Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Cztery stożki popiołu czerniły się na wyłożonej drewnem podłodze. Stanął na środku pokoju, czując wzbierającą w nim wściekłość. Jedyne, co pozostało po jego braciach, to dym i delikatny swąd spalenizny. […] Bezwiednie zacisnął pięści. Nadchodził czas zemsty.
Od setek lat toczy się walka między dwiema organizacjami skupiającymi nadnaturalne istoty: służącą dobru Gwardią i opowiadającym się po stronie zła Zakonem, które pragną posiąść kamienie dające potężną moc. Gdy jeden z nich dostaje się w ręce Zakonu, staje się jasne, że Gwardia musi zrobić wszystko, by odnaleźć ten drugi, od dawna zaginiony. Czas ucieka, a stawka jest wysoka...
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 290
Rok wydania: 2014
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Szła szybko korytarzem. Od kilku minut szukała Amelii i była już nieco poirytowana. Na rogu skręciła w prawo, w boczny segment i… aż zatoczyła się, gdy z impetem na kogoś wpadła.
– Och, przepraszam… – mruknęła odruchowo. Dopiero po chwili zdała sobie sprawę z tego, kto przed nią stoi. – Kenneth! – spojrzała na niego z zaskoczeniem. – Nie widzieliśmy się od zeszłego tygodnia! Myślałam, że coś się stało.
Cathy przyjrzała się uważnie swojemu chłopakowi. Nie wiedziała, że był dzisiaj w szkole. A skoro był, to czemu ani razu do niej nie wpadł, jak to zawsze robił?
Stał przed nią nieruchomo. Dziewczyna wyraźnie wyczuwała jego napięcie. Wydawał się przy tym zmieszany i wystraszony, jakby spotkanie Cathy było ostatnią rzeczą, jakiej pragnął.
– Ja… nie było mnie w mieście przez jakiś czas. Polowanie i te no, wiesz… – zamilkł na chwilę, po czym dodał przyciszonym głosem tak, by tylko ona mogła go usłyszeć. – Sprawy wilkołaków – wzruszył ramionami, próbując przybrać nieco bardziej rozluźnioną postawę.
Cathy pokiwała głową ze zrozumieniem, choć naszły ją pewne wątpliwości. Poczuła ścisk w sercu, po raz pierwszy nie wiedziała, co ma mu powiedzieć. Kenneth jednak wyręczył ją.
– Wybacz, ale pójdę już. Muszę kupić coś Suse w sklepiku…
I już go nie było.
– On coś kręci – odezwał się głos zza pleców Cathy.
– Wiem – odparła ze smutkiem, odwracając się do Amelii. Nie była pewna od jakiego czasu przyjaciółka stała obok niej. – Przez ostatnich kilka dni nie odebrał ani jednego mojego telefonu, nie odpisywał na wiadomości, a do tego nie widziałam go ani razu… a dzisiaj… tylko czemu miałby mnie unikać i kłamać?
– Pytałaś Suse? Może ona coś wie? – Amelia spojrzała na Cathy z wyraźnym współczuciem.
Dziewczyna w odpowiedzi pokręciła głową.
– Sama nie wiem, co się z nim dzieje. – Zamyśliła się. Jej błękitne oczy pociemniały, jak zawsze, gdy się czymś martwiła. Siostra Kennetha też zaczęła się zastanawiać, co się z nim dzieje. – To znaczy, że Kenneth ma coś na sumieniu, albo… – urwała. Nie chciała kończyć tego zdania.
– Chodźmy – rzuciła Amelia ze zdecydowaniem i pociągnęła ją za rękę w stronę klasy fizycznej. – Nie przejmuj się. Faceci już tak mają. Na pewno niedługo wszystko się wyjaśni.
Cathy odwzajemniła jej uśmiech, wdzięczna za słowa pociechy. Co prawda i tak była niespokojna o Kennetha, ale postanowiła, że pójdzie za radą Amelii i choć przez chwilę spróbuje się nie przejmować.
Nagle przed nimi rozległo się wołanie.
– Hej, dziewczyny! – w ich stronę pędził Chris, kolega z równoległej klasy. Machał do nich ręką.
Stanął przed nimi zdyszany i jak zawsze uśmiechnięty od ucha do ucha. Trzymał w ręku zwitki papieru.
– Mam coś dla was! – oznajmił ze szczerym entuzjazmem, podając im karteczki.
– Co to? – spytała Amelia.
– Zaproszenia na imprezę w ferie zimowe. U mnie, za tydzień – mrugnął do nich. – Mam nadzieję, że przyjdziecie…
– Ja nie mogę. – Amelia ze smutkiem pokręciła głową. Przez twarz Chrisa przemknął cień zawodu. – Wyjeżdżam na ferie. Wrócę na kilka dni przed końcem. Przykro mi.
– Noo, mnie też. – Chris spojrzał na nią z uwagą. – Ale mam nadzieję, że następnym razem się uda – puścił do niej oko, a Cathy z trudem powstrzymała śmiech na widok zmieszanej miny przyjaciółki.
Chris tymczasem spojrzał na Cathy.
– A ty? Będziesz? – spytał.
Amelia odchrząknęła.
– To wy się tu sami dogadajcie, a ja już idę pod klasę – powiedziała, po czym oddaliła się od nich szybkim krokiem.
Chris odwrócił głowę i odprowadził ją wzrokiem.
– No i skutecznie ją wypłoszyłeś – stwierdziła Cathy. – Wiesz, jak łatwo ją zawstydzić.
Chłopak machnął ręką, z powrotem przenosząc wzrok na towarzyszkę.
– Jasne. A ja i tak uważam, że za mną nie przepada. Ale nieistotne. Będziesz czy nie? Przychodzą wszystkie wyrzutki z tej budy.
Cathy popatrzyła na niego z niedowierzaniem. Miał oczywiście na myśli wszystkich przedstawicieli nadnaturalnych ras uczęszczających do ich szkoły.
– Wszyscy? – powtórzyła Cathy. – I zaprosiłeś Amelię? Chyba na głowę upadłeś! Jak to sobie wyobrażałeś, gdyby się zgodziła?
