Tytuł możliwy do wypożyczenia z oferty Depozytu Bibliotecznego.
[PK]
Tę książkę możesz wypożyczyć z naszej biblioteki partnerskiej!
Książka dostępna w katalogu bibliotecznym na zasadach dozwolonego użytku bibliotecznego.
Tylko dla zweryfikowanych posiadaczy kart bibliotecznych.
ISBN 8321006426
Książka dostępna w zasobach:
Biblioteka Publiczna Miasta i Gminy Pobiedziska
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 648
Rok wydania: 1987
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
YILHELM
IMIGRANCI
SERIA DZIEŁ PISARZY
SKANDYNAWSKICH
WYDAWNICTWO POZNAŃSKIE
Wybilny pisarz szwedzki, Vilhelm Mo-berg (i898—1973), napisał w latach 1949—1959 teatralogię o emigracji Szwedów do Ameryki w XIX wieku. Tematykę swego dzieła określił w sposób następujący: „Jest to opowieść o ludziach, którzy ze swych domów w Lju-der, w Smalandii, wywędrowali do Ameryki Północnej". Słowa te otwierają tom I tetralogii. Czterotomowy cykl powieściowy składa się z następujących utworów: Emigranci (polski przekład 1982), Imigranci, Osadnicy, Ostatni list do Szwecji. Akcja całej tetralogii obejmuje okres około 50 lat. Zawarty w niej został barwny i panoramiczny obraz wychodźstwa szwedzkiego do Ameryki Północnej w XIX wieku.
Prezentowany obecnie Czytelnikowi tom Imigranci obejmuje okres 1850—1851 i stanowi drugą część tetralogii. Traktowany może jednak być jako osobna całość. Zapoznaje nas z losami rodziny Nils-sonów, która po szczęśliwym przybyciu do Ameryki poszukuje miejsca pod nowy dom, osiedla się. Jesteśmy świadkami, jak w nowych, trudnych warunkach powstaje nowa społeczność.
Tetralogia, nazywana również „sagą rodu Nilssonów", zapewniła V. Mobergowi światowy rozgłos, weszła do literatury światowej pod nazwą wielkiej epopei emigranckiej, została przełożona na wiele języków.
SERIA DZIEŁ
PISARZY SKANDYNAWSKICH
YILIIELM Moberg
IMIGRANCI
' głosem skłonić Karla
4
IMIGRANCI
Przełożyły ze szwedzkiego Maria Olszańska Halina Thylwe
WYDAWNICTWO POZNAŃSKIE • POZNAŃ • 198"
Tytuł oryginału: Invandrarna
Projekt obwoluty: Krzysztof Racinowski
m t-3
© Copyright for the Polish edition by Wydawnictwo Poznańskie, Poznań 19 87
ISBN 83-210-0642-6
KRAJ, KTÓRY ICH PRZYJĄŁ
Około połowy dziewiętnastego wieku Stany Zjednoczone Ameryki Północnej prawie osiągnęły granice, w' których miały wyrosnąć na najpotężniejsze państwo świata.
W latach czterdziestych dziewiętnastego wieku obszar tego kraju poszerzył się o ponad jedną trzecią. W roku 1845 przyłączył się do Unii Teksas, poprzez umowę z Anglią uzyskano Oregon, pokój zawarty w 1848 roku z Meksykiem powiększył Unię o Kalifornię, Nevadę, Arizonę, Utah, Nowy Meksyk, a także części obecnych stanów Kolorado i Wyoming. Wreszcie w roku 1853 wykupiono od Meksyku tereny przygraniczne, włączone później do Arizony i Nowego Meksyku.
W owym czasie Republika Północnej Ameryki składała się z trzydziestu jeden stanów i ośmiu terytoriów, zajmujących obszar około ośmiu milionów kilometrów kwadratowych, czyli więcej niż cztery piąte Europy.
Lecz przed stu laty większa część Nowego Świata była jeszcze nie zamieszkana. Pod bujnymi trawami prerii kryły się miliony hektarów nieuprawianego, nietkniętego, urodzajnego czarnoziemu. W lasach, rozległych jak niektóre europejskie królestwa, drzew jeszcze nigdy nie dotknęła siekiera; jeśli nie złamała ich burza, próchniały aż do korzenia. Jeziora w tym kraju rozlewały się szeroko jak morza, a czyste wody licznych rzek i strumieni odbijały tylko indiańskie kanu i płynące po niebie chmury. Właścicielem tych ziem miał stać się człowiek, który pierwszy przybędzie, by je uprawiać. Na razie nie przybył.
Lecz rozwój, mający całkowicie zmienić ten kraj, już się zaczął. W latach dwudziestych dziewiętnastego wieku ziemię Nowego Świata przeorywały lemiesze z lanego żelaza, a w roku 1828 wbito pierwszy szyniak w podkład pierwszej drogi żelaznej. W roku 1831 mr Mc Cormick z Wirginii wynalazł maszynę do koszenia trawy, a już w 1850 wydano w Unii trzysta pięćdziesiąt cztery patenty na maszyny rolnicze. W 1841 miało miejsce wydarzenie największej wagi: kierownictwo Republiki Ameryki Północnej wydało ustawę, preemption law, dającą każdemu nowoosiedleńcowi prawo pierwokupu stu sześćdziesięciu akrów nieuprawnej ziemi. Po ogłoszeniu ustawy zbiory znacznie wzrosły. Już w roku 1848 zbiór ziarna w Unii osiągnął osiemset pięćdziesiąt milionów buszli, czyli dwa razy tyle, ile łącznie wyniosły zbiory Francji i Austrii, choć liczba ludności w Republice nie równała się dwóm trzecim zaludnienia tamtych krajów.
Lccz przed stu laty najżyźniejszego czarnoziemu Nowego Świata nie dotknął jeszcze żaden lemiesz, gdyż jego połacie znajdowały sic na dalekim północo-zachodzie, nad górną Missisipi. Dopiero w roku 1849, kiedy utworzono Terytorium Minnesota i dzięki zawartej w 1851 umowie z indiańskim plemieniem Siuksów, the Siouz' treaties of Traverse des Sioux and Mendota, dwadzieścia milionów akrów dziewiczej ziemi oddano do uprawy, zasiedlenia, osadnictwa. Na tym właśnie terenie, który w 1857 włączony został do Unii jako stan, mieściła się większa część najurodzajniej-szej ziemi uprawnej Ameryki Północnej.
Tak więc dotychczasowe nieużytki czekały gotowe na przyjęcie rolników. Z Minnesoty wysyłano drukowane wezwania o wręcz biblijnym brzmieniu: „Przyjdźcie do mnie wszyscy, którzy jesteście giodni i zmarznięci, a ja was wykarmię, ubiorę i pokrzepię".
Nowy Świat posiadał nieskończone połacie ziemi, lecz brakowało mu ludzi. Stary Świat był pełen ludzi, którym brakowało ziemi. Ameryka miała to, czego potrzebowała Europa, Europa zaś to, cze-;j;o brakowało Ameryce, następstwem czego była największa w historii świata wędrówka ludów.
Próżnię Nowego Świata, spowodowaną brakiem ludzi, w połowie lat osiemdziesiątych dziewiętnastego wieku zaczęli zapełniać przybysze z Kontynentu. Grupy imigrantów zwiększały się z każdym rokiem. Do Ameryki Północnej przybywało przez Atlantyk około pol miliona ludzi rocznie. Śmiertelność na statkach była duża, oblicza się, że obejmowała dziesiątą część pasażerów. Gdyby na wodach Oceanu Atlantyckiego, na każdym miejscu, gdzie statki z wychodźcami zatapiały zwłoki, wzniesiono krzyż, tor wodny Europa — Ameryka Północna byłby nimi tak gęsto usiany, iż wyglądałby jak największy cmentarz świata.
Owa wyprawa milionów za wielkie morze miała odmienić Stany Zjednoczone Ameryki Północnej.
Ludzie ze Starego Świata schodzili na ląd w wielu portach. Lecz dla blisko dwóch trzecich miejscem lądowania i bramą do Nowego Świata był Nowy Jork.
W POSZUKIWANIU NOWEGO DOMU
Statek pozbywa się żywego ładunku
1
Na wydłużonej wyspie Manhattan u ujścia rzeki Hudson wznosiło się największe miasto Ameryki Północnej, zamieszkane przez pół miliona ludzi. Niby potężny hipopotam, nieruchomo spoczywający w swym żywiole, rozciągał się Manhattan w wodzie, dzieląc Hudson na dwie odnogi. Głowa potwora zwrócona była w kierunku Atlantyku, a za jego olbrzymim pyskiem znajdowały się pomosty wschodniej odnogi, gdzie przybijały statki z mieszkańcami Starego Świata.
Dwudziestego trzeciego czerwca 1850 roku przybył do portu nowojorskiego, prowadzony przez kapitana Lorentza, dwumaszto-wiec ,,Charlotta" z Karlshamn, wiozący siedemdziesięciu pasażerów, emigrantów szwedzkich; byli to przeważnie rolnicy z rodzinami. Tak więc „Charlotta", wiele tygodni wstrzymywana przez przeciwne wiatry, zakończyła swój siódmy „emigrancki" rejs do Ameryki Północnej i zakotwiczyła przy nabrzeżu East River między angielskim okrętem kształtu wielkiej skrzyni a załadowanym żelazem norweskim frachtowcem. Prócz żywego ładunku dwuma-sztowiec przywiózł także surowe żelazo i drobnicę.
Do pierwszych czynności kapitana Lorentza na amerykańskiej ziemi należało zadbanie o wymianę emigranckich pieniędzy. Podczas ostatniej doby rejsu zebrał gotówkę od pasażerów i ze skórzanym woreczkiem wypełnionym pieniędzmi poszedł do banku na Wall Street, by wymienić szwedzkie talary i szylingi na amerykańskie dolary i centy. Brał tylko złote i srebrne monety, ponieważ o amerykańskich banknotach wiedziano jedynie to, że nigdy nie miały stałej wartości.
Zmęczony miejskim upałem, ciężko dysząc, wrócił na statek. Kapitan Lorentz zawijał do Nowego Jorku o różnych porach roku, znał wszelkie odmiany północnoamerykańskiej pogody i aprobował wszystkie, prócz tego letniego skwaru, którego nie znosił. W porcie wiał lekki wiatr od Atlantyku, ale pod pokładem „Charlotty' panowała odrażająca duchota. O tej porze roku pobyt na Manhattanie należał do najdokuczliwszych obowiązków kapitana statku.
Znalazłszy się w ciasnej kajucie, Lorentz wyjął listę pasażerów, na której przy każdym nazwisku odnotował powierzoną mu kwotę. Teraz musiał obliczyć, ile każdy z nich powinien otrzymać w amerykańskiej walucie. Było to przykre zajęcie, dobre dla sk e-pikarza. Nie był rachmistrzem, był marynarzem, ale dowódca emi-granckiego statku musi pełnić obowiązki pisarza i księgowego, ro szczyć się o pasażerów jak ojciec o dzieci, pilnować, by ich nie oszukano i nie ograbiono.
