Kławka - Maryna Hrymycz - ebook
NOWOŚĆ

Kławka ebook

Maryna Hrymycz

0,0

Opis

Powieść zabiera czytelnika do siermiężnej rzeczywistości Kijowa z roku 1947. Z wolna odbudowująca się po II wojnie światowej stolica radzieckiej Ukrainy jest bohaterem równie ważnym co tytułowa Kławka, sekretarka w Związku Pisarzy. To przez pryzmat jej doświadczeń, złudzeń i zauroczeń czytelnik obserwuje rozrastającą się matnię nacisków i pogromów literackich, donosów i kompromisów z własnym sumieniem. Nieskomplikowana akcja toczy się w precyzyjnie określonej topografii Kijowa oraz nieodległego Irpienia (miejsca wypoczynku ówczesnej bohemy literackiej), zaś autorka pieczołowicie uzupełnia tekst o przypisy, aktualizujące mapę wydarzeń. Choć plenum Związku Radzieckich Pisarzy Ukrainy z roku 1947, na którym bezlitośnie skrytykowano m.in. Jurija Janowskiego oraz Maksyma Rylskiego, może uchodzić za centralne wydarzenie powieści, równoległe doświadczenie niepotrzebnych już „bohaterów”, inwalidów wojennych, którzy pewnej nocy po cichu są wywożeni, by nie psuli wizerunku stolicy, jak krąg koncentryczny wpisują się w osobistą biografię Kławki.

Książka ukazała się w ramach Literary Eastern Express – projektu realizowanego przy wsparciu Unii Europejskiej w ramach programu Kreatywna Europa.

O Autorce:

Maryna Hrymycz (ur. 1961 w Kijowie) – ukraińska pisarka, antropolożka, menedżerka kultury, wydawczyni, dyplomatka. Doktorka habilitowana nauk historycznych, doktorka nauk filologicznych, profesorka, członkini PEN Ukraine, Narodowego Związku Pisarzy Ukrainy, Narodowego Związku Krajoznawców Ukrainy, Memory Studies Association. Autorka sześciu monografii, redaktorka licznych monografii zbiorowych i tomów naukowych. Ogłosiła drukiem 20 powieści i opowieści. Wśród nich trylogia: „Kławka” (2019, krótka lista Narodowej Nagrody im. Tarasa Szewczenki), „Jura” (2020), „Łara” (2023), a także „Frida” (2006, 2012) oraz „Czerwony mak w rosie” (2005, 2011). Założycielka (2005) i redaktorka naczelna Wydawnictwa Duliby.

O Tłumaczce:

Halina Surowiec (ur. 1981) – historyk literatury, polonistka, tłumaczka z języka ukraińskiego. Pasjonuje się literaturą kresową. Autorka monografii „Sen o Ukrainie” poświęconej szkole ukraińskiej w literaturze polskiej okresu międzywojennego. Przetłumaczyła na polski m.in. „Na brzegu Jarynia” Aleksandra Kondratiewa, powieść „Zniewolona” opartą o cieszący się w Polsce ogromną popularnością serial, współtłumaczyła „Zapiski o Annie Achmatowej” Lidii Czukowskiej i inne. Przygotowała do druku korespondencję Jewhena Małaniuka z Jerzym Giedroyciem (1948–1963), wybór publicystyki Józefa Łobodowskiego „Poeta wobec ruchów sejsmicznych historii”, jest autorką posłowia do pierwszego wydania zbiorowego „Opowiadań podolskich. Przed wschodem księżyca” Juliana Wołoszynowskiego.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 331

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Seria wydawnicza Wschodni Express

Rozdział 1

Z trudem łapiąc oddech, dziewczyna drżącą ręką wcisnęła dzwonek i z niepokojem zza ciężkich drzwi nasłuchiwała kroków zezłoszczonej jej spóźnieniem Jełyzawety Petriwny.

Od chwili, gdy Kławka jak poparzona zerwała się z łóżka, naprędce „wyczyściła piórka” i wybiegła z domu, pędząc na przełaj przez osiedlowe uliczki do budynku ROLIT-u1, minęło zaledwie siedem minut. Gdy stanęła przed drzwiami na drugim piętrze, była już katastrofalnie spóźniona. Za moment Jełyzaweta Petriwna z lodowatym spojrzeniem otworzy drzwi i wycedzi cicho: „Dzień dobry, Kławdijo, proszę wejść!”.

Ech, to jej „Kławdijo” jest po stokroć gorsze od każdego: „Towarzyszko Błażkiewycz, naruszyliście dyscyplinę pracy”, których musiała się nasłuchać od kierownictwa.

Jełyzaweta Petriwna nawet nie napomknie o tym, że Kławka spóźniła się dwadzieścia (tak, dwadzieścia!) minut, ale cała postawa pisarki, każdy jej gest, każde słowo rzucone półgębkiem będzie świadczyło o tym, że z trudem trzyma się w ryzach. Przecież gdy brała sobie do pomocy maszynistkę Kławkę, mówiła wprost: „Mam kilka wad. Na przykład, nie toleruję spóźnień. Wiem, że to nie jest koniec świata, ale nic na to nie poradzę”. Kławka nerwowo dreptała w miejscu, stojąc na wilgotnej (ciekawe, kiedy zdążyli ją przepłukać?), podartej, ale starannie złożonej ścierce przed drzwiami wejściowymi, i przyglądała się napisom pod dzwonkami do mieszkań komunalnych: Prochorowa J.P., Głucheńki I.P., czysta kartka przy trzecim (jeszcze niezamieszkałym) lokalu. Wreszcie usłyszała szuranie kapci Jełyzawety Petriwny. Niepewnie analizowała, czy te kroki rzeczywiście należą do jej mocodawczyni. Pisarka zazwyczaj chodziła dziarsko. Zawsze gdzieś się śpieszyła, stale miała poczucie, że nie nadąża, dlatego wszystko robiła szybko. Co prawda, jej koordynacja ruchowa nie należała do najlepszych. Pędząc do drzwi, zwykle przewracała rzeczy, które stały jej na drodze – odrzucała stopą obuwie, gdy było akurat nie na swoim miejscu, celowo lub przez przypadek strącała z wieszaków byle jak zawieszone kapelusze. A dziś wszystko wyglądało inaczej. Ledwo dowlekła się do drzwi. Gdy wreszcie otworzyła zamek, najpierw soczyście zaklęła i dopiero się przywitała:

– Dzień dobry, Kławeczko! Dobrze, że pani się spóźniła. Tak okropnie dziś spałam!

O zarwanej nocy mogła nawet nie wspominać. Wszystko i tak było wypisane na jej twarzy. Kławka odetchnęła z ulgą, że tym razem udało się jej uniknąć eksplozji gniewu. Drepcąc, ruszyła w ślad za Jełyzawetą Petriwną. Był sobotni poranek. Godzina ósma. Z pokoju Jełyzawety Petriwny wymknęło się dziewczę z wiadrem i ścierką w ręku. To Motia, siostrzenica pisarza Głucheńkiego, który dzielił z Prochorową mieszkanie komunalne. Jełyzaweta Petriwna od czasu do czasu korzystała z jej pomocy w obowiązkach domowych.

