Tytuł dostępny bezpłatnie w ofercie wypożyczalni Depozytu Bibliotecznego.
Tę książkę możesz wypożyczyć z naszej biblioteki partnerskiej!
Książka dostępna w katalogu bibliotecznym na zasadach dozwolonego użytku bibliotecznego.
Tylko dla zweryfikowanych posiadaczy kart bibliotecznych.
Książka dostępna w zasobach:
Biblioteka Publiczna Miasta i Gminy Nowy Dwór Gdański
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 202
Rok wydania: 1980
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Eudora Welty, ur. 13.IV. 1909 r. w Jackson (Missisipi), pisarka amerykańska. Pochodzi z rodziny osiadłej od przeszło stu lat na Południu Stanów. W latach 1927-1929 studiowała na Uniwersytecie Wisconsin, a następnie na Uniwersytecie Kolumbia Od 1936 r. zaczęła publikować opowiadania w pismach literackich. Pierwszy zbiór opowiadań, The Curtain of Green (1941, Zasłona zieleni) przyniósł jej wysokie uznanie krytyki. Akcja większości jej utworów rozgrywa się w rodzinnym Missisipi, a ich bohaterowie to często postacie dziwaczne, ukazane w karykaturalnym przejaskrawieniu, zawsze jednak mocno osadzone w realiach Południa. Twórczość Welty obejmuje kilka zbiorów opowiadań, powieść fantastyczną The Robber Bridegroom (1942, Zbójnik panem młodym), oraz dwie powieści: The Delta Wedding (1946, Ślub w krainie Delty) i The Ponder Heart (1954, Wielkie serce), E. Welty jest laureatką nagrody O”Henry”ego i Amerykańskiej Akademii Literatury.
Eudora Welty
Jezioro Księżycowe
Opowiadania
Tłumaczyła:
MIRA MICHAŁOWSKA
Książka i Wiedza • 1980
Tytuł oryginału
z tomu THE GOLDEN APPLES
Copyright 1947, 1948, 1949 by Eudora Welty
Ilustracja na okładce i stronie tytułowej
MIECZYSŁAW WASILEWSKI
Redaktor serii
MIROSŁAWA KARPIŃSKA
© Copyright for the Polish edition by „Czytelnik”,
Warszawa 1972
Loch był bardzo na matkę rozżalony. Gdyby poszło po jej myśli, zapewne trzymałaby go w łóżku przez okrągłe lato i dawała chininę o smaku kakaowym. Wrzeszczał więc w głos i wpatrywał się w nią, gdy stała nad nim, trzymając łyżkę pełną lekarstwa, i znowu miał w oczach ten sam powtarzający się niezmiennie obraz, ów kraciasty wzór jej odwiecznego fartucha, aż zabrakło mu tchu i zmuszony był przełknąć. Matka wsunęła mu na chwilę dłoń pod czapeczkę, zmierzwiła mu włosy w zastępstwie pocałunku i poszła się zdrzemnąć.
— Luella! — zawołał słabym głosem, w nadziei, że zwabi ją na górę i namówi, by pobiegła do Loomisa i z własnej kieszeni kupiła mu porcję lodów. W odpowiedzi usłyszał tylko, jak umyślnie rąbnęła garnkiem o blat kuchni. Westchnął więc, przeciągnął się, spojrzał na swoje gołe stopy — tak czyste, że aż go zemdliło od tego widoku — i oparłszy się na łokciach, zaczął wyglądać przez okno.
Po przeciwnej stronie ulicy stał opuszczony dom.
