Karawana z gawronami - Emine Sadk - ebook
NOWOŚĆ

Karawana z gawronami ebook

Eminé Sadk

0,0

Opis

Każdy kraj ma swoją literacką wyprawę w interior. Ta jest przepełniona południową energią, smakiem soczystych brzoskwiń, dęciem w klarnety i smutkiem prowincji. Wraz z nauczycielem Nikołajem Todorowem tańczymy na cygańskim weselu, ukrywamy się u ciotki-znachorki, a wreszcie wzniecamy ogień rewolucji. Jednocześnie jego ucieczka w krainę Łudogorje (zwaną też Deliormanem) odkrywa przed nami historie podwójnych imion i tożsamości miejscowych Turków. Sadk pokazuje nam, na ile rozjeżdżają się opowieści metropolii i niewysłuchanej prowincji.

Nie wracajmy do miasta.
Ono płonie.

„Łudogorje to jedna z naszych małych europejskich ojczyzn, udręczonych i zapomnianych, wciąż wołająca o miłość i wysłuchanie. To klasyczna powieść drogi, w której neurotyczny intelektualista, zmęczony bezsensownym życiem na prowincji, wyrusza w świat. W nim znajdzie miłość, wolność i śmierć”.

Ewa Wieżnawiec, białoruska pisarka, migrantka

 

 

Emine Sadk (ur. 1996) – pisarka, aktywistka kulturalna, dziennikarka. Organizatorka wydarzeń kulturalnych łączących bułgarskie dziedzictwo kulturowe ze sztuką współczesną. W swojej działalności podkreśla znaczenie równego dostępu do edukacji, sztuki i kultury w rejonach wiejskich. Jej debiut literacki Karawana z gawronami był nominowany do wielu prestiżowych nagród w Bułgarii. Powieść została przełożona na hiszpański, powstają również tłumaczenia na włoski, francuski, ukraiński i portugalski. Jako dziennikarka zajmuje się tematami kulturalnymi i społecznymi, m.in. tematem migrantów zarobkowych i sezonowych, młodzieży wiejskiej, a także mniejszości tureckiej w Bułgarii, jej językiem i kulturą w czasach komunistycznych. Bada historię muzyki tureckiej i pieśni gastarbeiterskie w Niemczech. Można ją spotkać w Amsterdamie, Sofii i wsi Garwan, a także całej Europie na trasach zespołów muzycznych.

Magdalena Pytlak (ur. 1981) – bułgarystka, slawistka, tłumaczka, doktor nauk humanistycznych w zakresie literaturoznawstwa. Pracuje jako adiunkt w Instytucie Filologii Słowiańskiej Uniwersytetu Jagiellońskiego. Jej zainteresowania naukowe obejmują współczesną literaturę i kulturę bułgarską oraz szeroko rozumianą translatologię. Dwukrotnie nominowana za przekład do Nagrody Literackiej Gdynia (2018, 2019). W 2019 roku za spolszczenie „Fizyki smutku” Georgiego Gospodinowa otrzymała Literacką Nagrodę Europy Środkowej Angelus dla tłumacza. W 2024 roku przyznano jej Nagrodę Translatorską im. Ireny Tuwim. Autorka książki „Polifoniczność w przekładzie. O tym, jak Polacy i Bułgarzy czytają „Biesy” Fiodora Dostojewskiego”, licznych publikacji naukowych oraz tekstów popularnonaukowych.

 

SERIA SKĄDINĄD

Nie wszyscy jesteśmy stąd: osiedli, zakorzenieni, tutejsi.

W serii trzynastu powieści przedstawimy doświadczenia migranckie z Europy Środkowej i Wschodniej, krajów bałtyckich, Bałkanów, Turcji i Kaukazu, by przypomnieć współczesnym, że kiedyś i my dzieliliśmy tułaczy los.

Naszymi bohaterami będą wędrowcy z różnych epok i krajów. Szczęśliwi i zagubieni. Wyjeżdżający z własnej woli lub pod przymusem. Kuszeni nowymi możliwościami, zieleńszą trawą. Uciekinierzy przed wojną i głodem, poszukiwacze nowego domu, schronienia, pracy. Wygnańcy, zbiegowie i repatrianci, ale także ekspaci i nomadzi.  

Pokażemy perspektywę mniejszości, w tym grup, które zmieniały przynależność państwową bez opuszczania własnego domu.
  
Od Estonii po Gruzję, od Słowenii po Ukrainę. Z punktu widzenia dziecka i młodej kobiety, inteligentki, rolnika, robotnika, artysty.
 
