Tytuł możliwy do wypożyczenia z oferty Depozytu Bibliotecznego.
[PK]
Tę książkę możesz wypożyczyć z naszej biblioteki partnerskiej!
Książka dostępna w katalogu bibliotecznym na zasadach dozwolonego użytku bibliotecznego.
Tylko dla zweryfikowanych posiadaczy kart bibliotecznych.
Książka dostępna w zasobach:
Biblioteka Publiczna Miasta i Gminy w Pobiedziskach
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 342
Rok wydania: 1973
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Vilhelm Moberg (1898-1973) to jeden z najwybitniejszych szwedzkich pisarzy, znany również w Polsce z książki Twoja chwila na ziemi. Zadebiutował w 1927 r. jako nowelista. Ma w swym dorobku kilkadziesiąt powieści oraz dramaty. Do najbardziej cenionych i popularnych, również poza granicami Szwecji, dzieł tego autora nąleży czterotomowy cykl odtwarzający epopeję szwedzkiego wychodźstwa w Ameryce Utvandrar-na (1949, Emigranci), lnvan dr arna (1952, Imigranci), Nybyggarna (1956, Osadnicy), Sista brevet till Sverige (1959, Ostatni list do Szwecji), poza tym trylogia Knut Toring (1935—39) oraz Rid i natt (1941, Jedźcie w nocy) i Forradar-land (1967, Kraina zdrajców). Kraina zdrajców to powieść historyczna, która ukazuje tragiczne losy mieszkańców z pogranicza Danii i Szwecji XVI w. Piękny, prosty język, wartka akcja oraz elementy obyczajowe, wszystko to składa się na bogaty obraz epoki i ludzi. Mimo odległych w czasie realiów jest to książka o sprawach ludzi współczesnych. Podjęty przez nią problem okrucieństwa wojny jest dziś równie aktualny jak w okresie, o którym opowiada Moberg.
SERIA DZIEŁ PISARZY SKANDYNAWSKICH
Yilhelm Moberg
KRAINA ZDRAJCÓW
OPOWIEŚĆ O LUDZIACH ZAPOMNIANYCH PRZEZ HISTORIĘ
Przełożył ze szwedzkiego
ZDZISŁAW WAWRZYNIAK
1
Śpiew pasterki na kamieniu granicznym
krolowa nieba i pasterka
ogień mówi ponad granicą
głos potoku granicznego
głos mieszkańca pogranicza
bosonogi mnich na wędrówce
jastrząb siedzi na dębie
ojciec i córka
prawo długich dzid
#
zdarzenie przy potoku granicznym
żołnierz włóczęga
matka boża wśród kamieni
P. SKAND.
450-012631-00-0
1
WYDAWNICTWO POZNAŃSKIE* POZNAŃ • 1973
Tytuł oryginału szwedzkiego FORRADARLAND
Obwolutę projektowała EWA~ FRYSZTAK: ---------
^ & bi
$24
...przeciw nikczemnej kupie zdrajców ze Smś-landii...
Gustav Vasa
Waśnie i wojny, walki i kwasy Były wśród ludzi przez wszyfctkie czasy, Od światów początku tak się dzieje,
Dlatego piszę te różne książki
Biskup Peder Mdnsson
CZERWONY KAMIEŃ
Minęło prawie tysiąc lat od chwili, gdy Czerwony Kamień stał się kamieniem granicznym między dwoma królestwami.
Od dnia Stworzenia kraina ta była niepodzielną całością; żadne znaki graniczne nie rozdzielały ludzi, którzy ją zamieszkiwali. Była to dobra ziemia, a dwaj królowie. Emund z północy i Sven z południą, pragnęli włączyć ją do swoich królestw. Przez wiele lat walczyli ze sobą o tę ziemię. Tysiące młodych i zdrowych mężczyzn ginęły od miecza i oszczepu, królestwa słabły i nędzniały od wojny królów. W końcu zabrakło po obu stronach mężczyzn zdolnych do dalszej walki. Na nieszczęście nie można było jeszcze prowadzić wojny bez ludzi, dlatego królowie zostali zmuszeni do zawarcia pokoju.
Prowadzenie wojny było od początku szczytnym posłannictwem królów, godnym ich stanowisk wasali Pana. Przystały im również łowy, ale na polowaniach zabijano jedynie zwierzęta, dlatego łowy nigdy nie osiągnęły tej wysokiej rangi, jaką miała rzeź ludzi. I dlatego ze smutkiem zawarli obaj królowie pokój; w ten sposób pozbawili się zajęcia, które przysparzało im najwięcej czci i chwały. Od momentu zakończenia wojny dni miały im się dłużyć i uwierać ich nudą.
Król Emund z królestwa północnego i król Sven z południa zgodzili się podzielić krainę będącą przedmiotem sporu na dwie równe części i zabrać po połowie. Pewnego dnia wyruszyli konno, aby wyznaczyć granicę między sobą, a w swoim orszaku mieli dwunastu najprzedniejszych mężów, po sześciu z każdego królestwa.
Królowie siedzieli na pięknych, wypasionych i błyszczących koniach, których uprząż lśniła srebrem, a strzemiona i cugle były ze złota. Jeźdźcy bowiem pochodzili z rodu starych bogów, których w owym czasie jeszcze czczono i szanowano.
Król Edmund i król Sven jechali ze swoim dwunastooso-bowym orszakiem w poprzek krainy w kierunku zachodnio--wschodnim, od morza na zachodzie do morza na wschodzie. a po drodze wyznaczali granicę między swoimi krajami. Gdy tylko było możliwe, wybierali wodę jako linię graniczną: jeziora, rzeki, rzeczki, potoki, sadzawki, ujścia, zatoki i fiordy. W lesie i na otwartym polu wybierali zaś jako znaki graniczne duże i łatwo rozpoznawalne kamienie. Krzywa i kręta kładła się granica między ludzi, którzy nigdy o nią nie prosili.
Zbliżając się do morza na wschodzie, naznaczyli królowie i ich przyboczni pięć kamieni granicznych. Mieli jeszcze wyznaczyć szósty.
Przybyli do szerokiego szumiącego potoku z małym pagórkiem w środku nurtu wody. Na wzniesieniu stał duży głaz czerwonawego granitu. W blasku słońca błyszczał ten kamień tak silnie swym czerwonym kolorem, że było go widać z odległości kilku strzałów z łuku. Granitowy głaz miał szerokość pięciu łokci i wznosił się na cztery łokcie ponad ziemię. Odkrywszy go znaczyciele granicy postanowili natychmiast, iż będzie to szósty i ostatni kamień graniczny.
Potok toczył swą wodę przez las sosnowy, mrucząc cicho i przyjaźnie, spływał w kierunku wschodniego morza, do którego uchodził. Płynął tak przez pola zawsze, od drugiego dnia Stworzenia, kiedy Bóg ustanowił ziemię i oddzielił lądy od wód. Od tej pory miał kamień w nurcie przemienić krainę w dwa kraje.
Królowie dojechali ze swoją świtą do pagórka w rzeczce, który miał oznaczać granicę między ich królestwami i stać się ziemią niczyją. Nikt nie miał tu być gospodarzem ani gościem, nikt nie miał tu być swoim ani obcym.
Król Emund zatrzymał swojego konia po północnej stronie kamienia, a król Sven zatrzymał swojego konia po stronie południowej. Król Emund uchwycił uzdę konia króla Svena, a król Sven uchwycił uzdę konia króla Emunda. Z rękoma na złotych cuglach swoich koni ustanowili i utwierdzili granicę między królestwami. Przyrzekli przy tym i przysięgli na swój królewski honor, że z bronią w ręku z żadnej strony nie przekroczą tego potoku.