Amelia żyła w błogiej nieświadomości tego, że poza rasą ludzką po ziemi stąpają też inne. Cathy była przekonana, że tak jest dla niej lepiej.
– Wciąż jej nie powiedziałaś, co? – Chris uniósł brwi. – To chyba twoja przyjaciółka, nie? Zdaje się, że przyjaciółki nie mają przed sobą sekretów? Czy może źle rozumiem te wasze niepisane dziewczyńskie prawa?
Cathy zacisnęła usta w wąską kreskę i milczała przez chwilę.
– Tak, to prawda. Ale nie mogę jej powiedzieć o tym wszystkim… – pokręciła głową. – Może jakoś zniosłaby wiadomość o tym, że istnieją wampiry, wilkołaki i tego typu stworzenia, ale wątpię, czy zaakceptowałaby fakt, że ja należę bardziej do świata nadnaturalnego niż tego, w którym ona żyje. A nie chcę jej stracić. – Ostatnie słowa wypłynęły z jej ust ciche, w ogóle nieplanowane.
Chris wpatrywał się w nią przez dłuższy czas, po czym skinął głową.
– Okey, rozumiem. Jeśli nie chcesz, nie będę więcej prowokował takich sytuacji.
Cathy uśmiechnęła się z wdzięcznością.
– Dzięki, Chris. – Wyminęła go i już ruszyła w stronę klasy, gdzie czekała na nią Amelia, gdy przypomniało jej się, że nie powiedziała chłopakowi, czy będzie na jego imprezie. – A! Właśnie… przyjdę.
W odpowiedzi Chris wyszczerzył zęby w szerokim uśmiechu, po czym machnął jej ręką na pożegnanie.
Cathy westchnęła cicho, schowała zaproszenie do torby i skierowała się pod klasę na ostatnią w tym semestrze lekcję. Był piątek po południu, a za czterdzieści pięć minut miały zacząć się ferie.
***
Witam wszystkich słuchaczy w pierwszy poniedziałek ferii zimowych. Matka natura postanowiła zrobić prezent wszystkim dzieciakom i dzisiejszej nocy w końcu sypnęła śniegiem. Na zegarach ósma rano, a my proponujemy na początek programu coś, co na pewno was rozbudzi.
Głęboki i dziwnie kojący głos spikera lokalnej rozgłośni wypełnił kuchnię. Chwilę po jego obiecującej zapowiedzi z głośników starego radia ustawionego na parapecie popłynęła skoczna melodia jakiegoś hitu.
Cathy uśmiechnęła się, włączając czajnik. Kierowane jej myślami szafki kuchenne otwierały się i zamykały. Chwilę potem na bufecie znalazła się miska płatków. Pozytywna nuta z samego rana to było coś, czego potrzebowała. Poza tym nie lubiła, gdy w domu było cicho. Czuła wtedy jeszcze większą pustkę z powodu nieobecności ciotki.
Co prawda Lucinda nie była jej rodziną, tylko córką przyjaciółki Margaret, babci Cathy. Od śmierci staruszki Lucy przejęła nad dziewczyną prawną opiekę. I wkład własny w jej wychowanie rzeczywiście ograniczał się tylko do słownego zapisu na urzędowym dokumencie. Cathy nie miała nic przeciwko temu, jednak czasem zastanawiała się, czy nie lepiej by było, gdyby zamieszkała sama. Różnica w sumie i tak nie byłaby znacząca, bo Lucy rzadko dało się zastać w domu.
Lucinda Mayer pochodziła z rodziny centuri, jednak nie posiadała mocy. Miała do czynienia z nadnaturalnymi istotami zawsze, gdy wyjeżdżała w delegacje. Należała do grupy Ambasadorów Gwardii wymieniających informacje pomiędzy poszczególnymi siedzibami oraz negocjujących z przedstawicielami innych ras. Często nie było jej w domu przez całe tygodnie.
Cathy zjadła nieśpiesznie śniadanie, wstała z krzesła i wstawiła pusty talerz do zlewu, gdzie zajęła się nim samo myjąca gąbka. Karma dla Fiory, jej kota, sama nasypała się do miseczki. Cathy lubiła swoje moce. Szczególnie psychokinezę, dzięki której mogła robić wiele rzeczy naraz.
Babcia opowiedziała jej wiele rzeczy o umiejętnościach, które sama posiadała. Pomogła jej również nauczyć się kontrolować cztery żywioły – wyjątkowe moce, których nie posiadał żaden inny centuri. Stanowiły nieocenioną pomoc, szczególnie w trakcie walki, jednak miały jedną wadę – były zależne od faz księżyca. W czasie nowiu zanikały, natomiast najsilniejsze były podczas pełni.
Cathy weszła do przedpokoju, zarzuciła na siebie swój biały płaszcz, chwyciła torbę na ramię i wyszła z domu. Za niecałą godzinę miały zacząć się pierwsze w te ferie zajęcia taneczne.
Dzień był wyjątkowo ponury. Chłód przenikał aż do kości, Cathy mocniej opatuliła się szalikiem. Para wodna krystalizowała się w powietrzu przed nią z każdym jej oddechem. Mimo że ziemię pokrywała biała warstwa świeżego śniegu, gdy tylko Cathy znalazła się na zewnątrz, otoczyła ją gęsta, szara mgła. Ciężkie chmury przesłaniały słońce. Ale nie przez to dziewczyna tak nieswojo się czuła. Dziś był nów.
***
Wieczorem Cathy siedziała w salonie przy fortepianie i próbowała grać. Nie szło jej dobrze. Ciągle miała wrażenie, że instrument jest rozstrojony, choć poprawiała napięcie każdej struny z chirurgiczną precyzją. W końcu dała sobie spokój. Wstała ze stołka i obeszła fortepian, przesuwając palcami po czarnym, lakierowanym drewnie. Pamiętała czasy, w których ojciec dla niej grał. Uśmiechnęła się na to wspomnienie.
