Jutro będziesz mój - Samantha Young - ebook + audiobook + książka

Jutro będziesz mój ebook i audiobook

Samantha Young

4,7
29,98 zł
14,99 zł

lub

0 zł
jeśli wykorzystasz 149 punktów Klubu Mola Książkowego

Najniższa cena z 30 dni przed obniżką: 29,98 zł

Możesz zamówić 2 tytuły w miesiącu bez dopłaty, wykorzystując punkty. Oferta dla wybranych użytkowników.

TYLKO U NAS!
Synchrobook® - 2 formaty w cenie 1

Możesz naprzemiennie czytać i słuchać. Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym+


Dowiedz się więcej o KMK i KK+
Opis

Wstęp do zamku Ardnoch mają tylko nieliczni. Robyn właśnie wyważyła jego bramy.

Była policjantka kontra gburowaty eks-gwiazdor Hollywood. Robyn Penhaligon przyjeżdża do Szkocji, by skonfrontować się z ojcem, ale zamiast spokoju odnajduje śmiertelne zagrożenie. Gdy jej bliscy stają się celem stalkera, Robyn musi połączyć siły z Lachlanem Adairem – mężczyzną, który jest równie fascynujący, co nieznośny.

W murach tajemniczej posiadłości rozpoczyna się gra o wysoką stawkę, w której serce może okazać się najsłabszym ogniwem. Czy zawodowy instynkt wystarczy, by ochronić rodzinę i nie ulec urokowi szkockiego dziedzica?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 588

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 16 godz. 4 min

Lektor: Kim Sayar

Oceny
4,7 (23 oceny)
17
4
2
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
Drift330

Nie oderwiesz się od lektury

Świetna, miło spędzony czas. Polecam 🙂
10
ewitka66

Nie oderwiesz się od lektury

super historia polecam
10
kiniamisia

Nie oderwiesz się od lektury

Polecam
10
JustynaHar

Nie oderwiesz się od lektury

Świetna historia, jestem zachwycona to moja pierwsza książka tej autorki i chce więcej. ❤️
00
Kazia1234

Dobrze spędzony czas

polecam
00

Popularność




Tytuł ory­gi­nału: Here With Me

Pro­du­cent: Pur­ple Book Sp. z o.o. ul. Poznań­ska 91 05-850 Oża­rów Mazo­wiecki han­dlowy@pur­ple­book.com.pl

Dane kon­tak­towe: Pur­ple Book Wydaw­nic­two ul. Han­kie­wi­cza 2 02-103 War­szawa face­book.com/pur­ple­bo­okwy­daw­nic­two insta­gram.com/purple_book_wydawnictwo www.pur­ple­book.com.pl

Dyrek­tor Zarzą­dza­jąca: Iga Rem­bi­szew­ska Wydawca: Ewdo­kia Cydejko Pro­duk­cja: Klau­dia Lis Mar­ke­ting i pro­mo­cja: Renata Bogiel-Miko­łaj­czyk, Beata Gon­tar­ska Digi­tal i pro­jekty spe­cjalne: Tatiana Drózdż Dys­try­bu­cja i sprze­daż: Iza­bela Łazicka (tel. 601 457 030), Beata Tro­cho­no­wicz (tel. 506 626 661)

Tłu­ma­cze­nie: Aldona Moż­dżyń­ska, Kaja Gucio Redak­cja: Olga Gor­czyca-Popław­ska Korekta: Marzena Kłos, Mal­wina Łoziń­ska Pro­jekt okładki i stron tytu­ło­wych: Kamil Pru­szyń­ski

Księ­gar­nie inter­ne­towe: swiatk­siazki.pl, czy­tam.pl, ksiazki.pl

Dys­try­bu­tor: Dres­sler Dublin Spółka z ogra­ni­czoną odpo­wie­dzial­no­ścią ul. Poznań­ska 91 05-850 Oża­rów Mazo­wiecki

ISBN 978-83-8310-958-9

Wszel­kie prawa zastrze­żone. Repro­du­ko­wa­nie, kodo­wa­nie w urzą­dze­niach prze­twa­rza­nia danych, odtwa­rza­nie w jakiej­kol­wiek for­mie oraz wyko­rzy­sty­wa­nie w wystą­pie­niach publicz­nych w cało­ści lub w czę­ści tylko za wyłącz­nym zezwo­le­niem wła­ści­ciela praw autor­skich.

Wer­sję elek­tro­niczną w sys­te­mie Zecer przy­go­to­wała Róża Rozaxa

Podziękowania

Pracę nad Jutro będziesz mój zaczę­łam kilka lat temu. Rodzeń­stwo Ada­irów wymy­śli­łam wkrótce po skoń­cze­niu serii On Dublin Street, ale uzna­łam, że jesz­cze nie czas na powo­ła­nie ich do życia. Ada­iro­wie nie dawali mi jed­nak spo­koju, doma­gali się, bym przed­sta­wiła ich czy­tel­ni­kom. Z ręką na sercu mogę powie­dzieć, że kiedy wresz­cie nade­szła odpo­wied­nia pora, Lachlan Adair i Robyn Pen­ha­li­gon wcią­gnęli mnie w swoje fik­cyjne życie i nie puścili, póki nie napi­sa­łam ostat­niego słowa tej powie­ści. Miesz­ka­nie z nimi w Ard­noch było cudow­nym wytchnie­niem po trud­nym roku i mam nadzieję, że takim samym wytchnie­niem okaże się rów­nież dla moich czy­tel­ni­ków.

Pisa­nie to w głów­nej mie­rze samot­ni­cze zaję­cie, ale już pro­ces wydaw­ni­czy wymaga pomocy innych osób. Gorąco dzię­kuję mojej wspa­nia­łej redak­torce, Jen­ni­fer Som­mersby Young, za to, że zawsze, ale to zawsze była przy mnie i poma­gała mi się stać lep­szą pisarką i gawę­dziarką.

Podzię­ko­wa­nia skła­dam rów­nież mojej przy­ja­ciółce i oso­bi­stej asy­stentce, Ash­leen Wal­ker, za to, że zała­twiała dla mnie różne sprawy i zawsze mnie wspie­rała. Jestem Ci bar­dzo wdzięczna i bar­dzo Cię kocham!

Praca pisa­rza nie ogra­ni­cza się do napi­sa­nia książki. Doty­czy nie tylko słowa pisa­nego, lecz także mar­ke­tingu, reklamy, opra­co­wa­nia gra­ficz­nego, pro­wa­dze­nia kont na plat­for­mach spo­łecz­no­ścio­wych itd. Otrzy­ma­łam ogromną pomoc od osób, które się tym zaj­mują. Z całego serca dzię­kuję cudow­nej Ninie Grin­stead z firmy Valen­tine zaj­mującej się public rela­tions – za wspólne burze mózgów, słowa zachęty i za to, że robiła dla mnie o wiele wię­cej, niż było to okre­ślone w jej obo­wiąz­kach. Jestem Ci za to wszystko nie­zmier­nie wdzięczna.

Dzię­kuję także wszyst­kim blo­ge­rom, użyt­kow­ni­kom Insta­grama i miło­śni­kom lite­ra­tury, któ­rzy wspo­mi­nali w inter­ne­cie o moich książ­kach. Nie­zwy­kle to doce­niam! Gorące podzię­ko­wa­nia skła­dam rów­nież wszyst­kim fan­ta­stycz­nym czy­tel­ni­kom z mojej pry­wat­nej grupy na Face­bo­oku – Sam’s Clan McBo­okish. Jeste­ście nie­zwy­kli, nie wyobra­żam sobie lep­szych odbior­ców!

Z całego serca dzię­kuję Han­gowi Lee za pro­jekt prze­pięk­nej okładki, która ide­al­nie oddaje atmos­ferę tej książki.

Jak zawsze dzię­kuję mojej agentce, Lau­ren Abramo, za to, że dzięki niej ta książka dotarła do czy­tel­ni­ków na całym świe­cie. Jesteś rewe­la­cyjna. Przyj­mij, pro­szę, moje wyrazy wdzięcz­no­ści za wszystko, co dla mnie robisz.

Jestem nie­zmier­nie wdzięczna mojej rodzi­nie i przy­ja­cio­łom za wspar­cie i słowa zachęty. Szcze­gólne podzię­ko­wa­nia należą się mojemu tacie. Opi­su­jąc trudną rela­cję Robyn z jej ojcem, po raz kolejny uświa­do­mi­łam sobie, jakie to szczę­ście, że mój tata zawsze sta­wia mnie na pierw­szym miej­scu, zawsze jest przy mnie i należy do naj­bar­dziej pra­wych i god­nych zaufa­nia ludzi, jakich znam. Jestem nie­zwy­kle wdzięczna za to, że jesteś moim tatą.

I wresz­cie dzię­kuję Tobie, mój czy­tel­niku. Jesteś nie­oce­niony.

Dedykacja

Dla mojego taty

Codzien­nie czuję ogromne szczę­ście na myśl o tym, że jestem Twoją córką.

Kocham Cię naj­bar­dziej na świe­cie.

Prolog

Robyn

Rok wcze­śniej

Boston, Mas­sa­chu­setts

Deszcz bęb­nił w dach naszego wozu patro­lo­wego. Pili­śmy kawę, cze­ka­jąc na sygnał z radia.

Odgłos kro­pli desz­czu ude­rza­ją­cych o metal wpra­wiał mnie w przy­jemne odrę­twie­nie. Nagle moją uwagę przy­cią­gnął jakiś kolo­rowy kształt za oknem, który wyło­nił się z wszech­ogar­nia­ją­cej sza­ro­ści.

Chod­ni­kiem szła kobieta w gra­na­to­wym płasz­czu. W jed­nej ręce trzy­mała czarny para­sol, a w dru­giej – smycz. Pies, który stąd wyglą­dał na labra­dora, miał na sobie jaskra­wo­czer­wony kubra­czek. Zatrzy­mał się gwał­tow­nie i usiadł na chod­niku, jakby chciał powie­dzieć: „Mam już tego dosyć. Powiedz desz­czowi, żeby prze­stał padać”.

Zaśmia­łam się cicho, kiedy kobieta w nie­mej odpo­wie­dzi z despe­ra­cją unio­sła ręce: „Do jasnej cho­lery, niby jak mam to zro­bić?!”.

Ten widok – kobieta z roz­ło­żo­nymi rękoma pochy­lona nad patrzą­cym na nią psem – aż pro­sił się o to, żeby go sfo­to­gra­fo­wać. Żało­wa­łam, że nie mam przy sobie apa­ratu. Uży­ła­bym sze­ro­kiej prze­słony i obiek­tywu o ogni­sko­wej sto pięć­dzie­siąt mili­me­trów, żeby roz­myć ruch na sza­rym tle, i nasta­wi­ła­bym ostrość na kobietę i jej upar­tego psa.

– Jaz uważa, że powin­naś zerwać z Mar­kiem. – Ze świata foto­gra­fii wyrwał mnie głos Autry’ego Davisa, mojego part­nera.

Uśmiech­nę­łam się z iro­nią, pró­bu­jąc zigno­ro­wać lekki nie­po­kój, który wywo­łała we mnie ta uwaga.

– Co ty powiesz? Jaz tak uważa?

Jasmine „Jaz” Davis zawsze była szczera, ale to Autry już na samym początku jasno dał mi do zro­zu­mie­nia, że nie lubi mojego chło­paka Marka.

– Tak jest. – Autry spoj­rzał przez okno na mija­jące nas samo­chody. Zatrzy­ma­li­śmy się we wschod­nim Bosto­nie, na Mave­rick Squ­are, nie­opo­dal naszej ulu­bio­nej pie­karni. Mieli tam dobrą kawę. I pączki z kre­mem. Sta­ra­li­śmy się nie potwier­dzać ste­reo­ty­pów doty­czą­cych poli­cjan­tów, więc na pączki pozwa­la­li­śmy sobie tylko raz w tygo­dniu. To była nasza uczta. – Jaz uważa, że dla Marka jego praca jest waż­niej­sza od two­jej i że on ni­gdy nie sta­wia cię na pierw­szym miej­scu.

Jaz rze­czy­wi­ście mogła się tak wyra­zić.

Mark był wzię­tym pro­ku­ra­to­rem. Jego suk­cesy mnie pod­nie­cały, bo zawsze krę­cili mnie pra­co­wici męż­czyźni. Ostat­nio zaczął mnie nama­wiać, żebym coś zmie­niła w swoim życiu. Uwa­żał, że powin­nam piąć się w górę, posta­rać się o awans na sier­żanta, a potem na porucz­nika.

Nie rozu­miał, że mnie na tym nie zależy. Był najam­bit­niej­szym czło­wie­kiem, jakiego kie­dy­kol­wiek zna­łam. Tak jak powie­dzia­łam, wyda­wało mi się to sek­sowne, dopóki nie spró­bo­wał zmie­niać mnie w kogoś, kim nie byłam.

– No to prze­każ Jaz, że z nim zry­wam.

Autry nie­udol­nie pró­bo­wał ukryć zado­wo­le­nie.

– Tak?

– Tak. Przy nim za bar­dzo muszę się sta­rać.

– Nie pró­buję wybić ci tego z głowy, ale chyba wiesz, że każdy zwią­zek wymaga pracy?

– Łatwo ci powie­dzieć. Uwiel­biasz swoją żonę i dzieci.

– Ale to nie zna­czy, że nie wło­ży­łem w nasz zwią­zek żad­nego wysiłku.

– Wiem. Ale tego trzeba chcieć, a mnie się nie chce pra­co­wać nad związ­kiem z Mar­kiem. W zeszły week­end zro­bił mi awan­turę, bo kupi­łam obiek­tyw krót­ko­ogni­skowy. Powie­dział, że z moimi mar­nymi docho­dami nie stać mnie na tak dro­gie „hobby” i że zamie­rza mnie roz­piesz­czać. – Na samą myśl o tam­tej roz­mo­wie aż zro­biło mi się gorąco ze zło­ści.

