całkowitej ich utraty. Posypały się na podłogę i pod siedzenia.
– Ojej! – sapnęła kobieta. Porwała torbę, jakby obawiała się, że Lucy z nią ucieknie. – Nie zauważyłam pani – wyjaśniła. A potem dodała: – Powinna pani naprawdę bardziej uważać, moja droga.
Lucy, która osunęła się na kolana, by pozbierać bezcenne listy, w odpowiedzi tylko uśmiechnęła się blado.
Urażona kobieta sapnęła głośno i zajęła miejsce Lucy. Ta już otwierała usta, by ją o tym poinformować, jednak zmieniła zdanie i usiadła na wolnym miejscu przy oknie. Otrzepała koperty z kurzu i włosów, które do nich przylgnęły, wygładziła je starannie i przeliczyła, by się upewnić, że zebrała wszystkie. Wystarczył sam ich widok, by poczuła się niespokojna i chora. Jej mostek pulsował, jakby ktoś przywiązał do niego sznurek i za niego ciągnął, zabierając ją ze sobą.
Nie miała jednak czasu, by się nad tym zastanawiać. Jedyna poza nią pasażerka przedziału, kobieta pachnąca wodą różaną, wydała przeraźliwy skrzek zaledwie pięć minut po tym, jak pociąg opuścił stację.
– O mój Boże! – wrzasnęła, przyciskając dłonie do piersi.
– Co? – zapytała Lucy nerwowo. – Co się stało?
Nieznajoma wyciągnęła rękę. W pierwszej chwili Lucy nie wiedziała, co pokazuje. Potem dostrzegła pająka na szybie. Po wewnętrznej stronie. Był mały, niewiele większy niż jej paznokieć.
– Och – westchnęła Lucy. – Proszę się nie obawiać. Nic pani nie zrobi.
Kobieta potrząsnęła głową, z oczami tak okrągłymi, że widać było całe białka wokół tęczówek.
– Proszę go ode mnie zabrać! – syknęła, jakby strach przepełniał ją do tego stopnia, że ją dławił.
„Może to kolejny znak”, pomyślała Lucy, wyjmując list z koperty i kładąc go sobie na kolanach – chociaż sama nie wiedziała znak czego, a poza tym o znaki nietrudno, gdy się ich szuka. Lepiej skupić się na zadaniu, które ją czekało. Pod naciskiem jej palców koperta się rozchyliła. Lucy delikatnie wsunęła pająka do środka. Te stworzenia nie budziły jej lęku, podobnie jak inne owady.
Ciotka Adelheid, ekscentryczna starsza siostra matki, uwielbiała je i obsesyjnie wręcz badała. Jedno z najwcześniejszych wspomnień Lucy to ona i Sarah na kocyku, w ogrodzie, z ciotką Adelheid, która rozkopywała obok nich kopczyk ziemi. Musiało być tuż po deszczu; Lucy pamiętała wilgoć kocyka i ziemię, ciemną i miękką, lepiącą się wielkimi grudami do palców ciotki.
– O, proszę! – zawołała ciotka Adelheid triumfalnie. Uniosła coś z gleby i podsunęła siostrzenicom pod nos. Istota była długa i cienka, z nieco jaśniejszą i szerszą obręczą bliżej jednego końca. Wiła się w jej uścisku. W delikatnym wiosennym słońcu mieniła się odcieniami różu i beżu.
– Ładne! – krzyknęła Sara.
– Ładne – przyznała Lucy.
– Możecie dotknąć, ale ostrożnie, jest bardzo delikatna – uprzedziła ciotka. – Niektórzy wierzą, że jeżeli przetnie się dżdżownicę na pół, zrobią się dwie. Ależ to by było cudowne! Istota zdolna się powielać! Ale to…
Sara, zawsze szybka, zawsze zdecydowana i bezgranicznie ciekawa, porwała dżdżownicę i rozerwała na pół.
– …tylko ludowy przesąd – dokończyła ciotka Adelheid.