Kiedyś cała jej rodzina, którą stanowiła babcia i ojciec, mieszkała w Castle Port. Matka zmarła kilka dni po narodzinach Cathy. Gdy dziewczyna miała sześć lat, straciła ojca, a ona i jej babcia Margaret przeprowadziły się do Belford. Pamiętała dokładnie tamtą noc, podczas której zginął Arthur Montmaire. Przez dwanaście lat wspomnienia nie rozmyły się ani odrobinę, choć Cathy tak bardzo tego pragnęła…
Ciszę w salonie przerwał dochodzący z dworu szum. Cathy, wyrwana z zadumy, podeszła do okna i odsunęła żaluzje. Na zewnątrz szalała zamieć. Porywisty wiatr niósł ze sobą kotłujące się śnieżne kryształki i z furią rzucał nimi o szyby.
Westchnęła i pomyślała: „Nie ma to jak spędzać zimowe wieczory w samotności”. Odsunęła się od okna, spuszczając z powrotem żaluzje. Podeszła do kominka, chcąc dorzucić drewna do paleniska. Ogień trzaskał wesoło, a płomienie tańczyły swój hipnotyzujący taniec. Cathy usiadła na podłodze przy kominku, chcąc się trochę ogrzać. Wpatrzyła się w ogień, mrużąc lekko oczy.
Chwilę nicnierobienia przerwał rumor dochodzący z góry. Cathy drgnęła. Przestała być chroniona przez Gwardię kilka dni wcześniej. Od tamtej pory nie działo się nic niepokojącego, więc powoli zaczęła zapominać o zamieszaniu z Cieniem. Teraz jednak poczuła się nieswojo.
Chwilę później hałas powtórzył się. Dziewczyna zerwała się z podłogi. „Spokojnie” – pomyślała. – „To pewnie tylko Fiora”.
Weszła po schodach na piętro. Rozejrzała się wokół.
– Fiora! – zawołała. Już miała zajrzeć do pokoju gościnnego, gdy zauważyła, że drzwi na poddasze były lekko uchylone. Zmarszczyła brwi.
Weszła na kładkę, zamknęła je za sobą i ruszyła powoli po skrzypiących schodach. Ostrożnie stawiała kolejne kroki. Ciemność na poddaszu rozpraszał jedynie mały, tlący się ogarek waniliowej świeczki, którą zapomniała zgasić. Oświetlał on migotliwym blaskiem stół stojący na końcu pomieszczenia wśród wysokich regałów z książkami. Na środku pokoju majaczyły inne meble: fotele i sofy obite skórą. Wysoki, belkowany sufit ginął w mroku.
Cathy stanęła na szczycie schodów i rozejrzała się uważnie. Wszystko było w porządku, sprzęty stały na swoich miejscach. Nawet przeszklone kredensy z ziołami stały nieruszone.
„To co to był za hałas?” – zastanowiła się.
Podeszła do stolika. Dopiero po chwili wyczuła w powietrzu jakiś dziwny zapach przebijający się przez ostrą woń wanilii. Nie potrafiła go jednak rozpoznać. Był dziwnie świeży i słodki…
Nagle jej uwagę przykuł ruch w kącie. Odwróciła się błyskawicznie, unosząc ręce w gotowości do odparcia ataku. Wtedy rozległ się cichy trzask i kształt czający się w kącie runął w stronę Cathy. Odskoczyła wystraszona, a z jej gardła wyrwał się cichy okrzyk. Postać upadła na ziemię tuż przed jej stopami.
W tym momencie Cathy parsknęła śmiechem. Napastnikiem okazała się jej kotka zaplątana w płaszcze wiszące na wieszaku w kącie. Cały przybytek leżał teraz w bezładzie przed dziewczyną.
– Biedna kicia… – mruknęła pieszczotliwie, podchodząc do kupki ubrań i biorąc kotkę na ręce. – Wystraszyłaś się pewnie bardziej niż ja…
Fiora nie dała się nosić dłużej niż pół minuty. Potem zaczęła się wyrywać, prychać i drapać pazurami. Cathy jęknęła i puściła ją. Kotka wylądowała na podłodze i zaczęła wydawać z siebie pojedyncze, zirytowane fuknięcia skierowane w stronę dziewczyny.
Cathy zmarszczyła brwi, zastanawiając się, co to miało znaczyć. Fiora nie należała do zwykłych kotów. Potrafiła wyczuć obecność nadnaturalnych stworzeń. W ten sposób reagowała tylko na obcych.
Cathy zmartwiała. Lodowata dłoń niepokoju przesunęła się po jej karku. Przełknęła ślinę i odwróciła się powoli. Ogarnęła wzrokiem wnętrze. Większość strychu spowijał mrok, cienie tańczyły na ścianach i podłodze.
– Witam piękną panią… – odezwał się ktoś z ciemności.
Dopiero po chwili Cathy dostrzegła postać, do której należał głos. Na jednej z belek wiszących w poprzek stropu siedział młody, czarnowłosy chłopak. Kontury jego postaci zlewały się z otaczającym go cieniem. Wrażenie to potęgował jeszcze jego strój – czarna koszula bez rękawów i spodnie w tym samym kolorze. Przez panujący w pomieszczeniu półmrok Cathy nie widziała dokładnie jego twarzy.
W pewnym momencie intruz poruszył się lekko i zeskoczył z belki. Wylądował cicho i zwinnie na ziemi, z gracją, której mógłby mu pozazdrościć niejeden tancerz baletowy. Gdy w świetle świecy ukazała się cała jego postać, Cathy cofnęła się odruchowo.
Z pleców chłopaka wyrastała para czarnych jak smoła, błoniastych skrzydeł. Najbardziej zadziwiające w całej jego postaci były same dłonie. Ostro zakończone palce były dłuższe niż u normalnego człowieka.
– Co… panienka nigdy nie widziała Cienia po Przemianie? – spytał z drwiącym uśmieszkiem, unosząc ręce. Jego ramiona pokrywały czarne znaki, które biegły od nadgarstków aż po szyję zawijały się w stronę karku.