Z momentem naznaczenia szóstego kamienia granicznego krainą została podzielona na królestwo północy i królestwo południa, wszystkie spory między królestwami zawieszone, granica zaś przeciągnięta i utwierdzona na wszystkie czasy. Pokój między ziemiami obu władców miał trwać wiecznie.
Kamień graniczny w potoku nazywany był przez lud Czerwonym Kamieniem.
Gdy w ten sposób zawarto i zaprzysiężono wieczny pokój, rozdzielili się królowie północy i południa — i każdy ze swoimi przybocznymi odjechał w swoją stronę świata.
Zachowane dokumenty w Diplomatorium Suecanum opowiadają o położeniu granicy między królestwami Szwecji i Danii anno 1054 po narodzeniu Chrystusa. Od tego czasu minęło 913 lat. Kronika rzymska powiada o tym wydarzeniu :
Między Szwecyją a Danią wtedy XII mężów
sześć kamieni położyło i stoją tam odtąd.
WOJNA KRÓLÓW
Mieszkańcy krainy, która stała się dwoma krajami, pochodzili z jednego i tego samego rodu. Przybyli ze wschodu w wieku wielkich wędrówek, w czasie gdy ludy z różnych części świata zmieniały miejsca swojego zamieszkania. Mieli za sobą długie wędrowanie. Ich droga prowadziła przez lądy i wody, poprzez stepy i pustynie, na grzbietach koni i wielbłądów, tratwami i łodziami żaglowymi, przez wysokie góry i szerokie rzeki, przez ziemie i morza. Poprzez Bałtyk dotarli do lądu i osiedlili się na wybrzeżach przy ujściach rzek do morza. Stamtąd wzdłuż biegu wody rzecznej szukali miejsc dogodnych do zamieszkania na północy.
Ludzie zajmowali grunt, budowali chaty z ziemi, oswajali zwierzęta, podpalali lasy, wypalali miejsca pod uprawę i siali ziarno chlebowe w popiół. Na karczowiskach i wypaleniskach rosło zboże, na łąkach bujna trawa, sosnowe i świerkowe lasy stały wysokie i gęste. Dęby i buki wywyższały swoje szerokie korony, a pod rodzącymi drzewami pasły się świnie i tuczyły żołędźmi i buczyną. W jeziorach, rzeczkach i potokach wrzało i wirowało od ryb: szczupaków, okoni, węgorzy i leszczy. W rwących potokach i wodospadach skakały łososie, a w dużych rzekach budowały swe domy bobry. Łosie i jelenie wypasały się na łąkach, zające przebiegały polany, stada dopiero co wylęgłych głuszców i cietrzewi trzepotały w gąszczach i kryły się wśród krzaków borówek i poziomek.
Lud czerpał swoje pożywienie z chleba wyrosłego na wypaleniskach, z mięsa zwierząt, dziczyzny leśnej i ryb. Napoje warzono z ziarna zbożowego, z chmielu i jałowca, a słodzono je miodem i sokiem brzozowym. Ciała przykrywano odzieżą z wełny owczej i polnego lnu. Noszono buty ze skóry zabitych zwierząt i kawałków drzewa olchowego. Brakowało im tylko jednej rzeczy — lecz najniezbędniejszej — soli. Białe ziarenka, które chroniły mięso przed zepsuciem, nie występowały w tej krainie i nie można ich było uprawiać; trzeba było sprowadzać je daleką drogą przez morze.
Na długo zanim granica została przeciągnięta w poprzek ich krainy, mieli tu swoje stałe osiedla, w których pragnęli pracować za dnia i odpoczywać bezpiecznie nocą. Lecz teraz ich domy znalazły się nagle w królestwie północy i królestwie południa, a tym samym zmieniło się ich życie.
W kilka lat po podzieleniu krainy i zawarciu wiecznego pokoju królowie rozpoczęli nową wojnę. Na trony w obu królestwach wstępowali nowi królowie, którzy zawierali nowe pokoje i wszczynali nowe wojny. Mordując, grabiąc i paląc, przeciągały ich wojska przez okoliczne osiedia. Mężowie z orężem z żelaza i stali zwyciężali tych, którzy nie mieli broni z żelaza i stali.
Szczęście wojenne było zmienne, a kraina graniczna należała raz do królestwa północy, raz do królestwa południa. Czasami ludzie mieszkający w tej krainie nie wiedzieli, w którym kraju żyją i mieszkają, w Szwecji, czy w Danii. Do kogo należymy? Jesteśmy Szwedami czy Duńczykami?
Ale sami w sobie nie mogli zostać zmienieni przez granicę, którą przeciągnięto między nimi, pochodzili bowiem od tych samych przodków, uprawiali tę samą ziemię i mówili jednym i tym samym językiem. Kamienie graniczne nie usunęły więzów krwi, więzów powinowactwa i mowy. Współżyli ze sobą w jednakowej przyjaźni i zaufaniu jak przed „czasem granic", spotykali się podczas świąt i w dni powszednie jak dawniej, odwiedzali się, żenili swoje dzieci między sobą, uprawiali handel przez potok graniczny. Lud przygraniczny był i pozostał niepodzielną całością; czy ich nazywano Szwedami, czy Duńczykami, to było im obojętne.
W czasach pogaństwa uważali granicę za nieszczęsną, nieunikniony los, a w czasach chrześcijaństwa traktowali ją jako karę za grzechy.
Za rządów króla szwedzkiego Magnusa Dobrego obie po-
Iowy krainy zostały połączone. Znaki graniczne utraciły swoje znaczenie, przez wiele lat krew nie spłynęła do Potoku Sosnowego.
Na czas życia jednego człowieka kraina była ponownie zjednoczona; potem znowu zerwano pokój i znowu powstały dwa oddzielne kraje.
Na trzy lata przed końcem czternastego wieku po narodzeniu Chrystusa, w mieście granicznym Kalmarze nastąpiło zawarcie długotrwałej unii między krajami Północy. W miesiącu lipcu, w dniu świętej Małgorzaty unia została potwierdzona na niezniszczalnym pergaminie: „I odtąd po wieczne czasy mają królestwa północne mieć jednego króla, a nie wielu". Wojny między tymi krajami miały już nigdy nie wybuchać. Porozumienie kalmarskie obowiązywało na wieczne czasy. Obwieszczono wtedy wioskom przygranicznym: Nie jesteście już ani szwedzkie, ani duńskie! Jesteśmy wszyscy jednym ludem i jako równi bracia powinniśmy żyć w pokoju po wszystkie czasy!
Sojusz królestw nastąpił za panowania królowej Danii, Małgorzaty, nazywanej przez lud Małgorzatą, Aniołem Pokoju. Za jej rządów nastał tak silny i trwały pokój, że wystarczyło go jeszcze na kilka lat po jej śmierci. Przez czterdzieści lat cieszyli się mieszkańcy przygranicznych wsi szczęściem nieprzerwanego pokoju.
Zamiast dwóch królów otrzymał kraj jedną królową i był szczęśliwy pod rządami jej ręki.
Słodkie czasy przeminęły i jeszcze słodsze trwały potem w pamięci ludu.
Wojna bowiem powróciła i pozostała z krótkimi przerwami przez całą resztę piętnastego wieku. Ciągnęła się jeszcze przez kilka dziesiątek lat szesnastego wieku. Znowu wioski przygraniczne miały swoich królów, znowu ludzie byli Szwedami i Duńczykami, znowu po drugiej stronie potoku rozciągał się kraj wroga, znowu dzielił ludzi Czerwony Kamień. Wojnę dziedziczono z wieku na wiek, z roku na rok, z pokolenia na pokolenie. Wojna towarzyszyła wiernie wędrówce pokoleń na ziemi.