Sarah położyła połówkę dżdżownicy na dłoni Lucy. Była chłodna w dotyku, lekko wilgotna. Połówka Sarah, ta z obręczą na końcu, nadal wiła się w jej palcach, całe ciało skręcało się, jakby usiłowało się wyrwać. Połówka Lucy ledwie drgnęła. Wkrótce znieruchomiała całkowicie. Lucy z obrzydzeniem patrzyła, jak intensywny róż blednie, przechodzi w nudną szarość. W porównaniu z wijącą się połówką Sarah wyglądała żałośnie, blade odbicie tego, czym powinna być dżdżownica.
I wtedy pojawiła się myśl, na tyle przerażająca, że zapamiętała ją do dzisiaj: a co, jeżeli ona i Sarah są właśnie jak ta dżdżownica? Sara, pełna życia i energii, i ona, zaledwie blada, marna imitacja oryginału?
„Nic dziwnego, że ludzie mnie nie zauważają i ciskają mi torby na kolana”, pomyślała Lucy, składając kopertę i uważając, by nie zgnieść przy tym pająka w środku. Aż trudno uwierzyć, co człowiek sobie przypomina w stresujących chwilach. Nie żeby to wspomnienie niosło ból czy zdenerwowanie, już nie. Dawno pogodziła się z tym, czym jest, a czym nie. W gruncie rzeczy wspomnienie wydawało się niemal przyjemne; Sarah usiłowała ją pocieszyć, zapewniając, że jej dżdżownica po prostu śpi, a gdy ta ciągle ani drgnęła, wyrwała ją z dłoni Lucy i stwierdziła, że to wszystko bzdury i czy ciocia Adelheid nie może pokazać im czegoś innego, czegoś ciekawszego?
Lucy ostrożnie położyła kopertę z pająkiem obok siebie, na wolnym siedzeniu. Gdy wysiądzie z pociągu, uwolni go. Lepiej mu będzie tkać sieci gdzieś na drzewie albo na słupie latarni, gdzie światło zwabi ćmy i inne insekty, które później zje. A może to jeden z tych pająków, które nie plotą sieci? Sarah mogłaby wiedzieć…
Ledwie wypuściła kopertę z dłoni, a współtowarzyszka podróży zdzieliła papier parasolką. Zrobiła to z taką siłą, że koperta wzbiła się w powietrze. Nieznajoma o zapachu wody różanej rzuciła kopertę na ziemię i rozdeptała ją, atakując najpierw lewą, potem prawą stopą. Jej trzewiki zostawiły ślady na papierze, tak płaskim, że nie było szans, by pająk przeżył.
Lucy w szoku wpatrywała się w kobietę.
– Dlaczego pani to zrobiła? – wykrzyknęła.
– Paskudne stworzenia – odparła i wzruszyła ramionami.
Lucy odetchnęła z wyraźną ulgą, gdy na najbliższej stacji towarzyszka opuściła pociąg.
„Jeszcze tylko kilka godzin i znowu z nią będę”, pocieszyła się, gdy zawiadowca dmuchnął w gwizdek i wyruszyli w dalszą drogę.
Deszcz bębnił o cienką szybę, zmywał z niej sadzę, tworząc fantastyczne szare zacieki. Lucy zmarszczyła brwi. Nie pomyślała o tym, by zabrać ze sobą parasolkę. Z pewnością nie była to jedyna rzecz, której zapomniała i której będzie jej brakowało; gdy się pakowała, była myślami gdzie indziej i zapewne kiepsko sobie z tym poradziła. Pani van Dijk proponowała jej pomoc, ale jakże mogłaby ją przyjąć? Pani van Dijk była stara i chora. Co ważniejsze, zapewniała Lucy dach nad głową i utrzymanie i co miesiąc płaciła jej niewielką sumę w zamian za towarzystwo. Dziwny byłby świat, w którym pracodawca pakuje rzeczy swojej pracownicy.
Tyle że pani van Dijk w życiu nie zapomniałaby zabrać parasolki.
