Kleopatra - Saara El-Arifi - ebook + książka

Kleopatra ebook

El-Arifi Saara

0,0
54,00 zł

-50%
Zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego i kupuj ebooki, audiobooki oraz książki papierowe do 50% taniej.

Dowiedz się więcej.
Opis

Znacie moje imię. Ale nie znacie mnie. Wasi historycy nazwali mnie uwodzicielką, ale to ja cierpiałam z miłości. Wasi dramaturdzy pisali o czarach, ale moje zdolności były darem bogów. Wasi poeci układali strofy o żądzy krwi, ale ja próbowałam tylko chronić swoje dzieci. Uparcie nie chcieli przyznać, że kobieta może być silna, może myśleć strategicznie, może rządzić z boskiej woli. Śmierć nie zmusi mnie do milczenia. To nie jest opowieść o tym, jak umarłam. To opowieść o tym, jak żyłam.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 471

Rok wydania: 2026

Data ważności licencji: 8/8/2030

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Cleopatra

Copyright © Saara El-Arifi 2026

All rights reserved.

Copyright © 2026 for the Polish edition by Wydawnictwo Sonia Draga

Copyright © 2026 for the Polish translation by Zofia Szachnowska-Olesiejuk

(under exclusive license to Wydawnictwo Sonia Draga)

Projekt okładki: Sarah Foster/HarperCollinsPublishers Ltd 2026Adaptacja okładki: Kinga KosmalskaGrafika na okładce: © BiBi Zohora/Shutterstock; © KanisornP/Shutterstock;

© Ennona Gavrilova_Ellina/Shutterstock

Grafika wewnątrz książki: © Sophie Dunster 2026

Redakcja: Magdalena Binkowska

Korekta: Marta Chmarzyńska, Iwona Wyrwisz

ISBN: 978-83-68543-42-1

Wszelkie prawa zastrzeżone. Nieautoryzowane rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci jest zabronione i wiąże się z sankcjami karnymi.

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórców i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

Szanujmy cudzą własność i prawo!

Polska Izba Książki

Więcej o prawie autorskim na www.legalnakultura.pl

WYDAWNICTWO SONIA DRAGA Sp. z o.o.

ul. Fitelberga 1, 40-588 Katowice

tel. 32 782 64 77, e-mail: [email protected]

www.soniadraga.pl

www.facebook.com/WydawnictwoSoniaDraga

E-wydanie 2026

OD AUTORKI

Ginestho[Niech się stanie]

KLEOPATRA

Na starożytnym dekrecie spisanym na papirusie po starogrecku widnieje dopisek, który według niektórych archeologów poczyniła Kleopatra. Jeśli to prawda, jest to jedyne słowo skreślone jej ręką, jakie przetrwało po dziś dzień.

Ta książka to prawdziwa historia. Równie prawdziwa, jak każda inna biografia Kleopatry VII. Chociaż pozostaje ona jedną z najsłynniejszych kobiet epoki starożytnej, bardzo niewiele wiadomo o jej życiu. Historycy, którzy o niej opowiadali i na których przekazach dziś się opieramy, żyli całe stulecia po jej śmierci. Plutarch – będący prawdopodobnie głównym punktem odniesienia dla Shakespeare’a podczas pisania Antoniusza i Kleopatry – zawarł jedną z najpełniejszych relacji na temat jej życia w dziełach Żywot Antoniusza i Żywot Juliusza Cezara, chociaż wśród źródeł wymienia swojego pradziadka – który nigdy nie spotkał królowej Egiptu – oraz Deliusza, dezertera z armii Antoniusza. Wzmianki pochodzące od jej współczesnych są lakoniczne i rzadko kiedy wnoszą coś istotnego. Mężczyźni, których pisma zachowały się do dziś, jak choćby Cyceron, często byli obywatelami Rzymu, a co za tym idzie, na ich opinie wpływała rzymska propaganda polityczna. Legenda Kleopatry stanowi jedynie element historii Marka Antoniusza i Juliusza Cezara – jest zbyt ważna, by ją pominąć, lecz jednocześnie zbyt kontrowersyjna, aby zasłużyć na własną narrację.

Dlatego powinniśmy zachować sceptycyzm wobec wszelkich kategorycznych stwierdzeń dotyczących Kleopatry. Nie ma pewności co do tego, kim była jej matka. Nie wiemy też, kogo tak naprawdę kochała i kto kochał ją. Z tej właśnie przyczyny każda decyzja podjęta przeze mnie w trakcie pisania powieści stanowi wypadkową intencji i interpretacji.

I jeszcze kilka słów na temat imion postaci: wobec niektórych zastosowałam metodę transliteracji, a w przypadku innych zachowałam powszechnie znane wersje – na przykład bogini Izyda zamiast Aset. Na tej samej zasadzie w kilku miejscach dla większej przejrzystości zdecydowałam się na pewną niedokładność historyczną: według Plutarcha Kleopatra posługiwała się językiem „ludów arabskich”, co w tamtych czasach oznaczało zapewne aramejski, ale by uczynić tekst bardziej czytelnym, zamieniłam go na język arabski. Zabawiłam się też w Boga, jeśli chodzi o daty i chronologię wydarzeń, ponieważ w życiorysie Kleopatry dzieje się zwyczajnie za dużo, by pomieścić wszystko na kartach książki. Do tego dochodzą sceny, które powstały wyłącznie w mojej wyobraźni – co wcale nie oznacza, że zawierają w sobie mniejszą dawkę prawdy. Mit Kleopatry jest głęboko zakorzeniony w pamięci zbiorowej. Jej historia żyje w umysłach wielu z nas, w stopniu znacznie wykraczającym poza wersję, którą proponują nam historycy.

Szukałam Kleopatry pomiędzy warstwami kurzu pokrywającymi dawne księgi. I z czeluści starożytnej ciszy przemówił do mnie jej głos.

Esencją tej powieści nie jest historia. Jest nią pamięć.

PROLOG

Znacie moje imię, ale nie znacie mnie.

Wasi poeci opowiadali o mojej splamionej koronie, wasi bardowie śpiewali o nieskończonych wersjach mojej osoby.

Przez tysiąclecia próbowaliście prostować wątki na osnowie mojego życia, by zobaczyć gobelin w pełnej krasie. Ale te wątki są niesforne, skręcają się i wymykają wam z rąk, przesłaniając prawdę.

Poza tym zawsze wolałam dywany od gobelinów, o czym doskonale wiecie.

Próbowaliście rozkładać odcienie mojej skóry na czynniki pierwsze, przyglądać się karmazynowym rubinom mojej krwi i na tej podstawie ocenialiście moją wartość.

Niektórzy z was szukają moich kości. Ale moje korzenie tkwią głęboko pod ziemią należącą do każdej kobiety, która kiedykolwiek chodziła po tym świecie.

Niczym błękitne żyły drgające pod półprzezroczystą skórą waszych nadgarstków, jestem Nilem waszych ciał, jestem wzbierającymi wodami waszych serc.

Faraonem byłam raz, żoną dwa, matką więcej niż trzy razy.

Byłam tym, co ludzie pragnęli odnaleźć. Jedni nazywali mnie królową, kochanką, mamą, inni czarownicą, tyranką, dziwką. Każdy z tych archetypów to kolejna cegła, która unosiła mnie wyżej i wyżej, na podobieństwo piramidy, coraz bardziej oddalając mnie od człowieczeństwa, aż stałam się niczym więcej jak mitem.

Trudno mnie poznać z tak ogromnej odległości.

Mój wizerunek faluje za piaskową mgłą egipskiego zachodu słońca. Czy jestem mirażem? A może wodą, której szukacie?

Znacie moje imię, ale nie znacie mnie.

Nazywam się Kleopatra. To nie jest opowieść o tym, jak umarłam. Tylko o tym, jak żyłam.

CZĘŚĆ PIERWSZACZAROWNICA

Posiadała bowiem dar podbijania serc wszystkich, z którymi się zetknęła.

KASJUSZ DION, Historia rzymska

czarnoksięstwa jej szlachetna ofiara*

WILLIAM SHAKESPEARE, Antoniusz i Kleopatra

Jej postać, przy ujmującej łatwości w rozmowie, i jednocześnie tchnąca z niej jakoś kultura obyczajów wywoływały swoiste wrażenie.

PLUTARCH Z CHERONEI, Żywot Antoniusza

* Ach, być szlachetną i niszczyć jednocześnie! Czasem, gdy stoję bez ruchu, słyszę niesione wiatrem szepty kolejnych interpretacji: od dzieci recytujących strofy barda na skleconych koślawo scenach po głosy wysuszonych starców delektujących się jego słowami niczym wieloletnim winem. Lecz, niezależnie do wieku i doświadczenia, wszyscy ci aktorzy nie mają pojęcia, o czym – lub raczej o kim – mówią.

ROZDZIAŁ 1

51 ROK P.N.E.

Zatopiłam zęby w miąższu figi o skórce rozgrzanej słońcem.

Charmion patrzyła spod półprzymkniętych powiek, jak przeżuwam. Wiatr targał jej lnianą suknię i szarpał kołnierz, odsłaniając lśniącą, muśniętą promieniami skórę.

Od pierwszych chwil życia była moją towarzyszką i służącą. Jej matka wychowała mnie i wykarmiła. I tak zostałyśmy połączone nieśmiertelnymi więzami mleka, źródła siły, z którego czerpałyśmy jako niemowlęta. Teraz miałyśmy po osiemnaście lat i w naszych oczach wciąż skrzyły się stojące przed nami możliwości, choć nasze policzki wyszczuplały, pozostawiwszy za sobą pulchne kształty dzieciństwa.

Mimo że w przeszłości już doświadczałam niezwykłych rzeczy, dla was moja historia zaczyna się dopiero w tym momencie. W dniu, w którym zostałam faraonem.

Panującą wokół ciszę zakłócał jedynie chrzęst ziaren figi w moich ustach.

A potem Charmion odezwała się poważnym głosem:

– Nie możesz zaprzeczać temu, co nieuniknione.

Położyłam do połowy zjedzony owoc na posadzce między nami. Drugą ręką podniosłam patyczki i zacisnęłam je w dłoni.