Cathy zacisnęła dłonie. Jej serce biło tak mocno, jakby chciało się wyrwać na zewnątrz. Była zła na siebie za taką reakcję. Wiedziała, że Cień bez trudu potrafił wyczuć, jak jej serce galopuje. Teraz naprawdę żałowała, że nie ma z nią Zefira.
Uniosła ręce. Wokół jej zaciśniętych pięści zatańczyły iskry elektryczności.
– Widziałam – odparła, z ulgą stwierdzając, że jej głos nie zadrżał. – Ale jeszcze nigdy nie spotkałam Cienia tak odrażającego jak ty.
Oczekiwała wybuchu złości, jednak przeliczyła się. Wyglądało na to, że jej słowa nie zrobiły na nim żadnego wrażenia.
– No proszę, proszę… – wymruczał, stawiając krok w jej stronę. Migotliwy blask świecy zatańczył na jego twarzy. Miał śniadą, jakby opaloną cerę, choć Cathy wiedziała, że to niemożliwe. Słońce było dla Cieni zabójcze. – Masz jeszcze odwagę, by bawić się słowami?
Jego skrzydła drgnęły i rozłożyły się, ukazując całą swą długość. Z diabolicznym uśmiechem na ustach chłopak wyglądał jak czarny anioł.
Cathy zrobiło się zimno. Nie był to jednak skutek strachu, choć po części i z tego powodu jej serce nie mogło się uspokoić. Wiedziała, co chce zrobić Cień. Szykował się do ataku, a w tym celu, by osłabić i zdezorientować ofiarę, zaczął pochłaniać energię otoczenia. Świeca zamigotała i zgasła. Poddasze pogrążyło się w mroku. Cathy wytężyła wzrok, by móc cokolwiek zobaczyć. Teraz jedynym źródłem światła była latarnia uliczna. Dziewczyna poczuła, jak gęsia skórka wspina się po jej ramionach.
– Wiem, że jesteś wściekły – zaczęła, próbując zapanować nad głosem. – Ale wysłuchaj mnie, proszę…
Cień zacisnął ręce w pięści.
– Z chęcią posłucham. Chciałbym dowiedzieć się, z jakiego powodu ty i jeden z twojej zgrai elfów zamordowaliście moich braci! – jego głos przywodził na myśl syk rozwścieczonego węża.
– Mylisz się! – w jej tonie pobrzmiewała desperacja. – To nie byliśmy my.
– A niby kto? – Cień wbił w nią swój lodowaty wzrok. Jego hebanowe oczy przeniknęły ją na wskroś, wywołując dreszcz. – To ślady waszej aury znalazłem w moim domu. Jak niby miałbym uwierzyć, że to nie wy stoicie za ich śmiercią? Masz na to jakiś dowód, panienko?
Cathy spuściła głowę. Westchnęła.
– To prawda, byliśmy tam, ale w roli negocjatorów. Twoi pobratymcy nas zaatakowali, ale przysięgam… – dalsza część zdania uwięzła jej w gardle.
W ułamku sekundy w dłoni chłopaka pojawiła się fioletowo-czarna kula niby-mgły. Chwilę później fluidy leciały w kierunku Cathy. Dziewczyna uniosła ręce, tworząc wokół siebie szklistą barierę. Kula odbiła się od niej i trafiła w podłogę, zostawiając po sobie osmalony ślad.
Cień nie tracił czasu. W błyskawicznym tempie znalazł się tuż przed Cathy. Wykonał ruch, jakby chciał uderzyć ją pięścią w brzuch, jednak nawet jej nie dotknął. Spod jego palców wydobył się strumień energii, który odepchnął ją z taką łatwością, jakby była szmacianą lalką. Upadła ciężko na ziemię, boleśnie obijając sobie ramię. Lekko zamroczona zdołała podnieść się do pozycji siedzącej i posłać w jego kierunku oślepiającą falę elektryczności. Cień skrzywił się pod wpływem nagłego światła i uniósł rękę. Strumień z sykiem odbił się od półprzezroczystej tarczy.
– Tylko na tyle cię stać, wiedźmo? – spytał z drwiącym uśmieszkiem.
– Nie chcę z tobą walczyć! – w głosie Cathy pojawiła się złość.
– Ale ja tak! – warknął.
Ponownie ją zaatakował. Cathy błyskawicznie zerwała się z ziemi, unikając trafienia. Cień rzucił się w jej stronę, jednak dziewczyna w porę to zauważyła. Wyciągnęła rękę w jego stronę, jakby chciała krzyknąć, by się zatrzymał. I stanął. Po ciele Cathy rozlało się drżenie, niełatwo było utrzymać chłopaka w miejscu. Przekręciła dłonią w bok. Niewidzialna fala uderzyła w Cienia i odepchnęła go na drugi koniec pokoju. Zatrzymał się na ścianie i padł na ziemię z cichym jękiem. Nie poruszył się. Spojrzał tylko na Cathy, a w jego czarnych jak smoła oczach malowała się nienawiść. Wyglądał jak uosobienie czystej furii. Cathy zacisnęła dłoń, wciąż próbując kontrolować jego ruchy. Był silny, to nie ulegało wątpliwości.
Nagle w powietrzu wokół niego zaczęła się tworzyć lekka, przywodząca na myśl dym papierosowy, mgiełka. Cathy wiedziała, co to było. Miała niewiele czasu na przekonanie Cienia.
– Pozwól mi wyjaśnić, co się stało. To nie Gwardia zniszczyła twoich braci. To byli członkowie Zakonu.
Chłopak zaśmiał się bez krzty wesołości. Mgła wokół niego gęstniała.
– A niby w jakim celu mieliby to robić? – spytał z drwiną w głosie.
Cathy przełknęła ślinę. O tym nie pomyślała. Teraz musiała wyjawić mu całą prawdę, która w sumie i tak niczego nie zmieniała.
– Bo mieli nadzieję, że mnie znajdziesz i zabijesz – odpowiedziała po chwili milczenia.
Cień zmarszczył brwi.
– Skoro chcą twojej śmierci, to czemu sami cię nie zabiją? Albo czemu po prostu nie poprosili mnie o przysługę, zamiast mordować mi rodzinę?! – ostatnie słowa były przepełnionym wściekłością krzykiem.