Dobrze chociaż, że Lucy pamiętała, by wziąć książkę, chociaż historie pełne kobiet zamurowanych żywcem i dygoczących duchów nie bardzo teraz do niej przemawiały. O wiele mniej jednak przemawiała do niej myśl, by po prostu siedzieć i czekać, dlatego też wydobyła jeden z listów siostry spomiędzy kart powieści, wyjęła go z koperty i zaczęła czytać.
Gdy skończyła, było jej niedobrze, choć to mogło wynikać częściowo z faktu, iż nie pożywiła się odpowiednio. Kucharka pani van Dijk przygotowała jej kanapki na drogę, jednak matka Lucy wpoiła jej silne przekonanie, że nie wypada jadać publicznie. Nieważne, że była w przedziale sama, bo kobieta pachnąca wodą różaną wysiadła i Lucy przez nikogo niewidziana mogłaby spokojnie zjeść kromki grubo posmarowane masłem i plastry wędliny.
Nie żeby była jakoś specjalnie głodna. Kto byłby na jej miejscu, przeczytawszy coś tak niepokojącego jak ostatni list Sarah? O ile tym słowem w ogóle można określić niedatowany świstek papieru, zapisany ledwie czytelnymi bazgrołami.
Lucy z westchnieniem wsunęła go ponownie do książki. Czytała go tyle razy, że obawiała się, że arkusik porwie się w zgięciach. W tej samej kopercie znajdował się też szkic ciała z bagna autorstwa jej siostry. Nie wyjęła go. Widziała rysunek już tyle razy, że była w stanie zobaczyć go teraz oczami wyobraźni. Zjawił się nieproszony i opuściła powieki, by zdusić tę wizję.
Gdy ponownie je uniosła, pociąg mijał rozległe pola, zaniedbane i szorstkie, bo zebrano już letnie zboża. Wagony przedzierały się teraz przez zalesiony teren. Listowie pogrążyło przedział w chwilowym mroku, wyrywając Lucy z zadumy nad listem siostry. Zmarszczyła brwi i spojrzała w okno.
I wtedy zobaczyła oblicze Sarah: wychudzone, szalone, zdziczałe.
Lucy gwałtownie odwróciła głowę. Jej serce biło jak oszalałe. Podobnie jak serce Sarah.
„To twoje odbicie, ty głupia gąsko”, skarciła się. Nagły mrok, wywołany leśną gęstwiną, sprawił, że okno zmieniło się w lustro. Teraz mało brakowało, a zaczęłaby się z siebie śmiać. Zamiast tego jednak przysunęła się do szyby i przyjrzała własnemu obliczu. Kosmyk włosów wysunął się z upięcia. Na policzku dostrzegła ciemną smugę, oby tylko ślad po atramencie. Jej oczy wyglądały gorzej: były w nich panika i dzikość, jak w oczach ściganego zwierzęcia. Gdyby ktoś jej nie znał, uznałby, że wygląda niechlujnie, a zatem jak osoba odrobinę szalona.
Czyż niechlujny wygląd nie był wiarygodnym wskaźnikiem zaburzeń umysłowych? „Może”, pomyślała Lucy, energicznie trąc policzek chusteczką. Przynajmniej tej nie zapomniała zabrać. „Może zastanę siostrę z rozczochranymi włosami, z płonącymi oczami, ze śliną zaschniętą w kącikach ust i wtedy okaże się ponad wszelką wątpliwość, że Sarah oszalała”.
Ledwie dokończyła tę myśl, a dopadł ją strach tak wielki, że nie mogła oddychać. Opuściła chusteczkę na kolana i ukryła twarz w dłoniach, by się nie rozpłakać.
„Błagam”, myślała z taką pasją, że cała okryła się potem, a węzeł na mostku pulsował boleśnie. „Błagam, niech się nie okaże, że oszalała”.
Znowu.
LIST OD PANI SARAH SCHATTELEYN
DO PANNY LUCY GOEDHART
Zwartwater, 19 września 1887 r.
Najdroższa Lucy!