– Moim zdaniem twoja wygrana wcale nie jest nieunikniona.

Rozmawiałyśmy po arabsku, w jednym z dziewięciu języków, jakich nas nauczono. I choć na dworze posługiwałyśmy się egipskim i greką, arabski zarezerwowałyśmy na prywatny użytek.

Wszystko się zaczęło, gdy do Aleksandrii, prosto z wielkiego miasta Gaza, zawędrował pewien hakawati. Miałam wtedy jedenaście lat i uwielbiałam słuchać opowieści.

Ubłagałam ojca, żeby zaprosił gawędziarza do naszego pałacu. Hakawati zatrzymał się w świątyni na trzy noce, a ja i Charmion spędziłyśmy każdą z tych nocy z nim. Jego historie napełniły nasze głowy takimi cudami, że zażyczyłam sobie, aby z nami został.

– Nie jestem przedmiotem, który można postawić na półce ot tak, jak ozdobny bibelot – odpowiedział hakawati.

Strażnicy strzegący wejścia do świątyni aż się wyprostowali, ale ja nie zwróciłam na nich uwagi.

– Dlaczego? – spytałam ze szczerej ciekawości. Do tej pory nie natrafiłam w życiu na nic, czego nie mogłabym uczynić swoją własnością. Pochodziłam z dynastii Ptolemeuszy. Moją krew rozświetlała iskra boskości.

Hakawati uśmiechnął się uprzejmie, zdecydowanie bardziej świadom obecności strażników za swoimi plecami niż ja.

– Czy można poprosić rybę, żeby przestała pływać?

Zastanowiłam się nad tym. Jeśli mam być szczera, owszem, poprosiłabym, gdybym chciała ją zjeść, ale domyśliłam się, że nie takiej odpowiedzi ode mnie oczekiwał.

– Nie – odparłam.

– Czy można poprosić hipopotama, żeby przestał się uśmiechać?

– Nigdy.

– I tak samo nie można poprosić hakawatiego, żeby przestał wędrować. To leży w naszej naturze. Bez możliwości podróżowania wyczerpalibyśmy swoje zapasy historii. A bez historii nie miałbym czego opowiadać.

Łzy napłynęły mi do oczu. To rzeczywiście zabrzmiało złowróżbnie.

Widząc moją rozpacz, hakawati ukląkł przy mnie.

– Nie martw się, panienko, istnieje bowiem inny sposób na to, by zatrzymać cząstkę mnie w pałacu. Wystarczy, że będziesz opowiadać moje historie.

Uśmiech powrócił na moją twarz. To akurat mogłam zrobić.

Przez lata ja i Charmion powtarzałyśmy zasłyszane od hakawatiego opowieści, które za każdym razem rozkwitały na nowo, wydając zupełnie inne kwiaty. To właśnie wtedy arabski stał się naszym prywatnym językiem.

Spojrzałam na Charmion. Na jej dotychczas poważnej twarzy pojawił się figlarny uśmiech.

– Spójrz na punktację. Równie dobrze możesz się poddać – rzuciła z błyskiem w oku.

Wstałam pod pretekstem, że muszę przyjrzeć się planszy do seneta pod innym kątem. Często udawałam, taka była ze mnie spryciara. Czy raczej manipulantka, jak powiedzieliby nieżyczliwi, choć ja nie postrzegałam tego w ten sposób.

Od pierwszego krzyku, który wydobył się z mojej piersi, uczono mnie, jak być kimś więcej, niż jestem. Chciałam być dzieckiem, ale przyszłam na świat jako córka faraona. W chwili narodzin starli ichor z mojej skóry i owinęli mnie pozłacaną tkaniną. Mój płacz uciszono kawałkiem wypolerowanego bursztynu – zaiste nędzny to substytut matczynego sutka.

Mimo iż byłam zbyt mała, by pamiętać wagę kamienia, później często sobie wyobrażałam, że ciężko leży na moim języku. Wypełniał policzki, a słowa potykały się o niego, zwłaszcza kiedy postanawiałam być zuchwała.

– P-poddać się? Nie ma mowy.

Grałyśmy na balkonie latarni, w moim azylu, gdzie znajdowałam spokój i ukojenie. Na tyle blisko boga Ra, by czuć na sobie jego smagające spojrzenie i wystarczająco daleko od moich pałacowych obowiązków. Nawet żar buchający z paleniska nad naszymi głowami wydawał się znośniejszy niż palące spojrzenia innych, które dosięgały mnie wszędzie, gdzie tylko poszłam. Czasami, kiedy wiatr wiał od zachodu, dym podpełzał pod okna mojej sypialni i doprawiał sen szczyptą żarzących się węgli i popiołu.

Plansza leżała między nami na posadzce. Charmion grała lepiej ode mnie, ale byłam zbyt dumna, by to przyznać. Zamiast tego każdą kolejną rozgrywkę zaczynałam z tą samą naiwną nadzieją, że któregoś dnia ją pokonam.

Potrząsnęłam patyczkami w dłoni.

– Na gniew Amona! – przeklęłam pod nosem, czując, jak drzazga wbija mi się w dłoń.

– Nic ci nie jest? – spytała Charmion z troską w głosie. Nad jej górną wargą połyskiwała delikatna smużka potu.

Skorzystałam z okazji, by zamachać jej ręką przed nosem, ale zamiast pokazać draśnięcie, cisnęłam patyczki przez poręcz balkonu.

Popatrzyła mi w oczy i uniosła ciemną brew.

– A więc jednak się poddajesz?

– Nigdy – odpowiedziałam, uśmiechając się szeroko.

Charmion też się roześmiała i razem zerknęłyśmy na dół znad balustrady. Przed nami rozciągała się Aleksandria, której brakowało uroku Rzymu i okazałości Babilonu. Nie, Aleksandria nie była miastem, które się podziwia. Była czymś więcej. Żyła i oddychała niczym dzikie zwierzę.

Z portu dobiegały nawoływania żeglarzy; miasto rozbrzmiewało kakofonią wielu języków, podobną do ujadania i wycia stada polujących wilków. Choć znajdowałyśmy się wysoko nad dokami, czułam słonawą woń osmalonych węgorzy, które piekły się nad ogniem. Łodzie kołysały się na falach wzdłuż wybrzeża, a ich kolorowe żagle połyskiwały niczym łuski morskiego węża.

Od strony południowej grobla Heptastadion łączyła wysepkę, na której wznosiła się latarnia, z lądem. A tam, wzdłuż ulic, ciągnęły się rzędami zadaszone płótnem stragany i choć nie mogłam dojrzeć handlarzy, wyobrażałam sobie, jak przesadnie gestykulują podczas rozmów z klientami.

Nie dało się oddzielić mieszkańców od serca miasta, stanowili z nim jedność. Azjaci, Partowie, Grecy, Egipcjanie – bez względu na pochodzenie, krew każdego z nich była gęsta od mułu z Delty Nilu. To on napełniał miasto dzikością, którą potrafili okiełznać jedynie rządzący w nim faraonowie – moja rodzina.

Wkrótce i ja stanę się jednym z nich.

Ale nie byłam pewna, czy mam w sobie tyle hartu ducha, by wziąć w karby mieszkańców Egiptu. Te wątpliwości towarzyszyły mi nie od dziś, jednak odkąd ojciec zachorował, przybrały na sile. Nie zostało mu wiele czasu – wiedziałam, że wkrótce pożegna się z tym światem, by przejść do następnego.

On coraz bardziej zapadał na zdrowiu, a mnie coraz częściej nawiedzały koszmary, w których widziałam własne odbicie, jakbym patrzyła na fasetowany kamień szlachetny – na każdej ściance inna wersja faraona, którym niebawem miałam zostać. Jedna okrutna i bezduszna, inna litościwa i łagodna. Każdy obraz mojej osoby wydawał mi się całkiem obcy i budziłam się zlana zimnym potem, prześladowana przez nieznajome istoty gnieżdżące się w mojej głowie.

Nie byłam gotowa, by wcielić się w tę rolę. Ale czy kiedykolwiek mogłabym powiedzieć z ręką na sercu, że oto osiągnęłam prawdziwą gotowość? Bez daru jasnowidzenia przygotowanie się na nadchodzące lata wykraczało poza moje możliwości. Zresztą chyba nikt nie byłby w stanie się przygotować na życie, jakie miało mi przypaść w udziale.

Muszę wybaczyć młodszej wersji siebie tę słabość. Choć tyle mogę zrobić.

Charmion ściągnęła brwi i znów wychyliła się przez balustradę, zupełnie nieświadoma moich czarnych myśli.

– Chyba nie damy rady dojrzeć z tej odległości, co wyrzuciłaś, dlatego możemy śmiało założyć, że wygrałam.

Nagły podmuch wiatru wyrwał warkocz z koka na mojej głowie. Charmion natychmiast przysunęła się do mnie, żeby z powrotem wetknąć go pod diadem.

Jej palce musnęły znak na moim karku. Czarny, jakby narysowany kohlem trzystopniowy kształt tronu biegł od linii włosów z tyłu głowy do szczytu pleców. Symbol mojej patronki, bogini Izydy.

Wzdrygnęłam się pod jej dotykiem, a ona od razu cofnęła dłoń.

– Skoro nie jesteśmy w stanie dojrzeć patyczków, nigdy się nie dowiemy, co wypadło. Dlatego musimy uznać, że jest remis – droczyłam się.

Roześmiała się i odrzuciła głowę, a jej czarne loki spłynęły kaskadą na łopatki.

– Za każdym razem, kiedy nie jesteś w stanie wygrać, mówisz, że jest remis.

– Wywodzę się z rodu Ptolemeuszy, a my nie urodziliśmy się po to, żeby przegrywać. – Uśmiechnęłam się, lecz w moich słowach zabrzmiała nuta goryczy. Myśl o czekających mnie obowiązkach zatruła słodycz dnia niczym skórka granatu.

Charmion pierwsza usłyszała kroki.

– Ktoś idzie.

– Kto wie, że tu jesteśmy? – spytałam zirytowana.

– Nie mam pojęcia. Ale podejrzewam, że odkąd twój ojciec leży przykuty do łoża, Pothejnos bacznie cię obserwuje.

