Kolekcjonerka - Marta Motyl - ebook
Opis

Wyrafinowanie czy wyuzdanie? Na pewno zmysłowość malowana słowem. Daj się o tym przekonać Marcie Motyl!

Bohaterka książki, Magda, nazywa siebie gejszą. Podsyca i realizuje pragnienia, pozuje do aktów. Zostaje płatną kochanką starszej od siebie Mecenaski. Pod podszewką erotycznej relacji kryją się niejednoznaczne motywy i niejeden sekret… Czy niosą historie z przeszłości? Czy zaważą na przyszłości? Zanurz się w buzujących nastrojami zwierzeniach Magdy i dopieść zmysły lekturą!

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 274

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


© Copyright by Lira Publishing Sp. z o.o., Warszawa 2019

© Copyright by Marta Motyl, 2019

Projekt okładki: Magdalena Wójcik

Zdjęcie na okładce: © kotin/shutterstock.com

Zdjęcie Marty Motyl: © Maciej Zienkiewicz Photography

Redakcja techniczna: Kaja Mikoszewska

Redaktor inicjujący: Paweł Pokora

Redakcja: Ewa Charitonow

Korekta: Marek Kowalik

Skład: Klara Perepłyś-Pająk

Producenci wydawniczy: Marek Jannasz, Anna Laskowska

Lira Publishing Sp. z o.o.

Wydanie pierwsze

Warszawa 2019

ISBN: 978-83-66229-22-8 (EPUB); 978-83-66229-23-5 (MOBI)

www.wydawnictwolira.pl

Wydawnictwa Lira szukaj też na:

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej

ROZDZIAŁ 1
Zmiana planów

W zetknięciu z tym, co rozgrzane, wydawała się chłodniejsza, niż była. W zetknięciu z tym, co miękkie, wydawała się twardsza. Niewielka kulka, w sam raz, żeby trzymać ją między dwoma palcami. Podsuwać, wsuwać, odsuwać, podsuwać, wsuwać.

Rozgrzewała się, rozmiękała, rozpuszczała po zbliżeniu z najbardziej zmysłowymi obszarami. Zaczynała spływać rzadkim sokiem. Sok zlewał się z drugim, gęstszym, w jeden, nieustannie cieknący. Kiedy temperatury ciała i kulki wyrównywały się, długie palce sięgały po następną. Chwytały ją, jakby były pałeczkami, i ponownie podtykały pulsującemu miejscu.

Żeby je nakarmić.

Drżałam, rozsuwając nogi jak najszerzej. Mrożona wiśnia ślizgała się po moich płatkach. Skrapiała je kapiącą z miąższu czerwienią. Serce biło mi szybciej, coraz szybciej. Owoc raz po raz muskał najwrażliwszy punkt.

Przymrużyłam oczy. Desperacko próbowałam ściskać rąbek odrzuconej kołdry, lecz palce nie były w stanie uchwycić czarnej satyny.

Kochanka wsunęła we mnie wiśnię i przytrzymała; jęknęłam przeciągle, jak podrażniona kocica. Zatkała mi usta ręką, nie przestając dręczyć. Przesunęłam się w górę i w dół, w nowym spazmie. Zaszeleściło prześcieradło. Byłam zaledwie wibracjami ciała, które wiśnia za wiśnią porywał prąd po prądzie. One chyba zamierzały mnie roznieść?

Serce przestało bić, zaczęło huczeć. Jakbym słyszała dwa.

Pewnie słyszałam też jej serce.

Gdy cofnęła dłoń od moich ust, otworzyłam oczy. Zamrugałam kilkukrotnie, żeby pozbyć się mgły ze źrenic. Z rozmazanej bieli stopniowo wyodrębniły się unoszące się nade mną dwie piersi, duże, z widocznymi pod cienką skórą żyłkami. Sutki sterczały bojowo. Wyglądały, jakby i z nich miał zaraz wytrysnąć sok.

Dotknęłam naprężonej brodawki językiem. Lizałam ją, aż zaczęłam zachłannie ssać. Zobaczyłam na twarzy partnerki tak dobrze mi znany uśmiech drapieżcy. Wyjęła ze mnie wiśnię i wsunęła między swoje wargi. A później wytknęła koniuszek języka i zdjęła z niego pestkę.

Odsunęła się ode mnie. Starannie odłożyła pestkę obok miski, połyskującej emalią oświetloną nikłym blaskiem nocnej lampki. Podniosłam się i sięgnęłam w kierunku szafki. Prosto do tego samego naczynia.

Usiadłam naprzeciwko mojej pani. Powiodłam owocem wewnątrz stromizny jej górnej wargi – choć tym razem usta go nie pochłonęły – poprzez kotlinkę w brodzie i długi przesmyk szyi. Pomiędzy szczytami piersi, wzdłuż doliny brzucha.

Miejsce będące celem tej podróży rozchylało się w błogim zaproszeniu.

Przyjęłam je, oczywiście.

Nie wiedziałam, czy nie zbyt szybko zastąpiłam tę owocową pieszczotę innymi. Nachyliłam się i przyciskając dłonie do ud kochanki, zanurzyłam w niej język. Drgnęła, jakby chciała wchłonąć go jeszcze dalej, głębiej w intymny nurt.

Odniosłam wrażenie, że za chwilę zaleje mnie ten specyficzny napój z domieszką wiśni. Będzie ściekał z mojej twarzy, podobnie lepki jak płyn, który zastygł mi na nogach. Lecz nie przestawałam go zlizywać, zachłannie i sumiennie, żeby nie uronić ani kropli. Rozpływał się w moich ustach.

Przez chwilę zastanowiłam się, jak w smaku zmieniłoby się czerwone, a jak białe wino, gdyby dodać do niego tę szczyptę kobiecości.

Ta kobieta była pierwszym w pełni dojrzałym owocem, którego kosztowałam. Wiedziała doskonale, kogo – i czego – pożąda.

Nie mam pojęcia, kiedy sięgnęła po kolejną wiśnię.

Przeciągnęła nią nieśpiesznie po przedziałku między moimi pośladkami. Zatrzymała ją przy otworze, muskając go chłodem. Lecz choć przechodziły mnie dreszcze, nie przestawałam spijać kochanki, a ona pieścić mnie w ten sposób.

Trwałyśmy tak, dopóki jej nie zaspokoiłam.

Przyciągnęła mnie do siebie, tak że nakryłam swoimi piersiami jej piersi. Miałam na swoich nogach jej nogi; nasze soki, doprawione wiśniami, łączyły się. Odwróciła nas, i oto ja znów wiłam się pod jej dotykiem, odurzona ciepłym ciężkim zapachem. Opadał na nas pośród erotycznych krajobrazów. A wiśnie – którymi karmiłyśmy i dotykałyśmy się naraz, splątane ze sobą w coraz bardziej niemożliwych pozach – stanowiły orzeźwiające akcenty.

***

W krainie soczystej wiśni przebywałam od niedawna.

Żeby zacząć zupełnie nowe życie, musiałam skończyć z handlowaniem seksem. Dlatego jeszcze przed wyjazdem z Łodzi zamierzałam usunąć moją ofertę, która wciąż tkwiła na portalu $ponsora $zukam. I zrobiłam to. Naprawdę!