Skoro ci wieśniacy z nim przepłynęli ocean, czuł się tak dalece odpowiedzialny, że po zejściu na ląd nie mógł ich pozostawić samych sobie. Ledwie jego statek stanął przy nabrzeżu, wszyscy żerujący na naiwności i braku doświadczenia emigrantów otoczyli trap niczym zgraja głodnych psów jatkę. Ci runners, grafters i bro-kers, czy jak się tam zwali w języku tubylców, czyhali w porcie na każdy nowy statek: agenci oszukańczych kompanii przewozowych, mających złą sławę domów i kwater dla emigrantów, dobrze odżywione draby w okrągłych czapkach z daszkiem, spasione typy wymigujące się od wszelkiej uczciwej pracy. Na sam ich widok zbierało mu się na wymioty. Przy trapie stawiał zawsze uzbrojoną wartę, by uchronić przed nimi statek, bo gdy dostali się na pokład, kradli wszystko, co im wpadło w ręce, nawet jeśli to był tylko zardzewiały gwóźdź czy porzucona deska. Szubrawcy ci rekrutowali się z różnych narodowości i ograbiali najchętniej własnych rodaków: kto chce oszukać, powinien wzbudzać zaufanie, co udawało się tym, którzy mówili językiem przybyszów. Na wybrzeżu Ameryki wszystkie narody Europy nabierały i okradały się wzajemnie, ile się tylko dało. Anglicy zajmowali się Anglikami, Irlandczycy — Irlandczykami, a Niemcy upatrywali zdobycz wśród Niemców. Rodowici Amerykanie natomiast okradali wszystkich przybyszów bez względu na narodowość, bo cokolwiek by się o nich powiedziało, trzeba przyznać, że cenili równość i żadnych różnic między ludźmi nie czynili.
Władze Nowego Jorku były zbyt opieszałe; zagubieni i łatwowierni imigranci nie korzystali z żadnej ochrony przed drapieżnikami czyhającymi na nich przy zejściu na ląd. *
Papier kleił się do zrogowaciałych, mokrych od potu rąk kapitana Lorentza. Mózg mu stępiał od upału, mylił się, przeliczając talary na dolary. Dzisiaj spożyje wieczerzę i wypije chłodne, piwniczne piwo w „ Castle Garden", pobliskiej, dogodnie położonej gospodzie, najlepszej, jaką znał w Nowym Jorku. Ale nawet w „Castle Garden" trudno byłoby wychwalać potrawy ze względu na ich smak; pewnie, że odpowiadały bogatym kramarzom i hodowcom świń, którzy się tam zbierali, lecz ktoś, kto zawijał do Bordeaux, Marsylii i Barcelony, miał znacznie wyższe wymagania. Amerykanie, od niedawna zamieszkujący ten kraj, nie zdążyli się jeszcze nauczyć właściwego przyrządzania jadła. Tyle było innych spraw, o które musieli zabiegać. Na przykład tylko jeden zuch umiał budować kościoły, których w mieście powinno stanąć sto piętnaście. Kapitan Lorentz wyczytał kiedyś w książce pewnego sławnego Francuza: „Francuzi mają sto różnych sosów i jedną religię, pod-
* Dopiero w roku 1855 w Castle Garden powstało oficjalne biuro przyjęć dla imigrantów {przyp. aut.).
czas gdy Amerykanie — sto różnych religii i tylko jeden sos'' Kapitan Lorentz do tej pory, niestety, na ten sos nie trafił.
Szyper ,,Charlotty" nie mógł pogodzić się z północnoamerykańskimi obyczajami i manierami. Wszystkie warstwy tworzyły bowiem jedno przemieszane bez względu na pochodzenie i pozycję zbiorowisko, w którym ledwo dało się odróżnić pana od prostego człowieka. Ludzie pośledniejszego stanu zaraz po zejściu na ląd uważali się za równych osobom dobrze urodzonym i sytuowanym. Byle parobek czy dziewka stawali się zadziorni, nieposłuszni i bezczelni. Zdarzało się nawet, że co żwawsi ludzie z jego załogi stawali się tu niekarni i krnąbrni, zrywali umowy najmu i zuchwale zostawali w Ameryce. Kończyła się uległość wobec przełożonych i gospodarzy; tak dochodziło do deprawacji najemników. W Ameryce bowiem dobrze czuli się tacy, którzy przy jedzeniu nie zwykli sobie wycierać gęby, gdy tłuszcz ściekał im po brodzie.
Dowódca „Charlotty" rachował, wypisywał cyfry, pot z twarzy kapał na papier. Od każdego pasażera pobierał za zejście na ląd opłatę w wysokości dwóch i pół dolara, każdy szyper natychmiast po przybyciu obowiązany był wpłacić te pieniądze kasjerowi miejskiemu w Nowym Jorku. Okrągłe sześć talarów i sześć szylingów zmuszony był zatem zabrać każdemu biedakowi, który bardzo owych nędznych groszy potrzebował. Środki te przekazywano do kasy dla ubogich Nowego Jorku, czyli dla ludzi równie potrzebujących. Tysiące ogołoconych ze wszystkiego nędzarzy lądowało tu i pozostawało w porcie, póki nie zabrano ich do schroniska. Tak więc Europa, przerzucając biedaków do Ameryki, opróżniała swoje przytułki. Jak długo Amerykanie z całą usłużnością przyjmować będą pozbawionych środków do życia ludzi ze starego kontynentu?
Także i tym razem kapitan Lorentz przeprawił do Ameryki Północnej około pięciuset mieszkańców Szwecji. Jego statek przeniósł przez ocean niemal całe miasteczko. Który kraj powinien być wdzięczny „Charlotcie" i jej dowódcy — Królestwo Szwecji czy Republika Ameryki Północnej? Szwecja pozbyła się religijnych maniaków, pomyleńców i obywateli zakłócających spokój, ale straciła też wielu pożytecznych i zdatnych do pracy. Żywy ładunek ,,Charlotty" w dziewięciu dziesiątych składał się z gorliwych rolników. Lenie i niezguły, zbiegowie i łotrzyki przybywali przeważnie z innych krajów, na innych statkach. Do Ameryki przenosili się najbardziej obrotni Europejczycy; sporo było takich, którzy zaraz po przybyciu do Nowego Jorku załadowywali kufer rewolwerami, po czym jechali na zachód, by tam utorować sobie nową drogę życia.
Panowie z The Commissioners oj Emigration, kontrolujący jego statek po przybiciu do portu, mawiali zwykle: Rząd Republiki Ameryki Północnej życzy sobie, by imigrowały osoby zdrowe, pracowite i uczciwe. Oczywiście nie stanowiło to żadnej przeszkód}' dla chorych, nierobów i rozpustników, jeśli tylko potrafili chodzić
0 własnych siłach. Wyłącznie za ciężko chorych żądano zastawu od kapitana. Tym razem żywy ładunek z międzypokładu, po dziesięciu tygodniach na morzu miotanym silnymi sztormami, był bardzo wyniszczony i osłabiony morską chorobą i szkorbutem. W pierwszym okresie pobytu na amerykańskiej ziemi wielu pasażerów nie będzie zdolnych ani do pracy, ani do czynów nierządnych.
Tym razem po przybiciu do portu kapitan Lorentz napotkał nowe ogłoszenie władz miejskich: Każdy dowódca statku wiozący imigrantów jest obowiązany zatrzymać pasażerów na pokładzie trzy doby od chwili zakotwiczenia.
Ńa „Charlotcie" już zrzucono trap i pasażerów, którzy zdążyli zejść, trzeba było zawrócić. Przyszedł oficer sanitarny i pierwsze jego pytanie ujawniło kapitanowi, w czym rzecz: Czy na statku były wypadki cholery?
Nowy Jork ponownie ogarnięty był lękiem przed zarazą. Zeszłego lata choroba wystraszyła ludzi z miasta, a w tym roku wróciła wraz z upałem. Władze przypuszczały, że cholerę przywlekli emigranci ze Starego Świata, toteż każdy przybywający z obcego portu statek miał zostać poddany kontroli the Health Officer, nim pasażerowie zejdą na amerykańską ziemię.
Wykreślone nazwiska na liście pasażerów „Charlotty" ujawniły inspektorowi, iż ośmiu zmarłych zatopiono w morzu, jednak dowódca z czystym sumieniem mógł zapewnić, że żaden z nich nie zmarł na cholerę. Miał już kiedyś tę wschodnią zarazę na statku
1 dobrze znał jej objawy: silna biegunka, jeszcze silniejsze wymioty i pragnienie palące w gardle jak ogień. Tym razem u żadnego z pasażerów takie symptomy nie wystąpiły. Oficer sanitarny, przyjrzawszy się chorym, nabrał pewności, że szwedzki bryg nie sprowadził cholery do Nowego Jorku. Ostrzegł przed angielskim statkiem „Isaac Webb" z Liverpoolu, który wszedł do portu tego samego dnia; wschodnia zaraza tak tam grasowała, że w głębinie oceanu pogrzebano aż siedemdziesięciu siedmiu pasażerów.
Kapitan Lorentz dobrze wiedział: najuciążliwszy ładunek, jaki może się trafić dowódcy statku — to ludzie.
Pozbycie się takiego ładunku przysparzało wielu niewygód i kłopotów. A teraz musiał tych wszystkich ludzi zatrzymać przez trzy doby, za co go bynajmniej nie błogosławili, stłoczeni w gorącym pomieszczeniu na międzypokładzie. Na szczęście chorzy — tak samo teraz, jak podczas wcześniejszych rejsów — przed zejściem na ląd nagle zdrowieli. Nawet najsłabsi starali się wypaść jak najlepiej. Tylko jeden pasażer spędzał kapitanowi sen z powiek: sześć-dziesięciopięcioletnia wieśniaczka z Oland. Lada/ chwila spodziewał się jej śmierci, przy jej nazwisku postawił już znaczek przypominający krzyżyk. Fina-Kajsa Andersdotter. Owdowiała na Morzu Północnym, gdzie pogrzebał jej męża. Starą kobietę tak bardzo nękał szkorbut, że nikt nie wierzył, by mogła przeżyć Jeśli trzeba ją będzie odwieźć do szpitala, dowódca „Charlotty" będzie musiał wpłacić burmistrzowi Nowego Jorku trzysta dolarów jako poręczenie.
1 po co taka staruszka wybiera się przez Atlantyk? Żegluga nie powinna tracić trzystu dolarów z powodu jakiejś dogorywającej starej baby! Może zostawić ją na statku, póki nie wyładuje się żelaza i drobnicy? Uniknie się w ten sposób zbytecznego wydatku. Może przez ten czas uświerknie? A kiedy już będzie martwa, oficer sanitarny zabierze jej zwłoki i kapitan nie będzie się musiał martwić o pochówek.
Zawsze łatwiej pozbyć się martwego ładunku.
2
Pasażerowie przychodzili po odbiór wymienionych pieniędzy. Krzepki, wyrośnięty młody chłop, schodząc po schodach, uderzył głową o niski sufit kajuty, a kapitan powiedział:
— Uważaj na czaszkę! Przyda ci się w Ameryce!
Na twarzy mężczyzny uwydatniał się wielki, potężny nochal. Lorentz nie musiał pytać o nazwisko; zapamiętał tego człowieka. Pewnej nocy — podczas najsilniejszego w tej podróży sztormu — zatamował krwotok jego żonie. Chłop dziękował mu wtedy, powiedział, że kapitan „Charlotty" uratował jej życie.
„Karl Oskar Nilsson. Wpłacił gotówką 515 talarów".
Licząc po dwa i pół talara za dolar wypadało dwieście sześć dolarów, z czego należało potrącić koszty wymiany oraz zejścia na ląd jego żony, brata i trojga dzieci.