– Dobry! – przywitała się chudziutka dziewczyna z grubym jasnym warkoczem, ubrana w wyblakłą suknię perkalikową, i zaraz czmychnęła do toalety, by wylać wodę z wiadra. W pokoju Jełyzawety Petriwny pachniało świeżo wymytym parkietem. Kławka lubiła zapach tego mieszkania – i podłóg, i starych książek poustawianych na wysokim aż po sufit regale. Niepojęte, jakim cudem udało się ocalić tę bibliotekę. Mieszkańcy ROLIT-u, ukraińscy pisarze radzieccy, w czasie wojny zostali jak jeden mąż ewakuowani albo do Ufy, albo do Taszkentu, albo do Ałma-Aty. Natomiast w ich mieszkaniach przez dwa lata „gzili się faszyści ze swoimi szmatami”. Po wyzwoleniu Kijowa spod okupacji niemieckiej przez zwycięską Armię Czerwoną wszystkie mieszkania ROLIT-u zostały ponownie rozparcelowane i nie każdemu dawnemu mieszkańcowi udało się powrócić na stare śmieci. To, że Jełyzawecie Petriwnie nikt nie zabrał lokalu, było bardzo podejrzane. Jej metraż zdecydowanie przekraczał normy. Poza tym wróciła do Kijowa nie w roku 1944, jak wszyscy pozostali pisarze, tylko w 1946, a pokoik – o dziwo – cierpliwie czekał na nią wraz z całym skromnym dobytkiem i wspaniałą biblioteką. Kławka odruchowo obrzuciła lokal pisarki wprawnym okiem starej panny. Panował tu nienaganny sobotni porządek. Postawiła torebkę na stołku przy samym wejściu, sama zaś poszła do łazienki umyć ręce. Inaczej Jełyzaweta Petriwna nie dopuściłaby jej do swojego zdobycznego Remingtona. Siadając na krześle przy biurku, dziewczyna zauważyła, że maszyna do pisania miała założoną nową taśmę (niebywałe zbytki!), a obok niej stała sterta żółtych kartek i nowa (nowa!) kalka.

– Skąd ta tasiemka? – zapytała żartobliwie, gdy nieco nabrała odwagi, po tym jak jej spóźnienie uszło płazem.

– A niby skąd? Z Jewbazu2, wiadomo!

Kławka parsknęła beztroskim śmiechem, który tak bardzo lubiła Prochorowa.

Na biurku po lewej stronie, w pobliżu okna, leżał rękopis z wierszami dla dzieci. Nie wyglądał okazale, a więc to teksty do czasopisma „Barwinok”. Krótko po nawiązaniu współpracy z Jełyzawetą Petriwną Kławka nauczyła się rozpoznawać humor pisarki i jej samopoczucie po charakterze pisma. Już po pierwszej stronie mogła się domyśleć, że wiersze były pisane w nocy, i to nie przy biurku, tylko w łóżku. Papier był pomięty, pismo nierówne, biegnące w dół, literki przypominały kijanki.

Jełyzaweta Petriwna brała „chałturki” (w ten sposób nazywała pisarstwo dla dzieci), kiedy potrzebowała „szybkich pieniędzy”. Sprawnie je pisała, jakby łuskała pestki. Zapisywała od razu na czysto, starannym pismem, praktycznie bez poprawek, z kompletem znaków interpunkcyjnych. Wierszyki dla dzieci regularnie „karmiły” pisarkę, ale Prochorowa nie miała do nich żadnego sentymentu. Ostatecznie nie po to przyszła na świat, by skrobać wierszyki dla dzieci, tylko by otrzymać nagrodę imienia Stalina – w ten sposób zdarzało się jej żartować po jednym głębszym.

Kławka energicznie, zgodnie z upodobaniami pisarki, zabrała się za przepisywanie. Oszacowała, że dość szybko upora się z tym materiałem.

Jełyzaweta Petriwna siedziała na swoim ulubionym fotelu, otulona pledem, miętoliła w rękach papierosa (paliła zawsze w lufciku, aby nie zasmrodzić pokoju), patrząc na górne półki regału z książkami, i myślała o czymś swoim.

Kławka nie zdążyła teatralnie unieść dłoni nad maszyną do pisania, by na wzór pianisty zamrzeć na chwilę nad klawiszami, gdy zza ściany doleciał okropny dziecięcy wrzask przypominający warczenie Messerschmitta. Czyli synek Głucheńkiego się obudził.

– Stan najwyższej gotowości! – zażartowała Prochorowa, wprawdzie dość niemrawo.

Kławka lubiła to określenie. W kręgu pisarskim uważano je za „sosiurowskie”. Oczywiście na próżno szukać go w jakichkolwiek słownikach oficjalnych, ale dokładnie odzwierciedlało postawę krytyka, który nieraz dyktował jej swoje recenzje, w tym również nieszczęsny paszkwil na Sosiurę. Wtedy właśnie Wołodymyr Mykołajowycz napisał słynny epigramat na owego pismaka, utwór krążył teraz w obiegu pisarskim, jak element folkloru:

Pleciesz byle jak językiem.

Jesteś watą, nie krytykiem.

Kławka ocknęła się ze wspomnień, a Jełyzaweta Petriwna parsknęła śmiechem przetykanym kaszlem:

– Odliczamy: dziesięć, dziewięć, osiem, siedem, sześć…

Gdy wypowiadała zero, drzwi do jej pokoju otworzyły się na oścież, łupnęły mosiężną klamką o ścianę, krusząc kolejny kawałek tynku, a na progu stanął zarumieniony od snu trzylatek. Na policzku miał jeszcze odcisk od poduszki.

– Zdychaj, faszystowski gadzie! – wrzasnął, celując w Jełyzawetę Petriwnę ojcowską kulą, wyobrażając sobie najpewniej, że trzyma w ręku karabin. – Pach – pach – pach! – wypuścił serię, jednak zbyt ciężka dla niego „broń” wypadła z ręki i łupnęła o podłogę.

Jełyzaweta Petriwna bardzo teatralnie padła do tyłu i przekrzywiła nieco w bok głowę, zabawnie wysuwając język, jakby rzeczywiście przeszyła ją seria z karabinu.

W tym momencie do pokoju wbiegła nieuczesana kobieta. Na jej pięknej i młodej, ale zmęczonej twarzy również zakarbowały się ślady bezsennej nocy.

– Ojej, przepraszam, Jełyzaweto Petriwno, na Boga, niech się pani nie gniewa!

A potem do syna:

– Ile razy mam ci powtarzać, że nie wolno celować do ludzi, a już tym bardziej do Jełyzawety Petriwny?!

– Pseplasam bałdzo! – serdecznie wyraził skruchę chłopczyk i niechętnie ruszył w stronę wyjścia, wleczony za rękę przez Oleńkę, żonę poety-żołnierza Iwana Porfyrowycza Głucheńkiego.

W progu chłopczyk zdążył podpytać Jełyzawetę Petriwnę:

– A napisałaś dla mnie wiełszyk?

– No pewnie! – przytaknęła pisarka. – Napisałam. Ale nie mogę ci go przeczytać.

– A dlacego? – z niekłamanym żalem w głosie zapytał.

– Ponieważ przed chwilą mnie zabiłeś!

W głowie chłopca zaczęły tworzyć się związki przyczynowo-skutkowe, co natychmiast znalazło odbicie na twarzy.

– Nie, nie zabiłem cię! – powiedział wreszcie z pełnym przekonaniem.

– Jak to nie? Mam na to świadków! – Jełyzaweta Petriwna wskazała na otoczenie.

Chłopczyk nadal żmudnie analizował sytuację i wreszcie wyrzucił z siebie w pełni szczerze:

– Pseplasam bałdzo, więcej tak nie zlobię!

– Zobaczymy! No dobrze, przyjdź do mnie wieczorem, poczytam ci.

– Psyjdę – z radosnym przekonaniem zawołał chłopczyk, znikając na korytarzu wleczony przez mamę. Już za zamkniętymi drzwiami pochwalił się, jakby sama nie słyszała:

– A ja psyjdę do Lizy na cytanie wiecolem!

Odpowiedział mu surowy głos:

– Maksiu, do osób starszych nie mówimy na „ty”, ile razy mam ci to powtarzać?!

– Och, pseplasam! – z niekłamanym żalem zawołał chłopczyk.

– Ciszej mów! Tatę obudzisz! On znowu oka nie zmrużył w nocy!

Kławka zerknęła na Jełyzawetę Petriwnę. Ta wydęła dolną wargę i patrzyła zamyślona w okno.

– Iwan Porfyrowycz znów miał nocne majaki?

Pisarka skinęła.

– A co krzyczał tej nocy?

– To samo, co słyszałaś od małego Maksia. Słowo w słowo.

– To dlatego pani spać nie mogła?

Pisarka znów ograniczyła się do krótkiego skinięcia.

– A więc to jest plon nieprzespanej nocy? – Kławka wskazała spojrzeniem na stertę kartek z wierszami dla dzieci.