Wybór powieści należał do tłumaczek i tłumaczy zaangażowanych w tworzenie serii. To do nich – najlepszych znawczyń i znawców literatury każdego z krajów – zwróciliśmy się z prośbą, by wskazali najciekawsze utwory odpowiadające tematowi przewodniemu serii. 
 
Będziemy przedstawiać je Wam w latach 2026–2028. 
 

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 192

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Tytuł oryginału: Керван за гарвани

Copyright by © Emine Sadk, 2026

Copyright by © Kolegium Europy Wschodniej im. Jana Nowaka-Jeziorańskiego we Wrocławiu, 2026

Copyright for the Polish translation by © Magdalena Pytlak, 2026

Przekład: Magdalena Pytlak

Redakcja: Patrycjusz Pilawski

Korekta: Urszula Drabińska

Skład: Daniel Malak, Jędrzej Malak

Opracowanie wydania elektronicznego:

Projekt okładki: Jagoda Pecela

Redaktorka prowadząca: Ewa Vaičiūnienė

Sfinansowano ze środków UE. Wyrażone poglądy i opinie są jedynie opiniami autora lub autorów i niekoniecznie odzwierciedlają poglądy i opinie Unii Europejskiej lub Europejskiej Agencji Wykonawczej ds. Edukacji i Kultury (EACEA). Unia Europejska ani EACEA nie ponoszą za nie odpowiedzialności.

Ten projekt został zrealizowany przy wsparciu finansowym Komisji Europejskiej.

This project is organised with the financial support of the National Culture Fund of Bulgaria.

ISBN 978-83-7893-833-0

Wydawnictwo KEW

Kolegium Europy Wschodniej

im. Jana Nowaka-Jeziorańskiego we Wrocławiu

ul. Zamkowa 2, 55-330 Wojnowice

Mężczyzna podróżował w czasie przez czterdzieści sześć lat, ale nikt nie wie, czy do przodu, czy do tyłu, ponieważ żył w Deliormanie.

Nikołaj Todorow

Mimo usilnych prób komunistów, by w miejscu tego okrutnego mrówczego żartu zbudować miasto, przemiany nowego tysiąclecia tu nie dotarły i ludzie kontynuują swój rozwój kulturalny jedynie w gospodarce rolnej.

To miasto byłoby do niczego niepodobne bez swoich kolorowych i uporządkowanych ogródków, którym gospodarze poświęcają specjalną uwagę. W ten sposób kobiety odrywają się od leniwego czasu, który doskwiera wszystkim. Mężczyznom jest łatwiej, dopóki mogą liczyć na hazard, pożyczki, miejscowy i życiowy alkoholizm, które w nieunikniony sposób prowadzą do bolesnej udręki rodzin, wątrób i żołądków.

Wydaje się, że jedynie życie osób starszych pełne jest bezgranicznej wolności. Wyczuwam ich szlachetne poczucie świadomej samotności i brak jakiejkolwiek nadziei czy strachu, że coś mogłoby się zmienić.

Philipp Kanitz, lipiec 2018 r.

Z Nieistniejącego miasta

Felixa Kanitza

Był ujmująco ciepły październik. Stabilna pogoda i bezchmurne niebo sprawiły, że świat znów zaczął tętnić życiem, a zmęczenie latem odeszło w zapomnienie, nim ktokolwiek zdołał je poczuć. Lekki nocny wietrzyk przynosił nowe, świeższe powietrze, a w takie poranki jak ten wierzchołki traw błyszczały oślepiająco, zaś piersi idących do pracy ludzi wypełniały radość i świeżość. Miasto było tak małe, że niektórzy ludzie byli wszędzie.

– Uwaga! Uwaga! Uwaga! – przez otwarte okno Todorowa wpadł głos muezina. – Wczoraj wieczorem zmarł Ismaił Refat Kiamil, syn Refata z Nożarewa, wnuk Kiamila Kolarja z Nożarewa. Uwaga! Uwaga! Uwaga! – powtórzył głos bardziej zdecydowanie i głoś­niej. – Zmarł wnuk Kiamila Kolarja z Nożarewa! Zmarł syn Refata z Nożarewa! Zmarł Ismaił Refat Kiamil! Uwaga! Uwaga! Uwaga!

„Jasne!” – mruknął Todorow. „W tym mieście nie można nawet umrzeć w spokoju!”

Wiadomość o śmierci nieznajomego Ismaiła zastała Todorowa w piżamie. Zapadł się między sprężynami starej rozkładanej kanapy, z pustą filiżanką po kawie w jednej ręce. Próbował oglądać poranne wiadomości. Pokazywano dramatyczne kadry ze starć protestujących w stolicy z organami porządkowymi.

„Jakbyśmy żyli w równoległych państwach” – pomyślał Todorow i wyłączył telewizor.