— Za zejście na ląd sześciu osób płacisz trzydzieści siedem i pół talara.
— Znaczy się za wstęp do Hameryki?
— Można to tak nazwać.
Lorentz odliczył opłatę: pozostaje sto osiemdziesiąt siedem dolarów. Wypłacił młodemu gospodarzowi w srebrnych dwudziesto-, dziesięcio- i jednodolarówkach. Chłop wolno i starannie przeliczył pieniądze, kolejno wtykając monety w uszyty domowym sposobem pas z owczej skóry, który opasywał jego gołe ciało. Szyper z uznaniem przyglądał się temu pewnemu schowkowi.
Wielkonosy gospodarz, choć dostał pieniądze, nie odchodził.
— Myślisz, że zostałeś oszukany na wymianie?
— Nie, gdzie ta. Chciałbym tylko o coś kapitana poprosić.
— Tak? l !
—■ Nas tu na statku jest razem piętnaście sztuk — ciągnął Kari
Oskar Nilsson — ośmioro dorosłych i siedmioro dzieci z tej samej parafii ze Smalandii. Zapóźnilim się w podróży, lato ma się ku kon-cowi i chcieliby my zdążyć przed zimą jakie miejsce se znalezc, w taką porę, co by jeszcze w tym roku coś w ziemię wsadzić. Wszyscy z Ljuder chcą do Minnesoty. Ziemia tam pono dobra i po cenie możliwej dla takich, u których z pieniędzmi skąpo. Spokojnie i jak najprędzej chcieliby my ruszyć w drogę. Czy kapitan mógłby pomóc w szybkim dostaniu się w głąb kraju?
— Do jakiegoś określonego miejsca?
— Tak. Tu mam napisane.
I Karl Oskar wyciągnął ze swej sakwy przybrudzony i zmięty, oddarty z listu, skrawek papieru z czterowierszowym adresem: Mister Anders Mansson
Taylors Falls Post Offis Minnesota Teritory
North America.
— Kto ci dał ten adres? — spytał kapitan.
— Jedna stara kobieta tu na statku. Mansson jest jej synem. Ona do niego pojedzie, a my wszyscy z nią. Na tym miejscu, gdzie jej syn, grunt ma być dobry.
— Polegasz na niej? Jak się nazywa?
— Fina-Kajsa. Jest z Óland. Jej mąż umarł przy pierwszej burzy.
Kapitan Lorentz szybko podniósł głowę.
— Ta ciężko chora babina?
— Mówi, że się jej polepszyło. Taka już żwawa, że może z nfimi jechać.
—■ Czyli zabierasz staruszkę i odpowiadasz za nią?
— Ano. Ona ma na podróż. Będziemy o nią mieć staranie.
A jak dojedziemy, jej syn pomoże nam grunt znaleźć.
Twarz szypra pojaśniała. Nie po raz pierwszy Opatrzność pomagała mu wybrnąć z trudnej sytuacji. Tym razem wybrała za narzędzie tego oto wieśniaka, by uwolnić go od kłopotu z Fina--Kajsą Andersdotter i oszczędzić żegludze trzysta dolarów.
Zwrócił Karlowi Oskarowi ten ważny papierek.
— Ale do Terytorium Minnesota kawał drogi, około tysiąca pięciuset mil angielskich.
— To... to tak daleko?
Twarz Karla Oskara wydłużyła się, zmierzwił swe jasne jak sio-ma włosy, które podczas długiej podróży ze Szwecji zdążyły nieźle urosnąć.
— To tylko dwieście pięćdziesiąt szwedzkich mil — skwapliwie dodał kapitan Lorentz.
Nie chciał chłopa zniechęcać, przeciwnie: utwierdzić w zamiarze odbycia dalekiej podróży. Zawsze doradzał wieśniakom, których przewoził, by osiedlali się jak najdalej w głębi Ameryki. Dorzucił więc, że im dalej na zachód, tym lepsza ziemia i rozleglej sze jej połacie. Można wybierać, a znaczną część drogi mogą odbyć parowcem rzecznym.
—■ Dwieście pięćdziesiąt mil! Nie jest to blisko...!
Oszałamiająca odległość, jaką sobie Karl Oskar wyobraził skurczyła się wprawdzie do jednej szóstej, ale i tak była dwieście pięćdziesiąt; razy dłuższa niż droga z Korpamoen do kościoła w Ljuder Trzeba ostrożnie powiedzieć tamtym, jak to daleko, żeby się nie wystraszyli.
— Postaram się o kontrakt i załatwię wam przewóz — obiecał kapitan Lorentz. — Z wdową Andersdotter będzie was szesnaś-cioro.
Karl Oskar nigdy dotąd nie widział tego mrukliwego i nieprzystępnego szypra tak rozmownym i usłużnym. Mówił z nim prawie jak z równym.
Zwykle zawiera umowy z uczciwymi towarzystwami przewożącymi pasażerów, którzy podążają w głąb kraju, powiedział. Ma poczucie odpowiedzialności, postara się, by ludzie wyruszyli z Nowego Jorku. Nie może ich zostawić w porcie i pozwolić, aby koczowali w Battery Park. Jest w Nowym Jorku pewien uczciwy Szwed, który służy jako przewodnik i tłumacz. Nazywa się Landberg. Był najzdolniejszym cieślą na „Charlotcie". Ale kiedy kapitan parę lat temu przewoził gromadkę fanatyków z Halsinglandu, zwolenników znanego proroka Eryka Jonsona, Landberga pociągnęła ich religia i po przybiciu do Nowego Jorku Janson namówił go, by przyłączył się do nich. Po półrocznym pobycie u jansonowców Landberg przejrzał proroka, który go doszczętnie ograbił; biedak musiał uciekać. Był golcem. Od tamtej pory utrzymuje się jako tłumacz, służy przyjeżdżającym ze Szwecji, bo po angielsku mówi swobodnie.
Kapitan Lorentz posyłał zwykle po swego byłego cieślę natychmiast po przybiciu do brzegu. Tym razem wystarał się dla niego o specjalną przepustkę u oficera sanitarnego, który z obawy przed cholerą nie pozwalał nikomu wchodzić na pokład.
—■ Drogi taki tłumacz? — spytał Karl Oskar.
— Zależy jak daleko pojedzie. Wydaje mi się, że do Chicago bierze po trzy dolary od każdej dorosłej osoby.
— Aha. Pewno, że se sami nie poradzim. Jak nikt rozmówić się nie może.
Zostawić tych nieszczęsnych wieśniaków samych sobie, bo jak stado owiec wpuścić w las pełen wilków, pomyślał Lorentz.
— Mówiłeś, że chcesz jak najprędzej dostać się w głąb kraju podjął. — Pojedziesz więc koleją parową z Albany. Lundberg załatwi umowę z kompanią.
— Wielkie dzięki kapitanowi za pomoc.
W czasie podróży meldowano mu, że ten chłop z dużym nosem okazywał niezadowolenie z wiktu i przydziału wody i krnąbrnie odnosił się do załogi. Ale teraz kapitan nie żywił do niego urazy. Najwyraźniej wieśniak miał po kolei w głowie.
— A czy ta staruszka jest na tyle zdrowa, żeby ją wyprawie.
— Mówi, że zdrowa. Dziś już wstała i na nogach się trzyma.
Osobliwe: Parę dni temu wdowę Andersdotter febra trzęsła i zupełnie była wyczerpana biegunką. Lecz takie cuda i przedtem się zdarzały. Lorentzowi nie podobały się wprawdzie obyczaje w Republice Ameryki Północnej, musiał jednak przyznać, że sam widok tego kraju działał na ludzi jak czary. Ci, którzy jednego dnia dyszeli i jęczeli, bez duszy prawie, i głowy nie mogli dźwignąć, następnego dnia stawali na nogi. Wybrzeże Ameryki przywracało tych półumarlaków do życia.
3
Sto osiemdziesiąt siedem dolarów w skórzanym pasie wydawało się dużo mniejszą sumą niż pięćset piętnaście talarów. Karl Oskar miał wrażenie, że jego majątek skurczył się po przybyciu do Ameryki. To, co trzymał w pasie, stanowiło jedyne zabezpieczenie dla całej rodziny.
Poszedł powiedzieć współpasażerom, że kapitan zajmie się ich dalszą podróżą. Wszyscy tęsknili do wydostania się z ciasnoty na statku, wszyscy byli rozżaleni, że pobyt na pokładzie się przeciąga, wielu było już na lądzie, gdy przyszło zarządzenie, że mają zostać na statku.
Na pokładzie natknął się na Jonasa Pettera z Hasteback, najstarszego w ich gromadzie. To on zamiast Karla Oskara powinien był wziąć na siebie kłopot kierowania całą grupą.
— Ulryka tam baby podjudza — powiedział Jonas Petter.
Na dziobie, gdzie jeden z członków załogi miał wachtę, pilnował, by nikt nie zszedł na ląd, w otoczeniu kobiet stała niezamężna Ulryka z Vastergóhl i wymachując rękami, perorowała głośno i z podnieceniem.
■—■ Ona powiada, że nasz kapitan to handlarz miewolnikami.
Co ta Wesoła znów wyprawia? Od dawna się obawiał, że im wstydu narobi.
Karl Oskar podszedł bliżej. Ulrika miała czerwone plamy na policzkach i dyszała gwałtownie.
— Dobrze, żeś tu jest, Kał Oska! Właśnie się prawdy dowiedziałam. Tera wiem, dlaczego nas na ląd nie puszczajom.
—■ Przez cholere.
Nieee! To kapitan nas przymknął, bo chce nas wystawić na licytacje. Sprzedać nas Amerykanom na niewolników.
Stojące dokoła kobiety przysłuchiwały się Ulryce z wyrazem przerażenia, jakby już słyszały głos wywołującego ich cenę. Jedna z nich splotła ręce jak do modlitwy.
Karl Oskar chwycił Ulrykę za ramię:
— Chodź! Pomówimy w cztery oczy.
Pociągnął ją do głównego masztu.
— Nie rozpowiadaj łgarstw! — poradził surowo. — Bo źle na tym wyjdziesz.
— To prawda — upierała się Ulryka. — Oszukali nas. Mają nas sprzedać. Dlatego nas kapitan przymknął.
— Co za głupek to wymyślił?
— Nie wierzysz, to nie wierz! Ja dobrowolnie na niewolnicę nie pójdę.
Oczy Ulryki pałały. Już ją raz sprzedano, kiedy była mała, w Szwecji, wiedziała, co to znaczy. Miała cztery lata, kiedy ją, sierotę, wystawiono na licytację. Kto najmniej zażąda. Najmniej żądał pewien gospodarz z Alarum, który ją zniewolił, kiedy miała lat czternaście. W Szwecji sprzedawali temu, kto dawał najmniej, w Ameryce temu, kto najwięcej — jedyna różnica. Może to i większy zaszczyt iść pod młotek, kiedy ceny podbijają, ale ona już nie chciała być przedmiotem sprzedaży. Wyjechała z tej przeklętej Szwecji, żeby zdobyć w Ameryce wolność. Zabierze swoją córkę i ucieknie ze statku niewolników.
— Przecież to łgarstwo!— wykrzyknął Karl Oskar. — Czyste łgarstwo, że kapitan handluje niewolnikami.
—- Jak mnie nie wierzysz, spytaj sie swego brata. On to powiedział mojej dziewusze.