Kiedy przeciągnięto granicę między królestwami i zawarto wieczny pokój, wtedy minęły bezpowrotnie wspaniałe, bezkrólewskie czasy; wtedy zaczęła się wieczna wojna,
POKÓJ ludzi
Potok, który przepływał przez gęsty las, nazwano Potokiem Sosnowym. Była to nie tylko granica między dwoma królestwami, lecz również między dwoma krajobrazami, Sm&landią i Blekinge oraz między dwiema gminami, Visse-fjarda i Fridlevstad. Do czasu przedstawionego w opowieści Czerwony Kamień stał już jako kamień graniczny przez blisko pięćset lat. W miarę upływu lat granit błyszczał w słońcu coraz czerwieniej. Starzy chłopi przygraniczni mówili, iż kamień był opryskiwany krwią ludzi, którzy ginęli podczas wojen stuleci.
Brzegi Potoku Sosnowego połączono mostem, zbitym z grubych bali dębowych. W czasach pokoju most jednoczył ludzi z obu stron granicy. Pędzono przezeń woły z północy na południe, stał się on miejscem, w którym spotykali się ludzie z obu stron, załatwiając wspólne interesy i sprawy. Za każdym razem gdy wojna powracała, most zrywano, a pnie dębowe wynoszono na ląd. Nikt nie policzył, ile razy most na Potoku Sosnowym zrywano i ponownie zakładano, składano i rozbierano. Belki mostu, które raz przenosiły ludzi przez wodę raz leżały na lądzie, świadczyły o przebiegu wojny w okolicy pogranicznej.
Potok Sosnowy był również granicą majątków należących do dwóch oddzielnych gospodarstw, zagrody północnej z Vissefjarda i zagrody południowej z Fridlevstad. Oba gospodarstwa miały tę samą ilość ziemi, a przed przeciągnięciem granicy tworzyły całość i należały do jednego domu. Ustanowienie granicy przecięło ten majątek na dwie połowy, na których powstały dwie zagrody, północna po szwedzkiej stronie i południowa po duńskiej.
Na pcczątku szesnastego wieku właścicielem zagrody* północnej był Bengt Sibbesson, a zagrodę południową posiadał Mirt en Magnusson. W czasie przedstawionym w opowieści byli obydwaj gospodarze w sile męskiego wieku.
Granica, która przebiegała przez własność chłopów nadgranicznych, ciągnęła się również przez tereny leśne między Jeziorem Zachodnim a Potokiem Sosnowym. Nie było tara jednak żadnych kamieni granicznych, dlatego nie wiedziano całkiem dokładnie, gdzie kończyło się jedno królestwo a zaczynało drugie. Bengt i M&rten nie odgraniczyli tam swoich parceli i uprawiali je wspólnie. Dzielili się pastwiskiem i drzewem leśnym. Bengt pasł swoje świnie żołędźmi i buczyną, MSrten zaś korzystał z łyka i kwiatu lipy, garbnika dębowego i kory brzozowej. Uważali, że tak jest najlepiej dla obu stron. Obydwaj zrozumieli, że nie mają powodów do sprzeczki i kłótni o to, co dawał im las, skoro mogą, ciągnąć zeń korzyści na równi. Ich ojcowie myśleli w podobny prosty sposób. Pozostawali więc przy prostocie swoich przodków.
Wykorzystując spadek wody w Potoku Sosnowym, zbudowali Bengt i M&rten wspólny młyn wodny, w którym mełli dla siebie ziarno na mąkę. Przecież prądu wody, który poruszał kamienie młyńskie, nie można było podzielić na. dwie równe części między Szwecję i Danię. Dlatego płacili podatek od młyna jednego roku szwedzkiemu wójtowi, następnego roku — duńskiemu. W czasie istnienia unii kal-marskiej, gdy oba królestwa miały jednego króla, nie wiedzieli, który wójt: szwedzki czy duński ma prawo do ich daniny. W tym czasie nie płacili w ogóle podatku od młyna, bo płacąc obu wójtom krzywdziliby siebie, a płacąc tylko-jednemu, krzywdziliby drugiego. Nie chcieli być niesprawiedliwi wobec żadnego z królestw.
Bengt i Mśrten, podobnie jak wszyscy chłopi przygraniczni, byli gorącymi zwolennikami unii kalmarskiej. Uważali, że królestwa Szwecji i Danii powinny być na tyle mądre i oszczędne i zadowolić się jednym królem. Sami chętnie zgodziliby się na jednego króla. Czy ma to być Szwed czy Duńczyk, czy jego tron ma stać w Sztokholmie czy w Kopenhadze, było im to całkiem obojętne. Królowie różnili się jednak rozumem od prostych chłopów.
Od wszystkich królów z północy i z południa żądali chłopi pograniczni tego samego: Pokoju. Domagali się, aby było im wolno rządzić się samodzielnie i nie odczuwać obecności wojsk królewskich i książęcych w pobliżu granicy. Jeżeli król szwedzki lub duński podżegał i zaciągał chłopów do wzajemnej wojny, odmawiali płacenia mu podatków. A ponieważ królowie nie mogli obyć się bez pieniędzy chłopskich, wymuszali chłopi w ten sposób pokój na pograniczu, nawet wtedy, gdy waśnie i wojny panowały między królestwami.
Ale pokój na skrawku ziemi w królestwie, które znajdowało się w stanie wojny, był przecież bezsensowną i niepoprawną sytuacją. Mówiono o tym i pisano w obu stolicach, na północy i na południu. Lecz jaka na to była rada? Pogranicze było odległe i niedostępne, a przy tym trudno było przywołać tamtejszych chłopów do posłuszeństwa i porządku. Za czasów słabych królów lub rządców królewskich, pogranicze rządziło się samo i nie chciało należeć ani do jednego królestwa, ani do drugiego.
Bengt i Marten, sąsiedzi graniczni byli zadowoleni z takiego stanu rzeczy, wyobrażali sobie nawet życie bez jakiegokolwiek króla, byle tylko mogli cieszyć się pokojem.
Jeden, jedyny raz doszło do poważnego sporu między nimi. Byk Bengta, który również nie wiedział, gdzie przebiega granica, wlazł między krowy M&rtena pasące się na pastwisku i pokrył jałówkę, która nie miała roku i była za młoda na pokrycie. Pod ciężarem dużego byka załarrfcił się jej grzbiet i Mźrten musiał ją dobić. Poszedł więc do sąsiada, który był właścicielem byka i zażądał odszkodowania za naruszenie własności. W odpowiedzi Bengt wspomniał o krowach M&rtena, które każdego roku były pokrywane na pastwisku, chociaż Mżrten nie posiadał własnego byka. Jak to się działo? Przecież jego krowy cieliły się. Istniał tylko jeden byk w lesie granicznym, a był to byk z zagrody północnej.
— Czy nie masz każdego roku pięknych cieląt od twoich krów, Martenie?
Marten z zagrody południowej musiał przyznać mu rację.
— Wszystkie pochodzą od mojego byka — powiedział Bengt. — I nic mi nie zapłaciłeś.
Właściciel byka otrzymywał za pokrycie obcej krowy pół duńskiej marki.
— Domagasz się zapłaty za cielęta? — spytał Marten.
— Jeśli mam pokryć szkodę, którą mój byk wyrządził twojej jałówce, to chcę też dostać zapłatę za korzyść, którą wyniosły twoje krowy.
— Ile żądasz?
— Tyle ile ty za złamaną jałówkę.
