Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
18 osób interesuje się tą książką
Już raz się rozstali, ale teraz chmury wojny mogą dać im drugą szansę
Delia Byrne i Finn Delaney zakochali się w sobie, kiedy byli nastolatkami. Niestety ich drogi się rozeszły. Teraz, gdy Ameryka przystępuje do wielkiej wojny, Delia pracuje w kancelarii adwokackiej. Równocześnie angażuje się w akcje na rzecz pokoju i pomaga organizacji, która ratuje ludzi w dotkniętej głodem Belgii.
Finn wraca do kraju jako odznaczony bohater wojenny. Chciałby jak najszybciej ponownie znaleźć się na froncie, ale zamiast tego dostaje zadanie, by wykorzystać swoją sławę do działalności dobroczynnej. Nie wie, że ta praca doprowadzi go do spotkania z kobietą, z którą niegdyś pragnął się ożenić. Wspólne obowiązki sprawią, że oboje trafią do okupowanej Belgii. Czy toczący się wokół konflikt będzie dla nich największym niebezpieczeństwem?
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 385
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Prolog
Okupowana Belgia
Sierpień 1917
Finn z wysiłkiem przeczołgał się o kolejny metr. Jego zmasakrowaną nogę przeszywał ból. Musiał się ukryć. Pilot, który go zestrzelił, prawdopodobnie już wylądował parę kilometrów dalej, więc niedługo można się było spodziewać grupy poszukiwawczej. Samolot Finna stanął w płomieniach zaraz po uderzeniu w ziemię, a teraz wydobywały się z niego kłęby ciemnego dymu, który stanowił sygnał dla Niemców. A tym zdarzało się zabijać strąconych pilotów, zamiast brać ich do niewoli.
Wioska znajdowała się kilkaset metrów dalej, jednak szanse Finna, by się tam dostać z uszkodzoną nogą, były marne. Zacisnął zęby i przesunął się w błocie o kolejny kawałek, ledwo utrzymując głowę w górze, żeby się nie udusić.
Nie mógł teraz umrzeć. Delia jeszcze mu nie wybaczyła. Była jego najlepszą, najczystszą częścią. Lśniącym natchnieniem, które napędzało jego marzenia już od dzieciństwa. Musiał przeżyć, choćby po to, by wrócić do domu i uzyskać jej przebaczenie. Pełzł przez błoto z jeszcze większą determinacją.
– Monsieur, laissez-moi vous aider1.
Naglący szept wystraszył go. Podniósł wzrok i zobaczył przykucniętą obok kobietę. Miała spłoszoną twarz, otoczoną rudymi, spuszonymi włosami. Niemcy zastrzeliliby ją, gdyby została złapana na udzielaniu mu pomocy.
Powtórnie się odezwała, a jego spowolniony przez ból umysł z trudem odkodowywał sens wypowiedzianych po francusku słów. Kobieta proponowała mu pomoc. Obok niej stał chłopiec, który wyglądał, jakby już prawie mógł się golić.
– Uciekajcie – jęknął Finn. – Zaraz tu będą. Uciekajcie.
Kobieta zignorowała go i pochyliła się, by wsunąć mu rękę pod ramię.
– Pieter, aidez-moi2.
Pieter podbiegł do Finna z drugiej strony i zarzucił sobie jego ramię na barki. Podnieśli go, a ból przeszył jego ciało tak, że prawie krzyknął. Zacisnął jednak zęby i zmusił się, by ruszyć zdrową nogą, a jednocześnie ciągnął po ziemi prawą, bezużyteczną.
W dali było słychać odgłos automobilu. Niemcy. Tylko oni mieli przydziały benzyny. Wkrótce tu dotrą.
Fale bólu przepływały przez jego ciało, gdy zmierzał do drewnianej chaty znajdującej się przed nim. Mała dziewczynka przytrzymała dla niego drzwi, a kobieta zaczęła wydawać polecenia dzieciom przebywającym w domu.
– Vite, remonte les planches.
„Szybko, podnieście deski”, nakazała. Finn rozumiał jej słowa, ale nie potrafił ponaglić swojego mózgu na tyle, żeby odpowiedzieć jej po francusku.
– Nie ryzykujcie dla mnie życia – powiedział. Miała dzieci. Gdyby Niemcy ich znaleźli, zostałyby sierotami.
Pod deskami ukazały się schowane paczki z gazetami i konserwy. Matka czym prędzej wszystko zabrała, a Finn wtoczył się do płytkiej kryjówki. Uderzył plecami o kamienny fundament, co wywołało kolejną falę bólu w nodze.
Spojrzał na wystraszoną twarz kobiety, która właśnie zakrywała go deskami.
– Dziękuję pani. Zawdzięczam pani życie.
Zapanował mrok. Gospodyni ułożyła deski i przesunęła w to miejsce meble. Finn leżał w zupełnej ciemności. Zaczął się modlić. Niemcy już się zbliżali, a jego szanse na przeżycie kolejnych minut nie były zbyt wysokie. Gdyby jakimś cudem przeżył i wrócił do domu, zamierzał znaleźć sposób, żeby odwdzięczyć się tej dobrej kobiecie oraz zawalczyć o przebaczenie Delii.
