John, syn Johna - Douglas Stuart - ebook + audiobook + książka

John, syn Johna audiobook

Douglas Stuart

0,0

Opis

DOUGLAS STUART W ZUPEŁNIE NOWEJ ODSŁONIE

John-Calum Macleod, syn Johna, powraca do domu po długiej nieobecności, by zaopiekować się swoją babcią. Młody mężczyzna jest pełen obaw – co, jeśli powrót na smagane wiatrem wzgórza jest tak naprawdę skazaniem samego siebie na wieczną stagnację?

Jego ojca, surowego diakona, martwią długie włosy syna i jego niechęć do bycia zbawionym. Szybko okazuje się, że zbudowanie pomostu między tak odległymi sobie światami nie będzie łatwe. Obaj mężczyźni przeczuwają, że kruchy porządek ich rodzinnego życia niebawem legnie w gruzach.

To pełna emocjonalnego ciężaru historia o więzach, które zarazem chronią i zniewalają. Stuart z czułością oraz bezkompromisową szczerością pyta: czy można być naprawdę sobą w miejscu, które nazywa się domem?

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 13 godz. 45 min

Rok wydania: 2026

Lektor: Kosior FilipFilip Kosior

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Tytuł oryginału: John of John

Copyright © 2026 by Douglas Stuart Copyright © Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2026 Copyright © for the Polish translation by Maciej Studencki, 2026

Redaktorka nabywająca • Paulina Surniak

Redaktorka prowadząca • Agata Ługowska

Marketing i promocja • Agata Gać, Katarzyna Schinkel-Barbarzak

Redakcja • Rafał Sarna

Korekta • Katarzyna Sarna, Agnieszka Zygmunt-Bisek

Projekt typograficzny wnętrza • Mateusz Czekała

Łamanie • Grzegorz Kalisiak

Projekt okładki • Stuart Wilson, Picador Art Department

Grafika na okładce • Paul Duke

Adaptacja okładki i strony tytułowej • Magda Bloch

Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w internecie.

ISBN 978-83-68889-97-0

Wydawnictwo Poznańskie Sp. z o.o. ul. Fredry 8, 61-701 Poznań tel. 61 853-99-10redakcja@wydawnictwopoznanskie.plwww.wydawnictwopoznanskie.pl

Konwersja do formatu ePub 3: eLitera s.c.

„Praca każdego człowieka, wykonywana co dnia, staje się celem samym w sobie i pomaga mu pokonać przepaść życia bez miłości”

Silas Marner, George Eliot

„Wyspiarze na całym świecie rodzą się, by zostać wygnańcami. Wyspy dają człowiekowi dzieciństwo pełne przywilejów, a potem, kiedy już zrobią zeń tego, kim jest, okazuje się, że nie ma takiego miejsca na świecie, gdzie mógłby to wyrazić”

Donald Macleod, The Living Past

a h-aon / jeden

Jej stopy stały się szkarłatne niczym cielęca wątroba. Tak powiedział jego ojciec, zanim się rozłączył. Cal stał w czerwonej budce telefonicznej niedaleko błoni, patrząc, jak rugbyści rozciągają się przed treningiem na bujnej zieleni. Białe spodenki opinały im się na pośladkach, a delikatna mżawka sprawiała, że tkanina zaczynała prześwitywać – widział linie ich slipów. Z roztargnieniem słuchał, jak ojciec czyta mu przez telefon Nowy Testament.

Ojciec nie lubił luźnych pogaduszek, przez co ich rozmowy telefoniczne przypominały zwykle połączenia z automatycznym serwisem, takim jak zegarynka, dzięki której można było ustawić godzinę na zegarku. Kiedy Cal wspomniał o tym ojcu, John Macleod wybuchnął śmiechem. Tak, to prawda. Uważał, że dusza, podobnie jak zegar, wymaga ciągłego dostrajania. Cal dokonywał go co środę o szóstej po południu, a potem znów w Dzień Pański.

Nie mógł sobie pozwolić na zamiejscowe połączenia z wyspami, więc opracowali z ojcem system sygnalizacji: Cal dzwonił do domu o uzgodnionej wcześniej porze, odczekiwał trzy sygnały i przerywał połączenie, a wtedy John natychmiast oddzwaniał. Układ ten wymagał, by młodszy z Macleodów przychodził do budki wcześniej i udawał, że z kimś rozmawia, tak by nikt postronny nie przejął aparatu.