W jego oczach zamigotało coś na kształt rozpaczy, jednak Cathy nie zdążyła stwierdzić, czy to rzeczywiście było to. Ciemna tarcza, która do tej pory otaczała chłopaka, rozproszyła się i popłynęła w jej stronę. Straciła nad nim kontrolę. Spróbowała stworzyć wokół siebie barierę, jednak ciemna mgła tylko pochłonęła jej energię. Gdy jej dosięgła, Cathy zakręciło się w głowie. Poczuła potworne zmęczenie, jakby nie spała bez przerwy od kilku dni. Niemoc zaczęła ogarniać jej ciało. Cień wykorzystał jej dezorientację, zerwał się z podłogi, ponawiając atak.
Kolejne fluidy tym razem trafiły do celu. Cathy osunęła się na podłogę. Świat wokół niej rozjarzył się milionem iskier, które wdzierały się w jej oczy, wyciskając z nich łzy. W głowie eksplodował ból. Chciało jej się krzyczeć.
Jeszcze nigdy nie była tak beznadziejnie bezsilna. Czuła, jakby miała do dyspozycji całą energię, jakby kiwnięcie palcem mogło wyzwolić z niej siłę zdolną do zniszczenia wszystkiego wokół. Jednocześnie nie mogła się ruszyć. Paraliżował ją ból i wrażenie, że cały świat rozsypuje się na ostre jak brzytwa kawałki, które wbijały się w jej skórę. Miała wrażenie, jakby płonęła żywcem.
Tuż nad nią zamajaczył czarny kształt. Jego kontury były dziwnie rozmazane, niemal świetliste. Chwilę później silne szarpnięcie poderwało ją w górę, wyrywając jednocześnie z tego potwornego, jarzącego się zimnym blaskiem świata. Poczuła za plecami chłód ściany i to ją trochę otrzeźwiło. Skóra przestała palić, a pulsujący w jej głowie krzyk bólu nieco zelżał. Zamrugała powiekami. Przez mglistą zasłonę, która ogarnęła jej oczy, próbowała dostrzec choć jeden wyraźny punkt.
– Czemu? – usłyszała pytanie. – Czemu chcą cię zabić?
Głos zdawał się dochodzić z daleka. Był cichy i niemal delikatny, choć Cathy nie mogła mieć pewności, czy jej mózg nie stroi sobie z niej żartów.
Podniosła głowę i nagle, tuż przed sobą, dostrzegła wyraźnie jego twarz. Tęczówki nie były całkiem czarne, tańczyło w nich bursztynowe złoto. Cathy zacisnęła powieki i oparła głowę o ścianę za plecami, pozwalając, by na chwilę wypełniła ją słodka woń przywodząca na myśl rześkie powietrze po letniej burzy.
– Wal się – wymruczała.
Wiedziała, że to nie było najlepsze posunięcie, ale ją to nie obchodziło. Już nic nie miało znaczenia.
Poczuła, jak silne palce zaciskają się mocniej na jej ramionach. Otworzyła oczy i spojrzała wyzywająco na Cienia. Chłopak wydał z siebie coś na kształt warknięcia, ukazując przy tym lśniące, białe zęby. Położył dłoń na jej klatce piersiowej. Czubki jego palców zamigotały, stały się na wpół materialne…
Zrobił ruch, jak gdyby chciał zacisnąć je w pięść, ale zamiast tego wbił je w jej skórę, dokładnie nad sercem. Zupełnie, jakby chciał go dosięgnąć i wyrwać z jej piersi. Cathy krzyknęła. Wrażenie było takie, jakby ugodził ją nożem, sięgając przy tym samej duszy. Zaczęła się czuć coraz słabiej. Cień powoli pochłaniał jej energię życiową.
– Mów – zażądał.
Z gardła Cathy wyrwał się jęk.
– Zakon chciał mnie zwerbować. Odmówiłam – odpowiedziała w końcu. Jej głos słabł.
– A dlaczego sami nie chcą cię załatwić?
– Bo coś mnie chroni… Gwardia podejrzewa, że to rodzaj czaru… żaden członek Zakonu ani nikt, kto działa na jego zlecenie, nie może mnie zabić – westchnęła. – Zamordowali twoich braci, bo wiedzieli, że będziesz pragnął zemsty. Nie dali ci rozkazu, więc nie blokuje ciebie żadne zaklęcie – urwała na chwilę. – Mamy wspólnego wroga, zrozum to…
Na twarzy Cathy pojawił się grymas, gdy jej serce przeszył kłujący ból.
– Ach tak? – prychnął Cień.
– Tobie Zakon odebrał braci, a mnie ojca – wyszeptała. Nie wiedziała, czemu mówi to właśnie jemu. Przecież nie miała takiego zamiaru.
– Opowiedz mi o tym – zażądał.
Cathy milczała przez chwilę, wpatrując się w jego jarzące się oczy. W końcu spuściła głowę i odezwała się:
– To było latem, dwanaście lat temu.
***
Arthur Montmaire zamknął książkę i odłożył ją na szafkę nocną. Pochylił się i okrył kołdrą śpiącą w łóżku dziewczynkę. Następnie zgasił lampkę i z cichym westchnieniem wstał z fotela.
– Wiesz, że powinniśmy uważać… – odezwała się cicho starsza kobieta stojąca w drzwiach pokoju. Miała kruczoczarne włosy bez żadnego siwego pasma. Jej wiek zdradzały jedynie liczne zmarszczki wyryte na zmęczonej twarzy. – Małej grozi niebezpieczeństwo ze strony Zakonu, a ty jeszcze przyjmujesz od elfów kamień Azulu? Przecież Mistrz chce go dostać. – Jej głos zabrzmiał jak nagana matki, która karci dziecko za stłuczenie nowego wazonu.
– Mamo, daj spokój. Zakon zacznie się interesować Cathy dopiero, gdy ona podrośnie. Teraz nic jej nie grozi.
Na chwilę zapadła cisza. Potem odezwała się Margaret.