Jełyzaweta Petriwna przytaknęła i uśmiechnęła się krzywo.

– Widzi pani, bezsenność również ma swoje plusy! – spróbowała zażartować Kławka.

Pisarka ponownie skinęła bez słowa.

– Co tam słychać w Związku? – zapytała, nie odrywając spojrzenia od rozłożystego klonu za oknem.

Było to pytanie wręcz rytualne. Kławka pracowała jako sekretarka w Związku Pisarzy i dlatego wiedziała o wszystkich lub o niemal wszystkich wiadomościach literackich. Wieczorami i w weekendy dorabiała sobie u Jełyzawety Petriwny. Czasami jednak miała wrażenie, że jest potrzebna pisarce nie tyle do przepisywania, co w celu pozyskania informacji „ze środowiska”. Bo i rzeczywiście – po co jej maszynistka? Sama przecież umie nieźle pisać na maszynie. Przez całą wojnę była zatrudniona w charakterze maszynistki sztabowej. Natomiast wiadomości sekretarka Związku Radzieckich Pisarzy Ukrainy miała aż pod dostatkiem! W poczekalni Związku na maszynistkę nikt nie zwracał najmniejszej uwagi, jakby była powietrzem. W ten sposób doskonale można było pozyskiwać rozmaite wieści „z pierwszej ręki”. A z kim miałaby się nimi podzielić? Przecież nie ze sprzątaczką zakładową, która nic, tylko utyskiwała na śmiecących petami pisarzy. Przecież nie z Owsiannikowem, kierowcą związkowym, który wręcz z gaci wyskakuje, byleby się dowiedzieć, o czym mówi szefostwo. W samochodzie dygnitarze literaccy nie są aż tak rozmowni jak w obecności Kławki. Dlatego też Owsiannikow smali cholewy do sekretarki. Ale ona już dawno zrozumiała, że dla kierowców Związek wcale nie stanowi miejsca pracy, tylko jest zadaniem specjalnym. Oczywiście, szefostwo również zdaje sobie z tego sprawę, dlatego w obecności kierowców zachowuje się bardzo powściągliwie. Owsiannikow po kilka razy dziennie usiłował zajrzeć do poczekalni, by marnymi sztuczkami pociągnąć Kławkę za język. Jednak nie z nią takie numery. Jako córka „wroga ludu” przeszkoliła się już aż nadto.

No więc z kim miałaby poobgadywać najświeższe wiadomości, jeśli nie z Jełyzawetą Petriwną? Z tego pokoju w budynku ROLIT-u przy ulicy Lenina 68 żadne plotki się nie wydostaną. O tym mogła się przekonać już niejednokrotnie.

– Najważniejsza wiadomość, Jełyzaweto Petriwno, jest taka… – Kławka zrobiła uroczystą pauzę – że w kuluarach mówi się o budowaniu nowego domu dla pisarzy przy ulicy Czerwonoarmiejskiej…

Pisarka spojrzała uważnie na maszynistkę, która czekała na właściwą reakcję. Przynajmniej na okrzyk zdziwienia: „Co też ty mówisz?!”.

Jednak Jełyzaweta Petriwna zareagowała dość obojętnie:

– Niestety, mnie to w żaden sposób nie dotyczy.

– Jak to nie?! Przecież to dotyczy wszystkich! To przecież jak loteria z pewną wygraną! Może pani zwrócić się do Związku z prośbą o poprawę warunków bytowych!

– A co ja mam do poprawiania? Przecież w porównaniu z innymi mieszkam jak w raju! Duży pokój, trzecie piętro, okno wychodzi na skwer, obiecywali, że przywrócą dawną fontannę, która stała tam przed wojną, a nawet za Niemców działała. Fenomenalny klon sposobi się do jesieni, a to wszystko na moich oczach! Czyż to nie jest szczęście? Weźmy taki Stelmach, mieszka niemal w suterenie, na parterze, w malutkim, ciemnym pokoju. Zgrzeszyłabym, narzekając. A Wyszesławscy? Ci to już w ogóle mają absurdalną sytuację. Jeden ich pokój należy do mieszkania numer jeden, w którym mieszka Stelmach, a drugi – do mieszkania numer dwa, zajętego przez Wilchowego.

– A jak to się stało, że mają tak dziwnie? – zapytała Kławka weterankę ROLIT-u.

– No jak? Zwyczajnie… Przed wojną mieszkanie numer jeden zajmowała rodzina Awroma Wiewiórki3 – to był taki znany dramatopisarz żydowski… Zresztą, nazwisko miał mówiące, tak w jidysz, jak i po ukraińsku. Kręcił się jak gryzoń w kole… Zdaje się, że kiedyś nawet publikował pod pseudonimem Biełka. Nawiasem mówiąc, Wiewiórko bardzo interesująco pisał o codzienności chasydzkiej. Mam gdzieś jego książkę, Diament się nazywa.

Jełyzaweta Petriwna wstała, kwękając, podeszła do regału z książkami i zadarłszy głowę, długo wpatrywała się w górne, zakurzone półki. Po chwili jednak machnęła ręką, sygnalizując, że nic z tego, i kontynuowała opowieść:

– To jest sztuka, która bardziej była znana pod innym tytułem – 137 domów dla dzieci. Cieszyła się ogromną popularnością na początku lat trzydziestych. Zabawna jest. Główny bohater, bodajże chasyd z Humania, przypominał krzyżówkę Ostapa Bendera z Chlestakowem.

– Nie, Jełyzaweto Petriwno, on nie był z Humania, tylko z Kałusza. Ostatnio porządkowałam archiwum.

– Naprawdę? Nie wiedziałam, że tam również byli chasydzi… Chwileczka, o czym ja mówiłam?

– O mieszkaniu Wyszesławskich.

– A, no tak. Otóż Wiewiórko zmarł w roku 1935…

Jełyzaweta Petriwna się zacięła. Popatrzyła na Kławkę i doprecyzowała:

– Miał zawał… Pozostała wdowa, Estera. Bardzo wykształcona i szalenie efektowna kobieta. Tłumaczyła na jidysz z niemieckiego. No więc Wiewiórkowie mieszkali w dwupokojowym mieszkaniu numer jeden. Po wojnie Estera najpierw wróciła do tego miejsca, ale rok temu wyszła za mąż i wyprowadziła się za swoim nowym mężem do Rygi. A ponieważ przyjaźniła się z Wyszesławskimi, którzy akurat w tym czasie tłoczyli się w jednym pokoiku mieszkania numer dwa zajmowanego przez Wilchowego, Estera, zwalniając swoje, obmyśliła plan, którego Ostap Bender by się nie powstydził. Lonia Wyszesławski wybił ścianę pomiędzy lokalami jeden i dwa, w ten sposób z dwupokojowego mieszkania numer jeden powstało mieszkanie jednopokojowe, w którym ulokowano Mychajła Stelmacha. Natomiast Wyszesławscy mają teraz nie jeden pokój, tylko dwa.

– I nic im za to nie zrobili? – zdziwiła się Kławka.

Prochorowa parsknęła chrapliwym śmiechem.

– Dziecko, ROLIT jest jak klasztor, tyle że pisarski, zaś Związek to swoista kasta. Pisarze niezbyt pozwalają osobom postronnym wścibiać nos w swoje sprawy. To jasne, że w Związku o wszystkim wiedzieli. Ale że Wyszesławskich każdy lubi, przymknięto oko na ich samowolę budowlaną.

Pisarka wydęła dolną wargę.

– No i co tam mówią o nowym budynku przy Czerwonoarmiejskiej?

– Jest w planach. Ale to jeszcze bardzo odległe. Wiadomo, Jełyzaweto Petriwno, że pani nie ma na co liczyć… – Kławka zacięła się, nie chcąc urazić ambicji pisarskich Prochorowej. – No, bardziej nośne nazwiska…

Jełyzaweta Petriwna nawet nie mrugnęła okiem.

– Zacznie się ruch. Jedni będą zwalniać mieszkania, inni je zajmować. W tym zamieszaniu mogłaby pani przenieść się od Głucheńkich…

Jełyzaweta Petriwna się naburmuszyła:

– A co ci Głucheńcy przeszkadzają? Skrzywdzili cię?

