Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Opis:
Alina, wiejska bibliotekarka obdarzona niezwykłym głosem i fenomenalną pamięcią muzyczną, podczas jednej z podróży do miasta przypadkowo trafia do mieszkania Mykoły Chomyczewskiego – tłumacza Homera i byłego więźnia stalinowskich łagrów. Spotkanie z nim stanie się początkiem jej nieoczekiwanej drogi ku udziałowi w konkursie muzycznym, który może całkowicie odmienić jej życie. Wszystko to widzimy oczami syna Aliny, Władka – bystrego, wrażliwego obserwatora, którego spojrzenie odsłania zarówno komizm drobnych sytuacji, jak i brutalność systemu potrafiącego zmiażdżyć jednostkę. Dynamiczna fabuła przeplata się z drobiazgowo odtworzonym pejzażem epoki zastoju: realiami życia miasteczka wojskowego, gdzie pracuje mąż Aliny, opresyjną obecnością państwa, atmosferą podejrzliwości oraz wyuczoną uległością wobec władzy.
Książka ukazała się w ramach Literary Eastern Express – projektu realizowanego przy wsparciu Unii Europejskiej w ramach programu Kreatywna Europa.
Wołodymyr Danyłenko (ur. 1959 w Turowcu k. Żytomierza) – ukraiński prozaik, dramatopisarz i autor słuchowisk radiowych, krytyk i badacz literatury, producent projektów literackich, doktor literaturoznawstwa. Po ukończeniu filologii ukraińskiej w Żytomierskim Państwowym Uniwersytecie Pedagogicznym im. Iwana Franki pracował m.in. jako nauczyciel, dziennikarz, wydawca, kierował Wydziałem Kultury w Urzędzie Miasta Żytomierza, następnie był redaktorem czasopisma „Słowo i Czas" Instytutu Literatury Narodowej Akademii Nauk Ukrainy, pracował jako główny specjalista Sekretariatu Gabinetu Ministrów Ukrainy, wykładał na kilku uczelniach. Opublikował kilkanaście książek prozatorskich, m.in. zbiór opowiadań „Sen z dzioba jeżyka” (2006), powieści „Gazele biednego Remzi” (2008), „Kapelusz Sikorskiego” (2010), „Miłość w stylu baroku” (2011), „Cienie w dworku Tarnowskich” (2012), „Noc o profilu kobiety” (2020), „Ta, która trzyma niebo” (2025) oraz zbiór esejów literaturoznawczych „Drwal na pustyni” (2008). Ułożył kilka antologii literatury ukraińskiej. Jego utwory publikowano w tłumaczeniach na język azerski, białoruski, japoński, niemiecki, polski, rosyjski, rumuński, słowacki i włoski. Powieść „Klatka dla wilgi” ukazała się w tłumaczeniach na języki białoruski i rumuński. Dwa opowiadania w polskim tłumaczeniu Marcina Pastuszaka ukazały się na łamach czasopisma „Akcent". Mieszka w Kijowie i Turowcu.
Andrij Saweneć (ur. 1977 w Kornynie, Ukraina) – tłumacz, badacz przekładu. Absolwent Żytomierskiego Państwowego Uniwersytetu Pedagogicznego im. Iwana Franki oraz Europejskiego Kolegium Polskich i Ukraińskich Uniwersytetów. Doktoryzował się na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim Jana Pawła II, gdzie również wykładał. Autor monografii „Poezja w przekładzie: »ukraińska« Szymborska” (2006) i szeregu artykułów przekładoznawczych. W jego przekładach na język ukraiński ukazały się m.in. powieści Ernesta Hemingwaya i Salmana Rushdiego oraz trzy wybory wierszy Wisławy Szymborskiej. Autor wyboru i tłumacz polsko-ukraińskiej antologii poetyckiej „Lublin z dala, Lublin z bliska” (2017). W przekładach na język polski opublikował m.in. poemat Jurka Gudzia „Barykady na Krzyżu” (2014), wybór felietonów Mykoły Riabczuka „Poprzednie życie” (2018), rozmowę rzekę Jurija Andruchowycza, Ołeksandra Bojczenki i Oresta Drula „Worochtarium” (2019), powieść Ołeksandra Irwancia „Charków 1938”. Współredaktor serii wydawniczej Wschodni Express.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 295
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Seria wydawnicza Wschodni Express
Gdzie jesteś, o słodkogłosa bogini, która zeszłaś na asfaltowy brzeg prowincjonalnego wschodniowołyńskiego miasta? Gdzie jesteś ty, której głos i śmiech zapalały ludzi słyszących cię ze sceny? Do dziś śnię o tym, jak spacerujemy razem obok okrytego winoroślą czerwonego domu za płotkiem, a przy Żytnim Targu siedzi ślepy Homer i śpiewnie recytuje swoje heksametry przypominające przybój Morza Egejskiego.
Często przypominam sobie zasłyszaną kiedyś sentencję: jeśli bardzo czegoś chcesz, z pewnością dopniesz swego. A jeśli ci się nie uda, oznacza to, że nie bardzo tego chciałeś. Wracam do tych dawnych czasów i próbuję zrozumieć, czy rzeczywiście tak jest. Oglądając się na wydarzenia sprzed trzydziestu pięciu lat, usiłuję odtworzyć w pamięci ten dzień, kiedy wszystko się zaczęło.
A zaczęło się 3 czerwca 1978 roku. Była sobota. Jechałem z matką w gwarnym tramwaju. Przy Żytnim Targu matka zgiętym paluszkiem zapukała niczym do drzwi w plecy wysokiego, ciapowatego mężczyzny, który zatarasował sobą całe wnętrze kabiny pasażerskiej, i kokieteryjnie zapytała:
– Czy pan wysiada?
Mężczyzna ciężko spojrzał za siebie i, zszokowany jej miłą bezceremonialnością, niezgrabnie przysunął się do siedzeń. Przez tłok przebiliśmy się do drzwi. Mama lekko zeskoczyła ze stopnia, a za nią wyskoczyłem z torbą na zakupy ja. Mieliśmy przejść ulicę do dworca autobusowego, ale matka nie wiadomo czemu pociągnęła mnie wzdłuż torów tramwajowych, jakby coś ją prowadziło. Zatrąbiła taksówka i wąsaty kierowca krzyknął w jej stronę coś sprośnego, a ona tylko spojrzała wstecz i, kołysząc biodrami, ruszyła dalej. Wydaje mi się, że jakimś nadprzyrodzonym zmysłem wyczuła w ulicznym gwarze wibracje płyty rezonansowej pianina wylewające się przez na wpół otwarte okno parterowego domu z cegły, przed którym rozrosły się winorośle, pnąc się lianami po rynnach i murach. Z czerwonego domu płynęła muzyka. Matka zatrzymała się przy oknie i, złapawszy takt, cicho zanuciła. Kiedy zaś pianista zagrał tak namiętnie, jak tylko mógł, nie wytrzymała i głośno zaśpiewała:
Ne, nediej da mi pripomnjasz
Ne, nediej da me pogleżdasz
Tyj otczajano i nieżno – ne!