Skasowałam konto i po raz ostatni rzuciłam okiem na stronę główną. Jednak kiedy ją przescrollowałam, natknęłam się na ogłoszenie od potencjalnej sponsorki. Kliknęłam, tak z ciekawości.

To jeszcze nie było grane. A przynajmniej nie za mojej kadencji.

Nie będę owijać w bawełnę. Szukam młodej

(18–25 lat), atrakcyjnej dziewczyny,

która zadowoli mnie i mojego partnera.

Chcielibyśmy, żebyś:

– była otwarta,

– nie bała się eksperymentów,

– lubiła dawać przyjemność,

– lubiła ją brać,

– nie miała problemów ze spermą.

Zapewne domyślasz się, że możesz liczyć na naszą wdzięczność? Warunki do dogadania. Sorry, ale bez zdjęć się nie da, więc wyślij nam fotki twarzy i figury.

Ach, zatem ta dama liczy na ładną rozpustnicę dla siebie i swojego pana? To chyba on podpowiedział jej ostatni wymóg wypisany od myślnika. Tymczasem ja oczekiwałam ogłoszenia wyłącznie od i dla kobiety.

Niby dlaczego nie sprawdzić, czy na orbicie portalu nie pojawiło się i takie? Przecież mam chwilę, nawet dłuższą.

Cierpliwość popłaciła. Znalazłam niejedno. Chyba ostatnio źle szukałam podobnych. Niektóre anonse skierowane „wyłącznie do kobiet” były zbyt suche. To znaczy te o poszukiwaniu czystej (!), zadbanej, sympatycznej dziewczyny. Musiały być dziełem panien tak starych, że pamiętających jeszcze epidemie wszawicy w szkołach i na pensjach. Zapewne eleganckich, zawsze, ceniących piękno i luksus. Czekających tylko na poważne oferty. Ot, pseudowytworniś potrzebujących dziewczęcia do różnych usług i posług. Z wymagań wynikało, że nie szukały uwodzicielskiej kochanki, ale uporządkowanej pokojówki.

Po przeciwnej stronie znajdowały się anonse od istnych samic alfa. Również i one potrzebowały pannic atrakcyjnych, a do tego seksownych, dorównujących im zmysłowością i brakiem pruderii. Takich, z którymi zrealizują swoje najskrytsze pragnienia. I jeśli nawet posługiwały się słownikiem guwernantek, to tych bardziej wyzwolonych.

Bawiłam się świetnie, jak zwykle, czytając i segregując w głowie te wołania o płatną miłość. Okazało się, że kobieta, tradycyjnie męska niewolnica, może równie dobrze zostać niewolnicą drugiej kobiety. Przybiegać na każde jej skinienie, pieścić na każde jej życzenie. Czyż to nie przełomowe?

Dla mnie – wyzwanie rzucone czasom i wszechczasom.

Odpisałam na wybrane ogłoszenie. Jedno, którego autorce bliżej było do samicy alfa. Spodobało mi się, że nie krygowała się za pomocą konwenansów. „Długo się zastanawiałam, czy zamieścić ten anons, ale...” plus liczne tłumaczenia połączone hasłem „ale tak naprawdę to jestem normalna”. Albo podobnych. Zupełnie jakby korzystanie przez kobietę z seksualności innych kobiet, do tego za pieniądze, było czymś nienormalnym.

Ten komunikat cechowały konkrety. Mimo to brzmiał niesłychanie obiecująco.

Jeśli jesteś kobiecą kobietą, masz od 18 do 30 lat, chcesz wejść w czysto erotyczny związek, może właśnie z Tobą spełnię swoje fantazje? Myślę, że sponsoring doda całej sprawie pikanterii. Osiągnęłam sukces zawodowy i finansowy, ale pragnę więcej pieprzu w swoim życiu. Chętnie podzielę się tym, co wypracowałam, w zamian za bardzo namiętne chwile w Twoim towarzystwie. Lubię odwiedzać galerie, restauracje, kluby i... pewną stajnię. Właściwie to...

– ...szukam nowej klaczy – dokończyłam półgłosem.

Moja potencjalna dżokejka nie załączyła żadnego zdjęcia, co wytłumaczyłam sobie względami bezpieczeństwa, zachowania anonimowości. O wyglądzie napisała zresztą dalej, dość lakonicznie: średni wzrost, blondynka, szarozielone oczy. Opis jej upodobań był dłuższy: seks oralny, tradycyjny, analny, z zabawkami, przebrania/kostiumy, szpilki, klapsy, dominacja, tresura.

Co to dla mnie oznaczało? Posługując się językiem ogłoszeń: obustronną satysfakcję.

A w języku wyobraźni? Parkiet, rozjarzony światłami, które biły z dyskotekowej kuli. Składającej się z przystających do siebie, chociaż oddzielnych pól, podobnych plastrom miodu. Każde z nich wydzielało określony kolor, a wszystkie promieniowały w tym samym czasie. Ich tęczowy wir skierowano na dwie pary bioder, ocierające się i poruszające w zgodnym rytmie do najbardziej z wyuzdanych piosenek. Jej słowa nie były śpiewane, tylko szeptane, przeplatane zduszonymi westchnieniami. Należało się w nie włączyć.

Nie piło się w tym świecie mętnego koktajlu z gorzkich godów i cierpkich zawodów, zbyt dobrze znanego mi ze związków, w których byłam. On funkcjonował na określonych zasadach kupna – sprzedaży. Należało się z nich wywiązać, dając lub pobierając przyjemność.

Nagle – bylebym go nie rzuciła! – rozbłysnął przede mną z całą intensywnością.

Dotarło do mnie, że da się z niego wyciągnąć mnóstwo namiętności, o ile trafi się w układance na odpowiednią osobę. Że pragnę wyłącznie odejść od poprzedniego sponsora, od przygniatającej rutyny związku z nim, od jego durnowatej zazdrości. Fakt, że on się zagalopował, nie oznaczał tak naprawdę, że zagalopuje się ktoś inny.

Nawet wielbicielka konnej jazdy.

Niemal natychmiast wysłałam do tej kobiety mejla z załącznikiem w postaci paru swoich zdjęć. I obiecałam sobie, że jeśli nie dostanę odpowiedzi tego samego dnia, odpuszczę. Następnego ranka zabieram wypakowany po brzegi plecak i chodu!

Dobra, może zbyt niecierpliwie czekałam na odzew. Nie położyłam się do północy, jakby trwał sylwester, a ja nie chciałam przegapić nadejścia Nowego Roku.

Po północy, na łóżku, przekręcałam się z boku na bok. Otwierałam i zamykałam oczy. Co i rusz pocierałam swędzący nos. Aż się podniosłam. Przespacerowałam się od łóżka do okna, od okna do drzwi, i z powrotem, w wartkim tempie pytań kołaczących w mojej głowie. A co, jeśli nie jestem w jej typie? Zbyt chuderlawa? Za blada? A co, jeśli powinnam jej wysłać bardziej uwodzicielskie fotki? Jeszcze więcej zdjęć? A co, jeśli blondyna przebiera w ofertach jak w ulęgałkach, a moja niczym szczególnym się nie wyróżnia? A co...?