1
Nowy Jork
Wrzesień 1917
Nie był to pierwszy raz, kiedy Delia Byrne musiała usuwać zaschnięte żółtka jajek ze ściany budynku, ale tym razem było jeszcze gorzej. Poza jajkami rozbryzganymi na okazałej fasadzie kancelarii wandale nabazgrali na szybie napis czerwoną farbą. „Miłośnicy szwabów. Tchórze pacyfiści. Zapszedańcy”.
– Napisali „zaprzedańcy” z błędem – stwierdziła Delia, wskazując na słowo, które zasłaniało eleganckie złote litery Kancelarii Prawnej Chandler.
– Podejrzewam, że już gorzej się o nas wyrażano – odezwał się Reginald, oceniając zniszczenia. Jak to zwykle było, ona i Reginald jako pierwsi zjawili się rano w kancelarii. Wesley Chandler, właściciel, zazwyczaj przychodził kilka godzin później. Jako wdowiec i ojciec nastoletniej córki, która wymykała się spod kontroli, stawiał sobie za cel, aby codziennie jeść razem z nią śniadanie i kolację.
– Spróbujmy to usunąć, zanim Wesley się tu zjawi – powiedziała. Mieli się stawić w sądzie o jedenastej w sprawie Baumeistera, więc nie chciała, żeby jej szef rozpraszał się z powodu najnowszego incydentu. Jeśli nie uda im się szybko zmyć jajek, na skutek upału przypieką się do cegieł.
W kancelarii były na wyposażeniu szczotki, myjki, płyn do mycia i wiadra do usuwania właśnie takich aktów wandalizmu, które niestety pojawiały się z przygnębiającą częstotliwością, odkąd Ameryka przystąpiła do bezcelowej wojny toczącej się w Europie. Bronienie żyjących w Nowym Jorku imigrantów przed antyniemiecką histerią wiązało się z kosztami i prawdopodobnie sytuacja uległaby pogorszeniu, gdyby przyzwoici ludzie nie postawili się gnębicielom.
Delia, uzbrojona w wodę z płynem i drucianą szczotkę, zabrała się z entuzjazmem za szorowanie. Nienawidziła tej wojny. Szczerze mówiąc, nie znosiła wszelkich wojen, ale ta wydawała się szczególnie tragiczna. Wywoływała odruchową niechęć wobec wszystkiego, co niemieckie, mimo że niewielu ludzi rozumiało, dlaczego Ameryka w ogóle do niej przystąpiła.
– Ile będzie kosztować firmę ta sprawa Baumeistera? – spytał Reginald, który przyglądał się jej, jak usuwała żółtka. Zarządzał finansami kancelarii i za bardzo dbał o manicure, żeby pomóc jej w szorowaniu. Miał niezwykle starannie przystrzyżoną brodę w stylu Van Dyke’a i przeszywające ciemne oczy. Kojarzył się Delii z sokołem wypatrującym wszystkiego, co mogłoby zagrozić wynikom finansowym firmy.
– Wesley poświęca swój czas, więc nie będzie to nas nic kosztować.
– Błąd – stwierdził Reginald. – To nas kosztowało kontrakt z Hotelem Darlington. Wczoraj pan Darlington powiadomił nas, że nie chce już, aby Wesley reprezentował jego firmę, i zażądał zwrotu ryczałtu.
Delia się skrzywiła. Hotel Darlington był luksusowym miejscem, znajdującym się kilka kilometrów na północ od kancelarii. Wesley prowadził jego obsługę prawną i był to lukratywny kontrakt.
– Ile stracimy? – spytała.
– Osiemset dolarów miesięcznie plus dwa procent odsetek i pięć procent od zabezpieczenia. – Odpowiedź stanowiła typowy przykład przywiązania Reginalda do szczegółów, jeśli chodziło o pieniądze i bezpieczeństwo finansowe.
Delia i Reginald byli w tej dziedzinie pokrewnymi duszami. Po tym, jak spędziła dzieciństwo w sierocińcu, przykładała wagę do bezpieczeństwa finansowego, a utracenie kontraktu z Darlingtonem mogło się poważnie odbić na firmie. Wesley był zamożnym człowiekiem, ale odkąd publicznie potępił wojnę, tracił klientów jednego po drugim.
– To pewnie ty przekonałaś Wesleya, żeby wziął sprawę Baumeistera – oskarżał ją Reginald. – Wy zawsze stawiacie zasady ponad zyskiem.
Delia uniosła głowę, po czym chlusnęła ciepłą wodą z mydłem na zaschnięte żółtka. To właśnie ona powstrzymywała Wesleya przed kierowaniem się jeszcze bardziej rycerskimi odruchami, ale powiedzenie tego Reginaldowi nie byłoby zbyt rozsądne. I tak plotkowano już w kancelarii o niezwykle bliskiej relacji, jaka ich łączyła.