Od tam­tej pory prze­sta­łam się do niego odzy­wać i odcię­łam się od niego emo­cjo­nal­nie.

– Poważ­nie? – Autry zmarsz­czył brwi. – Powin­naś kop­nąć go w dupę, i to szybko. Cho­lera, wyobra­żasz sobie, co by Jaz zro­biła, gdy­bym potrak­to­wał ją tak pro­tek­cjo­nal­nie? Facet ma szczę­ście, że to nie ona jest jego dziew­czyną. Nie uszedłby z życiem. I dla­tego nie powtó­rzę jej tego, co mi teraz powie­dzia­łaś. Pen­ha­li­gon, do jasnej cho­lery! Życie jest za krót­kie na takie idio­tyczne związki.

– Ale za to Mark jest dobry w łóżku – powie­dzia­łam, głów­nie dla żartu.

Nawet dla naj­wspa­nial­szego seksu nie warto tkwić przy face­cie, przez któ­rego czu­jesz się tak, jak­byś nic nie zna­czyła.

Autry rzu­cił mi ostrze­gaw­cze spoj­rze­nie.

– Ani słowa wię­cej.

Zaśmia­łam się cicho i upi­łam łyk kawy.

Kiedy jako dwu­dzie­sto­jed­no­latka skoń­czy­łam szkołę poli­cyjną, pozna­łam Autry’ego Davisa, który został moim part­ne­rem. Był wysoki, przy­stojny, dow­cipny, sie­dem lat star­szy ode mnie i miał w sobie cie­pło, które potra­fiło ogrzać nawet naj­zim­niej­sze serce. Szybko się w nim zadu­rzy­łam, co jed­nak wkrótce prze­mie­niło się w przy­jaźń i zaufa­nie. Tym bar­dziej że pozna­łam jego żonę, Jaz, i ich dwie córki, Asię i Jadę. Od sze­ściu lat wła­ści­wie nale­ża­łam do ich rodziny. Teraz Autry był dla mnie jak star­szy brat. I, jak na brata przy­stało, nie chciał słu­chać o życiu sek­su­al­nym sio­stry.

A ja, jak każda młod­sza sio­stra, igno­ro­wa­łam bła­ga­nia, żebym prze­stała go tor­tu­ro­wać tymi szcze­gó­łami.

– Na pewno mógłby się posta­rać jesz­cze bar­dziej, ale jest zde­cy­do­wa­nie lep­szy od Axela. – Axel, mój poprzedni chło­pak, był nar­cy­stycz­nym muzy­kiem, ego­istą i w łóżku, i poza nim.

Kie­dyś, gdy byłam mocno prze­zię­biona, nie zapro­po­no­wał, że do mnie zaj­rzy albo zrobi mi zakupy, żebym mogła zostać w łóżku. Nie. Powie­dział, że ode­zwie się, kiedy już wyzdro­wieję, i po pro­stu się ulot­nił. Wtedy zajęli się mną Jaz i Autry. Kiedy wyzdro­wia­łam, Axel już nie wró­cił, bo tego nie chcia­łam. Szcze­rze mówiąc, Mark w łóżku też nie dbał zbyt­nio o moje potrzeby, ale potra­fił cho­ciaż dopro­wa­dzić mnie do orga­zmu.

– Nie sły­szę cię. – Autry ze zmarsz­czo­nymi brwiami wyglą­dał przez okno. – Nie ma mnie tu. Jestem w jakimś innym miej­scu, w któ­rym panują dobro i spra­wie­dli­wość, a Cel­tics zdo­by­wają puchar.

– Czyli w bajce?

– Pro­szę mi tu nie obra­żać Cel­tics.

Zachi­cho­ta­łam i już otwie­ra­łam usta, żeby znowu zażar­to­wać, kiedy nasze radio zatrzesz­czało.

– Awan­tura domowa. Lexing­ton Street, miesz­ka­nie 302B. Zadzwo­niła sąsiadka.

Axel wycią­gnął rękę do radia.

– Gold 1-67. Będziemy za trzy minuty.

– Przy­ją­łem.

Uru­cho­mi­łam sil­nik i włą­czy­łam się do ruchu dro­go­wego.

– Jak myślisz, co będzie tym razem?

– Zdrada.

– Zawsze mówisz to samo.

– I pra­wie zawsze mam rację.

– Ostat­nio się myli­łeś.

– A co było ostat­nio?

– Oj, Davis, sta­rze­jesz się – zażar­to­wa­łam. – Dziew­czyna odkryła, że chło­pak prze­grał wszyst­kie jej oszczęd­no­ści. Spu­ściła mu nie­zły łomot.

– A rze­czy­wi­ście. Paskudna sprawa. Po tym, co mu zro­biła, ten gość już ni­gdy nie będzie mógł mieć dzieci.

Nie­stety była to prawda. Skrzy­wi­łam się na myśl o tam­tym wezwa­niu.

Kilka minut póź­niej zapar­ko­wa­li­śmy pod domem na rogu Lexing­ton. Wyglą­dał tak samo jak wszyst­kie budynki w tej czę­ści Bostonu – wąski i pokryty sidin­giem z drew­nia­nych gon­tów. Dawno temu poma­lo­wano go na biało i teraz potrze­bo­wał pil­nego remontu. Miał dwa wej­ścia: jedno pro­wa­dziło do miesz­ka­nia na dole, a dru­gie – na pię­tro. Przed wej­ściem do lokalu na pię­trze stała kobieta w jaskra­wo­żół­tej piża­mie i dopa­so­wa­nej kolo­ry­stycz­nie ban­da­nie na wło­sach. Pode­szła do nas, kiedy wysie­dli­śmy z wozu.

– Od pół godziny tamci na górze się wydzie­rają. Był też taki huk, jakby ktoś prze­wra­cał meble, a wtedy ta kobieta zaczęła krzy­czeć i pła­kać. – Sąsiadka wyglą­dała na poru­szoną. – Ten gość jest nie­źle porą­bany. Chyba bie­rze pro­chy. Pomy­śla­łam, że lepiej wezwać poli­cję.

Uśmiech­nę­łam się do niej uspo­ka­ja­jąco i już mia­łam się ode­zwać, kiedy z góry dobiegł nas pełen stra­chu krzyk. Autry pobiegł do drzwi. Odwró­ci­łam się do sąsiadki i powie­dzia­łam:

– Pro­szę wró­cić do swo­jego miesz­ka­nia.

Zro­biła, co kaza­łam. Autry zaczął walić w drzwi.

– Poli­cja, pro­szę otwo­rzyć!

Męż­czy­zna zaczął gło­śno prze­kli­nać. Ryk­nął: „Pie­przona suka!”, po czym roz­legł się gło­śny płacz zagłu­szany nie­zro­zu­mia­łymi wrza­skami.

Autry spoj­rzał na mnie z poważną miną. Poło­ży­łam dłoń na kabu­rze pisto­letu.

Kiw­nę­łam głową.

Naci­snął klamkę i otwo­rzył drzwi.

Poszli­śmy cia­snym kory­ta­rzem do stro­mych scho­dów pro­wa­dzą­cych na górę. Trzy­ma­łam się z tyłu. Wyję­łam broń. Przez te krzyki loka­to­rzy na pewno nas nie sły­szeli. Po chwili zorien­to­wa­łam się, że w tej awan­tu­rze cho­dzi o nar­ko­tyki. Wyglą­dało na to, że męż­czy­zna podej­rze­wał, że kobieta oddaje mu za mało pie­nię­dzy za sprze­da­wane działki. Jed­nak nie była to zwy­kła awan­tura domowa.

Przy­go­to­wa­łam się na ostrą akcję.

Schody pro­wa­dziły do przed­po­koju z dwoj­giem drzwi naprze­ciwko sie­bie. Ostroż­nie zaj­rze­li­śmy do jed­nego pokoju. Była to sypial­nia, pusta. Prze­szli­śmy do dru­giego pomiesz­cze­nia, w któ­rym znaj­do­wał się salon połą­czony z małą kuch­nią. To było istne pobo­jo­wi­sko. Stół leżał na boku, tele­wi­zor był roz­trza­skany, zdję­cia powy­pa­dały z poła­ma­nych ramek, a pod­łogę zapeł­niało szkło. Sto­łek przy barku śnia­da­nio­wym był prze­wró­cony.

Na pod­ło­dze sie­działa sku­lona młoda kobieta z twa­rzą uma­zaną tuszem do rzęs. Ze stra­chem w zapła­ka­nych oczach patrzyła na wyso­kiego, chu­dego męż­czy­znę, który mie­rzył z pisto­letu w jej głowę.

Unie­śli­śmy broń.

– Poli­cja. Pro­szę to odło­żyć – powie­dział Autry.

Męż­czy­zna spoj­rzał na nas, ale nie wyko­nał żad­nego ruchu, tylko wark­nął:

– Kurwa, co wy tu robi­cie? To nie wasza sprawa. Wezwała was ta wścib­ska suka z dołu?

Miał roz­sze­rzone źre­nice, mówił beł­ko­tli­wie.

Był naćpany.

Robiło się coraz cie­ka­wiej.

Powtó­rzy­łam:

– Pro­szę to odło­żyć.

– Bo co?

– Jeżeli nie odłoży pan broni, uznam to za groźbę i strzelę do pana – ostrzegł go Autry.

– Co ty pie­przysz? – Pisto­let nie­bez­piecz­nie zako­ły­sał się w dłoni męż­czy­zny.

– Davis – mruk­nę­łam i lekko odwró­ci­łam głowę, żeby spoj­rzeć na part­nera.

Kątem oka zauwa­ży­łam jakiś ruch. Poczu­łam przy­pływ adre­na­liny, kiedy do pokoju wpadł drugi męż­czy­zna, wyce­lo­wał pisto­let w plecy Autry’ego i poło­żył palec na spu­ście.

Nie mia­łam ani chwili do stra­ce­nia. Musia­łam sta­nąć przed part­ne­rem.

Osło­nić go.

Obaj męż­czyźni gro­zili nam bro­nią. Nie mia­łam wyboru. Strze­li­łam do tego dru­giego. Roz­le­gły się dwa wystrzały, gło­śniej­sze od ude­rze­nia pio­runa. Huk odbił się echem w mojej gło­wie i nie­mal w tej samej chwili poczu­łam ostry, palący ból w klatce pier­sio­wej.

Kolejny wystrzał. I znowu ból. I jesz­cze raz.

Prze­wró­ci­łam się do tyłu, pro­sto na Autry’ego. Nad moją głową roz­le­gły się kolejne wystrzały.

Sły­sza­łam hałas. Jęki. Krzyki.

Spo­kojny głos Autry’ego, który mówił, że wszystko będzie dobrze.

– Trzy osoby z ranami postrza­ło­wymi, w tym jedna poli­cjantka, wie­lo­krot­nie postrze­lona. Przy­ślij­cie ambu­lans na 302B Lexing­ton Street.

Mia­łam wra­że­nie, że ból pro­mie­niuje z ran na całe moje ciało.

– O cho­lera, Robyn, o cho­lera – szep­tał mi do ucha Autry. – Dla­czego? Dla­czego?

Wie­dzia­łam, o co pytał.

Chcia­łam odpo­wie­dzieć, ale nie mogłam poru­szać ustami. Coś złego działo się też z moim wzro­kiem. Jakieś czarne cie­nie zmniej­szały pole widze­nia, coraz szyb­sze i coraz bar­dziej gęste.

– Rob­bie, zostań ze mną. Zostań.

Chcia­łam.

Bar­dzo.

Chcia­łam wycią­gnąć rękę, mocno go zła­pać i nie puścić.

Ale mój umysł odłą­czył się od ciała i odpły­wał coraz dalej i dalej.

1

Robyn

Teraz

Ard­noch, Suther­land

Szko­cja

Jak ni­gdy nawet nie pomy­śla­łam o swoim apa­ra­cie foto­gra­ficz­nym, sce­ne­rii czy ide­al­nym uję­ciu. To naprawdę zdu­mie­wa­jące, bo znaj­do­wa­łam się w jed­nym z naj­pięk­niej­szych miejsc, jakie kie­dy­kol­wiek widzia­łam.

Trudno mi było jed­nak sku­pić się na podzi­wia­niu kra­jo­brazu, kiedy dosłow­nie minuty dzie­liły mnie od spo­tka­nia z ojcem.

Któ­rego nie widzia­łam od czter­na­stego roku życia.

Nie­któ­rzy, kiedy są czymś pod­eks­cy­to­wani, mówią, że mają motylki w brzu­chu. W tej chwili na pewno się tak nie czu­łam. Motylki w brzu­chu to pode­ner­wo­wa­nie połą­czone z przy­jem­nym ocze­ki­wa­niem, nato­miast ja czu­łam się wręcz chora. Kolana dosłow­nie ugi­nały się pode mną.

I wku­rzało mnie, że mój ojciec, Mac Gal­bra­ith, ma nade mną taką wła­dzę.

Wysia­dłam z wypo­ży­czo­nego samo­chodu, wypro­sto­wa­łam się, głę­boko zaczerp­nę­łam powie­trza i ruszy­łam przez wysy­pany żwi­rem pod­jazd ku ogrom­nej bra­mie mię­dzy dwiema cegla­nymi kolum­nami, które płyn­nie prze­cho­dziły w wysoki mur. Po dru­giej stro­nie bramy pod­jazd cią­gnął się dalej i zni­kał w mroku lasu na obrze­żach posia­dło­ści.

Sta­nę­łam pod bramą i zaczę­łam szu­kać dzwonka albo kamery. Bez skutku. Pró­bo­wa­łam potrzą­snąć bramą, ale była z kutego żelaza i ani drgnęła. Zmru­ży­łam oczy, usi­łu­jąc się­gnąć wzro­kiem poza drzewa. Nasłu­chi­wa­łam ćwier­ka­nia pta­ków i wia­tru sze­lesz­czą­cego w liściach.