Na dźwięk imienia eunucha moje usta wykrzywiły się w grymasie. Pothejnos czaił się w cieniu mojego ojca niczym krokodyl pośród rzecznego sitowia.

Przez ostatnie dziesięć lat był nauczycielem mojego młodszego brata, ale wraz z początkiem choroby faraona jego nauczycielski entuzjazm przygasł. Zwrócił się wtedy ku polityce, krążąc wokół niego na mrocznych mieliznach sali tronowej.

Zacisnęłam złoty pas, który poluzował się od siedzenia na posadzce. Charmion cmoknęła z dezaprobatą za moimi plecami i podeszła, by mi pomóc. Tak długo manewrowała ogniwami, aż przywarł do żeber niczym zbroja. Strzepnęłam z sukni piasek, który ugrzązł między splotami tkaniny, gotowa na spotkanie z przybyszem.

Klapanie sandałów o kamienną posadzkę zwolniło i na balkonie pojawił się sługa. Wszedł ze spuszczonym wzrokiem i padł na kolana, dotykając czołem ziemi.

– Kleopatro, wybranko namaszczona przez boginię Izydę, druga córko Ptolemeusza XII – zaczął, zdyszany od długiej wspinaczki po schodach.

Imię bogini wywołało ukłucie w świeżej ranie w moim umyśle.

Namaszczona przez boginię Izydę, lecz wciąż przez nią nieobdarowana. Odegnałam od siebie tak dobrze znane mi rozczarowanie i odpowiedziałam:

– Słucham.

– Potrzebują cię w pałacu, pani. – Posłaniec przygarbił ramiona, jakby cel jego życia się wypełnił. I być może właśnie tak było.

Moja matka kiedyś oznajmiła:

– Śmierć jest wierną towarzyszką rodu Ptolemeuszy.

Miałam nieco ponad osiem lat, gdy wypowiedziała do mnie te słowa. U moich stóp leżał mężczyzna, w kałuży krwi, która sięgała moich palców. Zaczęłam nimi poruszać, przyglądając się zmarszczkom na krwawej powierzchni. Pamiętam, jak pomyślałam, że nóż na jego gardle jest taki zwyczajny, żadnych złotych czy srebrnych zdobień.

Gdybym miała się zabić, na pewno użyłabym czegoś ładniejszego niż miedź. To była myśl ośmioletniej dziewczynki.

Choć ostatecznie, jak wiecie, skończyło się na truciźnie.

– Dlaczego ten człowiek odebrał sobie życie, mamo? – zapytałam, gdy strażnicy wynieśli zwłoki z sali.

Stała obok mnie, a brzeg jej kapłańskiej szaty był uwalany krwią. Zwróciła ku mnie oczy pełne smutku, podobne do oczu jałówki pobłogosławionej przez boginię Hathor.

– Nie wyobrażał sobie w życiu większego zaszczytu niż służenie córce faraona. I nic, co mógłby jeszcze osiągnąć, by tego nie przyćmiło.

Był pierwszym sługą, który popełnił samobójstwo po rozmowie ze mną.

Kilka dekad później po raz ostatni tę rolę odegrała Charmion.

Odwróciłam się do posłańca, odsuwając od siebie myśli o matce i śmierci.

– Cóż się takiego wydarzyło, że jestem tak pilnie potrzebna w pałacu?

Mężczyzna zadrżał. Nie odpowiedział od razu, a kiedy w końcu zebrał się na odwagę, wychrypiał:

– Twój ojciec, pani, pożegnał się z tym światem, by przejść do następnego.

Charmion wciągnęła powietrze do płuc z dźwiękiem przypominającym syk węża. A potem nie słyszałam już nic.

Poczułam, jak oczy wypala mi żar smutku. Oddech zwolnił i stał się ciężki, jakby krztuszący dym wypełniał moje gardło.

Ojciec nie żyje.

Choć wiedziałam, że to w końcu nastąpi, nic nie jest w stanie przygotować człowieka na utratę tych wszystkich chwil, które już nigdy się nie wydarzą.

Podniosłam oczy ku szczytowi latarni: posąg mojego przodka wieńczył cylindryczną wieżę tuż pod paleniskiem. Martwe oczy Ptolemeusza I, założyciela mojej dynastii, spoglądały na mnie z góry. Nazywano go Soterem – „zbawcą”. Dzieliły nas setki lat i w jego macedońskich rysach trudno było się dopatrzyć podobieństwa między nami. Alabastrowy podbródek lekko opadał w kierunku stałego lądu; wzrokiem omiatał imperium, którym przyszło mu rządzić.

– Soterze, powitaj swego następcę na Polach Trzcin – wyszeptałam do siebie.

Ciężkie łzy zmąciły wizerunek Ptolemeusza I, który zaczął się zlewać z obrazem ojca. Jego brwi stały się szersze, szczęka nabrała łagodniejszego wyrazu. Nawet brzuch wypinał teraz z większą dumą.

Ojciec lubił sobie dogodzić. Jego upodobanie do zabaw i świętowania stanowiło jedną z wielu rzeczy, które nas różniły. Ja traktowałam uciechy, nieodłączny element naszego statusu, jak brzemię, podczas gdy on widział w nich powód do radości.

– Musimy żyć jak bogowie, córko, by w ten sposób oddawać im cześć – grzmiał. – Dzięki temu nasz naród wie, że to my sprawujemy nad nim władzę. Zrozumiesz to lepiej, gdy sama zostaniesz faraonem.

Faraon. Wcześniej ta myśl wydawała mi się zbyt odległa, bym mogła to sobie wyobrazić. Teraz poczułam, jak ten tytuł wprawia w drżenie zamknięte w mych żebrach serce.

Twarz Ptolemeusza I Sotera znów zafalowała w moich oczach pełnych łez, których jeszcze nie uroniłam. Alabastrowe oblicze wydawało się coraz bardziej zniekształcone, aż przybrało kształt jednej z wielu twarzy widywanych przeze mnie w snach.

Czy to zapowiedź tego, co ma nadejść?

Próbowałam zrozumieć wizję, która stanęła mi przed oczami: czy ta kobieta jest mądra? Czy może bezlitosna?

Nie miałam do dyspozycji ani sztuk, ani sonetów, ani książek o moim przyszłym upadku. Ale nie martwcie się, mój upadek was nie ominie.

Miałam natomiast coś, co mamy wszyscy: czas. I tylko on mógł pokazać, jakim będę faraonem.

Słońce już zaszło, gdy opuszczałyśmy latarnię. Wędrówka boga Ra przez chmury zmatowiła złote niebo, nadając mu barwę głębokiego pomarańczu.

Ruszyłam w dół skalistego brzegu, o który rozbijały się fale.

– Co ty robisz? – spytała Charmion.

– Stąd szybciej dopłynę do pałacu. Nie mogę tracić czasu na podróż w lektyce przez Heptastadion.

– Kleo. – Charmion używała tego zdrobnienia tylko w zaciszu sypialni.

– Kleopatro – poprawiłam ją poirytowana. Chwała ojca twego.

Zdejmując ubranie, zaczęłam się zastanawiać, czy to, co robię, licuje z moim imieniem.

Charmion westchnęła, po czym jej palce spotkały się z moimi na węźle sukni. Jej dłoń spoczęła tam na moment.

– Wszystko będzie dobrze – powiedziała po chwili. – Ozyrys na pewno wpuści go w zaświaty.

W miarę jak kolejne warstwy ubrania opadały na ziemię niczym płatki kwiatu, czułam, że moje ciało się rozluźnia. Charmion potrafiła mnie pocieszyć jak nikt.

Odwróciłam się do niej i pogładziłam ją po policzku.

– Wiem, że będzie dobrze, ponieważ jesteś przy mnie.

Przytuliła twarz do mojej ręki i podniosła trzy palce do ust.

– Jeden za przeszłość w szczęściu spędzoną, jeden za teraźniejszość cierpliwie znoszoną, jeden za przyszłość i miłość nieskończoną – wyrecytowała modlitwę, którą wymyśliłyśmy jako dzieci.

Poczułam, że te słowa dają mi siłę.

Byłyśmy dla siebie pierwszymi kochankami i przez lata nasza miłość miała charakter czysto fizyczny. Jednak z czasem stała się czymś innym, wyszła na zewnątrz, poza nasze ciała, przeobrażając się w coś potężniejszego od ekstazy czerpanej ze zmysłowej przyjemności. Łącząca nas przyjaźń osiągnęła niebiański wymiar, stając się czymś więcej niż sumą naszych dwóch istnień.

Odwróciłam się od niej. Nie miałam na sobie nic oprócz diademu, pojedynczej obręczy ze złota, którą wieńczyła na czole uniesiona kobra. Charmion wyciągnęła rękę, żeby go zdjąć, ale potrząsnęłam głową.

– Opleć go warkoczem. Gdy dotrę na miejsce, muszę wyglądać jak królowa.

Kiedy skończyła zaplatać moje włosy wokół diademu, kazałam jej wracać lądem do pałacu. Choć umiała pływać – wymykałyśmy się nad Nil tak często, że się nauczyła – wiedziałam, jak bardzo tego nie lubi.

– Nie zostawię cię…

– Idź! – rozkazałam, a nieco ciszej dodałam: – To moja ulubiona suknia. Nie chcę, żeby morska woda zniszczyła włókna.

Charmion zatrzepotała rzęsami. Usłyszała w moim głosie kłamstwo i odrobinę litości.

– Dopilnuję, żeby ją wyprano. Będzie gotowa na wieczór.

Jej długi cień ciągnął się po ziemi, gdy szła wzdłuż brzegu. Im bardziej się oddalała, tym gorętszy stawał się mój oddech, aż w końcu krzyknęłam:

– Nie mogę być królową! Nie dam rady!

– Oczywiście, że dasz! – odkrzyknęła.

Strach ścisnął mi żołądek.

– Pamiętasz, jak ojciec kazał mi stanąć na czele pochodu Ptolemeuszy? – Skończyłam właśnie czternaście lat i podczas pierwszego festiwalu po moich urodzinach postanowił zaprezentować mnie światu jako przyszłego faraona Egiptu.