— Robert?
— Przyprowadzę go, to sam usłyszysz.
Ulryka wróciła po chwili ze swoją córką Elin i młodszym bratem Karla Oskara, Robertem, który szedł ociągając się trochę.
— Gadaj, coś od niego słyszała!
Elin ufnie spoglądała to na matkę, to na Karla Oskara:
— Robert mówił, że zostaniem na statku, póki kapitan nas nic rozprzeda Amerykanom.
Chłopak spojrzał na nią z wyrzutem:
— Mówiłem tylko, że tak powiedział jeden z marynarzy.
Karl Oskar surowo nakazał bratu:
— Prawdę masz mówić!
Robert, zmieszany, opuścił głowę i wbił oczy w wydeptane, ro-zeschłe deski pokładu. Spytał jednego z załogi, dlaczego im nie pozwalają zejść na ląd. Tamten odpowiedział, że zostaną na statku, póki po nich Amerykanie nie przyjdą. Wtedy się ich sprzeda na licytacji. Kapitan się z tym nie spieszy, woli ich przetrzymać, ze y dostać lepszą cenę. Poprzednim razem sprzedał pasażerów za dziesięć tysięcy dolarów jakiemuś Turkowi, tak ten marynarz opowia dał. Udało mu się sprzedać wszystkich, prócz dwóch staruch, które były chuderlawe i do roboty niezdatne. Nikt w Ameryce żadnych krewniaków nie miał, nikt o nich nawet nie zapytał.
Marynarz skarżył się, że kapitan nie podzielił się z załogą ymi dolarami, które zarobił na handlu ludźmi z poprzedniego rejsu. Miał o to żal do kapitana i dlatego chce tym razem prtestrzec pa-.sazerów, żeby zdążyli uciec ze statku, nim ogłoszą licytację i sprzedadzą ich.
Robert oczywiście od razu pojął, że marynarz kłamie. Jakby kapitan chciał ich sprzedać Turkowi, do ;Turcji by popłynął, gdzie Turcy mieszkają, a nie do Ameryki Północnej. Po cóż by miał ludzi niepotrzebnie przewozić przez cały Atlantyk. A poza tym Robert wiedział z książki „Opisanie Stanów Zjednoczonych Ameryki Północnej", że w Ameryce nie wolno białych ludzi sprzedawać na niewolników. Osoba, którą się sprzedaje, musi mieć kręcone włosy i czarną skórę.
On tylko opowiedział Elin, co mu marynarz nałgał, bo uważał, że to zabawne.
— Wcaleś nie mówił, że to było zełgane — sprostowała dziewuszka.
Spojrzenie Roberta umknęło w bok:
— Aleś chyba sama wyrozumiała, że to nie ma sensu.
Tak więc Karl Oskar uśmiercił wieść, jakoby kapitan niewolnikami handlował. Nakłonił Ulrykę, żeby uśmierzyła niepokój łatwowiernych kobiet: ani ona, ani nikt inny, nie zostanie zakuty w łańcuchy i wystawiony na sprzedaż, nie ma obawy. Kapitan to człowiek rzetelny, chce im pomóc, robi co może. Obiecał się właśnie wystarać o to, żeby jak najszybciej mogli wyruszyć w dalszą drogę. Ulryka wyładowała teraz gniew na Robercie:
— Ten łobuz winien! Cugli mu przykróć, Kai Oska!
Robert został surowo skarcony przez starszego brata: Jak można takie łgarstwa wmawiać dziewczynie, która własnego rozeznania nie ma. Źle z nim będzie, jeżeli to dojdzie do uszu kapitana. A teraz trzeba się rozmówić z tym majtkiem.
— Jego już nie ma na statku — spiesznie powiedział Robert.
— Pokaż mi tego durnia!
— Nie mogę go znaleźć. Mówią, że uciekł ze statku.
Kiedy Karl Oskar uważnie przyglądał się bratu, zbudziło się w nim pewne podejrzenie: Robertowi nie zawsze można wierzyć. Zdarzało się, że kłamał i zmyślał. Osobliwe, że ten, co naopowiadał bujd, znikł ze statku.
Karl Oskar ostro przestrzegł brata. Niech się trzyma prawdy, bo może wielkie nieszczęście ściągnąć na siebie i innych. Ma już siedemnaście lat, powinien się poczuwać do odpowiedzialności. I niech nie zapomina, że są w obcym kraju, gdzie czyha na nich wiele niebezpieczeństw.
Robert czuł się zdradzony. O handlu niewolnikami powiedział Elin w największym zaufaniu. Już jej nigdy nic nie opowie, skoro natychmiast leci z językiem do matki.
Przed nimi, na lądzie w pobliżu statku, znajdował się jakby wielki dworski ogród: zielone liściaste drzewa, a pod nimi cień i przyjemny chłód. Nie mógł tam jednak pójść, musiał tkwić na tym
spróchniałym statku, w upale i skwarze. Musiał coś komuś opowie dziec, zeby jakoś przepędzić czas.
Starszemu bratu nie potrafił tego wytłumaczyć. Myślał iedmk że Elin go zrozumiała.
4
Do kajuty kapitana Lorentza wszedł, głęboko pochylony ze względu na niski sufit, były cieśla „Charlotty". Landberg był najwyższym z ludzi, jacy kiedykolwiek zamustrowali się na ten statek Liczył sobie prawie siedem stóp, chudy jak tyka, z długimi rękami Jego szeroki zdrowy uśmiech często oddzielał wąsy od wypielesno-wanej brody.
Kapitan Lorentz serdecznym uściskiem powitał byłego członka załogi.
— Jest coś nowego? Upał jak zwykle piekielny.
Można było poznać, że wezwany ma do powiedzenia coś, czym natychmiast chciałby się podzielić. Zaczął, nim zdążył usiąść:
Owszem, mam nowinę! Słyszał pan kapitan? Pszenny Jezus nie żyje.
Lorentz wytrzeszczył oczy.
— Zamordowali go w zeszłym miesiącu.
— O kim Landberg mówi?
— O Eryku Jansonie, oczywiście. Zaczął prorokować jeszcze w kraju, chodził po okolicy i sprzedawał pszenną mąkę. Dlatego przezwano go Pszenny Jezus.
— Janson prorok? Zamordowany?
— Zastrzelony jak pies podczas rozprawy sądowej w Cambridge. Przeciwnik strzelił.
Kapitana Lorentza nie zdziwiła ta wiadomość. Trochę już poznał wymiar sprawiedliwości w tym kraju. Może na salach sądowych są takie same wywieszki, jakie widział kiedyś w nowojorskiej knajpie: Strzel pierwszy! Pożyjesz dłużej!
Rozumiał, że były cieśla „Charlotty", członek sekty zamordowanego, jest głęboko poruszony tym wydarzeniem. Lecz Długi Landberg, jak zwano go na statku, z pewnością nie należał do gromadki opłakujących stratę: śmierć proroka widział oczami odstępcy.
Odstępca ciągnął dalej:
— Eryk Janson to największy z łotrów, jacy kiedykolwiek stąpali po ziemi Ameryki Północnej. — Długi czas widywał go codziennie i zna wyczyny tego proroka. Uważał siebie za nowego Chrystusa, dwunastu nieszczęsnych prostych chłopaków wybrał sobie na apostołów i trzymał ich zawsze przy sobie niby dworzan. A dla swoich ludzi był najokrutniejszym tyranem. Chorych dręczył tak, że anioły by zapłakały, gdyby w niebie można było łzy ronić. Nawet gdy ktoś ciężko zachorował, nigdy nie wzywano doktora. Umierającym, takim, co już ręką ani nogą nie mogli ru-azvć, kazał wstawać jak zdrowym, a że nie dawali rady, winił ich za grzechy i wiarołomstwo. Tylko on był bez grzechu, tylko on miał wszystkie zalety.
Landbergowi za to, że się użalał nad chorymi i cierpiącymi, że brał ich w obronę, ten tyran zabrał wszystko, nawet wyjściowe ubranie. Nie miał środków na procesowanie się, nie mógł proroka pociągnąć do odpowiedzialności za wszystkie jego złodziejstwa.
Eryk Janson powiadał, że jest równy Bogu. Jakby dłużej pożył, pewnie by Boga przewyższył. A prawda jest taka, że ludzkość dużo zawdzięcza temu szlachetnemu człowiekowi, który zastrzelił Pszennego Jezusa. Śmiałym czynem uwolnił Amerykę Północną od największego oszusta. Bezczelny, natrętny dureń — oto kim on był. W gębie miał świńskie kły zamiast zębów; z czego można wnosić, że opętał go zły duch i sam diabeł w nim siedział.
Kapitan Lorentz, mając na pokładzie wyznawców Jansona, słyszał same pochwały: uważali proroka za wielkie niebiańskie światło, rozbłysłe dla nich w ciemnej pogańskiej Szwecji. I byli w swej wierze uczciwi. Dla nich stał się nowym Chrystusem. A teraz, po zamordowaniu go, będą może mówić, że jak Chrystus przypieczętował swą naukę własną krwią.
Czy Eryk Janson był wysłannikiem Boga czy szatana? Kto to wie? Może ani jednego, ani drugiego. Pozostaje się tylko pocieszyć, że Bóg zna prawdę.
Lorentz zapytał byłego cieślę o wyznawców Jansona, tych marzycieli, których przewiózł na swym statku: jak im się wiedzie na olbrzymiej prerii Illinois, gdzie się osiedlili.
— Janson mówił, że zbudował tam nowe Jeruzalem — pogardliwie odparł Landberg. — Ale założył nowe piekło.
Bishop Hill, jak nazwano miejsce od rodzinnej parafii proroka — Biskupie Wzgórze — Amerykanie przemianowali na Bishop Heli, Biskupie Piekło. Wiele jlistów adresowanych „Biskupie Piekło" zawsze docierało do adresata. Jansonowcy to bystrzy i pracowici chłopi, dorobili się i już nie mieszkają w ziemiankach jak dzikie zwierzęta. Pobudowali domy z cegły, którą sami wypalili. Ale to jeszcze nie wszystko. W Szwecji byli gorliwymi abstynentami, a w Bishop Hill założyli gorzelnię, w której dzięki napędowi parowemu mogli pędzić trzysta beczek wódki dziennie. Lecz jeśli się kiedyś upili, to oczywiście za sprawą Ducha Świętego.
Zeszłej wiosny część wyznawców ruszyła do Kalifornii, by w imię Boże szukać złota. Znaleźli się tam dwaj najwybitniejsi apostołowie. Czy można sobie wyobrazić świętego Piotra i Pawła wypłukujących złoto? Jansonowcy szukali jednak nie tylko Królestwa Bożego i sprawiedliwości. Mówiono o proroku, że wzbogacił się tak bardzo, że wyrwawszy swoje świńskie kły z bezbożnych ust, wprawił sobie zęby z czystego złota. Dalej już nie można się posunąć w zarozumiałości i samouwielbieniu.
Ludzie w Bishop Hill wiorzą, że Eryk Janson zmartwychwstanie jak jego poprzednik ChrysWs. Robią cegły, palą pod kotłami parowej gorzelni i czekają na powrót mistrza. Jezus zmartwychwstał po trzech dniach, od zastrzelenia Eryka Jansona minie wkrótce szesc tygodni i, o ile wiadomo, jakoś nic nie słychać.