– Myślisz, że kamień ją ochroni – stwierdziła, kręcąc głową. – Ale on oznacza same nieszczęścia. Niewłaściwie użyty, może zniszczyć…
– Wiem o tym – głos Arthura był twardy. Mężczyzna jeszcze raz spojrzał na córkę. – To zabezpieczenie na przyszłość. I nie martw się. Ukryłem go. Nawet sidhe nie znają jego położenia. A dopóki Cathy nie dorośnie, nie będzie potrzebny.
Margaret znów pokręciła głową. Na jej twarzy pojawiły się kolejne zmarszczki, co było oznaką smutku.
– Popełniasz błąd. Nie znasz dobrze nowego Mistrza. Nie wiesz, do czego jest zdolny, kiedy czegoś pragnie…
– A ty wiesz? – gdy odpowiedziała mu cisza, dodał. – No właśnie.
Podszedł do drzwi, wyminął matkę i wyszedł na korytarz.
Minęła chwila i Margaret poszła za nim, przymykając za sobą drzwi. Cathy przewróciła się na drugi bok i wpatrzyła w nie szeroko otwartymi oczami. Wcale nie zasnęła. Słyszała całą ich rozmowę.
Wiedziała, że jest kimś wyjątkowym. Babcia zawsze jej o tym przypominała aż do znudzenia. Tłumaczyła jej pewne rzeczy związane z mocą centuri. Ale o tym, że Cathy grozi niebezpieczeństwo, usłyszała po raz pierwszy. No tak… przecież dorośli nigdy nie chcą straszyć dzieci.
Nagle usłyszała dzwonek do drzwi i ciche echo kroków w bocznym korytarzu prowadzącym do holu wejściowego. Potem wszystko nastąpiło bardzo szybko. Rozległ się głośny huk i było słychać krzyki. Wystraszona Cathy usiadła na łóżku. Drzwi do jej pokoju otworzyły się gwałtownie; do środka wpadła Margaret.
– Cathy, wstawaj. Musimy natychmiast stąd iść. – Starała się panować nad głosem, jednak dziewczynka i tak wyczuła w nim źle skrywaną nutę strachu.
– Babciu, co się stało? – spytała, gramoląc się z łóżka. Założyła swój sweterek i prowadzona przez Margaret wyszła na korytarz. Ostry zapach palonego drewna na chwilę pozbawił ją tchu. Zakaszlała.
– Nie teraz, kochanie. Ale nie bój się, wszystko będzie dobrze – mówiła cicho. Dziewczynka ledwo ją słyszała przez krzyki obcych głosów, trzask drewna i pękającego szkła.
Przy drzwiach do sypialni babci obejrzała się przez ramię. Na drugim końcu korytarza pojawiła się sylwetka jej ojca. Zaraz za nim zza rogu wyłoniły się, jedna po drugiej, trzy postacie ubrane w długie aż do ziemi, czarne płaszcze. Ich twarze do połowy zasłaniały obszerne kaptury.
– Tato! – wykrzyknęła dziewczynka ze strachem w głosie.
W następnej chwili babcia wepchnęła ją bezceremonialnie do sypialni i zatrzasnęła drzwi. Poprowadziła ją przed sobą do wielkiego, wąskiego obrazu wiszącego na przeciwległej ścianie. Dolna rama kończyła się kilkanaście centymetrów nad podłogą, zaś górna prawie dotykała sufitu. Wyglądało to trochę jak przejście do kolejnego pomieszczenia w domu. Malowidło przedstawiało część wiktoriańskiego salonu z kominkiem, gustownymi fotelami obszytymi kwiecistą tapicerką i innymi zdobionymi meblami. Cathy zawsze lubiła oglądać ten obraz.
Margaret dotknęła palcami kilku z licznych symboli wyrytych po lewej stronie drewnianej ramy. Wyglądały nieco inaczej niż pozostałe; były większe i bardziej skomplikowane. Gdy skończyła, znaki rozjarzyły się delikatnym blaskiem, powierzchnia materiału zafalowała, jak poruszana wiatrem firanka. Cathy złapała babcię za rękę i z zaskoczeniem patrzyła, jak farba spływa po płótnie, ukazując niewyraźne, wyblakłe kontury kominka, foteli i szafek, zupełnie innych niż tych namalowanych na obrazie. Z każdą sekundą wszystkie te szczegóły stawały się coraz lepiej widoczne, a kolory bardziej nasycone.
Nagle drzwi do sypialni otworzyły się gwałtownie i do środka wpadł Arthur. Cathy zacisnęła zęby, gdy zauważyła, że spod rozdartego rękawa jego koszuli sączy się krew.
– I co? – Margaret spojrzała na niego zaniepokojona.
– Szukają kamienia. Ktoś musiał zdradzić informację, że go mam. Zablokowałem ich na chwilę, ale zaraz pewnie złamią tarczę. – Spojrzał na córkę. – Musicie teraz udać się z babcią w bezpieczne miejsce, a ja do was dołączę.
– Arthurze… kto mógł na ciebie donieść?
Mężczyzna westchnął.
– O przeniesieniu kamienia wiedzieli tylko strażnicy i przywódcy Gwardii. Każde z nich składało Przysięgę. Jestem pewien, że Mistrz nie dowiedział się od nich niczego, nawet, jeśli dostał w swoje ręce któreś z nich. To musiał być ktoś spoza Gwardii.
– Czy kamień jest w domu? – Margaret zadała kolejne pytanie.
Na chwilę w sypialni zapanowała cisza. Słychać było jedynie podniesione głosy Zakonników, zmieszane z dudnieniem podobnym do grzmotu. Wszystkie te dźwięki brzmiały jednak dziwnie cicho, jakby dochodziły z daleka.
– Nie – odparł w końcu Arthur. – Ale i tak mi nie uwierzą.
W tych słowach było coś, co sprawiło, że Cathy poczuła w sercu chłód. Ojciec podszedł do niej i przyklęknął. Ujął jej twarz w dłonie. Przylgnęła do nich słodka woń ozonu i palonego drewna. Huki w korytarzu stawały się coraz głośniejsze. Cathy zadrżała, czując, jak jej oczy wypełniają się łzami.