– Będziemy po prostu musieli znaleźć więcej klientów – stwierdziła sztywno.
– Albo przestać bronić Niemców.
To nie wchodziło w grę. Wesley był zbyt wspaniałomyślny, aby przymykać oczy wobec rażącej niesprawiedliwości. Potrzebowali czegoś, co skompensuje miażdżącą złą sławę, która towarzyszyła im, odkąd zgodzili się bronić niemieckich imigrantów prześladowanych od wybuchu wojny w 1914 roku. Wszystko pogorszyło się, gdy prezydent Wilson zdecydował, żeby Stany Zjednoczone przystąpiły do konfliktu pięć miesięcy temu.
– Założę się, że nie uwzględniłaś usuwania tego bałaganu w swoim niesamowitym terminarzu – odezwał się Reginald.
Miała osobne kolumny na zadania, przypomnienia, dziennik korespondencji, oznaczone kolorami sprawy według ważności oraz kalendarz terminów.
– Zostawiam codziennie piętnaście minut na nieprzewidziane pilne sytuacje – odparła Delia. Jeśli nie uda jej się wkrótce uporać z bałaganem, będzie miała opóźnienie.
– Nie wiem, dlaczego mamy w ogóle zawracać sobie głowę tym sprzątaniem. Po dzisiejszej rozprawie na pewno znowu zostaniemy obrzuceni.
Delia odłożyła drucianą szczotkę do wiadra, żeby krew mogła ponownie napłynąć do jej zmęczonych rąk. Dwóch biznesmenów, którzy mijali kancelarię w drodze do pracy, spojrzało na nią z niechęcią. Odpowiedziała im uśmiechem. Było łatwiej udać, że to nie boli, zamiast pokazać prawdę.
– Będziemy po prostu musieli przetrwać te problemy – odpowiedziała, zerkając zaczepnie w kierunku Reginalda. – Powinniśmy już być do tego przyzwyczajeni.
– A mimo to wcale nie jest łatwiej – zauważył, po czym odwrócił się i poszedł do biura.
Delii nie udało się usunąć śladów z budynku przed przybyciem Wesleya. Przełożony pojawił się w kancelarii wcześniej niż zwykle i stał przed plamami po jajkach i gryzmołami z niewzruszoną miną, jednak ona wiedziała, że ten widok musiał go zaboleć.
Wyglądał elegancko przed rozprawą. Miał na sobie grafitowy garnitur, pasującą kamizelkę i wykrochmalony kołnierzyk. Jego ciemne włosy były nieskazitelnie zaczesane, a jedynie przy skroniach dało się zauważyć pojedyncze siwe pasemka. Konsternacja w spojrzeniu ciemnych oczu sprawiała, że zmarszczki wokół nich wydawały się nieco głębsze.
– Taka jest cena biznesu – stwierdził prozaicznie. – Jesteśmy przygotowani do sprawy Baumeistera?
Uśmiechnęła się.
– Tak – odparła z przekonaniem, chociaż potrzebowała jeszcze doprowadzić się do porządku.
Było ważne, aby wyglądała schludnie i poważnie, kiedy siedziała obok Wesleya w sądzie. Zawsze zakładała białą bluzkę, ciemny krawat i wąską spódnicę, kobiecą wersję garnituru. Przed szorowaniem ściany zabezpieczyła ubranie fartuchem, ale pojedyncze pasma ciemnych włosów wysunęły się z koka i należało je przygładzić.
O jedenastej byli już w sądzie, a Delia usiadła po prawej stronie Wesleya. Jako jego asystentka prawna przygotowywała akta potrzebne do sprawy, sporządzała wstępne wersje dokumentów i pomagała mu na sali sądowej podczas rozpraw. Największym atutem dla Wesleya była jej niesamowita pamięć, zdolna do natychmiastowego dostępu do statystyk, istotnych aktów prawnych czy przyłapania drugiej strony na nieścisłości.
Skupiła wzrok na Thaddeusie Pettigrew, prawniku miejskim, który próbował zamknąć wszystkie wydawnictwa w języku niemieckim na czas wojny. Miał jasne włosy, rzadkie wąsy i wyglądał jak jakiś żółtodziób, jednak jego głos chłostał jak bicz.
– Gazeta pana Baumeistera jest wyraźnym bieżącym zagrożeniem naszej republiki – zauważył, przechadzając się przed ławą sędziowską na sali wyłożonej orzechowym drewnem. – Mógłby przemycać w niej artykuły podsycające nastroje antyamerykańskie. Musi podporządkować się nakazom miasta i publikować w języku angielskim.
Delia słuchała każdego słowa, starając się zachować beznamiętny wyraz twarzy, ale w głębi duszy czuła zażenowanie. Franz Baumeister siedział po drugiej stronie Wesleya. Mieszkał w tym kraju od trzydziestu lat. Ciężko pracował, płacił podatki i zatrudniał dziewięć osób w gazecie, która była zaadresowana do społeczności imigrantów. Mógł to wszystko stracić z powodu irracjonalnych obaw, że niemieckojęzyczna prasa rozsiewa wrogą propagandę.