– Błagam panią! Przecież nie jestem ślepa. Ani głucha. Iwan Porfyrowycz jest człowiekiem… – dziewczyna zawiesiła głos – nieco niespokojnym… Sama pani wie, że czasem ciężko jest pani skupić się na pracy.

Jełyzaweta Petriwna wydęła wargi.

– Gdyby pani wiedziała, ile wniosków pisarskich wpada na biurko właściwego sekretarza! Normalnie klęska urodzaju! A wszyscy utyskują na warunki pracy – czy to wybitny pisarz, czy grafoman. Tylko pani o nic nie prosi! Niechże pani napisze! Korona pani z głowy nie spadnie!

– Kławeczko miła, jak pani może mówić takie rzeczy?! Głucheńki jest weteranem wojennym. To człowiek okaleczony przez wojnę! On widział śmierć. On zadawał śmierć… Nie zdaje pani sobie sprawy z tego, co to za ciężar…

– No przecież on faszystów zabijał!

– To też są ludzie.

– Faszyści to ludzie? Oj, Jełyzaweto Petriwno, coś tu pani poknociła! Nic nie słyszałam! – Kławka ostentacyjnie zatkała sobie uszy palcami wskazującymi.

Zawsze tak robiła, aby powściągnąć Prochorową przed prowadzeniem nieprawomyślnych rozmów, do których tę jakby sam diabeł kusił. Kławka zaś aż za dobrze wiedziała, do czego to może doprowadzić. Inna rzecz, że z grubsza pisarka miała rację. Głucheńki zasługiwał na współczucie. Kiedyś na urodzinach Jełyzawety Petriwny, obchodzonych w tymże pokoju, Kławka siedziała przy stole obok Iwana Porfyrowycza. Ten zaś po kilku głębszych wyjął z wewnętrznej kieszeni pogniecione zdjęcie i podtykał je Kławce pod nos. Była to stara niemiecka fotografia, przedstawiająca jasnowłosą dziewczynkę z warkoczykami w koronkowej sukni oraz pucołowatego chłopca w spodenkach za kolana przytrzymywanych przez szelki.

„No i powiedz mi, po cholerę ja go zabiłem?”, Głucheńki dyszał jej prosto w twarz przetrawionym alkoholem. Zdjęcie drżało w jego rękach. „No po cholerę? Czyż ta śmierć cokolwiek zmieniła? Czy to wpłynęło jakoś na przebieg rewolucji światowej? Nic z tego! A teraz te dzieci chowają się bez ojca, a ja co noc oglądam jego spokojne, niebieskie oczy. Spokojne do granic możliwości. Od tych oczu aż mi się w kiszkach przewraca!”

Prochorowa i Kławka zniżyły głos.

– Jełyzaweto Petriwno, nie namawiam pani do złego. Nie chce pani prosić dla siebie, to niech pani poprosi dla niego. Powoła się na to, że potrzebne mu jest osobne mieszkanie.

– No ale po co? Pomyśl tylko – jak Głucheńki się wyprowadzi, dokwaterują mi tu zaraz jakiegoś kagiebistę. Przecież i tak mam za duży metraż jak na jednego lokatora. Ratuje mnie tylko to, że byłam kiedyś „żoną pułku”4 i mam plecy.

– Czemu pani tak siebie pomawia? Przecież pani jest bohaterką! Przeszła pani przez front! Przecież ma pani czerwoną gwiazdę! I pełno innych nagród.

– Ty lepiej pisz, przepisuj – przerwała jej ironicznie Prochorowa.

Nadąsana Kławka pociągnęła nosem i wróciła do przepisywania.

Działała mechanicznie, zaś jej myśli krążyły gdzie indziej. Że też zebrało się jej na doradzanie Prochorowej! Po co jej to? Jełyzaweta jest bardzo zadowolona z mieszkania. Pokój ma niemal dwa razy większy niż Głucheńcy, pomoc domowa pod ręką… Stop! A pusty pokój? Zaraz tu kogoś domeldują, a wtedy Prochorowa, z jej nerwami, szybko się wykończy. Ale przecież można by było poprosić, aby ten malutki pokoik przydzielili bohaterowi wojennemu Głucheńkiemu!

– Wie pani co?! – zawołała Kławka w sukurs mocodawczyni wołającej: „Niech pani posłucha!”.

Kobiety parsknęły śmiechem. To już nie pierwszy raz. I Kławka była bardziej niż pewna, że obydwie wpadły na ten sam pomysł.

– Chodzi ci o mały pokoik? – zapytała przez śmiech Jełyzaweta Petriwna.

– Tak!

– No to ja napiszę podanie w imieniu Głucheńkiego. Aby mu go przydzielili. Sam tego nie zrobi. Jest zbyt dumny.

– Ależ nie – nie przestając się śmiać, zaprzeczyła Kławka. – To nie duma. On po prostu skłócił się tam ze wszystkimi. I to nie raz.

Kobiety zaczęły chichotać. Dziewczyna paplała, nie przestając przepisywać. W takich momentach Prochorowa nie mogła napatrzeć się na swoją sekretarkę i jej talent do robienia kilku rzeczy jednocześnie.

Kławka zaś napawała się możliwością spędzania wolnego poranka u Jełyzawety Petriwny, w domu, w którym wszystko było kompletnie inne niż w świecie zewnętrznym – surowym i nieubłagalnym. W zasadzie to nie był nawet dom, raczej „wioska pisarska”, w której mieszkali mili, oczytani, inteligentni ludzie. Zupełnie inni od lokatorów jej sutereny przy ulicy Czkałowa 45!

W tym domu Kławka przyszła na świat dwadzieścia sześć lat temu, ale trzy piętra wyżej. Błażkiewyczowie byli wówczas właścicielami niemal połowy piętra. Jednak wydarzenia z roku 1937, o których zabroniła sobie nawet wspominać, pozbawiły ją najpierw ojca, jednego z czołowych inżynierów Kuźni Leninowskiej, później również matki. Opiekę nad dziewczynką przejęli dziadkowie. Wtedy też znacząco podupadły ich finanse. Z „pańskich pokoi” musieli przenieść się do sutereny. Dzięki Bogu, że przynajmniej w tym samym budynku i że okna wychodziły na słoneczną stronę.

W czasie wojny Kławka z dziadkami ewakuowała się do Taszkentu, ale do Kijowa dziewczyna wróciła sama. Staruszkowie pozostali już na zawsze w rozżarzonej ziemi „miasta chleba”.

Lokatorzy, którzy w roku 1937 zajęli mieszkanie Błażkiewyczów na trzecim piętrze, wrócili z ewakuacji nieco później. Korzystając z tego, pewnej nocy Kławka wraz z wujkiem Hawryłą przeniosła stare meble rodziców do siebie na dół.

Wujek Hawryło był jej sąsiadem w mieszkaniu komunalnym. Mieszkał przez ścianę w wąskim jak piórnik (wolał porównanie „jak grób”) pokoiku, a w zasadzie komórce. Jedyne, co różniło ten pokój od grobu, to okno. Również wychodzące na słoneczną stronę świata. Z okna ukazywał się widok na podwórze sąsiedniego domu, prowadzące na ulicę Czapajewa. Wujek prowadził ewidencję osób przechodzących przez podwórze – z ulicy Czkałowa na ulicę Czapajewa. W ten sposób zabijał czas po powrocie z frontu, bez jednej nogi i z „duszą postrzępioną jak bajan” (jak sam o sobie mówił). Utracił jakikolwiek sens życia.

Kolejną sąsiadką komunalną Kławki była Emma Hermaniwna, ślepa emerytka. Spotkał ją ten sam los co rodzinę Kławki. Ona również została wyrzucona z wyższego (tym razem czwartego) piętra do sutereny. Stało się to jednak znacznie wcześniej niż w przypadku Błażkiewyczów, jeszcze w latach dwudziestych. Burżuazyjne zapędy mademoiselle Bruslewskiej, dawnej wychowanki Instytutu Szlachetnie Urodzonych Panien i absolwentki Wyższych Żeńskich Kursów, kompletnie nie pasowały do rewolucyjnych standardów młodego Kraju Rad.