Nie uwierzysz, czym dzisiaj zajmowałam się wraz z Michaelem! W istocie sama z trudem mogę w to uwierzyć. Był to dzień tak dziwny, ekscytujący – tak, lecz także nieco przerażający. Przede wszystkim jednak był to dzień niewiarygodnie wręcz ciekawy.
Wszystko zaczęło się zaraz po tym, jak spożyliśmy z Michaelem lunch. Jeden z dzierżawców przybiegł do domu i oznajmił nam, że podczas wycinania torfu znaleźli ciało. Pośpiesznie dodał, że prawdopodobnie jest to ciało bardzo stare, a nie ofiara niedawnego morderstwa, tylko jedno z tych ciał, które torfiarze czasem znajdują. Czytałam nieco na temat takich zwłok, nigdy jednak czegoś takiego nie widziałam. Michael również nie, pośpieszyliśmy więc razem, by zobaczyć je na własne oczy.
Katje musiała zostać w domu; biedaczka znowu strasznie cierpi. W jej wypadku naprawdę można zrozumieć, dlaczego mówią na to „comiesięczna klątwa”, czyż nie? Zostawiłam z nią Pasję. To taka łagodna sunia, chociaż człowiek jest innego zdania, gdy widzi ją podczas polowania na króliki! Enfin, zostawiłam obie – ubogą krewną Michaela i mojego psa – w domu i uzbrojona w szkicownik oraz ołówki w towarzystwie Michaela wyruszyłam na miejsce zbrodni, by uwiecznić ciało, zanim proces dekompozycji za bardzo je zmieni.
Miejsce niczym się nie różniło od innych bagien: trawiasta łąka, lekko podmokła, z której wycięto ogromne kwadraty wilgotnej ziemi, odkrywając ciemne, głębokie dziury. Na sąsiednim polu suszyły się płaty torfu. Powietrze przepełniał ich zapach oraz woń rozgrzanej trawy – dobry, czysty aromat.
Nowy dozorca, pan Hooiman, już na nas czekał. To potężny mężczyzna o pałąkowatych nogach i skórze opalonej na fascynujący orzechowo-brązowy odcień, a to za sprawą całej tej pracy, której oddawał się na zewnątrz. Opowiedział nam, że jeden z chłopów znalazł ciało, wycinając torf. Biedaczysko doznało wielkiego szoku. Bo też jak można przygotować się na takie doświadczenie: przystępujesz do cięcia ziemi i nagle odsłaniasz ludzką rękę?
Bardzo szybko ustalono, że ręka stanowi część ramienia, ramię zaś korpusu i tak dalej. Gdy dotarliśmy na miejsce, zdążyli akurat odsłonić głowę. Zapytano nas, czy chcemy ją zobaczyć.
Pierwsze, co pomyślałam, gdy ją ujrzałam, to że w gruncie rzeczy nie za bardzo przypomina głowę. Gdyby pan Hooiman nie powiedział nam dokładnie, na co konkretnie patrzę, uznałabym, że to sflaczała piłka wykonana ze świńskiego pęcherza. Coś o zwierzęcym pochodzeniu, owszem, ale zdeformowane. Jednak gdy mężczyźni zaczęli zmywać grudy ziemi oblepiające czaszkę, dostrzegłam szczegóły do tej pory przede mną ukryte: rude kosmyki włosów, miękki zarys ucha. Spodziewałam się twarzy, jednak nieszczęśnicę zakopano licem do dołu; cały czas patrzyłam na tył jej głowy i było mi głupio, że nie od razu się zorientowałam.
Podczas gdy mężczyźni pracowali, zapytałam pana Hooimana, czy ma choćby cień pomysłu, co z owym ciałem uczynić – wszak często towarzyszył torfiarzom i tym samym miał zapewne większe doświadczenie w takich sprawach. W odpowiedzi wzruszył ramionami i stwierdził, że to nie jego sprawa, gdyż to nie jego ziemia. Gdyby jednak tak było, zakopałby ciało z powrotem i zapomniał, że kiedykolwiek tam leżało.