Pokręcił się jeszcze trochę po salonie, ale czuł, że jego miejsce jest gdzie indziej. I rzeczywiście, już dawno miał ruszyć w stronę łazienki w celu ogolenia swojej rzadkiej brody i wzięcia kąpieli. Stwierdził jednak, że lepiej najpierw zjeść, bo jeśli miałby się pobrudzić, to zanim się wykąpie.

Z resztek w lodówce przyrządził sobie typowe kawalerskie śniadanie. Na desce do krojenia, która służyła także za talerz, pokroił trochę słonego sera, ćwiartkę pomidora i jajko na twardo. Posolił obficie. Uniósł głowę jak gęś i na kilka razy wepchał wszystko do ust. Przełknął z trudem, bez żadnej przyjemności i jak to się często działo w wyniku tego biologicznego nawyku, poczuł ból i lekkie nudności.

Po drodze do łazienki zaczął myśleć o liceum, w którym od dwudziestu lat uczył geografii.

Wszyscy w szkole byli zaskoczeni, że to właśnie jemu udało się napisać i wygrać europejski projekt renowacji środowiska edukacyjnego, które często winił za „wywoływanie apatii w procesie nauczania”.

Wydarzenie to okazało się tak niezwykłe i surrealistyczne, że dyrektor liceum odczuł swego rodzaju prowincjonalną pychę i postanowił je upamiętnić, docenić jak należy wygranie projektu. Z braku innych pomysłów na upamiętnienie dyrektor ogłosił dzisiejszy dzień targowy dniem wolnym, a wieczór – bankietowym. Ten gest spotkał się z aprobatą całego grona nauczycielskiego, a zwłaszcza Todorowa, który od lat nie był na targu.

Dźwięk trymera rozbrzmiał na jego bladej twarzy i poniósł się echem po łazience jak piła ogrodnicza w zaroślach. Cała uwaga Todorowa była skupiona na absolutnym i gładkim wygoleniu, aby nie dać szansy sterczącym włoskom, które by mu prześmiewczo przypominały, że wszystko, co robi, jest właśnie takie – niedorobione.

Po skończonym goleniu sprawdził twarz w lustrze. Wszystko było w porządku. Pooglądał się jeszcze chwilę, ale zdecydował, że tak czy inaczej się sobie nie podoba. Poczuł napięcie z powodu bolesnej czerwonej wysypki, która momentalnie wyrosła na miejscu zarostu.

Nie wiedzieć czemu przypomniał sobie tę pijacką szczerość jednego z kumpli. Kumpel ten twierdził, że Todorow wygląda jak ludzie, którym chcesz przywalić w ryj, gdy tylko ich zobaczysz. „Czy wszyscy mnie tak widzą?” – zastanowił się i od razu naszła go chęć, żeby samemu sobie przywalić w ryj. „Gdybym tylko puścił sobie muzykę, zamiast się golić! Jakbym miał na kim zrobić wrażenie!” Znów popatrzył na swoje zaczerwienione policzki. „I ta przeklęta wysypka…”

Wyszedł na ulicę w ciuchach, które, jak sądził, nie sprowokowałyby nikogo do przywalenia mu w ryj. Jasna koszula zlewała się z kolorem jego skóry i gdyby nie ciemnobrązowe spodnie, które odznaczały się także tym, że odstawały od jego wychudzonych nóg, Todorow pozostałby zupełnie przezroczysty. Najpewniej ludzie wchodziliby w niego, nawet go nie przepraszając.

Było już południe. Słońce wisiało pośrodku nieba i przypiekało krokusy, które zdążyły ponownie zakwitnąć. Kilka leniwych kotów wyciągnęło się na metalowych ogrodzeniach typowych domów, które różniły się tylko kolorem kota, długością zasłon i schludnymi rajskimi ogrodami. Tradycyjny aromat świńskiego gówna, dolatujący z chlewni pod miastem, został chwilowo zastąpiony zapachem świeżo położonego asfaltu. Nowe ulice, dumnie rozciągnięte, błyszczały jak upierzenie młodego gawrona i odbicie słonecznych promieni raziło oczy Todorowa.

– Gdybym tylko wziął okulary! – wymamrotał, mrużąc oczy jak Eskimos. Podniósł głowę, żeby znaleźć spokój na błękitnym niebie, ale zapomniał, że jest południe, i słońce jeszcze mocniej uderzyło go po oczach. – Jako w niebie, tak i na ziemi! – mruknął, próbując znaleźć pocieszenie gdzie indziej: – Jaka ciepła jesień! I nie śmierdzi świńskim gównem z chlewni!

Kiedy tak wdychał aromat świeżo położonego asfaltu, usłyszał za plecami znajomy głos:

– Nikołajczu, to ty?