Delia odwróciła wzrok od miejskiego prawnika jedynie na moment, żeby zanotować na kawałku papieru tytuł sprawy. Wesley był świetnym adwokatem, ale nie potrafił przywoływać w pamięci rozdziałów i fragmentów z dwustuletniej tradycji prawniczej. Delia posiadała taką umiejętność.
Kiedy pan Pettigrew stwierdził, że miasto było uprawnione, by ograniczać swobody obywatelskie w czasie wojny, Delia zapisała „Ex parte Milligan, Sąd Najwyższy, 1866”. Było to przełomowe orzeczenie, w którym stwierdzono, że niezgodne z konstytucją jest ograniczanie swobód obywatelskich w czasie wojny bez wyraźnych oznak zagrożenia.
Wesley zerknął na skrawek papieru, który mu podała. Lekko się uśmiechnął, po czym złożył karteczkę i włożył do wewnętrznej kieszeni marynarki, a następnie w opanowany sposób wstał.
– Wysoki Sądzie, chciałbym zwrócić uwagę Wysokiego Sądu na wyrok Sądu Najwyższego z tysiąc osiemset sześćdziesiątego szóstego roku w sprawie Ex parte Milligan. Stwierdza on wyraźnie, iż rząd nie może zawieszać praw obywatelskich, jeśli sądy cywilne nadal funkcjonują.
Kontynuował swój wywód, a Delia usiadła wygodniej i obserwowała, jak Wesley rozbrajał argumenty przeciwników. Jak zwykle stanowili świetny duet. Ona dostarczała Wesleyowi amunicję, a on wprawnie posługiwał się nią w walce. Przez lata wypracowali sprawny system działania. Delia przeprowadzała wstępne badania i wyszukiwanie, a on wdrażał tę wiedzę w sądzie. Był inteligentny, kierował się zasadami i po prostu go uwielbiała.
Jak długo jeszcze mogła na niego czekać? Przy rzadkich okazjach, kiedy mogli szczerze porozmawiać na temat ich związku, upierał się, że jest dla niej za stary. Czy dziewiętnaście lat to za duża różnica wieku? Delia miała dwadzieścia dziewięć lat i zawsze chciała wyjść za mąż przed trzydziestką, ale Wesley tkwił przy stanowisku, że najlepsze relacje zawodowe są platoniczne.
Byłoby jej łatwo zainteresować się kimś innym, gdyby Wesleyowi na niej nie zależało… jednak on o nią dbał. Okazywał to przez każde spojrzenie rzucone ukradkiem, każde muśnięcie ręki, które trwało odrobinę zbyt długo. Pokazał to jej w pewne deszczowe popołudnie, kiedy zaciągnął roletę w oknie swojego gabinetu i całował ją do utraty tchu. Znajdowali się przy ozdobnym globusie stojącym na podłodze, gdy zbliżył się do niej, ujął jej twarz w dłonie i pocałował ją tak, jakby od tego zależało całe jego życie.
Wydarzyło się to ponad rok temu. Już rok! A ona nadal czekała, aż Wesley pozbędzie się zahamowań i zacznie się z nią spotykać bez obaw o różnicę wieku albo swoją rozpieszczoną córkę.
Delia otrząsnęła się z irytacji i ponownie skupiła się na tym, co się działo na sali sądowej. Powinna być wdzięczna, że spodobał jej się tak dobry człowiek. Po katastrofalnym nastoletnim zauroczeniu obawiała się, że nie będzie umiała się ponownie zakochać, jednak Wesley był dowodem, iż się myliła. Finn Delaney stał się jedynie odległym wspomnieniem, natomiast Wesley był jej przyszłością.
O piątej wszystko się skończyło. Sędzia wydał decyzję na korzyść Baumeistera, a cała sprawa okazała się pełnym zwycięstwem.
Wesley pojechał do domu, do córki, więc Delia nie miała z kim świętować. Udała się do jadalni w swoim budynku. W restauracji pełnej setek kobiet jadła sama.
Apartamenty Martha Washington były przeznaczone dla samotnych kobiet, które miałyby trudności ze znalezieniem godnego miejsca zamieszkania na Manhattanie. Kiedy otworzono je w 1903 roku, dwanaście pięter zostało natychmiast zajętych przez pięćset nauczycielek, stenotypistek, pielęgniarek i inne pracujące zawodowo kobiety, które było stać na czynsz. Na parterze znajdowały się lodziarnia, biblioteka i jadalnia. Delia lubiła kiedyś wypełnione pogaduszkami kolacje, które ciągnęły się do późnych godzin nocnych, ale już się to skończyło. Jadła jak najszybciej, po czym szła do swojego mieszkanka na siódmym piętrze i spędzała czas na czytaniu.
Wzięła do ust kolejną łyżkę zupy pomidorowej. Pobrzękiwanie sztućców przeplatało się z rozmowami i śmiechem kobiet siedzących przy pobliskich stołach. Delia czytała bieżący numer „Saturday Evening Post”i udawała, że nie przeszkadza jej jedzenie w samotności.