Dłuższą chwilę zajęło mu znalezienie idealnego miejsca na modlitwę, samotnej budki telefonicznej, obok której nie stałaby inna. Kiedy ojciec intonował psalm, oczekiwał, że Cal odpowie po gaelicku z całą mocą, na jaką stać wiernego. Kiedy jednak koło budki przechodził jakiś szczególnie przystojny mężczyzna, Cal krzywił się i obniżał głos, a John natychmiast pytał go, dlaczego się waha. Spojrzenia przechodniów wydawały mu się upokarzające, więc większość rozmów z ojcem spędzał z zamkniętymi oczami lub odwrócony plecami do chodnika. Odkrył, że śpiewa mu się najlepiej, kiedy dotyka wizytówek pozostawionych w budce przez prostytutki i masażystki.

Dlatego właśnie najbardziej lubił tę okolicę; rozległa zielona połać pomagała mu zwolnić i zebrać myśli. Było to jedno z tych niewielu miejsc, gdzie miasto brało głębszy oddech, a Cal stwierdził, że pomaga mu to zrównać tempo, w jakim działał jego umysł, z niespiesznymi wypowiedziami ojca. Wiedział, że tamten wpatruje się wtedy w morze.

– Ciamar a tha thu an-diugh? – zapytał go John po gaelicku. – Jak się dzisiaj czujesz?

– Świetnie, a ty?

– Nieźle. Wiara jest we mnie mocna, chwała Bogu.

Podczas rozmów zawsze mocno się pilnowali, by nie poruszać tematów, o których nie mogli rozmawiać. Cal nigdy nie wspomniał, że nie ma gdzie mieszkać i od ukończenia studiów nadużywa dobroci kolegów, surfując z kanapy na kanapę i czekając, aż wyjdą do pracy. Mógł wówczas pomyszkować po ich kuchni niczym żarłoczny gryzoń i uszczknąć dość pożywienia, by zaspokoić głód, ale nie tyle, by ktoś go przyłapał. Nigdy nie opowiedział ojcu, jak po wzięciu prysznica schnie bez ręcznika ani jak przygląda się butelce mleka, sprawdzając, dokąd sięga poziom białego płynu, by po kilku łykach móc uzupełnić ubytek wodą z kranu, ani wreszcie, jak spaceruje wieczorami po przedmieściach Edynburga, żeby przyjaciele nie czuli się w obowiązku podzielić się z nim kolacją.

Nie wspomniał przez telefon, że znalazł pracę u bandy albańskich sprzątaczek, czyszczących zarzygane toalety w Negociants czy pubie przy Rose Street. Nie powiedział, że kiedy poszedł po pierwszą wypłatę, odjęły mu od niej połowę za środki czystości i kolejne siedem pięćdziesiąt za przechowywanie mopów i wiader, a kiedy się sprzeciwił, powiedziały mu, że jeżeli uważa taki układ za niesprawiedliwy, niech to załatwi z ich tęgimi, owłosionymi mężami. No i na pewno się nie przyznał, że nie odważył się tego zrobić.

Nie pisnął zwłaszcza ani słówkiem o tym, że spędził więcej nocy, niż by chciał, z łagodnym Walijczykiem, który – kiedy Cal go pieprzył – lubił leżeć na brzuchu z ramionami pod tułowiem i dłońmi złożonymi w religijnym geście sugerującym bezsilność. Był pewien, że gdyby kiedykolwiek powiedział o tym ojcu, byłaby to ich ostatnia rozmowa.

– Tyle tu gołębi i ani trochę się nie boją!

Mając w głowie tyle myśli, których nigdy nie mógł wypowiedzieć na głos, próbował się jakoś utrzymać na powierzchni podczas pierwszej części rozmowy i, podobnie jak u kogoś, kto desperacko szamocze się w wodzie, w jego głosie dawało się wyczuć rozpaczliwą nutę. Przez cały tydzień nosił przy sobie skrawek papieru i notował na nim tematy, którymi jakoś wypełniłby czas w trakcie tej konwersacji. Wyjął teraz kartkę z kieszeni i przyjrzał się liście. Ojciec musiał myśleć, że ma głupiego syna, zafascynowanego mnóstwem kompletnie nieinteresujących rzeczy.

– Widziałem dzisiaj sporo czerwonych samochodów. – Przypomniał sobie, że mówił już to podczas poprzedniej rozmowy, i się skrzywił. Włożył sobie do ust kosmyk włosów i wyssał z niego krople deszczu.

Poczuł ulgę, gdy wstępne pogaduszki dobiegły końca i zaczęła się modlitwa. Teraz musiał tylko grzecznie słuchać Słowa Bożego i mamrotać na koniec potwierdzenie.

John jako kantor ich wspólnoty wyćwiczył wspaniały, śpiewny głos. Kiedy czytał Pismo po gaelicku, słowa potępienia zmieniały się w coś lirycznego, pięknego, wręcz magicznego.