– Pamiętam.

– Tak? A pamiętasz, jak się potknęłam i przewróciłam na oczach całej Aleksandrii? Jedyne, co miałam zrobić, to poprowadzić tancerki. A nie byłam w stanie zrobić nawet tego.

– Chodzenie rzeczywiście sprawia niektórym trudność.

– To nie jest śmieszne, Charmion. Nie sprawdzałam się w roli córki faraona, jak więc mogę oczekiwać, że będę dobra w roli samego faraona?

Charmion wskazała na ziemię.

– Spójrz.

Powiodłam wzrokiem za jej dłonią.

A tam, rozrzucone na piasku pomiędzy skałami, leżały patyczki do gry w seneta.

– Okazuje się, że wygrałaś – krzyknęła z uśmiechem.

Szanse na zwycięstwo były nikłe, ale widząc, pod jakim kątem patyczki upadły, wiedziałam, że ma rację. Bogowie poprowadzili moją rękę.

Strach w trzewiach zelżał.

– Ptolemeusze nigdy nie przegrywają – powtórzyłam cicho. Jednak tym razem w moich słowach kryła się nadzieja.

– Do zobaczenia w pałacu!

Odwróciłam się twarzą do morza, a moje serce triumfowało. Szybko zanurzyłam się w orzeźwiającej wodzie, pośród spienionych fal. Pora szemu dobiegała końca, powietrze było rozgrzane i suche. Wolałam deszcz i bardziej łagodną pogodę akhetu, ale w tej chwili cieszyłam się z upału.

Moje warkocze przez chwilę unosiły się na pokrytej pianą tafli, gdy schodziłam pod powierzchnię wody. Otworzyłam oczy. Była przejrzysta, mimo wirujących prądów. Zastanawiałam się, jak to jest móc oddychać pod wodą, jak mój młodszy brat. Pobłogosławiony przez boga Sobka, władcę wód, otrzymał ten dar w dzieciństwie.

W pierwszej chwili jego opiekunka zaczęła wrzeszczeć, kiedy w łaźni, kopiąc na wszystkie strony, wyślizgnął się z jej rąk prosto do głębokiej wody. Wezwano straże, co z kolei zaintrygowało mnie i Charmion. Do dziś pamiętam zazdrość, która popłynęła moimi żyłami na widok jego roześmianej twarzy, gdy cały i zdrowy wynurzył się na powierzchnię. Ojciec ogłosił z tego powodu trzydniowe święto.

Bogini Izyda jeszcze nie obudziła we mnie daru. Niektórzy uważali, że to nigdy nie nastąpi. Inni mówili po cichu, że jest zbyt słaby, by dało się go dostrzec. Że jestem nieczysta, niegodna tronu.

Nie zależało mi na potężnej mocy. Mój ojciec został skromnie obdarowany. Jego patronem był Ihy, więc potrafił pięknie i bezbłędnie grać na każdym instrumencie. Ze wszystkich najbardziej upodobał sobie flet.

Płuca zaczęły palić mnie żywym ogniem, więc wprawiłam nogi w ruch i wypłynęłam na powierzchnię. Rozpostarłam ramiona i ruszyłam przed siebie, tnąc taflę wody szybkimi, miarowymi ruchami.

Zdałam sobie sprawę, że już nigdy nie usłyszę słodkiej muzyki ojca.

Fale zlizywały łzy z mojej twarzy, a ja płynęłam dalej, dopóki nie dotarłam do brzegu, na którym stał pałac. Zatrzymałam się dopiero, gdy moje stopy dotknęły piasku.

Plaża wkrótce ustąpiła białym posadzkom Antirhodos. Na południe od tej niewielkiej wyspy ciągnęła się Aleksandria, od zachodu sąsiadował z nią port.

Wyspa szczyciła się własną nekropolią, menażerią, cysterną oraz ogrodami uprawnymi. Choć nazywałam swój dom miastem, nie wydawał mi się wielki. Nie było tu kamienia, na którym bym nie stanęła, ani drzewa, na które bym nie weszła. Kochałam to miejsce najbardziej na świecie.

Ale Antirhodos okazała się zbyt piękna, by przetrwać próbę czasu; w przeciwieństwie do mojego mitu, który nie jest zbyt ładny.

Słyszałam, jak ludzie mówili, że wszystkie ptaki odleciały z wyspy na dzień przed trzęsieniem ziemi, które zniszczyło pałac.

Ale to się wydarzy dopiero setki lat później. Długo po mojej śmierci.

Na ścieżce tuż obok mnie dwoje służących kołysało w tył i przód obwiązanym pasem materiału pniem palmy. Trzeci zbierał spadające daktyle do plecionego kosza.

Przerwali, gdy tylko mnie zauważyli: całkiem nagą, z diademem na głowie.

Wszystko będzie dobrze. Przypomniałam sobie słowa Charmion i wyprostowałam plecy.

Kosz z głuchym łoskotem uderzył o ziemię i słudzy padli na kolana pośród rozsypanych daktyli.

Odchrząknęłam, by mieć pewność, że mój głos zabrzmi dźwięcznie i donośnie.

– Niżej.

Słudzy jeszcze mocniej przywarli twarzami do ziemi. Podniosłam jeden z owoców i powoli zaczęłam go żuć. Morska woda, od której moja ręka wciąż była wilgotna, zadziałała niczym przyprawa, przełamując jego słodycz.

– Przyślijcie kosz daktyli do moich komnat – poleciłam władczym tonem.

– Tak, córko faraona – odpowiedzieli chórem.

– Faraonie – poprawiłam ich.

Wytarłam oblepione resztkami daktyla palce o materiał wciąż obwiązany wokół pnia palmy. Ręce mi się trzęsły jak ojcu, gdy robił użytek ze swojej boskiej mocy.

We mnie nie płonęła iskra boskości, ale miałam własną moc.

I właśnie nadszedł czas, żeby zacząć z niej korzystać.

ROZDZIAŁ 2

51 ROK P.N.E.

Idąc dumnym krokiem, minęłam kamiennego sfinksa strzegącego wejścia do pałacu. Wzdłuż ścian głównego korytarza ciągnęły się misy wypełnione kwiatami lotosu. Gorące popołudniowe powietrze sprawiło, że ich słodka woń skwaśniała, a płatki oraz liście pociemniały i zaczęły więdnąć.

Od tamtego dnia nawet najświeższe kwiaty lotosu już zawsze kojarzyły mi się z zapachem rozkładu, przenosząc mnie w przeszłość, do tej chwili: nogi śliskie od morskiej wody, pod stopami zimny granit, a naprzeciwko mnie tron Egiptu.

Zostawiając za sobą mokre ślady, ruszyłam ku głównej części pałacu. Szłam ostrożnie, żeby się nie poślizgnąć. Pothejnos z pewnością wykorzystałby najmniejszą oznakę słabości, by zszargać moją reputację – zwykły upadek stałby się zarzewiem plotki, że urodziłam się z ogonem skorpiona, by zatruć jadem serce Egiptu.

Nie, nie mogłam pozwolić królewskiemu eunuchowi na podkopanie mojej władzy.

Ojciec by tego nie chciał. Na myśl o nim ugięły się pode mną kolana, ale się nie przewróciłam. Szok jeszcze nie ustąpił miejsca rozpaczy.

Gdzieś przede mną w głębi korytarza rozległ się hałas. Podniosłam wzrok i zobaczyłam lecącego w moją stronę ibisa. Czubki jego białych skrzydeł były czarne, jakby zanurzył je w atramencie.

Leciał na tyle nisko, że wydawało się, jakby za chwilę miał mnie uderzyć zakrzywionym dziobem, wycelowanym prosto w moją głowę. Ibisy nie są agresywne, ale ten naprawdę głośno skrzeczał.

Wtem do moich uszu dobiegł chichot podobny do szelestu palmowych liści.

– Arsinoe! – wykrzyknęłam imię mojej młodszej siostry, udając poirytowanie. Już wiedziałam, że musi być tuż za Qarem.

Ibis przyszedł do Arsinoe w dniu jej siódmych urodzin. Połączyła ich więź, jakiej mógł doświadczyć tylko człowiek pobłogosławiony przez boga Tota. Patron pisarzy obdarował ją językiem ptaków.

Próbowałam tłumić w sobie zazdrość, patrząc, jak siostra i ibis nachylają się ku sobie. Było to o tyle trudne, że dawniej to my, zetknięte czołami, zwierzałyśmy się jedna drugiej ze swoich sekretów.

– Nie chodzi tylko o dźwięk, to coś znacznie więcej – powiedziała mi pewnego razu, gdy próbowałam analizować skrzeczenie Qara.

– Czyli co? – spytałam, ale ona tylko wzruszyła ramionami.

Arsinoe wyłoniła się z głębi korytarza. Choć uśmiech wciąż jeszcze igrał na jej ustach, oczy miała czerwone od płaczu. Rozpostarłam ramiona, a ona do mnie podbiegła i padłyśmy sobie w objęcia.

Była cztery lata młodsza, ale przewyższała mnie wzrostem co najmniej o szerokość dłoni. Kręcone włosy nosiła upięte z boku głowy. Kiedy się we mnie wtuliła, poczułam, jak węzeł wpija mi się w gardło.

Stałyśmy tak przez chwilę bez słowa, aż w końcu zapytała:

– Gdzie się podziało twoje ubranie?

Wypuściłam ją z ramion.

– Charmion ma moje rzeczy. Przypłynęłam tu z latarni.

– A więc  b y ł a ś  w latarni.

– To ty powiedziałaś Pothejnosowi, żeby mnie tam szukał?

Arsinoe przechyliła głowę.

– Tak. Zapytał mnie, a ja pomyślałam, że chciałabyś wiedzieć… że… – Słowa ugrzęzły jej w gardle, a do oczu napłynęły łzy.

– Gdzie on jest?

– Złożyli jego ciało w świątyni boga Ihy.

Podejrzewałam, że właśnie tam go znajdę. Świątynia wkrótce miała stać się jego grobowcem.

– Chodźmy. – Wzięłam ją pod ramię, udając, że chcę ją wesprzeć, lecz prawda była taka, że to ja potrzebowałam jej wsparcia.