Hilde Wallace, trzymając pod pachą podkładkę do notowania, podeszła do nauczycielek, które zajmowały stolik obok.
Delia zamarła. Hilde ze swoimi wyrazistymi rysami i włosami w kolorze jasnego blondu była równocześnie ładna i wredna. Do tego wysoka. Czy to dlatego, gdziekolwiek się udawała, przyjmowała pozycję liderki? Z pewnością miała grono naśladowniczek w Martha Washington. Kiedy zmierzała w tę stronę, podążała za nią hałaśliwa gromada.
Delia wróciła do lektury i skupiła się na reklamie najnowszego filmu z Mary Pickford. Wesley powiedział jej kiedyś, że przypomina tę aktorkę, co było komplementem, zważając na jej sercowatą twarz i błyszczące oczy. Nadal była zajęta czytaniem, kiedy Hilde wraz ze swoją świtą zbliżyły się do jej stołu. Odłożyła łyżkę i spięła się.
– Dzień dobry, Delio – odezwała się Hilde. – Zechcesz złożyć datek na obligacje wojenne? Wszyscy się dokładają.
Obligacje wojenne służyły do produkcji broni maszynowej, okrętów wojennych i bomb. W całej Ameryce ludzie tacy jak Hilde zbierali fundusze wśród cywilów. Dawanie pieniędzy na produkcję broni służącej zabijaniu ludzi było odrażające, ale Delia starała się odpowiedzieć uprzejmie.
– Nie, dziękuję.
Hilde uśmiechnęła się złośliwie.
– No tak. Delia pacyfistka. To oczywiste, że jesteś od nas o wiele lepsza. Jeśli uważasz się za zbyt czystą i świętą, żeby dawać pieniądze na wojnę, może wsparłabyś chociaż Czerwony Krzyż? Blanche chętnie przyjmie twój datek.
Blanche Nesbit stała tuż za Hilde. Pracowała na recepcji na nocną zmianę. Jej widok sprawiał Delii ból, ponieważ kiedyś się przyjaźniły. Teraz była jedną z wielu osób, które z powodu różnic w poglądach emanowały wobec niej emocjonalnym chłodem.
Delia spojrzała Blanche w oczy.
– Przykro mi. Wszystkie wolne środki od początku wojny przeznaczam na CRB.
– Co to takiego? – spytała zaczepnie Hilde.
– Komisja Pomocy Belgii – odparła Delia. – Kiedy Niemcy zaatakowały Belgię…
– Nie zaatakowały Belgii – przerwała jej Hilde. – Gdyby Belgia pozwoliła niemieckim wojskom przejść przez swoje terytorium w drodze do Francji, Niemcy nie musiałyby w ogóle jej atakować.
Delia próbowała nie wywrócić oczami, słysząc te słowa. Belgia miała to nieszczęście, że znajdowała się pomiędzy dwoma ogarniętymi wojną narodami. Próbowała pozostać neutralna, ale dwa dni po tym, jak Niemcy wypowiedziały wojnę Francji, niemieccy żołnierze wtargnęli na jej terytorium w masowym pędzie grabieży i zniszczenia. Od tamtej pory Belgia znalazła się pod butem niemieckich okupantów.
– Belgia cierpi głód – stwierdziła spokojnym głosem Delia. – Przed wojną sprowadzała niemal całą żywność, ale niemiecka blokada to uniemożliwia. Nie mają jak się wyżywić, o ile nie zostanie im przysłana pomoc z zagranicy.
Usta Hilde się zwęziły.
– To dlaczego nie zaczną czegoś uprawiać, tak jak zrobiłby każdy pracowity Amerykanin?
Dlatego że Belgia była najbardziej uprzemysłowionym państwem na świecie. Znajdowały się tam fabryki, stocznie, elektrownie i huty, ale taki przemysł nie wytwarzał żywności. Ponieważ kraj ten posiadał gęste zaludnienie i niewielką powierzchnię gruntów rolnych, głód pojawił się zaraz po tym, jak wtargnęli tam Niemcy. Teraz nie był to czas i miejsce, żeby edukować Hilde na temat ograniczeń ekonomicznych Belgii, więc Delia przeszła do sedna.
– Komisja Pomocy Belgii chroni dziewięć milionów ludzi przed zagłodzeniem. Wysyłanie statków z pomocą kosztuje fortunę. Co tylko mogę ofiarować, przeznaczam na ten cel – oznajmiła.
Hilde rzuciła swoją podkładkę na stół, a zupa pomidorowa wylała się na śnieżnobiały lniany obrus.
– Czyli jesteś zbyt święta, żeby dać parę centów na Czerwony Krzyż?
Kobiety siedzące przy sąsiednich stołach zamilkły, żeby nasłuchiwać. Do ich uszu doleciało jedynie ostatnie głośne stwierdzenie Hilde, że Delia odmówiła wsparcia dla powszechnie podziwianego Czerwonego Krzyża. Nikt nie usłyszał o szlachetnych działaniach Komisji Pomocy Belgii.