Kątem oka zauwa­ży­łam jakiś ruch po lewej stro­nie i dostrze­głam świa­tło odbi­ja­jące się od prze­su­wa­ją­cego się obiek­tywu kamery. Wycią­gnę­łam głowę, żeby lepiej mu się przyj­rzeć, i zoba­czy­łam kamerę ukrytą na drze­wie.

Zasa­lu­to­wa­łam, przy­kła­da­jąc dwa palce do głowy, żeby dać znać obser­wu­ją­cej mnie oso­bie, że widzę kamerę.

Teraz pozo­sta­wało mi tylko cze­kać.

Jak­bym nie była wystar­cza­jąco zde­ner­wo­wana.

Odwró­ci­łam się, opar­łam o bramę, skrzy­żo­wa­łam ręce na piersi i nogi w kost­kach, przyj­mu­jąc pozę, która mówiła: „Nie ruszę się stąd, dopóki ktoś nie przyj­dzie”.

Nie minęło nawet parę minut, kiedy usły­sza­łam dźwięk sil­nika i chrzęst kół na żwi­rze. Odwró­ci­łam się i zoba­czy­łam, że z dru­giej strony pod bramę pod­jeż­dża czarny Range Rover z przy­ciem­nio­nymi szy­bami.

Nerwy mia­łam napięte jak postronki.

Dla­czego aku­rat mój ojciec musiał być sze­fem ochrony w jed­nym z naj­bar­dziej pre­sti­żo­wych zamknię­tych klu­bów na świe­cie?

Aha, no tak.

Z powodu Lachlana Ada­ira.

Poczu­łam zazdrość i urazę, za które wsty­dzi­łam się przed samą sobą. Pró­bu­jąc je zigno­ro­wać, znowu splo­tłam ręce na piersi, aby wyglą­dać non­sza­lancko. Samo­chód sta­nął, drzwi od strony kie­rowcy się otwo­rzyły i do bramy pod­szedł męż­czy­zna w czar­nych spodniach, czar­nej koszuli i skó­rza­nej kurtce.

Zauwa­ży­łam maleńką słu­chawkę w jego uchu.

Pra­co­wał w ochro­nie.

Ale to nie był mój ojciec.

– To teren pry­watny – powie­dział ze szkoc­kim akcen­tem, takim samym, z jakim mówił mój ojciec.

– Wiem. – Popa­trzy­łam ponad jego ramie­niem. – Przy­je­cha­łam, żeby spo­tkać się z ojcem.

– Nie­stety, na teren posia­dło­ści mają wstęp tylko człon­ko­wie i pra­cow­nicy klubu. Muszę panią popro­sić o odje­cha­nie.

Mia­łam gdzieś to, że zamek Ard­noch gościł akto­rów oraz poten­ta­tów tele­wi­zyj­nych i kino­wych, któ­rzy co rok pła­cili for­tunę tylko po to, by móc się pochwa­lić, że należą do klubu.

– Nazy­wam się Robyn Pen­ha­li­gon. Moim ojcem jest Mac Gal­bra­ith. Może mu pan prze­ka­zać, że przy­je­cha­łam?

Ochro­niarz był bar­dzo pro­fe­sjo­nalny – na jego twa­rzy nie poja­wił się nawet cień zasko­cze­nia.

– Czy ma pani jakiś dowód toż­sa­mo­ści?

Wie­dząc, że tego zażą­dają, wcze­śniej wło­ży­łam prawo jazdy do tyl­nej kie­szeni dżin­sów. Wyję­łam je i poda­łam ochro­nia­rzowi.

– Pro­szę chwilę pocze­kać. – Wró­cił do samo­chodu i otwo­rzył drzwi od strony kie­rowcy.

Wsiadł, ale ich nie zamknął, więc sły­sza­łam jego głos.

Pod­czas tej roz­mowy poszłam do swo­jego auta po swe­ter, który zosta­wi­łam na tyl­nym sie­dze­niu. Kiedy wycho­dzi­łam z hotelu, ze zde­ner­wo­wa­nia było mi gorąco, ale teraz zaczę­łam mar­z­nąć na chłod­nym wio­sen­nym powie­trzu.

Parę minut póź­niej ochro­niarz wró­cił pod bramę.

– Popro­szę o prze­ka­za­nie mi wszel­kich urzą­dzeń do nagry­wa­nia, w tym smart­fo­nów.

– Słu­cham?

– Oso­bom, które nie są człon­kami klubu, nie wolno wcho­dzić na teren posia­dło­ści z jakim­kol­wiek sprzę­tem do nagry­wa­nia. Chro­nimy pry­wat­ność naszych gości.

– Jasne. – Ozna­czało to, że mój kochany tatuś nie zamie­rza odpra­wić mnie z kwit­kiem.

Cho­lera.

W głębi serca tego żało­wa­łam.

Wyję­łam tele­fon z samo­chodu. Dobrze, że apa­rat foto­gra­ficzny zosta­wi­łam w hotelu. Nikomu bym nie powie­rzyła swo­jego skarbu.

– To wszystko?

– Tak.

– Pro­szę wró­cić do samo­chodu. Brama za chwilę się otwo­rzy. Pro­szę jechać za mną.

Kiw­nę­łam głową i wsia­dłam do wypo­ży­czo­nego SUV-a. Ten wóz z napę­dem na cztery koła wyda­wał mi się naj­bar­dziej odpo­wied­nim środ­kiem trans­portu po Pogó­rzu Szkoc­kim, a do tego cena nie była zbyt wysoka. Decy­zja o tym, żeby przy­le­cieć do Szko­cji bez rezer­wo­wa­nia biletu powrot­nego, nara­żała moje konto na spore ryzyko. Tutaj koniecz­nie powin­nam ogra­ni­czać wydatki.

Ochro­niarz już mnie nie widział, więc ode­tchnę­łam głę­boko w ocze­ki­wa­niu, aż zostanę wpusz­czona. On w tym cza­sie zawró­cił swo­jego Range Rovera i odje­chał kawa­łek od bramy, która otwo­rzyła się parę chwil póź­niej. Wje­cha­łam na teren posia­dło­ści.

Pod­jazd pro­wa­dził przez zale­siony obszar, który zda­wał się nie mieć końca, ale naresz­cie ustą­pił miej­sca roz­le­głym traw­ni­kom, za któ­rymi wid­niało ogromne zamczy­sko. Na wiel­kim tere­nie widzia­łam poroz­sta­wiane cho­rą­giewki – było to pole gol­fowe. W oddali maja­czyły malut­kie figurki gra­czy.

Prze­nio­słam wzrok z powro­tem na zamek Ard­noch i znowu głę­boko ode­tchnę­łam.

Jesz­cze ni­gdy nie czu­łam się aż tak bar­dzo nie na miej­scu.

Podobne wra­że­nie mia­łam w obec­no­ści Maca.

Ni­gdy nie nale­ża­łam do jego świata.

Bo ni­gdy mnie do niego nie wpu­ścił.

Przed sobą mia­łam dwu­stu­letni, sze­ścio­pię­trowy, roz­le­gły dwór w stylu zam­ko­wym. Z mojego rese­ar­chu wyni­kało, że mie­ści się w nim główna sie­dziba klubu, ale na tere­nie tej pię­cio­hek­ta­ro­wej posia­dło­ści znaj­do­wały się także inne budynki, w tym stałe rezy­den­cje, które człon­ko­wie klubu kupili za bajoń­skie sumy. W inter­ne­cie wyczy­ta­łam, że posia­dłość leży na wybrzeżu i należą do niej lasy sosnowe (co teraz już mogłam potwier­dzić), roz­le­głe rów­niny (je też już widzia­łam), wrzo­so­wi­ska (bar­dzo chcia­łam je zoba­czyć) i złote plaże (bar­dzo, ale to bar­dzo chcia­łam się po nich przejść). Nie byłam pewna, czy ta wizyta się uda, ale mia­łam nadzieję, że pój­dzie na tyle dobrze, żebym mogła przy­naj­mniej zwie­dzić ten teren.

Cho­ciaż czu­łam się tu jak ryba wyrzu­cona na brzeg.

Jadąc za Range Rove­rem, roz­my­śla­łam o tutej­szej ochro­nie. Co prawda posia­dłość była oto­czona wyso­kim murem, w któ­rym znaj­do­wała się solidna brama, ale jak na pię­ciu hek­ta­rach uda­wało się zapew­nić człon­kom klubu pry­wat­ność?

Muszę o to spy­tać tatę, jeżeli w ogóle będzie chciał ze mną roz­ma­wiać po tym, jak zadam mu pyta­nie: „Dla­czego nie kocha­łeś mnie na tyle, żeby pozo­stać w moim życiu? Dla­czego mnie zosta­wi­łeś? Przez cie­bie mam potężny lęk przed odrzu­ce­niem, który w dra­ma­tyczny spo­sób wpły­nął na moje życie”.

Mój żołą­dek znowu się ode­zwał, poczu­łam mdło­ści jak na statku pod­czas sztormu.

– Jezus Maria… – szep­nę­łam, otwie­ra­jąc drzwi samo­chodu.

Zamek wyglą­dał jak Down­ton Abbey na ste­ry­dach. Nad nim góro­wały wie­życzki, a na jed­nym z gzym­sów wisiała flaga Szko­cji z krzy­żem Świę­tego Andrzeja. Na kolum­nach wspie­rał się dach zwień­czony małymi blan­kami, a w kunsz­tow­nie skon­stru­owa­nym por­tyku znaj­do­wały się dwu­skrzy­dłowe żela­zne drzwi.

Kiedy wysia­dłam, wiatr sma­gnął mnie w twarz wło­sami, które spię­łam w kucyk, i prze­nik­nął przez swe­ter. Tutaj, bez osłony drzew, było o wiele zim­niej. Jak na koń­cówkę marca powie­trze oka­zało się zaska­ku­jąco ostre. Uno­sił się w nim zapach sło­nej wody, cho­ciaż zamek dzie­liły od morza pra­wie cztery kilo­me­try.

Uwiel­bia­łam tutej­sze powie­trze. Takie rześ­kie i świeże. Doda­wało mi ener­gii.

Kiedy zadar­łam głowę, żeby przyj­rzeć się fla­dze, usły­sza­łam szczęk otwie­ra­nych drzwi. Wyło­nił się zza nich męż­czy­zna w tra­dy­cyj­nym stroju kamer­dy­nera, włącz­nie z bia­łymi ręka­wicz­kami.

Zamie­rzał podejść, żeby mnie przy­wi­tać, ale znie­ru­cho­miał, kiedy poja­wił się inny męż­czy­zna.

Głę­boko zaczerp­nę­łam powie­trza, wyszłam zza drzwi auta i je zamknę­łam. Zmu­si­łam się do tego, żeby pod­nieść wzrok i spoj­rzeć na bar­dzo wyso­kiego, bar­czy­stego męż­czy­znę, który szedł w moją stronę.

Kiedy go roz­po­zna­łam, zalała mnie fala mie­sza­nych emo­cji. Miał na sobie uszyty na miarę szary gar­ni­tur, w któ­rym jed­nak nie wyglą­dał jak ele­gan­cik. Gęste, szpa­ko­wate włosy wywi­jały mu się na karku i wyma­gały przy­strzy­że­nia. Był nie­ogo­lony.

Wyglą­dał na trzy­dzie­ści parę lat, ale ja wie­dzia­łam, że ma czter­dzie­ści cztery.

Z neu­tral­nym wyra­zem twa­rzy szedł do mnie zde­cy­do­wa­nym kro­kiem. Kiedy się zbli­żył, prze­ko­na­łam się, jak bar­dzo jestem podobna do ojca. Jego włosy były ciem­niej­sze, ale odzie­dzi­czy­łam po nim oczy i kształt twa­rzy.

Tak, oczy mie­li­śmy iden­tyczne. Taka sama jasno­brą­zowa obwódka wokół źre­nicy i takie same szaro-zie­lone pro­myczki, które odcho­dziły od brze­gów tęczówki i wta­piały się w jej brąz.

Mama czę­sto powta­rzała, że cho­ciaż tyle dobrego od niego dosta­łam.

Mac Gal­bra­ith patrzył na mnie kamien­nym wzro­kiem, ale po chwili jego obo­jęt­ność znik­nęła. Z tru­dem prze­łknął ślinę.

– Robyn?

– Mac. – Poda­łam mu rękę.

Patrzył na nią przez chwilę, jakby nie do końca wie­dział, co powi­nien zro­bić.

W końcu dobre wycho­wa­nie wzięło górę i uści­snął mi dłoń. A kiedy już to zro­bił, puścił ją nie­chęt­nie. To powi­ta­nie wywo­łało we mnie zło­żoną reak­cję, któ­rej się nie spo­dzie­wa­łam. Łzy sta­nęły mi w oczach, więc odwró­ci­łam wzrok, niby od nie­chce­nia. Popa­trzy­łam na zamek i powie­dzia­łam z uda­waną obo­jęt­no­ścią:

– Fajny masz domek.

– Nie mój – odparł. – Należy do Lachlana. Do rodziny Ada­irów.

Jak­bym nie wie­działa. Wró­cił palący żal. Zmu­si­łam się, żeby znowu spoj­rzeć na ojca.

– Pew­nie się zasta­na­wiasz, dla­czego przy­je­cha­łam.

– Zga­dza się. Cho­ciaż oczy­wi­ście to miła nie­spo­dzianka.

Czyżby?

Popa­trzy­łam na niego zmru­żo­nymi oczami, pró­bu­jąc osza­co­wać, ile prawdy było w tych sło­wach.

– Przy­je­cha­łam w spra­wie, o któ­rej wola­ła­bym nie roz­ma­wiać na pod­jeź­dzie, z obcym face­tem za ple­cami. – Mia­łam na myśli ochro­nia­rza, który na­dal stał za mną.