— To znaczy zgoda?
Potem Bengt i MSrten skwitowali zgodę uściskiem rąk. Krowy Martena miały w dalszym ciągu przyjmować byka Bengta, a za te usługi miał Bengt dostawać co trzy lata iedrto cielę.
W ten sposób szwedzki byk kontynuował swe zapładnia-jące kontakty z duńskimi krowami. Pokrywał je na wspólnie wypasanej łące przy granicy, nawet w czasie wojny z Danią, a więc kontaktował się wówczas z wrogiem. Cielęta, które krowy rodziły, były oczywiście pół szwedzkie i pół duńskie, lecz właściciel krów po duńskiej stronie był z nich tak samo zadowolony jak przedtem. Cielęta w zagrodzie północnej pochodziły od krów Bengta, a tym samym były czysto szwedzkie, a pomimo to trudno było wykryć jakiekolwiek różnice między nimi i ich półrodzeństwem z zagrody południowej.
Z nieszczęśliwego zdarzenia z bykiem, który uszkodził młodą jałówkę, mogły łatwo wyniknąć swary i wrogość między właścicielami zwierząt. Lecz wypadek ten miał szczęśliwy koniec ku zadowoleniu obu stron. Wypadek ten umocnił jeszcze bardziej wspólnotę i dobrosąsiedzt mię-
dzy obu chłopami.
Bengt Sibesson i MSrten Magnusson byli dwoma chłopami, z których każdy mieszkał w swoim królestwie, byli to jednak dwaj mężowie pokoju. I tak jak Bengt i Mflrten, postępowali inni mieszkańcy gmin po_jibu stronach Potoku Sosnowego. Z tego powodu ukształtował" się ciekawy obyczaj na pograniczu. Za każdym razem, gdy wybuchała wojna między królestwami, ludność pogranicznych wiosek zachowywała pokój i odmawiała posłuszeństwa dalekim władzom, królom i książętom północy i południa, którzy chcieli rządzić nią, jej życiem i śmiercią.
Podczas wojny nie zrywano już mostu na Sosnowym Potoku. Trwał nienaruszony w swoim miejscu i służył jak dawniej ludziom i zwierzętom z obu stron.
Jeśli dwa państwa znajdują się w stanie otwartej i honorowo wypowiedzianej wojny, należałoby zerwać wszystkie mosty między nimi. Lecz lud pogranicza nie pojmował tej oczywistej prawdy. Przeciwnie, na moście łączącym brzegi Potoku Sosnowego spotykali się ludzie z obu stron i zawierali gminny pokój.
Dla królów i książąt odpowiedzialnych za prowadzenie wojny była to obłędna sytuacja. Sytuacja ta trwała jeszcze nie zmieniona przez pierwsze dziesięciolecia szesnastego wieku. Minęło sporo czasu, zanim przekonano wzdragających się ludzi z Vissefjarda i Fridlevstad o prawnych roszczeniach wojny i właściwym porządku.
Opowieść traktuje o tym, co przydarzyło się im w czasie wzdragania.
MIĘDZY NIEBEM A PIEKŁEM
Dwa ziemskie królestwa walczyły o bohaterów opowieści, lecz mieszkali oni również pomiędzy dwiema innymi władzami. Nad ziemią sklepiało się królestwo Boga, pod ziemią leżało królestwo Diabła. W niebie królem był Bóg, w piekle rządził Diabeł. Oba królestwa prowadziły nieustanną wojnę o panowanie na ziemi. Jasne anioły Boga i czarne anioły Diabła, dwaj potężni władcy prowadzili straszliwą walkę przeciwko sobie. Civitas Dei i Civitas Diaboli walczyły o dusze ludzi.
Ludzie żyli w zamkniętym świecie. Ich ojczyzna znajdowała się między niebem a piekłem, między wieczną szczęśliwością i wiecznymi męczarniami. Po śmierci czekała ich albo radość bez granic, albo męka bez granic. Dwa królestwa walczyły o nich po zakończeniu ziemskiego życia, w jednym lub w drugim mieli spędzić wieczność.
To albo-albo wzbudzało w nich przerażenie bez miary.
Dobry Chrystus zwyciężył starych bogów i obiecał ludziom ocalenie od wiecznej męki. Jego kościół miał dużą władzę nad nimi, a oni oddawali dziesięcinę swojego niedostatku sługom kościoła, którzy w zamian troszczyli się o ich dusze.
Przyszły czasy, w których królestwo Diabła omal nie zapanowało na ziemi. W czternastym wieku Bóg zesłał na ziemię Nagłą Śmierć jako karę za grzechy i ostrzeżenie dla chrześcijan. Świat nawiedził demon, który wbijał niewidzialne strzały w piersi ludzi, tak że momentalnie padali bez życia na ziemię, w miejscu w którym stali. Była to Wielka Śmierć, zwana dawniej zarazą. Dla oczu ludzkich przedstawiała się ona jako olbrzym niespotykanej wielkości, który wędrował przez kraje i którego nikt z wyjątkiem ognia nie potrafił powstrzymać. Gdy las podpalony wokół pewnego miejsca tworzył płonący wieniec, ludzie chronili się w jego środku, szukając ocalenia. Łowczyni Nagła Śmierć przemierzała miasta i wsie milowymi krokami, przeskakiwała morza, jeziora, rzeki i pola. Była tak olbrzymia, że zaciemniała sobą słońce, jej głowa sięgała chmur na niebie. Nazywano ją różnymi imionami; u Zwiastuna w Objawieniu była rycerzem na czarnym koniu: Jej właściwym imieniem jest śmierć, która swą potęgą objęła czwartą część ludzkości.
Wielka Śmierć przechodziła przez ziemię i żądała swojej części: Dla umarłych nie było już miejsca na cmentarzach, grzebano ich masowo w nieświęconej ziemi, na łąkach i w gajach jak ciała samobójców. Mila za milą pustoszały gospodarstwa w całej krainie.
Bóg karał chrześcijaństwo za jego grzechy. Aby zapewnić sobie niebo po śmierci, ludzie poświęcali wszystko, co posiadali tu na ziemi. Próbowali odwrócić gniew Boga i sami tępili swoje grzechy — łagodzili gniew Stwórcy, wymierzając sobie kary. Potępiali sami siebie, aby uniknąć potępienia Boga. Zadawali sobie cierpienia w życiu doczesnym, aby uchronić się od cierpień w życiu wiecznym. Własnymi rękami zadawali sobie ból, na który zasłużyli swoimi grzechami.
Ludzie próbowali złagodzić gniew Boga samobiczowa-niem i ascezą, umartwieniami i pokutą. Czołgali się na kolanach wokół świętych domów, kościołów i świątyń, kłuli się igłami w skórę, biczowali swoje grzbiety, aż krew tryskała, a plecy pokrywały się skorupami ran, które zdzierali potem nowymi uderzeniami. Umywali stopy brudnych żebraków i oblizywali rany trędowatych. Obmywali swoje dusze, zanurzając swoje ciała w gnoju i plugastwie cuchnącym niby świnie czy padlina. Tarzali się w nieczystościach, aby się oczyścić, poniżali się na ziemi, aby wejść wywyższonymi do królestwa niebieskiego.
Jednak ród ludzki, który przeżył dotąd wszystkie wielkie katastrofy, przetrzymał również największą. Po przejściu Wielkiej Śmierci zwiększyła się płodność kobiet, urodziło się mnóstwo dzieci, a opustoszałe zagrody znowu się zaludniły. Ziemia istniała i jak dawniej każdej wiosny okrywała się zielenią, zboża na polach i trawy na łąkach rosły jak przedtem. Na cmentarzach wyrosły wysokie trawy i przykryły groby, a wkrótce żywi zapomnieli o umarłych. Życie szło dalej jak dawniej.