– Hilde, gdybym nawet dożyła setki, nigdy nie będę tak przebiegła jak ty. Brawo. Wygrałaś.
– Zmieńmy temat – odezwała się Blanche, chociaż raz stawiając się Hilde.
– Dobrze, zobaczmy, czy znajdziemy kogoś, kto nie żywi nienawiści wobec własnego kraju.
Napięcie ustąpiło z ramion Delii, kiedy odeszły, ale kobiety siedzące nieopodal zerkały na nią ukradkiem i szeptały coś, zasłaniając usta dłońmi.
Mimo że Delia trzymała się swoich zasad, bycie wyrzutkiem nigdy nie było łatwe.
2
Finn Delaney, kulejąc i podpierając się laską, zszedł po trapie na nabrzeże Nowego Jorku. Chciał ucałować ziemię, ale uniemożliwiała to szyna unieruchamiająca jego nogę. Najlepsze, co mógł zrobić, to stanąć i zasalutować w kierunku Statuy Wolności. Od chwili, gdy ją zauważył, kiedy okręt zbliżał się do portu, mierzył się z emocjami, które balansowały między radością i czymś, czego nie potrafił nazwać. Poczuciem winy? Żalem? Cokolwiek to było, chciał wrócić do swojego oddziału we Francji zaraz po tym, jak uda mu się przekonać wojsko, że nadaje się do latania.
Najpierw jednak musiał zgłosić się w Camp Mills, w miejscu, gdzie amerykańskie siły zbrojne odbywały szkolenia i dokonywały zaokrętowania. Wysłano sierżanta, aby odwiózł go do nowej bazy ustanowionej w pośpiechu na Long Island.
– Czytałem o panu – powiedział sierżant Lewis, patrząc na niego z podziwem. – To zaszczyt móc zawieźć pana do bazy.
Finn pohamował uśmiech.
– Dziękuję, sierżancie. – Oparł się mocno na lasce i pokuśtykał razem z młodym żołnierzem do Forda T z otwartym nadwoziem w wojskowym kolorze khaki.
Finn usiadł na tylnym siedzeniu, a następnie automobil ominął stoiska, robotników portowych i ciężkie wózki. Na nabrzeżu panował chaos. Wozy toczyły się po osadzonych w ziemi szynach i dostarczały ładunki na statki. Woń spalin mieszała się z zapachem słonego powietrza i rozgrzanej smoły.
Nagle do samochodu podbiegł szczupły, umięśniony mężczyzna, wymachując plikiem kartek i krzycząc:
– Dość wojny! – Dyszał i próbował dotrzymać tempa pojazdowi. Wetknął Finnowi w dłoń ulotkę, a ten odruchowo ją chwycił.
– Odsuń się, śmierdzący tchórzu – warknął sierżant Lewis, po czym przyspieszył, zostawiając mężczyznę z tyłu. – Przepraszam za to. Może pan to wyrzucić. Albo użyć w latrynie.
Była to ulotka antywojenna zawierająca kłamstwa i bzdury na temat wojny. Finn podniósł kartkę.
– To tutaj powszechne?
– Nie, proszę pana. To tylko garstka tchórzy, którzy boją się spełnić swój obowiązek. Wszyscy ich nienawidzą.
Finn nie żywił niechęci wobec pacyfistów. Po prostu nie wiedzieli, co się tam działo. Nikt, kto widział okropieństwa, jakich Niemcy dopuszczali się w Europie, nie publikowałby tak nonsensownych treści. Wyrzucił ulotkę przez ramię, pozwalając, by wiatr poniósł ją w kierunku zatoki.
Wkrótce znaleźli się już poza miastem, w drodze na Long Island. Wszelkie nierówności na jezdni i wyboje powodowały u Finna przeszywający ból w nodze. Placówki medyczne we Francji nie działały najsprawniej, a złamanie nie zrastało się prawidłowo. W tej chwili odczuwał ciągły ból, ale nie zamierzał narzekać. Żołnierze walczący w okopach byli w znacznie gorszej sytuacji niż on. Mimo wszystko podziękował Bogu, kiedy godzinę później samochód w końcu skręcił do Camp Mills.
Baza wojskowa rozciągała się przed nim jako przytłaczająca panorama. Tysiące oliwkowozielonych namiotów porozstawiano wszędzie, gdzie tylko sięgał wzrok. To pospiesznie zorganizowane miejsce istniało tu zaledwie od trzech miesięcy, a trawa w równo rozmieszczonych przejściach między morzem namiotów była już wydeptana.
Przejechali nieutwardzoną drogą, wzbijając za sobą tumany kurzu, od którego aż wierciło go w nosie. Minęli ciężarówkę wyładowaną zwojami brezentu na kolejne namioty oraz maszerujące w szyku oddziały. Jacyś żołnierze budowali chodnik z desek i słychać było postukiwanie młotków.
– Ilu tu jest ludzi? – krzyknął do sierżanta Lewisa.