Wzdrygnęłam się na tę myśl i powiedziałam:
– Och, ja bym tak nie mogła! Już zawsze wiedziałabym, że tam spoczywa, i ta myśl nie dawałaby mi spokoju. Naszym obowiązkiem jest chyba ustalić, kim jest ten nieszczęśnik i kto go tam umieścił? Powinniśmy przynajmniej zbadać ciało i przekonać się, czego możemy się o nim dowiedzieć. Jesteśmy to winni społeczności naukowej.
Pan Hooiman ponownie wzruszył ramionami.
– Za czasów mojego dziadka i jeszcze przed nim z ciałami z bagna postępowano tak, jak powiedziałem. Jeśli chce pani znać moje zdanie, to jedyny przyzwoity sposób. W tej chwili może tak się nie wydaje, ale kiedyś to był człowiek, taki jak państwo – powiedział (albo coś bardzo podobnego. Wiesz, jak bardzo zawsze się staram zapamiętać całą rozmowę, by odtworzyć ją dla ciebie, najdroższa siostro, byś poczuła się, jakbyś tam była, przyznaję jednak, że nie zawsze udaje mi się to idealnie. Jestem pewna, że mi wybaczysz!).
Michael podziękował panu Hooimanowi za tę radę i stwierdził, że musimy sporo przemyśleć. Tymczasem najlepiej będzie, żeby mężczyźni wykopali całe ciało, bo wówczas będę mogła w całości je naszkicować; medycy zapewne docenią wizerunki zwłok in situ. Zawsze możemy później zakopać je ponownie, jeżeli podejmiemy taką decyzję. Miałam zostać i szkicować, a Michael planował sprawdzić, czy zdoła ściągnąć do nas Arthura. Lekarz zapewne dostrzeże rzeczy, które uszłyby naszej uwadze.
Gdy popołudnie zmierzało ku końcowi, wykopali je całkowicie: nagie ludzkie ciało – nie sposób określić, kobiece czy męskie, patrząc od tyłu – ułożone twarzą do dołu, proste jak deska. Drewniane kołki przebijały kolana, łokcie, łopatki i szyję. Na ten widok chłopi zaczęli mamrotać, a część z nich kreśliła znak krzyża (jak wiesz, Michael nigdy nie miał nic przeciwko zatrudnianiu katolików). Naszkicowałam ciało pod różnymi kątami, koncentrując się szczególnie na miejscach, w których kołki przybijały je do ziemi, a potem poprosiłam mężczyzn, by wydobyli je z torfowiska. Zrobili to niechętnie.
Gdy przewrócili zwłoki, wszyscy zamarli z wrażenia. Rozległy się żarliwie szeptane modlitwy, widziałam żegnanie się znakiem krzyża. Mężczyźni trzymający ciało upuścili je, jakby zaczęło parzyć, i konwulsyjnie wycierali dłonie o spodnie i marynarki.
Podeszłam bliżej, by ich skarcić – Bóg jeden wie, jakie szkody mogli wyrządzić – tylko po to, by na chwilę sama zastygnąć w bezruchu.
Między szczękami trupa tkwił ogromny kamień.
Niemożliwe, by znalazł się tam za sprawą przypadku lub zbiegu okoliczności; był takich rozmiarów, że usta rozwarto na maksymalną szerokość, by go w nie wepchnąć. Podczas tego procederu wyłamano kilka zębów, a siekaczy nie było w ogóle.
Pan Hooiman odciągnął mnie na bok i wyjaśnił, że mężczyźni chcą przerwać pracę. Bali się niespokojnego ducha z tego ciała. Ktoś pogrzebany w ten sposób musiał być samobójcą albo zbrodniarzem, a tacy stają się niespokojnymi zmarłymi.
Nie wyśmiałam go, choć wiem, że Michael by to zrobił. Nie chciałam okazać robotnikom braku szacunku, nie chciałam jednak także, by porzucili pracę, nie teraz, gdy jeszcze tyle należało zrobić przed zachodem słońca.