– A bhràithre, ma tha neach air bith air a ghlacadh ann an euceart sam bith – zaczął. – Bracia, jeśli człowiek zostanie przyłapany na jakimś upadku, wy, którzy macie Ducha, poprawiajcie takiego w duchu łagodności, bacząc każdy na siebie samego, abyś i ty nie był kuszony1.

Przez kilka ostatnich tygodni jego myśli krążyły wokół Listu do Galatów; zastanawiał się długo i wnikliwie nad potrzebą wskazywania właściwej drogi współbraciom. Podobnie to wyglądało u jego ojca: potrafił się zafascynować jedną z ksiąg biblijnych na całe miesiące.

Pod koniec modlitwy John zaintonował pierwszy wers pieśni, a potem Cal – trzysta mil dalej, z widokiem na rugbystów mocujących się w mżawce – odpowiadał mu śpiewem z największym zaangażowaniem, jakie potrafił z siebie wykrzesać.

Po odśpiewaniu modlitw mężczyźni znów wdali się w wymuszoną rozmowę o niczym. Ojciec nigdy nie odwiedził stolicy Szkocji, toteż Cal wiedział już, że nie powinien mówić zbyt wiele o Edynburgu – albo następnym razem będzie musiał wysłuchać kazania o rozmaitych odmianach grzechu. Gdy zaś pytał ojca o owce, tkactwo lub pogodę, dostawał jednakową odpowiedź; najwyraźniej John uważał, że nie ma większego sensu w komentowaniu czegoś, co się nie zmienia:

– Wszystko w porządku. Jutro będzie jeszcze lepiej, jeśli Bóg da.

Dlatego wzmianka o babce Cala i jej szkarłatnych stopach była tak znacząca. Cal natychmiast wyobraził sobie kolor cielęcej wątroby, szkarłat poprzerastany szarością i bielą, jednocześnie martwy i groteskowo żywy. Stanęły mu przed oczami opuchnięte, klocowate stopy, pełne plam i zygzakowatych niby błyskawice żylaków na skórze szarej niczym pochmurne niebo.

– Cielęca wątroba? Jesteś pewien? – W tej samej chwili, w której zadał to pytanie, uświadomił sobie, że nie musiał. Spędzali całe życie, tkając wełnę i unosząc tkaniny do światła, by sprawdzić ich spójność. Kiedy mówili o kolorach, każda ocena musiała być jak najprecyzyjniejsza.

– Właśnie ten odcień – zapewnił go John. – I nie tylko stopy. Jej serce nie brzmi najlepiej, a do tego skarży się na krążenie. Kuśtyka, i to coraz wolniej. Co więcej, jest bardziej szalona niż zwykle. Powiada, że rozmawia z owcami.

– Zawsze tak robiła.

– Ale teraz twierdzi, że jej odpowiadają. – John cmoknął sceptycznie. – Nie jestem odpowiedzialny za matkę twojej matki, Johnie-Calumie. Już to omawialiśmy.

– Wiem. Ale dlaczego nie może zamieszkać z moją mamą?

W słuchawce zaległa martwa cisza. Cal przestraszył się, że coś ich rozłączyło.

– Halo! Tato, jesteś tam?

– Tak – odparł John. – Jestem. Spodziewasz się odpowiedzi na każde głupie pytanie? – Kolejna pauza. – Twoja babka twierdzi, że to jej dom i tutaj doczeka końca swych dni. Nie widzi powodu, by się wyprowadzać.

Cal powściągnął język. Miał ochotę zapytać prowokacyjnie, dlaczego w takim razie jego matka nie może wrócić do domu, zadbać o własną matkę i oszczędzić mu brzemienia powrotu, lecz w ten sposób wywołałby tylko awanturę. Przełknął więc ślinę i nie powiedział nic.

– Już pora – odezwał się w końcu John, a w jego głosie brzmiała pewność mężczyzny, który wie, ile czasu trzeba na wykonanie każdej pracy. – Wystarczy ci tej zabawy.

Cal myślał o tej rozmowie, kiedy prom potwornie szarpnął. Obrócił w dłoni pigułkę emki i zaczął się zastanawiać, jak się poczuje, jeżeli łyknie ją na podrażniony żołądek. Jeżeli dobrze obliczył czas, haj zacznie mijać, kiedy będzie dojeżdżał do domu. Miał ochotę zwinąć się w kłębek w miłym odrętwieniu, nie czując ściskania w dołku na widok małego domku stojącego tuż nad brzegiem morza.

Włożył do ust pigułkę i spłukał ją solidnym łykiem cydru.