Todorow odwrócił się i zobaczył ciotkę Tinkę. Wychudzoną i drobną kobiecinę tuż po siedemdziesiątce, zupełnie zdrową i nazbyt gadatliwą. Była koleżanką jego matki. Pracowały jako felczerki na pogotowiu, dzieliły troski dotyczące rodziny i kariery. Z powodu nocnych dyżurów często było konieczne, by jedna zastępowała drugą w opiece nad dziećmi. W pewnym momencie obraz matek tak bardzo się zrósł, że Todorow do obu mówił „mamo”.

– Niestety, ciociu, to ja! – odpowiedział rozdrażniony, bo dobrze znał ciotkę Tinkę i wiedział, że za jej pytaniem „Nikołajczu, to ty?”kryje się coś innego: sugestia, że niezasłużenie się tak długo nie widzieli.

Jakby osobno się zestarzeli, a nie tak miało być. I ponieważ tak długo nie spędzali ze sobą czasu, teraz trudno im się rozpoznać. Todorow wiedział, że według ciotki wszystkiemu winny był on, i to go wkurzało. Starsza kobieta nie zwróciła uwagi na jego odpowiedź, gdyż złapała go zdecydowanie za rękę i prowadziła jak dziecko w cień najbliższego kasztanowca. Było widać, że chce pobyć w towarzystwie Todorowa, który zaczął się nudzić i denerwować, jeszcze zanim rozmowa w ogóle się zaczęła. Ustawiając go pod kasztanowcem, starsza kobieta kątem oka obserwowała Nikołajcza, którego wychowała. Myślała o tym, że wciąż wygląda na bladego i chorowitego, i nie znalazła w nim niczego radosnego.

– Ty też się postarzałeś, Nikołajczu! Popatrz na swoje włosy! – zaczęła przesadnie powolnym, aż bezradnym starczym głosem. – Skończyłeś czterdzieści sześć lat, prawda? Byłeś o rok młodszy od Lili, ale z twoją mamą postanowiłyśmy cię puścić z jej, ze starszym rocznikiem do szkoły, żeby was nie rozdzielać…

Todorow przestał słuchać. Znał cały repertuar ciotki Tinki na pamięć – krótka retrospekcja wspólnego życia, kilka słów o jego rodzicach, akcent padnie na jego niezrealizowane życie rodzinne, przeskok i porównanie z życiem Lili, wnukami…

„W tym mieście ani nie możesz spokojnie umrzeć, ani nie możesz spokojnie żyć!” – pomyślał Todorow i przyjrzał się staruszce, która wydała mu się mniejsza co najmniej trzykrotnie niż jej wyobrażenie w jego dziecięcych wspomnieniach. Z jej kręconych i bujnych włosów, wypełniających niegdyś każde pomieszczenie, w którym ciotka Tinka się pojawiła, na jej czaszce została tylko garść rzadkich białych pajęczyn.

– Dobrze, żeś przynajmniej został nauczycielem jak twój ojciec! – kontynuowała ciotka Tinka. – Tak by się ucieszył, gdyby cię widział ożenionego, a co dopiero z dziećmi! Odszedłby spokojny, niech mu ziemia lekką będzie! Ani on, ani twoja matka tego nie doczekali! A to byli tacy dobrzy ludzie! Żebym chociaż ja zdążyła cię zobaczyć z żoną, Nikołajczu, to im opowiem, jak do nich dołączę!

„Tak naprawdę w tym mieście nigdy nie możesz umrzeć! Zawsze znajdzie się ktoś, kto sobie o tobie przypomni” – pomyślał Todorow i ocenił, że staruszka powiedziała to, co miała do powiedzenia.

– Pozdrów Lili! – pożegnał się uprzejmie.

Odwrócił się i ruszył pod chłodnym jesiennym cieniem kasztanowców.

Jak każdego targowego dnia, miasto zamieniło się w ul. Stoły kafejek były pełne. Kelnerki – spięte, zmieszane, nienadążające – latały między kolanami, butami, łokciami, wąsami i nie okazując zbędnej gościnności, podawały dziwne zamówienia. „Triws” to było „trzy w jednym”. „Zub” znaczyło „7 Up”. Była też „średnio duża kawa”, natomiast „Fanta pomarańcz”została „Fantą pomarańcz”.

Ludzie przybyli z sąsiednich wiosek i miast w rozkojarzeniu kręcili się w tę i we w tę z nowymi zakupami w foliowych to­rebkach. Jedli kebaby, gözleme, banice, cieeeepłe podłużne i okrąg­­łe kotlety i doprowadzali do szaleństwa kierowców, którzy zdenerwowani ciągnęli się za nimi swoimi samochodami.