Koniec końców namówiłam ich, by zostali, oferując im podwójną dniówkę. Na znak dobrej woli wysłałam jednego z nich do domu z instrukcją dla służby, by przygotowano im dobry, ciepły posiłek i całe mnóstwo piwa.
Zanim przyniesiono jedzenie, kazałam ludziom pracować. Ktoś sporządził prowizoryczną trumnę, która stała oparta o ogrodzenie. Przekonałam co odważniejszych, by umieścili w niej ciało, a potem poprosiłam, by wycięli torf wokół znaleziska, by sprawdzić, czy nie znajdziemy tam ubrań lub przedmiotów należących do zmarłego.
Gdy to robili, ja baczniej przyjrzałam się ciału.
Jak dziwnie się na nią patrzyło, Lucy! Jej skóra wyglądała jak wyprawiona skóra, zabarwiona na kolor herbaty. Jej ciało już nie wydawało się proste i sztywne, lecz lekko wygięte, jakby wiła się chwilę przed tym, jak spoczął na niej mój wzrok. Zdawałam sobie sprawę, że to tylko kwestia nierównej długości kołków opartych o deski trumny, ale i tak był to widok niesamowity.
Zaczęłam o niej pisać „ona”, chociaż przyznać muszę, że nadal nie wiem na pewno, czy istota ta była płci męskiej, czy żeńskiej. Przy odwracaniu jej na wznak mężczyźni debatowali, czy nie przykryć jej lędźwi chusteczką, zapewne kierowani skromnością, tyle że ciało nie miało żadnej płci, a przynajmniej żadnej, którą udałoby się nam zobaczyć. Torf wyżera kości, oczy i, najwyraźniej, także genitalia!
(Chciałam cię ostrzec, byś nie czytała tej części pani van Dijk, ale cząstka mnie byłaby zachwycona, gdybyś to właśnie uczyniła. Jeżeli natychmiast cię zwolni, wiedz, że możesz zamieszkać ze mną i z Michaelem, co od dawna ci powtarzam, podobnie jak to, że posada towarzyszki jest zdecydowanie poniżej ciebie. Mogłabym dać ci pieniądze, żebyś wynajęła sobie mieszkanie w pobliżu i zatrudniła pokojówkę – wszystko byłoby jak najbardziej przyzwoite. Wiem jednak, że w tej kwestii moje słowa padają na wiatr. Mimo wszystko dobrze jest czasem rzucić je na wiatr, by upewnić się, że naprawdę jest martwy).
Gdzie przerwałam? Ach, tak: rzekoma bezpłciowość ciała z bagna. W moich oczach bynajmniej nie była taka bezpłciowa. Nie miała może typowych fizycznych oznak swej płci, jednak jej twarz budziła we mnie przekonanie, że kiedyś była kobietą.
Ta twarz…
To jedno z najdziwniejszych, najbardziej przejmujących obliczy, jakie kiedykolwiek widziałam. Trudno je opisać. Załączam szkic, obawiam się jednak, że nie oddaje jej sprawiedliwości. Gdy się jej przyglądałam, początkowo przypominała jedynie wysuszony worek mięsa, żałośnie zmiażdżony i zniekształcony. Jednak gdy spojrzałam na nią pod pewnym kątem, ta sama twarz, która uprzednio przypominała sflaczałą piłkę, nagle nabrała rzadkiej urody, którą dotychczas widywałam jedynie na papierze i marmurze. Zdaję sobie sprawę, że zapewne brzmi to dziwnie, wszak jest to twarz trupa, i to zmienionego przez torfowisko. Oczywiście to złudzenie optyczne wzbudziło mój niepokój, ale taka jest prawda. Jeżeli ktoś może to zrozumieć, jestem pewna, że właśnie ty. Mówi się, że mąż i żona to jedno ciało, ty jednak jesteś moją bliźniaczką, a zatem moją drugą połówką.