– Nie bój się, Cathy, nie płacz. Oni nigdy ci nic nie zrobią. Obiecuję – rzekł z mocą. Szepnął jeszcze coś w jakimś dziwnym języku, którego nie zrozumiała; słowa brzmiały jak cichy szum wiatru. Potem pocałował ją w czoło. Cathy poczuła, jak spokój rozlewa się w jej sercu. – Kocham cię, malutka. Choćby nie wiem, co się stało, zawsze będę cię chronił. – Coś zalśniło w jego oczach, ale Cathy nie zdołała się temu przyjrzeć, bo wstał, odwracając od niej wzrok. Spojrzał na Margaret. – Idźcie. Przejście nareszcie otwarte.
Babcia pociągnęła Cathy za rękę i razem przeszły przez ramę obrazu. Zanim otoczyła je srebrzysta poświata, dziewczynka usłyszała trzask drewna i krzyk, sekundę później pokój za nimi zalało jasne światło. Cathy nagle uświadomiła sobie, że to, co widziała w oczach ojca, to nie było jakieś dziwne, magiczne lśnienie. To były łzy.
Potem dziewczynka czuła już tylko, jak spada.
***
– To był ostatni raz, gdy go widziałam – dokończyła Cathy. Czuła się potwornie słabo. Gdyby Cień nie trzymał jej wciąż w mocnym uścisku, pewnie osunęłaby się na podłogę.
Chłopak zmarszczył brwi i milczał przez chwilę. Gdy w końcu się odezwał, ton jego głosu wydał się wręcz łagodny.
– Nie dotrzymał obietnicy? Nie chroni cię przecież.
Cathy pokręciła głową.
– Chroni – odparła słabnącym już głosem. – Mówiąc to, miał na myśli czar, który rzucił.
– I tęsknisz za nim. – To było bardziej stwierdzenie faktu niż pytanie.
Cathy się nie odezwała. Odpowiedziała za nią łza spływająca jej po policzku. Skapnęła na jego dłoń, której palce wciąż sięgały zachłannie w stronę jej serca. Zacisnęła powieki, odcinając innym drogę na zewnątrz. Nie chciała przy nim płakać.
– Rozumiem… – szepnął. W jego głosie brzmiał ból. A może tylko jej się wydawało? Świadomość Cathy oscylowała na granicy snu i jawy.
Rozumiem. Było to ostatnie słowo, które usłyszała, potem pochłonęła ją ciemność.
Biegł przed siebie. Wyczuwał swoją ofiarę. Strach płynący w jej żyłach jak trucizna napędzał go i dodawał sił. Pozwolił, by to słodkie uczucie wypełniło go całego. Dał się ponieść pragnieniu. Pragnieniu energii i życia, które emanowało z uciekającego przed nim mężczyzny.
To pomogło mu się zmienić. Poczuł piekący ból na skórze ramion, gdy pojawiły się na nich czarne znaki – symbole przynależności do Mroku. Z jego pleców wyrosła para skrzydeł, dłonie zaczęły go mrowić, gdy palce wydłużały się i wyostrzały. To była najdoskonalsza broń. Wampirze kły się do nich nie umywały. Dzięki nim każdy Cień mógł wysysać z ofiary energię życiową bez potrzeby brudzenia się krwią.
W końcu dopadł swą ofiarę. Nie lubił gry w kotka i myszkę, jak niektórzy z jego rodzaju. Nie miał zwyczaju bawienia się jedzeniem.
Po Przemianie był szybszy i silniejszy. Zdobycie takiej kolacji było dla niego pestką. Zatopił ostre palce w piersi mężczyzny, nieczuły na jego krzyki i błagania. Uśmiechnął się jedynie, czując, jak słodka niczym nektar bogów energia życiowa powoli wypełnia jego ciało.
Serce mężczyzny stanęło po kilkunastu sekundach. Miało słaby, niedoskonały i nierówny rytm przesiąknięty strachem i adrenaliną. W ciągu dwustu lat swojego istnienia spotkał tylko dwie osoby, których serca biły w idealnym rytmie. Miał przyjemność sprawienia, że jedno z nich zamilkło, lecz drugie wciąż wybijało melodię wieczności.
Puścił swoją ofiarę i wyprostował się. W jego umyśle znów pojawił się nieproszony obraz Catherine Montmaire. Była naprawdę pewna siebie, skoro myślała, że uda jej się z nim wygrać. Nie, Angelo Muse nigdy się nie poddawał. Nigdy nie cofał się przed zadaniem ostatecznego ciosu, a tym razem chodziło o pomszczenie jego braci.
Ale tamtej nocy… zdarzyło się coś dziwnego. Jeszcze nigdy nie czuł się jak wtedy. Zrozumiał ją, choć myśl o tym paradoksalnie napawała go wściekłością. I jednocześnie, choć za wszelką cenę nie chciał tego przed sobą przyznać, pojawiła się w nim iskra ciekawości.
Zacisnął pięści. Palce przybrały na powrót normalną długość. Na prawej dłoni – tej, którą zaatakował dziewczynę – widniała teraz jasna, srebrzysta smuga w miejscu, gdzie skapnęła na nią jej łza. Ten ślad nie pozwalał mu zapomnieć.
Wyszedł z bocznej uliczki i ruszył przed siebie, wracając do swojej ludzkiej postaci. Nie zdawał sobie jeszcze sprawy z tego, że ktoś go obserwuje.
***
Powrót z czarnej nicości był jak wypłynięcie na powierzchnię wody po nurkowaniu na bezdechu. Tępy ból w skroniach świadczył o tym, że wciąż żyła. Po śmierci chyba nie czuje się bólu, prawda? Cathy z trudem otworzyła oczy. Leżała na jednej ze skórzanych sof znajdujących się na poddaszu. Przez okna wpadały do środka promienie zachodzącego słońca.
Usiadła powoli i rozejrzała się, mrużąc powieki. Na podłodze i ścianach widniały osmalone ślady – dowody na to, że walka z Cieniem nie była tylko snem.