Loch wiedział doskonale, że cała rodzina byłaby szczerze rada, żeby ta rudera zechciała pójść z dymem, ale dla niego był to jedyny obiekt miłości, na jaki stać go było tego lata. Poprzez gałęzie rosnącej u nich starej wiśni, poprzez rząd cedrów na rozległym podwórzu prześwitywała zniszczona, drewniana boczna ściana. Wodził po niej wzrokiem lub wpatrywał się w nią uważnie, spokojnie, jak w dobrze znajomy obraz. Na pamięć umiał ten niedbały kontur, ten samotny kształt, rozmazujący się w głębi zapuszczonego podwórka. Ściana podobna była do pleców człowieka, olbrzyma drzemiącego tam, wiecznie drzemiącego.
Czerwony komin w kształcie butli stanowił centralny punkt oparcia. Dach był szorstki, spadzisty. Z jednej strony weranda, zawieszona w próżni, pozbawiona filarów, podobna do skały z kowbojskiego filmu seryjnego z kina „Bijou”. Ale zamiast śmiertelnie zagrożonych kowbojów przechadzały się po niej tylko kury panny Jefferson Moody, które przebiegały przez drogę trzepocząc skrzydłami, gdyż, widać, cień wydawał im się tu gęstszy, piasek miększy i przytulniejszy, a robaki, wyłuskiwane spod spróchniałych desek sczerniałej podłogi, smakowitsze.
W bocznej ścianie znajdowano się sześć okien, dwa na górze, cztery na dole, a pod samym kominem jeszcze jedno, małe okienko prowadzące z klatki schodowej. Miało kształt dziurki od klucza i w ogóle się nie otwierało. Identyczne okno znajdowało się w domu Locha. We wszystkich innych oknach były zielone zasłony, opuszczone do różnych poziomów, brak jednak było firanek. W jadalni stół bez krzeseł. Okno salonu wychodziło na cienistą werandę frontową, przysłoniętą delikatnymi, rozedrganymi liśćmi bambusa. Było ciemne, choć przezroczyste, i przypominało Lochowi jego ulubione bajoro nad rzeką. W salonie stały małe, frymuśne krzesełka, przypominające krzesełka ze szkółki niedzielnej lub dziecinne foteliki w drugstorze. Rozstawione były byle jak, tu i tam, a gdyby jakiś ciężki osobnik próbował przysiąść na którymś z nich, niechybnie rozpadłyby się w drzazgi, jedno za drugim. Drzwi do hallu zastępowała zasłona z paciorków. Gdy nie było ruchu powietrza, stała nieruchomo jak ściana, lecz mimo to można było, mijając drzwi wejściowe, spojrzeć przez nią w głąb pokoju.
Okno znajdujące się na wysokości okna pokoju Locha należało do ostatniego pokoju na samej, górze. Widać było przez nie połamane łóżko z materacem, obsuniętym w połowie na ziemię. Materac trzymał się jeszcze jako tako, a poprzez jego wypukłości i zagłębienia przesuwał się z wolna cień drzewa, gałęzi i liści.
Okno frontowego pokoju było z lekka uniesione i iskrzyło się teraz w promieniach popołudniowego słońca. Widać było przez nie tylko jeden filar łóżka, na którym ktoś zawiesił kapelusz. Bo, szczerze mówiąc, tam jednak ktoś mieszkał, prędzej czy później Loch musiał sobie przecież przypomnieć. Był to tylko pan Holifield, który pracował jako nocny dozorca w odziarnialni bawełny i spał całe dnie. Na przeciwległej ścianie wisiał obraz w szerokiej ramie, akurat na tyle tylko przekrzywiony, że od czasu do czasu wydawało się, iż go ktoś naprostował. W szkle obrazu odbijało się czasami światło dochodzące z zewnątrz, a w nim rząd ptaków, nanizanych na gałęzie drzewa, i wtedy pan Holilield miewał swoje sny.