Cóż, patrzyłam na nią i zastanawiałam się, jak wyglądała za życia, zanim torfowisko wygarbowało jej skórę, zabarwiło włosy na czerwono i pochłonęło oczy; zanim jej usta rozwarto tak brutalnie i wepchnięto w nie kamień, wyłamując zęby, aż zostały jedynie perłowe pestki. Wystarczyło, bym na nią patrzyła, a poczułam fantomowy ból we własnej szczęce i postanowiłam wyjąć ten kamień; kto wie, co znajdziemy, gdy zniknie z jej ust? To nie będzie łatwe zadanie. Obawiałam się, że usiłując to zrobić, jeszcze bardziej uszkodzę jej zęby i szczękę, co mijałoby się z celem.
Ale przecież nie mogłam jej tak zostawić, prawda?
Obmacałam kamień, wsunęłam palce w jej usta. Ich wnętrze wydawało się wilgotne, jak u osoby żywej. Wzdrygnęłam się, ale nie cofnęłam dłoni. Zamiast tego zaczęłam wysuwać kamień z jej szczęk, początkowo delikatnie, potem z nieco większą siłą, krzywiąc się przy dźwięku zębów zgrzytających o przeszkodę. Próbowałam chwycić mocniej i pokaleczyłam sobie kłykcie o ostre kikutki jej zębów.
Z krzykiem cofnęłam dłoń. Na kłykciach widniały niewielkie ranki. Krew, ciemna jak woda z torfowiska, już spływała na moją dłoń i nadgarstek. Zabarwiła jej zęby na różowo.
„Torfiarze wszystko pokręcili. Ona nie jest głodna, tylko spragniona”, pomyślałam i zaraz zaśmiałam się z własnej głupoty. Oblałam kłykcie śliną, a ostry posmak krwi mieszał się na moim języku z dymnym aromatem torfu.
Nie zawracaj sobie głowy tym ostatnim akapitem. To makabryczny nonsens. Wiesz przecież, że czasami padam ofiarą nader dziwacznych wymysłów, zwłaszcza po tym, jak moja najdroższa malutka Lucille… Ale nie muszę się w to teraz zagłębiać.
Cóż, miałam więc dziwny napad, zapewne przez palące słońce i tę przerażającą iluzję, w której kobieta z torfowiska przez sekundę wydawała się piękna, a potem przez szok wywołany skaleczeniem dłoni o te jej malutkie ząbki. Stałam tam, ssąc ranki i krzywiąc się z bólu, gdy wreszcie wrócili Michael i Arthur.
Ciało natychmiast przykuło uwagę Arthura. Obszedł trumnę, oglądał zwłoki z każdej strony, a potem poprosił, bym pokazała mu szkice, aby mógł się przekonać, w jakim stanie je znaleźliśmy. Następnie zaczął jej dotykać, obmacał szyję i szczękę, potem zaś przebite stawy, cały czas mamrocząc pod nosem.
– No i? Co o tym sądzisz? – zapytał Michael.
Podeszłam do niego i wsparłam ramię na jego barku. Nagle poczułam się bardzo zmęczona.
– Fantastyczne! – odparł Arthur. Miał zaróżowione policzki i wyglądał jak rozemocjonowany uczniak. – Moim zdaniem to ciało ma co najmniej sto lat, ale popatrzcie na te ręce! Odciski palców mógłbym zdjąć równie łatwo jak z własnej dłoni. Torfowiska są naprawdę niezwykłe.
– Czy kiedykolwiek wcześniej widziałeś coś podobnego? – zapytał Michael.
Pokręcił głową.
– Nie, ale czytałem o podobnych przypadkach. Ciała z bagien znajduje się rzadko, jednak nie jest to zjawisko kompletnie niespotykane, chociaż minęło sporo czasu, odkąd coś takiego znaleziono na holenderskiej ziemi. O ile dobrze pamiętam, więcej szczęścia mieli Niemcy; jakieś piętnaście lat temu znaleźli podobne zwłoki w Szlezwiku-Holsztynie. Znalezisko i późniejszą sekcję opisali nader szczegółowo. Moglibyśmy zrobić to samo tutaj. Pomyśl tylko, jakie tajemnice możemy odkryć!