A oto co Landberg ma do powiedzenia: gdyby Pszenny Jezus ponownie pojawił się żywy w Ameryce, znalazłoby się sporo takich, którzy podjęliby się zgładzić go raz jeszcze.
Lorentz jednakże z wielu względów uważał Eryka Jansona za dzielnego człowieka, toteż gdy były cieśla dał upust swemu rozgoryczeniu na zamordowanego proroka, kapitan przeszedł do właściwej sprawy:
— Pomożesz mi znowu pozbyć się ładunku!
—■ Chętnie, kapitanie. Chwiiowo nie mam nic do roboty.
Landberg miał ostatnio marne zarobki, bo od dawna nie przybił żaden statek emigrancki ze Szwecji. Obsługiwał w tym czasie angielskich szyprów. Najczęściej przyjeżdżali Niemcy. Amerykańską ziemię zalewali Niemcy i Irlandczycy. Gdyby znał niemiecki, lepsze miałby dochody. W tym roku tylko oszuści nie narzekali na zarobki w nowojorskim porcie. Cwaniacy chodzili spasieni i weseli jak zawsze. Wszyscy kapitanowie wiedzieli, jak rozpoznać uczciwego agenta: to chudzielec!
— I wysoki jak maszt — uzupełnił Lorentz.
— Otóż to, kapitanie! A duży ten ładunek tym razem?
— Siedemdziesiąt sztuk. Większość chce w głąb kraju.
— Aha. The Emigrant-Transfer „Isaac Newton" co drugi dzień odpływa do Albany.
Obaj przejrzeli wykaz zawierający nazwiska wychodźców oraz miejscowości docelowe. Landberg przypomniał sobie, że ma dla kapitana wiadomość od znajomego rodaka: pastor metodysta Olof Hedstróm ze statku-kaplicy zamierza jutro odwiedzić „Charlottę".
— To pastor Hedstróm wciąż wygłasza kazania na tej starej szkucie? Chętnie go zobaczę. Wspaniały człowiek. I bardzo pomaga emigrantom.
Szwedzcy metodyści wpadli na szczęśliwy pomysł, żeby tu w Nowym Jorku przerobić stary i wycofany z żeglugi statek na kościół. Lorentz chodził tam od chwili powstania domu bożego i podobało mu się. Może jakaś inna sekta zechce kupić „Charlottę która zaczyna gnić, i zmieni ją w dom modlitwy. Byłoby wielkim zwycięstwem chrześcijaństwa na ziemi, gdyby wszystkie wysłużone statki, te gniazda grzechu, przekształcono po zdjęciu takielunku w kościoły. _ ,
Pastor Hedstróm zamierzał oczywiście skłonić przybyszów z „Charlotty", by wysłuchali kazania i przyjęli komunię. Tym razem trzeba go będzie poprosić, by jasno i wyraźnie oznajmił pasa żerom, nim przyjmą komunię, że jest metodystą. W poprze nim
i eisie kilku luteranów otrzymało na pokładzie „Betel" the Loro. s Supper a dopiero potem doznało objawienia, że przyjęli komunię z rąk sekciarskiego księdza, głosiciela fałszywej wiary. Ogarnęły ich straszliwe wyrzuty sumienia, rozpacz i lęk przed potępieniem. Modlili się, by Bóg w łaskawości swej pozwolił im zwymiotować fałszywe symbole łaski, lecz nie zostali wysłuchani.
Kto kieruje statkiem dla wychodźców, powinien się troszczyć i o dusze ludzi.
— No więc mój drogi cieślo, za trzy dni zajmiesz się nowym
ładunkiem szwedzkich chłopów w Republice Ameryki Północnej!
*
Rankiem 26 czerwca, gdy minęły trzy doby wyznaczonej kwarantanny, dwumasztowiec „Charlotta" z Karlshamn wypuścił wreszcie swój żywy ładunek na cypel koło Castle Garden w porcie Nowy Jork.
Imigranci w Battery Park
Po siedemdziesięciu dobach na morzu poszukiwacze nowego domu ponownie znaleźli się na ziemi. Ciała ich zachowały jeszcze rytm fal Oceanu Atlantyckiego. Ale stąpali już po stałym lądzie, stali wreszcie na pewnym, nieruchomym gruncie. Radośnie rozstali się z wielkim zbiorowiskiem wód, które Stwórca w trzecim dniu nazwał morzami, i z głębi serca błogosławili suchą część, nazwaną przez Stworzyciela ziemią. Dziękowali Panu Bogu, że dobrotliwie zezwolił, by kruche deski statku przeniosły ich przez przyprawiającą o zawrót głowy głębię do tego wytęsknion ego portu.
Na wzgórzu, ria samym końcu cypla nad East River, wznosił się Castle Garden, stara warownia zamieniona w miejsce zabaw, a tuż pod nią — oddzielony od licznych w tej odnodze rzeki przystani szeroką drogą spacerową — rozciągał się Battery Park. Ten kawał zieleni, ziemi porosłej drzewami tuż w pobliżu portu, codziennie rozbrzmiewał obcą mową i ciężkimi krokami wieśniaków. Ludzie ze Starego Kontynentu, po przekroczeniu bramy do Nowego Świata, tu właśnie znajdowali pierwsze miejsce odpoczynku na amerykańskiej ziemi. W dniu zejścia na ląd Battery Park stawał się chłodnym, cienistym laskiem dla emigrantów.
Tu odpoczywali szukający chłodu, pod rozłożystymi wiązami i lipami sadowili się mężczyźni i kobiety, dzieci i starcy, otoczeni całym przywiezionym dobrem: skrzyniami, skrzynkami, tobołami, workami, faskami, kadziami, mieszczącymi niezliczone przedmioty.
Wszystko, co tylko zdołali unieść, trzymali mocno przy schodzeniu na ląd, az pobielały im kostki dłoni i poczerwieniały policzki Ściskali swe worki i węzełki w obawie, że ktoś z tych rojących sie dokoła natarczywych obcych mógłby je im odebrać. Podczas podróży ni§dy nie spuszczali z oczu swej własności, na oceanie rzeczy towarzyszyły im nieodstępnie nawet w czasie snu.
Ciężcy, szerocy w barach wieśniacy, których twarze poznaczone były wszelkimi odmianami pogody, stawali z rękami założonymi za plecy i rozglądali się po nowym kraju. Samodziałowy odziewek wisiał na nich zmięty i workowaty. Gruba wełna, chroniąca przed zimnem na burzliwych wodach północnych mórz, teraz na słonecznym wybrzeżu Ameryki, przesiąknięta potem, stanowiła prawdziwą udrękę. W zesztywniałych mięśniach tych ludzi przetrwała ochota do ruchu, byli uosobieniem siły w stanie spoczynku. Zamknięci w ciasnych pomieszczeniach statku miesiącami niczym się nie zajmowali, nie mieli do czego przyłożyć ręki. Przybyli do nowej części świata, by wykonywać swe zwykłe prace, by znowu wziąć lejce, drążek pługa, wszystkie tak dobrze im znane narzędzia i sprzęty. Ileż w ich rękach tkwiło umiejętności nabywanych od dzieciństwa, od setek lat dziedziczonych po praojcach. Teraz, gdy po dręczącym okresie bezczynności ponownie stanęli na pewnym gruncie, wezbrał w nich zapał do pracy. Ale jeszcze trwał przymusowy odpoczynek, jeszcze zakładali ręce za plecy.
Matki, oparłszy się o pnie drzew, karmiły niemowlęta. Wynędzniałe piersi kobiet opróżniały się, lecz żołądki dzieci pozostawały nie napełnione. Pokarm matki kończył się, nim dziecko nasyciło giód. Maleństwa kwiliły i kwękały, rozdrażnione upałem, zwłaszcza że owinięte były grubymi płachtami, dobrymi w czasie zimna i chłodnych wiatrów. Matki brały dzieci na kolana, tę najbardziej miękką i na j cierpli wszą z kołysek, kołyskę matczynej miłości, i próbowały uśpić je nuceniem. Ale dzieci grymasiły i oczy im się nie zamykały. Jakby i one chciały się rozejrzeć, jeżeli już po raz pierwszy mogły oglądać nowe miejsce zamieszkania wybrane przez rodziców, kraj, w którym miały dorastać, jedyny kraj, jaki miały poznać.
Pięcioletni chłopiec w kapocie sięgającej pięt przykucnął w trawie i jadł żytni precel z ciemnego, twardego ciasta. Plamy pleśni na preclu wskazywały, że nie wczoraj go upieczono, bo też i nie w tej części świata był zrobiony: pochodził ze starego chlebowego pieca, z zapadłej, kamienistej okolicy północnej Europy. Chłopiec żul energicznie i chciwie łykał kęsy. Precel szybko zmalał mu w dłoni, wkrótce zostały tylko okruchy, które wsypał do ust. Precel się skończył, głód nie. Dziecko ze zdziwieniem spoglądało na pustą dłoń. Dlaczego precla nie starczyło, przecież on zjadłby jeszcze więcej. Dlaczego jedzenie kończy się wcześniej niż głód. Matka powiedziała: to ostatni precel, jaki mam, ostatni z domu.
Nigdy już nie dostaniesz chleba z domu. I chłopiec zdziwił się. Dlaczego już nigdy nie będzie precli z domu?
W Battery Park imigranci robili przegląd worków z jedzeniem. Przeliczali bochenki, oskrobywali z nich pleśń. Wielu zjadało ostatnie kromki, w nadziei, że odtąd ziemia nowego kraju da im strawę.
Drogą biegnącą wzdłuż rzeki, dzielącą Battery Park i Castle Garden, ustawicznie przepływał potok ludzi, mieszkańców Nowego Jorku, osiadłych w największym mieście Ameryki Północnej. Przechadzali się tam panowie w czarnych cylindrach i długich surdutach z połami, w spodniach tak obcisłych i dopasowanych, że nogi zdawały się nimi obciągnięte niczym i skórą. Spacerowały też kobiety w kapturkach, mocno zasznurowane w taliach, w sutych, niezmiernie szerokich, sięgających ziemi spódnicach. Spódnice te przypominały rozłożone i lśniące ogony ptaków; były spódnice kraciaste, w kropki i w paski, spódnice czerwone i białe, zielone i żółte. Mężczyźni wywijali trzcinowymi laskami, a kobiety trzymały w dłoniach otwarte parasolki w jasnych kolorach, niby małe świetliste kopuły niebios sklepione nad głowami.
Spacerujący nie zwracali uwagi na ludzi rozłożonych w Battery Park. Widok nowych przybyszów pod drzewami nie był dla nich ani nowy, ani osobliwy; wędrując brzegiem rzeki Hudson; prawie za każdym razem widywali to samo. Kolejny statek z emigrantami wpłynął do portu. Tak było wczoraj i przedwczoraj, tak będzie jutro. Gromada świeżo przybyłych schodziła na ląd i czekała w Battery Park na dalszy transport, odjeżdżała, znikała. Zamiast niej zjawiała się następna gromada. Zbierali się tutaj wciąż nowi ludzie i czekali pod drzewami. Nieskończone procesje przybyszów. Mieszkańcy Nowego Jorku, spacerując brzegiem rzeki, ciągle natykali się na imigrantów: imigranci należeli do tego parku podobnie jak liście na drzewach i trawa porastająca ziemię. Imigranci zawsze będą siedzieć pod drzewami Battery Park i czekać.