Prom brnął przez wodę, a Cal odwrócił się i spoglądał na niknącą z tyłu przystań. Przez lata nauki w college’u wyjaśniał mieszkańcom stałego lądu, dlaczego nie potrafi pływać, choć wychował się na wyspie. Ludzie z miasta uznawali, że to szaleństwo. Wyglądało na to, że wszyscy na stałym lądzie brali lekcje pływania w ciepławych nieckach miejscowych basenów, w wodzie o ostrym, drażniącym zapachu, tak jakby te wyszykowane przez ludzi spokojne kąpieliska mogły przygotować kogokolwiek do zanurzenia się w kapryśnym, nieubłaganym morzu.

Pogoda nie pasowała do sierpnia. Zacinał deszcz, gnany zachodnim wiatrem, który rozpędzał fale i spowalniał wszystkie statki. Przystań oddalała się, aż w pewnym momencie chmury na chwilę się rozstąpiły i dostrzegł rozłożone na brzegu miasteczko. Zalśniło, kiedy na chwilę oświetlił je promień słońca, kusząc Cala, by zawrócił. Skulił się na kubełkowym fotelu i naciągnął czapkę na uszy.

Baterie jego walkmana zdechły jeszcze w autokarze do Glasgow. Cal nie chciał kupować odtwarzacza CD. Spędził całą młodość, zbierając te kawałki, słuchając w niemal religijnej ekstazie audycji Johna Peela i Pete’a Tonga; nagrywał muzykę z radia, tłumiąc dźwięk z boomboksa poduszką i upychając kołdrę w szparze pod drzwiami. Ścisnął baterie w dłoni i polizał ich końcówki, mając nadzieję, że zmartwychwstaną. Wystarczyło na połówkę następnej piosenki, a potem głos Siouxsie Sioux zwolnił, zabełkotał i umarł.

W paczce zostało mu sześć wilgotnych papierosów. Wyjął jednego i zapalił, osłaniając przed wiatrem i deszczem. Zaciągnął się, ale dym smakował gorzko, więc wystawił dłoń przed siebie w ramach eksperymentu, czy papieros spali się na popiół, zanim zgasi go deszcz. Zabijał w ten sposób czas.

Od poprzedniego popołudnia i wyjazdu z Edynburga prawie nie spał. Musiał przybyć do Uig wystarczająco wcześnie, żeby złapać jedyną przeprawę na Harris, więc opuścił Edynburg na pokładzie autokaru jadącego do Glasgow, gdzie udało mu się uniknąć wszystkich wyspiarzy, przesiadujących w pubach w Partick. Wsiadł w kolejny autokar jadący na północ, w kierunku Higlands, i dotarł nim do Fort William, gdzie znów ominął szerokim łukiem wyspiarskich wygnańców, dalekich znajomych, którzy chętnie otworzyliby przed nim drzwi oraz zaproponowali ciepły posiłek i nocleg; zamiast tego wydał ostanie pieniądze ze sprzątania na dolną pryczę w tanim hostelu, na której spędził noc obrażony na cały świat, z poczuciem, że nikt go nie kocha.

Rano ruszył na wyspę Skye, dotarł do jej północno-zachodniego krańca i złapał prom przez cieśninę. Autobus, kolejny autobus, hostel, znów autobus, który wjechał na prom do Kyle, jeszcze jeden autobus, prom między wyspami, potem długi spacer, aż wreszcie po dwudziestu godzinach Cal dotarł do domu. Tyle zabrało mu przebycie niecałych trzystu mil!

Dmuchnął na żarzącą się końcówkę papierosa i poczuł, jak opadają mu powieki, kiedy pigułka powoli zaczęła działać. Zestawił w myślach listę tego, za czym tęsknił: spokój i cisza, Doll Macdonald i morze. Potem zaś przypomniał sobie, czego się najbardziej obawia: spokoju i ciszy, Dolla Macdonalda i morza.

Deszcz tworzył na fotelach kałuże, które zmieniały się w małe oceany, kiedy prom kołysał się na falach cieśniny Minch. Cal zgarbił się i patrzył, jak woda w zagłębieniach przelewa się w tę i we w tę. Użalał się nad sobą tak długo, aż go to ogrzało. Poczuł śliską niechęć w stosunku do ojca i jednocześnie godną hańby nienawiść do starzejącego się ciała babki, przez uczucia te jednak wiła się żyłka wstydu: jak mógł być tak samolubny, tak niechętny do zatroszczenia się o tych, którzy kiedyś dbali o niego?

W połowie drogi przez Minch do Cala podszedł steward, żeby sprawdzić, co się z nim dzieje. Deszcz padał niemal poziomo. Mężczyzna zbliżył się ostrożnie, a potem kazał mu wejść do środka.