– Przy­kro mi. Takie mamy pro­ce­dury.

Poki­wa­łam głową. Dobrze to zna­łam.

– Na pewno dobrze to znasz – powie­dział, jakby czy­tał mi w myślach. – Sły­sza­łem, że pra­cu­jesz w poli­cji.

Wyglą­dał na zado­wo­lo­nego. Jakby to two­rzyło mię­dzy nami pewną więź. Wcale mi się to nie podo­bało. Mac kie­dyś był poli­cjan­tem, zresztą tak samo jak mój ojczym, Seth Pen­ha­li­gon.

– Rodzinna tra­dy­cja – powie­dzia­łam. – Zawsze chcia­łam być taka jak mój ojciec, Seth.

Kiedy mia­łam szes­na­ście lat, posta­no­wi­łam ofi­cjal­nie zmie­nić nazwi­sko z Gal­bra­ith na Pen­ha­li­gon. Bio­lo­giczny ojciec wtedy od dwóch lat się ze mną nie kon­tak­to­wał, więc zamie­rza­łam na dobre zerwać z nim wszel­kie więzi i zacząć nosić nazwi­sko rodzi­ców.

Mac dosko­nale potra­fił ukry­wać emo­cje, jed­nak zauwa­ży­łam w jego oczach mignię­cie cze­goś, co kazało mi się domy­ślać, że tra­fi­łam w czuły punkt.

Hmm.

– Już nie pra­cuję w poli­cji.

– Nie?

– Tak jak mówi­łam, wola­ła­bym nie uci­nać sobie poga­wędki tutaj. Wiem, że do tego zamku nie wpusz­cza się byle kogo, więc może się przej­dziemy?

Mac zmarsz­czył brwi.

– Moja córka nie jest byle kim. Chodź do środka. Poroz­ma­wiamy, a potem cię opro­wa­dzę.

Wska­za­łam kciu­kiem przez ramię.

– A ten gość będzie nas cały czas niań­czył?

Mac zer­k­nął na współ­pra­cow­nika.

– Jock, odstaw samo­chód do garażu i wróć do swo­ich obo­wiąz­ków, okej?

– Tak jest.

– Zapra­szam. – Mac zwró­cił się do mnie, wska­zu­jąc na wej­ście do zamku.

– Może dla mnie bar­dziej sto­sowne byłoby wej­ście dla służby?

– Jest osobne wej­ście dla dostaw­ców, ale oni zawsze zapo­wia­dają swój przy­jazd. – Rzu­cił mi iro­niczne spoj­rze­nie i ruszył do drzwi.

– A co z moim samo­cho­dem?

– Niech tu zosta­nie. W razie potrzeby możemy go potem prze­sta­wić.

Idąc za bio­lo­gicz­nym ojcem, wpa­try­wa­łam się w tył jego głowy. Musiał mieć nieco ponad metr dzie­więć­dzie­siąt i był w świet­nej kon­dy­cji fizycz­nej. Wyglą­dał wręcz onie­śmie­la­jąco. Miał czter­dzie­ści cztery lata i formę męż­czy­zny młod­szego o połowę. Świet­nie się trzy­mał. Był przy­stojny, ale nie wymu­skany. Dobrze mu się powo­dziło. Nie wyglą­dał na tyle staro, żeby być moim ojcem. Kiedy miał zale­d­wie szes­na­ście lat, zro­bił dziecko swo­jej star­szej dziew­czy­nie, ale potem udało mu się uło­żyć sobie życie.

No, ale tak to pew­nie bywa, kiedy ktoś dla suk­cesu jest gotów poświę­cić zwią­zek i dziecko.

Tak się pogrą­ży­łam w roz­my­śla­niach, że dopiero po dłuż­szej chwili zwró­ci­łam uwagę na wnę­trze.

O rany.

Kiedy sta­nę­łam za pro­giem i zaczę­łam się roz­glą­dać, szczęka mi opa­dła.

Tak, zde­cy­do­wa­nie czu­łam się tutaj nie na miej­scu.

– Wake­field, to moja córka Robyn. – Mac pod­szedł do faceta w uni­for­mie. – Robyn, to jest Wake­field, kamer­dy­ner.

Kamer­dy­ner. Ależ oczy­wi­ście.

– Bar­dzo mi miło. – Męż­czy­zna ukło­nił mi się ze sto­ic­kim wyra­zem twa­rzy. – Witam na zamku Ard­noch.

Z roz­tar­gnie­niem ski­nę­łam głową i znowu zaczę­łam się roz­glą­dać.

– Robi wra­że­nie, co? – Na widok mojej miny Mac sze­roko się uśmiech­nął.

Hol był prze­ogromny.

Lakie­ro­wany drew­niany par­kiet jesz­cze bar­dziej potę­go­wał to wra­że­nie. Wystrój wnę­trza utrzy­mano w szkoc­kim stylu, bogac­two aż z niego biło. Przede mną znaj­do­wały się naj­wspa­nial­sze schody, jakie kie­dy­kol­wiek widzia­łam. Były wyło­żone weł­nia­nym chod­ni­kiem w czer­wono-szarą kratkę i pro­wa­dziły na pół­pię­tro zalane świa­tłem wpa­da­ją­cym przez trzy witra­żowe okna od pod­łogi do sufitu. Tam roz­cho­dziły się na obie strony na pierw­sze pię­tro, czę­ściowo widoczne z kruż­gan­ków po obu stro­nach holu. Na ogrom­nym kominku pod ścianą przy wej­ściu, naprze­ciwko scho­dów, palił się ogień. Zapach drewna jesz­cze bar­dziej pod­kre­ślał wra­że­nie przy­tul­no­ści, jakie udało się stwo­rzyć pro­jek­tan­towi pomimo ciem­nej boaze­rii na ścia­nach i sufi­cie. Lampy od Tif­fany’ego na niskich sto­li­kach zale­wały wnę­trze cie­płym świa­tłem.

Przed komin­kiem stały dwie iden­tyczne kanapy z zamszu i mate­riału, ozdo­bione guzi­kami i roz­dzie­lone niską ławą. Wię­cej świa­tła wle­wało się do holu przez ogromne przej­ścia wio­dące do innych pomiesz­czeń na par­te­rze. Sły­sza­łam dobie­ga­jące z oddali odgłosy roz­mów.

W jed­nym z przejść sta­nął męż­czy­zna tak samo wysoki jak mój ojciec. Zatrzy­mał się na nasz widok, po czym ruszył przez olbrzymi hol w naszą stronę.

Kiedy się zbli­żył, roz­po­zna­łam go.

Jego twarz znały miliony ludzi na całym świe­cie.

Miał na sobie dopa­so­wany, czarny, kasz­mi­rowy swe­ter, który pod­kre­ślał jego musku­la­turę, i czarne spodnie od gar­ni­turu. Jego styl był ele­gancki, ale jed­no­cze­śnie non­sza­lancki. Miał dokład­nie takie ciało i taki spo­sób cho­dze­nia, jakie maga­zyny modowe uwiel­biały w hol­ly­wo­odz­kich akto­rach.

Kie­dyś był jed­nym z nich.

Nale­żał do ści­słej czo­łówki.

Lachlan Adair.

Każda inna kobieta onie­mia­łaby z zachwytu na widok jego wło­sów o odcie­niu ciem­nego blondu, pięk­nych nie­bie­skich oczu, sek­sow­nych ust i krót­kiej ciem­no­brą­zo­wej brody. Ewi­dent­nie był przy­stojny, ale jego uroda nie była nie­ska­zi­telna, przez co sta­wał się jesz­cze bar­dziej pocią­ga­jący. W oczach miał cha­rak­te­ry­styczny dla sie­bie zło­śliwy błysk. Z tego, co wie­dzia­łam, był też cał­kiem nie­złym akto­rem, cho­ciaż obsa­dzano go głów­nie w fil­mach akcji.

W każ­dym razie ja nie onie­mia­łam.

Byłam zestre­so­wana, ale nie z powodu jego cha­ry­zmy czy sławy.

Pod pozo­rami obo­jęt­no­ści kryły się we mnie duże pokłady urazy. Nie była to jego wina. Abso­lut­nie. Ale był to męż­czy­zna, dla któ­rego porzu­cił mnie ojciec.

Kiedy dwu­dzie­sto­jed­no­letni Lachlan Adair został gwiazdą Hol­ly­wood po tym, jak wystą­pił w fil­mie akcji, który stał się wiel­kim hitem, zatrud­nił mojego ojca do ochrony. Wybrał go może dla­tego, że obaj byli Szko­tami, nie wiem. Wiem tylko, że stali się sobie bli­scy. Tak bli­scy, że Mac wszę­dzie towa­rzy­szył Lachla­nowi, przez co znik­nął na cały ten okres, kiedy byłam nasto­latką. Nie przy­jeż­dżał na moje uro­dziny. Nie poja­wił się na uro­czy­sto­ści ukoń­cze­nia liceum. A potem, gdy Lachlan zre­zy­gno­wał z kariery, obaj poje­chali do Szko­cji, gdzie były aktor stwo­rzył w swo­jej rodzin­nej posia­dło­ści ten eks­klu­zywny zamknięty klub.

Mac był sze­fem ochrony i miesz­kał poza tere­nem posia­dło­ści.

– Sły­sza­łem, że masz gościa – powie­dział Lachlan. Spoj­rzał ponad moją głową i zwró­cił się do kamer­dy­nera: – Wake­field, w Apar­ta­men­cie Księż­nej jest pro­blem z jed­nym z gości. Mógł­byś się tym zająć?

Kamer­dy­ner nas wymi­nął.

– Oczy­wi­ście, pro­szę pana. – Ruszył po ogrom­nych scho­dach.

Szedł szybko, ale jed­no­cze­śnie nie wyglą­dał tak, jakby się spie­szył.

Adair spoj­rzał na mnie kamien­nym wzro­kiem, ale powie­dział do mojego ojca:

– Mac, chyba powi­nie­neś nas sobie przed­sta­wić.

– Lachlan, to moja córka Robyn. Robyn, to Lachlan Adair.

Żadne z nas nie wycią­gnęło ręki na powi­ta­nie. Mię­dzy nami poja­wiło się nie­zręczne napię­cie.

Nie wie­dzia­łam, o co mogło mu cho­dzić.

Prze­cież to nie ja ukra­dłam mu ojca.

– Wiem, kto to jest – powie­dzia­łam obo­jęt­nym tonem.

Lachlan lekko zmru­żył oczy.

– Dużo o tobie sły­sza­łem. To dziwne, że przez pra­wie dwa­dzie­ścia lat ist­nia­łaś w życiu Maca, a poznaję cię dopiero teraz.

– Tak to bywa, kiedy ojciec porzuca dziecko, żeby włó­czyć się po świe­cie z akto­rem. – Nie odwa­ży­łam się spoj­rzeć na Maca.

Pomimo naszej trud­nej rela­cji nie przy­je­cha­łam tu po to, żeby go ata­ko­wać. W głębi serca rozu­mia­łam, dla­czego ojciec znik­nął z mojego życia.

– Słu­cham? – W cichym gło­sie Ada­ira zabrzmiała nie­bez­pieczna nuta.

Zigno­ro­wa­łam go i zwró­ci­łam się do ojca:

– Możemy poroz­ma­wiać na osob­no­ści?

– Oczy­wi­ście – odparł Adair. – Prze­pra­szam, że prze­szko­dzi­łem. – Rzu­cił Macowi zanie­po­ko­jone spoj­rze­nie. – Chcia­łem tylko spraw­dzić, czy wszystko w porządku.

Mac kiw­nął głową. Na jego twa­rzy nie drgnął ani jeden mię­sień.

– Jeśli wolisz, możemy poroz­ma­wiać poza posia­dło­ścią.

– Nie wygłu­piaj się. – Adair zro­bił krok do tyłu. – Opro­wadź pannę Pen­ha­li­gon.

Czy mi się wyda­wało, czy rze­czy­wi­ście wypo­wie­dział moje nazwi­sko z naci­skiem?

Mac mocno zaci­snął wargi i rzu­cił Ada­irowi ostrze­gaw­cze spoj­rze­nie. Wła­ści­ciel zamku pod­niósł ręce w geście kapi­tu­la­cji, po czym, już nawet na mnie nie spo­glą­da­jąc, odwró­cił się i odszedł.

Ogól­nie rzecz bio­rąc, zacho­wał się wobec mnie rów­nie aro­gancko jak ja wobec niego.

Moja aro­gan­cja miała pod­stawy, cho­ciaż nie powin­nam go winić za postę­po­wa­nie ojca.

Ale czym ja się nara­zi­łam Lachla­nowi Ada­irowi?

2

Robyn

Kilka minut póź­niej zna­la­złam się w pokoju w głębi kory­ta­rza na pierw­szym pię­trze – w gabi­ne­cie Maca, urzą­dzo­nym o wiele pro­ściej niż ta część zamku, którą do tej pory zoba­czy­łam.

Przez płytko osa­dzone okno za biur­kiem było widać zale­d­wie nie­wielki frag­ment posia­dło­ści. Pokój oka­zał się ciemny i szary, a przed wra­że­niem posęp­no­ści chro­niły go liczne lampy, wygodne zabyt­kowe meble i zaska­ku­jąco duży księ­go­zbiór.

Przed biur­kiem stały dwa fotele. Mac popro­sił, żebym usia­dła.

– Napi­jesz się kawy albo her­baty?

Nagle poczu­łam o wiele więk­sze zde­ner­wo­wa­nie niż wtedy, gdy pod­szedł do mnie na samym początku. Kiw­nę­łam głową i wymam­ro­ta­łam:

– Tak, dzię­kuję, popro­szę kawę.

Usia­dłam w nadziei, że nie widać, jak lekko trzęsą mi się kolana.