Dzieci dostawały pączki i lody z Furgonetki z Pączkami z Kazanłyku i Puszystymi Lodami, należącej do jednookiego mężczyzny, którego uśmiech nie był tak naiwny i miły, jak sam to sobie wyobrażał. I na przekór wszystkim puszystym wyobraże­niom, wypełnionym cukrem i słodkością, rozciągającym się na cały świat, po tych pączkach i lodach dzieci śniły koszmary.

Todorow przeszedł z lekkością i uśmiechem człowieka przyzwyczajonego do tempa i hałasów tłumu, wywołanych przez targ. Świat wydawał mu się nawet niezwykle piękny, pełen jadu, dopóki nie zobaczył właścicielki jednego z dwunastu kasyn. Kobieta oparła swoje zwaliste ciało pod wiecznie świecącą na czerwono tablicą: „Kasyno Prawdziwy Royal”. Z kpiną obserwowała tłum, który brzęczał jej pod nogami, i od czasu do czasu wyhaczała kogoś znajomego, żeby z nim pożartować.

Todorowa przeszły ciarki, kiedy przechodził obok kasyna. Poczuł się zagrożony. Spuścił głowę ku płytom chodnikowym. Próbował udawać człowieka, który ma coś ważnego do załatwienia i jest już spóźniony.

– Beeeelfrze! – zawołała właścicielka kasyna.

Ale Todorow się nie odwrócił, chociaż był pewien, że woła właśnie jego.

– Todorow! – krzyknęła gromko kobieta. – Będę cię pieprzyć, dopóki śmierć nas nie rozłączy! – roześmiała się, a jej ciało falowało w górę i w dół.

Ludzie kręcili głowami ze współczuciem i chęcią dowiedzenia się, który to ten nieszczęsny Todorow. Niektórzy patrzyli nawet w gotowości, by rzucić się na pomoc, ale Todorow się nie zdradził. Minął kasyno, mrucząc pod nosem: „Będziesz mnie pieprzyć, jak sobie wąsa zgolisz!”.Trochę się zawstydził, że tak pomyślał, ale zrzucił to na dobry nastrój, wywołany swobodą dzisiejszego dnia oraz iluzją, że się odpowiednio ubrał.

Przed wejściem jedyną arterią na targ Todorow spotkał Szewca. Kolegę z klasy, który po powrocie do miasta, by pomóc ojcu w warsztacie, zdołał popaść w alkoholizm. „Jeszcze jedna ofiara okoliczności” – pomyślał Todorow, obserwując zbliżającego się Szewca, który wyglądał jak zasuszony owoc w kolorze stężałego moczu.

– Gdzie się podziewasz, przyjacielu? – zapytał Szewc łagodnym tonem i dodał: – Odkryłeś nieodkryte kontynenty? Czy na to już za późno? – Zgrubiałymi, umazanymi na czarno dłońmi nakreślił między sobą a Todorowem wyobrażoną kulę ziemską.

– Wszystko już zrobione, Wanka! Mów, co u ciebie. – Todorow starał się nie okazywać troski, którą odczuwał w środku z powodu niezdrowego wyglądu Szewca.

– Co u mnie? – Szewc zamyślił się, mrużąc oczy. Twarz napięła mu się tak, jakby próbował rozwiązać w myślach zadanie matematyczne. Wyglądał i na zmieszanego, i na winnego, i zawstydzonego, i jakby zapomniał, że przed nim stoi Todorow i czeka na rozwiązanie tego jakże złożonego zadania. Tłum ich potrącał i czas płynął tak jak przed chwilą, ale dla Szewca wszystko się zatrzymało i został sam na ulicach pewnego nieistniejącego i pustego, przypiekanego przez słońce miasta.

Po chwili Szewc wrócił na tę samą ulicę, pośród tego samego tłoku, tego samego dnia targowego, ale jego twarz się zmieniła. Zdradzała cierpienie. Machnął brudną ręką i nie patrząc na Todorowa, nie mówiąc ani słowa więcej, zniknął w tłumie.

Podczas gdy Todorow patrzył, jak Szewc się oddala, zakręt dalej świat stanął na głowie. Rozległo się rytmiczne stukanie kamienia o metal. Gałęzie drzew się rozbujały i setki wron pofrunęły nad głowami ludzi.

Drun-du-dun, dun-dun, dun-dun, dun-dun-dun, dun-dun-dun, dun-du-dun, dun-dun, dun-dun-dun…

Wściekły męski głos, dochodzący raczej z jaskini niż z czyjegoś gardła, zawołał:

– Słoneczniiiiik! – Rytmiczny stukot ustał. – Teraz to już masz przesrane!