Mniej niż zero! Dałam sobie łupnia w czoło, jak brutalny trener niekumatemu podopiecznemu, żeby ten czym prędzej otrząsnął się z niekumania. Starałam się zdystansować, co polegało na ponownym ułożeniu się do snu.

Wreszcie noc udręki dobiegła końca.

Pierwsze, co zrobiłam po zerwaniu się bladym świtem, to zalogowałam się na sponsorskim portalu. Drugie – sprawdziłam skrzynkę mejlową.

Może po prostu jest zapracowana?, przypuszczałam. W tygodniu nie ma zbyt wiele czasu na osobiste sprawy. Odezwie się jutro albo pojutrze. Ale przecież w tych cholernych Bieszczadach, w schronisku na odludziu, niełatwo o zasięg. Dziewczyna, która mnie zaprosiła w jego progi, pracuje tam na tyle długo, by ostrzec mnie, że mam się nie spodziewać Bóg wie czego.

Cóż, jeśli poczekam na mejla od dżokejki tutaj i opóźnię wyjazd o jeden dzień, nic się chyba nie stanie, stwierdziłam.

Odczekałam kilka godzin, wzięłam głęboki oddech i zadzwoniłam do górskiej znajomej.

– Cześć, tu Magda. Nie przyjadę dzisiaj – powiedziałam takim tonem, jakbym właśnie spuściła nos na kwintę.

– Dlaczego? Stało się coś? – zapytała zaniepokojona.

– Nic, nie martw się. Pakowałam się do późna i zaspałam – wyznałam ze skruchą. – Zwiał mi autobus, przepraszam. W następnych mieli wszystko zajęte, nocnymi nie chcę jechać. Bałabym się tak sama... – Uznałam, że dobrze dodać przekonujące uzasadnienie.

– Ja nie mogę, ale miałaś pecha! To kiedy będziesz?

– Przebukowałam bilet na jutro, na tę samą godzinę.

– Mam dla ciebie radę: ustaw sobie z pięć budzików. Tak żeby obudziły nawet umarłego – stwierdziła z lekką drwiną.

– Jeszcze raz cię przepraszam...

– Dobrze, już dobrze.

Tak naprawdę wcale nie wymieniłam biletu.

Jeśli chodzi o związki damsko-damskie, jak dotąd wiązałam się z bardzo młodymi przedstawicielkami mojej płci. Tym razem prawdopodobnie miałam przed sobą całkiem doświadczoną zawodniczkę. Szansę na odnowienie pożądania po przenicowaniu mojego ciała na drugą stronę przez ostatniego sponsora. Na seks życia za opłatą. Oby sowitą.

Niektórzy mówią: „Mieć intuicję”. A inni na to samo: „Uciekać w iluzję”.

Sądzę, że zwariowałabym przez domysły, gdyby szaro-zielonooka z ogłoszenia kazała mi czekać na odpowiedź dłużej niż dobę. Bo mniej więcej tyle czasu minęło, zanim jej udzieliła. Dopytywała, gdzie mieszkam. Gdy okazało się, że pochodzi z Warszawy, spanikowałam, że będzie jej przeszkadzać odległość. Musiałabym zarabiać u tej pani niezłe kokosy, żeby utrzymać się w stolicy. Tylko skąd mi się wzięła ta cholerna pewność, że dzielące nas kilometry okażą się dla niej przeszkodą nie do przebycia? Przecież mogłabym dojeżdżać z Łodzi pociągiem. Minęłyby niespełna dwie godziny i voilà, wysiadałabym na Centralnym.

Dałam jej zatem do zrozumienia, że nie jestem z miasta spod herbu Syrenki, tylko z legitymującego się łódką. Że podróże, małe i duże, nie stanowią dla mnie żadnego problemu. Z całej siły próbowałam nie okazywać desperacji, czyli brzmieć w wiadomościach swobodnie. A nawet ze swadą. Na wszelki wypadek dodałam jako załącznik kolejne zdjęcie. Wydawało mi się, że wyszłam na nim znacznie korzystniej niż na poprzednich.

Chyba podziałało. Tamta zgodziła się na ewentualne dojazdy. Zgodziła się bez oporów!

„Parę rzeczy mnie ciekawi. Dlaczego chcesz wejść w taką relację?”, zapytała w następnym mejlu.

Przez moment zastanawiałam się, jak bliski prawdzie, a jednocześnie jak daleki od niej obraz pobudek przedstawić.

„Nie będę ukrywać, że chodzi mi i o przyjemność, i o pieniądze”.

„Znakomita odpowiedź. Wykładasz kawę na ławę, a nie tak jak niektóre”.

„Pani też ją wyłożyła w ogłoszeniu. Dlatego na nie odpowiedziałam. Między innymi dlatego ;)”.

„Ha, ha, miło mi. Byłaś kiedyś z kobietą?”.

„Tak. I jeśli mam być szczera, dla kobiety zrobię wszystko, czego ona pragnie. A nawet więcej. Bez oglądania się na cokolwiek”.

„Mmm, kusisz. Będę twoją pierwszą sponsorką?”, kontynuowała mejlowe przesłuchanie.

„Obojętnie, którą by Pani była... Nie pożałuje Pani”.

Moje odpowiedzi ociekały prawdą. Choć podjęłam ryzyko, bo ona mogła woleć osoby niedoświadczone w związkach z kobietami i w związkach, w których się za nie płaci. Lecz kto nie ryzykuje, ten nie wygrywa.

„A co, jeśli pożałuję? Gdzie mam składać reklamację? Ale chyba się skuszę i Cię sprawdzę :)”.

Wygrałam?

Przeszłyśmy na ty. Ja nie nagabywałam jej o lesbijskie doświadczenia, gdyż to nie ja przeprowadzałam nabór. Czy wypada przyszłej pracownicy maglować przyszłą szefową?

Szefowa zechciała przyjechać do Łodzi na nasze pierwsze spotkanie sama z siebie. Przy okazji miała wpaść do przyjaciół czy tam znajomych.

Po głowie hulało mi szczęście. Oto zrobiłam krok na drodze do celu, który jeszcze do wczorajszego wieczoru nie był moim. Nadal nie wiedziałam zbyt wiele o wyglądzie sponsorki, ale wydawało mi się, że naciskanie na zdjęcie jest niegrzeczne.

Ona wypytywała, jaką restaurację polecam na nasz wieczorek zapoznawczy.

Jaką, jaką, żeby wstydu sobie nie narobić przed taką smakoszką?, zestresowałam się znowu. Dręczyło mnie, że traktuję nieznajomą z estymą godną królowej angielskiej. Ale odpisałam, że muszę się zastanowić nad wyjątkowym miejscem i tym samym zyskałam czas na poszukiwania. Niemały, bo ona najbliższe weekendy miała zajęte.