Loch widział to wszystko przez szparę w rzędzie cedrów — akurat jednego było brak — obejmował wzrokiem całą tę posiadłość, jak gdyby była jego własnością, począwszy od frontowej werandy, a skończywszy na szałasowatym tyle domu i zacienionej altanie. Kochał to odmiennym zupełnie rodzajem miłości, pełnej zapachu butwiejących, czarnych liści, zmieniających się powoli w czarny pył. Wbijał wzrok w gęsty cień, rzucany przez cztery ogromne drzewa figowe, świadomy tego, że niebawem będzie je znowu okradał z owoców, jeżeli lipiec tego roku w ogóle nadejdzie. Nad ich gęstym cieniem jak łódź lśniło błękitne niebo — gorące jak bitwa, jak płomień gorejące. Chłopcy od sianokosów, z którymi wieczorami wyjeżdżała siostra Locha (wbrew woli ojca i za cichą zgodą matki), śpiewać będą jak zwykle „Deszczu już nie będzie więcej”. Nawet gdy zamykał oczy, pod powiekami miał pasma światła i cienia, oddzielone od siebie, tyle że odwrócone do góry nogami.
Dniami całymi, a czasem i nocą, zdawało się Lochowi, że mieszka tam, sam jeden, nieokiełznany jak kowboj, bez ojca i matki, że żadne z nich nie przychodzi, by dotknąć jego czoła lub zmierzwić mu włosy pod czapeczką, puścić wentylator po to tylko, żeby drugie
mogło go zatrzymać, lub wspólnymi siłami przyszpilić gazetę do lampy, tak by wyłączyć go z zasięgu ich rozmowy. Tam też nie mogłaby wedrzeć się Cassie, ze swoimi beznadziejnymi powieściami dla dziewcząt czy głupimi tomikami bajek.
Wiosną, gdy padały ulewne deszcze, Loch budził się często przerażony szumem jakby wielkiego lśniącego wodospadu. To rynna naprzeciwko była zatkana. Wyrwany z głębi ciężkiego snu, trząsł się na całym ciele, przymuszony do powrotu w rzeczywistość, do ponownego brania w niej udziału. Serce dziko łomotało mu w piersi.
Niechby robili z nim, co chcą, byleby mu zostawili ukochaną czapeczkę i opuszczony dom. Sięgnął pod łóżko po teleskop.
Teleskop był własnością ojca i póki Loch miał temperaturę, wolno mu było bawić się nim, ile mu się tylko podobało. Wręczono mu go w zamian za pistolet na kapiszony i straszak. Przedmiot ten, pachnący szufladą biurka z biblioteki i mosiądzem, wyciągany był zazwyczaj tylko z okazji zaćmienia księżyca, a raz pojawił się tego dnia, co to przelatywać miała nad domem pani w samolocie. Wypatrywano jej przez cały dzień, strojąc miny i wydziwiając, aż wszystkich zaczęło łamać w kościach. Ojciec trzymał teleskop oburącz, jak grubą laskę, jakby szykował się do obrony rodziny przed jakimś niebezpieczeństwem.
Loch nastawił długie, mosiężne rury i wysunął teleskop przez okno. Musiał rozsunąć w tym celu metalową siatkę, wpuszczając w ten sposób do pokoju rój komarów. Było to surowo zabronione. Krytycznym wzrokiem próbował ocenić rozmiary dojrzewających fig; wczoraj wyglądały jeszcze jak szklane paciorki, dzisiaj podobniejsze były raczej do winogron. Zerwania ich nie można było nazwać kradzieżą. Leżąc tak wściekły, bo uwięziony w łóżku, zdecydował, że przynajmniej w myślach może sobie pofolgować. Co tam. Powoli, pieszczotliwie przesuwał szkiełko wzdłuż domu, po krawędzi dachu, na której rozsiadły się ptaszki, skłaniając ku niemu małe łebki.