Tłum zastygł w oczekiwaniu na zbliżające się niebezpieczeństwo. Rozległ się rumor, jakby dziki galopowały przez las. Morze ludzi poruszyło się i rozstąpiło jak w Biblii. Przez ludzki korytarz przebiegło dwóch goniących się mężczyzn. Ten, który gonił, był gruby, miał zaczerwienioną twarz i najwyraźniej biegł bez jakiejkolwiek chęci, raczej tylko ze złości. Przed nim – z rękami przy ciele, ledwie dotykając stopami ziemi, zadowolony jak dziecko, które coś spsociło – leciał mężczyzna w okularach wielkości swojej twarzy i bez ustanku powtarzał:

– Ale zamęt! Ale zamęt! Prawdziwy zamęt!

Grubas zatrzymał się zasapany, oparł ręce o kolana i skulił się jak piłka lekarska. Próbował przekląć zbiegłego Słonecznika, ale zabrakło mu powietrza. Morze ludzi zstąpiło się i połknęło zmęczonego handlarza.

– Słonecznik! – wymamrotał Todorow. – Kolejna ofiara okoliczności.

Nad targiem rozciągało się głęboko błękitne niebo. Kilka wróbli goniło się w ćwierkającej chmurze, która to rozpraszała się na wszystkie możliwe strony, to znów się zbierała. Żółte liście orzechów, niczym milczące wahadło odmierzające piękno ostatnich letnich dni, opadały powoli na stragany i ludzi. Targ osiąg­nął swą pełnię. Biada wszystkim dzieciom ściskającym mocno dłonie rodziców ze strachu, by nie zostać zdeptanymi przez idące jak młoty nogi.

Jeden ze straganów, na którym sprzedawano szarawary, krótkie kamizelki i misternie zdobione srebrnymi motywami kwiatowymi materiały, robił wrażenie czegoś odświętnego. Todorow zatrzymał się zahipnotyzowany kolorami i fakturą ubrań.

– Bindallı! – poinformowała go tleniona sprzedawczyni, która od razu rozłożyła kilka modeli na pokaz.

Nad jej głową wisiały wiązki długich, grubych warkoczy sztucznych kasztanowych włosów i czerwonych chust ozdobionych złotymi monetami. „Z pewnością wszystko to służy do jakiegoś rytuału…” – zgadywał Todorow.

– Dla kobiet! – odpowiedziała sprzedawczyni, jak gdyby wykradła mu myśl z głowy. – Do henny i do ślubu!

Todorowowi zrobiło się wstyd, że wygląda jak turysta, któremu trzeba tłumaczyć to, co sprzedaje się w jego mieście. Podziękował kobiecie serdecznie, cały czas pochylając nienaturalnie swe ciało do przodu.

I jakby zgubił orientację, zaczął zmieszany kręcić głową – w prawo, w lewo i znów w prawo i w lewo. Sprzedawczyni zaśmiała się z jego naiwnej reakcji. Todorow się zaczerwienił i zmieszał jeszcze bardziej, dlatego ruszył po prostu donikąd.

„Głupek ze mnie!” –zganił się sam. „Co ja wiem o odzieży i weselach moich współobywateli? Nic. Tyle wiem. Jeśli mnie ktoś spyta o stolicę jakiegokolwiek państwa albo o to, gdzie się znajduje…” Wyliczył w myślach kilka nieznanych niko­mu krajów, ich stolice, sąsiadów, kilka większych rzek, najwyższe szczyty, zadyszał się i rozważał dalej: „Ale jeśli mnie spytają o odzież albo rytuały – nic nie potrafię powiedzieć!”.

Przechodząc obok piramid z używanych ubrań, butów z odwróconym logami znanych marek, zasłon zwisających niczym panny młode bez głowy, setek metrowych bel brzydko zadrukowanych cerat, tanich tureckich produktów spożywczych i chemii piorącej, artykułów pierwszej i wszelkiej potrzeby, przedmiotów antykwarycznych i straganów rowerowych, Todorow odpowiadał na pozdrowienia swoich uczniów, zaskoczonych, że widzą go na targu.

W oczach nastolatków widać było zdziwienie: „Proszę pana, to pan? Nie wyobrażaliśmy sobie, że istnieje pan gdziekolwiek poza szkołą” – mówiły te oczy. Todorow szybko kiwał głową, a jego spojrzenie odpowiadało: „Tak, ja też jestem człowiekiem”.Ale uczniowie dalej patrzyli zmieszani. Potem chichotali za jego plecami. Todorow starał się nie zwracać na nich uwagi, ale był ciekaw, jakie mu wymyślili przezwiska. Wiedział o jednym, Todorka, ale nic go to nie obchodziło.