Imigranci natomiast przybywali ze stron, gdzie rzadko spotykali nieznajomych, rzadko widywali kogoś obcego. Teraz zaś znaleźli się w kraju, w którym wszyscy byli obcy. Mieszkańcy Nowego Jorku stanowili dla nich widok nowy i osobliwy. Ludzie z parku przyglądali się potokowi ludzi na drodze. Nowo przybyli patrzyli na tych, którzy przyszli tu wcześniej, na już osiadłych, przywykłych, którzy zdążyli się w tym kraju zorientować, poruszali się swobodnie, mogli spacerować bezpieczni i beztroscy, pewni siebie, umiejący się rozmówić z każdym napotkanym po drodze. Oni natomiast byli zagubieni, szukający jakiegoś schronienia. Tamci już znaleźli to, czego szukali. Tak więc bezdomni przyglądali się osiadłym.
Poszukiwacze nowego domu w swej wychodźczej wędrówce tylko na chwilę zatrzymali się w Battery Park, obcy, zdumieni, zmieszani, niepewni. Spłoszeni spotkaniem z nieznanym krajem. Zagubieni w świecie, chwilę tylko tu odpoczywający w dniu zejścia na ląd.
Ale i oni będą uprawiać tę ziemię i uczestniczyć w przemianie oblicza kraju, do którego przybyli, oni, czekający teraz w cienistym lasku nad East River.
Mleko i pszenne bułeczki
1
Wychodźcy z Ljuder wyjechali z rodzinnej miejscowości w szesnaście osób; dla jednej z nich otwarł się w czasie podróży mokry grób, lecz potem przybył jeden współpodróżnik i znowu było ich szesnaścioro, gdy po zejściu na ląd zebrali się w Battery Park.
Daniel Andreasson z Karragarde usiadł nieco na uboczu przy swej skrzyni z odzieżą i czytał księgę psalmów. Twarz pochylił tak nisko, że jego bujna ciemna broda dotykała książki, otwartej na trzysta czterdziestym czwartym psalmie ,,Na śmierć małżonki". Między stronicami, niczym zakładka, leżał zasuszony kwiat rezedy. Wyrósł w rodzinnej ziemi, na grządce, o którą jego małżonka się troszczyła. Strona z psalmem była zniszczona i brudna, niemal wytarta od częstej lektury.
O, śmierć zabrała Od mego boku towarzysza mego.
Troską do ziemi przygięty Gdzie szukać mam pociechy?
Daniel Andreasson przybył do nowego kraju, który Pan mu wskazał, z czwórką małoletnich, pozbawionych matki dzieci. Stracił Ingę-Lenę, drogą małżonkę i ziemską podporę. Pan go uderzył, przydeptał. Teraz był żałosnym, nędznym robakiem ludzkim wijącym się pod stopami Pana.
Wejrzał w swe sumienie i doszedł do nowego przekonania: dopuścił się grzechu zarozumiałości. W swej pyszałkowatości uważał się za lepszego niż inni i myślał, że jego grzechy raz na zawsze zostały zmyte i złożone w sudarium Jezusa. Miał się za sprawiedliwego, który już nie może zgrzeszyć. Lecz gdy leżał na statku w stanie godnym politowania, gdy leżał uwalany własnymi wymiocinami i słyszał szalejącą burzę i widział otwierającą się głębię, zrozumiał, że nie ostoi się wobec Pana.
W swym zarozumialstwie wierzył, że gdy dobije do portu, posiądzie umiejętność chwalenia i sławienia Boga w obcym języ u. W swym samouwielbieninu uważał się za równego Chrystusowym apostołom, na których Duch Święty zstąpił w pierwszy dzień ie lonych Świątek; sądził, że łaska Ducha Świętego i na niego zostanie przelana przy zejściu na ląd, tak że bez trudności będzie mógł posługiwać się amerykańskim językiem. Stwórca raz obdarzyi go językiem i zdolnością mowy, a to było tak wielkim cudem, że nie byłoby większym, gdyby dał mu również umiejętność posługiwania się każdym językiem.
A teraz brzęczała mu w uszach obca mowa, mowa, którą uszy powinny sobie przyswoić, a jego język naśladować. Ale jego ucho nie rozpoznawało żadnych dźwięków, a jego język pozostał niemy i nie przekazywał niczego. Słowa w języku, którym tu mówiono, nie docierały do niego, nie umiał ich ustami naśladować. Nie spadło na niego objawienie Ducha Świętego, nie ukazały się nad nim języki ogniste, żadnych widzeń nie miał. Nie był w stanie prorokować w nowym języku; jego uszy były zatkane, jego język sparaliżowany.
Daniel Andreasson zstąpił na ziemię Ameryki Północnej .'ako niemy i zagubiony przybysz między innymi przybyszami, jeck-n z wielu pośród rodów, ludów i plemion, które się tu gromadziły. Kiedyś Pan pomieszał w Babel ich języki, by nie mogli się z sobą porozumieć. Jego język był językiem grzesznika, dlatego nie władał żadną inną mową niż rodzinna. Wynosił się i chełpił, że jest sprawiedliwy, dlatego Duch Święty go odstąpił w nowym kraju. Nie był godny, by łaska na niego spłynęła.
Daniel został wdeptany w ziemię, Bóg go pokarał, obnażył c.;lą jego nędzę i niedołężność. Wciąż widział jeden przerażający obraz: człowiek marniejszy od robaka, będący pożywieniem robaka; tym pożywieniem, tym najlichszym robakiem na ziemi był Daniel Andreasson z Karragarde.
Od kiedy zobaczył ten obraz samego siebie, nie wyjaśniał ;uż słowa bożego współpasażerom na statku. Jakżeby mógł wykładać słowo święte on, który sam źle je przyjmował? Jak mógł radzić i przekonywać innych on, który sam popełnił najcięższy grzech? Czyż może się wywyższać człowiek, który sam o własną duszę troszczyć się nie potrafi?
Psalm „Na śmierć małżonki" Daniel umiał na pamięć. Odłożył książkę, przysunął się do skrzyni, ukląkł, pochylił głowę, splecione dłonie oparł o wieko: w prochu pełzam przed Tobą, Ojcze mój w niebiesiech!
Na statku złożył ślubowanie: w obcym kraju zbuduję ołtarz wdzięczności dla Ciebie, Panie! Ta stara skrzynia na odzież zniesiona ze strychu w Karragarde była w tej chwili ołtarzem pańskim na amerykańskiej ziemi; przed tym ołtarzem leżał teraz człowiek zdruzgotany, wysławiał Boga i dziękował mu: z głębi wezbranego serca dziękował za próbę zesłaną dla jego poprawy. Dziękował Wszechmocnemu, który zabrał mu małżonkę Ingę-Lenę, odebrał mu jego ziemską podporę. Dziękował Panu, który zabrał matkę czworga nieletnich dzieci. Wysławiał i wielbił Pana Boga za cho-ioby, cierpienia i trudy, jakie on i jego ukochani musieli przeiść Żarliwie, z głębi gorącego serca, dziękował swemu Stwórcy i Panu za wszystko zło, za wszystkie straty, które stały się jego udziałem.
Bóg doświadczył Daniela Andreassona: wił się jak robak pod stopą Pana. Wstępując w nowy, młodzieńczo zdrowy świat, prosił o nowe narodziny, by został jak wodą chrztu obmyty z grzechu zarozumiałości i zadufania, które były mu właściwe w starym kraju. Teraz czuł, że Bóg zbliżył się, że jest bliżej Boga niż był kiedykolwiek w kraju, który porzucił.
2
Krystyna leżała z głową opartą o wypchany siennik. I choć guzowata i twarda to była poduszka, jej się wydawała jak z najlżejszego puchu. Siennik był z domu, coś swojskiego, dobrze znanego. Była zmęczona przebytą chorobą, osłabła, czująca niemoc w każdej cząsteczce ciała. Żeby tylko mogła odpocząć, długo odpoczywać, żeby mogła tak spokojnie poleżeć, wyciągnięta na wznak w trawie, żeby nie musiała ruszać ręką ani nogą, oto szczęście, którego prag-nęła. Żeby tylko mieć spokój, spokój, a zmęczenie prędko wyszłoby z ciała. Ale to nie było miejsce trwałego spoczynku, wkrótce trzeba będzie wstać i jechać dalej.
W odległości kilku łokci spoczywała kobieta, która z pewnością jeszcze bardziej była zmęczona: stara Fina-Kajsa spała z szeroko otwartymi ustami. Wierzchnia spódnica, podwinięta aż po pas, odsłaniała podartą, łataną i poplamioną spodnią kieckę, która kiedyś była czerwona. Mocno trzymała w ramionach żółto-zieloną drewnianą szkatułkę, schowek kryjący najcenniejsze rzeczy. Szkatułka nie miała zamka, owiązana była grubym sznurkiem, a śpiąca tuliła ją do piersi jak matka niemowlę. Fina-Kajsa oddychała chrapliwie przez zapadłe bezzębne usta, otwarte niczym czarna czeluść. Przy nogach starej stał jej żelazny garnek. Utrącono mu w podróży jedną nóżkę, stał więc krzywo, pochylony jak kulawiec. Nic dziwnego, że ludzie źle znieśli tę podróż, skoro żelazne naczynie pękło.
Duży biały lniany worek wuja Daniela, z którego Inga-Lena była tak dumna, też się ubrudził i powalał na statku. Niezamężna Ulryka z Yastergohl, która zajmowała się dobytkiem Daniela teraz, kiedy owdowiał, rozwiązała właśnie worek i czegoś w nim szukała. Miała na sobie najlepszą sukienkę ciotki Ingi-Leny. Ona i jej córka podzieliły się ubraniem zmarłej. Krystyna nie rozmawiała z Ulryka, jeśli to nie było konieczne. Znosiła jej towarzystwo ze względu na wuja, ale Karl Oskar obiecał, że odłączą się od byłej dziwki, gdy tylko znajdą się w Ameryce. Nie zazdrościła Wesołej ciotczy-nych sukien, bo i Ulryka, i jej córka potrzebowały jakiegoś nowego przyodziewku. I miały do niego prawo, teraz, gdy musiały pomagać w zajmowaniu się biednymi dziećmi, które straciły mat ę.
Elin też miała na sobie sukienkę, która należała do Ingi-Leny. Suknia była za duża i za obszerna na szesnastolatkę, fałdowała sie i zwisała na jej szczupłym ciele. Elin siedziała z małą kobiałką na kolanach, co przypomniało Krystynie o zbieraniu jagód. Będzie tu w tym kraju jakieś miejsce, gdzie się je znajdzie? Poziomki słodko rozpływające się w ustach, biało kwitnące wiosną? Czarne jagody plamiące palce latem? Ognistoczerwone borówki na kępach 'jesienią? Dziewuszka Ulryki trzymała koszyk w pogotowiu, jakby już zamierzała iść na jagody, trzymała tak, jak się trzyma jedyne dobro, wszystko, co się na tym świecie posiada.
Krystyna nie spuszczała oczu z własnego, tego, co do nich należało. Tam stała ich skrzynia, długa i wysoka, okuta szerokimi żelaznymi listwami, solidnymi, tak że bez szkody przebyła Atlantyk, tylko jeden róg wieka był trochę obtarty. Na przedniej stronic skrzyni widniały czerwone słowa wymalowane przed odjazdem: Właściciel gospodarstwa Karl Oskar Nilsson, Ameryka Północna.