– Około dziesięciu tysięcy – odpowiedział mężczyzna. – Wczoraj wypłynął do Francji okręt z trzema tysiącami żołnierzy z Gwardii Narodowej z Nebraski, a w ten weekend kolejnych pięć tysięcy przyjedzie z Ohio i Indiany.
To było coś zupełnie innego niż to, czego Finn doświadczył we Francji. Poczuł ekscytację, taką jak kiedyś. To było jego miejsce, wśród mężczyzn, których łączył wspólny cel. Po tym, jak przez sześć tygodni nie mógł się ruszyć z Belgii, a następnie spędził tydzień na statku, nadszedł czas, aby przyłączyć się do wojska i walczyć o wolność.
Samochód opuścił namiotowe miasteczko i ruszył w kierunku rzędu drewnianych budynków, w których mieściły się szpital polowy, sztab i magazyn.
– To budynek administracyjny – oznajmił kierowca, wskazując na pudełkowatą konstrukcję. – Musimy wejść tylnym wejściem, bo z przodu są właśnie robione betonowe schody.
Wszystko było tu nowe i pachniało świeżą farbą, trocinami i mokrym betonem.
Przy wejściu czekał na nich sanitariusz z wózkiem, a sierżant Lewis wysiadł i otworzył drzwi dla Finna.
– Dam sobie radę – odparł Finn, łapiąc za laskę i machając do sanitariusza, żeby odjechał. Nie zamierzał przedstawiać się swojemu nowemu dowódcy jako kaleka.
Przez dwa ostatnie lata Finn pełnił służbę we Francji w Dywizjonie Lafayette’a, eskadrze amerykańskich pilotów, którzy zgłosili się tam dobrowolnie, ponieważ nie mieli cierpliwości wobec bojaźliwego stanowiska prezydenta Wilsona w odniesieniu do niemieckiej agresji. Teraz, kiedy Stany Zjednoczone formalnie przystąpiły do wojny, Dywizjon Lafayette’a został rozwiązany. Finn musiałby wstąpić do sekcji lotniczej armii amerykańskiej, zanim zostałby wysłany do Francji.
Jego dowódca widział to inaczej.
– Dlaczego nie jest pan na wózku? – odezwał się kapitan Romano, gdy tylko Finn, kuśtykając, wszedł do jego gabinetu. Maleńki pokoik był wykończony niepomalowanym drewnem. Nie podłączono tam jeszcze elektryczności. Światło dochodziło przez otwarte okno, z którego było widać stojące w dali namiotowe miasteczko. Romano wstał i wskazał Finnowi miejsce na krześle naprzeciwko biurka.
– Nie jest ze mną aż tak źle – zapewnił Finn.
Kapitan zmarszczył czoło.
– Wysłałem wózek nie bez powodu. Od teraz oczekuję od pana, że będzie pan wypełniał rozkazy. Zasady, które tu obowiązują, różnią się od tych we Francji, poruczniku Delaney. Francuzi byli tak wdzięczni, że im pomagacie, że nie zwracali uwagi na łobuzerstwo Dywizjonu Lafayette’a. Teraz, skoro w końcu bierzemy udział w wojnie, lotnicy zostaną wcieleni do Sto Trzeciej Eskadry Myśliwskiej, podlegającej armii amerykańskiej.
– Przyjąłem – odpowiedział. – Chcę wrócić do Francji i pomagać w sto trzeciej. – Finn i jego koledzy piloci z Dywizjonu Lafayette’a byli jedynymi Amerykanami posiadającymi doświadczenie bojowe w powietrzu. Mieli pewność, że staną się cennym zasobem w nowej jednostce.
Kapitan Romano potrząsnął głową.
–Mamy wobec pana plany tu na miejscu. Wieści o pana ucieczce z okupowanej Belgii drukowano w gazetach w całym kraju. Jest pan sławny.
Ludzie wychwalali go, odkąd przedostał się przez granicę między Belgią a Francją, ale jego to nie nudziło. Był sierotą, który rzucił szkołę, żeby pracować w przetwórni ryb, więc stanowiło to dla niego porywające doświadczenie.
– Jak bardzo sławny? – zażartował Finn. – Proszę się nie ograniczać. Chcę o tym wiedzieć wszystko.
Kapitan puścił te żarty mimo uszu i kontynuował wydawanie poleceń.
– Dowództwo chce, żeby wziął pan jutro udział w paradzie na rzecz obligacji wojennych. Będą platformy, maszerujące pułki i sporo muzyki. Będzie pan siedział z tyłu ciężarówki. Ma pan tylko się uśmiechać i machać do tłumów. Ludzie lubią bohaterów wojennych, szczególnie kogoś, kto uciekł Niemcom. A jak to się panu udało? Gazety przemilczały tę część.
To pytanie zadawali mu wszyscy, ale Finn poprzysiągł sobie, że nigdy nie udzieli na nie odpowiedzi. Uśmiechnął się i odezwał nonszalancko:
– Co się udało?
– Jak się pan przedostał z Belgii do Francji? Na tej granicy jest najwięcej drutu kolczastego, wież wartowniczych i stanowisk z karabinami maszynowymi na całym froncie zachodnim. Jak, do cholery, pan się przedarł?