Kakto predi…
Molja te, ne me dokoswaj!
Molja te, ne me celuwaj
Tyj pogubwaszto i strastno – ne!
Kakto predi…1
Jej wysoki głos zagłuszało brzęczenie tramwaju, szum ulicy, ludzki gwar, gruchanie gołębi, a mimo to zaczarował przechodniów, którzy aż zastygli w bezruchu, i kiedy muzyka i śpiew urwały się, zaklaskali w dłonie. Wtedy też w na wpół otwartym oknie pojawił się siwy mężczyzna, który ze zdziwieniem zapytał:
– To pani śpiewała?
– Przepraszam, że przeszkodziłam panu w grze – speszyła się matka. – Nie mogłam się powstrzymać.
Mężczyzna miał wyraźne bruzdy na twarzy, przez co jego profil wyglądał jak z monety.
– Jeśli znajdą państwo odrobinę wolnego czasu dla starszego pana, to zapraszam do mojego domostwa – zniknął z okna i za chwilę podszedł do zielonego płotka.
Matka przez chwilę zastanawiała się, po czym potrząsnęła grzywą ciemnych włosów i rozważnie powiedziała:
– Cóż, wejdziemy, skoro pan tak zaprasza.
Zaprowadził nas do swojego mieszkania.
– Nie zdejmujcie państwo butów – poprosił w korytarzu, otworzył drzwi i wskazał ręką na kanapę. – Proszę się rozgościć.
W salonie stało stare pianino z pożółkniętymi ze starości klawiszami. Wokół stały regały z książkami. Z okna widać było sad i dużo kwiatów.
– Nazywam się Mykoła Chomyczewski – powiedział mężczyzna.
Miał w sobie ten staruszek jakąś staroświecką elegancję.
– A po ojcu? – zapytała mama.
– Mykoła Wasylowycz – tak jak Gogol.
Był niewysokiego wzrostu, krępy, przysadzisty, w jasnoszarym letnim garniturze.
– Jestem Alina.
– A to pani brat?
– Nie, to mój syn Władek.
– Nie dałbym pani więcej niż dwadzieścia pięć lat – powiedział staruszek.
– Dziękuję – zaczerwieniła się. – Mam trochę więcej.
– Mówi pani po bułgarsku?
– Skąd taki pomysł?
W jej oczach zaiskrzyły się figlarne diabełki, które zawsze pojawiały się, gdy rozmawiała z mężczyznami.
– Śpiewała pani piosenkę Lili Ivanovej Mój stary przyjacielu.
Starszy pan miał niski brzęczący głos i przenikliwe, głęboko osadzone oczy.
– Usłyszałam tę piosenkę z magnetofonu mej siostrzenicy.
Na te słowa gospodarzem aż wstrząsnął dreszcz:
– Cóż to za „mej” i „twej”?
– U nas tak się mówi.
– U was, czyli gdzie? – Spojrzał na nią prześmiewczo.
– W Turowcu.
– Ach w Turowcu! – zakręcił się na miejscu staruszek. – Pora już przenieść do Turowca dominującą odmianę języka z Kijowa i Połtawy.
– Chce pan, żebym rozmawiala z panem jak poltawska galuszka ze wsi Kalenyki? – sparodiowała jego prześmiewczą manierę.
– Nie, skądże! Proszę mówić po swojemu. To dodaje pani nie lada wdzięku. Mówi więc pani, że usłyszała piosenkę i od razu ją zapamiętała?
Spod krzaczastych brwi patrzyły na nią kpiarskie niebieskie oczy.
– Zawsze tak zapamiętuję – spojrzała wyzywająco na gospodarza.
– To jest bardzo interesujące. A jeśli dam pani posłuchać piosenki, potrafi pani ją od razu zaśpiewać?
– Będzie pan akompaniował?
– Po co? Przecież pani potrafi zapamiętać z nagrania magnetofonowego.
Wydawało mi się, że Chomyczewski chce dać jej nauczkę. Podszedł do starej radioli i zaczął szukać jakiejś płyty.
– Ja bardziej ufam płytom winylowym niż magnetofonowi – wciąż grzebał w kolekcji swoich płyt gramofonowych. – W ubiegłym roku zmarła Maria Callas. Była, podobnie jak pani, sopranem dramatycznym. Callas urodziła się w Nowym Jorku w rodzinie greckich emigrantów, która ledwo wiązała koniec z końcem. Początek jej kariery muzycznej nie był udany. Przytyła, niebiosa nie były dla niej łaskawe. Spotkała jednak włoskiego dyrygenta Tullia Serafina, z którym przeżyła twórczy wzlot. Serafino wprowadził ją w świat wielkiej opery. Wykonywała główne partie w Aidzie Verdiego i w Normie Belliniego. A potem zaśpiewała w La Scali i została królową włoskich primadonn. Callas zrzuciła trzydzieści kilo i zaczarowała całą Europę i Amerykę. Oto wreszcie odnalazłem jej płytę – wyjął z koperty winylowy krążek i umieścił na talerzu radioli.
Po chwili syczenia do salonu wtargnęła muzyka, a za nią lekki, piersiowy kobiecy głos. Zaskoczona matka zerwała się z kanapy i zaczęła chłonąć całą sobą każdą frazę muzyczną, każdy takt i słowo śpiewaczki. Zapomniała o mnie, o gospodarzu i obcym domu. Jej dusza była gdzieś daleko. Muzyczny wicher przeszedł przez nią. Wydawało mi się, że nawet zatrzymała oddech. Kiedy zaś muzyka zamilkła, nastąpiła napięta cisza – i w tę ciszę wtargnął jej głos, który z matematyczną dokładnością kopiował słowa, tempo, intonacje Callas. Jej głos trzepotał jak motyl nad kwiatem, zachłannie rozkoszując się uczuciami i swoją własną mocą. Wypełniwszy sobą cały salon, głos urwał się na najwyższej nucie, a w kredensie jeszcze długi czas brzęczały kryształy.
– A jakże pani, nie znając języka, zapamiętała słowa? – przerwał milczenie staruszek. – Żeby tak po pierwszym odsłuchaniu powtórzyć Walc Julii? Stary Gounod pewnie w trumnie się przewraca…
– Zapamiętuję tutaj. – Przyłożyła rękę do piersi. – Zapamiętuje się uczucia, a uczucia mówią w jednym języku.
– No, wie pani… – zmieszał się gospodarz. – Wszystko w swoim życiu widziałem oprócz tego, co pani mi tutaj pokazała. Co pani robi w tym Turowcu?!