W kabinie promu panował spokój. Łatwo było odróżnić wyspiarzy od przyjezdnych: ci pierwsi rzadko patrzyli na morze. Czytali książki lub rozwiązywali krzyżówki w wymiętych gazetach. Rozciągali się na siedzeniach i smacznie spali z rękami założonymi na piersiach, przekręcając się tak, by trzymać nogi na podłodze.

Ociekający wodą chłopak ciągnął za sobą wielki plastikowy worek, a jego szczęka poruszała się rytmicznie po tabletce ecstasy, tak jakby coś żuł. Przemierzał kabinę, szukając wolnego miejsca. Spojrzał w dół, na paluchy wystające z pękniętych trampków. Gdyby ktoś go zobaczył – a był pewien, że tak właśnie się stało – to ojciec dowiedziałby się o tym na długo przed przybyciem Cala do domu.

Cały jego ruchomy majątek mieścił się w plecaku i olbrzymim worku na śmieci. Spakowanie czterech lat życia zajęło mu mniej niż dziesięć minut. Nieco dłużej trwał powrót do wcześniejszej tożsamości, ukrycie tych wszystkich fragmentów siebie, które powoli ujawniały się od momentu przybycia na stały ląd. Prawdę mówiąc, nie zmienił się aż tak bardzo podczas czterech lat nauki w college’u. Wlokąc się przez wnętrze promu, zastanawiał się, czy zawsze był świadom, że w końcu będzie zmuszony wrócić do domu.

Usiadł w najspokojniejszym zakątku, jaki udało mu się znaleźć. Wepchnął dłonie pod pachy i oparł głowę na plastikowym panelu ściennym.

Naprzeciwko niego siedziała kobieta – był pewien, że jej nie zna – w pięknym tweedowym komplecie. Jej śnieżnobiałe włosy kręciły się w sztywnych lokach. Na twarzy nie miała makijażu, a z biżuterii widać było tylko dyskretną obrączkę i małe kolczyki z perłami. Wydawała się nie przejmować kołysaniem, toteż Cal zorientował się, że jest wyspiarką. Zamknęła oczy i siedziała w skupieniu, z dłońmi zaciśniętymi na egzemplarzu Biblii króla Jakuba.

Stary prom brnął przez fale wolniej, niż Cal pamiętał. Za każdym razem, kiedy płynął nim z domu, łajba skakała po morzu niczym płaski kamień puszczony wprawną ręką. Teraz statek jęczał i protestował, uparcie sunąc ku wyspom, tak jakby udzieliła mu się niechęć chłopaka. Dźwięk silnika uspokajał Cala, stłumione szszuu, szszuu, brzmiące jak krew pulsująca w żyłach na jego szyi, wibracja biegnąca przez jego stopy i plecy, a potem rezonująca w głowie.

– Dè thachair dha d’ aodann? – spytała kobieta. Oczy miała teraz szeroko otwarte i wpatrywała się w niego uporczywie.

Dotknął twarzy i poczuł ciepło na czole, tam, gdzie rozdrapał wyprysk, aż zaczął krwawić.

Kobieta wyjęła chusteczkę z torebki, żeby wytarł krew, i zapytała po gaelicku:

– Co cię tak bawi?

– Nic. Cieszę się, bo wracam do domu.

– Powinieneś zdjąć czapkę. Poczujesz się swobodniej.

Cal miał na głowie limonkowozieloną czapkę z dzianiny w kolorze tak jaskrawym, że przyprawiającym patrzących o mdłości. Tkwiła tam, naciągnięta na uszy, a jemu przemknęło przez głowę, by faktycznie ją zdjąć, potem jednak przypomniał sobie, co ukrywa pod spodem.

– Dziękuję, nie.

– Blady jesteś jak upiór. Rozumiem, że nie lubisz pływać promem. – Otworzyła rolkę dropsów i nachyliła się, proponując mu słodki poczęstunek. Musiała jednak wyczuć od niego cydr, bo pociągnęła nosem i twarz jej się ściągnęła. Cofnęła się, aż jej zatrzeszczało w kolanach. – Ale przecież mnie nie posłuchasz. Jestem tylko starym próchnem.

Drops pomógł mu się opanować. Skrzywił się tylko.

– To ta wilgoć. Już ją czuję.

– Ach, tak? To niespodzianka, że w ogóle coś czujesz... w tym stanie. – Siedziała przez chwilę, obracając w palcach guziki płaszcza. W końcu spojrzała na niego przeciągle, bez jednego mrugnięcia. – Chyba cię znam, synu. Skąd jesteś?

– Falabay.

– Och, ci to sobie lubią popić! – Zachichotała kwaśno. – Ja tam jestem z Shawbost, ale Falabay... trudne miejsce. Trudne, chociaż piękne – przyznała. – Ale dlaczego ktokolwiek miałby chcieć mieszkać na tych skałach, to dla mnie zagadka.