Ale zło pozostało na ziemi i ludzie grzeszyli jak zawsze. Walka między królestwami trwała w dalszym ciągu nierozstrzygnięta. W walce uczestniczyło Bóstwo w swojej trójcy Wojny, Zarazy i Głodu.
W czasie akcji opowieści szalała walka między Królestwem Bożym a Królestwem Szatana gwałtowniej niż kiedykolwiek. Między Civitas Dei a Civitas Diaboli zawarcie pokoju nie było możliwe, dopóki istniał świat.
Na pograniczu — między niebem a piekłem przeżywali również swoje życie bohaterowie opowieści.
WESELE NA GRANICY
Panna młoda przed kościołem stoi, różowa jak róży kwiat
Wieczór dziewic
Bengt z Zagrody Północnej i M&rten z Zagrody Południowej, każdy ze swojej strony, przekroczyli most na Potoku Sosnowym, każdy w poszukiwaniu żony.
Bengt Sibesson poszedł wzorem swoich przodków, przekroczył granicę, aby szukać żony dla siebie po drugiej stronie. Uzyskawszy zgodę swoich rodziców i krewnych, starał się o rękę Gertrud 01ovsdotter z Humleberg w Fridlevstad. Rodzina młodej Gertrud nie wyraziła sprzeciwu. Obie strony zgodziły się na małżeństwo Bengta i Gertrud. Nastąpiły zrękowiny, uzgodniono podarunki zaręczynowe, posag i podarunki ślubne.
Wielkie wydarzenie miało nastąpić w krainie przygranicznej. Poprzez ślub Bengta i Gertrud miały zostać złączone dwa stare rody chłopskie.
Wyprawiąć wesele trzeba w swoim czasie; najlepszą porą jest wrzesień, miesiąc jesieni. Między miesiącem żniw a miesiącem ubojów, zboże jest już zebrane, a na młócenie jest jeszcze czas, słońce stoi pod znakiem Panny, co obiecuje płodny związek. Mężczyzna, który bierze sobie żonę w czasie Dziewicy, może liczyć na to, że obdarzy go potomstwem jeszcze przed upływem jednego roku.
Wyprawiać wesele trzeba na czas: Zaproszenia na ślub w jesieni wysłano wiosną, a w maju zaczęły się przygotowania w domu pana młodego w Zagrodzie Północnej. Pieczono, warzono i prano, zabijano zwierzęta i solono mięso, sprzątano i przystrajano izby, szorowano podłogi, czyszczono koprowe kotły, garnki i patelnie. Stara matka Bengta, wdowa na gospodarstwie, była jeszcze silna i przykładała ręce do każdej roboty. Również i w domu Gertrud przez całe lato panował palący pośpiech: Trzeba było zapakować skrzynię panny młodej, międlić i prząść len na wyprawę ślubną, gręplować wełnę, nawijać nici i szpulkować. Szyto i krawco-wano w Humleberg, kołowrotek warczał, a wrzeciono stukało do późnej nocy. Wszystko miało być przygotowane na dzień, w którym przyjdzie pan młody i zabierze pannę młodą do jej nowego domu po drugiej stronie potoku.
Najmłodsza córka na gospodarstwie wychodziła za mąż. Gertrud ukończyła już siedemnaście wiosen, a zaraz po skończeniu siedemnastego lata życia miała pójść do łóżka oblubieńca.
Nie została wybrana z powodu ładnej twarzy; nikt nie uważał jej za piękność. Jej usta były za duże, a nos za mały. Ale błękit jej oczu był podobny do koloru bławatków w słońcu. Ludziom podobały się jej jasnozłote włosy. Matka mówiła o córce: Gertrud jest zamknięta w sobie jak skórzana sakiewka i nikt nie wie, co w niej tkwi w środku. Każdy jednak wiedział, iż jest ona posłuszną i rozsądną dziewczyną, może trochę za cichą i zbytnio nieśmiałą.
I tak przyszedł wieczór przed weselem, który miał być ostatnim wieczorem jej dziewiczego stanu.
Siedem dziewcząt zebrało się tego wieczoru w domu Gertrud, która opuszczała krąg dziewic z odsłoniętymi głowami, aby zawiązać na swej głowie strój mężatki.
Panny udały się najpierw razem do łaźni. Tam myły się i opryskiwały wodą swoje nagie ciała. Bawiły się tym, choć ze strachem; śmiały się i były przerażone radością zrzucenia z siebie sukien. Były zdziwione tym, co ukrywały ich suknie, zdumione swoją białą skórą, dokonywały teraz odkryć na sobie samych. Wszystkie sześć były rozwiniętymi kobietami; badały i oceniały się nawzajem, porównywały swoje części ciała: Ty masz większe piersi niż ja — twoje dzieci będą miały więcej niż moje! — Ale moje biodra są szersze — będę łatwiej rodzić moje dzieci! — Ty masz czarne włosy pod pachami, ja mam blond, widzisz? — Twoja kępka włosów, tam na dole jest większa niż moja, ale jest tak samo czarna jak moja.
Znajdowały podobieństwa i różnice na swoich ciałach. Lecz wszystkie odczuwały tę samą niewiedzę. Wyczuwały ze zdziwieniem tajemnice swojej płci, które miały się im objawić dopiero w noc poślubną.
Siedziały długo w łaźni, a potem obchodziły swoje święto w izbie na strychu, nad tylnym skrzydłem domu. W czasie wieczoru dziewic wolno im było przebywać jedynie w swoim towarzystwie i robić, co im się podoba. Wplotły więc wieńce z kwiatów we włosy, jadły i piły, krzyczały i szalały, baraszkowały tak głośno, że było je słychać w głównej izbie, gdzie siedzieli starzy.
Wieść o wieczorze dziewic rozniosła się po okolicy. Do zagrody przyszło dużo młodych chłopaków. Tego wieczoru był niemały ruch w Humleberg. Młodzieńcy przyszli, aby pobawić się i pofiglować z dziewczynami, aby popsocić i po-zalecać się do dziewcząt. Drzwi od strychu zamknięto na kłódkę i na klucz, lecz nieproszeni goście ustawili się pod ścianą i śpiewali piosenki, i opowiadali głośno o nocach poślubnych i inne łóżkowe historie. Przez szpary w dachu słyszały zamknięte na strychu każde słowo:
Panna młoda w łóżku nie spała,
Ze swoją cnotą długo czekała,
Pana młodego nie znajdowała,
Świecę zapaliła,
Chłopa obudziła,
Do niego się obróciła.
Nie wziął jej w ramiona.
Znowu sobie zasnął.
Pannie młodej było już za wiele.
Tak się skończyło szczęście wesela.
A potem chłopcy zaczęli naśladować ziębę siedzącą na lipie i śpiewali:
Patrz! Patrz!
Dziewucha i chłop za krzakiem.
Dziewucha udaje, że nie chce.
A chce jej się tak mocno!
Tak mocno!
Wstydź się!
Aż wstyd!
Patrz! Patrz!
Dziewucha i chłop za krzakiem!
Wszystkie ptaki w lesie, skowronek i drozd, zięba i sikora, pliszka i raszka — wszystkie śpiewają o tym samym,
0 dziewczynie i chłopaku na trawie, w krzakach albo na sianie w stodole. Tylko bocian — święty ptak, jedynie bocian nie śpiewa, bo tylko bocian potrafi mówić. Wie wszystko co będzie, siedzi w gnieździe na dachu domu weselnego
1 przemawia do dziewczyny, która wychodzi za mąż. tak:
Dzwoni sierp we żniwa,
Na polu wśród zboża żnie.