– Pracuję w bibliotece.
– Z takim głosem, słuchem i pamięcią muzyczną?!
– Pan sądzi, że mogą mi zaoferować coś lepszego?
– A jakie pani ma wykształcenie?
– Szkoła kultury i sztuki, nieukończona.
Gospodarz rozłożył ręce i się zakrzątał:
– Czemuż to ja stoję w miejscu?… Może chociaż herbatki państwu zaproponuję. Mam wyborną herbatkę cejlońską.
Zapalił kuchenkę w kuchni i zaczął ustawiać naczynia na stole.
– Ma pan taki ładny czajnik – zauważyła mama.
– To nie jest czajnik, to herbatnica – odpowiedział. – Widzi pani, jakie ma kształty, podobne do pani.
Nagle zrobiło się nam lekko i wesoło. Piliśmy herbatę i żartowaliśmy, jakbyśmy znali się od wielu lat.
– A kim Władek chce zostać?
– Nie wiem – zarumieniłem się.
– A jak się uczysz?
– Dobrze.
Mimo podeszłego wieku emanował nieokiełznaną energią.
– A gdzie pracuje pani mąż?
– Jest mechanikiem lotniczym w Skomorochach.
– Czy nigdy nie chciała pani rzucić wszystkiego i wstąpić do konserwatorium? Czy pani głos nigdy nie zrodził takiego pragnienia?
Było coś patriarszego w jego posturze i dużej głowie z wysokim czołem.
– Miałam takie chęci, ale wyszłam za mąż.
– No jasne, dla kobiety akt małżeństwa jest lepszy niż dyplom konserwatorium – powiedział gospodarz, dolewając jej herbaty, a w jego głosie zabrzmiała nutka ironii.
Przez jakiś czas siedzieliśmy przy stole z barwnym obrusem, piliśmy herbatę i żartowaliśmy. Wszystko w domu Mykoły Chomyczewskiego miało na sobie pieczęć innej epoki.
– Mógłbym wystarać się o miejsce dla pani w zespole Lonok – powiedział. – Tyle że pani głos nie jest folklorystyczny. Pani miejsce jest w operze.
– Ale przecież nie mam wykształcenia – zaczerwieniła się.
Gospodarz zamilkł i upił łyk herbaty.
– A co pani sądzi o tym, by zwyciężyć w konkursie? – spojrzał na matkę. – W dniach 17–19 sierpnia odbędzie się konkurs młodych wykonawców imienia Latoszyńskiego, którym zajmuje się koleżanka mojej świętej pamięci małżonki. Z pani predyspozycjami jeszcze można się przygotować. Laureaci dostają skierowanie do Konserwatorium Kijowskiego. To oznacza, że w przypadku zwycięstwa dostanie się pani na studia bez egzaminów wstępnych. Konkurs jest dla uczestników, którzy nie skończyli trzydziestu pięciu lat. A pani, nawiasem mówiąc, ile ma?
– Dwudziestego pierwszego listopada skończę trzydzieści trzy – odpowiedziała kokieteryjnie.
– W pani wieku jeszcze można planować przyszłość. Da się jeszcze zrobić wiele rzeczy. Ja, pani Alino, pierwszą przetłumaczoną książkę Prometeusz skowany opublikowałem mając pięćdziesiąt dwa lata, a tomik sonetów Gwiezdne sady – już po siedemdziesiątce.
Ciężko podniósł się zza stołu, podszedł do regału i położył przed nią książki.
– To są pańskie? – zapytała z niedowierzaniem, zerkając na niego z dołu. – A dlaczego tu jest napisane imię Borys Ten?
– To mój pseudonim2 – odparł wesoło. – A te oto dwie książki zabrały mi trzydzieści jeden lat życia.
Podał dwa tomy Homera.
– Oho, czyli jest pan gwiazdą! – Spojrzała na niego z zachwytem.
– Gwiazda to skupisko gazów, a ja, pani Alino, jestem po prostu tłumaczem.
Przez chwilę kartkowała książki, a potem spojrzała na staruszka i zapytała:
– Proponuje mi pan wskoczyć do ostatniego wagonu pociągu ekspresowego, który odjeżdża z dworca?
Jej brwi złamały się i cała zapłonęła niczym malwa na obrazie Kateryny Biłokur.
– Ja przecież wskoczyłem do ostatniego wagonu. – Gospodarz spojrzał na nią kpiarsko.
– Pan jest mężczyzną. Mężczyzna może zacząć życie od nowa w każdym wieku, o ile się odważy. Ja z kolei jestem zwykłą kobietą.
– Przeciwnie, pani jest niezwykła.
– W czymże jestem niezwykła?
– Pani ma niezwykły głos i słuch.
– Na Boga, jaki głos i słuch?! Ja mam dwójkę dzieci!
Chomyczewski dolał jej herbaty.
– Chce pani śpiewać?
W salonie zapadła cisza, słychać było jedynie wibrowanie szyby od przejeżdżającego tramwaju.
– Oferuje mi pan, że zostanie moim Tulliem Serafinem? – uśmiechnęła się do niego. – Jak widać, nie muszę zrzucać trzydziestu kilogramów. Ze mną będzie pan miał mniej kłopotu.
– Niestety nie jestem Tulliem Serafinem – odpowiedział delikatnie gospodarz. – Większa część mojego życia upłynęła pod znakiem nieszczęścia. Ja, pani Alino, że tak powiem, ściągam nieszczęścia. Ale dla pani spróbuję. Moje kwalifikacje nie wystarczą do nauczania śpiewu operowego, jest jednak w Żytomierzu jedna osoba, która będzie mogła pani pomóc. Postaram się więc ją przekonać.
Matka podniosła się zza stołu, podeszła do pianina i jednym paluszkiem zaczęła dobierać jakąś melodię.
– Umie pani grać?
– Nie.
– No to proszę się uczyć, póki jest pani w moim domu.
Usiadła do pianina i próbowała zagrać jakąś melodię, ale palce nie trafiały na właściwe klawisze, matka złościła się i zaczynała wszystko od nowa.
– W ten sposób – gospodarz podszedł do niej i położył jej ręce na klawiszach – proszę rozluźnić nadgarstki. Tak, tak właśnie – kiwał głową. – A teraz od nowa. Palce rozluźnione. Rozluźnione palce! Tak, tak. A co pani gra?
– Improwizuję sobie.
Przez dłuższy czas maltretowała pianino, jakby dorwała się do drogiej, wymarzonej zabawki.
– A która to już godzina? – Z przestrachem spojrzała na zegar w obudowie. – Pana zegar się zatrzymał.
– Zatrzymał się, gdy przekazano mi sygnalny egzemplarz Iliady. To była ostatnia kropka w moim życiu – odpowiedział gospodarz. – Ja, pani Alino, dobiłem osiemdziesiątki. Wykonałem wszystko, co zaplanowałem. Przetłumaczyłem całego Homera. Nie mam już żadnych planów. Mogę już umierać.