Mac pod­niósł słu­chawkę tele­fonu i wci­snął guzik. Po paru chwi­lach powie­dział:

– Ste­phen, czy mógł­byś przy­słać do mojego gabi­netu kawę i jakieś prze­ką­ski? Dla dwóch osób.

Ze słu­chawki popły­nął cichy głos.

– Dzię­kuję. – Mac roz­łą­czył się i usiadł na brzegu biurka.

W końcu zosta­łam z nim sama, ale kiedy spoj­rze­li­śmy sobie pro­sto w oczy, poczu­łam obez­wład­nia­jący ból w piersi. Zapa­dło mil­cze­nie. Każda sekunda cią­gnęła się w nie­skoń­czo­ność.

Przy­naj­mniej ja mia­łam takie wra­że­nie.

– Czyli… – Mac w końcu prze­rwał tę męczącą ciszę. – Rozu­miem, że przy­je­cha­łaś do mnie z jakie­goś kon­kret­nego powodu?

Wszystko, co cho­dziło mi po gło­wie od paru mie­sięcy, czyli odkąd moja psy­cho­te­ra­peutka zasu­ge­ro­wała, że powin­nam spo­tkać się z Makiem, teraz zupeł­nie mnie przy­tło­czyło. Gdy­bym powie­działa temu męż­czyź­nie, temu pra­wie obcemu czło­wie­kowi, o wszyst­kim, co czu­łam, otwo­rzy­ła­bym się przed kimś, kto już wcze­śniej wyrzą­dził mi nie­wy­po­wie­dzia­nie wielką krzywdę. Uświa­do­mi­łam to sobie dopiero, kiedy spoj­rza­łam mu pro­sto w oczy i poczu­łam bole­sną tęsk­notę za ojcem, któ­rego led­wie zna­łam.

Mac cze­kał cier­pli­wie, aż się ode­zwę, mnie jed­nak słowa uwię­zły w gar­dle.

Z nie­po­ko­jem zmarsz­czył brwi.

– Robyn, czy coś się stało?

– Ja… yyy… ode­szłam z pracy.

– Już o tym mówi­łaś. Mia­łaś jakiś kon­kretny powód?

Z tru­dem odwró­ci­łam głowę i nie­wi­dzą­cym wzro­kiem zaczę­łam wpa­try­wać się w regał z książ­kami.

– Po pro­stu stwier­dzi­łam, że to nie dla mnie. – Zaci­snę­łam zęby, wku­rzona na sie­bie za to, że nie zdo­by­łam się na szcze­rość.

– To jedyny powód? – spy­tał.

– Tak – skła­ma­łam i prze­nio­słam wzrok z powro­tem na niego. – Zało­ży­łam firmę foto­gra­ficzną. Prze­waż­nie pra­cuję w ate­lier, ale zaczę­łam też sprze­da­wać przez inter­net zdję­cia Bostonu i nie­źle mi to idzie. Zawsze chcia­łam odwie­dzić Szko­cję, w końcu w poło­wie jestem Szkotką. Zdję­cia stąd mogłyby zro­bić furorę… No i pomy­śla­łam, że przy oka­zji powin­nam się z tobą spo­tkać, skoro to z two­jego powodu pły­nie we mnie szkocka krew.

Kąciki jego ust lekko drgnęły.

– Cie­szę się, że przy­je­cha­łaś. I gra­tu­luję firmy. – Jego oczy poja­śniały. – Pierw­szy apa­rat foto­gra­ficzny dosta­łaś ode mnie. Pamię­tasz?

Oczy zapie­kły mnie od głu­pich łez. Gwał­tow­nie pod­nio­słam się z fotela.

– Wiesz, chyba jed­nak nie jestem na to gotowa…

– Robyn… – Mac też wstał.

– Pójdę już.

Mina mu zrze­dła.

– Pro­szę, zostań. Cho­ciaż wypij ze mną kawę.

Nie mogłam. Czu­łam, że lada chwila wybuchnę pła­czem. Było to zatrwa­ża­jące i poja­wiło się zupeł­nie nie­ocze­ki­wa­nie.

– Póź­niej. Teraz muszę już iść.

Szybko pode­szłam do drzwi, otwo­rzy­łam je szarp­nię­ciem i wyma­sze­ro­wa­łam na kory­tarz. Mało bra­ko­wało, a zde­rzy­ła­bym się z mło­dym męż­czy­zną w stroju podob­nym do tego, który nosił Wake­field. Niósł tacę z naszą kawą.

– Prze­pra­szam. – Wymi­nę­łam go.

Chcia­łam czym prę­dzej uciec od Maca.

– Chry­ste! – Mac wyrzu­cił z sie­bie. – Ste­phen, prze­pra­szam. Postaw, pro­szę, tacę na biurku. – Wyszedł za mną na wąski kory­tarz pro­wa­dzący do holu.

– Pro­szę, zostań. Poroz­ma­wiajmy.

– Nie teraz, okej?

– Ale zosta­niesz? Zoba­czymy się jesz­cze, tak?

Kiw­nę­łam głową. Nie byłam gotowa rzu­cić tego wszyst­kiego. Musia­łam tylko się pozbie­rać. Naj­wy­raź­niej nasze spo­tka­nie po tak dłu­giej prze­rwie wstrzą­snęło mną bar­dziej, niż się tego spo­dzie­wa­łam.

– Zostanę w Ard­noch. Wyna­ję­łam pokój w pen­sjo­na­cie Glo­aming.

– To dobrze.

Znowu zapa­dło mię­dzy nami mil­cze­nie.

– Wiesz, co to zna­czy „glo­aming”? – spy­tał w końcu.

– Tak, Gor­don, wła­ści­ciel, wyja­śnił mi, że to „zmierzch”.

– No oczy­wi­ście. – Mac uśmiech­nął się sze­roko. – Gor­don pew­nie wszyst­kim to mówi.

– Znasz go?

– To mała miej­sco­wość. Wszy­scy się tu znają.

– Jasne. – Zasta­na­wia­łam się nad tym przez chwilę, kiedy otwo­rzył i przy­trzy­mał mi drzwi wyj­ściowe. – Czy z tego powodu łatwiej czy trud­niej zapew­nić pry­wat­ność człon­kom klubu?

– Wyobraź sobie, że tutaj nikogo nie obcho­dzi, co robią bogate gwiazdy. Człon­ko­wie klubu mogą poru­szać się po oko­licy i nie mar­twić, czy póź­niej znajdą swoje zdję­cia w inter­ne­cie. No, chyba że latem zjadą się papa­razzi. Tutejsi ludzie rozu­mieją, że nasi goście chęt­nie wra­cają do miej­sca, w któ­rym mają zapew­nione pry­wat­ność i nor­malne życie. Miesz­kańcy mia­steczka o wiele chęt­niej plot­kują o sąsia­dach niż o człon­kach klubu.

– Cał­kiem logiczne. – Mój wypo­ży­czony samo­chód stał na pod­jeź­dzie w miej­scu, w któ­rym go zosta­wi­łam. Było mi okrop­nie wstyd z powodu tej nagłej ucieczki, nie mia­łam śmia­ło­ści spoj­rzeć Macowi pro­sto w oczy. – Prze­pra­szam za tę scenę. Po pro­stu… – Wzru­szy­łam ramio­nami.

Nie dałam rady dokoń­czyć zda­nia.

– Pro­szę pana!

Mac odwró­cił się, a ja spoj­rza­łam ponad jego ramie­niem i zoba­czy­łam, że w naszą stronę spiesz­nym kro­kiem idzie jakiś męż­czy­zna ubrany mniej wię­cej tak samo jak Jock.

– O co cho­dzi?

– Jest pan pil­nie potrzebny przy wej­ściu dla dostaw­ców. – Męż­czy­zna patrzył na Maca lekko roz­sze­rzo­nymi oczami, jakby pró­bo­wał mu coś w ten spo­sób prze­ka­zać.

Ojciec naj­wy­raź­niej to zro­zu­miał. Zaklął pod nosem i zwró­cił się do mnie:

– Muszę iść. Ale może spo­tkamy się dziś na kola­cji w Glo­aming?

Tak szybko?

– Może lepiej jutro wie­czo­rem?

Kiw­nął głową i pod­niósł rękę, jakby chciał mnie dotknąć, ale szybko ją opu­ścił.

– Przyjdę około siód­mej.

Kiedy tylko się umó­wi­li­śmy, szyb­kim kro­kiem pod­szedł przez żwi­ro­wany pojazd do swo­jego pra­cow­nika.

Gdy znik­nął w zamku, spoj­rza­łam na dach z blan­kami i wes­tchnę­łam. Prze­peł­niało mnie roz­cza­ro­wa­nie. Czego wła­ści­wie się spo­dzie­wa­łam, gdy tu przy­je­cha­łam? Że w jakiś cudowny spo­sób znowu powsta­nie więź mię­dzy nami? Że będę umiała wylać z sie­bie wszyst­kie żale – w nadziei na co? Na to, że uda mi się wypeł­nić pustkę w moim wnę­trzu?

Pry­cha­jąc z nie­za­do­wo­le­niem, zaczę­łam otwie­rać drzwi samo­chodu.

– Zacze­kaj!

Znie­ru­cho­mia­łam. Zna­łam ten głos.

Sły­sząc chrzęst żwiru za sobą, wzię­łam głę­boki wdech. Odwró­ci­łam się i sta­nę­łam twa­rzą w twarz z Lachla­nem Ada­irem.

W jasnym, natu­ral­nym świe­tle wydał mi się więk­szy, bar­dziej onie­śmie­la­jący. Jego nie­praw­do­po­dob­nie lazu­rowe oczy wpa­try­wały się we mnie nie­ru­chomo. Nie zna­la­złam w nich ani śladu tych słyn­nych zło­śli­wych iskie­rek.

– W czym mogę pomóc? – spy­ta­łam chłodno.

– Wła­ści­wie co ty tu robisz?

Zapa­lił się we mnie gniew niby pło­mień na zapałce.

– Chyba jesz­cze do cie­bie nie dotarło, że jestem córką Maca – odpar­łam ze zło­ścią.

Wpa­try­wał się we mnie nie­ru­cho­mym wzro­kiem.

– Jeżeli przy­je­cha­łaś po to, żeby naro­bić mu kło­po­tów, to zde­cy­do­wa­nie odra­dzam. I tak ma wystar­cza­jąco dużo spraw na gło­wie. Nie potrze­buje, żebyś mu pró­bo­wała spie­przyć życie.

Co za dupek! Miał nie­praw­do­po­dobny tupet.

– Ja mu pró­buję spie­przyć życie? To on porzu­cił mnie, a nie na odwrót.

– O tak, wiem, że twoja matka lubi powta­rzać tę histo­ryjkę.

Wście­kła, trza­snę­łam drzwiami auta i sta­nę­łam twa­rzą do niego. Poczu­łam nie­ty­pową chęć, żeby na niego nawrzesz­czeć, ale jakoś udało mi się odzy­skać samo­kon­trolę i odpo­wie­dzieć w miarę spo­koj­nie:

– Jak śmiesz? Nie waż się w ten spo­sób mówić o mojej matce. Gówno wiesz.

Adair popa­trzył na mnie z takim poli­to­wa­niem, że aż pro­sił się o to, żeby go wal­nąć.

– Śmiem twier­dzić, że wiem na ten temat wię­cej niż ty. – Zro­bił krok w moją stronę, przy­pie­ra­jąc mnie do samo­chodu. W jego oczach poja­wił się chłód. – Mac jest dla mnie jak brat. Jak rodzina. Nie pozwolę, żeby kto­kol­wiek, nawet ty, pró­bo­wał zawra­cać mu głowę, więc grzecz­nie pro­po­nuję, żebyś wzięła dupę w troki, wsia­dła do samo­lotu i stąd spa­dała.

– Myślisz, że się cie­bie prze­stra­szę? – Odsu­nę­łam się od samo­chodu i teraz to ja zbli­ży­łam się do Ada­ira, zmu­sza­jąc go do zro­bie­nia kroku w tył. – Dawa­łam sobie radę z więk­szymi i gor­szymi pro­ble­mami niż były aktor, więc nie­zbyt grzecz­nie pro­po­nuję, żebyś się nie wtrą­cał do spraw moich i mojego ojca. Myślę, że można zary­zy­ko­wać stwier­dze­nie, że nie byłby zachwy­cony, gdyby się dowie­dział, że pró­bu­jesz sta­wać mię­dzy nami.

Mię­sień w jego szczęce drgnął. Adair cof­nął się jesz­cze o krok. Chyba się spo­dzie­wał, że dam się zastra­szyć.

– Mam nadzieję, że się rozu­miemy. – Uśmiech­nę­łam się z iro­nią i gwał­tow­nym ruchem otwo­rzy­łam drzwi samo­chodu.

Kiedy jed­nak wsia­da­łam do auta, Adair powie­dział cichym, zło­wiesz­czym gło­sem:

– Panno Pen­ha­li­gon, skrzyw­dziła pani moją rodzinę, a ja dopil­nuję, żeby pani za to zapła­ciła.

Wciąż sły­sząc jego poważny głos, przez chwilę patrzy­łam za tym dra­niem, który wiel­kimi kro­kami wra­cał do zamku. Zaklę­łam pod nosem, wście­kła, że miał w tej roz­mo­wie ostat­nie słowo.

3

Lachlan

Wciąż jesz­cze gotu­jąc się z wście­kło­ści po roz­mo­wie z tak zwaną córką Maca, dosze­dłem do wnio­sku, że nie będę tego dnia naj­lep­szym towa­rzy­stwem dla człon­ków klubu. Uzna­łem, że lepiej będzie, jeśli się zaszyję w swoim praw­dzi­wym, nie­ofi­cjal­nym gabi­ne­cie i pocze­kam, aż się uspo­koję. Sły­sząc śmiech gości dobie­ga­jący z jed­nego z salo­nów nie­opo­dal wej­ścia, szybko miną­łem to miej­sce i skie­ro­wa­łem się w stronę drzwi pro­wa­dzą­cych do pomiesz­czeń tylko dla pra­cow­ni­ków.