Smutna dziewica tak śpiewa:
Straciłam cnotę tego roku.
Nie przejmuj się sierpem we żniwa,
Kwiat dziewictwa przemija!
Dziewięć miesięcy poczekasz!
Przylecę w następnym roku!
W końcu — przed odejściem, śpiewali już całkiem sprośne piosenki, a młoda Gertrud ze złości i wstydu rumieniła się na całej twarzy.
Siedem dziewic na strychu, z wiankami na głowach — sześć druhen bawiło się w najlepsze, lecz jutrzejsza panna młoda była dziwnie cicha. Rozmyślała o wszystkim, co J4 czeka. Nic nie wiedziała pewnego, pełna była wprawdzie domysłów i przypuszczeń, ale wszystko było dziwnie nieznane, a wszystko co nieznane, przerażało ją. Co to będzie następnej nocy? Jaka będzie ta noc poślubna?
Jej matka powiedziała kiedyś: Przejdziesz to samo, co ja.
Ale matka nie opowiedziała o tym, co przeszła. Nie odsłoniła swojej córce tajemnic łoża poślubnego. Tylko jedno pytanie matki było z tym związane: Kiedy miałaś ostatni raz krwawienie? — Dlaczego matka pyta o to? — Aby naznaczyć dzień twojego ślubu. Nie możesz w czasie miesiączki iść do łóżka po raz pierwszy z twoim mężem. Wtedy matka otrzymała odpowiedź i w ten sposób wyznaczono dzień wesela.
Gertrud przymierzyła swą suknię ślubną, ozdoby na piersi, pas i koronę. A jutro przyjdzie Bengt z Zagrody Północnej i zabierze ją ze sobą do swojego domu. Od tego dnia miało zmienić się jej całe dotychczasowe życie. Nie była już tylko córką, miała zostać żoną i matką, panią domu. Od tego dnia nie miała już spać w nocy we własnym łóżku, lecz dzielić łoże z mężczyzną.
W środku wrzasku i zgiełku wieczoru, wśród śmiechu i zabawy siedziała młoda Gertrud skupiona i poważna. Usiłowała wyobrazić sobie życie, w które miała wejść. Jakie będą jej przyszłe dni i noce? Jakie będzie jej życie z Beng-tem z Zagrody Północnej, życie z człowiekiem dla niej zupełnie obcym?
Z lęku rodziły się te pytania, a pytania powiększały jej lęk. Swoimi wewnętrznymi oczami pragnęła tak gorąco widzieć przyszłość, że jej uszy nie słyszały wcale śmiechów ani śpiewu.
Wieczór dziewic zakończył się pieśnią pożegnalną, którą śpiewało sześć dziewcząt dla siódmej:
Prowadzili pannę młodą do domu weselnego.
Nieśli przed nią światło z drzewa smolnego.
Położyli pannę młodą do łóżka poślubnego.
Dziewczynka przykrywa ich kołdrą z płótna białego.
Młodzi i starzy na weselu
Gdy przyszedł dzień wesela, zebrali się krewni obu młodych, przyjaciele i sąsiedzi w Zagrodzie Północnej. Przybyli szono na wielkie jedzenie i picie, taniec i zabawę, na mu-goście z daleka i z bliska, z obu stron granicy. Dwa wielkie rody pograniczne spotkały się pod jednym dachem, zapro-zykę. Przyszli mężczyźni, przyszły kobiety, starcy i dzieci, młodzi kawalerowie, młode i starsze panny, jednym słowem młodzi i starzy.
Młodzi tańczyli i bawili się, starcy zaś i staruszki siedzieli po kątach domu weselnego i przyglądali się. Minął już czas ich wesołości, nie mieli już sił do tańca, toteż musieli nacieszyć się samym widokiem.
Starcy poruszali przy tym bezzębnymi szczękami i kiwali łysymi już głowami, ślepawi i przygłuchawi. W świetle sosnowych łuczyw wędrowały oczy starców za tańczącymi dziewczętami i czepiały się pożądliwie ich ciał i sukien, które ukrywały jędrne piersi i biodra. Krew płynęła już leniwie w żyłach starców, ale ich młodość ożywała na widok innej młodości — Kiedyś też tak tańczyłem! A brody trzęsły się bezsilnie: Przeminęło!
Westchnienie wyrwało się z ust starca: Kiedyś wszystkie moje członki były miękkie, tylko jeden był twardy. Dziś wszystkie członki mam sztywne, tylko jeden jest miękki.
Jakiś stary mężczyzna, widząc ponętne ciało młodej kobiety w swoim zasięgu i nie mając już siły, złościł się: Mój duch jest ochoczy, lecz ciało jest już za mdłe! Czemu jeszcze chcę, gdy już nie mogę. Czemu ciało jeszcze ma ochotę, gdy już nie mogę jej zaspokoić?
Staruszki siedzące w kącie starych widziały wyraźnie, jak z kącików ust starców, na widok młodych ciał, wyciskał się sok pożądania. ^Parskały wtedy z pogardą: Patrzcie ich! Stare tryki jeszcze gonią za jagniętami! Więcej już nie mogą, jak tylko polizać! Stare, łyse capy, co tylko wąchają młode kozice! Wstyd!
Gdy starzy nie mogą już zaspokoić swoich chęci w czynach, szukają zadośćuczynienia w słowach: Starcy opowiadali sobie historie łóżkowe, smakowali je i delektowali się szczegółami. Wszystko, co słyszeli kiedyś na weselach, powracało teraz w ich opowieściach. A było to tak...
Czy pamiętacie Sunę Stigsona z Rodeby? Tego, który zawsze się golił wieczorem przed pójściem do łóżka. Kiedy pytało się go, dlaczego goli się wieczorem, a nie rano. odpowiadał: Jeśli we śnie w nocy wezmę kobietę w ramiona, chcę być dla niej na tyle miły w dotyku, żeby nie uciekła ode mnie.
Pewnego razu była sobie dziewica, która dopiero rankiem po swojej nocy ślubnej zobaczyła pierwszy raz w życiu zupełnie nagiego mężczyznę. Gdy jej oblubieniec wstał goły jak Adam z łóżka, zlustrowała go wzrokiem od stóp do głów, a potem wykrzyknęła w przerażeniu:
Co ja zrobiłam z tobą w nocy, co ja ci zrobiłam mój najdroższy? Czy to jest wszystko, co ci z niego pozostało?
Stroić sobie żarty i opowiadać kawały na temat życia w łóżku należało do programu każdego wesela. A jak to było, kiedy się pobierali Germund z Traknivsm§la i Gunilla z Eremitehult? Plotkowano o Gunilli, iż jest hermafrodytą i ma podwójną płeć. Jakby nie było, Germund uciekł od swojej żony po weselu. Czemu ją opuściłeś? pytali ludzie. — Co miałem zrobić? Miała większego i twardszego niż mój.
Teraz staruszki były już naprawdę zgorszone. Milczcie bezwstydnicy! Salwy śmiechu w kręgu mężczyzn zagłuszyły natychmiast wołania kobiet.
W jednym z kątów izby siedział starszy mężczyzna. Baczył pilnie na szalone pląsy młodych i wsłuchiwał się w bezsilne gadanie starych. Sam jednak milczał. W końcu odezwał się tak: Chcieć i móc, lecz nie mieć pozwolenia, taki jest los młodych; chcieć i mieć pozwolenie, lecz nie móc, oto los starych.
A ktoś dodał: Oto najprawdziwsze słowa, jakie można wypowiedzieć o młodych i starych na weselu.