Nie powinnam siedzieć w tym mieszkaniu, z którego z nią pisałam, na brzegu tego krzesła, ustawionego przy blacie tego stołu. Stanowiło element układu z moim poprzednim sponsorem. On je dla mnie wybrał i wynajął. Dorobił klucze, więc mógł wtargnąć w każdej chwili. Sprawdzić, czy rzeczywiście wyjechałam na urlop, o który usilnie prosiłam dla naszego wspólnego dobra.

Powinnam siedzieć w przytulnym, może lekko przetartym fotelu. W bielutkim jak świeży śnieg swetrze z grubych warkoczowych splotów, wydzierganym z kilometra wełny. Z kubkiem herbaty z cytryną w dłoniach. Ach, jak przyjemnie by je grzał! I z nosem przyklejonym do chłodnej szyby, za którą majaczyłyby góry w chmurach. A wszystko to w bieszczadzkim schronisku. Dmuchałabym ciepłym powietrzem na szkło. Kreśliłabym na nim opuszkiem palca śnieżne gwiazdki czterema prostymi, krzyżującymi się kreskami. Stanowiłyby marną imitację prawdziwych, obijających się o okno z drugiej strony. Przecież w górach już spadł pierwszy śnieg, o czym z lubością informowały radia, telewizje, internety.

Czy żałowałam, że nie biorę udziału w tej sielance? Oj tam, wyjazd znajdował się zbyt blisko granicy normalności! Nic dziwnego, że jej nie przekroczyłam. Jeszcze lawina by mnie przygniotła. Przecież nie tkwiłabym całymi dniami w schronisku.

Lawinę tę rozumiałam także metaforycznie. Bałam się kompletnej odmiany w swoim życiu. Myślę, że przyzwyczaiłam się do bycia obiektem seksualnym. Do korzystania z młodości i atrakcyjności, dopóki trwają. Dopóki nie trafię na biologiczny śmietnik razem z kobietami zużytymi przez ludzi i czas, czyli przez tak zwane życie. Potrafiłam już zaciskać zęby, a nawet opuszczać ciało, gdy nie odpowiadało mi to, co inna osoba z nim wyprawia. To tylko ciało. Posiadanie go nie oznacza posiadania mnie.

Zresztą, czy każda praca nie jest oddawaniem siebie, a wiele z nich – za jakże marną stawkę? Każdy się komuś, czemuś sprzedaje. Moja nowa filozofia: wszystko jest prostytucją. Tyle że ja przecież umiałam od czasu do czasu wyciągać z tej prostytucji orgazmy.

Następnego dnia ponownie zadzwoniłam do górskiej znajomej. Wymówiłam się nagłą chorobą. Dokładnie grypą jelitową. „Te wirusy są wszędzie”. Podobny wykręt zawsze działał odstręczająco i zwykle nie wywoływał dalszych pytań. Moja rozmówczyni nie kryła zawodu spowodowanego kolejną, jakże przykrą niespodzianką. Nie chciałam słuchać o nim zbyt długo, wierciłam się jak na rozżarzonych węglach. Obiecałam, że odezwę się, gdy tylko wyzdrowieję.

Wyszła ze mnie świnia, owszem, ale jak wiadomo, opętał mnie nowy plan na erotyczną przyszłość.

Coraz bardziej obawiałam się kontrolnej wizyty sponsora. Wykrzyknąłby: „Mam cię!”, a za zbrodnię przygotowałby karę. Chociaż... Gdyby pojawił się w najbliższym czasie, podałabym dalej historię o zaspaniu. Dodałabym, że biletów na cwaniakobusa nie udało mi się zdobyć z dnia na dzień. Niestety! I ewentualnie dołożyłabym wątek chorobowy.

Tak czy inaczej, z następnym kłamstwem czy bez jego pomocy, musiałam się stąd jak najszybciej wynieść. Nawet do hotelu albo hostelu, byle jak najtaniej, byle na kilka dni. W ich ciągu miałam zamiar znaleźć nową kawalerkę do wynajęcia. Stwierdziłam, że po upływie dwóch, trzech tygodni zadzwonię do sponsora i oznajmię mu, że z nami koniec. Bez tłumaczenia się dlaczego. Pocieszałam się, że dopóki nie weszliśmy w relację, nie mijaliśmy się na żadnej łódzkiej ulicy, więc dlaczego teraz mielibyśmy się mijać? Nigdy nie wydarzy się żadna afera typu „co ja robię tu, a co miałam robić zupełnie gdzie indziej”.

Musiałam ujrzeć zarys mojego nowego szaleństwa. W przeciwnym razie padłabym z niepokoju, że zaplączę się w coś i nie dam rady się wyplątać. Ten plan, jak widać, tworzyłam błyskawicznie. Czułam się, jakbym układała puzzle, a kolejna część, pasująca do układanki, sama wsuwała się pod palec.

Wcale nie było trudno o miejsce w hostelu blisko centrum miasta. A nawet o nocleg na kolejną noc. Nadszedł czas pożegnania z dotychczasową kwaterą.

Nie przywiązałam się do tej przestrzeni, do tych przedmiotów, ponieważ przyszłam tu na gotowe. Wyjątek stanowiło łóżko z baldachimem, zarzucone wzorzystymi poduchami. Już stojąc w drzwiach, z tobołami, odwróciłam się nagle. Zawróciłam. Padłam na materac, poczułam pod brzuchem sprężynującą miękkość. Objęłam ją ramionami na całą szerokość. Z czułością przytuliłam się na pożegnanie.

Później leżałam na twardym łóżku, które było niczyje i wszystkich. Miałam z niego widok na bagaż, rozwalony pod pustą bezosobową ścianą. Większość rzeczy zostawiłam w starym mieszkaniu. Zamierzałam je przewieźć dopiero wtedy, gdy podpiszę umowę na wynajem nowego.

Tymczasem ktoś biegł po schodach, przy których tuż-tuż położony był mój hostelowy pokój. Nasłuchiwałam, szczelnie otulona kołdrą. A gdyby to ona tak wbiegła, nacisnęła na klamkę? Podsunęła mi swoje wargi? Jaki jest ich wykrój? Czy ma spojrzenie błyszczące radością? Zasnute tajemnicą? Włosy długie jak u nimfy, upięte za dnia? Może krótkie, jak u femme fatale z lat dwudziestych? Perfumy orientalne i mocne? Owocowe i rześkie? Albo kwiatowe i delikatne? Wyczuję je od razu, czy dopiero gdy przysunę nos do jej szyi? Czy jej piersi i pośladki są krągłe i sprężyste?

A jeśli okaże się zbyt okrągła, że tylko odbić się od niej jak od piłki? Albo za stara, ze skórą pomarszczoną jak przejrzałe jabłko? Taka raszpla i jeszcze ściemniara bez grosza przy duszy? – pomyślałam gorzko. Brr!

Och, nie muszę brać tego zlecenia, jeśli coś będzie nie tak!

Szczerze mówiąc, nawet gdyby między nami nic nie wyszło, nic nie zaszło, już teraz byłam zadowolona ze swojego nastawienia. Przede wszystkim dlatego, że przestałam czuć się jak ofiara własnego charakteru i okoliczności, w jakich się kształtował. Miałam wszelkie zdolności potrzebne do tego, żeby bezpiecznie wejść z kobietą w związek o charakterze tylko i wyłącznie erotycznym. Z tą czy z inną.