Ruszyłyśmy przez ogrody pałacowe w kierunku nekropolii, gdzie wznosiła się świątynia bóstwa. Kiedy zbliżałyśmy się do wejścia, nagle coś przemknęło mi pod nogami. Aż odskoczyłam.

– Łap go! – rzuciła zdecydowanym tonem Arsinoe. Komenda była skierowana do Qara i ibis natychmiast ją wykonał. Zanurkował i długim dziobem skręcił kark szczurowi, po czym upuścił truchło pod stopami siostry.

Podniosła je z ziemi, jakby to był liść, i rzuciła w stronę morza.

Patrząc, jak niemal od niechcenia pozbywa się zwłok gryzonia, poczułam, że robi mi się niedobrze. Chciałabym móc powiedzieć, że to śmierć mojego ojca uczyniła mnie bardziej wrażliwą na widok zwłok – niezależnie od tego, jak małych – ale prawda była taka, że śmierć od zawsze wytrącała mnie z równowagi.

Dziś widzę w tym ironię.

W końcu dotarłyśmy do wejścia do grobowca, oznaczonego dwiema kolumnami z czerwonego granitu. Gdy wchodziłyśmy do środka, musnęłam stopą chłodny kamień i na moment znalazłam się pomiędzy kolumną i moją siostrą, nie wiedząc, co jest twardsze.

Jesteś za miękka. Słowa ojca dosięgły mnie niczym niechciany kłąb zatęchłego kurzu zza starej skrzyni, którego najlepiej nie zauważać.

– Jestem taka, jaka podobam się bogom – odparowałam wtedy.

Ojciec miał wysoką gorączkę i mówił swobodniej niż zwykle. Rzadko kiedy tak dotkliwie wytykał mi wady charakteru.

– Miękka i bezradna.

– Nieprawda.

To wtedy z jego ust padły słowa, które zraniły mnie niczym ostrze noża:

– Powinienem był się z tobą rozprawić tak, jak to uczyniłem z Bereniką.

Od wielu lat nie wypowiadał na głos jej imienia.

– Nie mów tak, ojcze. Na pewno tak nie myślisz – wyszeptałam wtedy

– Mówiłaś coś? – zapytała Arsinoe, wyrywając mnie z przeszłości.

Kręcąc głową, otrzepałam się z ostatnich drobin kurzu tamtego wspomnienia.

– Nie. Nic mi nie jest.

Migotliwe płomyki świec z knotami z sitowia odbijały się w glinianych misach ustawionych we wnętrzu świątyni. Ciepło i zapach palącego się łoju łagodziły chłód przenikający moje kości.

Na ścianach przesuwały się cienie kapłanów, którzy rozpierzchli się po najdalszych zakątkach świątyni, żeby dać mnie i Arsinoe trochę prywatności. Prawdę mówiąc, nigdy nie czułam się komfortowo pod ich bacznym wzrokiem. Nawet moja matka, jedna z niewielu osób, które naprawdę kochały mnie w dzieciństwie, zdawała się dostrzegać wszystkie moje wady, patrząc na mnie oczami swojego boga.

Potarłam symbol Izydy na karku. Skóra w tym miejscu była nieskazitelnie gładka; często prosiłam Charmion, by podała mi lustro, żebym mogła popatrzeć na znak. I za każdym razem odczuwałam ulgę, widząc, że wciąż tam jest.

Zrobiłam kilka ostatnich kroków dzielących mnie od ciała ojca. Leżał na kamiennej płycie, odziany w lnianą szatę. Ręce miał skrzyżowane na brzuchu, niegdyś tak mocno zaokrąglonym i pełnym śmiechu. Policzki, dawniej kwitnące radością, teraz były wychudzone i blade.

– Znów się uśmiechniesz, gdy wkroczysz do zaświatów.

Wiedziałam, że za cztery dni kapłani zabiorą ciało ojca, by je oczyścić przed złożeniem do grobu po siedemdziesięciu dniach od chwili śmierci. Że je wydrążą i otworzą wątłą klatkę piersiową, by organy wewnętrzne zastąpić mirrą i strączyńcem.

Położyłam dłoń na jego gładkiej szyi, która wkrótce miała zostać oszpecona szwami, na skórze, którą naciągną, by zatrzymać w środku aromatyczne rośliny.

Był cieniem wielkiego człowieka sprzed dwóch lat. Ale dzień po dniu, miesiąc po miesiącu, Ozyrys wzywał go coraz głośniej do przekroczenia progu zaświatów.

– Jedyne zwłoki, jakie do tej pory widziałam, należały do Bereniki.

Aż podskoczyłam, słysząc głos Arsinoe, bo całkiem zapomniałam, że stoi obok.

– Byłaś wtedy taka mała. Nie sądziłam, że pamiętasz.

Spojrzała na mnie tymi swoimi zimnymi, brązowymi oczami.

– Trudno zapomnieć zakrwawioną szyję własnej siostry.

Skrzywiłam się. Miałam dwanaście lat, kiedy ojciec ją zabił. Jak widzicie, to nie ja miałam rządzić Egiptem, tylko Berenika, starsza siostra, której przeznaczeniem było kontynuowanie dziedzictwa ojca.

– Dziś zostałaby faraonem – powiedziałam.

Gdyby żyła, nie musiałabym obejmować tronu. Poczułam, jak zalewa mnie poczucie winy, gdy uświadomiłam sobie, że pragnienie wskrzeszenia siostry bierze się z moich obaw i wątpliwości dotyczących przejęcia władzy.

Arsinoe parsknęła.

– Rola faraona nigdy nie była jej pisana. Nie przy takim darze, jaki dostała od bogów.

Berenika przyszła na świat ze znamieniem na łydce w kształcie skręconego węża. Uczczono ten fakt hucznymi uroczystościami, ponieważ Hapi, bóg Nilu, odznaczał się hojnością i od chwili, gdy Ptolemeusz został przez niego namaszczony, Egipt cieszył się obfitymi plonami.

Jak się jednak okazało, wróżbita źle odczytał znak na ciele Bereniki. To nie symbol Hapiego widniał na jej łydce, tylko Apopa, demona chaosu o ciele węża.

I rzeczywiście, z roku na rok zbiory wyglądały coraz gorzej. Ojciec twierdził, że rośliny więdną z powodu mocy córki. Ona zawsze zaprzeczała, ale kiedy w dniu jej piętnastych urodzin rój szarańczy spustoszył pola, już dłużej nie mogła ukrywać prawdy.

Konflikt z ojcem doprowadził do wojny domowej, a on nie dał sobie odebrać tronu. Był radosnym człowiekiem, ale potrafił być również bezwzględny. Na jego rozkaz poderżnięto Berenice we śnie gardło.

Cały dzień i całą noc płakałam pośród jej zakrwawionych prześcieradeł.

Teraz, gdy patrzyłam na martwą, pozbawioną wyrazu twarz ojca, przypomniałam sobie, co mi powiedział, wyciągając mnie z zimnego łóżka siostry: „My to Egipt, a Egipt to my. Czasami musimy poświęcić to, co dla nas najdroższe. Bo Egipt musi trwać. Zawsze”.

Nie znałam jeszcze koncepcji poświęcenia. Nie wiedziałam, co oznacza utrata tego, co dla mnie najdroższe. Berenika musiała umrzeć, żeby ojciec mógł rządzić w spokoju.

Dziś przyszła kolej na mnie, by krąg nie został przerwany.

– Ojcze, zrobię wszystko, co w mojej mocy, by Egipt trwał. Zawsze.

Arsinoe wciąż na mnie patrzyła, gdy po raz kolejny wyciągnęłam do niej dłoń.

– Podejdź tu, siostro – powiedziałam. – Czas, bym zasiadła na moim tronie.

Chciałabym móc powiedzieć, że z rozmysłem postanowiłam zrobić scenę, ale w rzeczywistości po prostu zapomniałam, że jestem naga. Gdy wkraczałam do sali tronowej, przyświecał mi jeden cel: rozpocząć rządy jako faraon Egiptu.

Lecz kiedy dotarłam do podestu, poczułam nagle, jakby stopy oblepił mi gęsty miód. Każdy krok wydawał się trudniejszy od poprzedniego. W pewnym momencie zatrzymałam się, uznając, że nie dam rady.

Jeszcze tylko trzy kroki i siądziesz na tronie. Trzy małe kroki.

Może i małe, ale w mojej głowie każdy miał rozmiar piramidy. Ogrom nie do pokonania. Złączyłam kolana, żeby się pode mną nie uginały.

Ojciec miał rację. Jestem na to zbyt słaba. Nie potrafię nawet wejść na tron.

Łzy napłynęły mi do oczu. Sfrustrowana, zaczęłam mrugać, próbując się nie rozpłakać. Myśl o rozczarowaniu ojca moją osobą okazała się silniejsza od rozpaczy.

Nawet jeśli nie chcę tego dla siebie, zrobię to dla niego. Dla Egiptu.

Z okrzykiem wojennym dobywającym się z gardła uniosłam stopę. Kiedy opadła na płyty posadzki, poczułam aprobatę ojca w zaświatach. Ostatnie dwa kroki sprawiły mi już mniej trudności.

Dotknęłam podłokietników tronu i zacisnęłam palce na zdobiących je złotych lwach. Uniosłam wzrok i ujrzałam twarz ojca odwzajemniającą moje spojrzenie. Mozaika na oparciu, starannie ułożona z marmurowych płytek i kolorowych szkiełek, przedstawiała jego oblicze w otoczeniu czterech kobiet – każdą z nich dało się z łatwością zidentyfikować po koronie.

Moja matka, jego druga żona, miała na sobie szatę z kapturem wykonaną z czarnego kamienia. W ramionach trzymała niemowlę, którego oczy zrobiono z kuleczek karneolu. Pogładziłam kamienie w ciepłym pomarańczowym kolorze, po czym usiadłam na tronie ojca.

Po lewej stronie stał drugi, równie ozdobny fotel, na którym zasiadał mój brat. Kiedyś należał do Kleopatry V, pierwszej żony ojca i matki Bereniki.