Jeszcze długo stali tam z Michaelem i rozmawiali, obaj coraz bardziej ożywieni perspektywą odkrycia. Ja odzywałam się niewiele. Obawiam się, że ogarnęły mnie zmęczenie i słabość, zapewne z głodu i bólu w dłoni; chociaż kłykcie przestały krwawić, nadal pulsowały niemiłosiernie gorącym, piekącym bólem.
Wkrótce przyniesiono jedzenie i napoje, a Michael wypłacił mężczyznom należność. Prędko stali się niemal weseli, jednak żaden nie został dłużej. Światło dnia szybko znikało, a oni chcieli dotrzeć do domów. Michael przekonał najodważniejszych, by pomogli zanieść trumnę do Zwartwater; piwnica, sucha i chłodna, pomoże zachować ciało, a po pewnych niewielkich zmianach będzie idealnym miejscem, by Arthur mógł dokonać sekcji, którą pragnął przeprowadzić tak szybko, jak to możliwe. Wydaje mi się, że rozciąłby ją nożem tam, na polu, albo jeszcze tej samej nocy, gdybyśmy mu na to pozwolili.
Gdy wracaliśmy z Michaelem do domu, po raz kolejny zapytałam go, co zrobimy z ciałem. Obstawał przy sekcji, podobnie jak Arthur. Ja, o dziwo, czuję się rozdarta. Nie ma wątpliwości, że takie okazje zdarzają się nader rzadko i moglibyśmy dowiedzieć się z tego ciała wielu rzeczy, a jednak perspektywa ta wydaje mi się niesmaczna, choć nie potrafię wytłumaczyć tych odczuć. Nigdy nie chciałam stać na drodze rozwoju nauki, dlaczego więc teraz zaczęło mi to przeszkadzać? Może nie powinnam była myśleć o tym ciele jak o istocie ludzkiej.
A ty jak uważasz, najdroższa Lucy? Ciąć czy nie ciąć?
Zakończę teraz ten list. I tak jest już nader długi, a wiesz, jak Michael lubi sobie ze mnie dworować, że tak często do ciebie piszę. Poza tym ręka boli mnie tam, gdzie się skaleczyłam, i chociaż pisanie nie jest bynajmniej katuszą, nie jest też zbyt przyjemne. Należna kara, być może, za brak skromności i nienoszenie rękawiczek poza domem! Matka zapewne dostałaby ataku, gdyby jeszcze żyła i zobaczyła mnie na tym polu z dłońmi i nadgarstkami wystawionymi na widok publiczny, ale z drugiej strony ona nigdy nie zajmowała się rysunkiem, a trudno się szkicuje w rękawiczkach. Ołówki są bardzo śliskie.
Bardzo żałuję, że nie było cię przy mnie, byś zobaczyła to razem ze mną, moja Lucy.Chciałabym wiedzieć, czy ty także zobaczyłabyś piękno w tej dziwacznej twarzy.Tekst przekreślony: Chciałabym wiedzieć, czy ty także zobaczyłabyś piękno w tej dziwacznej twarzy.
Teraz już naprawdę kończę.
Arthur przesyła pozdrowienia (wiem, że nie jesteś typem kobiety garnącej się do zamążpójścia, gdybyś jednak zmieniła zdanie, wiedz, że byłby z niego dobry mąż, a z ciebie wspaniała żona lekarza! Ale nie zwracaj uwagi na moje słowa. Znów rzucam je na wiatr. Naprawdę czasami wydaje mi się, że mam ich tyle, by zaprzęgnąć je do całego powozu!).
Pani van Dijk przekaż moje uszanowanie. Jeszcze lepiej: powiedz jej, że moim zdaniem jest wręcz okrutna, trzymając moją bliźniaczkę z dala ode mnie; pomyśl tylko, że mogłybyśmy razem oglądać wydobycie tego ciała, gdybyś nadal ze mną mieszkała!
Twoja kochająca siostra,
Sarah
koniec darmowego fragmentu
zapraszamy do zakupu pełnej wersji