Ponieważ ich budynek mieścił się na skłonie, część mieszkań miała widok „na świat Boży”, okna zaś pozostałych wychodziły na zbocza Jaru Afanasijskiego5. Okna pokoju madame Bruslewskiej były wlepione w ślepą ścianę wewnętrznego podwórza. Ale ten pokój został wybrany przez nią samą, ponieważ mieścił się tu fortepian, przy pomocy którego udzielała przed wojną prywatnych lekcji muzyki.

W ich suterenie tłoczyło się pięcioro lokatorów. Trzy pokoiki zajmowali Kławka, Emma Hermaniwna oraz wujek Hawryło, zaś lokale dwupokojowe – rodziny Winnickich i Bronsztejnów.

Najjaśniejszym i jednocześnie najcieplejszym pokojem w mieszkaniu komunalnym była kuchnia na rogu budynku. Dwa kuchenne okna wychodziły na południe i zachód. Stała tu kuchenka na opał, której używano bardzo rzadko, na przykład gdy trzeba było wygotować bieliznę, natomiast przygotowywaniem posiłków parali się tu wyłącznie Kławka bądź wujek Hawryło. We troje, wespół z Emmą Hermaniwną, używali jednej kuchenki prymus, która zawsze była w świetnym stanie (wyłącznie dzięki przyjaźni Kławki z majstrem Jaszą – „nafciarzem”). Pozostali sąsiedzi przy pomocy parawanów (zaprojektowanych i wdrożonych przez wujka Hawryłę) porobili sobie mikroprzedsionki, w których stały ich prymusy. Z tych malutkich zakamarków nierzadko dolatywały oszałamiające zapachy rosołów na kurze czy smażonych ryb. Było coś głęboko humanitarnego w tym, że rodziny Winnickich oraz Bronsztejnów nie gotowały na wspólnej kuchni. Nie chciały popisywać się swoją zamożnością przed sąsiadami – obdartusami. Inna rzecz, że mogli się również ich nieco obawiać. Skąd wiadomo, co strzeli do głowy takiemu Hawryle? To taki typ, że mógłby nawet splunąć do gara z sąsiedzkimi ziemniakami.

Wyszło więc tak, że kuchnia stała się „wspólnym salonem” dla Kławki, wujka Hawryły oraz Emmy Hermaniwny. Często tłoczyli się tu razem, z wyjątkiem momentów, gdy bawiły się tam dzieci Winnickich i Bronsztejnów.

W domu na Kławkę czekali beznogi wujek Hawryło oraz ślepa Emma Hermaniwna.

Natomiast u Jełyzawety Petriwny zawsze było albo miłe towarzystwo, albo smaczna „składkowa” kolacja, albo intryga, albo interesująca rozmowa, albo wszystko naraz…

Teraz na przykład zajrzał do niej Iwan Porfyrowycz i zaczęli „miętolić” jego najnowszy wiersz, w poszukiwaniu nieoklepanego rymu.

Dziwna była ta Prochorowa. Na pierwszy rzut oka wydawała się bardzo zarozumiała. W jej manierze było coś, co przypominało babcię Kławki – jakaś prowokacyjna ostrość sądów, jakieś nepowskie podejście do warunków bytowych. Właśnie to wzbudzało w Kławce czujność – przecież pisarka nie mogła naprawdę taka być! Nie mogła i już! Jełyzaweta Petriwna miała wzorowe pochodzenie, o którym mógł tylko pomarzyć budowniczy socjalizmu – proletariackie. Nie to, co Kławka – ze „zgniłej” inteligencji technologicznej. Prochorowa nie tylko wywodziła się z klasy robotniczej, lecz także z dynastii proletariackiej. Kławka wiedziała z jej autobiografii, że jeszcze jako podlotek pisarka pracowała w fabryce „Bolszewik”, zaś jej ojciec na początku XX wieku stał na czele słynnego kółka marksistowskiego Związek Walki o Wyzwolenie Klasy Robotniczej.

Jełyzaweta Petriwna była członkinią partii oraz weteranką wojenną. Wróciła do Kijowa rok temu, w 1946, obwieszona orderami i medalami. W jej aktach odnotowano, że należała do komisji repatriacyjnej zajmującej się powrotem rodaków z Niemiec, którzy trafili tam z tych czy innych powodów.

Stop. Ile ona może mieć lat? Kławka wytężyła pamięć. Prochorowa urodziła się w roku 1910, a więc teraz, w 1947, ma lat trzydzieści siedem…

Na korytarzu rozległ się dzwonek telefonu. Jełyzaweta podskoczyła w miejscu, a zaraz potem popędziła do aparatu. Wróciła chwilę później z pąsami na twarzy (ślady bezsennej nocy jak ręką odjął).

– Dobrze, Iwanie i Kławeczko, na dzisiaj koniec. Zaraz po mnie przyjadą…

Na podstawie rzucanych haseł, typu „żona pułku”, „mój generał”, „mój grzech” i tak dalej, Kławka domyślała się, że na froncie jej mocodawczyni była w trwałym i najwyraźniej wciąż rezonującym związku z mężczyzną. Tyle że teraz należało zachowywać dyskrecję. W szafce z wiktuałami Prochorowa zawsze miała zapasy tuszonek, wódki oraz czekoladek. O ich pochodzeniu nietrudno było się domyśleć na podstawie wojskowych etykietek.

Kławka jeszcze nigdy nie widziała „generała” Jełyzawety Petriwny, chociaż przy odrobinie dobrej woli mogła ich przyłapać na spotkaniu. Tyle że zawsze coś stało na przeszkodzie – a to poczucie przyzwoitości, a to zwykłe drobiazgi życiowe. Dziś, na przykład, jest dzień bazarowy, należało się pośpieszyć, by zdążyć z zakupami. Przecież nie będzie sterczała tu przed klatką jak kierowca Związku przed poczekalnią!

1 Kijowska Spółdzielnia Robotników Literatury, od nazwy której powstał skrótowiec ROLIT, oferowała w latach trzydziestych XX wieku lokale mieszkalne dla pisarzy i pracowników kultury. Budynek usytuowany jest przy ulicy Chmielnickiego 68 (dawniej Lenina).
2 Skrótowiec do „Jewrejskiego Bazaru”. Historyczne określenie placu handlowego, obecnie mieszczącego się nieopodal Placu Peremohy oraz jego okolic, na którym do roku 1961 mieścił się bazar miejski (pchli targ).
3 Awrom Wiewiórko vel Wiewierko (1887–1935), żydowski pisarz chasydzki, dramaturg, poeta i publicysta. Ostatnie lata życia spędził w Kijowie.
4 Potoczne określenie z czasu wojny na partnerki seksualne wysoko postawionych oficerów wojskowych.
5 Historyczna nazwa miejsca w Kijowie, znajdującego się obecnie pomiędzy ulicami Bulwarno-Kudriawskią, Jarosławiw Wał, Wiaczesława Łypyńskiego, Mychajła Kociubynskiego.

Rozdział 2

Kławka wyszła z klatki i przy ulicy Tymofijiwskiej6 nabrała do płuc jasnego powietrza, a następnie popędziła w dół, w stronę Czkałowa oraz Jewbazu. Zazwyczaj w soboty, po wizycie u Jełyzawety Petriwny, szła tam z „magiczną kopertką” zawierającą jej skromny, jednak stabilny urobek i kupowała po trzy paszteciki z grochem. Jeden dla siebie, jeden dla wujka Hawryły i jeden dla Emmy Hermaniwny, która od dawna wyczekiwała jej na stołeczku w kuchni, wlepiając w okno niewidzące spojrzenie.