– A co ze mną? – oburzyła się ona. – A konkurs imienia Latoszyńskiego?!
– Przepraszam, zapomniałem – uśmiechnął się do niej. – Dla pani warto jeszcze trochę pożyć. Co tam pokazuje budzik? Proszę spojrzeć, bez okularów nie widzę.
– Trzynasta czterdzieści pięć. – Spojrzała na budzik, który cicho tykał na książkowej półce. – Pora już na nas. O piętnastej mamy autobus. Powinniśmy jeszcze coś kupić.
Odprowadził nas do zielonego płotka i pożegnał się.
– Jak przyjedziecie z Turowca, proszę wpaść do mnie. Przecież targ jest tuż obok.
– Niech będzie pan zdrów, Mykoło Wasylowyczu! – powiedziała wesoło.
– Moje uszanowanie dla pięknej pani! Do widzenia, Władku! – pomachał ręką.
Po czym zniknęliśmy w miejskim tłumie.
Do Turowca przyjechaliśmy około godziny szesnastej. Milci w domu już nie zastaliśmy. Pewnie poszła do którejś ze swoich koleżanek. Właśnie kończyła ósmą klasę. Szkoła w Turowcu była ośmioletnia i Milcia zamierzała złożyć dokumenty do szkoły nr 23 w Żytomierzu. Siostra była starsza ode mnie o rok, ale zawsze wydawało mi się, że jest dużo starsza. Potrafiła już gotować, wiedziała, ile kosztują sukienki i buty, oraz potrafiła bez skrępowania targować się z handlarkami na targu.
Podśpiewując piosenkę o Mikołaju, mama wyjęła z torby morskiego okonia i schowała do lodówki, wyłożyła na stół chleby żytnie, pszenne, musztardę, olej, kaszę gryczaną, zapałki. Rozłożyła zakupy. Wyjęła z pieca barszcz, pieczeń z grzybami i usiedliśmy do obiadu.
– O, prawie zapomniałam.
Przyniosła z salonu cztery książki, dwie podała mi i zmusiła do włożenia ich pod pachy, a dwie włożyła pod pachy sobie. W ten sposób uczyła mnie poprawnego siedzenia przy stole.
– Plecy mają być równe. Przyciskaj książki łokciami. Nie zapominaj posługiwać się nożem.
– Jak długo mam to znosić? – burknąłem.
– Tak uczono dobrych manier przy stole niemieckich oficerów. – Zabrzęczała zastawą stołową, soląc barszcz z solniczki.
Kiedy zabraliśmy się do pieczeni, skrzypnęły drzwi do sieni i do chaty weszła babka Maryna.
– Już żeście przyjechali? A ja widze, że ni ma was w porze obiadu, no to wydoiłam twoje kozy. A ta czarna, Niusia, tak mnie dźgnęła, że aż wywinęłam orła. Mleko rozlałam z wiadra. Po kiego mi licha, myśle, taki ambaras? Jeszcze mnie okaleczy, póki bendziecie tam sie szwendać po Żytomierzu.
– A że niby gdzieśmy sobie szwendali?!
W oburzeniu mama zaczerwieniła się i spod łokci wypadły dwa tomy Neczuja-Łewyckiego.
– A czyż nie mogliście przyjechać wcześnij?
– Czy ja mało doiła mamy krowę, że mama mi tu wypomina?
– A czyż ja ci wypominam? – tłumaczyła się babka Maryna. – Tylko mówie ci, że trza było przyjechać w porze obiadu.
– Kiedy było trzeba, wtedy przyjechaliśmy!
– Jesteś cienta jak osa. Nie wolno już nawet słowa ci powiedzieć.
– Jak nie ma dobrego słowa do powiedzenia, to niech mama lepiej nic nie mówi.
– Niech Bóg broni, żebym ci jeszcze kiedyś kozy doiła czy co innego robiła! – obruszyła się babka Maryna. – Niech te kozy diabły porwą!
Zabrała się i wyszła, a w domu nastała przygnębiająca cisza.
– Widziałeś?! – oburzyła się mama. – Nie dała nawet obiadu zjeść! Mówiłam twojemu ojcu, żeby budował dom w Żytomierzu, a on osiadł na podwórku swej mamuni. I też muszę ją znosić zamiast śpiewać na scenie. Jakże mi to wszystko zbrzydło!
– Zjedzmy już tę pieczeń z naleśnikami – odezwałem się.
Ona jednak wrzała z oburzenia.
– Nie chcę pieczeni ani naleśników! Twój ojciec ma szczęście, że dzisiaj mają nocne loty. Inaczej bym powiedziała mu, co o nim myślę!
Grzmotnęła drzwiami i wyszła z domu. Dojadłem pieczeń i również wyszedłem na dwór. Przy stodole usłyszałem, jak ona śpiewa:
Tam w ogrodzie nostrzyk rodzi,
A znów do mnie kum mój chodzi.
Rodźże, rodźże, nostrzyk, hojnie,
Chodźże, chodźże, kumciu, do mnie.
Tam w ogrodzie oset rodzi,
A znów do mnie diaczek chodzi.
Rodźże, rodźże, oset, hojnie,
Chodźże, chodźże, diaczku, do mnie.
– No i co jej powisz? – nasrożył się dziadek Denys.
Siedział na ławce przed swoją chatą i wyłupywał ziarna z kaczana kukurydzy. Obok dziadka drzemał szary kot. Brzęczały pszczoły i muchy.
– Krowę leni się trzymać, wzieła sobie kozy, bo trza po mieście sie wałęsać. Do tego jeszcze śpiewa jak przygłupia, żeby wszyscy sie śmiali. I bez tego wszyscy z ciebie się śmiejo – głośno powiedział dziadek.
– Że też taty nie spytałam! – odezwała się mama.
Po czym zaśpiewała mu na złość:
Bolą mi od piwa plecy,
A od miodu głowa.
Polej lepiej mi wódeczki,
Żebym była zdrowa,
Żebym, żebym, żebym,
Żebym była zdrowa!
– Co to za głos? Skrzeczy jak wilga, a myśli, że to ładne – wyburczał dziadek.