Może apetyt rośnie także w miarę uprawiania seksu? Pragnęłam nowych smaków. Zaspokojenia tych potrzeb, o które dopominała się lesbijska część mojej impulsywnej natury. Stwierdziłam, że nie jestem biseksem, lecz bywam hetero. Albo lesbijką. W zależności od aktualnego oczarowania – czy rozczarowania – kształtuje się bowiem nie tylko moje samopoczucie, ale i orientacjopoczucie.

Czas do spotkania, które w mojej głowie urosło do rangi mitycznego, skracałam sobie oglądaniem mieszkań do wynajęcia. Właściciele zachwalali znakomite lokalizacje, świetną komunikację, obecność niezbędnych mediów, przytulność, potencjał.

Pokoje, urządzone w różnych odcieniach musztardy i kompotu, wyglądały na spadek po PRL-u. Przeciskałam się przez ciasne, obłożone boazerią przedpokoje. Mijałam bure tapczany z karaluchami pod poduchami. Zadeptywałam poluzowane klepki podłogowe i wypłowiałe dywany. Raz zajrzałam do zlewu, białego dawno, dawno temu, a obecnie pożółkłego i pokrytego maziajami rdzy. Dawało się z nich odczytać rozmaite kształty.

Oto i ten potencjał.

Mieszkania z pseudoskórzanymi kanapami i fototapetami kojarzyły mi się z dokuczliwą czkawką po późnych latach osiemdziesiątych. Nie życzyłam sobie siadywać pod słońcem w zenicie, pod palmami i wodospadem, w istnym małpim gaju, jednak właścicielka jednego z lokali pozostawała nieugięta. Zionęło od niej naftaliną, bardziej zatem niż inni pasowała do PRL-owskiego looku czterech ścian. Może nawet wzbogaconego o dodatkową kolekcję kryształów za zakurzoną szybą kredensu. Brakowało jej wyłącznie wałków na głowie. Pewnie zawinęła je wcześniej, a niedawno zdjęła, gdyż nosiła mocno poskręcane loki.

– O, o taką lokatorkę mi chodzi! Widać, że spokojna. Taka jak pani to mieszkania nie poniszczy, nie zapuści. Sąsiedzi się skarżyć nie będą. Ostatni mój lokator też był miły jak pani. Wygodnie mu tu było, dobrze, mówił mi nieraz. Czynsz zawsze na czas płacił. Ale wie pani, skończył studia, wyjechał.

Do zalet mojego poprzednika nie zaliczało się najwyraźniej mycie kuchenki. Zauważyłam resztki obiadów między palnikami. Zaschnięte, trudne do zidentyfikowania. Niemożliwe do zdarcia, a co dopiero do starcia.

– A pani też studentka? – Kobieta zwróciła uwagę na mnie.

– Nie, ja już po studiach.

– A nie pomyślałabym! Nie pomyślała! To jak, chce pani już klucze? Dać? – Zanurzyła dłoń w torebce z imitacji krokodylej skóry.

Dobrze, że wyjęła ją stamtąd w całości.

– Muszę obejrzeć kilka innych mieszkań. Umówiłam się, obiecałam... – Próbowałam się wyłgać, żeby wyrwać się stamtąd. A mimo to byłam ubawiona, że kolejną osobę nabrałam na niewinną wersję siebie.

W najdroższych lokalach do wynajęcia wpływy przejęła Ikea. Aż buchała tam kanciasta nowoczesność i skandynawska schludność, starannie przeszczepione na nasz grunt. Przytulności wnętrzom miały dodawać napisy typu Home sweet home.

Filuterny pomysł, nie powiem, że nie.

Och, znalezienie czegoś nowego okazało się niełatwe, a ja tak łatwo opuściłam stare! Niewdzięcznica. Na szczęście jedno z mieszkań przypadło mi do gustu. Błogosławione między brzydkimi jawiło się pośród nich jak apartament godny Szeherezady.

Oglądałam je o poranku. W oknach powiewał cienki amarantowy tiul, przez który prześwitywały promienie słońca. Smugi światła i odbitego koloru przesuwały się po bocznej ścianie. Ustawiono przy niej czarne meble, zamszową sofę, plastikowy stolik. A w sufit został wbity gwóźdź programu.

Stanowił go czarny żyrandol. Jego powyginane ramiona osnuwały łańcuchy z drobnych korali. Poniżej zwisały przezroczyste kryształki. Całość połyskiwała absolutnie urzekająco. Te kryształki wyglądały na drżące od śmiechu. Nie ma to jak prostytutka-estetka! – podśmiewałam się z siebie w myślach. Także w myślach wymieniłam sofę na wielkie łóżko pod baldachimem, zasłane tkaninami i zarzucone poduchami, tak jak lubiłam.

Część kuchenna i łazienkowa prezentowały się porządnie, praktycznie, a przede wszystkim bez kamienia i rdzy. Wykafelkowane jak rzeźnia, wydawały się łatwe do utrzymania w czystości. Jednak o sprawie przesądziły bajeczny żyrandol i niewygórowana cena. Tak zaczarowałam wynajmującego bajeczkami o królowej z tysiąca i jednej nocy, że mogłam wprowadzać się choćby jutro.

Wysoki barczysty mężczyzna stracił zapał do żartów o Szeherezadzie dopiero wtedy, gdy zadzwoniła jego połowica. Wynikało to z tematu rozmowy – zgodnie z żoninymi ustaleniami miał odebrać potomstwo ze szkoły. Kiedy musiał stanąć na wysokości ojcowskich zadań, flirciarski humor mu oklapł. Może dlatego kaucja tak mocno szarpnęła mnie za kieszeń? Po tym telefonie nie udało mi się wynegocjować niższej.

Skradałam się po starym mieszkaniu jak złodziejka, mimo że nie zostawiłam go zupełnie pustego, bo jak dotąd zabrałam stamtąd tylko swoje klamoty. Do nowej kawalerki potrzebowałam jednak wielu nieciekawych artykułów z repertuaru gospodarstwa domowego. Pieniędzy mi nie przybywało, urządzać nowej głodówki nie zamierzałam.

Chcąc nie chcąc, postawiłam na nowe interesy. Dosłownie. Postanowiłam robić mężczyznom fellatio za odpowiednią opłatą. I zdobyć dzięki temu sumę, która zapewni mi jako taki spokój o byt przez najbliższe tygodnie.

Oczywiście, że zapolowałam w internecie.

Konkurencja wywierała niemałe wrażenie. Chłopcy i dziewczęta, mężczyźni i kobiety zachwalali szerokie kompetencje: „Pobawię się ręką”, „poliżę kutasa”, „wyssam jaja”, „obciągnę z połykiem”, „dam dupy”. Podkreślali motywację: „Zawsze chętna, spragniona i bardzo napalona”, mobilność: „Miejsce obojętne, na ruchanie przyjadę wszędzie”, a także dodatkowe zalety: sympatyczność i uczciwość.