Jewbaz buzował jak gęsty barszcz na gazie. Spacer po nim zastępował Kławce wizytę w kinie. Oprócz niezbędnych towarów pierwszej potrzeby sprzedawano tam mnóstwo „burżuazyjnego barachła”. Ech, jakże ona lubiła te zbytki, które nigdy nie przydadzą się w gospodarstwie prawdziwego budowniczego socjalizmu! Zaczynała przegląd straganów od końca i szurała swoimi znoszonymi buciorami aż do samego początku. To nie ona sunęła wzdłuż nierównych rzędów chaotycznie ustawionych straganów. To one przesuwały się przed nią różnobarwną i niekończącą się taśmą. Od czasu do czasu zatrzymywała spojrzenie, gdy jej wzrok wyłapywał coś przyjemnego lub niezrozumiałego, coś, co skupiało jej uwagę. Zatrzymywała się wówczas i mogła długo gapić się na konkretny przedmiot, brać go do ręki, rozmawiać z nim i marzyć, że kiedyś na pewno będzie miała dość pieniędzy, aby kupować tak niepotrzebne dodatki. Weźmy na przykład lampę biurkową w kształcie papugi. Komu to się może teraz przydać? Tym się przecież nie najesz. Czy to znajdzie jakiegoś kupca? Kławka zajrzała pod podstawę i zorientowała się, że to zdobycz wojenna, prosto z Niemiec. A do tego szalenie niepraktyczna. Zajmowała dobre pół walizki. Ileż to można by było napchać fajansowych figurek pastuszków i przywieźć zamiast tego pięknego potwora! A ile haftowanych serwetek czy firan, uplecionych troskliwymi rękoma wzorowych gospodyń niemieckich? Jeszcze więcej!

„Taśma” pędziła dalej: binokle, kalejdoskopy, muszle morskie, gramofon, kryształowe wazony oraz popielniczki, miedziane i srebrne świeczniki, karafka z czerwonego szkła, syfon na wodę gazowaną, posążki z brązu i marmuru, wazoniki, szkatułeczki z onyksu, japońskie lalki w kimonach, ciężkie kałamarze, granatowa szklana buteleczka do rozpylania wody kolońskiej, album do zdjęć w skórzanej oprawie, skarbonki, miedziane klamki, stare pocztówki. Innymi słowy, badziewie albo – jak mówią na Jewbazie – chłam. Gdyby to od niej zależało, zgarnęłaby to wszystko, nie targując się! I siedziałaby wieczorami, obmacując przedmioty, pożerając je wzrokiem, wąchając i śpiąc z nimi.

Ale po ubiegłorocznym chłodzie i głodzie nie było mowy o tym, żeby kupić coś niejadalnego czy „niezakładalnego”. Aż strach sobie przypominać… Kławka pracowała jako sekretarka w Związku jeszcze od roku 1944, od czasu, gdy Związek Radzieckich Pisarzy Ukrainy przeniósł się z Charkowa do Kijowa. Najpierw zajmowała posadę maszynistki, z uposażeniem trzystu pięćdziesięciu karbowańców, a następnie – sekretarki, z wypłatą na poziomie czterystu karbowańców. Taką samą pensję otrzymywał na przykład księgowy (nie ten główny, tamten zarabiał aż dziewięćset karbowańców). Da się żyć. Zresztą, z Maksymem Tadejowyczem dało się dogadać i współpracować. Ale w listopadzie 1946 roku kierownictwo zostało wymienione i poproszono ją, by zwolniła się na własne życzenie. Co prawda, z rekompensatą za niewykorzystane dwadzieścia cztery dni urlopu. Naturalna sprawa, że każdy kierownik chce mieć przy sobie „swojego człowieka”. Kławka się nie gniewała. Ale jak na złość, akurat zima przełomu 1946 i 1947 roku była okrutnie chłodna i głodna. Radzili sobie, jak mogli. Początkowo wujek Hawryło strzelał z procy do gołębi i wróbli. Emma Hermaniwna skubała je swoimi muzycznymi paluszkami, zaś Kławka gotowała na nich rosół. Z czasem jednak takich spryciarzy jak wujek Hawryło się namnożyło. Podstawową konkurencję stanowili młodzi z Jewbazu, wkrótce więc z okolic Jaru Afanasijskiego zniknęły wszystkie ptaki.

Zrozpaczona Kławka uległa prośbom Emmy Hermaniwny i udała się do popa Jewłampija, służącego w starej cerkiewce na Górce Włodzimierskiej. Pop znany był z tego, że w czasie okupacji niemieckiej trzy razy dziennie przeklinał satanistę Stalina i całą bolszewicką zgraję, a po wyzwoleniu Kijowa zaczął przeklinać szatana Hitlera i jego nasienie. Tak w ogóle to Emma Hermaniwna była gorliwą katoliczką, kiedy jednak trzeba było coś załatwić z Panem Bogiem, szła właśnie do tego Jewłampija, który słynął ze swoich egzorcyzmów i szczególnych kontaktów ze światem nadprzyrodzonym. Kławka, jako zdeklarowana ateistka, nawet słyszeć o tym nie chciała, ale w krytycznym momencie, być może w chwili zamroczenia z głodu i chłodu, zgodziła się towarzyszyć ślepej sąsiadce. Z grudką wosku (to wszystko, co mogły ofiarować na cerkiew) przyszły do ojca Jewłampija. Przez jakieś dziesięć minut szeptał coś z Emmą Hermaniwną, po czym Hermaniwna chwyciła konwulsyjnie Kławkę za rękę i oświadczyła, że koniecznie muszą pójść do kijowskich pieczar i pomodlić się do świętego Antoniego, który oddaje zgubione rzeczy, a więc przywróci jej straconą pracę. Pieszą zimową drogę do Ławry Peczerskiej ślepa kobieta zniosła dzielnie. Do samych pieczar nie trafiły, ale Emma gorliwie modliła się przy wejściu. Przy studni z „uzdrawiającą wodą” rozpoznało je kilku mnichów. Byli to dość krzepcy młodzieńcy w ciemnych habitach. Okazało się, że Emma Hermaniwna uczyła ich kiedyś śpiewu. W ten sposób trafiły na klasztorną kolację z gorącym kapuśniakiem i sucharkami z ciemnego chleba. W trakcie kolacji okazało się, że w tradycji kościelnej świętych Antonich jest kilku i ten od rzeczy zagubionych to bynajmniej nie ten z Ławry Peczerskiej. Kławka tylko parsknęła śmiechem, natomiast Emmy Hermaniwny z jakiegoś powodu to wcale nie skonfundowało. Chwilę odpoczęły i ruszyły w długą drogę powrotną. Skręcając z ulicy Włodzimierskiej na Wielką Podwalną, a w zasadzie na Woroszyłowa7, spotkały pod budynkiem Związku uwielbianego przez Kławkę Małyszkę. Nieraz przepisywała mu za darmo wiersze. Andrij Samijłowycz ucieszył się na jej widok, jakby była jego krewną, i powiedział, że szuka jej Ołeksandr Jewdokymowycz8, ponieważ Związek pilnie potrzebuje sekretarki, i to nie byle jakiej, ale właśnie jej!

Nie wierzyła własnym uszom. Jej ateistyczna natura, która na wszelkie sposoby sprzeciwiała się kościelnej ciemnocie, w żaden sposób nie mogła pogodzić się z tym, że modlitwa katoliczki, madame Bruslewskiej, „nie do tego” świętego Antoniego za pośrednictwem prawosławnego popa podziałała, i do tego błyskawicznie…

Okazało się, że sekretarka, która przyszła na miejsce Kławki, podpadła skandalicznymi błędami gramatycznymi oraz zaczepnym charakterem, a więc Kławkę zapraszają z powrotem na stanowisko. W rzeczywistości pomysł, by przywrócić ją do pracy, wyszedł od Andrija Samijłowycza, który de facto prowadził wszystkie sprawy Związku od listopada po styczeń, ponieważ Ołeksandr Jewdokymowycz był ciągle albo na zwolnieniach, albo w delegacjach. Jednak również on nie miał nic przeciwko temu, by ponownie skorzystać z usług Kławki.

Dziewczyna wróciła do pracy w Związku w lutym i było to niesłychane szczęście. Przy Woroszyłowa 3 były piece, a do pieców – drwa! Tam można było się ogrzać! Poza tym od czasu do czasu dostawała od szefostwa szklankę herbaty z cukrem.