Nie odrywając oka od teleskopu wyraźnie czuł nawet zapach tamtego domu. Cała Morgana pachniała dziś wyjątkowo intensywnie. Na rogu ulicy kwitło drzewo magnoliowe. Jego kwiaty błyszczały jak zapalone świece w gęstym listowiu wielkiego, rozłożystego, podobnego do otworu gigantycznej pieczary drzewa, tuż za krawędzią dachu Carmichaelów. Przyjrzał się gniazdu drozda, obejrzał sobie piłkę Woodrowa Spightsa, która potoczyła się na sąsiedni dach, oraz kilka ulotek wyborczych, poniewierających się na werandzie opuszczonego domu. Z gęstwiny chwastów wyłoniła się i wśliznęła w jego pole widzenia połówka stłuczonego talerza; coraz to podbiegały kury, stukały dziobami w porcelanę, ale nadaremnie, gdyż talerz był pusty.
Loch jechał dalej swoim uzbrojonym w teleskop wzrokiem i objął nim marynarza z dziewczyną akurat w chwili, kiedy przeskakiwali przez rów. Podchodzili zawsze od strony pola i pochyleni przemykali się pod drzewami, trzymając się mocno za ręce Dziewczyna grała na fortepianie w miejscowym kinie. Dzisiaj przyciskała do siebie papierową torbę ze sklepiku spożywczego pana Bowlesa.
Loch zmrużył oczy; nie mógł doczekać się dnia, w którym marynarz zacznie podkradać figi. Ciekaw był, do czego jeszcze zdoła namówić chłopca ta dziewczyna. Nazywała się Virgie Rainey. Od samego początku nauki była w tej samej trasie co Cassie, wiedział więc, że ma szesnaście lat. Wiedział też, że nie jest amatorką niewinnych zabaw. Wyglądała niby to na kumpla, ale to były pozory. Kiedyś pozwoliła marynarzowi nieść się na rękach i rozczapierzonymi palcami podniesionych rąk rozgniatała liście drzew. To ona pokazała mu opuszczony dom i ona go tam zaprowadziła. Drzewa figowe były krępe i rozrośnięte. Rodziły malutkie, błękitne, słodkie owoce. Gdy owoce pękały, ukazywał się różowozłoty miąższ, ukryty wewnątrz jak kwiat, i trzeba było szybko wyciągać język, by schwycić gęste, złociste krople syropu. Loch poczuł się nagle, tu i teraz, pobłażliwym panem sytuacji i bynajmniej nie naglił marynarza; przeciwnie, wspaniałomyślnie robił mu prezenty z tych pięknych dni.
Klęcząc, zachwiał się odrobinę, ale uchwyciwszy raz marynarza i dziewczynę w orbitę tego swojego niewielkiego, biało-niebieskiego świata, przyglądał im się spokojnie, jak biegli, cali roziskrzeni, ku tylnym drzwiom opuszczonego domu.
Zaraz potem jak co dzień zjawił się stary człowiek, nadjeżdżający w niebieskim wozie. Jak zwykle podjechał najpierw do domu Starków, po czym zawrócił do skrzyżowania, do Carmichaelów.
Mleko, mleko
Maślanka,
Świeże ostrężyny,
Maślanka.
Był to pan Fate Rainey ze swoją piosenką. Trwało to bardzo długo. Codziennie Loch wypatrywał świeżego kwiatu, jakim przyozdobiony był słomkowy kapelusz konia. Pan Rainey przejeżdżał więc obok domu Starków, po czym okrążał cmentarz, dzielnicę czarnych i wracał. Przyśpiewka jego, na tę samą zawsze nutę, narastała, zbliżała się, oddalała, by po pewnym czasie znowu się zbliżyć. Ale może to było tylko echo — czy tak właśnie brzmiało echo? A może tak brzmiał ostatni krzyk człowieka wzywającego pomocy z głębi przepastnego dołu? „Tu... tu jestem... ludzie... tu!”