Zamilkła, wrząc oburzeniem, wbiegła do domu i trzasnęła drzwiami. Postałem trochę na podwórku i wszedłem za nią. Mama siedziała w pokoju dziennym za biurkiem z otwartą szufladą i grzebała w swoich papierach. Dziadek ukłuł ją w najbardziej wrażliwe miejsce. W takich chwilach zmieniała swój testament. Wyjęła kartkę papieru zapisaną okrągłym, kobiecym pismem, wzięła długopis i smutno powiedziała:
– Gdy umrę, chcę, żeby na moim pogrzebie nie było dziadka Denysa i babki Maryny. Skreślam ich. – Skreśliła na kartce. – A zamiast nich wpisuję Mykołę Chomyczewskiego. Zaprosisz go z tej smutnej okazji. Będzie mu przyjemnie, że przed śmiercią o nim nie zapomniałam. – Zaszlochała i podparła policzek ręką. – Kiedy będą spuszczać trumnę do dołu – wyszeptała, tłumiąc w sobie płacz – niech zagrają coś bardzo smutnego. Tylko nie bierzcie orkiestry dętej. Wynajmijcie lepiej trzech skrzypków.
Nie lubiłem takich chwil, kiedy ogarniał mnie nieopisany żal i nie wiedziałem, jak ją uspokoić.
– Mówi, że skrzeczę jak wilga – powiedziała ze szlochem.
– Kto mówi?
– Dziadek.
– Dlatego tak powiedział, bo koza uderzyła babkę Marynę. – Próbowałem ją uspokoić.
– Czyżbym miała skrzypiący głos? Mam głos jak Jewhenija Mirosznyczenko czy Bela Rudenko. Podoba ci się, jak śpiewa Rudenko?
– Podoba się – zasapałem.
– Chodźmy, pokażę ci, gdzie będą leżeć chustki na pogrzeb. – Otworzyła szafę i pokazała stosik chustek.
Wyjęła jedną z szafy, otarła łzy i wydmuchała nosek.
– Właśnie zmarnowałaś nową chustkę – spostrzegłem.
– Tą akurat miał sobie przewiązać ramię dziadek Denys – wykrzyknęła gniewnie i zgniotła chustkę w ręku. – I tak już nie będzie mu potrzebna, bo właśnie skreśliłam go ze swojej ceremonii pogrzebowej.
Wyszedłem na dwór, zastanawiając się, jak też dopiec dziadkowi. O co dziadek najbardziej się martwi? O pszczoły? A co niby mogę zrobić pszczołom?… Tak oto, namyślając się, melancholijnie zabrnąłem do drewnianego wychodka za domem, gdzie zobaczyłem starannie wystruganą szczapkę, którą dziadek wepchnął w szczelinę między belką a sosnową deską. Przez jakąś chwilę przyglądałem się szczapce, po czym dotarło do mnie, że dziadek Denys używa jej do podcierania się. To właśnie jest najbardziej intymny przedmiot dziadkowego życia codziennego, pomyślałem sobie i wrzuciłem szczapkę do dołu.
Wyszedłem z drewnianej budy i poczułem, że oto nareszcie moja dusza zaznała pocieszenia. Do pełni szczęścia brakowało reakcji dziadka. Długo więc kręciłem się na podwórku, obserwując go. Dziadek heblował strugiem deskę, żeby naprawić dno drewnianej skrzynki z ziemią, w której rósł babciny fikus. W końcu babcia zawołała go na podwieczorek. Dziadek podniósł się z kolan, otrzepał z wiórów, umył ręce w zawieszonej na płocie polowej umywalce i poszedł do domu. Ja zaś z cierpliwością wędkarza, który jest gotów godzinami patrzeć na nieruchomy spławik, usiadłem na ławce przed domem dziadka i czekałem. Czekanie się wydłużało, gdyż dziadek lubił dobrze zjeść. Kiedy się już zdrzemnąłem, skrzypnęły drzwi przedsionka, dziadek wyszedł na zewnątrz, postał na progu, pomyślał, zrozumiał, czego chce i ruszył do drewnianej budy za domem. Schowałem się w ogródku i patrzyłem, co będzie dalej. Dziadka nie było dość długo. Zacząłem zdzierać i jeść żywicę z wiśni, ale oto skrzypnęły drzwi i zobaczyłem dziadka, który przytrzymywał jedną ręką spodnie, a drugą obmacywał ściany wychodka. Obmacał wszystko, co mógł, a potem zapiął się i, szeroko rozstawiając nogi, dziwacznym krokiem ruszył do domu. Podkradłem się do okna i usłyszałem, jak głośno pyta:
– Gdzie jest moja szczapka?
– Kogóż obchodzi ta twoja szczapka? – oburzyła się babka.
– Kogoś chyba obchodzi! – krzyknął gniewnie.
– To może któreś z dzieci wyrzuciło?
– Ależ francowaty gnojek – burknął dziadek.
Wziął scyzoryk i poszedł wycinać nową szczapkę. Ja z kolei wszedłem do domu i usłyszałem, jak mama śpiewa:
A mój luby skonał, skonał,
A w komorze dudę schował,
A ja wpadłam mąki nabrać
I na dudzie chciałam zagrać.
Zaczekałem aż zrobi przerwę i zapytałem:
– A dlaczego dziadek Denys nie używa w toalecie papieru, tylko szczapki?
– Bo twój dziadek dorastał w lesie, gdzie nie było papieru, za to sporo drewna – odpowiedziała i wróciła do śpiewania.
W poniedziałek matka oznajmiła, że ma jechać do Chomyczewskiego:
– Pozna mnie z nauczycielką śpiewu.
Rano tego dnia poleciła siostrze:
– Milciu, jedziemy z Władkiem do Żytomierza. Nakarmisz i wydoisz kozy. Wrócimy po południu.
Przez dłuższy czas nie mogłem zrozumieć, dlaczego za każdym razem zabiera mnie ze sobą, a gdy o to zapytałem, mama z uroczą szczerością odpowiedziała:
– Są tego trzy powody – powiedziała, nadąwszy usta, i przytuliła się do mnie, kiedy siedzieliśmy obok siebie w autobusie. – Dziadek z babcią nie będą myśleli, że znalazłam sobie w Żytomierzu kochanka i jeżdżę na randki. Nosisz za mną torbę na zakupy i wychowuję cię na mężczyznę, który kiedyś będzie nosił torbę za swoją żoną. A po trzecie wszyscy myślą, że jesteś moim młodszym bratem. A jakiej kobiecie nie podoba się, kiedy daje się jej mniej lat, niż naprawdę ma?
– A dlaczego nie zabierasz ze sobą Milci?
– A po co to Milci? Ty wchłaniasz świat jak bibuła atrament. Znajomości z takimi osobami jak Chomyczewski bardziej przydadzą się tobie niż jej. Odpowiada ci przecież jeżdżenie ze mną, prawda? – zajrzała mi w oczy.
Co mogłem jej odpowiedzieć? Była podstępna jak wicher, jak huragan, który porywa za sobą i niesie przez życie, zmiatając wszystko na swojej drodze. Niepohamowana, roześmiana, rozśpiewana, prześmiewcza i upojona życiem – taka była tego lata.