Cal nigdy wcześniej tego nie rozważał. Jego rodzina dzierżawiła tam ziemię od czasów pradziadka, który z niej się utrzymywał, a następnie przekazał ją Elli, która z kolei pewnego dnia przekaże ją jemu.

Kobieta ssała przez chwilę cukierka, który grzechotał o jej zęby.

– Powiedziałeś, że jak się nazywasz?

Prom szarpnął i Cal zamknął oczy.

– John Macleod. John-Calum.

John Macleod. Imię i nazwisko tak pospolite jak biała owca. Wolał, kiedy wszyscy mówili mu Cal. W ten sposób nie musiał sobie stale przypominać o ojcu.

Zmarszczyła brwi.

– A kto cię zrodził?

Wyspiarze zawsze zadawali to pytanie. Rodziny trudziły się przez wieki, wydzierając plon krnąbrnej ziemi, te same imiona odbijały się echem przez stulecia, więc musieli znać swój sloinntireachd, rodowód.

– Jestem John, syn Johna, syna Iaina, syna Iaina Tkacza.

Kobieta zastanowiła się chwilę.

– Znam cię – powiedziała w końcu. – Znałam twojego dziadka. Służył ochotniczo w towarzystwie ratowniczym razem z moim ojcem. Czy twoja babka jeszcze żyje?

Cal nie znał matki swojego ojca, podobnie jak on sam. Babcia Macleod odumarła Johna w dzieciństwie. Zeszła we własnym łóżku kilka dni po urodzeniu Johna, któremu dała imię będące zanglicyzowaną wersją Iaina w nadziei, że cała rodzina wkrótce wyemigruje do Detroit, gdzie jej mężowi obiecano pracę blacharza samochodowego. Założył więc, że rozmówczyni pyta o matkę jego matki.

– Nasza Ella? Tak. Ojciec się nią zajmuje albo ona nim, zależy, kogo pani zapyta.

– Ella.Eh-la. Właśnie tak. Z Glasgow. Niezła z niej sztuka, co? Żaden facet jej nie przegadał! – Kobieta klepnęła się w pierś, ale Cal nie potrafił zgadnąć, czy z szacunkiem, czy z niesmakiem. – Widzę, że dłuższą chwilę cię nie było. – Jak się tego domyśliła? Zanim jednak zdążył odpowiedzieć, dodała: – Ubrałeś się w sam raz do miasta.

– Tak. Uczyłem się w college’u, na uczelni artystycznej – odparł.

– Będziesz się teraz zachowywał? – zapytała, wpatrując się w niego badawczo.

– O co pani chodzi?

– Żebyś był wzorem dla młodych. Pozostawił za sobą światowe zepsucie.

– A, rozumiem – rzekł z lekkim uśmiechem. – Tak, oczywiście, że będę wzorem. Nie ma powodu do obaw. Tam, skąd jestem, nie ma żadnych młodych.

Fala chlusnęła w okno niedaleko nich, aż się wzdrygnął. Kobieta nie zareagowała.

– John-Calum? – Wysoki mężczyzna, który zawołał go po imieniu, wlókł się chwiejnie do toalety na pałąkowatych nogach, najwyraźniej nieprzyzwyczajony do morskich podróży.

Wymuszony uśmiech Cala spełzł mu na chwilę z twarzy. Po chwili mężczyzna przywołał go ponownie, a Cal poczuł złość na samego siebie, że kiedy wybierał miejsce, nie wziął pod uwagę lokalizacji toalet.

– Aidh, no nie może być!

Innes MacInnes mieszkał o parę mil od zagrody Macleoda, czyli dość blisko, by uważać go za sąsiada. Był chyba jedynym przyjacielem Johna. Innes i jego młodszy brat, obaj starzy kawalerowie, mieszkali razem, walcząc o prowadzenie rodzinnej zagrody, a jednocześnie opiekując się starym, zrzędliwym ojcem. Mężczyzna był znany jako Innes Ciùin, Innes Łagodny, w odróżnieniu od swego ojca, zwanego Innes Crùbaidh, starego skurwiela o kamiennym sercu. Wyspiarze zwracali się tak do nich wprost i nikt się o to nie obrażał.

Innes, wysoki mężczyzna, wyglądał trochę tak, jakby był ciągle głodny. Płowe włosy rzedły mu na głowie, więc zaczesywał je naprzód, by przykryć rosnącą łysinę. Był cichym, spokojnym człowiekiem o łagodnym głosie. Kąciki ust zawsze zaginały mu się ku górze w niekontrolowanym uśmiechu – niezależnie, czy przekazywał dobre, czy złe wieści. Jak na mężczyznę pod pięćdziesiątkę wciąż utrzymywał niezłą formę, przede wszystkim dzięki pracy w zagrodzie. Cal sądził, że w korzystnym oświetleniu można by nawet powiedzieć, że jest przystojnym mężczyzną.