Nie przestraszyłam się konkurencji ani nie ogłosiłam się równie dosadnie. Napisałam, że atrakcyjna zaprasza chętnych na oralne przyjemności. Na szczęście klientów i dla mnie nie zabrakło. Odpisywałam także na ogłoszenia od tych, którzy chcieli zaznać na sobie cudów robionych ustami. Dostawałam wiadomości, że w tych czasach ciężko o porządne obciąganie.

Na klientki nie trafiłam. W porównaniu z portalem lodz.oglaszamy24.pl, na którym polowałam, na portalu $ponsora $zukam panował istny wersal. Albo tak mi się wydawało. Prawie uroniłam łezkę rozczulenia nad bezmiarem ludzkiej pomysłowości i frustracji.

Poza tym do sprawy podeszłam poważnie. W terminarzu zapisywałam: kto (pseudonim; oni nie znali moich prawdziwych danych, a ja ich), o której (w grę wchodziły godziny popołudniowo-wieczorne), gdzie (jakie centrum handlowe czy klub). Parki odpadały ze względu na pogodę, hoteli odmawiałam, żeby nikt nie wymuszał na mnie nic ponad tę jedną usługę, przejażdżek autem – z tego samego względu.

Popularnymi miejscówkami okazały się centra handlowe. Tam, zwłaszcza wieczorami, przepływały ławice ludzi. Łatwo było się w nie wmieszać. Na niezliczonych rzędach wieszaków, na niższych i wyższych piętrach półek kwitły całe rafy towarowe. Witryny sklepów stanowiły ścianki monstrualnych akwariów. W nich znajdowały się przymierzalnie, w których ja dawałam satysfakcję i odprężenie niektórym rybkom. Lepsze niż te na zakupach, z tym że u mnie możliwa była wyłącznie płatność gotówką. Jednak znacznie częściej zaszywaliśmy się w toaletach Manufaktury, Galerii Łódzkiej czy Sukcesji.

Wchodziłam do męskiej toalety tak, jak weszłabym do damskiej, czyli bez skrępowania. Żeby nie rzucać się w oczy. Znikałam w kabinie i pisałam do klienta wiadomość, w której jestem. Kiedy pukał, pewien, że nikogo nie ma w pobliżu, że nikt niczego nie obserwuje, wpuszczałam go do środka.

Istny szpiegowski film. A już szczególnie z tym uważaniem na wszędobylskie sprzątaczki.

Próbowałam wyobcować się z otoczenia, wmówić sobie, że istniejemy tylko klient i ja.

Najgorsze były cuchnące ubikacje. Najlepsze dopiero co wysprzątane, zalatujące środkami czystości. Nawet ostro, jakby użyto kilku butelek domestosa naraz, aż kręciło w nosie. Niezależnie od stopnia natężenia fetoru czy odgłosów dobiegających zza cienkich ścian – klękałam. Masowałam wiadome wybrzuszenie przez spodnie. Jednym słowem: przygotowywałam. Czasami widziałam swoje włosy, swoją twarz. Roztarte, rozmazane odbijały się w srebrzystym przycisku spłuczki na ścianie albo w równie błyszczącym pojemniku na papier toaletowy. Czy to na pewno ja?

To nie był moment na myślenie, lecz czas na dalsze działanie.

Rozpinałam pobrzękującą sprzączkę paska i metalowy suwak rozporka, zdecydowanym ruchem. Wyjmowałam przyrodzenie. Zakładałam ultracienką prezerwatywę ustami. Jeśli klient protestował, nie robiłam nic więcej. Wolałam trzymać się z dala od groźby złapania choróbska. Jeśli wszystko było w porządku, przejeżdżałam językiem od nasady po koniuszek penisa. Chwytałam go w obie dłonie. Brałam czubek w usta. Possałam, polizałam, pochłonęłam głębiej, jeszcze głębiej, po samo gardło. Wysuwałam spomiędzy warg i ponownie wsuwałam głębiej, jeszcze głębiej. I powtarzałam, i powtarzałam, dość szybko, coraz szybciej. Gdy towarzyszyła temu muzyka, zdarzało mi się dopasowywać do rytmu.

Tak dla urozmaicenia pracy.

Przeważnie to ja nadawałam tempo, pracując nad narządem porośniętym gęstwiną symboliki. Pochłaniałam jego falliczną energię, ja, toaletowa kapłanka miłości. Czasami rzucałam od dołu poddańcze spojrzenia, które wywoływały jeszcze większe podniecenie. Działałam z zaangażowaniem, z wyczuciem, dopóki męskość nie naprężała się do granic. Tak jakby puchła wzdłuż i wszerz i wybuchała, zaraz po stłumionym szepcie: „Nie wytrzymam!”. Ale ja wytrzymywałam i odczekiwałam chwilę, po czym zdejmowałam wypełnioną prezerwatywę. Myk! Otwierałam pojemnik na śmieci. Zapinałam klientowi rozporek. Przyklejałam do twarzy ozdobny omdlewający uśmiech, żeby mężczyzna pomyślał, że naprawdę mi się podobało.

Podziwiałam swoich klientów. Ja bym nie uzyskała spełnienia w takich warunkach.

Wstawałam z klęczek z nadzieją, że gość nie jest oszustem i zapłaci tyle, na ile się umówiliśmy. Odbierałam honorarium. Żegnaliśmy się w ciszy. Wychodziliśmy z toalety, już osobni, znów czujni. Wkładałam do ust miętową gumę, jedną drażetkę albo dwie. Przechodziłam do części damskiej i przed lustrem doprowadzałam się do porządku. Przeczesywałam włosy, różowałam policzki, pociągałam usta szminką.

Profesjonalnie? A jakże. Nie prowadziłam rejestru sylwetek, twarzy, ubrań i narządów pod nimi. Ani ilości włosów, rodzaju zapachów. Nie zwracałam uwagi na kilka wymienianych zdań. W trakcie puszczania się lepiej jest puszczać pewne słowa mimo uszu.

Rutynowe podejście do zajęcia miało pomóc. Sądziłam, że dzięki temu sam akt łatwiej odejdzie w niepamięć. Nie zaczepiałam tych, których podejrzewałam o podobne postępki. Trzymałam się od nich z daleka. Grupa wsparcia nie była mi potrzebna.

Raz traktowałam sprawę perwersyjnie, innym razem panicznie, a czasami, zmęczonej, było mi wszystko jedno. „Następny proszę, o której? A, za godzinę, niedaleko stąd, więc zdążę wypić kawę”. Moim zdaniem większym zeszmaceniem się było oddawanie się tym, których kochałam, a którzy nie kochali mnie. „To się nie opyla”, jak powiedzieliby byli uczniowie gimbazy. A ja wyjątkowo przyznałabym im rację.

Wieczorem znieczulałam się ulubionym winem. Nie na mieście, ale w swojej własnej oazie, gdzie księżyc mrugał do mnie spomiędzy cienkich zasłon, a nade mną podrygiwały kryształki żyrandola. To był zupełnie inny świat, kontrastujący z brudem codzienności. A może ten, który chciał, żebym robiła to szybciej, ten, który boleśnie ciągnął mnie za włosy, aż w dłoni została mu ich wyrwana garść, ten, który z obrzydzeniem wrzucił ją do sedesu – on tylko mi się śnił, a ja wracałam tu ze snu o nim w inny? W tym drugim śnie zapalałam aromatyczne świece. Okadzałam się kadzidłem. Niemal obsypywałam siebie płatkami z bukietów, które kupowałam po drodze.