Nagle wzrok Todorowa zatrzymał się na czymś znajomym. Stanął przy jednym stoisku jak zaczarowany. Stoisko to było zrobione z bawełnianego prześcieradła, szorstkiego jak owcza skóra od ciągłego rozkładania. Spomiędzy lusterka wstecznego, zardzewiałego łomu, drewnianego abażuru, budzika elektronicznego, stojaka na dwanaście fajek, srebrnych łyżeczek i dziesiątek kabli, splątanych jak nitki kadayif, Todorow wygrzebał płytę Pink Floyd.

– Wish You Were Here! – przeczytał z zadowoleniem archeologa, który poświęcił swe życie znalezieniu czegoś, w co sam już nie wierzył, podniósł płytę i spojrzał na śniadego chłopaka siedzącego w żółtym busie za stoiskiem:

– Кaç para za to? – spytał.

Młody mężczyzna, rozbawiony pytaniem, odpowiedział przyjaźnie:

– Dla ciebie, bracie, tylko pięćdziesiąt stotinek!

Todorow, zlany potem z podekscytowania, wsadził rękę do głębokiej kieszeni swoich brązowych spodni, wyszperał większą metalową monetę, wyciągnął ją roztrzęsiony, podał jednego lewa i podziękował za resztę. Sprzedawca został na stoisku z mieszanymi uczuciami. Miał wrażenie, że dał się przechytrzyć, ale nie wiedział jak. Przypomniał sobie, że ma jeszcze całą skrzynkę płyt, i żeby nie stracić szczodrego klienta, schował się do połowy w busie, zakopał się w środku, coś zabrzęczało, coś metalowego i dużego. Potem coś jeszcze, coś cięższego, upadło. Wreszcie młody mężczyzna wyszarpał skrzynkę pełną winyli. Walnął je przed Todorowem i powiedział:

– Masz, bracie! Ale te są lepsze i są za dwa lewy!

Todorow pod wrażeniem entuzjazmu i gościnności sprzedawcy zachwycił się jego młodością: „Wygląda jak doskonała ludzka maszyna” – pomyślał. Nieświadomie uśmiechnął się swojsko do chłopaka, nawet lekko przymilnie. Aż sam się zdziwił: „Skąd pojawił się ten uśmiech?! Strasznie głupio!” – skarcił się i kucnął zawstydzony, żeby przejrzeć płyty. Nie potrzebował wiele czasu, żeby pojąć, że wcale nie są dobre. Niemieckie szlagiery. Niemiecki Todorowa ograniczał się do lakonicznych zdań z porno, które oglądał za młodu. Żeby nie wracać do tych wspom­nień, postanowił nie kupować płyt. Ale nie chciał od razu odejść od stoiska i rozczarować tego dobrego chłopaka. Zapatrzył się na drewniany stojak na dwanaście fajek, mistrzowsko wykonany z różnych gatunków drewna. Niektóre z nich były inkrustowane masą perłową. Pośrodku stojaka znajdował się nieduży kominek, z którego wystawał metalowy zestaw do czyszczenia: „Kto chciałby kupić coś podobnego?” – zastanawiał się Todorow. „Co za pompatyczność i niewygoda dla palacza. A jak ciężki zapach ma tytoń do fajek…”

– Kaç para? – przerwał mu myśl zachrypnięty męski głos, który grubym palcem wskazał stojak na fajki.

Todorow wciąż kucał przy straganie. Uznał za niegrzeczne odwrócić głowę w stronę pana, który wskazał na fajki, i najpewniej by nie spojrzał, gdyby palec ten był wyciągnięty w kierunku zardzewiałego łomu, ale tu chodziło o coś innego.

Todorow dyskretnie spojrzał na palec, powiódł wzrokiem po grubej owłosionej dłoni. Na moment zatrzymał się na pozłacanej spince do mankietu z wygrawerowanymi inicjałami B.H. Przesunął wzrok przez granatowy rękaw marynarki, zakończonej białym wykrochmalonym kołnierzykiem, na rumianą twarz Burmistrza.

– O, Todorow! – zdziwił się Burmistrz. – Co pan tu robi? Nie szykuje się pan na dzisiejszy wieczór? Na bankiet? – Uśmiechnął się złośliwie, unosząc gęste czarne brwi. – Musi pan wiedzieć, że dokonał pan wielkiej rzeczy! Wielkiej! Ten projekt…

Nie dokończył zdania, ponieważ sprzedawca niemieckich szlagierów wręczał mu fajki zapakowane w różową foliową torebkę.

– Ten projekt… – próbował dokończyć Burmistrz, ale właś­nie wydawano mu resztę. – Mówiłem, że ten projekt to jest coś!