Cathy odgarnęła z czoła kosmyki kruczoczarnych włosów. Na oparciu sofy siedziała Fiora, świdrując ją swymi zielonymi ślepiami. Jej ogon – biała kreska na tle czarnego futra – poruszał się rytmicznie.
Dziewczyna wstała i chwiejnym krokiem przeszła przez strych w kierunku schodów. Nie wiedziała, jak długo spała. Jej umysł zaprzątało jednak teraz inne pytanie: Dlaczego Cień jej nie zabił? Może udało jej się go przekonać? Może w końcu zrozumiał, że nie są wrogami?
Zeszła na dół do kuchni. Zegar elektroniczny z kalendarzykiem wskazywał 16.37. Cathy nie zdziwiła się specjalnie, gdy zobaczyła datę. Spała prawie osiemnaście godzin. To i tak krótko, jak na ilość energii, którą straciła. Poczuła gwałtowny ucisk w żołądku; kiszki grały jej marsza.
Nagle drzwi lodówki otworzyły się gwałtownie i z hukiem uderzyły w ścianę. Cathy wzdrygnęła się. Co u diabła? Wróciło do niej wspomnienie zeszłego wieczoru – wrażenie potęgi, iskrzący dotyk czystej elektryczności przepływającej między palcami jej dłoni, a także jednoczesna bezsilność i niemożność wykonania jakiegokolwiek ruchu. Wcześniej miała już do czynienia z Cieniami, ale nigdy tak naprawdę nie poznała wszystkich technik ich walki. Czy było możliwe, że po ostatniej nocy jej wskaźnik samokontroli nieco się rozregulował?
Westchnęła. Jeszcze raz spróbowała użyć psychokinezy, tym razem skupiła wszystkie swoje myśli na wolnej zmianie położenia żółtego sera. Udało jej się bez problemu przetransportować go na blat kuchenny. To samo zrobiła z resztą składników na kanapki, choć w pewnym momencie pomidor o mały włos nie rozpłaszczył się o podłogę. „Nie najgorzej” – pomyślała. Zostało jej tylko pokrojenie chleba. Dziewczyna spojrzała na jeden z noży leżących na szafce. Nie, wolała nie ryzykować. Resztę zrobiła ręcznie.
***
Godzinę później Cathy stała przed lustrem w łazience, rozczesując włosy. Po długim, gorącym prysznicu poczuła się o wiele lepiej; zupełnie jakby woda zmyła z niej część bólu i otępienia.
Spięła włosy wysoko w koński ogon i jeszcze raz przyjrzała się swemu odbiciu. Patrzyły na nią duże, jasnoniebieskie oczy z ciemniejszymi obwódkami wokół tęczówek. Zawsze blada cera zdawała się teraz niemal biała jak papier. Sińce pod oczami zdradzały zmęczenie.
Cathy wyszła z łazienki i ruszyła wolnym krokiem w stronę salonu. Gdzieś między jednym westchnieniem a drugim pomyślała, że powinna skontaktować się z Zefirem i opowiedzieć mu o tym, co się wydarzyło zeszłej nocy. Stwierdziła jednak, że ta sprawa może poczekać. Nagle zatęskniła za delikatnym dźwiękiem fortepianu.
Za oknami słońce już całkowicie schowało się za horyzontem. Niebo było czarne. Cathy usiadła przy instrumencie. Smukłymi palcami pianistki uderzyła w kilka przypadkowych klawiszy. Potem zaczęła grać właściwą piosenkę – cichą melodię walczyka, którą często grywał jej ojciec. Nie musiała nawet patrzeć na kartki z nutami leżące przed nią; znała tę piosenkę na pamięć. Zaczęła nucić pod nosem słowa. Wolna, przesiąknięta nostalgią melodia wypełniła ją całą. Dla Cathy zawsze oznaczała ojca. Uderzała w kolejne klawisze, kiwając się w nadawanym przez muzykę rytmie. Po chwili już tak się w tym zatraciła, że świat wokół niej przestał istnieć. Mógłby się walić, a ona grałaby dalej, bez mrugnięcia okiem.
A jednak… w pewnym momencie wyczuła w powietrzu jakąś woń. Wydała jej się dziwnie znajoma. Przywodziła na myśl zapach powietrza w ciepły letni wieczór tuż po burzy. Cathy wciąż grała, a woń stawała się coraz bardziej intensywna. Dziewczyna zmarszczyła brwi, próbując przypomnieć sobie, skąd ją zna.
Gdy po dłuższej chwili melodia dobiegła końca, już wiedziała, skąd zna ten zapach. W tym momencie ktoś zaczął klaskać.
Cathy odwróciła się gwałtownie i spojrzała na chłopaka siedzącego w fotelu. Nie miał skrzydeł, jego palce były normalnej długości. Wyglądał jak zwykły nastolatek na oko niewiele starszy od Cathy. Dziewiętnasto-, najwyżej dwudziestoletni. Mimo tego jej serce chwyciła lodowata dłoń strachu.
– Co tu robisz? – spytała ostro bez zbędnych wstępów. – Wróciłeś, żeby skończyć to, co zacząłeś?
– Cóż… nie powiem, żebym się spodziewał ciepłego powitania… – uśmiechnął się pod nosem. Jego czarne, zmierzwione włosy opadały mu na czoło, a duże oczy błyszczały bursztynowym blaskiem. – Nazywasz się Catherine Montmaire, mam rację?
Dziewczyna zmarszczyła brwi. Zaczęła się zastanawiać czy to, co widzi i słyszy, nie jest tylko wytworem jej zmęczonego umysłu. Przecież Cień dzień wcześniej chciał ją zabić.
– A co to ma do rzeczy? – spytała.
Cień uniósł ręce.
– Nie przyszedłem, żeby cię zabić – odparł, jakby czytał jej w myślach. – Gdybym chciał to zrobić, już dawno byłabyś martwa. A o imię pytam, bo dziwnie się z kimś rozmawia, nie wiedząc o nim tak podstawowej rzeczy. Dla ścisłości… jestem Angelo Muse – przedstawił się, przeciągając nieco literę u