Wytrzymałam z klientami mniej czasu, niż założyłam. Kilku mnie oszukało, lecz tych szubrawców dałoby się policzyć na palcach jednej ręki. Ale i tak byłam z siebie dumna. Ile godzin musiałabym przestać za ladą sklepu, kawiarni czy baru, żeby zarobić porównywalną kasę? Owszem, przeceniłam własną wytrzymałość, lecz złe wspomnienia wypierałam ulubionym tekstem: „To nie ja byłam mną”.

Grzecznie powróciłam do umawiania się na płatne sesje zdjęciowe i do prób uczestniczenia w pokazach mody. Na razie dostałam wiadomość o zbliżającym się castingu. Miałam nadzieję go przejść.

Ciągle myślałam o niej, o pani z ogłoszenia, jak o odmianie. Od ustalenia spotkania nie odezwałyśmy się do siebie ani razu. Ale miałyśmy się zobaczyć już za parę dni, za dni parę!

Te pierwsze wyjścia z kimś – ile one właściwie znaczą? To, gdzie cię ktoś zaprasza po raz pierwszy, nie tylko wiele o nim mówi. Klimat takiego spotkania często też tworzy aurę dla ciągu dalszego znajomości. Napisałam zatem do mojej (!) babeczki, że wybrałam już restaurację, nawiasem mówiąc, z najlepszym sushi w Łodzi. A wszystko po to, żeby zdobyć uznanie w jej oczach. Dopytywałam, czy jej odpowiada, czy zarezerwować stolik, na którą godzinę? Podobał mi się ten dreszczyk przygotowań. Tylko czy aby na pewno wszystko było aktualne?

Było. I lubiła sushi. Czyli dobra nasza!

Chwyciłam za telefon i pulsującym radością głosem zaklepałam miejsca na sobotni wieczór. Czułam się jak przed długo wyczekiwaną randką, na której tyle ma się wyjaśnić. Na której fantazje zmienią się w rzeczywistość bądź obrócą wniwecz.

***

Moja za mała szafa pękała w szwach. Kiedy otworzyłam ją na oścież, zwymiotowała ze swoich czeluści cały nadmiar. Jako że nosiłam prawie same czarne ubrania, skłębione bluzki i kiecki przypominały wielkiego pająka, z odnóżami z rajstop i szalików. Zza niego wyglądały puste wieszaki.

Tuż po przeprowadzce nie trudziłam się starannym układaniem rzeczy.

Pochyliłam się nad stosem ciuchów. Wyplątałam z niego małą czarną z długim rękawem, z cienkim prześwitującym tiulem nad dekoltem. Czysta? Czysta. Uszyta z elastycznej tkaniny, od razu rozprostowała się na ciele. Podwyższyły mnie aksamitne botki na wysokim grubszym obcasie. Rozpuściłam włosy. Wygładziłam je jedwabiem. Ładnie lśniły w świetle lampy nad lustrem.

Tylko czy nie prezentuję się zbyt szykownie?

Postawiłam na oszczędny makijaż. Nieco podkładu, lekko podkreślone rzęsy, policzki przyprószone różem, szminka w naturalnym kolorze. Teraz nie za poważnie?

Oj tam, lepiej wyglądać „zbyt” i „za” niż byle jak, pocieszałam się, wsuwając ręce w rękawy krótkiego czarnego futra. Przynajmniej pokażę, że szanuję potencjalną kochankę i że mi na niej zależy.

Zamówiona taksówka zaparkowała przed moim blokiem. Szybko chwyciłam czerwony szalik. Nabyłam go specjalnie na tę okazję, umówiłyśmy się bowiem na czerwony akcent. Zbiegłam po schodach, choć bieganie na obcasach to nie lada sztuka.

To dopiero była jazda! Taksówkarz, gość dobrze po pięćdziesiątce, wyprzedzał wszystkich, hamował w ostatniej chwili, z piskiem opon. Kto mu dał licencję? Raz przystopował tak gwałtownie, że gdyby nie zapięte pasy, wyrżnęłabym głową w jego fotel, bo siedziałam za nim. Już widziałam krew cieknącą z nosa; kolejny czerwony akcent. A on jechał jak szalony, o czym zdawał się doskonale wiedzieć.

Gdy przystanął na światłach, odwrócił się do mnie.

– W naszym fachu nie ma strachu – rzucił.

W moim fachu także nie powinnam go odczuwać. Jednak w środku trzęsłam się jak osika.

Posłałam kierowcy zakłopotany uśmiech. Kompletnie nie miałam ochoty na kłótnię. Nie wyglądał mi na osobę, która potulnie przyjmie uwagi lub przeprosi.

Znacznie większą aferę ryzykowałam za kilkanaście minut. Dobrze, że ta kobieta raczej nie ma szans mnie związać, zakneblować mi ust i porwać z restauracji w środku miasta prosto do burdelu za zachodnią czy wschodnią granicą! Mimo to denerwowałam się. Otuchy dodawała mi dobiegająca z radia piosenka T.Love: „Nie oszukam cię/Nie mogę spóźnić się, kochanie”. Uznałam ją za dobry znak.

Wyszłam pod ciemne niebo bez gwiazd, na ulicę, której światła rozpraszały ciemność. Do ludzi, którzy rozpraszali ciszę.

Miasto ratuje się hałasem i ruchem przed lękiem pod tytułem „po co to wszystko?”. Po co ten skomplikowany system ulic, wystudiowany układ kostki brukowej, sztywne prostopadłościany budynków. Cisza i bezruch doprowadziłyby miasto do rozpaczy.

Ludzie, napompowani puchowymi kurtkami, nie podnosili głów w stronę nieba. Woleli wpatrywać się we własne buty i w ciasne chodniki. One nie mogły ich niczym zaskoczyć.

A ja? Czy zaraz przeżyję miłe czy niemiłe zaskoczenie?

Po wejściu do restauracji minęłam długi bar z jasnego drewna, z przystawionymi do niego równie jasnymi, wysokimi i masywnymi krzesłami o nieco wygiętych do tyłu siedziskach. Zajmowało je kilku nieciekawych klientów. Wyglądali na wymiętych, z plamami pod pachami koszul. Za barem uwijała się obsługa; istne mrówki w kopcu.

Zapytałam o rezerwację i został mi wskazany stolik przy ścianie, tuż pod sporych rozmiarów obrazem.

Pani z ogłoszenia nie było. Czy zatrzymały ją korki i pojawi się za jakiś czas, czy nie pojawi się wcale? – gdybałam. A może i ona, i ta piosenka w taksówce mnie omamiły?

Postanowiłam poczekać nie dłużej niż pół godziny, w towarzystwie herbaty. Zamówiłam jaśminową. Uwielbiałam ten intensywny aromat.