– Pewnie po prostu miałem szczęście – odpowiedział, wzruszając ramionami.
Kapitan Romano założył ręce i czekał. Finn się nie ugiął. Cisza przeciągała się i stała się niezręczna. Tykanie zegara wyolbrzymiało impas, lecz Finn prędzej połknąłby własny język, niż wyjawił prawdę.
– Mogę rozkazać panu mówić – odezwał się Romano.
– Z całym szacunkiem, ale nie przyniosłoby to żadnego pożytku. – Może odmowa wykonania rozkazu nie była najlepszym sposobem na zrobienie pierwszego wrażenia na nowym dowódcy, jednak armia potrzebowała Finna bardziej niż on jej. Jeszcze nie został oficjalnie zwerbowany, ale gdyby przyszło co do czego, wolałby wrócić do domu niż powiedzieć o ludziach, którzy pomogli mu w ucieczce.
W końcu kapitan uderzył w dzwonek znajdujący się na biurku, a adiutant otworzył drzwi.
– Poruczniku Delaney, jest pan wolny. Proszę się udać do punktu przyjęć i podpisać dokumenty rekrutacyjne. I niech pan skorzysta z wózka. Tak długo jak będzie pan pod moim dowództwem, ma pan wypełniać rozkazy.
Finn skinął głową.
– Tak jest. – Nigdy do końca nie był zwolennikiem przestrzegania zasad, ale musiał ostrożnie wybierać, o co chce walczyć, jeśli kiedykolwiek jeszcze miał wrócić do Francji.
W punkcie rekrutacyjnym znajdowało się kilkanaście biurek ustawionych ciasno jedno przy drugim jak sardynki w puszce. Postukiwanie maszyn do pisania i szum rozmów wypełniały przepastne wnętrze. Finn usiadł przy jednym z biurek, a przyjmujący go kapral zadawał pytania i wpisywał odpowiedzi do formularza. Finn odpowiedział na wszystkie pytania, zgodził się na wszystkie warunki i z łatwością zrzekł się swojej wolności. Wyraził niezachwiane zaangażowanie.
Coś drgnęło w nim dopiero przy ostatniej rubryce.
– Kogo mamy powiadomić na wypadek pańskiej śmierci? – Kapral Nowak nawet nie podniósł wzroku znad maszyny, kiedy czekał na odpowiedź.
Finn poczuł falę gorąca na karku i swędzenie skóry. Nikt. Nie było nikogo takiego. Przez całe życie Finn zawsze był lubiany i popularny w kręgach, w których się obracał, jednak nie przychodziła mu na myśl żadna osoba, którą mógłby wpisać do formularza. Nie miał żadnych krewnych ani naprawdę bliskiego przyjaciela. Zupełnie nikogo.
Ale co to za różnica? I tak by nie żył.
– Proszę opuścić tę rubrykę – stwierdził, po czym spojrzał na wiszący na ścianie zegar. Chciał to mieć już za sobą.
– Nie mogę – odparł kapral. – Wojsko musi wiedzieć, kogo powiadomić w przypadku pańskiej śmierci. Potrzebuję wpisać nazwisko i adres.
Czy Nowak naprawdę musiał to powiedzieć na głos? Ludzie siedzący przy stanowiskach obok z łatwością podawali nazwiska żon czy innych członków rodzin. Finn miał ochotę sięgnąć przez biurko i podrzeć formularz. Próbował szukać wymówek.
– Później to wyszukam. Nie mam adresu.
– To niech pan chociaż poda nazwisko – odezwał się rozdrażniony kapral. – Możemy potem znaleźć tę osobę i upewnić się, że dostanie odprawę pośmiertną.
– A ile wynosi taka odprawa?
– Dziesięć tysięcy dolarów – odparł Nowak. – Komu chciałby pan to przeznaczyć?
„Delii”. Jedynej dziewczynie, jaką kiedykolwiek kochał. Była pierwszą, z którą się całował, i jedyną, którą chciał poślubić. Do końca życia miał żałować tego, co się między nimi wydarzyło. Nadal był jej winien trzysta dolarów. Ostatnim razem, kiedy się widzieli, próbował jej zwrócić tę kwotę, ale za bardzo go znienawidziła, żeby przyjąć od niego pieniądze. Prawdopodobnie odmówiłaby też przyjęcia odprawy pośmiertnej.
– Ta osoba to Delia Byrne – stwierdził. Minęło dziesięć lat, odkąd wymówił to nazwisko na głos. Czuł się dziwnie, kiedy je wypowiadał, tak jakby nie wolno mu było tego robić. Kiedyś byli dla siebie wszystkim. Teraz nawet nie mógł wspominać jej nazwiska, nie czując żalu i dawnych wyrzutów.
Wyprostował się i powtórzył wyraźniej:
– Nazywa się Delia Byrne, a jeśli umrę i zdołacie ją znaleźć, dajcie jej wszystko i powiedzcie, że ją przepraszam.