Wysiedliśmy z autobusu na Żytnim Targu, przeszliśmy przez tory tramwajowe, doszliśmy do domu z czerwonych cegieł, ogrodzonego zielonym płotkiem, i zadzwoniliśmy do drzwi. Gospodarz jednak nie otwierał. Mama wcisnęła guzik dzwonka po raz drugi i trzeci.
– Gdzież on się podział? – z zakłopotaniem zapytała i zgiętym paluszkiem zapukała w szybę.
W domu było cicho. Postaliśmy pod oknem i wyszliśmy na ulicę.
– No i gdzie mamy go szukać? – zapytałem.
Nie odpowiedziała nic i bezmyślnie ruszyła gdzieś przed siebie, a ja powlokłem się za nią. Już wtedy domyślałem się, że jej intuicja jest dużo lepiej rozwinięta niż rozum. Zawsze kierowała nią jakaś siła podpowiadająca drogi, którymi trzeba się poruszać. Przekonałem się o tym, gdy minęliśmy bulwar, park i znaleźliśmy się na kładce nad rzeką.
Było ciepło. Miękkie czerwcowe słońce rozgrzało ziemię, a w Teterewie pluskali się dorośli i dzieci. Za mostem, przy chutorze Browary, zauważyłem w rzece naszego staruszka. Pływał przy brzegu, prychając z zadowoleniem.
– Patrz, tam jest Chomyczewski. – Pokazałem matce.
Dostrzegła go, głośno zawołała i pozdrowiła ręką:
– Hej, świat przewrócił się do góry nogami, a Borysten popłynął przez Żytomierz!
Zeszliśmy z kładki i zaczęliśmy schodzić do rzeki. Staruszek podpłynął do brzegu, uczepił się krzaka, ale z wody nie wychodził.
– Niech pan wychodzi, Mykoło Wasylowyczu – krzyknęła matka.
– Tylko proszę nie podglądać, bo jestem nagi – zachichotał staruszek.
Wyszedł z wody i zaczął ubierać się za krzakami.
– A dlaczego nie kąpie się pan na plaży, tylko przy chutorze? – zapytała.
Staruszek wyszedł zza krzaków. Jego rzadkie siwe włosy zbiły się w kołtuny i poprzylepiały do głowy. Przypominał mokrego koguta.
– Na tym chutorze kiedyś mieszkałem.
Wyjął z kieszeni plastikowy grzebyk i uczesał się. Wspinaliśmy się ścieżką i niespiesznie rozmawialiśmy, idąc w kierunku miasta.
– A co, tu taniej było wynajmować mieszkanie?
– Po wojnie, Alino, nie pozwalano mi mieszkać w Kijowie ani w Żytomierzu – odpowiedział Chomyczewski. – Uważano mnie za osobę niepewną politycznie. Zresztą, jak pani już chyba się domyśliła, dla władz wciąż taką osobą jestem. Mieć konszachty ze mną jest niebezpiecznie, bo ściany mojego domu mają uszy. Tak więc, pracowałem wówczas w teatrze, a po pracy szedłem przez rzekę za miasto, na chutor. W tej oto chacie – wskazał ręką – wynajmowałem stancję. Często w nocy skradałem się do domu jak złodziej, bo uważano to za naruszenie obowiązku meldunkowego. Ledwo umoszczę się w łóżku obok żony, ogrzeję się, aż tu pukanie do okna. Przyszedł milicjant dzielnicowy, żeby sprawdzić, gdzie jestem. Na takie okazje zawsze miałem naszykowaną butelkę wódki. Brał butelkę, surowo rozkazywał, by to było po raz ostatni, a ja obiecywałem, że to więcej się nie powtórzy. Ale później zastawał mnie znowu, i też znowu wpychałem mu do rąk butelkę wódki. I tak trwało to, dopóki nie umarł Stalin.
Tak oto rozmawiając, dotarliśmy do jego domu. Gospodarz otworzył drzwi. Zaprosił nas do salonu. Zapalił kuchenkę, podgrzał czajnik i poczęstował nas herbatą.
– A jakim cudem państwo mnie rozpoznali w wodzie?
– To Władek pana zauważył – powiedziała mama.
– Jakiegoż spostrzegawczego ma pani syna. – Staruszek nadpił herbaty. – No, nie marnujmy czasu. Proszę usiąść przy pianinie.
Rzuciła się na klawisze niczym głodny dzięcioł na pień drzewa zaatakowany przez korniki. W jej chaotycznej grze pojawiało się coraz więcej harmonii, a palce za każdym razem robiły się bardziej wprawne i precyzyjne. Staruszek pokazał jej kilka akordów, które od razu zaczęła stosować.
– Proszę nie zapominać o pedałach – przypomniał Chomyczewski i jednym ruchem nogi pokazał, jak to się robi. – Pani ma zrosnąć się z pianinem, stać się z nim jednością, jakby to było pani ciało. Wtedy każdy ruch będzie naturalny jak chód, bieg, taniec.
Kiedy mama do woli nacieszyła się grą, gospodarz powiedział:
– Teraz, pani Alino, proszę usiąść na kanapie, a Władek niech usiądzie obok. Dam państwu coś do posłuchania.
Znalazł jakąś płytę i położył ją na talerzu radioli.
– Zaraz posłuchamy Kiri Te Kanawy z Nowej Zelandii. Jej matka była Irlandką, a tata wywodził się z Maorysów.
– Kim są Maorysi? – zapytała.
– Rdzenni mieszkańcy Nowej Zelandii. Otóż najpierw Kiri występowała w klubach nocnych, a potem zaśpiewała arię z opery Pucciniego Tosca, zwyciężyła w konkursie i otrzymała grant na kontynuację edukacji muzycznej. Przeniosła się do Londynu i tam zrobiła karierę śpiewaczki operowej. Występowała w największych operach świata. Mam nagranie z siedemdziesiątego piątego roku, opera Bizeta Carmen. Zresztą, lepiej posłuchajmy.
Po brawurowym preludium zabrzmiały arie, a staruszek wtrącał swoje komentarze:
– A oto właśnie aria Micaëli.
Śpiew Kiri budził smutek i melancholię. Przypominał rannego ptaka, który traci ostatnie siły, żegnając się z życiem.
– A głos nie jest zwarty – zauważyła mama. – Drży.
– No, pani chce, żeby wszyscy mieli głos tak gęsty i zwarty jak pani – skrzywił się ironicznie staruszek. – Kiri nie dorastała na turowieckich grzybach.
Słuchali arii i omawiali je, ale mnie to szybko znużyło. Wolałbym zatem już wyjść na dwór.
– Tak przy okazji, obiecał pan, że pozna mnie z nauczycielką wokalu, która pomoże mi przygotować się do konkursu. – Przypomniała mu.
– Obiecałem – skinął głową Chomyczewski – i zaraz w pani obecności z nią się umówię.