A tam ich worek i skrzynka z żywnością. Mały tobołek leżący najbliżej Krystyny poruszał się czasem — żywy był, spał w nim Harald, najmłodszy. Karl Oskar, który wrócił na statek po ccś zapomnianego, zabrał ze sobą dwoje starszych. Bała się tego rozstania. Muszą się trzymać razem, żeby się nie pogubić w podróży.
Pomiędzy drzewami widziała port i długi rząd statków przy przystaniach. Na wprost przed nią znajdował się duży okrągły żółto—zielony budynek z wieżą też okrągłą jak korona, zupełnie jakby dom miał głowę niby król ukoronowany. Dom był zbudowany na ostrowie i ludzie wchodzili tam przez most. Wysoko na ścianie, nad wejściem, był napis, czarne litery, które aż tu było widać: Castle Garden. Tak się ten dom nazywa, ma się rozumieć. Co też to może znaczyć? A za tym okrągłym dużym domem, też na ostrowie, stał mniejszy i niższy dom, prawie całą jego ścianę pokrywał napis: LABOR EXCHANGE. W życiu nie widziała takich wielkich liter, jakimi była wymalowana nazwa tego domu.
Więc w Ameryce domom nadają imiona. Ten niezrozumiały napis przypomniał jej, że znajduje się w kraju, gdzie nie rozumie, co ludzie mówią, ani słówka. Mogliby jej mówić wprost do ucha, a ona jakby nie słyszała, i ona może mówić, a oni nie usłyszą. Tu w Ameryce od pierwszej chwili została porażona dwoma nowymi kalectwami, stała się głupkiem gadającym na migi, będzie tu między obcymi głucha i niema.
Jacyś państwo spacerowali przed tym wielkim domem z wieżą: panie miały parasolki jak dziedziczki w domu, w Szwecji. Ale nie padało przecież, ładna pogoda, słońce świeci, ani jednej chmurki na niebie — więc dlaczego w taki dzień zabrały parasolki? Może po to, żeby się z nim pokazać na spacerze.
Tak, słońce świeciło — okrutny upał w tej Ameryce. Ciążył i dusił w piersi, nie dawał odetchnąć. Rozgrzane powietrze kłuło jak para z kotła z wrzącą wodą i trudno nim było oddychać Lecz radość Krystyny, że znowu wróciła na ziemię, była tak wielka ż° przewyższała dokuczliwość amerykańskiego upału. Już myślała" że nigdy nie wyjdzie na jasne światło dzienne, że skończy życie zamknięta w mrocznym wnętrzu statku. Myślała, że nigdy już nie ujrzy skrawka trawy, zielonego listka czy źdźbła. A teraz leży na zielonej trawie, w słońcu. A mogłaby tak jak biedna Inga-Lena spoczywać na dnie oceanu, zatopiona, a ciało jej pożarłyby głębinowe potwory. Ale ona została od tego wybawiona — ona i jej ukochani. Jakież znaczenie miało wszystko inne?
Wyruszyć przez ocean na lichym statku z trojgiem małych dzieci, znaczyło rzucić wyzwanie Panu Bogu. Krystyna długą cichą modlitwą dziękowała Ojcu w niebie, że był tak miłosierny, że pozwolił im cało i zdrowo zejść na stały ląd.
Czuła się tak, jak gdyby umarła i została wskrzeszona na nowo do życia, jakby się wydarzył cud. Jak wspaniale spokojne i nieruchome było wszystko dokoła! Tylko ktoś, kto długo przebywał na ruchomym, unoszącym się posłaniu, rzucanym przez gwałtowne wysokie fale, może tak rozkoszować się spokojnym leżeniem na pewnej ziemi. Wreszcie uwolniona od kołysania się statku, od rzucania w górę i w dół, nareszcie wyzwolona od zawrotnej jazdy na szczyt i w dolinę fal, w górę i w dół. Przepadała za huśtaniem się na desce w stodole, teraz miała dość huśtawki na resztę życia. Nigdy więcej nie chce widzieć na oczy tego straszliwego morza. Nigdy nie opuści stałego lądu.
Była spragniona, zaschło jej w ustach. Kiedy zeszła na ląd, odzyskała ochotę do jedzenia. I potrzebne jej było pożywienie, teraz, kiedy nosiła w sobie nowe życie.
Krystyna dotknęła ręką łona. Znowu czuła ruchy. Wiele dni minęło od czasu gdy czuła, że płód się rusza, już się zastanawiała, czy jest żywy. Tak ciężko ją prześladowały morska choroba i szkorbut, tak osłabła, że wcale by nie było czymś osobliwym, gdyby dziecko w niej umarło. Ucieszyła się, gdy nagle poczuła, że znowu kopie. Jeśli już jest w ciąży, chce urodzić żywe dziecko. Rodzić martwe dzieci to wstyd i kara boża: to znaczy, że kobieta nie jest warta tego, by donosić i wydać na świat życie, które Bóg w niej stworzy.
Policzyła na palcach. Kiedy to będzie? Zaszła koło połowy lutego. Marzec, kwiecień, maj, czerwiec — piąty miesiąc się zaczą . Lipiec, sierpień, wrzesień, październik, listopad: w połowie listopada to wypadnie. . ,
Połowa czasu dzielącego od zlegnięcia minęła czy zdąży z o być łóżko, na którym będzie mogła urodzić?
Dziecko żyło. Życie, które bezpłatnie przebyło ocean, dotarło na ląd. Rzucało się w kryjówce jej łona, matka czuła ruc y cniejsze niż kiedykolwiek. Nie tylko ona ocknęła się do życia
iakże i w płód wstąpiło nowe życie, gdy go przeniosła na ląd Nowego Świata.
3
— Śpisz, Krestyna?
Karl Oskar stał nad nią, ocierając świecącą potem twarz rękawem koszuli.
— Ale skwar! Tu można by słoninę na ścianie przysmażyć!
Zdjął samodziałową kapotę i rzucił na ziemię. Johan i Marta pędem podbiegli do matki:
— Zgadnij, matulu! Ojciec coś ma!
— Zgadnij, co ociec mają!
Karl Oskar w jednej ręce trzymał papierową torbę, w drugiej ich własny dzbanek. Podsunął torbę Krystynie pod sam nos:
— Powąchaj, jak pachnie!
— Zajrzyj, mamo, zajrzyj! — krzyknął Johan. — Ociec kupił słodkie mleko i białe bułki!
— Słodkie mleko i białe bułki! — powtórzyła Marta.
Krystyna wciągnęła w nos przyjemny, niemal zapomniany zapach. Wsunęła rękę do torby i wyczuła coś miękkiego: świeże białe bułki — pszenne bułki!
—■ Kai Oska... To nie może być...!
— Zajrzyj tylko do dzbanka!
— Matulu, to słodkie mleko! — zawołał Johan.
Karl Oskar przechylił dzbanek, tak pełny, że trochę mleka się przelało.
— Uważaj! Nie marnuj! — przestrzegła go.
— Będziesz teraz jeść i pić, Krestyna.
— Kai Oska, oczom nie wierzę, Jak ty to mogłeś kupić?
— Kapitan mi pomógł. Jedz i pij! Myśmy już spróbowali.
Słodkie, świeże mleko — kiedy ona to ostatni raz kosztowała?
Ani kropli czegoś takiego nie miała w ustach na statku. W kwaterze w Karlshamn piła mleko, ale to było w innym czasie, w innym świecie, w starym kraju.
Oburącz chwyciła dzbanek, ostrożnie, żeby nie rozlać. Łzy jej napłynęły do oczu. Musi przyjrzeć się, jak mleko wygląda, bo zapomniała'. Kremowe, gęste, tłuste, ani łyżki śmietany z niego nie zebrano. Pachniało świeżo, jakby je przed chwilą przecedzono.
Karl Oskar otworzył worek, wyjął blaszany kubek i napełnił go mlekiem z dzbanka.
— Kai Oska... Słodkie mleko i pszenne bułeczki!
— Pij, ile tylko możesz! Dla zdrowia ci potrzebne!
— A dzieci? Dostały?
Żadna matka nie zacznie jeść i pić, póki dzieci się nie najedzą i nie napiją. Lecz Karl Oskar wyjaśnił, że Johan i Marta najedli
się do syta i wypili dość przy sklepiku, przed tym dużym dom^m w którym zakupił to wszystko.
Krystyna piła. Kilkoma łykami opróżniła kubek i Karl Oskar znowu nalał. Piła aż ją zatknęło. Czy to było przedtem wiadomo że mleko jest tak smaczne? Ona sama tyle razy siadywała do dojenia, wycisnęła z krowich wymion tysiące litrów mleka, codziennie rano, w południe i wieczorem cedziła mleko dla dzieci, karmiła mlekiem prosięta, nigdy jej mleka nie brakowało, póki nie rozpoczęła tej podróży. A teraz dzbanek tego napoju wydawał się jej od Boga darowany i płakać jej się chciało na jego widok.
— Dobre mleko, aż gęste od śmietany — powiedziała. Wyjęła z torby bułkę i przyjrzała jej się. Bułka miała wielkość małego bochenka, tyle że wyglądała na mocno wyrośniętą.
Jeszcze mieli trochę żywności zabranej z domu. Wyżywienie na statku było zjełczałe i przesolone, miało smak starych skrzyń i zatęchłych beczek. Twarde suszone placki żytnie, suchary, stawały Krystynie w gardle, tak wstrętny miały zapach i smak. Pod koniec podróży suchary zrobaczywiały, ludzie moczyli je w wodzie i osmażali w tłuszczu przed zjedzeniem. Sporo z tego jadła, które dostawali na statku, nadawało się tylko dla świń.
Jak rozkosznie po twardych sucharach gryźć miękką, świeżą pszenną bułkę! Wyglądała na przerośniętą, ale okazała się dobrze wypieczona, bez dziury w środku. Od pierwszego kęsa poczuła, że to wspaniałe jedzenie.
— Świetne pieczywo robią w tej Ameryce — powiedziała.
—■ Tu jadają pszenny chleb w powszednie dni — rzekł Karl Oskar.
— Czy to może być prawda?
Krystyna nie dowierzała. Dla niej białe pieczywo było i pozostanie jedzeniem świątecznym, od wielkiego dzwonu. Na Boże Narodzenie, na Wielkanoc i na Świętego Jana kupowała parę funtów pszennej mąki na ciasto. Potem liczyła placki i zamykała w spiżarni, żeby dzieci nie' zjadły ich bez pozwolenia. Takie jedzenie trzeba było dokładnie wydzielić, po sprawiedliwości.
— Tu się wszędzie aż roi od ludzi — powiedziała. Czy może starczyć pszennego pieczywa dla wszystkich?
Wedle tego, co widział, jadła w tym kraju pod dostatkiem, uważał Karl Oskar. W wielu miejscach widział całe stosy bułek, pszennych bochnów, spiętrzonych jak sągi drzewa. Widział też wielkie stągwie pełne słodkiego mleka. Jednego i drugiego jest ty e, ze i ona, i dzieci mogą jeść i pić, i wrócić do sił.
Węzełek obok Krystyny poruszył się i wydobył się z nie^o dźwięk. To Harald się obudził i rozwarł buzię. Matka wzięła „o do siebie i krzyk ucichł natychmiast, gdy malec poczuł mleko spływające w usta. Dzieciak łykał ten niezwykły napój i mi cza ,
czał i łykał. Zdumienie zupełnie go uciszyło.