Przede mną było sześć kobiet, które nosiły imię Kleopatra. Ciotki, matki, nawet siostry i jednocześnie żony. Tak wielu waszych historyków wodziło palcami po dopływach rzeki moich przodków, rozdzielając jej wody w poszukiwaniu jakiegokolwiek śladu mojego imienia – Κλεοπάτρα. Gdzieś po drodze, w odmętach Nilu, zawieruszyła się Kleopatra VI.

Pozwólcie, że wam o niej opowiem.

Niemowlę o karneolowych oczach to moja kolejna martwa siostra. I choć jej ciało trafiło na ten świat, Ozyrys wezwał jej duszę, nim zdążyła wziąć pierwszy oddech.

Tak więc w rzeczywistości byłam trzecia w kolejce do tronu, dlatego nie powinno nikogo dziwić, że miałam opory przed stanięciem na czele Egiptu. Cienie duchów moich sióstr nadciągały z Pól Trzcin, pogrążając w mroku moje myśli.

Odchyliłam się do tyłu i poczułam, jak karneolowe kulki wbijają mi się w plecy.

Brat odetchnął z ulgą, widząc, że siadam obok niego. Choć z woli bogów oboje mieliśmy rządzić państwem, do dnia jego czternastych urodzin to moje słowo było ostateczne. Jego drobna pierś uginała się pod ciężarem złota i drogocennych klejnotów. Próbował posłać mi uśmiech, ale nakrycie głowy zakołysało się niebezpiecznie i jego młoda twarz – stworzona do tego, by się uśmiechać od ucha do ucha – znów przybrała poważny wyraz.

Mój drugi brat, jeszcze młodszy, stał otoczony mamkami. W wieku siedmiu lat wciąż nalegał, by wszędzie towarzyszył mu orszak służących, które miały za zadanie karmić go piersią, zaspokajając jego wieczne nienasycenie kobiecym mlekiem. Leniwym wzrokiem powiódł po sali, najpierw spoglądając bez cienia zainteresowania na Arsinoe, a potem na mnie, na co stać chyba tylko kogoś, na kim nie ciąży brzemię następcy tronu.

Na stole pośrodku rozpościerały się zwoje papirusu przyszpilone do blatu palcami ambitnych doradców z królewskiego dworu. Każdy szukał swojego imienia w testamencie ojca.

Na czele procesji stał Pothejnos, a jego przylizane włosy świeciły niczym latarnia morska. Żywica z drzewa eukaliptusowego, której użył jako pomady, cuchnęła jak ryba porzucona na słońcu i gdy powiew wiatru rozniósł po sali obrzydliwy fetor, ledwo stłumiłam odruch wymiotny.

– Faraonie! – zaskrzeczał. – Moja królowo, to nie wypada!

Zmarszczyłam brwi, zastanawiając się, o co mu chodzi, i dopiero w tym momencie zdałam sobie sprawę, że tron wydaje się jakiś chłodniejszy. Moich ud nie oddzielał od złota żaden materiał.

Wpadłam w panikę. Rzeczywiście, to było wysoce niestosowne. Ale co mogłam zrobić? Włożyłam tyle wysiłku, by wejść na tron, że nie wyobrażałam sobie ponownej wspinaczki. Dlatego postanowiłam zachować się tak, jak mnie uczono: odegrałam swoją rolę.

– Nie wypada? – powtórzyłam. – A jakiż to śmiertelnik ośmiela się kwestionować krew bogów?

Wargi Pothejnosa zadrżały, ale z jego ust nie wydobyło się ani jedno słowo. Dziś przestałam być dla niego córką Ptolemeusza XII. Teraz byłam jego władczynią. Jego faraonem. Jego bogiem.

Jeszcze mocniej zacisnęłam dłonie na podłokietnikach i posłałam bezgłośną modlitwę do Izydy. Wznieć we mnie światło swojej boskości, o pani. Pozwól mi być narzędziem w twych rękach, gdy będę sprawować władzę.

W ciągu kilku ostatnich stuleci panowania dynastii Ptolemeuszy z woli Izydy spłynęły na władców trzy dary, a każdy z nich stanowił ucieleśnienie innego motywu jej legendy.

Była wybitną uzdrowicielką – to ona wskrzesiła ukochanego Ozyrysa, przywracając go do świata żywych. Dwoje spośród moich przodków miało moc uzdrawiania, nawet jeśli wychodziło im to z różnym skutkiem. Izyda była również wspaniałą matką. Dzięki jej łasce jedna z moich przodkiń zdołała wydać na świat pięcioro dzieci.

Nie chciałam, żeby mój dar objawił się w ten sposób, ale poświęciłabym ciało na rzecz pęczniejącego brzucha, gdyby się okazało, że taką właśnie otrzymałam moc. Byłoby to znacznie lepsze niż brak jakiegokolwiek talentu.

Dotychczas żaden Ptolemeusz nie sprawował rządów bez boskiego błogosławieństwa. Byłam pierwsza, dlatego musiałam w inny sposób zabezpieczyć swoją władzę.

– To tak pozdrawiacie swoją królową? – zwróciłam się do zebranych na sali.

Przez twarz Pothejnosa przetoczyły się pierwsze błyskawice nadciągającej burzy, lecz po chwili się opanował, a na jego ustach pojawił się słaby uśmiech.

– Niechaj bogowie pobłogosławią twoje panowanie, Królowo Dwóch Lądów, Kleopatro Theo VII – powiedział, skłaniając głowę.

– Od dziś nazywam się Kleopatra Thea Filopator – ogłosiłam swój pełny tytuł. Bogini Miłująca Ojca. W ten sposób oddałam mu cześć, a jednocześnie subtelnie przypominałam o swoim dziedzictwie.

Pothejnos posłał mi złośliwy, ledwie zauważalny uśmieszek. Zbyt nikły, bym mogła zareagować.

Wskazałam na zwoje.

– Czy to testament ojca?

– Tak, faraonie. Mam go odczytać na głos? – zapytał eunuch.

– Nie. Myślę, że osiemnaście lat nauki wystarczająco przygotowało mnie do tego zadania.

Siedzący obok mnie brat zachichotał i korona, która ledwo trzymała się na jego głowie, potoczyła się po płytach posadzki. Pothejnos natychmiast spiorunował go wzrokiem.

– O nie – szepnął, po czym zgramolił się z tronu i sięgnął po nią drżącymi rękami.

Wstałam i położyłam mu dłoń na ramieniu.

– Nic się nie stało, Mikro Theosie. – Mały Bogu. W jego przydomku pobrzmiewał mój drugi tytuł, Thea – w języku moich przodków „bogini”. Choć brat rządził jako Ptolemeusz XIII, ojciec zawsze nazywał go Theosem, co miało wszystkim przypominać, że przeznaczeniem jego najstarszego syna jest zostać faraonem.

W oczach brata odbijał się niepokój. Był wtedy taki młody. Zupełnie nieświadomy czekających go potworności.

Uśmiechnęłam się do niego.

– Pothejnos zabierze cię do twoich komnat. Miałeś ciężki dzień.

Po sali rozszedł się czyjś złowrogi pomruk. Choć miałam bardzo wyczulone ucho, nie rozpoznałam kto to.

Theos pokiwał głową, a jego usta wykrzywiły się w żałosnym grymasie.

– Pół dnia siedziałem na tronie. Chciałbym już pójść do siebie.

– Pół dnia? I to całkiem sam?

Choć Pothejnos wiedział, że jestem w latarni, wezwał mnie dopiero wtedy, gdy słońce chyliło się ku zachodowi.

Twarz eunucha przybrała kamienny wyraz.

Ostrym głosem rozkazałam:

– Zaprowadź mojego brata do jego komnat. A ja odczytam testament.

Theos zgarbił ramiona, wdzięczny za moją interwencję. Gdy Pothejnos wyprowadzał go z sali, zdążył jeszcze w przelocie rzucić mi roziskrzone spojrzenie.

Ach, gdybym wtedy zauważyła, że ogień w jego oczach to nie ledwie tlący się płomyk, lecz rozżarzony do czerwoności węgiel, gotów rozpalić wszystkich wokół. Być może wszystko potoczyłoby się inaczej, gdybym wiedziała, że Egipt zapłonie piekielnym ogniem jego zdrady.

ROZDZIAŁ 3

51 ROK P.N.E.

Stanęłam pod wejściem do grobowca ojca. Nie wiadomo kiedy minęło siedemdziesiąt dni.

– Byłeś wspaniałym królem, ale jeszcze wspanialszym ojcem – wyszeptałam. Zaschło mi w gardle. Oczy też były całkiem suche. Wylałam tyle łez, że dałoby się nimi wypełnić całe koryto Nilu. Nie miałam już czym płakać.

Kapłani leżeli na schodach świątyni, z twarzami zwróconymi ku ziemi, a intonowana przez nich niskimi głosami modlitwa rezonowała w mojej piersi.

– Ziemia rozbrzmiewa żałosnym płaczem twych poddanych, o Ozyrysie, Królu Śmierci, Królu Wieczności. Niechaj twój osąd będzie rychły, a łaska twoja niechaj płynie ze szczerego serca. Władco faraonów, przyjmij nowego króla do swego królestwa – śpiewali zgodnym chórem.

Ruszyłam w kierunku grobowca, odłączając się od siostry i braci. Mikro Theos pociągał nosem, więc Arsinoe wzięła go za rękę. Ten pełen empatii gest nie szedł w parze z jej kamiennym wyrazem twarzy. Od dnia śmierci ojca ani razu nie widziałam, żeby płakała.

Qar krążył po błękitnym niebie nad naszymi głowami, a jego cień zataczał koła wokół moich stóp, gdy przekraczałam próg świątyni.

Przedsionek wypełniały ofiary złożone Ozyrysowi oraz przedmioty i zapasy żywności, które mogły się przydać mojemu ojcu na Polach Trzcin. Rzędy plecionych koszy z suszonymi rybami stały obok beczek z orzechami kokosowymi i granatami. W złotej skrzyni błyszczały żółte cytryny, dar rzymskich sojuszników. Pomiędzy tymi przysmakami połyskiwały drogocenne skarby: naszyjniki z korali, złota zbroja, malowane pierścienie i marmurowe posążki. I wreszcie coś, co mój ojciec zapewne doceniłby najbardziej: gliniane dzbany po brzegi wypełnione winem.