Wciąż mia­łem przed oczami Robyn Pen­ha­li­gon, pewną sie­bie, prze­bie­głą jędzę, która gro­ziła, że naskarży na mnie Macowi. Jak­by­śmy mieli po pięć lat i bawili się w pia­skow­nicy.

Mimo wszystko czu­łem lekki nie­po­kój.

Może jed­nak prze­kro­czy­łem gra­nicę?

Co prawda chcia­łem chro­nić Maca przed tą kobietą, która mogła się oka­zać tak samo mściwa jak jej matka, nie­mniej to jej ojciec powi­nien móc zde­cy­do­wać o tym, czy Robyn ma zostać w Ard­noch.

Z dru­giej jed­nak strony Mac miał tyle pro­ble­mów. Jak zresztą cała reszta. Tego tylko bra­ko­wało, żeby im głowę zawra­cała ura­żona córka, któ­rej Mac nie widział od lat.

Prawdę mówiąc, mia­łem paskudny nastrój od samego rana, jesz­cze zanim Robyn zro­biła ojcu nie­spo­dziankę. Tele­fo­no­wała do mnie Gwen, rzecz­niczka pra­sowa, która repre­zen­to­wała rów­nież mojego star­szego brata. Wysłała mi link do ame­ry­kań­skiego por­talu plot­kar­skiego, na któ­rym poprzed­niej nocy poja­wiły się zdję­cia Bro­dana, który po pija­nemu szar­pał się z bram­ka­rzami przed noc­nym klu­bem w Los Ange­les.

Sam już nie wie­dzia­łem, co mam z nim zro­bić. Jakiś czas temu zagro­zi­łem, że przy­jadę do niego do Hol­ly­wood, ale zre­zy­gno­wa­łem, gdy Bro­dan obie­cał, że sam sobie pora­dzi z pre­sją i złą sławą.

Nie­stety, jego ostat­nie wybryki świad­czyły o tym, że sobie jed­nak nie pora­dził.

Mia­łem wra­że­nie, że nie sta­nął na wyso­ko­ści zada­nia. Naj­praw­do­po­dob­niej to wła­śnie uczu­cie bez­sil­no­ści wpły­nęło na moje zacho­wa­nie wobec Robyn Pen­ha­li­gon. To i aro­gan­cja, z jaką uno­siła brodę, wystar­czyły, żebym wybuchł.

Zadzwo­nił tele­fon, który trzy­ma­łem w tyl­nej kie­szeni spodni. Kiedy go wyją­łem, zoba­czy­łem na ekra­nie nazwi­sko Maca. Chry­ste, czyżby Robyn już speł­niła swą pogróżkę?

– Tak? – Ode­bra­łem, przy­sta­jąc w wąskim kory­ta­rzu pro­wa­dzą­cym do biur.

– Przyjdź do wej­ścia dla dostaw­ców. Natych­miast.

Ogar­nęło mnie prze­ra­że­nie.

– Jesz­cze jeden?

– Po pro­stu przyjdź – odparł Mac i się roz­łą­czył.

„Dobry przy­kład – pomy­śla­łem – wła­śnie tak powi­nie­nem postę­po­wać ze swoim bra­tem”.

Mocno zaci­sną­łem zęby, po czym szybko posze­dłem kory­ta­rzem pro­wa­dzą­cym przez kuch­nię, za którą znaj­do­wało się wej­ście dla dostaw­ców. Pra­cow­nicy stali w drzwiach i coś mię­dzy sobą szep­tali. Pano­wała atmos­fera napię­cia i nie­po­koju.

– Nie macie nic do roboty? – rzu­ci­łem w ich stronę. Popa­trzyli na mnie ze zmie­sza­niem. – No?

– Sły­sze­li­ście, co powie­dział pan Adair! – ode­zwała się Raf­fa­ela, zastęp­czyni szefa kuchni, mówiąca z sil­nym wło­skim akcen­tem. Wszy­scy natych­miast ode­szli od drzwi. – Wra­caj­cie do pracy!

Wysze­dłem z kuchni do holu, w któ­rym owio­nął mnie chłodny podmuch powie­trza z otwar­tych na oścież drzwi.

Na zewnątrz stał Mac z ochro­nia­rzami: Pete’em i Joc­kiem. Kiedy ruszy­łem do nich wol­nym kro­kiem, mój szef ochrony pod­niósł wzrok i spoj­rzał na mnie.

– Przy­go­tuj się. Nie będzie to przy­jemny widok.

Naj­pierw poczu­łem smród. Z tru­dem prze­łkną­łem ślinę, pró­bu­jąc powstrzy­mać mdło­ści.

– O kurwa… – mruk­ną­łem, spoj­rzaw­szy na zie­mię.

Przy wej­ściu zoba­czy­łem piękną nie­gdyś małą sarenkę. Była zarżnięta. Jej wnętrz­no­ści wyle­wały się na żwir. Obok leżał pęk czer­wo­nych róż. Pod­nio­słem wzrok na Maca, który trzy­mał w wycią­gnię­tej dłoni jakąś białą kar­teczkę. Zauwa­ży­łem, że wło­żył ręka­wiczki, żeby nie dotknąć liściku gołą ręką, więc i ja jej nie wzią­łem.

Prze­czy­ta­łem jed­nak, a wtedy mój nie­po­kój wzrósł jesz­cze bar­dziej.

Nie­gdyś wielki skarb. Teraz zimny trup XOXO

– Tak samo jak poprzed­nie nie jest zaadre­so­wany.

Mac wes­tchnął.

– Wycho­dzimy z zało­że­nia, że jest prze­zna­czony dla cie­bie.

– O sie­bie się nie boję. – Wście­kłym wzro­kiem patrzy­łem na liścik. – Ale zależy mi na bez­pie­czeń­stwie pra­cow­ni­ków i człon­ków klubu. Już ostatni incy­dent poka­zał, że zaczyna się robić groź­nie, ale teraz… Myślę, że powin­ni­śmy zadzwo­nić na poli­cję.

Mac rzu­cił szyb­kie spoj­rze­nie swoim ludziom, po czym zwró­cił się do mnie:

– Daj nam jesz­cze tro­chę czasu. Pój­dziemy na poli­cję, kiedy znaj­dziemy win­nego. Dzięki temu, kiedy ta wia­do­mość trafi do mediów, człon­ko­wie klubu będą się czuli bez­piecz­nie.

– Nie powin­ni­śmy tego przed nimi ukry­wać. Już zaczy­nają się domy­ślać, że coś się dzieje. A Lucy wie na sto pro­cent. – „Ale obie­cała, że nikomu nie powie”, doda­łem w duchu. – Poza tym nie mamy gwa­ran­cji, że któ­ryś z pra­cow­ni­ków się nie wygada.

– Pra­cow­nik, który roz­ma­wia z człon­kiem klubu albo osobą z zewnątrz o czym­kol­wiek, co dzieje się na tere­nie posia­dło­ści, łamie warunki umowy. – Mac wspo­mniał o tym, z czego i tak dosko­nale zda­wa­łem sobie sprawę. – Nikt nie piśnie sło­wem, jeśli nie chce, żeby go cią­gać po sądach.

Skrzy­wi­łem się z nie­za­do­wo­le­niem. Te umowy zostały spo­rzą­dzone z myślą o ewen­tu­al­nych plot­kach i skan­da­lach oby­cza­jo­wych. Nikt nie prze­wi­dział, że ktoś zacznie zosta­wiać takie chore wia­do­mo­ści.

– Daj mi jesz­cze tro­chę czasu – popro­sił Mac. – Nie chcę z tego powodu stra­cić wszyst­kiego. Ja i moi ludzie pora­dzimy z tym sobie.

– Oczy­wi­ście – ode­zwali się jed­no­cze­śnie Jock i Pete.

Nie byłem prze­ko­nany.

– Jak mogło do tego dojść? – Wska­za­łem na sarnę, a potem pod­nio­słem głowę i spoj­rza­łem na kamerę nad drzwiami. Moni­to­ring był zain­sta­lo­wany przy każ­dym wej­ściu. – Widać sprawcę na nagra­niu?

Zde­ner­wo­wa­nie Maca było wręcz nama­calne, więc jesz­cze zanim się ode­zwał, domy­śli­łem się odpo­wie­dzi.

Mój szef ochrony rzu­cił okiem na Jocka i Pete’a i spy­tał:

– Pano­wie, może­cie zosta­wić nas samych?

Ski­nęli gło­wami, odwró­cili się i ode­szli.

– Wróć­cie za parę minut i zanie­ście tę uro­czą sarenkę McCul­lo­chowi. Może zrobi z niej jakiś uży­tek, żeby jej śmierć nie poszła na marne.

– McCul­lo­chowi? – Unio­słem brew.

Rodzina Col­luma McCul­lo­cha od poko­leń upra­wiała zie­mię na pół­noc od Ard­noch. Col­lum miał jakiś zatarg z moim ojcem i prze­niósł swą urazę rów­nież na mnie i ogól­nie młod­sze poko­le­nie Ada­irów.

– Naj­wy­żej będę mu winny jakąś przy­sługę. – Mac popa­trzył ze smut­kiem na sarnę, po czym dał mi znać ruchem ręki, żeby­śmy weszli z powro­tem do zamku.

– Nic się nie nagrało? – spy­ta­łem, kiedy zna­leź­li­śmy się na osob­no­ści.

– Nie. To musi być ktoś stąd. Dowody są nie­pod­wa­żalne.

– A więc to nie stal­ker?

– To ewi­dent­nie spo­sób dzia­ła­nia stal­kera.

– Który tu mieszka?

– Nie ma innej moż­li­wo­ści.

Nie­raz już zda­rzało mi się dosta­wać listy od stal­ke­rów, ale ni­gdy w takim stylu. Poza tym ni­gdy wcze­śniej sprawca ni­gdy nie pocho­dził z kręgu moich zna­jo­mych.

– Mac, daję wam dwa tygo­dnie na roz­wią­za­nie tej sprawy. Potem będę musiał pójść na poli­cję. – Dosłow­nie zago­to­wa­łem się ze zło­ści. Już wcze­śniej dosta­wa­li­śmy listy z pogróż­kami, ale pierw­szy raz ucier­piało żywe stwo­rze­nie. – Sprawca posuwa się coraz dalej. Teraz naprawdę zaczy­nam się mar­twić.

Mac się ze mną zrów­nał.

– Wiem, ja też. Ale spró­bujmy sku­pić się na roz­wią­za­niu pro­blemu. Popro­szę Tra­cey, żeby zdjęła odci­ski pal­ców z tej kartki.

Mój szef ochrony miał kon­takty z tech­ni­kami kry­mi­na­li­stycz­nymi, któ­rzy zdej­mo­wali odci­ski pal­ców z każ­dego śladu, jaki do tej pory zosta­wiał stal­ker z Ard­noch. Na razie nie przy­nio­sło to więk­szych rezul­ta­tów, ale warto było pró­bo­wać dalej.

– Na domiar złego aku­rat dzi­siaj musiała przy­je­chać twoja córka.

– Nie ujął­bym tego w ten spo­sób – obru­szył się Mac. – Oczy­wi­ście zupeł­nie mnie zasko­czyła, ale nie mogę powie­dzieć, żebym się nie ucie­szył.

Prych­ną­łem.

– To moja córka. – W gło­sie Maca zabrzmiała ostrze­gaw­cza nuta. – Którą skrzyw­dzi­łem.

– Ale chcia­łeś to napra­wić. Tak naprawdę zawi­niła jej matka.

– Powi­nie­nem był bar­dziej się posta­rać. – Mac zmarsz­czył brwi. – Podej­rze­wam, że mogło jej się stać coś złego.

– Na przy­kład co?

– Nie jestem pewien. Jest taka… – Wzru­szył ramio­nami.

Znowu ogar­nął mnie nie­po­kój, który czu­łem wcze­śniej.

– Powie­dzia­łem jej coś, czego chyba nie powi­nie­nem był mówić.

– Kiedy? Co?

– Zanim odje­chała, powie­dzia­łem, żeby wra­cała do domu. Do Sta­nów.

Mac zatrzy­mał się gwał­tow­nie. Widząc gniew na jego twa­rzy, ciężko wes­tchną­łem w myślach.

– Co takiego!?

Prze­pra­sza­jąco pod­nio­słem ręce.

– Źle zro­bi­łem. Prze­pra­szam. Po pro­stu się o cie­bie mar­twię. Ale nie powi­nie­nem był się tak zacho­wać. Cho­ciaż nie wyglą­dało na to, żeby się prze­stra­szyła.

Pomimo iry­ta­cji Mac poczuł dumę.

– Nie dzi­wię się. Ta dziew­czyna jest do mnie podobna bar­dziej, niż jej się wydaje.

– Kobieta – sko­ry­go­wa­łem go natych­miast. – Kobieta, Mac. To już nie jest dziew­czyna. Ma dwa­dzie­ścia osiem lat. I nie zapo­mi­naj, że przy­je­chała tu w celu, który może ci się nie spodo­bać.

– To moja sprawa. Doce­niam twoją lojal­ność, ale… – Mac zro­bił krok w moją stronę. – My dwaj jeste­śmy jak rodzina, ale ona też należy do rodziny i jeżeli wygo­nisz ją stąd, nim zdą­żymy poroz­ma­wiać, tak szybko ci tego nie wyba­czę.

Ski­ną­łem głową.

– Zro­zu­mia­łem.

– A teraz… – Mac odsu­nął się i spoj­rzał na mnie poważ­nie, bez cie­nia uśmie­chu. – Prze­pra­szam, ale muszę zająć się tym stal­ke­rem.