Po chwili rozległo się zrzędzenie błękitnej sójki. Chociaż wcale nie. Było to po prostu skrzypienie kuchennych drzwi. To tamci dwoje teraz dopiero wchodzili do domu przez tylną werandę. Loch patrzał na otwierające się drzwi, w których siatka na moskity wybrzuszała się mocno do środka, od tego pewnie, że latami ludzie się o nią opierali, na parę znikającą w głębi domu i wezbrało w nim znowu dawne oburzenie. Jednocześnie zaś poczuł radość. Dlatego, że chociaż para złoczyńców nie widziała go, on, Loch, mógł przypatrywać im się do woli, i to zarówno przez teleskop, jak i gołym okiem. Śledził ich już od kilku dni, byli jego prywatną własnością, jego własną tajemnicą.
Na dole, na schodkach domu Locha, pojawiła się teraz Luella i wielkim ruchem chlusnęła wiadro brudnej wody w kierunku opuszczonego domu. Loch wiedział, że Luella nie powie nikomu słowa, a on sam także za nic nie zdradziłby nikomu tego, co się tam działo. Nigdy jeszcze nie podzielił się z nikim swoją tajemnicą, nawet z Luellą.
Drzwi kuchenne, pchnięte nogą marynarza, trzasnęły, jedno z górnych okien zostało, nie bez trudu, uniesione i zamocowane, po czym głęboka cisza ogarnęła stary dom. I tak jak przedtem nie mógł zasnąć, gdyż przeszkadzał mu hałas wodospadu, tak teraz drażniła go ta cisza — walczył więc i z nią, i z sennością.
Przedtem, zanim jeszcze zobaczył zbliżającą się parę, zamierzał po prostu poleżeć i wyobrażać sobie, że straszni dzicy ludzie zajęli opuszczony dom lub że ukrywa się w nim groźny olbrzym. Wielkie drzewo figowe odgrywało już nie raz rolę cudownego drzewa, rodzącego złote owoce, które prześwitywały przez gałęzie jak chmara robaczków świętojańskich — migotliwe drzewo, zapalające się, gasnące, znów zapalające. Niedługo już spływać zacznie słodkim, złocistym syropem. Loch przez sen wyciągał język i wtedy matka pakowała mu łyżkę z lekarstwem do ust.
Często śniło mu się, że do środka domu wśliznęła się ciemna pieczara i że mleczarz jeździ z pokoju do pokoju, okładając długim batem konia z czerwoną różą. We śnie mleczarz nie śpiewał. Czasami śnił się Lochowi sam koń, biały i bardzo piękny. Koń podchodził pod okno i prosił o coś, unosząc głowę i odzywając się cichym, lecz wyraźnym głosem, a Loch nie był pewny, czy zgodzi się, czy też odmówi jego prośbie. Tym razem głos konia nie dotarł do niego przez zamkniętą szybę. Ale zaraz, ktoś chyba wszedł do domu.
Cassie ukazała się w drzwiach. — Przecież mówiłam ci, co masz robić — powiedziała. — Jeśli chcesz scyzoryk, to wytnij i podlicz dokładnie kupony od mydła.
Powiedziawszy to, trzasnęła drzwiami i odeszła. Dopiero gdy jej już nie było, zobaczył ją. Przebrana była jak cyrkówka z okazji czegoś, co robiła u siebie w pokoju. Była cała w kolorowe plamy i zupełnie do siebie niepodobna.
Tymczasem naprzeciwko, w opuszczonym domu, panowała cisza, i to nie taka, co potem zabiera się i opuszcza człowieka, lecz taka, co podchodzi blisko i zostaje. Coś nieokreślonego nacierało na Locha, coś, z czego nie wolno było spuścić wzroku. Wiedział niejasno, że ktoś odlicza starannie tę nieokreśloną bliżej jakość. Odliczał więc i on. Najpierw kolejno, potem piątkami, wreszcie dziesiątkami. Zasłaniał oczy ramieniem i liczył, nie poruszając wargami, wyobrażając sobie, że jak dojdzie do określonej cyfry, to wyda z siebie głośny okrzyk, coś w rodzaju: ,,Gotowe, zaklepane!”, i schowa się za pień wiśni. Ale wcale nie krzyknął i nagle poczuł, że przygniata go ciężar własnego ramienia. Bywało, że zasypiał w tej pozycji. A później, gdy opadała popołudniowa gorączka, budził się zlany potem. Matka zmieniała wówczas powłoczki na poduszkach i układała go na nich. Robiła to właśnie w tej chwili.