Minęłam te bogactwa i weszłam do głównej komory, w której w czarnym granitowym sarkofagu spoczywały zwłoki faraona. Uklękłam u jego stóp i wsunęłam dłoń w rękaw, sięgając po dar, który tam zawczasu schowałam. Drewniany flet był niewielki, ale misternie rzeźbiony. Kazałam na nim wygrawerować imię ojca.

– Niech twoja pieśń nigdy nie ustaje. – Położyłam pokryty hieroglifami instrument na posadzce grobowca – każda płyta była ozdobiona złotym liściem – a potem przycisnęłam do niej czoło i dodałam: – Egipt jest bezpieczny w moich rękach. Będę się nim opiekować, ponieważ Egipt to ja.

Jeszcze przez chwilę klęczałam pod sarkofagiem, czując pod skórą bicie serca mojego kraju. Kiedy wstałam, skinęłam na rodzeństwo. Bracia i siostra przynieśli ostatnie dary dla ojca.

Theos i Ptolemeusz trzymali w rękach pomalowane na złoto skarabeusze, amulety mające ułatwić mu przejście z jednego świata do drugiego. Wyszeptali po cichu mowy pożegnalne, po czym szybko opuścili komorę, w której było tak duszno i parno, że nie skarciłam ich za ten pośpiech.

Arsinoe została dłużej. Wyciągnęła swój dar, a ja się zdziwiłam, widząc w jej ręku strzałę z grotem z brązu, zakończoną białymi piórami, które, jak się domyśliłam, jeszcze niedawno należały do Qara.

– Zawsze będę trafiać do celu, ojcze, tak jak mnie uczyłeś – powiedziała, kładąc strzałę obok fletu.

Była wyborową łowczynią i ojciec dbał, by rozwijała swój myśliwski talent. Gdy spostrzegła, że na nią patrzę, skinęła głową i wycofała się do przedsionka.

Stałam obok sarkofagu, obserwując cienie, które wraz z nadchodzącym południem coraz bardziej się wydłużały.

– Faraonie.

Przenosząc wzrok na urzędnika, zobaczyłam przed oczami czarne plamki.

– Czas zapieczętować grobowiec – oznajmił, a jego głos zgrzytał niczym kamień szlifierski.

Przez moment się zastanawiałam, jakie to uczucie: zostać zamkniętym na wieki. Z jednej strony na pewno towarzyszyłaby mi ulga, ponieważ nie musiałabym już odgrywać roli królowej. Z drugiej – żal, gdyż wiedziałam, że bycie faraonem nie sprowadzało się wyłącznie do odgrywania roli.

„Nie jesteśmy jak inni ludzie – powiedział mi kiedyś ojciec. – Może i krwawimy tak jak oni, ale kiedy my krwawimy, krwawi też nasza ziemia. I nigdy tak naprawdę nie umieramy. Bo zawsze będzie kolejny Ptolemeusz, który zajmie nasze miejsce”.

Nauka płynąca z jego słów w zamierzeniu nie miała być groźbą, jednak mając świadomość oddechu rodzeństwa na karku, wykazałabym się ignorancją, gdybym postanowiła nie przyjąć do wiadomości, że tron bardzo łatwo może zmienić właściciela. Ostatecznie w przeszłości mojej rodziny zdarzało się to niejeden raz.

Egipt jest mój. Zaskoczyło mnie, jak głęboko byłam o tym przekonana, ale czułam, że w parnym, dusznym powietrzu wokół mnie unosi się coś jeszcze, coś o wiele potężniejszego niż upał. Doświadczenie śmierci, której lękałam się najbardziej ze wszystkiego na świecie, utwierdziło mnie w przeświadczeniu, że muszę kurczowo trzymać się życia.

– Faraonie? – odezwał się znów urzędnik niepewnym głosem. – Zamykamy grobowiec.

Skinęłam głową i ruszyłam za nim ku wyjściu.

Potrzeba było dwunastu mężczyzn, by zasłonić otwór granitową płytą.

Nagle poczułam, że czyjeś ręce dotykają mnie w pasie. Gdy spojrzałam w dół, zobaczyłam, że to mały Ptolemeusz ciągnie mnie za szatę.

– Teraz będzie uczta?

Roześmiałam się. Ojciec z pewnością doceniłby te bezduszne słowa.

– Tak, teraz będzie uczta.

Zaprosiłam wszystkich zarządców prowincji, by celebrowali ze mną przeprawę mojego ojca do zaświatów. Ich statki wypełniły pałacową przystań, tak jak ich głosy wypełniły wielką salę.

Stół uginał się od potraw serwowanych na eleganckich, złotych półmiskach. Między gośćmi przemykali służący, których twarze zdobiły miedziane maski szakala na cześć Anubisa, przewodnika umarłych. Spiczaste uszy były wysadzane lapis lazuli.

Mój ojciec zawsze lubił stroić służących. Jakby byli pionkami do seneta, które można dowolnie ustawiać i bawić się nimi.

– A ja? Czy chcesz, żebym ja również założyła maskę? – zapytała wcześniej Charmion. Choć tego nie okazywała, czułam jej dezaprobatę, gdy poleciłam służącym zmienić ubiór.

– Nie jestem moim ojcem – odparłam cicho. – Pragnę jedynie uhonorować go taką ucztą, jaką sam mógłby wyprawić. – Gdy nic nie odpowiedziała, dodałam: – Nie, nie musisz jej zakładać.

Sięgnęła po jedną z masek rozłożonych u stóp tronu.

– Ale jestem służącą, a wedle twojego rozkazu wszyscy słudzy muszą założyć ten… strój.

Moje policzki zapłonęły. W tamtej chwili wzięłam to uczucie za gniew, ale dziś, patrząc wstecz, widzę, że ogarnął mnie raczej wstyd.

– Więc ją załóż – odcięłam się. – Dałam ci wybór.

– Wybór – powtórzyła, po czym podniosła z ziemi maskę i wyszła.

Teraz patrzyłam na nią przez całą szerokość sali. Stała z rękami złączonymi na wysokości talii, czekając na moje wezwanie. Nie widziałam jej wyrazu twarzy pod miedzianym pyskiem szczerzącego kły szakala.

Ponownie skupiłam uwagę na swoim talerzu, skubiąc leżącego przede mną pieczonego gołębia. Po raz pierwszy gościłam elitę rządzącą krajem, a marzyłam tylko o tym, żeby ten wieczór już się skończył.

Mój brat i ja siedzieliśmy przy stole z kości słoniowej ustawionym na podeście, z dala od większości biesiadników.

– Zjedz coś – zachęcałam Theosa, który przez cały czas trzymał ręce na kolanach, wykręcając nerwowo palce. Był równie nieszczęśliwy jak ja, tyle że nie umiał tego tak dobrze ukrywać.

– Nie jestem zbyt głodny.

– Słuchaj siostry. Ona dba o twoje dobro – odezwał się Pothejnos ze stołka u moich stóp.

Chociaż Theos rządził u mojego boku, ten eunuch, ku mojemu rozgoryczeniu, został w testamencie ojca ogłoszony jego regentem. Tym bardziej się wściekłam, gdy zobaczyłam, że Theos wykonuje polecenie Pothejnosa, a nie moje – zaczął jeść to, co miał na talerzu.

Lirzystka zaintonowała uroczą melodię i przez chwilę wsłuchiwałam się w muzykę. Pochodziła z Teb i była ulubienicą mojego ojca. Przypomniało mi to o zadaniu, które wyznaczyłam Pothejnosowi.

– Czy nie wysłałam cię po ostatnie zestawienie podatków z Teb? – zapytałam regenta.

– Tabliczka czeka w twoich komnatach, faraonie.

Szkoda, że był tak skuteczny w wypełnianiu swoich obowiązków, bo w przeciwnym razie miałabym powód, żeby trzymać go wraz z jego cuchnącymi włosami na większy dystans.

– Mogę zobaczyć to sprawozdanie? – zapytał Theos z pełnymi ustami.

– Nie ma takiej potrzeby, bracie.

Zasługuje na to, żeby mieć choć namiastkę dzieciństwa, pomyślałam, gdy znów zajął się jedzeniem. Wyraźnie wrócił mu apetyt.

– Skoro już o tym mowa, Pothejnosie, czy Teby zalegają z podatkami jak inni?

– Tak, faraonie. Ale stanowczo odradzam podejmowanie nierozważnych kroków. Zarządca Teb był serdecznym przyjacielem twojego ojca.

– Wiesz, co mój ojciec cenił sobie jeszcze bardziej niż przyjaźń? Pieniądze.

Pothejnos zacisnął wargi, które utworzyły linię prostą.

– Przyprowadź go do mnie.

Regent wciąż jeszcze nie przywykł do siły mojego uporu i już otwierał usta, żeby wyrazić sprzeciw, ale nie dałam mu dojść do głosu.

– Teraz.

Wolno podniósł się ze stołka, dając wyraz niezadowoleniu. Mogłabym go odprawić za zuchwałość, ale prawda była taka, że bałam się to zrobić.

Chociaż przygotowywano mnie do przejęcia władzy nad Egiptem, Pothejnos miał większe doświadczenie w codziennych pracach, dzięki którym państwo dobrze prosperowało.

Patrzyłam, jak udaje się na drugą stronę sali i podchodzi do zarządcy Teb. Ów dostojnik miał tyle lat, co ojciec, ale dumnie obnosił się ze swoim wiekiem widocznym na twarzy pooranej zmarszczkami i we włosach przyprószonych siwizną.

Wstał od stołu i ruszył za Pothejnosem. Skłonił się nisko u moich stóp.

– Faraonie. Składam ci dzięki za tę wspaniałą uroczystość. Niechaj twój ojciec znajdzie spokój w krainie umarłych.

Skinęłam głową, przyjmując jego błogosławieństwo.

– Uczta pełna splendoru i elegancji, tak jak nasza miłościwa królowa – kontynuował. W kąciku ust miał przyklejoną drobinkę tłustego jedzenia, przez co odruchowo zaczęłam ocierać wyimaginowane okruchy z własnych warg.