Mocno zaci­sną­łem szczęki.

– Muszę jesz­cze raz się zasta­no­wić, czy w ciągu ostat­nich lat nie nara­zi­łem się któ­re­muś z pra­cow­ni­ków albo człon­ków klubu.

– Tro­chę ci na tym zej­dzie.

Zanim zdą­ży­łem zare­ago­wać, Mac, ten bez­czelny skur­czy­byk, już sobie poszedł.

4

Robyn

Ard­noch, podob­nie jak Boston, szczy­ciło się swoją histo­rią, ale w wypadku tego szkoc­kiego mia­steczka była ona o wiele dłuż­sza.

Poza tym nie zna­łam dru­giego takiego miej­sca.

Przede wszyst­kim Ard­noch było malut­kie.

Dzie­więt­na­sto­wieczny hotel z restau­ra­cją, w któ­rym się zatrzy­ma­łam, znaj­do­wał się na placu, nie­opo­dal ogrom­nego par­kingu dla tury­stów. Poprzed­niego dnia spa­ce­ro­wa­łam po uro­czych ulicz­kach, przy któ­rych stały sklepy, restau­ra­cje i pen­sjo­naty.

Tutej­sza zabyt­kowa archi­tek­tura i plan mia­sta były prze­piękne. Wszyst­kie budynki pocho­dziły z pierw­szej połowy dzie­więt­na­stego wieku, a nad nimi góro­wała poło­żona nie­da­leko od mojego pen­sjo­natu śre­dnio­wieczna kate­dra. Zro­bi­łam z milion zdjęć i przez cały wie­czór prze­no­si­łam je na dysk lap­topa, żeby lekko obro­bić przed wrzu­ce­niem na Insta­gram. Po powro­cie do Bostonu zamie­rza­łam je wydru­ko­wać i spró­bo­wać sprze­dać.

Był to kolejny powód, dla któ­rego nie mogłam zbyt długo zostać w Ard­noch. Ku mojej rado­ści w ciągu dzie­wię­ciu mie­sięcy, czyli odkąd moje prace zaczęły poja­wiać się w mediach spo­łecz­no­ścio­wych, zdo­by­łam ponad pięć­dzie­siąt tysięcy sub­skryp­cji. Była to świetna reklama dla mojego sklepu inter­ne­to­wego, ale wie­dzia­łam, że kiedy opu­bli­kuję zdję­cia z Ard­noch, moi klienci będą nie­za­do­wo­leni, jeżeli wkrótce nie poja­wią się w sprze­daży.

Zamie­rza­jąc spę­dzić parę godzin z apa­ra­tem na plaży, sko­rzy­sta­łam z rady Gor­dona i poszłam na zachód Castle Street, główną ulicą pro­wa­dzącą od placu w prawo ku zam­kowi i posia­dło­ści Ard­noch. Stały przy niej nie­mal iden­tyczne dzie­więt­na­sto­wieczne domy sze­re­gowe z oknami man­sar­do­wymi. Więk­szość z tych budyn­ków została prze­ro­biona na butiki, kafejki i gospody. Wśród nich znaj­do­wał się skle­pik spo­żyw­czy Morag’s. Gor­don mówił, że Morag, jego wła­ści­cielka, pro­wa­dzi tam barek, w któ­rym sprze­daje pyszne, świeże kanapki domo­wej roboty.

Zawsze byłam ran­nym ptasz­kiem, więc weszłam do sklepu tuż po otwar­ciu. Na wysta­wie znaj­do­wały się pro­dukty na plażę, wia­derka i łopatki dla dzieci. Z przodu na rega­łach stały rów­niutko uło­żone pro­dukty spo­żyw­cze, a w głębi znaj­do­wały się lada chłod­ni­cza z nabia­łem i zamra­żarka z róż­nymi rodza­jami mro­żo­nek.

Za ladą w głębi sklepu stała kobieta w śred­nim wieku, o pro­mien­nej twa­rzy i z wło­sami ufar­bo­wa­nymi różową płu­kanką. W ladzie chłod­ni­czej znaj­do­wały się gotowe kanapki i skład­niki, z któ­rych można było skom­po­no­wać sobie wła­sne.

– Dzień dobry! – zawo­łała do mnie.

– Dzień dobry – odpo­wie­dzia­łam z uśmie­chem, idąc do lodówki po butelkę wody. Potem pode­szłam do lady i wes­tchnę­łam: – O rany, jak ape­tycz­nie wyglą­dają!

– Dzię­kuję. Mamy… – Zaczęła wymie­niać roz­ma­ite skład­niki.

Mogła­bym jej słu­chać cały dzień. Zauwa­ży­łam, że miesz­kańcy Ard­noch mówią z nieco bar­dziej angiel­skim akcen­tem niż Mac, który uro­dził się w Glas­gow. Ich akcent był bar­dziej śpiewny, jak u Ada­ira.

Kiedy skoń­czyła, powie­dzia­łam:

– Popro­szę jedną. Tylko z tuń­czy­kiem, majo­ne­zem i czer­woną cebulą.

– Pro­szę bar­dzo. – Zabrała się do robie­nia kanapki. – Ma pani na dziś jakieś plany? Mogła­bym dora­dzić, co warto tu obej­rzeć.

– Wła­śnie idę na plażę.

– Och, na pla­żową pogodę trzeba pocze­kać jesz­cze z mie­siąc albo i dwa – ostrze­gła mnie. – A woda jest tu zimna nawet latem.

Uśmiech­nę­łam się sze­roko i poki­wa­łam głową.

– Gor­don już mnie uprze­dził.

– Zatrzy­mała się pani w Glo­aming? Jak miło. Na długo?

– Raczej nie.

Spoj­rzała na mnie, nieco spe­szona moją zwię­złą odpo­wie­dzią.

– W każ­dym razie witamy w Ard­noch. Jestem Morag Suther­land.

– Tak jak to hrab­stwo? – Ard­noch znaj­do­wało się w hrab­stwie Suther­land.

– Tak. Moja rodzina mieszka tu od bar­dzo dawna. Jej korze­nie się­gają aż dwu­na­stego wieku. Jestem daleką krewną obec­nego hra­biego Suther­landa. Daleką, ale jed­nak… – Uśmiech­nęła się z dumą.

– Ale faj­nie! – Naprawdę zro­biło to na mnie wra­że­nie. – To nie­sa­mo­wite: znać pocho­dze­nie swo­jej rodziny od dwu­na­stego wieku. Ja znam histo­rię swo­jej tylko w dwu­dzie­stym wieku.

– Powin­naś się tym zain­te­re­so­wać. To fascy­nu­jące: dowie­dzieć się, skąd czło­wiek pocho­dzi i z kim jest spo­krew­niony.

Drzwi sklepu się otwo­rzyły i Morag spoj­rzała ponad moim ramie­niem. Zmarsz­czyła nos, jakby nie ucie­szył jej widok osoby, która wła­śnie weszła. Kiedy usły­sza­łam odgłos cięż­kich kro­ków, obej­rza­łam się przez ramię. Obok mnie sta­nął męż­czy­zna nie­mal tak samo potęż­nie zbu­do­wany jak Mac, w zno­szo­nym swe­trze zro­bio­nym na dru­tach, rów­nie pod­nisz­czo­nych dżin­sach i ubło­co­nych butach. Wokół niego uno­siła się woń… hmm… zwie­rząt. Rów­nież ich odcho­dów.

Miał zmierz­wioną siwą brodę i głę­bo­kie zmarszczki wokół oczu. Wło­sów nie widzia­łam, bo były scho­wane pod weł­nianą czapką, ale oce­ni­łam, że jest dużo star­szy od Maca.

Po zapa­chu domy­śli­łam się, że jest rol­ni­kiem.

– To co zwy­kle, Morag – rzu­cił szorstko ochry­płym gło­sem.

Kobieta z tru­dem się uśmiech­nęła.

– Col­lum, woło­wina w puszce nie przy­szła. Chcesz coś innego? – Wska­zała na ladę z kanap­kami.

Przy­bysz spoj­rzał na nią z wyraź­nym nie­za­do­wo­le­niem, a potem prze­niósł wzrok na ladę.

– To daj z szynką.

– Dodatki te co zawsze?

W odpo­wie­dzi tylko mruk­nął.

Morag potrak­to­wała to jako potwier­dze­nie i popa­trzyła na mnie prze­pra­sza­jąco.

– Spie­szysz się? Pan McCul­loch jest naszym sta­łym klien­tem. Zazwy­czaj mam dla niego już gotową kanapkę, więc tylko ją odbiera.

– Mogę pocze­kać.

Odsta­wiła tuń­czyka i majo­nez i zabrała się do robie­nia kanapki dla rol­nika.

Oboje patrzy­li­śmy na nią w krę­pu­ją­cej ciszy.

Dopóki coś nie kazało mi odwró­cić głowy w lewo.

Rol­nik bez żenady gapił się na mnie.

Unio­słam brew.

Jesz­cze przez chwilę wpa­try­wał się we mnie obo­jęt­nie, po czym prze­niósł wzrok na Morag.

– Jesz­cze jedna?

Kobieta zmarsz­czyła brwi, ale kiedy zer­k­nęła na mnie, jej twarz poja­śniała.

– Raczej nie. To tylko turystka.

– Robyn. – Przed­sta­wi­łam się. – Mam na imię Robyn. – Pod­nio­słam głowę i spy­ta­łam wprost: – Co miało ozna­czać to „jesz­cze jedna”?

Nasze spoj­rze­nia się skrzy­żo­wały.

– Tak zwana aktorka z tego prze­klę­tego klubu.

Zro­zu­miaw­szy, że mówi o człon­kach klubu Ard­noch, pokrę­ci­łam głową.

– Nie, nie należę do klubu. Jestem poli­cjantką. A raczej byłam poli­cjantką. – Powin­nam już prze­stać przed­sta­wiać się jako poli­cjantka.

Weszło mi to w nawyk.

Rol­nik przyj­rzał mi się uważ­nie.

– Rze­czy­wi­ście. Nie wyglą­dasz tak, jak­byś wpusz­czała sobie tru­ci­znę w twarz.

– Słu­cham!? – Par­sk­nę­łam, zasko­czona.

Wes­tchnął ciężko, jakby się dener­wo­wał, że nasza roz­mowa trwa już tak długo.

– Moja wnuczka Sarah mówi, że oni wszy­scy wpusz­czają sobie tru­ci­znę w twarz, żeby usu­nąć zmarszczki. I w usta, żeby je powięk­szyć. – Znowu łyp­nął na mnie okiem. – Ale tobie to nie­po­trzebne.

– Nie, ja nie wstrzy­kuję sobie botoksu.

Ścią­gnął brwi.

– Tak się nazywa ta tru­ci­zna. Botoks – wyja­śni­łam.

– Fascy­nu­jące.

Nie mogłam się powstrzy­mać i znowu par­sk­nę­łam śmie­chem, roz­ba­wiona jego sar­ka­zmem.

– Col­lum, jak słowo daję. – Morag zacmo­kała z nie­za­do­wo­le­niem. – Mógł­byś zacho­wy­wać się nieco uprzej­miej wobec naszych tury­stów.

– Dla­czego?

Zaru­mie­niła się.

– No bo… tak naka­zuje zwy­kła przy­zwo­itość. Trzeba być przy­ja­znym wobec innych.

– Bzdura – mruk­nął pod nosem. – Wszy­scy tak robią tylko dla pie­nię­dzy. Ale nie… – rzu­cił mi iro­niczne spoj­rze­nie – …nie nasza Morag. Ona naprawdę lubi ludzi.

Nie­do­wie­rza­nie w jego gło­sie spra­wiło, że zaśmia­łam się jesz­cze gło­śniej, a w jego oczach poja­wiły się wesołe iskierki.

– Ech, ty. – Eks­pe­dientka znowu zacmo­kała, ale z uśmie­chem na ustach. Zawi­nęła jego kanapkę w papier, Col­lum zapła­cił i wziął od niej paczuszkę. – Powiedz Sarze, że o nią pyta­łam.

Znowu chrząk­nął i odwró­cił się do wyj­ścia.

– Miło mi było pana poznać.

Popa­trzył na mnie z nie­do­wie­rza­niem, po czym prze­niósł wzrok na Morag. Lekko pokrę­cił głową, ale w odpo­wie­dzi mach­nął do mnie ręką, w któ­rej trzy­mał kanapkę, i wyszedł.

Kiedy tylko drzwi się za nim zamknęły, Morag powie­działa z zasko­cze­niem:

– Chyba cię polu­bił.

Uśmiech­nę­łam się sze­roko.

– Raczej nie jest duszą towa­rzy­stwa, co?

– Nie. Wycią­gnę­łaś z niego wię­cej niż ja przez dzie­sięć lat. – Zacmo­kała.

– Polu­bi­łam go.

– Lubisz sta­rych zrzę­dów?

– Lubię szcze­rych ludzi.

Morag uśmiech­nęła się i wró­ciła do robie­nia mojej kanapki. Kiedy skoń­czyła, podała mi ją, przy­jęła pie­nią­dze i powie­działa:

– Życzę miłego dnia na plaży.

Ze sklepu poszłam w stronę par­kingu na placu naprze­ciw Glo­aming, gdzie zosta­wi­łam samo­chód. Pla­no­wa­łam poje­chać parę minut na wschód, gdzie znaj­do­wały się piękne, zło­ci­ste plaże Ard­noch. Dzień nie był szcze­gól­nie sło­neczny. Powie­trze wyda­wało się dość rześ­kie, ale chmury nie wisiały ciężko na nie­bie, więc nic nie zapo­wia­dało desz­czu.