Podszedł do telefonu, otworzył notes, wykręcił numer i wesoło powiedział:
– Dzień dobry! Jak się miewa pani Cybulska? Ta, jakie tam życie może mieć stary człowiek? Jeśli nogi chodzą, nie ma bezsenności i ma się apetyt, to już jest się szczęśliwym. A o kobitkach nawet strach myśleć, żeby szlag nie trafił, jak się mówi w Galicji. Pamięta pani, w ubiegłym tygodniu opowiadałem o pewnej młodej pani z Turowca, której trzeba pomóc z przygotowaniem się do konkursu? Kiedy?… Jutro? U pani w domu? O której? W takim razie nie będę już przedłużał i za pani zgodą kłaniam się nisko. Do jutra!
Odłożył słuchawkę i zadowolony powiedział:
– Coś takiego wypada uczcić!
Wyjął z małego barku rozpoczętą butelkę z nalewką i dwa kieliszki.
– Szampan, pani Alino, pije się w Szampanii, szkocką w Szkocji, kachetyńskie wino w Kachetii, koniak w Cognacu, a ja poczęstuję panią dobrą kodniańską nalewką, bo oni mają swoje, a my swoje tradycje alkoholowe. Tym bardziej że Kodnia jest nieopodal Turowca. Władka nie będziemy do tego sławnego trunku przyuczać, żeby przedwcześnie nie zepsuć mu gustu.
Stuknęli się kieliszkami i opróżnili je.
– Pan tyle przetłumaczył – odezwała się mama. – Pewnie wcześnie rano pan wstaje?
– Jeśli człowiek chce dożyć w zdrowiu głębokiej starości, ma budzić się razem z ptakami – odpowiedział gospodarz. – Robię tak już od pięćdziesięciu lat, inaczej nie zdążyłbym przetłumaczyć Homera – ponownie polał kodniańskiej nalewki do kieliszków i wesoło kontynuował: – Wiecie państwo, wszyscy tłumacze Homera zawsze zaczynali od Odysei. Jest krótsza od Iliady o trzy tysiące pięćset osiemdziesiąt trzy wersy.
– Zawsze pan zapamiętuje wszystko z dokładnością co do grama? – zaśmiała się mama.
– Akurat tego, co dotyczy gramów, nie zapamiętuję. Natomiast wersy Homera pamiętam dobrze.
Stuknęli się kieliszkami, wypili i gospodarz, przymknąwszy oczy, wyrecytował z pamięci:
Również Telemach, pasterz wołów oraz świniopas
sami tańczyć skończyli i taniec kobiet przerwali.
Wszyscy spać poszli pod stropy domu, do komnat cienistych.
Odys i Penelopa, gdy szczęścia w miłości zaznali,
w słowach szukali radości, mówiąc sobie, co przeszli3.
– Pan tak pięknie recytuje – wyrwało się matce. – Jakby woda uderzała o brzeg.
– Homerycki heksametr, pani Alino, przypomina przybój Morza Egejskiego. W ślad za małymi falami idą większe. To jest coś takiego jak oddychanie morza, które naciera na brzeg raz mocniej, to znów słabiej, a potem zmienia się w szept i muska kamienisty brzeg.
Siedzieliśmy urzeczeni w pokoju zastawionym witrynami i regałami na książki, słuchając jego głosu.
– Pan pewnie ma największą bibliotekę w Żytomierzu? – zapytała matka.
– Chciałbym, żeby tak było. – Staruszek cmoknął z zadowoleniem. – Ale tak naprawdę największy księgozbiór miał Jewhen Kudrycki.
– A kto to taki Kudrycki?
– Mój przyjaciel.
– A gdzie jest?
– Na cmentarzu na Smolance – posmutniał gospodarz. – Zmarł w zaprzeszłym roku.
Mama dopiła nalewkę, potrzymała pusty kieliszek w ręce i powiedziała piersiowym głosem:
– Ciekawie tutaj z panem, ale musimy się żegnać. Pora już na nas.
Podnieśliśmy się. Gospodarz odprowadził nas do ulicy.
– Jutro o jedenastej czeka na panią nauczycielka wokalu. Uda się pani znaleźć czas?
– Uda się. W tym tygodniu zaczyna mi się urlop.
– Proszę w takim razie od razu z przystanku skierować się do mnie.
– Ale mój autobus przyjeżdża bardzo wcześnie, o ósmej.
– No to świetnie – odpowiedział zadowolony. – Napijemy się herbaty. Pogra pani na pianinie, a potem pójdziemy.
Pożegnaliśmy się i przeszliśmy przez tory tramwajowe na Żytni Targ. Przez całą drogę wydawało mi się, że mamie urosły skrzydła, szeleszczące w strumieniach ciepłego letniego wiatru, który zalotnie podwiewał jej kraciastą spódnicę.
Około ósmej rano przyjechaliśmy do Żytomierza. Na Żytnim Targu pod nogami przechadzały się gołębie, brzęczały tramwaje, wybrzmiewały klaksony samochodów i krzyczały przekupki handlujące nasionami słonecznika.
Zbliżyliśmy się do ceglanego domu, porośniętego winoroślą, weszliśmy po schodach na ganek i zadzwoniliśmy do drzwi.
– Kto tam? – Usłyszeliśmy głos gospodarza.
Na to mama wesoło zaśpiewała:
Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej
Wołodymyr Danyłenko: (ur. 1959 w Turowcu k. Żytomierza) – ukraiński prozaik, dramatopisarz i autor słuchowisk radiowych, krytyk i badacz literatury, producent projektów literackich, doktor literaturoznawstwa. Po ukończeniu filologii ukraińskiej w Żytomierskim Państwowym Instytucie Pedagogicznym im. Iwana Franki pracował m.in. jako nauczyciel, dziennikarz, wydawca, kierował Wydziałem Kultury w Urzędzie Miasta Żytomierza, następnie był redaktorem czasopisma „Słowo i Czas" Instytutu Literatury Narodowej Akademii Nauk Ukrainy, pracował jako główny specjalista Sekretariatu Gabinetu Ministrów Ukrainy, wykładał na kilku uczelniach. Opublikował kilkanaście książek prozatorskich, m.in. zbiór opowiadań Sen z dzioba jeżyka (2006), powieści Gazele biednego Remzi (2008), Kapelusz Sikorskiego (2010), Miłość w stylu baroku (2011), Cienie w dworku Tarnowskich (2012) Noc o profilu kobiety (2020), Ta, która trzyma niebo (2025) oraz zbiór esejów literaturoznawczych Drwal na pustyni (2008). Ułożył kilka antologii literatury ukraińskiej. Jego utwory publikowano w tłumaczeniach na języki azerski, białoruski, japoński, niemiecki, polski, rosyjski, rumuński, słowacki i włoski. Powieść Klatka dla wilgi ukazała się w tłumaczeniach na języki białoruski i rumuński. Dwa opowiadania w polskim tłumaczeniu Marcina Pastuszaka ukazały się na łamach czasopisma „Akcent”. Mieszka w Kijowie i Turowcu.