- Panna młoda w łóżku ślubnym
W czasie, o którym mowa w naszej opowieści, proboszczem w Vissefjarda, gminie położonej na północ od granicy, był Nikolaus Amadeus Brodde. Dopiero niedawno przybył on na swoje probostwo. Udzielając ślubu Bengtowi i Gertrud, poświęcił pierwszy związek małżeński w swojej nowej parafii.
Z księgi kościelnej czytał w świętym języku o tym magnum sacramentum, lecz w mowie swoich parafian mówił tak, jakby nie chodziło tu o ślub mężczyzny i kobiety, lecz
c zaślubiny Chrystusa i jego ukochanej oblubienicy _
wspólnocie chrześcijan. Goście weselni słuchali księdza Brodde z nabożeństwem, a z największym nabożeństwem słów, których nie rozumieli, które były święte i nie powinny być przez nikogo zrozumiane.
Młody proboszcz pobłogosławił Bengta i Gertrud, a potem zaśpiewał: Veni Sancte Spiritus. W końcu poświęcił łóżko ślubne nowożeńców wodą święconą, która miała odpędzić od ich łoża zarówno czarne anioły Diabła, jak i wszystkie złe duchy.
Po dniu nastąpił wieczór, po wieczorze noc. Z płonącymi świecami w rękach zaprowadzili chłopcy i dziewczynki Bengta i Gertrud do ich wspólnej sypialni, podali im napój nocy poślubnej i zawiedli do łóżka na prześcieradło i pod kołdrę. Matka pana młodego zamknęła drzwi izby. Wrzawa w domu weselnym ustała, głosy pijanych gości ucichły, światła pogasły. W izbie ślubnej zrobiło się ciemno jak w jjrocie albo w jaskini zbójców, którą lud uważał za najciemniejszą.
Młoda Gertrud bała się zawsze mroku. Dzisiejszego wieczoru nie musiała się bać, nie była przecież sama. Po siedemnastu latach życia w domu rodziców przeszła w ręce i pod opiekę poślubionego właśnie męża. Przyszła jednak do obcego domu, obcych ludzi i została zamknięta w jednej izbie z obcym mężczyzną.
O swoim mężu wiedziała tylko tyle, ile powiedzieli jej rodzice: Bengt jest zamożnym i prawym człowiekiem. Przed weselem spotkała go kilka razy w kościele i w domu rodziców, lecz zawsze w obecności innych. Dziś po raz pierwszy pozostała z nim sam na sam.
Na weselu musiał pan młody przypijać wszystkim gościom, a za każdym razem do dna. Było to wielkie wesele w Zagrodzie Północnej z mnóstwem gości. Na początku Bengt mówił mało, lecz im dalej posuwał się dzień i zbliżał jvu wieczorowi i nocy, im szybciej rosła ilość wypitych kieliszków, tym bardziej stawał się rozmowny i gadatliwy. Powtarzał te same słowa, plątał się i bełkotał.
Państwo młodzi z Zagrody Północnej znaleźli się sam na sam w swojej izbie ślubnej; pijany pan młody i przerażona panna młoda.
Ojciec Gertrud powiedział do Bengta: Daję ci córkę, aby była ci żoną oddaną, dzieliła z tobą łoże, dzieliła drzwi i klucze, dzieliła wszystek trzeci grosz...
Oddana przez ojca mężowi leżała skulona z ciałem na przemian to drżącym, to zesztywniałym.
Mężczyzny leżącego obok niej nie znała. Był on jednak jej prawowitym mężem i miał prawo robić z nią to, co zechce. Dzisiejszej nocy miał po raz pierwszy robić z nią to, co robi mężczyzna ze swoją żoną. Myślała o tym, co powiedzieli jej rodzice: Bengt jest dobrym i miłym człowiekiem, lepszego męża trudno byłoby dla niej znaleźć. Dlaczego więc trzęsła się i kuliła przerażona?
Twarze ich przywarły do siebie, oddech Bengta był przesycony silnym zapachem piwa. Odór alkoholu wdzierał się do jej nozdrzy tak mocno, że musiała wstrzymać oddech. Twarz mężczyzny była zlana potem, gdy zbliżał się do jej twarzy, kleił się wprost do jej policzków. Mówił jej czułe słowa, lecz ona ich wcale nie słyszała, gdyż z jego ust wionęło tak nieprzyjemnym zapachem, że odwróciła głowę.
Odsunęła się troszkę od niego. Im bardziej zbliżało się do niej jego obce ciało, tym bardziej ją ono odpychało.
Oddech z ust oblubieńca opływał dziewicę w łóżku i pozostawiał na jej twarzy kałuże śliny. Jego ręce zaczęły wędrować po niej, krążyły stale w okolicach jej podbrzusza. Twarde palce mężczyzny dotykały miękkiej skóry ud. Zesztywniała na całym ciele, jakby ręce i nogi stały się napiętymi postronkami. Ścisnęła mocno kolana i uda i położyła, ręce jak kłódkę na swoim łonie.
Robiła to wszystko instynktownie, nie myśląc wcale, co w rzeczywistości się z nią dzieje. Zapomniała o tym, iż jej ciało już przestało być jej wyłączną własnością.
Mężczyzna czuł się dotknięty jej zachowaniem. Bełkotał więc pytając: Co się z nią dzieje? Jak się zachowuje? Czemu nie może się oddać? Dlaczego mu nie pomaga? Przecież chyba wie, że to jest ich noc poślubna? Czy chce mu przeszkodzić? Dlaczego zwija się tak i kręci, że on nie może się do niej dostać? Co się z nią stało?
Gertrud odpowiedziała, że nie chce zrobić nic złego. Pro-, si go o przebaczenie. Ona tylko nie wie, jak ma się zacho-. wać. Wie o wszystkim bardzo mało i dlatego się boi. Na pewno jest głupia, bo wie tak mało. Czy on może jej wybaczyć?
Wtedy zaśmiał się i powiedział, że jej przebacza. Nie po-, winna się bać, powinna tylko się uspokoić. On jest przy niej tej nocy, nie powinna się niczego bać, on dba o to, aby wszystko było dobrze tej nocy. Nie powinna jednak zachowywać się tak jak dotąd, bo mu przeszkadza.
Obiecała mu, że już nie będzie. Lecz kiedy jego ręce zaczęły znowu poruszać się jak przedtem i próbowały rozluźnić jej uda, zacisnęła je jeszcze mocniej.
Gertrud nie rozumiała samej siebie. Co jej się stało. Nie potrafiła się rozluźnić. Nie potrafiła oddać mu swojego ciała. Jakieś wołanie o pomoc szukało w niej głosu. Lecz do ko-, go miała wołać? Kogo prosić o pomoc? Matkę? Ojca? Prze-, cież to ojciec powiedział do mężczyzny leżącego teraz obok niej w łóżku: Oddaję ci moją córkę. Matka zaś zamknęła ją razem z Bengtem w izbie. Kogoś innego nie mogła przecież prosić o pomoc. Zresztą nikt by nie przyszedł. Wszyscy ludzie śmialiby się z dziewczyny, która krzyczy o pomoc w łóżku ślubnym.
Miała jednak matkę Boga, do której mogła się modlić. Królowa Nieba nigdy nie śmieje się, gdy ją o coś prosimy.
Gertrud zdjęła ręce z podbrzusza, skrzyżowała je na piersi i zmówiła cichą modlitwę do Dziewicy Maryi, przyjaciółki wszystkich kobiet: Pomóż mi, najdroższa matko Boga! Tv możesz! Nie mam nikogo prócz ciebie... Słów nie wymawiała, lecz Panna Święta na pewno ją usłyszała.