Krótko po ponownym zatrudnieniu poznała Jełyzawetę Petriwnę, która akurat wróciła z frontu i przyszła do Związku pozałatwiać sprawy mieszkaniowe. Kławka pamiętała, jak ta stała na środku poczekalni, niczym królewna z jakiejś socjalistycznej bajki (które zresztą sama pisała): w mundurze, pod epoletami, z orderem i medalami zawieszonymi na piersiach… A co najważniejsze – w połyskujących oficerkach! Kławka zerknęła na nie i wyobraziła sobie, jak ciepło musiała mieć w nogi ta efektowna kobieta. Natychmiast jej własne palce u nóg w obdartych buciorach podkurczyły się z chłodu. Powędrowała spojrzeniem od oficerek w górę sylwetki i drgnęła, napotykając wnikliwe spojrzenie pisarki. Wówczas gwałtownie spuściła wzrok na klawiaturę, skuliła głowę z przerażenia i zaczęła energicznie stukać po klawiszach. Po zapisaniu stroniczki chciała ją wyjąć, jednak Jełyzaweta Petriwna była szybsza. Wprawnym ruchem pokręciła kółkiem do przesuwania kartek i wydobyła arkusz. Naprędce przejrzała go, potem zerknęła na oryginał, przedstawiający gryzmoły na zwykłej kartce w kratkę wyrwanej ze szkolnego zeszytu, i roześmiała się: „No proszę. Widzę, że maszynistki w Związku są lepiej wykształcone niż pisarze! Doczekaliśmy się!”.

„Liza”, szepnął jej na ucho Andrij Samijłowycz, który pojawił się tu równie nieoczekiwanie jak wtedy, gdy na zimowej ulicy niósł dobrą nowinę dla Kławki. „Ciii!” Puścił do niej oko i lekkim skinieniem głowy pokazał gdzieś w bok.

Jełyzaweta Petriwna się obejrzała. Mykoła Sawelijowycz Serdiak, autor przepisywanego przez Kławkę tekstu, stał do nich plecami, ale po uszach widać było, że wszystko słyszał. Płonęły jak pochodnie lub transparenty pierwszomajowe. Będąca świadkiem tej sceny Kławka uśmiechnęła się, a jej uśmiech pochwycili tak Andrij Samijłowycz, jak i Jełyzaweta Petriwna. W ten właśnie sposób się zaprzyjaźnili.

Dziewczyna przyłapała się na tym, że już dobre pół godziny stała w miejscu, gapiąc się na starą budkę czyścibuta na rogu Jewbazu oraz Bulwaru Szewczenki. Leciwa Greczynka (nikt nie wiedział, jak ma naprawdę na imię, wszyscy właśnie w ten sposób się do niej zwracali: „Greczynko”) czyściła buty przechodniom, handlowała szuwaksem, flekami i sznurówkami. Zdaje się, że już od dawna cierpliwie czekała, aż Kławka się ocknie i podsunie swój zniszczony but do wyczyszczenia. Dziewczyna nie korzystała z tych usług zbyt często – chyba że przed jakimś wydarzeniem trzeba było nadać przyzwoitego wyglądu znoszonym buciorom. Greczynka potrafiła każdemu rozdeptanemu starociowi nadać polotu i wyglądu niemalże nowości, a efekt utrzymywał się do dwóch dni.

Obecnie Kławka nie miała potrzeby odnawiania obuwia. Żadne uroczystości się nie zbliżały. Jednak po długotrwałym kontakcie wzrokowym z Greczynką, jako dziewczyna inteligentna, poczuła się zobowiązana do tego, by doprowadzić się do ładu, postawiła więc nogę na drewnianym podeście. Greczynka znana była nie tylko z bycia czarodziejką obuwia, lecz także z tego, że stanowiła istne biuro informacyjne. Wiedziała o wszystkim na świecie, a zwłaszcza o tym, co się dzieje na Jewbazie i w jego okolicach. A już najbardziej upodobała sobie „straszne historie”.

To właśnie od niej Kławka usłyszała mroczną opowieść o tym, jak w czasie okupacji, podczas bardzo trudnej zimy 1942/1943, pewien mężczyzna przeszedł skomplikowaną operację i zaczął podejrzanie szybko dochodzić do siebie, a jego rana goiła się niemalże w oczach. Lekarz (Niemiec) zapytał pacjenta, gdzie ten się stołuje. Mężczyzna powiedział, że na Jewbazie, u kobiety, która przygotowuje bardzo pyszne kotlety. „Niech mi pan przyniesie jeden”. Kiedy Niemiec oddał próbkę do badań, okazało się, że kotlety są zrobione z ludzkiego mięsa.

– Ależ pani głupoty opowiada! – obruszyła się Kławka, słysząc tę historię z ust Greczynki. – Żadne laboratorium nie rozpozna czegoś takiego, a już tym bardziej w czasie wojny i zawirowań!

Jako świadoma komsomołka nienawidziła nie tylko wszystkiego, co kościelne, lecz także wszelkich zabobonów i przesądów.

Greczynka bynajmniej się nie skonfundowała. Sama pewnie nie wierzyła w to, co opowiada. Jej najważniejszym celem była dyskredytacja cioci Frosi, tej właśnie handlarki kotletami, która miała stoisko nieopodal. Na nią wskazywały te makabryczne opowieści. Kobiety gdzieś kiedyś ze sobą zadarły.

Po komentarzu Kławki Greczynka tylko wzruszyła ramionami: „A skąd mam niby wiedzieć? Com się dowiedziała, to i przekazuję” – i niewinnie zamrugała oczyma.

Od tamtej pory, ilekroć Kławce przyszło czyścić buty u Greczynki, przypominała się jej ta obrzydliwa historia z kotletami. Chciała nawet zrezygnować z jej usług i przenieść się do Asyryjczyków. Byli to dziwni śniadzi mężczyźni o nietypowych wschodniobrzmiących imionach, rozmawiający pomiędzy sobą w niezrozumiałym języku. Trzymali swoje rozsuwane skrzyneczki pucybutów na skrzyżowaniach centralnych ulic kijowskich. Czasami wpadała do nich w drodze do pracy. Ale w tym celu trzeba było nadkładać drogi, poza tym można było trafić na kolejkę, a w dni powszednie nie miała tyle wolnego czasu. Dlatego wygodniej jej było robić to w weekendy, które mogła spędzać wedle uznania – albo w swojej ukochanej „wiosce pisarzy”, w Rolicie, albo w ulubionym „teatrze”, na Jewbazie. W dalszym ciągu korzystała więc z usług pucybuta z bazaru. Inna rzecz, że Greczynka była bezkonkurencyjna w doprowadzaniu do ładu kobiecego obuwia.

Kobieta wartko zabrała się do pracy. Z jakiegoś powodu dziś była nad podziw milcząca. Nieco zaskoczona tym faktem Kławka postanowiła ją zagaić i zapytała:

– I co tam słychać?

Greczynka uniosła na nią spojrzenie. Pasmo kruczoczarnych włosów wymknęło się jej spod wełnianej chusty, zasłaniając pół twarzy. Lecz tym razem go nie zdmuchnęła, tak jak zwykła to czynić, tylko zwiesiła głowę i pociągnęła nosem, a na czubek buta Kławki stoczyła się wielka łza.

– Frośka umarła… – wydusiła z siebie jękliwym głosem.

Dziewczyna wytężyła pamięć:

– To ta, która robiła kotlety z ludzkiego mięsa?

Greczynka podniosła na nią gniewne spojrzenie. Można by pomyśleć, że jej rozgniewane czarne oczy spopielą Kławkę.

– Po co roznosisz wstrętne plotki? Nic takiego nie było!

„No proszę!” Zamrugała oczyma i zamilkła.