Andrij Saweneć (ur. 1977 w Kornynie, Ukraina) – tłumacz, badacz przekładu. Absolwent Żytomierskiego Państwowego Uniwersytetu Pedagogicznego im. Iwana Franki oraz Europejskiego Kolegium Polskich i Ukraińskich Uniwersytetów. Doktoryzował się na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim Jana Pawła II, gdzie również wykładał. Autor monografii Poezja w przekładzie: „ukraińska" Szymborska (2006) i szeregu artykułów przekładoznawczych. W jego przekładach na język ukraiński ukazały się m.in. powieści Ernesta Hemingwaya i Salmana Rushdiego oraz trzy wybory wierszy Wisławy Szymborskiej. Autor wyboru i tłumacz polsko-ukraińskiej antologii poetyckiej Lublin z dala, Lublin z bliska (2017). W przekładach na język polski opublikował m.in. poemat Jurka Gudzia Barykady na Krzyżu (2014), wybór felietonów Mykoły Riabczuka Poprzednie życie (2018), rozmowę rzekę Jurija Andruchowycza, Ołeksandra Bojczenki i Oresta Drula Worochtarium (2019), powieść Ołeksandra Irwancia Charków 1839. Współredaktor serii wydawniczej Wschodni Express.
Sfinansowane ze środków UE. Wyrażone poglądy i opinie są jedynie opiniami autora lub autorów i niekoniecznie odzwierciedlają poglądy i opinie Unii Europejskiej lub Europejskiej Agencji Wykonawczej ds. Edukacji i Kultury (EACEA). Unia Europejska ani EACEA nie ponoszą za nie odpowiedzialności.
Dotychczas w ramach serii wydawniczej Wschodni Express ukazały się:
Barykady na Krzyżu (2014) – Jurko Gudź
50 procent racji (2016) – Ołeksandr Bojczenko
Karbid (2016) – Andrij Lubka
Nogami do przodu (2017) – Andrij Bondar
Dzień poezji śmierci dzień (2017) – Andrej Adamowicz
Tłuścioch ileszcz (2017) – Andrej Adamowicz
Mały leksykon medyczny wg Bacharewicza (2017) – Alhierd Bacharewicz
Szczęśliwi nadzy ludzie (2017) – Kateryna Babkina
Pokój do smutku (2018) – Andrij Lubka
Sonia (2018) – Kateryna Babkina
Wakacje nad Letą (2018) – Hałyna Kruk
Cyrk iinne wiersze (2018) – Julia Cimafiejewa
Wasi, nasi oraz inni (2018) – Ołeksandr Bojczenko
Poprzednie życie (2018) – Mykoła Riabczuk
Punkt zerowy (2019) – Artem Czech
Frau Müller nie zamierza płacić więcej (2019) – Natalka Śniadanko
Wieczorne słońce (2019) – Wasyl Słapczuk
Obrazki litewskie (2019) – Herkus Kunčius
Żywoty (2019) – Ołeh Sencow
Worochtarium (2019) – Jurij Andruchowycz, Ołeksandr Bojczenko, Orest Drul
Dzielnica D (2020) – Artem Czech
Patriotyzm dla opornych (2020) – Kim Chun Ho alias Siarhiej Pryłucki
Marketer (2020) – Ołeh Sencow
Riki idrogi (2020) – Mark Liwin
Wszystkie ptaki, co we mnie… (2020) – Antologia współczesnej poezji łotewskiej
Twoje spojrzenie, Cio-Cio-San (2020) – Andrij Lubka
Nikt tak nie tańczył jak mój dziadek (2020) – Kateryna Babkina
Tu mieszkał Jonasz (2021) – Marius Burokas
Wilk Jedno Oko (2021) – Juris Kronbergs
Porucznik Piatrowicz ichorąży Duch – Uładzimier Arłoŭ
Szatański pomiot (2021) – Zoltán Mihály Nagy
Ten sam kurz drogi (2021) – Wasyl Słapczuk
KGB i inne wiersze (2022) – Igor Pomierancew
Lustrzany sześcian (2022) – Łeś Bełej
Ostatni pocałunek Iljicza (2022) – Wano Krueger
Klara. Bande dessinée (2022) – Agnė Žagrakalytė
Planeta pożeraczy serc (2023) – Kristiina Ehin
osobista pustka (2023) – Aušra Kaziliūnaitė
Insekt (2023) – Lena Kudajewa, Oksana Sawczenko, Polina Położencewa
Zawartość męskiej kieszeni (2024) – Ołeh Kocarew
Charków 1938 (2024) – Ołeksandr Irwaneć
Najprzyjemniejsza chwila dnia (2024) – Piret Raud
Zdradzeni, wyklęci, oczernieni (2024) – Herkus Kunčius
Autoportret wpostaci pestki awokado (2024) – Julia Cimafiejewa
Jak zostałam świętą (2025) – Tania Malarczuk
Czas miedzi (2025) – Slobodan Šnajder
Solea Minor (2025) – Evelin Marton
Lista obecności (2025) – Birutė Jonuškaitė
Mój pierwszy schron (2025) – Igor Pomierancew
Tom & Tom (2025) – Wasyl Słapczuk
Czar Maroka (2025) – Sofia Jabłońska
Komedia Judyty (2025) – Siergiej Kowalow
Zapraszamy na stronę wydawnictwa: wydawnictwo.warsztatykultury.pl
Lublin 2026, wydanie pierwsze
ISBN 978-83-68178-55-5
© 2014 Wołodymyr Danyłenko
© 2026 Andrij Saweneć / translation
© 2026 Warsztaty Kultury w Lublinie / Polish edition
Wydawca / Warsztaty Kultury w Lublinie
Redaktorzy serii / Andrij Saweneć, Aleksandra Zińczuk
Redakcja / Krzysztof Bąk
Korekta / Teresa Markowska
Skład / Tomasz Smołka
Koordynacja / Olga Maciupa, Anna Lewicka-Koksanowicz
Projekt okładki / Ewelina Kruszewska
Projekt typograficzny serii / kolektyw kilku.com
Kontakt / Warsztaty Kultury w Lublinie
ul. Grodzka 5a, 20-112 Lublin
warsztatykultury.pl, +48 81 533 08 18
Okładka
Karta tytułowa
1. Człowiek o profilu jak z monety 1978
2. Zmiany w ceremonii pogrzebowej 1978
3. Dniepr, który popłynął przez Żytomierz 1978
4. Pani Cybulska 1978
O Autorze
O tłumaczu
Karta redakcyjna
Okładka
Strona tytułowa
Prawa autorskie
Meritum publikacji