Ręce pana młodego poruszały się po ciele panny młodej, przenosiły się z miejsca na miejsce, zatrzymały się na podbrzuszu. Odpowiadała na każdy jego ruch poruszeniami podobnymi do skurczów. Bengt nie mógł rozerwać jej mocno zaciśniętych kolan i ud. Mruczał coraz niecierpliwiej: Czy chce go odepchnąć? Czy tylko się wygłupia?
Gertrud nie chciała się wygłupiać, wszystkie jej poruszenia odbywały się bez udziału jej woli. Panna młoda w łóżku ślubnym nie powinna być taka. Jej zachowanie było niewłaściwe. Nie ośmieliła się jednak powiedzieć swojemu mężowi tego, co chciała mu powiedzieć. Chciała go prosić, aby ją zostawił w spokoju. Chciała go prosić, aby jej nie dotykał. Chciała przemówić do niego po imieniu i powiedzieć: Najdroższy mężu, zostaw mnie tej nocy, nie ruszaj mnie. Zostaw mnie, bo wiem tak mało i tak strasznie się boję. Czy możesz to zrobić dla mnie, najdroższy?
Powinna jednak była wcześniej z tym się liczyć i przewidywać, co będzie, gdy matka pytała ją przecież o dni krwawienia, które miały przeminąć przed weselem. Wtedy powinna była zrozumieć, co nastąpi podczas nocy ślubnej. Dni przychodziły i przemijały jak zawsze, a ona myślała, że wszystko jest tak, jak ma być. Ale dzisiejszej nocy jej ciało skurczyło się z przerażenia i wcale nie chciało jej słuchać. Jej ciało broniło się przed mężem. Było mu przeciwne.
Lecz ona musi teraz opanować swoje ciało, uspokoić się, musi być cierpliwa i oddana. Ty również to przejdziesz, powiedziała jej matka.
Gertrud zwróciła się do męża po imieniu i rzekła, że wcale się nie wygłupia, że chce być najlepsza dla niego. Nie wie tylko, co ma zrobić. Spróbuje jednak być taka, jak on mówił.
Leżała spokojnie na plecach, całe ciało było zmęczone i luźne, pozwoliła mu rozewrzeć nogi, jakby to nie były jej nogi. Zachowywała się tak, jakby żadna część ciała nie należała już do niej, jakby każda część jej ciała należała do niego, tak że mógł nią poruszać według własnej woli.
Bengt wczołgał się na Gertrud z całym swoim ciężarem, a ona leżała pod nim bez ruchu i oddana jego sile.
Oczy Gertrud były szeroko otwarte i wpatrywały się w ciemność izby; widziały obraz z czasu jesiennych ubojów. Jagnię urodzone na wiosnę leżało na deskach w bezruchu, z nóżkami powiązanymi mocnym sznurem. Było przerażone.
bo nie mogło poruszyć ani jedną nogą, beczało tylko ze strachu. Chciało chyba powiedzieć: Dlaczego mnie tak położyli? Czy nogi już nie należą do mnie? Jeszcze nigdy nie byłem w takim położeniu. Co zrobią teraz ze mną?
Nóż rzeźnika w szyi jagnięcia był jedyną odpowiedzią. Zaraz potem zwiesiło głowę ze stołu rzeźnickiego, rozluźnione i nieżywe. Umilkło i nie beczało.
Panna w łóżku ślubnym: Co będzie ze mną?
Ciało mężczyzny wdarło się między jej nogi, było ciężkie i twarde jak kloc ciepłego mięsa, mężczyzna szukał w niej otworu. Znalazł otwór. Potężne pchnięcie wypełniło jej podbrzusze. Jej ściśnięte wargi powstrzymywały z trudem wołanie: Matko! Matko!
Jego członek wwiercał się w nią, torował sobie drogę, czuła jakby ją wypełniał. On był w niej. Jej ciało nie było już samo, dzieliła je z czymś nieznanym i obcym. Po raz pierwszy w życiu był w niej mężczyzna. Przyniósł ból. Co zrobił! Czy rozciął jej brzuch?
Zacisnęła mocno usta, aby żaden jęk nie mógł się teraz wyrwać.
W końcu jednak wydostał się z niej kwilący szloch, dźwięki pełne lęku. Wydawało się, że to jakieś dziecko, które śni coś złego, pojękuje przez sen. Czuła i wiedziała: On we mnie! On we mnie! Powinnam tylko być cicho, cicho!
Głowa jej opadła na stronę, na prześcieradło, na chwilę straciła przytomność. Przez cały czas słyszała jednak jego sapanie i czuła oddech cuchnący piwem.
Otrzymała odpowiedź.
Po krótkiej chwili wszystko minęło. Sapanie zmalało i ucichło. Nie zauważyła prawie, że odsunął się na bok. Nie odczuwała już ciężaru ciała mężczyzny. Oddychała głęboko i z ulgą: Pomogłaś mi to przejść, najdroższa Panienko!
Pan młody zasnął i spał spokojnie. Panna młoda odwróciła się na bok i odsunęła się powoli od niego. Gdy się poruszała, bolało ją w otworze, tam gdzie on wszedł w nią. Coś spływało po wewnętrznych stronach ud, przyklejało się do skóry. Cóż to było za świństwo, co spływało tak leniwie po niej? Dotknęła ręką skóry i poczuła, że palce ma mokre.
W ciemności nie mogła zobaczyć, co się przylepiło do nich. Było to coś kleistego, lepkiego, co pachniało ostro, pachniało ziemią lub korzeniami traw. Woń była wstrętna, drażniła jej nozdrza, zrobiło jej się niedobrze i chciała zwymiotować, lecz nie mogła. Zmoczył ją czymś, lecz co to mogło być.
£zuła ból w otworze, czuła się rozcięta i zraniona. Stało się z nią to, co miało się z nią stać. Lecz również następnej nocy miała iść do łóżka ze swoim mężem i znowu miało się stać to samo. I drugiej nocy, i trzeciej miało się dziać to samo, całymi latami. Najchętniej by w tym nie brała udziału, gdyby mogła uciec lub tego uniknąć. Czy nie mogłoby to odbywać się w inny sposób? W ten sposób to ona nie chciała. Lecz taki jest jej los, powiedziała matka.
Podczas tego myślenia młoda gospodyni w Zagrodzie Północnej zaczęła nagle płakać. Leżała płacząc i wpatrując się w mrok izby. Ocierała przy tym ręką łzy z policzków. Lecz łzy nie przestawały lecieć. Płakała długo, robiła to po cichu, aby nie zbudzić swojego męża, który spał ciężko obok niej. Jeśliby się zbudził, chyba znowu by się wtoczył na nią.
Godziny mijały powoli, a panna młoda nie mogła zasnąć; leżała obudzona przez całą noc obok śpiącego męża. Leżała na łóżku poświęconym wodą święconą przez księdza Niko-lausa Brodde, na łóżku, od którego przez poświęcenie zostały odpędzone wszystkie złe duchy.
Gdy światło dnia wdarło się do izby przez otwory w ścianach, odkryła, że ma krew na palcach i że wewnętrzne strony ud są pokryte prążkami zaschłej krwi. Również prześcieradło pcd nią miało czerwone plamy, widać było także żółte: To było od tej lepkiej mazi, która w nocy przykleiła się do jej palców i która wydawała tak obrzydliwą woń. Teraz zwymiotowała,, i to jej ulżyło. Zwymiotowała na podłogę, którą wytarła zaraz swoją chustką na szyję; nie znalazła niczego innego, potem chustkę ukryła.