Burmistrz znów zamilkł i przeliczył resztę. Potem zajrzał do foliowej torebki i wyobraził sobie, jak wypala powoli fajki w swoim gabinecie, spoglądając mądrze w kierunku centrum miasta, jakby je zbudował własnymi rękami.

– Tak że… ten projekt…

Tego zdania też nie dokończył, bo nie przestawał sobie wyobrażać, jak powoli i spokojnie zaciąga się fajkami tak, jakby to robił szaman z plemienia Lakota.

Nagle Burmistrzowi wyrwało się mimochodem:

– Czego dokładnie dotyczył ten projekt, Todorow?

Burmistrz chwilowo się zmieszał, że wykazał się niewiedzą w tej kwestii, ale zaraz przybrał postawę ważnej osoby, którą zżera ciekawość.

– Renowacji i poprawy środowiska edukacyjnego – odpowiedział pokornie Todorow, próbując skupić wzrok na budziku elektronicznym ze stoiska.

– Tak jest, tak jest! Poszedł pan w dobrym kierunku, Todorow! Temu miastu potrzeba takich ludzi jak pan! Proszę działać! Działać na rzecz zachowania tradycji! – powiedział Burmistrz.

Pożegnał się ze sprzedawcą i z Todorowem, którego uważał za dziwaka.

Żeby odciągnąć od siebie uwagę Burmistrza, Todorow udał, że naprawdę ma coś do roboty, i zabrał się do ponownego przeszukiwania skrzynki z winylami. Myślał: „Podoba mi się ten Burmistrz, chociaż gada głupoty. Mimo to jednak jest mądrzejszy od reszty. Ale o co chodzi z tymi tradycjami, których się uczepił? Jak mogą istnieć tradycje w mieście, któremu nazwę nadali komuniści?! Tradycje… My nawet dialektu nie mamy. I co to wszystko ma wspólnego z projektem renowacji środowiska edukacyjnego?”. Przypomniał mu się post w mediach społecznościowych, który Burmistrz napisał przedwczoraj:

Aby zwiększyć obecność turystyczną w mieście i odświeżyć historyczną opowieść naszego regionu, postanowiliśmy postawić pomniki wszystkich bułgarskich chanów w parkach i na skwerach.

„Brednie! Brednie! I jeszcze raz brednie!” –wkurzył się Todorow i ze złością przerzucał niemieckie szlagiery. „Czy to są te pańskie tradycje, panie Burmistrzu? O to powinienem był go zapytać!” Wkurzył się jeszcze bardziej, że nie przyszło mu to do głowy na czas. „Chcecie kontynuować tradycję komunistycznej bezczelności? Większość miast i wsi w regionie została nazwana imionami chanów i plemion, żeby zbudować »historyczną świadomość u grup etnicznych«? Tradycje… Kompletne brednie!” Podczas gdy Todorow zagrzebał się w płytach, sprzedawca niemieckich przebojów nie spuszczał wzroku z jego posiwiałej głowy. Dziwił się, co to za człowiek, jak spędza dni, o czym myśli: „Na pewno o czymś poważnym! Skoro Burmistrz powiedział, że Todorow to wielka sprawa, to pewno myśli o czymś poważnym…”.

I rzeczywiście twarz Todorowa wyglądała na zadumaną i surową. Nawet czerwona wysypka na policzkach dodawała mu męstwa. Todorow wyprostował się i dopiero teraz dostrzegł, że brązowe spodnie są na niego za duże. Zrobił krok w tył i chciał odejść, ale młody mężczyzna go zatrzymał:

– Czekaj chwilkę, bracie Todorow! – poprosił go. – Nic ci się nie spodobało?

– Nic.

– Dobra, za jednego lewa ci je dam, bracie Todorow!

Todorow odchylił głowę do tyłu na znak, że nie chce.

Sprzedawca poczuł, że jeśli nie wykona ruchu w ciągu następnych kilku sekund, straci szansę pozbycia się tej skrzynki, którą ciągnął za sobą od kilku miesięcy. Rozejrzał się i zaczął:

– Wszystko… – zamyślił się, rachując. – A niech tam, bracie Todorow! Całą skrzynkę daję ci za pięć lewów! Darmo! – zrobił dziwną minę i wyglądał jak człowiek, który je kiszone ogórki, choć sprawia mu to ból.

Todorow prychnął. Podał pięć lewów tylko z powodu teatralności sprzedawcy i ruszył w stronę domu obładowany jak handlarz warzywami.

„Ech!” – westchnął młody człowiek. „Ten Todorow to naprawdę ktoś! Już samo to, jak się targuje…” Nadal czuł się przechytrzony, ale tym razem jakoś spokojniej i mądrzej, jakby zapłacił za uniwersalną lekcję, która miała złagodzić trudy życia.