Innes spojrzał na kobietę ze Shawbost, a potem z powrotem na Cala, obawiając się, że właśnie wtrącił się w jakiś zrozumiały tylko dla nich żart. Nie pojmował, dlaczego Cal się uśmiecha, a kobieta siedzi sztywno, patrząc srogo na chłopaka.

– Widziałem się z twoim ojcem w czwartek. Aidh, nie powiedział, że wracasz!

Innes wypowiadał się w osobliwy sposób, wciągając mocno powietrze w tej samej chwili, kiedy zaczynał mówić, w swego rodzaju przepływie ingresywnym płucnym, zwanym również wdechem z Harris. Wdech ów powodował, że to, co mówił, brzmiało ostrożnie i niepewnie, jakby stale dyskutował sam ze sobą.

– Aidh... Dobrze się czujesz? Wyglądasz, jakbyś nie był sobą.

Mimo że mężczyzna znał Cala od urodzenia, nie miał pojęcia o jego prawdziwej tożsamości.

Język chłopaka spuchł, więc poruszył nim z wysiłkiem.

– Wziąłem tabletkę na chorobę morską i dziwnie się po niej czuję.

– Aha. To wizyta czy wracasz do nas na dobre?

– Przynajmniej na dłuższą chwilę.

Innes odetchnął, tak jakby nie mógł w to uwierzyć.

– Myślałem, że będziesz chciał podbijać świat. Aidh, absolwent wielkiego uniwersytetu i tak dalej.

Sorley, jego młodszy brat, swego czasu wyjechał na studia. Był to luksus, którego Innes Crùbaidh pożałował starszemu synowi. Sorley udał się do Glasgow, lecz potem wrócił na wyspę. Było to nieuczciwe w stosunku do Innesa juniora, który nie studiował, lecz rozumiał, że status pierworodnego daje mu prawo do zarządzania ziemią, opieki nad ojcem, a w końcu przejęcia zagrody.

Doktorat z historii Francji był kompletnie bezużyteczny w życiu farmera, a prawdę mówiąc chyba w każdym życiu, bo Sorley, z dumnie wypiętą piersią, ale bez grosza przy duszy, wylądował w końcu w domu. Od tamtej pory wykorzystywał wykształcenie, by na każdym kroku krytykować swojego potulnego, metodycznego brata, a kiedy nie udawało mu się w kwestiach praktycznych, okraszał swoje argumenty ważnymi „terminami uniwersyteckimi”. Próbował wcielić w życie systemy socjalistyczne, lepiej pasujące do chińskich fabryk niż do rozrzucania nawozu z wodorostów na grządkach. Wiele razy siadał do opracowania nowego procesu kopania i suszenia torfu, próbując zorganizować wyspiarzy w linię produkcyjną i lekceważąc trzy tysiące lat tradycji.

Przez to, że Sorley tak się szarogęsił, Innes zaczął traktować wyższe wykształcenie podejrzliwie. Sądził, że jest ono efektem spisku klasowego mającego na celu oddzielenie „tych, którzy potrafią coś robić” od „tych, którzy czytali o tym, jak to zrobić, i dlatego myślą, że potrafią, ale są teraz zbyt wykształceni, żeby się do tego zniżyć, i dlatego uważają, że powinni zarządzać tymi, którzy to robią”.

Cal zmierzył wzrokiem kobietę z Shawbost. Nie chciał się czuć jak przegryw, lecz wyspiarze mieliby mu za złe, gdyby spróbował się chełpić dyplomem wyższej uczelni.

– Mam pewne plany, ale mogą jeszcze poczekać.

– Doll Macdonald ucieszy się na twój widok, a młoda Isla będzie wniebowzięta.

– Do bhràmair? – zapytała kobieta.

Cal nie miał pojęcia, dlaczego tak go obchodzi, co sobie o nim pomyślała, ale pospiesznie sprostował:

– Nie, nie chodziliśmy ze sobą. Nie na poważnie.

Innes odwrócił się ku niemu.

– Aidh... No cóż, podwiozę cię w takim razie.

Od przystani w miasteczku czekała ich jeszcze długa droga do Falabay. Gdyby przyjął tę propozycję, Innes zawiózłby go pod same drzwi i Cal przybyłby do domu zbyt wcześnie. Potrzebował czasu, żeby przywyknąć z powrotem do wyspy, pobyć chwilę między nieznajomymi, łyknąć jeszcze trochę cydru i ochłonąć po haju wywołanym przez ecstasy. Cisza i spokój, jakie czekały na niego podczas długiego spaceru, stwarzały doskonałą okazję do pogodzenia się z losem.