Matka, już ubrana do wyjścia, przechylała niewielki, różowy papierek nad niemrawo wysuniętym językiem Locha i wsuwała szklankę wody do po omacku wyciągniętej ręki chłopca. I za każdym razem, gdy już połknął taki proszek, matka powtarzała: — Doktor Loomis zapisuje te proszki tylko po to, żeby mi dogodzić.
A ojciec, powróciwszy z biura do domu, podchodził do łóżka Locha i mówił: — No cóż, synu, jak się ma malarię... — (całował Locha) — ... to się ma malarię. Cha, cha, cha!
Loch wydawał na to dźwięk obliczony na zdenerwowanie jej, ale ona się tylko uśmiechała.
— Jak wrócę z herbatki u panny Neli Carlisle, to opowiem ci plotki z całej Morgany — przyrzekała.
Mimo woli musiał się do niej uśmiechnąć, ale z zaciśniętymi wargami. Była prawie że sprzymierzeńcem. Machnęła torebeczką popołudniową z metalowej siatki i poszła na to swoje przyjęcie. Gdy wychylił się głęboko z okna, widział powolny, migotliwy korowód ciągnących morgańskich pań. Szukały schronienia przed upałem pod kolorowymi parasolkami i leniwie kroczyły w kierunku domu panny Neli. W te ich migotliwe, prześwitujące kolory włączyła się i matka Locha. Słyszał głos panny Perdity Mayo, a stukanie cienkich obcasików letnich pantofelków o bruk ulicy zagłuszało... zagłuszało inny dźwięk...
W powietrzu zadrżała mała melodyjka. W pustym domu ktoś grał na fortepianie.
Melodyjka wróciła, wywołana jakby dotknięciem małej rączki, którą Loch niechcący zepchnął z klawiszy. Wsunął się więc głęboko pomiędzy poduszki i pozwolił jej grać. I naraz poczuł, że leją mu się łzy z oczu. Ze zdumienia otworzył usta. Pomyślał sobie, że melodyjka ta jest właściwie jedynym konkretnym zjawiskiem całego tego dnia, całego lata, długiego okresu choroby, gorączki i dreszczy, jedynym wydarzeniem godnym zapamiętania, jedynym, bo osobistym. Jednakże nie potrafiłby tego nikomu wytłumaczyć.
Melodyjka ta była raczej rodzajem hejnału, gamą akordów powitalnych. Takie dźwięki wydawały czasami w lesie rogi myśliwskie. Przymknął powieki. Pieśń przypływała, odpływała, rozpływała się w powietrzu. Słuchał uważnie, a potem usiłował ją powtórzyć.
Melodyjka przywodziła mu na myśl bardzo dawne czasy, kiedy siostra była mu jeszcze bardzo bliska, kiedy kochali się i żyli we własnym szczególnym świecie, bezbrzeżnym, bezpiecznym i zamkniętym, do którego nie mieli wstępu ani ojciec, ani matka i którego nie zdołali spenetrować ani prośbą, ani groźbą. Był to świat zupełnie odmienny od tego, w którym przebywał obecnie, z którego usiłował wyjrzeć na zewnątrz, wysilając oczy jak wiecznie czujny Argus.