Idąc cichą uliczką w stronę placu, zauwa­ży­łam mija­ją­cego mnie Range Rovera, który wje­chał na par­king i zatrzy­mał się bli­sko mojego wypo­ży­czo­nego auta. Kiedy pode­szłam do samo­chodu, drzwi Rovera otwo­rzyły się i wysia­dło z niego dwoje ludzi. Pode­szli do sie­bie i wzięli się za ręce. Zasko­czyli mnie tym i – muszę przy­znać – lekko zacie­ka­wili.

Byli to Gabriella Ruiz i Seba­stian Stone. Stone był akto­rem, który trzy­krot­nie został nagro­dzony Osca­rem, a Gabriella robiła karierę jako pio­sen­karka muzyki pop i była jego narze­czoną. Róż­nica wieku mię­dzy nimi wyno­siła dzie­sięć lat – on miał trzy­dzie­ści pięć, ona czter­dzie­ści pięć – ale Gabriella wyglą­dała na jego rówie­śniczkę, a może nawet mło­dziej. Tak samo jak ja, nie dzięki botok­sowi. Zawdzię­czała to dobrym genom i zdro­wemu sty­lowi życia. Ona we wszyst­kich budziła zachwyt, on miał ogromny talent. Jako para byli wiecz­nie oble­gani przez papa­raz­zich.

Po raz kolejny zdu­mia­łam się, jak Ada­irowi udaje się trzy­mać media z dala od Ard­noch.

Gabriella posłała mi olśnie­wa­jący uśmiech. Mój był przy­ja­zny, ale nie pełen zachwytu. Nie byłam typem zago­rza­łej fanki, a poza tym dosko­nale zda­wa­łam sobie sprawę, że człon­ko­wie klubu uwiel­biają Ard­noch, bo mogą się tu czuć w miarę nor­mal­nie.

Gdy otwie­ra­łam drzwi auta, obej­rza­łam się przez ramię. Para szła Castle Street, trzy­ma­jąc się za rękę. Uśmie­cha­jąc się do sie­bie, z nie­do­wie­rza­niem pokrę­ci­łam głową. Zawsze wola­łam muzykę roc­kową od popu, więc Gabriella nie zro­biła na mnie aż takiego wra­że­nia, jakie pew­nie zro­biłaby na swo­ich wiel­bi­cie­lach, musia­łam jed­nak przy­znać, że podzi­wiam jej etykę pracy. I zawsze doce­nia­łam aktor­stwo Seba­stiana Stone’a.

A teraz tak po pro­stu natknę­łam się na nich na ulicy.

Jakie to sur­re­ali­styczne.

Kiedy już jecha­łam na plażę, przy­szło mi do głowy, że nie poczu­łam się sur­re­ali­stycz­nie, kiedy pozna­łam Lachlana Ada­ira, cho­ciaż kie­dyś był tak samo znany jak Stone, a i teraz cie­szył się pewną sławą.

Nie, tamto spo­tka­nie nie miało w sobie nic z sur­re­ali­zmu.

Było po pro­stu przy­kre.

A teraz przy­po­mniało mi o kola­cji, na którą na dzi­siaj umó­wi­łam się z ojcem.

Ja i Mac. Sami w Glo­aming.

Mia­łam nadzieję, że po mojej wczo­raj­szej żenu­ją­cej reak­cji, któ­rej bli­sko było do zała­ma­nia ner­wo­wego, dzi­siaj zdo­łam wziąć się w garść.

Cie­szy­łam się, że droga na plażę jest pro­sta, bo ruch lewo­stronny wciąż wpra­wiał mnie w dez­orien­ta­cję. Tutaj wszę­dzie znaj­do­wały się okrą­głe skrzy­żo­wa­nia, które Szkoci nazy­wali ron­dami. Same w sobie nie sta­no­wiły pro­blemu. Pro­ble­mem było to, że znaj­do­wały się po lewej stro­nie!

Kiedy tylko zoba­czy­łam przed sobą plażę, mój nie­po­kój się roz­wiał.

Zapar­ko­wa­łam, zła­pa­łam z tyl­nego sie­dze­nia apa­rat foto­gra­ficzny i poszłam wydep­taną ścieżką na plażę. Zalała mnie fala spo­koju. Zapach mor­skiego powie­trza dzia­łał na mnie kojąco, co jesz­cze bar­dziej potę­go­wały krzyk prze­la­tu­ją­cych mew i szum fal łagod­nie plu­ska­ją­cych o brzeg. Ni­gdy bym nie pomy­ślała, że w Szko­cji są plaże z tak gład­kim, zło­tym pia­skiem.

W wodzie odbi­jał się kolor nieba, przy­ćmiony ciemny błę­kit. Byłam cie­kawa, jak to morze wygląda latem, czy pod czy­stym nie­bem woda w nim jest tak nie­bie­ska jak w Morzu Śród­ziem­nym. Prze­cha­dza­łam się po plaży i robi­łam zdję­cia tra­wia­stym pagór­kom, które wci­nały się w morze albo scho­dziły ku plaży. W pięk­nie tutej­szego kra­jo­brazu ist­niał pewien pier­wotny porzą­dek.

Mój nie­po­kój zwią­zany z dzi­siej­szym wie­czo­rem, te iry­tu­jące motylki w brzu­chu – to wszystko tak po pro­stu znik­nęło, kiedy ukry­łam się za apa­ra­tem i szłam brze­giem morza, sta­ra­jąc się uchwy­cić istotę tego nie­spo­ty­ka­nego spo­koju, choć wie­dzia­łam, że tak do końca ni­gdy mi się to nie uda.

Trzeba zna­leźć się w tym miej­scu, żeby zro­zu­mieć jego magię.

* * *

Wielki sto­jący zegar w kącie restau­ra­cji w pen­sjo­na­cie Glo­aming wska­zy­wał dwa­dzie­ścia po siód­mej.

Mac się spóź­niał.

A ja byłam wście­kła.

Gorzej. Czu­łam się zra­niona i upo­ko­rzona.

Parę godzin poświę­ci­łam na przy­go­to­wa­nia do tej kola­cji. Przy­mie­rzy­łam każdą sztukę gar­de­roby, jaką ze sobą wzię­łam, bo nic nie wyda­wało mi się odpo­wied­nie na pierw­szą doro­słą roz­mowę z ojcem.

Nawet zigno­ro­wa­łam tele­fon od mamy, bo wie­dzia­łam, że ponow­nie oświad­czy, że to spo­tka­nie jest fatal­nym pomy­słem.

Naj­wy­raź­niej miała rację.

Z policz­kami pie­ką­cymi od gorą­cego rumieńca wpa­try­wa­łam się w puste nakry­cia na naszym stole w głębi restau­ra­cji. Popro­si­łam Gor­dona o sto­lik, który zapewni nam nieco pry­wat­no­ści.

Zapie­kły mnie w oczach łzy wście­kło­ści. Ucie­ka­łam wzro­kiem przed innymi gośćmi.

Prze­kli­na­łam sie­bie za cały ten wysi­łek, jaki wło­ży­łam w spo­tka­nie z męż­czy­zną, który naj­wy­raź­niej zupeł­nie o nim zapo­mniał.

Tym razem roz­pu­ści­łam gęste włosy, zamiast ścią­gać je w zwy­kły kucyk. Wło­ży­łam szpilki, spodnie cyga­retki i zie­loną jedwabną koszulę, którą kupi­łam spe­cjal­nie na ten wyjazd. Powta­rzam: wło­ży­łam szpilki.

Ale drań z tego Maca.

Odcze­ka­łam, aż wska­zówki zegara wskażą wpół do ósmej, po czym odsu­nę­łam się od stołu i już zamie­rza­łam wstać, kiedy do restau­ra­cji wpa­dła jakaś zaafe­ro­wana blon­dynka o jasnej cerze. Coś w ledwo powstrzy­my­wa­nej panice, od któ­rej aż się trzę­sła, spra­wiło, że zosta­łam na miej­scu.

Blon­dynka przez chwilę roz­glą­dała się po sali i w końcu nasze spoj­rze­nia się skrzy­żo­wały.

Zoba­czy­łam, że mnie roz­po­znała, i zdzi­wi­łam się, gdy ruszyła w moją stronę.

Kiedy się do mnie zbli­żyła, sko­ja­rzy­łam ją z rese­ar­chu w inter­ne­cie.

Arro­char Adair. Jedyna sio­stra i naj­młod­sza z rodzeń­stwa Ada­irów.

Co u licha?

– Robyn? – spy­tała zdy­sza­nym gło­sem, sta­jąc przy moim stole.

Zwró­ciła na nas uwagę pozo­sta­łych gości.

Pomimo roz­wa­la­ją­cego się kucyka, za dużego swe­tra, zno­szo­nych, obci­słych dżin­sów i tra­pe­rów Arro­char była ete­ryczną pięk­no­ścią. Jej oczy wyda­wały się o ton jaśniej­sze niż u Lachlana, nie­bie­skie pra­wie jak lód, a teraz pełne nie­po­koju i stra­chu, które mi się udzie­liły.

– Tak?

Z drże­niem wypu­ściła powie­trze z płuc. W jej oczach zabły­sły łzy.

– Jestem Arro­char Adair. – Nie wymó­wiła swo­jego imie­nia tak, jak się tego spo­dzie­wa­łam, lecz bar­dziej jak Arro-kar. – Coś się stało Macowi. Zawie­ziono go do szpi­tala. Wszystko wytłu­ma­czę po dro­dze.

Ogar­nęło mnie prze­ra­że­nie, ale natura poli­cjantki kazała mi natych­miast zabrać się do dzia­ła­nia. Zła­pa­łam ze stołu torebkę i szybko poszłam za Arro­char.

– Panno Pen­ha­li­gon?! – zawo­łał Gor­don, kiedy go minę­łam.

– Wytłu­ma­czę póź­niej. Muszę wyjść.

Na żół­tych liniach przed Glo­aming stał zapar­ko­wany zie­lony Land Rover Defen­der. Arro­char wsko­czyła za kie­row­nicę, a ja obe­szłam samo­chód dookoła i zaję­łam miej­sce obok niej.

– Mów – zażą­da­łam, kiedy popę­dziła przez Castle Street.

Moc­niej zaci­snęła dło­nie na kie­row­nicy. Jej strach był tak nama­calny, że odczu­wa­łam go jak cię­żar na wła­snej klatce pier­sio­wej.

– Ktoś napadł na Maca. Jeden z sąsia­dów widział to i spło­szył napast­nika. Doszło do tego przed głów­nym wej­ściem. Mac został ugo­dzony nożem. Praw­do­po­dob­nie wie­lo­krot­nie. – Głos jej się zała­mał.

Zakrę­ciło mi się w gło­wie.

– Co takiego?

– Robyn, tu się dzieją rze­czy, o któ­rych nie masz poję­cia. – Na sekundę spoj­rzała na mnie oczami peł­nymi stra­chu, po czym znowu prze­nio­sła wzrok na drogę. – Ktoś chce zro­bić krzywdę Lachla­nowi i wygląda na to, że posta­no­wił zwięk­szyć stawkę, likwi­du­jąc naj­pierw jego byłego ochro­nia­rza. – Po jej policz­kach cicho popły­nęły łzy. – O Boże, Mac… – szep­nęła. – Nie wiem, co… nie… musi być dobrze. Na pewno z tego wyj­dzie.

Dopiero wtedy to do mnie dotarło.

Mój ojciec został bru­tal­nie zaata­ko­wany.

Mogę go stra­cić, zanim zdążę go poznać.

– Jak daleko stąd do szpi­tala?

Arro­char szybko otarła łzy.

– Prze­trans­por­to­wali go heli­kop­te­rem do Inver­ness.

– Inver­ness? To chyba daleko?

– Mniej wię­cej godzina jazdy samo­cho­dem.

Cho­lera.

– Jaką pręd­kość roz­wija twój samo­chód?

W odpo­wie­dzi Arro­char tylko wci­snęła pedał gazu.

5

Lachlan

Wbi­jało mi się w plecy opar­cie krze­sła w pocze­kalni.

Nie pierw­szy raz sie­dzia­łem w tym miej­scu i nie pierw­szy raz zasta­na­wia­łem się, dla­czego te krze­sła są tak nie­wy­godne. Może po to, by czło­wiek cały czas był czujny i gotowy, gdy przyj­dzie lekarz z dosko­nałą albo straszną wia­do­mo­ścią?

Nerwy mia­łem w strzę­pach. W końcu zerwa­łem się z krze­sła, nie mogąc już dłu­żej usie­dzieć w bez­ru­chu. Zigno­ro­wa­łem zanie­po­ko­jone spoj­rze­nie mojego brata Thane’a.

– Lachlan, on z tego wyj­dzie – powie­dział Thane. – Prze­cież to Mac. Poza tym nie pierw­szy raz dostał nożem.

– Wtedy to była zwy­kła bójka w barze. A teraz… zapla­no­wany atak. – Chry­ste, jak długo tu już sie­dzą?

Mia­łem wra­że­nie, że całą wiecz­ność. To nie wró­żyło nic dobrego.

– Lachlan!

Kiedy się odwró­ci­łem, zoba­czy­łem Arro­char, która bie­gła do mnie przez pocze­kal­nię. Strach na jej twa­rzy jesz­cze bar­dziej mnie zanie­po­koił. Ukry­łem to jed­nak i wzią­łem się w garść, kiedy rzu­ciła mi się na szyję. Mocno przy­tu­li­łem młod­szą sio­strę i szep­ną­łem, że jesz­cze nie mają żad­nych wia­do­mo­ści, ale na pewno wszystko będzie dobrze.

Pocie­sza­jąc ją, nie odry­wa­łem wzroku od kobiety, z którą przy­je­chała.

Córka Maca.

Tym razem Robyn wyglą­dała ina­czej. Nie wie­dzia­łem, co mnie zasko­czyło bar­dziej: napię­cie i nie­po­kój na jej twa­rzy czy coś tak zwy­kłego jak roz­pusz­czone włosy.

Pew­nie i to, i to.

Robyn zatrzy­mała się przede mną.