– Mój ojciec zasługuje na to, co najlepsze.

– Oczywiście. Zaprawdę był wybrańcem bogów, skoro dali mu tak wspaniałomyślną córkę.

– Wspaniałomyślność ma swoją cenę, nie sądzisz?

Zmrużył oczy.

– Tak, to prawda.

– Zauważyłam, że w trakcie ostatnich kilku lat panowania mojego ojca twoja danina znacząco się skurczyła.

– Królowo?

– Twoje podatki, zarządco. Otrzymujemy ich za mało.

– Ależ, faraonie, twój ojciec i ja mieliśmy umowę. Połowa moich podatków miała być wypłacana w winie.

– W winie? – powtórzyłam powątpiewającym tonem, choć z pewnością brzmiało to jak układ, na który przystałby ojciec.

– Nasze najznakomitsze partie zawsze słaliśmy do pałacu. Zdaje mi się, że dziś degustujemy część z nich.

Spojrzałam na Pothejnosa, który pokiwał głową. I chociaż jego mina się nie zmieniła, czułam, jak satysfakcja faluje wokół niego niczym miraż.

Ten eunuch wiedział i ani razu podczas naszych wszystkich rozmów na temat Teb nie wspomniał o ustaleniach ojca z zarządcą.

Czy był to pierwszy zwiastun jego zdrady? A może nazbyt łaskawym okiem patrzę na siebie samą z przeszłości? Nie, obiecałam wam prawdę, więc nie mogę niczego upiększać – nie zdawałam sobie sprawy z pobudek Pothejnosa.

– A dokąd trafia brakująca część z podatków, które pobieracie od mieszkańców? – spytałam zarządcę.

Popatrzył na mnie zmieszany.

– Utrzymanie winnic kosztuje, faraonie.

A zatem do jego własnego skarbca.

– Byłem przekonany, że obietnica twojego ojca będzie wiążąca również po jego śmierci. Jeśli jest inaczej, to z radością…

– Nie – stwierdziłam, czując, jak oddech trzepocze mi w piersi. Nigdy nie złamałabym słowa danego przez ojca. Nie mogłabym, to byłoby świętokradztwo. – Pozostanie tak, jak ustalił mój ojciec.

Machnęłam drżącą ręką na Pothejnosa, a ten odprowadził zarządcę na jego miejsce. Kiedy zbliżyłam puchar do ust, wino miało bardziej kwaśny smak niż przedtem.

– Ilu jeszcze miało specjalny układ z moim ojcem? – zapytałam chłodno regenta, gdy wrócił.

Eunuch z niezmienionym wyrazem twarzy wymienił pięć innych nieudokumentowanych kontraktów. Słuchałam, odnajdując wzrokiem każdego z biesiadujących zarządców. Wszyscy ochoczo raczyli się jadłem i napitkiem.

Jadłem i napitkiem, które sami przehandlowali, żeby nie wypuścić z garści pieniędzy. Moich pieniędzy. Ale skoro ta korupcja została usankcjonowana przez mojego ojca, kimże byłam, aby kwestionować ten stan rzeczy?

Pothejnos widział, jak rozglądam się po sali.

– Czy mam ich przyprowadzić na podest?

– Nie. Chyba wyjdę na chwilę zaczerpnąć świeżego powietrza.

Miałam nadzieję, że wymknę się niezauważona, ale kiedy tylko wstałam, cała sala wstała ze mną. Dotychczas już i tak miałam niewiele swobody jako córka faraona, ale teraz, jako nowy faraon, byłam uwiązana do tej ziemi i tego ludu w stopniu, do jakiego nie przywykłam.

Szłam przez zastawioną stołami salę, a zastęp straży podążał za mną. Zarządcy padali przede mną na twarz, kiedy ich mijałam.

Wbiłam wzrok w pasek nocnego nieba widoczny w otwartych wrotach i zatrzymałam się dopiero wtedy, gdy morska bryza poruszyła złotymi koralikami na mojej sukni, sprawiając, że zaczęły dzwonić.

– Zostawcie mnie na chwilę – powiedziałam do strażników.

Ahmose, dowódca mojej gwardii osobistej, wystąpił naprzód.

– Ależ, faraonie…

– Nic mi nie będzie – zapewniłam go. – Wiem, że nie możecie mnie całkiem zostawić, ale możecie mnie pilnować, stojąc w drzwiach pałacu. Proszę, pozwólcie mi udawać, że jestem sama.

Oczy Ahmosego złagodniały. Służył mi, odkąd oboje byliśmy bardzo młodzi. Ojciec wybrał go osobiście – zobaczył go w gimnazjonie, jak wygrywa turniej zapaśniczy.

– Jak sobie życzysz, faraonie. – Uniósł w górę pięść i pozostali strażnicy jak jeden mąż cofnęli się o krok. Skinął jeszcze głową w moją stronę, po czym odwrócił się na pięcie i odprowadził straże.

Zdjęłam plecione sandały i zanurzyłam stopy w piasku. Wśród fal migotało odbicie znajdującej się po drugiej stronie Aleksandrii.

– Nie potrafię rządzić – przyznałam na głos.

Morze nie miało na ten temat żadnego zdania.

Znałam się tylko na  n i e k t ó r y c h  aspektach władzy; moja edukacja rzadko wykraczała poza kwestie handlu, podatków i rolnictwa. Mocno brakowało mi zdolności dyplomatycznych.

Czułam się fatalnie.

– Jak mam rządzić, pozostając w twoim cieniu, ojcze? Bez pomocy daru Izydy?

Nagle usłyszałam za sobą coś jakby kwilenie i odwróciłam się, przekonana, że to któryś z pałacowych kotów. Ale ten odgłos wydała z siebie kobieta. Przycisnęła dłoń do ust, po czym osunęła się na piasek u moich stóp.

– Faraonie, przepraszam, chciałam tylko nieco odetchnąć przed następnym występem. Nie miałam pojęcia, że tu jesteś.

To ona w trakcie uczty grała na lirze.

– Wstań, lirzystko! – rozkazałam poirytowana, że zakłóciła moje rozmyślania, a jednocześnie zmartwiona tym, ile zdążyła usłyszeć.

– Pozwól, że się oddalę i zostawię cię w samotności.

Już miałam się zgodzić, kiedy przyszła mi do głowy pewna myśl.

– Pochodzisz z Teb, prawda?

– Tak, faraonie. – Zgodnie z poleceniem podniosła się z ziemi, ale nie patrzyła mi w oczy. Większość twarzy zasłaniały jej ciemne włosy.

– Czy wasz zarządca dobrze zawiaduje miastem?

Po chwili wahania pośpiesznie odpowiedziała:

– Bardzo dobrze, faraonie. O tak, bardzo dobrze.

– Mów prawdę. Z zestawień dowiaduję się niewiele.

Odgarnęła włosy i wreszcie na mnie spojrzała. Spodziewałam się, że jej spojrzenie będzie równie trwożne jak postawa, ale jej ciemne oczy przepełniała wściekłość. I już za chwilę miałam poznać tego przyczynę.

– Od pięciu lat, gdy nastaje achet, podnosi podatki. W Tebach szerzy się głód. Twoi ludzie umierają, faraonie.

Wzdrygnęłam się.

Moje pieniądze i  m o i  ludzie.

– Dziękuję za twoją szczerość, lirzystko. Przekaż, proszę, moim skrybom, że ze mną rozmawiałaś. Możesz wrócić do mojego pałacu, kiedy zechcesz. Od teraz jesteś dworzanką.

Jej oczy się rozszerzyły i znów padła przede mną na ziemię. Myślałam, że nigdy nie przywyknę do tych wszystkich przesadnych pokłonów. Ale oczywiście z czasem się przyzwyczaiłam.

– Faraonie, jeśli nie uznasz tego za zbytnią zuchwałość, pozwól mi powiedzieć coś jeszcze.

– Mów.

– Nie goń za cieniami. Rozpal własne światło.

A więc jednak mnie słyszała. Jej mądre słowa zostały ze mną na długo.

Wiedziałam, że nigdy nie będę swoim ojcem, któremu w rządzeniu pomagał wrodzony wdzięk. Ja miałam inne talenty. Nie mogłam zaprzeczyć, że popełniał błędy, choć trudniej było mi je dostrzec, gdy wciąż odczuwałam świeży ból po jego stracie.

Ale jeżeli miałam rządzić Egiptem, musiałam to robić po swojemu.

A musiałam rządzić Egiptem, ponieważ kochałam Egipt.

Opowiadacie historie o moich licznych kochankach, ale mało kto z was rozumie, że dla mnie pierwszą i być może jedyną prawdziwą miłością było moje państwo.

Egipt.

Kiedy byłam dzieckiem, ojciec zabrał mnie na małą łódź wiosłową. Cóż za splot niecodziennych okoliczności: po pierwsze, rzadko się zdarzało, by faraon sam wykonywał pracę fizyczną, po drugie, przebywanie z ojcem sam na sam również stanowiło wyjątek od reguły – zwykle towarzyszył nam ktoś jeszcze: gwardzista, skryba, Charmion. Ale tamtego dnia ojciec zażyczył sobie, żebym towarzyszyła mu tylko ja.

Popłynęliśmy na wschód, do Delty Nilu.

Patrzyłam na miasto przez roziskrzoną mgiełkę rozpryskującej się wody. Dar Nilu. Słowa napisane jakieś trzysta pięćdziesiąt lat wcześniej przez Herodota, którego wielu z was w swej głupocie nazywa „ojcem historii”. Historia nie ma ojca, ona jest uprawiana, wiecznie się rozrasta, nieustannie zmienia, a co najważniejsze, jej pędy przycinają i kształtują ci, którzy wydobywają je z cienia.

Chociaż traktowałam je z mniejszą rewerencją niż wam współcześni, ja również czytałam słowa Herodota i w tamtej chwili wypowiedziałam je na głos.

– Dar, owszem, ale także odpowiedzialność – odparł mój ojciec i wskazał na wodę pod nami. – W tym miejscu Nil spotyka się z morzem. Widzisz dwa prądy? Jeden niebieski i jeden brązowy?