– Dzięki wielkie, ale mam jeszcze coś do załatwienia. Muszę się spotkać z przyjacielem.

– Z kim?

– Och, nie znasz go.

Innes skwitował to absurdalne twierdzenie uśmieszkiem.

– Na pewno dobrze się czujesz? Wydajesz się trochę zagubiony.

– Tak, wszystko świetnie – zapewnił. Mimo to dręczyło go spostrzeżenie, że im bliżej domu się znajdował, tym mniej pewnie się czuł.

Wstał, obawiając się, że za chwilę wymknie mu się jakaś niewczesna myśl. Opanował się jednak i klepnął Innesa w ramię, a potem, zanim zdał sobie sprawę, co robi, objął go. Mężczyzna zesztywniał w jego ramionach, a Cal pomyślał, że całkiem możliwe, iż nie ściskano go w ten sposób od dzieciństwa.

– Słuchaj, mam ochotę na ostatni kufelek, zanim pojadę do domu. Wiesz, że ojciec nie toleruje alkoholu w domu.

– I bardzo dobrze! – stwierdziła kobieta z Shawbost.

Cal odsunął się od Innesa.

– Jak już się ogarnę, wpadnę się z tobą zobaczyć, dobra?

Był to dość nieprzyjemny sposób potraktowania mężczyzny, którego znał całe życie. Zarzucił plecak na ramię, chwycił w ramiona plastikowy worek i umknął z powrotem w deszcz.

Prom zatrząsł się, dobijając do pomostu. Turyści zachybotali się, z zachwytem witając ostatni wstrząs, a potem zadrżeli. Zaciągnęli ciasno kaptury kurtek, wystawiając twarze na smagający wiatr przez ściągnięte trokami otwory.

Statek zadokował, otworzył furtę i ciężarówki zaczęły zjeżdżać na brzeg. Cal został z tyłu, by przed zejściem na ląd upewnić się, że Innes odjechał. Nie umiał pływać, więc czuł się bezpiecznie dopiero wtedy, gdy jego stopy spoczywały na pewnym gruncie. Stuknął podeszwami w nabrzeże, dopełniając wyspiarskiej tradycji. Kiedy był dzieckiem, w szkole uczono go o tragedii jachtu Iolaire, a w Nowy Rok Ella zawsze piekła babkę w kształcie koła ratunkowego dla upamiętnienia dwustu pięciu dusz, które przepadły tak blisko brzegu.

Maszerował za odjeżdżającymi samochodami, kiedy czyjaś silna dłoń opadła na jego ramię. Znał tego mężczyznę dość słabo; wielkiego, przyjaznego hodowcę ryb z Seilebost.

– Jest szansa, że przywiozłeś ze sobą jakąś świeżą cipkę?

Cal roześmiał się nieszczerze.

– Jest szansa, że jedziesz na północ? Przydałaby mi się podwózka.

Tamten wyjaśnił jednak, że samochód ma w warsztacie, a chwilowo nie stać go na naprawę. Miał zamiar spędzić resztę dnia w Tarbert z ciotką, a jego brat przyjedzie z Seilebost i odbierze go wieczorem. Bez wahania zaproponował chłopakowi gościnę u ciotki i transport samochodem brata, ale Cal odmówił i podziękował mężczyźnie, którego imienia zapomniał.

Zaczekał, aż tamten odejdzie, a potem powędrował na przystanek autobusu. Specjalnie spóźnił się na pierwszy kurs, wiedząc, że jeśli nie złapie następnego, będzie musiał zostać tu na noc.

Nie spiesząc się, wykończył ostatnią puszkę cydru. Klęcząc wewnątrz wiaty, rozpakował plecak, po czym starannie wypełnił go z powrotem. Na dnie ukrył walkmana i nagrane kasety, przykrywając to starymi wydaniami magazynu „The Face”. W przedniej kieszeni tkwiła darmowa gejowska gazetka – sam nie wiedział, po co wciąż ją wozi – ale kiedy przeszło mu przez głowę, by wywalić ją do kosza, przestraszył się, że porwie ją wiatr i uniesie gdzieś na wyspę. Złożył ją więc i wepchnął pod podszewkę plecaka z myślą, że łatwiej będzie spalić pisemko w domu. Na wierzch położył brudne rzeczy do prania i ukoronował zawartość starą, zniszczoną Biblią swojej matki.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Przypisy

1 Cytaty z Pisma Świętego zostały zaczerpnięte z Biblii Warszawskiej. (Wszystkie przypisy pochodzą od tłumacza). ↩