Potrzebowała zrobić zakupy i zajrzeć do Jaszy, do pracowni, w której naprawiano prymusy. Ale po drodze musiała sprawdzić, czy wujek Hawryło nie sterczy przy bazarowych cwaniaczkach oszukujących na karty. Znany oszust nazywany Rudym siedział zazwyczaj na ziemi i tasował trzy karty – dwie czarne i jedną czerwoną. Potem rzucał na ziemię wszystkie trzy naraz i zakładał się o pięćdziesiąt karbowańców, że nikt nie zgadnie, gdzie jest kier. Wujek Hawryło szedł mu w sukurs, zgadując. To nakręcało gapiów, którzy gromadzili się wokół i dawali się nabrać na „łatwe pieniądze”. Kiedy zaś wchodzili w grę ze swoją pięćdziesiątką, Rudy sprawnie chował kartę kier do rękawa, podmieniając ją na czarną. Naturalnie, gapie przegrywali. Dobrze jeszcze, gdy obchodziło się w takich razach bez mordobicia. Czasami jednak obrywało się wszystkim, w tym również wujkowi Hawryle. Na swojej drewnianej protezie nie potrafił daleko uciec, dlatego stawał się łatwym łupem oszukanych graczy. Kławka nieraz musiała wyciągać go z dołka milicyjnego lub kurować po pobiciu.

Dlatego ilekroć była na Jewbazie, zawsze usiłowała wypatrzeć go pałętającego się w okolicy. Zdecydowanie łatwiej jej było zapobiegać niż leczyć.

Aż tu z oddali, z tego krańca bazaru, za którym zaczynały się Aresztanckie Ogrody9, dobiegł jej uszu dźwięk harmonijki oraz skrzypiący, ale dość donośny głos wujka:

To zdarzyło się całkiem niedawno,

Srogą zimą, w czterdziestym trzecim.

Po okrutnym, zaciętym boju

List do żony kapitan kleci:

„Droga żono, jestem kaleką,

Lewą rękę straciłem na wojnie,

Nie mam nóg, które wiernie służyły

Do obrony ojczystej strony”.

Kławka się uspokoiła. To oznaczało, że wujek jest teraz z „kadłubkami” – inwalidami wojennymi, pozbawionymi rąk czy nóg. Siedzi wprost na nagiej, zakurzonej ziemi, odpiął protezę i gra na harmonijce. Tuż obok przebywają pozbawieni nóg inwalidzi na własnoręcznie skleconych wózkach z dźwigniami, ułatwiającymi przemieszczanie się przy pomocy kikutów rąk. W porównaniu z nimi wujek Hawryło był całkiem zdrowym facetem, dlatego często brał ich w obronę, szczególnie przed cwaniakami z Jewbazu, którym się czasem nudziło. Ale zdarzało się to rzadko. Zazwyczaj każde trzymało się swoich rewirów i usiłowało nie wchodzić sobie w drogę. A skoro wujek Hawryło jest dziś z „kadłubkami”, to oznacza, że jest „zarobiony” i można się o niego nie martwić. Ci go i nakarmią, i ogrzeją, i serduszko sobie ukoją, wyśpiewując swoje rozpaczliwe pieśni. Wokół nich będą dreptać kobiety, słuchając kalek, wycierając łzy koniuszkami chust i rzucając do ich czapek jakiś grosik, jabłko lub obwarzanek.

Kławka kupiła trzy paszteciki z grochem, posłuchała burczenia w brzuchu i wzięła trzy kolejne, tym razem z ziemniakami. Jednego od razu połknęła. Zazwyczaj w soboty jadała śniadania u Jełyzawety Petriwny, ale tym razem szyki popsuł „opiekun” Prochorowej. Przeżuwając, podążała do pracowni zajmującej się naprawą prymusów przy ulicy Stepaniwskiej10. Przed wojną właścicielem pracowni był Pinchus Abramowycz albo po prostu „dziadzio Pinia”. Kławka miała wiele wspomnień związanych z tą postacią. Co niedzielę mama wypychała tatę na spacer z nią, aby „dziecko pooddychało świeżym powietrzem”. Zamiast do parku ojciec szedł do swojego zakładu, do Kuźni Leninowskiej, zaś ją zostawiał po drodze u „dziadzi Pini”. Pinchus Abramowycz miał zmierzwione siwe włosy, nosił okulary w cienkiej metalowej oprawie i zatłuszczony fartuch roboczy. Na zapadniętych policzkach widniała kilkudniowa, już miękka siwa szczecina. Staruszek dłubał w starych prymusach, odtykał wtryskiwacze igłami albo czyścił pompy. Kiedy nie było pracy, stawiał dwa stołki przed pracownią – jeden wysoki dla siebie, drugi malutki dla Kławki. Siadali sobie i rozmawiali. Opowiadał jej różne historie o życiu zwierząt i owadów zamieszkujących jego pracownię. Kiedyś mieszkała u niego myszka, która rozumiała ludzki język. Staruszek kładł dla niej kawałeczek słoniny i wołał: „Pusiu! Pusiu!”. Myszka natychmiast przybiegała i dziękowała mu: „I–i–i!”. Był tu też pajączek w oknie pracowni, który uplótł dla siebie huśtawkę, i w te rzadkie dni, kiedy do ciemnej pracowni „dziadzi Pini” zaglądało słonko, bujał się na niej, zażywając kąpieli słonecznych.

W soboty pracownia Pinchusa Abramowycza była zamykana: mężczyzna zakładał ciemny garnitur, czarne błyszczące buty oraz wysokie skarpety na guzki i, opierając się na parasolu, jakby to była laska, szedł do synagogi.

Po powrocie z ewakuacji Kławka nie zastała „dziadzi Pini” w pracowni i początkowo myślała, że zginął w Babim Jarze, ale nowy właściciel interesu, Jasza, powiedział, że staruszek popełnił samobójstwo. Powiesił się na samym początku okupacji niemieckiej – ubrany w tenże ciemny garnitur, czarne lakierowane buty, wysokie skarpety na guzki, ogolony i uczesany, z okularami na nosie, które zjechały mu bardzo nisko, ale nie spadły…

Kławka weszła do pracowni, w której od czasów przedwojennych nic się nie zmieniło. Wciąż tak samo pięknie pachniało naftą. Jasza oddał jej prymus Jełyzawety Petriwny wraz ze zrobionym wtryskiwaczem. W soboty Jasza pracował w odróżnieniu od Pinchusa Abramowycza. Było to już inne pokolenie Żydów, Żydów radzieckich. Czasami wręcz popisywał się swoim ateizmem, żartując: „Kiedy nam, Żydom z Jewbazu, powiedzieli, że Boga nie ma, odetchnęliśmy z ulgą: nareszcie można było zacząć jeść wieprzowinę, jest taka pyszna!”.

Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej

6 Obecnie ulica Mychajła Kociubynskiego.
7 Obecnie ulica Jarosławiw Wał.
8 Ołeksandr Jewdokymowycz Kornijczuk.
9 Historyczna dzielnica w Kijowie, mieszcząca się obecnie pomiędzy ulicą Starowokzalną, dworcem kolejowym, Prospektem Powitrofłockim oraz Prospektem Peremohy.
10 Obecnie ulica Starowokzalna.

Lublin 2026, wydanie pierwsze

ISBN 978-83-68178-58-6

© 2019 Maryna Hrymycz

© 2019 Nora-Druk

© 2026 Halina Surowiec / translation

© 2026 Warsztaty Kultury w Lublinie / Polish edition

Wydawca / Warsztaty Kultury w Lublinie

Redaktorzy serii / Andrij Saweneć, Aleksandra Zińczuk

Redakcja / Aleksandra Nizioł-Rutkowska

Korekta / Monika Błaszczak

Skład / Tomasz Smołka

Koordynacja produkcji / Olga Maciupa, Anna Lewicka-Koksanowicz

Projekt okładki / Ewelina Kruszewska

Projekt typograficzny serii / kolektyw kilku.com

Złożono pismem Skolar (proj. David Březina)

Kontakt / Warsztaty Kultury w Lublinie

ul. Grodzka 5a, 20-112 Lublin

warsztatykultury.pl, +48 81 533 08 18

[email protected]

Plik przygotał Woblink

woblink.com

Spis treści

Okładka

Karta tytułowa

Rozdział 1

Rozdział 2

Karta redakcyjna

Punkty orientacyjne

Okładka

Strona tytułowa

Prawa autorskie

Meritum publikacji