Ściskając czarną żeliwną czarkę, z której popijałam łyk za łykiem, przyglądałam się poziomemu białemu płótnu z cienkim żółtym prostokątem przy prawej krawędzi. Na tym tle występował czarny, gruby, zamaszysty zygzak. Zapewne miał nawiązywać do japońskiej kaligrafii, lecz nie było w nim nic z jej staranności. W niektórych miejscach farba rozmazywała się w ekspresyjne kleksy. Dzieło aż krzyczało w tym stonowanym minimalistycznym wnętrzu, zdominowanym przez delikatną szarość gładkich ścian i wykafelkowanych podłóg.

Równie ciekawymi kontrapunktami były czarne żyrandole. Ich klosze przypominały otwarte paszcze z ostrymi zębiskami.

Liczyłam na zupełnie inny wystrój, nie tak nowoczesny. Powiedzmy, że na malowane w gejsze wachlarze.

Jeszcze czego? Jeszcze kogo? Obsługi w kimonach, sunącej od baru do stolików w japonkach na drewnianych podeszwach? – kpiłam z samej siebie.

Z drugiej strony, ubrana na czarno, nie odstawałam od tutejszego dizajnu. Gdzieś kiedyś wyczytałam, że jeśli urządza się przyjęcie, warto dopasować jego styl do własnego. Ciekawe, jaki styl będzie mieć ona? – dumałam, wgapiając się w okno, i...

Zobaczyłam ją. Żołądek podszedł mi do gardła.

Tak, to musi być ona.

Odstawiłam czarkę tak gwałtownie, jakbym się oparzyła.

Kroczyła zdecydowanym szybkim krokiem osoby, która wie, że jest spóźniona i nie chce spóźnić się bardziej. Miała czarne, długie zamszowe kozaki i czarny rozkloszowany płaszcz sięgający łydek. Na głowie czerwony beret, przekrzywiony na bok, spod którego wystawało kilka pasm jasnych włosów. Muskały postawiony kołnierz.

Czerwony akcent!

Kiedy weszła, porozglądała się na boki. Zatrzymała wzrok na mnie, jeszcze zanim pomachałam. Wstałam, żeby pomóc jej w zdjęciu płaszcza.

Podkreślone czerwoną szminką wydatne usta przypominały kształtem serce. Serce rozciągnięte w szerokim uśmiechu, w którym iskrzyło coś drapieżnego.

Oto egzemplarz kobiety-łowczyni.

Pod płaszczem znajdował się drugi czerwony akcent: prosta, świetnie skrojona sukienka. Wycięty w kształt litery V dekolt szpicem wcinał się pomiędzy piersi i je rozdzielał. One zaś ni to kryły się za tkaniną, ni to zza niej wyglądały. Miękki materiał – dzianina, z tych otulających ciało – uwydatniał wcięcie w talii i krągłość bioder. Marszczył się zakładkami na spódnicy, tej samej długości co płaszcz.

Strój był pociągający, ale nie wulgarny, w żadnym wypadku. A ta, która go założyła, wyglądała na świadomą własnej figury.

Cieszyłam się, że nie jest jak szkielet. Choć sama należałam do grona spod znaku kości i ości, niedawno przyłapałam się na tym, że coraz częściej zawieszam wzrok na paniach o pełniejszych kształtach. Ucieszyłam się również z tego, że obie ubrałyśmy się ładnie, jakbyśmy się umówiły nie tylko na coś czerwonego. Okazałyśmy się najbardziej eleganckie w całej restauracji.

Wymieniłyśmy imiona, podałyśmy sobie dłonie. Ona zdecydowanie ścisnęła moją i znów obdarzyła mnie tym swoim uśmiechem. Czuła się przy mnie znacznie pewniej niż ja przy niej.

Zaprowadziłam ją do stolika i odsunęłam krzesło. Istna gentlewoman, pod niemałym wrażeniem drugiej woman.

O rany, ona naprawdę usiadła! I naprawdę istnieje.

– Przepraszam cię – powiedziała. – Zasiedziałam się trochę u znajomych. Nie miałam zielonego pojęcia, że będę tyle czasu przebijać się przez miasto. Długo musiałaś na mnie czekać? Nie nudziłaś się?

– Normalka. Nieraz myślałam, że szlag mnie trafi przez te korki. Nie czekałam długo. Przy herbacie czas płynął szybciej – uspokajałam.

Pokiwała głową. Dotknęła dłonią gęstych włosów. Wbiła w nie opuszki palców, zaczesując fryzurę do tyłu. Następnie przerzuciła wszystkie pasma do przodu, na ramię; sięgnęły nieco poza jego linię. W jej gestach więcej było odruchowej praktyczności niż wystudiowanego mizdrzenia się, jednak zachowywała grację.

Przez moment wyrzucałam sobie, że dotąd podobały mi się prawie same siksy. W porównaniu z jej kobiecością ich kobiecość była niemrawa, mdława, jak pozbawiona przypraw. Ale na szczęście moje zabawy babkami z piaskownicy dobiegły już końca.

Nową babkę oceniłam na przedział wiekowy czterdzieści – czterdzieści pięć lat. Odetchnęłam z ulgą, że nie okazała się podstarzałą pudernicą w lamparcich cętkach, z sakwą na złotym łańcuchu, w kiecce pękającej w szwach na tyłku. Choć pomalowane rzęsy miała jakby zbyt długie, zbyt gęste, zbyt sztywne. A kolor, który niemal wylewał się z warg, za bardzo kontrastował z jasną cerą. Trochę siliła się na atrakcyjność.

Ale czy i ja się na nią nie siliłam?

Pierwsza wzięła do rąk menu. Na jej przegubie dyskretnie zamigotał złoty łańcuszek bransoletki. Kiedy pochylała się nad spisem dań, zwróciłam uwagę na mały, nieco zadarty nos i zarumienione od nagłego ciepła, pełne policzki. Bezlitosne światło padało również na zmarszczki, które zuchwale wyglądały spod pudru.

Gdy podniosła znad karty szarozielone oczy (nie bujała w ogłoszeniu o ich barwie, punkt dla niej!) i popatrzyła nimi prosto na mnie, uznałam, że wypadałoby przestać się gapić i coś zaproponować. Przecież to ja ją zaprosiłam.

– Może najpierw zupa? Na rozgrzanie?

– Nie, dziś nie mam ochoty na zupę. Zaczekaj chwilę. Dostaję zawrotów głowy od tego wszystkiego. Ale wybór... – Przeglądała listę w skupieniu. Wdzięcznie pochylała głowę, a długie wiszące kolczyki prawie muskały jej ramiona. – A ty masz na coś ochotę?

– Na geisha roll. Łosoś, serek philadelphia, awokado. I na nigiri z krewetką.

– Wolę ostrzejsze smaki, ale niech ci będzie. Spróbuję. Ale do tego bierzemy coś po mojemu, na ostro. Zaraz zapytam kelnerkę, co poleca.

Kiedy czekałyśmy na obsługę, padło pytanie, czym się zajmuję. Przez chwilę – zbyt długą – zastanawiałam się nad jak najlepszą odpowiedzią. Zdecydowałam się na taką, że pozuję do zdjęć.

– Że też się nie domyśliłam! Jesteś fotogeniczna. A dajesz radę się z tego utrzymać?

– Czasami biorę udział w pokazach