Krystynie serce się krajało na widok wyciągniętych twarzy dzieci, ich zapadłych policzków, bladych posiniałych warg, zmętniałych i podkrążonych oczu. Kiedy podnosiła któreś z nich, wydawały się lak lekkie; ręce i nogi wychudłe, skóra obwisła, ciało jakby nie trzymające się kości. Ciemne, ciasne i zatęchłe pomieszczenie pod pokładem, gdzie tak długo były zamknięte, pozostawiło na nich swój ślad. Jakże się martwiła o dzieci, gdy leżała chora; cała trójka pełzała po łóżku, a ona nie miała siły, żeby się nimi zająć! Jak się dręczyła, że nie może im dać ni kęsa świeżej strawy, ni łyka słodkiego mleka przez całąidługą podróż! Jak tęskniła do tej chwili, kiedy będzie mogła wypuścić Johana, Martę i Haralda na ląd!
Ich biednym, wyblacLłym, wychudłym dzieciom naprawdę bardzo potrzebne było dobre słodkie mleko i świeże bułeczki!
Johan, który pilnował rzuconej w trawę kapoty ojca, zniecierpliwił się:
— Ociec jabłka zapomniał! Jabłko dla matki!
Z kieszeni ojcowej kapoty wyciągnął czerwone, błyszczące jabłko, duże jak jego głowa, i z dumą podał je matce.
— Widziałaś kiedy takie wielkie jabłko? — spytał Karl Oskar. — Dostałem je w podarku.
Przy nabrzeżu spotkali kobietę z całym koszem takich wielkich, pięknych jabłek. Johan i Marta chciwie wpatrywali się w owoce. Kohieta coś do nich powiedziała, czego oczywiście nie zrozumieli, ale dała po jabłku dzieciom, które natychmiast je zjadły, on też dostał jedno i oszczędził dla żony.
— Kai Oska... Jakiś ty dobry...
Ważyła to duże jabłko w dłoni. Ma więcej niż funt, pomyślała. To największe jabłko, jakie kiedykolwiek widziała. Johan i Marta chciwie wpatrywali się w owoc w matczynej dłoni, więc Krystyna poprosiła Karla Oskara, by podzielił jabłko na równe części, żeby każde dostało kawałek. I Karl Oskar przeciął jabłko kieszonkowym nożykiem: jedna ćwiartka miała wielkość całego domowego, zwyczajnego jabłka.
Rodzina imigrantów jadła i rozkoszowała się pierwszym amerykańskim owocem, tyle w nim było soku, tak chłodził i orzeźwiał w tym upale.
— Czy to świeże jabłko? — wykrzyknęła zdumiona Krystyna po skosztowaniu.
— No. Chyba czujesz, co?
—• Myślałam, że przeleżało od zeszłego lata.
— Nie, tu w Ameryce jabłka dojrzewają przed świętym Janem — powiedział Karl Oskar.
Świeży, kwaskowaty smak dał Krystynie odpowiedź: Je świeży owoc, zerwany w tym roku, choć to dopiero koniec czerwca.
Noc świętojańska — niedawno było to święto, którego nikt z nich nie obchodził — początek lata. Siedzieli wtedy zamknięci na statku i musieli się zadowolić opowiadaniem o nocy świętoiańskiei tam w kraju. J
W odległości kilku rzutów kamieniem Krystyna widziała przv stań, gdzie ciągle jeszcze stała „Charlotta" i pozbywała się ładunku. Ten szwedzki bryg poznała po masztach. Kiedy rozładują wszystko, statek pożegluje z powrotem, by jeszcze raz pokonywać niespokojne i nieskończone wody. Pewnego słotnego, wietrznego wiosennego dnia opuścili szwedzki port, a teraz, gdy statek przybije do tego samego portu, będzie może równie słotny i wietrzny dzień jesienny. Ich statek znów będzie w domu.
„W domu" — słowa te szarpnęły Krystyną, wolniej gryzła jabłko.
Noc świętojańska w domu: ojciec ustawiał przed drzwiami chaty obsypane liśćmi brzózki, po jednej z każdej strony, matka podawała kawę na rozkładanym stole, który wynosiło się na podwórze i ustawiało pod starym klonem, a Maria i Emma, jej siostry, zrywały kiście bzu i przystrajały się na tańce w stodole. Wszędzie pachniało świeżością, w domu i w obejściu, pachniało bzem i słodkimi liśćmi brzózek. Wszyscy zbierali się przy stole pod drzewem, wszyscy byli ładnie ubrani, rozradowani i uśmiechnięci. I tak było zawsze tam w domu w noc świętojańską.
Czy w tym roku choć raz wspomnieli o kimś, kto dawniej był z nimi? Czy wymienili jej imię: jak wiedzie się właśnie teraz, tego wieczoru, w noc świętojańską Krystynie, która wyjechała z Karlem Oskarem do Ameryki Północnej?
Wiedziała, jak jest w domu, ale tamci z domu nie mieli pojęcia, jak jest tutaj.
Przebyła niesłychanie daleką drogę: poznała bezkresną wodę, która dzieliła ją od ojczyzny, która dzieliła ,,w domu" od Nigdy więcej nie przebędzie tej drogi, nigdy więcej nie popłynie przez ocean. A skoro już nie wróci, nigdy więcej nie będzie z tymi, którzy zostali w domu.
Dopiero teraz zaczynała to pojmować: Nigdy więcej w domu.
Wstrząsnęła nią ta myśl. I jeszcze widok tego statku, który wróci, popłynie z powrotem do domu. Statek, na którym tak bardzo cierpiała... Czego ona chce? Chyba nie popłynąć z powrotem? Chyba nie ma ochoty znowu tkwić dziesięć tygodni zamknięta w ciemnym pomieszczeniu pod pokładem? Nie, nie! Ale dlaczego zbiera jej się na łzy? Dlaczego? Nie mogła tego pojąć.
Karl Oskar usiadł i wycierał pot z czoła rękawem koszuli. Nawet w cieniu panował nieznośny upał.
— Dziś wieczorem wsiądziemy na łódź i popłyniemy rzeką.
Ona myślała o drodze, którą przebyli, on — o drodze, która ich
czekała.
— Jesteśmy spóźnieni.
Obawiał się, że przybyli do tego kraju o zbyt późnej porze roku.
Nikt nie przypuszczał, że będą na morzu aż do nocy świętojańskiej. Wyliczył sobie, że na świętego Jana dotrą już do nowego miejsca zamieszkania; wtedy zdążyliby obrobić trochę ziemi, posiać na niej zboże i posadzić ziemniaki. Jak sobie poradzą zimą, jeżeli lato się skończy, a oni nic jeszcze w ziemię nie wsadzą?
I on myślał jak Krystyna: w tym kraju roiło się od ludzi, w każdym kąciku i zaułku miasta. Tylu zebranych w jednym miejscu ludzi nigdy przedtem nie widział. Mogli się teraz przekonać, że przed nimi przyjechało tutaj mnóstwo osób, codziennie nowy statek przywoził coraz to nowe grupy ludzi. A może zostali oszukani, może Ameryka była już przeludniona?
Nie chciał jednak niepokoić tym żony w pierwszy dzień ich pobytu w tym kraju. Powinien ją raczej pocieszyć, bo tak była słaba i wymęczona chorobą. Już posmakowała paru wspaniałości, jakie ofiarowało im zaraz po przybyciu amerykańskie miasto; wszystko co on sam do tej pory zobaczył i czego doświadczył, zapowiadało się dla nich bardzo obiecująco:
— Myślę, że Ameryka to dobry kraj. Nie musimy niczego żałować. Tak napiszę do domu.
Krystyna kilka razy przełknęła ślinę i odwróciła twarz. Nie powinien widzieć jej łez dzisiaj, w dniu zejścia na ląd. Powinna je powstrzymać. Dlaczego miałaby płakać? Znów była na stałym gruncie i miała przy sobie ich wszystkich. Wypiła słodkie mleko i najadła się do syta świeżego pszennego pieczywa. Czego jej jeszcze brakuje?
Karl Oskar ciągnął dalej: Calutkie trzy wieczory pisał list do Szwecji, przepisze teraz na czysto tu na wieku skrzyni, będzie można go wysłać statkiem, który wraca do kraju. Nim list dotrze do rodzinnej wsi, będzie już wrzesień, ich najbliżsi dowiedzą się o nich i ich podróży dopiero jesienią.
Krystyna długo milczała, nie powiedziała ani słowa od chwili, gdy dowiedziała się, że amerykańskie jabłka dojrzewają przed świętym Janem. Czyżby to ją aż tak zadziwiło? Spojrzał na nią. Coś ją smuciło. Czego jej brak? Nie chciał pytać, bo rozumiał, że cokolwiek to było, każde pytanie zasmuci ją jeszcze bardziej.
Podsunął torbę z chlebem:
— Zjedz jeszcze, Krestyna!
Dobre było! Jeśli myślisz, że starczy...
Krystyna wzięła jeszcze jedną bułkę i zjadła.
Wspomnienie pierwszego dnia na amerykańskiej ziemi zawsze już będzie się w jej pamięci łączyć ze słodkim mlekiem i świeżym białym pieczywem, mlekiem i pszennymi bułeczkami.
List do Szwecji
Ameryka Północna, 26 czerwca 1850
Czule kochani rodzice,
abyście zawsze pozostawali w zdrowiu,
jest moim największym życzeniem
Chcę Wam teraz opowiedzieć o naszej podróży z Ojczyzny, co ją zrobiliśmy w dziesięć tygodni i dojechaliśmy do Miasta Nowy Jork. W dzień świętego Jana szwedzki statek dotarł szczęśliwie do wybrzeży Ameryki.
Była między nami duża radość, kiedy zobaczyliśmy Nowy Kraj, Amerykanie są szlachetnymi ludźmi, którzy wpuszczają wszystkich obcych przez Bramy swojego kraju. Nikt nie spytał nas ni słowem o naszą pozycję i nikomu nie zabroniono wstępu, czy ktoś biedny, czy bogaty, nie przepytywali.
Wszyscy z naszej rodziny są przy Życiu i Zdrowiu. Morze dało nam się we znaki, ale podróż minęła raczej dobrze. Chcę teraz napisać, że Danielowi z Karragarde przytrafiło się duże nieszczęście, bo na morzu utracił swoją żonę Ingę-Lenę, przyszła na nią pora. Ale za długo trzeba by opisywać naszą podróż.
Nowy Jork jest dużym miastem, domy są tu duże i wysokie. Roi się tutaj od różnych narodów z całego świata, które są czarne, brązowe i kolorowe, ale to wszystko ludzie, a nas przyjmują tu życzliwie.
Amerykanie są bladzi i mizerni, mówią, że to od ciepła, bo tu Powietrze jest cieplejsze niż w domu.
Można tu zobaczyć rozmaite osobliwości, ale nie da się tego opisać w jednym liście. Mówią, że czas w Ameryce Północnej różny jest od szwedzkiego o sześć godzin, że oni nastawili wszystkie zegary sześć godzin do tyłu. Żadnych szwedzkich pieniędzy papierowych nie można wymienić, prócz tego, co wymienia Kapitan statku, ale srebro i złoto ma swoją cenę jak w domu. Nasze szwedzkie pieniądze są mniej warte od amerykańskich.