Usłyszał, jak ktoś trzykrotnie brzęknął łyżką o brzeg miski. To Cassie w swoim pokoju zajmowała się jakimiś dziewczyńskimi sprawami, które zdaniem Locha kończyły się zazwyczaj fatalnymi zapachami jak wtedy, kiedy postanowiła wymalować jakieś blaszane pudełko w różane pączki i susząc je nad ogniem przypaliła je. Z dołu dochodziło go mamrotanie Luelli, która miała zwyczaj mówienia do siebie. — Luella! — zawołał Loch i położył się równo na plecach, a ona odpowiedziała z dołu, że byłaby bardzo zobowiązana, gdyby Loch zechciał jej dać święty spokój, gdyż w przeciwnym wypadku gotowa natychmiast wyzionąć ducha. Podciągnął się więc znowu ku oknu, wyjrzał i zobaczył zupełnie nową postać przed opuszczonym domem.
Była to starsza pani, a raczej starsza kobieta, idąca przed siebie niepewnym krokiem, takim mniej więcej, jakim poruszał się Loch, kiedy wstawał z łóżka. Kobieta ta nie szła na przyjęcie, to było pewne. Musiała przywędrować z daleka, chyba ze wsi. Zatrzymała się przed opuszczonym domem, rozejrzała się weszła na frontową ścieżkę.
Wyglądała na chłopkę, ale to jeszcze nie wszystko. Szczególny jej wygląd brał asie zapewne stąd, że miała puste ręce. Nie trzymała w nich ani torebki, ani wachlarza. Można by ją od biedy wziąć za mieszkankę opuszczonego domu, która wyszła na chwilę na dwór, żeby zorientować się, czy pada deszcz, a teraz po prostu wraca do siebie, nieco zaaferowana, gdyż ma mnóstwo roboty w gospodarstwie.
Gdy przyśpieszyła kroku, Loch pomyślał, że może to matka marynarza, która przyszła po swojego syna. Marynarz nie miał przecież nic do roboty w Morganie. Ale to nieważne, faktem jest, że kobieta wspięła się na frontowe schodki, weszła na rozklekotaną werandę, pchnęła frontowe drzwi, które otworzyły się dla niej z taką samą łatwością, jak tylne drzwi dla Virgie Rainey, i weszła do środka. Przed chwilą Loch widział zarys jej postaci, prześwitujący przez rozkołysaną zasłonę z paciorków.
Gdyby drzwi frontowe, zaopatrzone przecież w zamki i klucze, były zamknięte, nic podobnego nie mogłoby się zdarzyć. Myśl o tym, jak łatwo przypadek może zapobiec wypadkowi i jak łatwo jest przegapić coś ważnego, tak uderzyła Locha, że aż zmrużył oczy.
Przez ulicę przebiegały teraz gęsiego, w pośpiechu, trzy zdyszane, spóźnione panie: panna Jefferson Moody, panna Mamie Carmichael i panna Billy Texas Spights. Rozminęły się ze starą kobietą tylko o sekundę. Gdyby się tak nie stało, zapewne wstrzymałyby rozwój wypadków. I zaraz potem, w próżnię, jaka powstała po ich przejściu, wpadły nagle roje motyli, okrążających się nawzajem, wirujących, mijających się w locie. Skrzydełka ich błyszczały i migotały jak miecze pojedynkujących się ze sobą rycerzyków.
Loch ucieszył się z obrotu wypadków. W opuszczonym domu znajdowały się teraz już trzy osoby. Zastanawiał się nad tym, czy stara przyszła po to, żeby wykurzyć parę kochanków i powiedzieć im kilka słów do słuchu, i zdziwiło go, gdy w salonie nagle zabłysnął żyrandol. Wysunął szybciutko teleskop przez okno i wścibskim wzrokiem patrzył w szkiełko. Stara pospiesznie dreptała po salonie, przesuwała się z miejsca na miejsce, od krzesełka do krzesełka, od ściany do piannia i z powrotem. Nie widział jej nóg i dlatego robiła wrażenie nakręconej zabawki, z tych, co to zawsze wpadają na różne przedmioty, obijają się o ściany i które trzeba ciągle podnosić, obracać, nakręcać i odpychać.
Przesunął teleskop o dwa centymetry w górę. Na nie zaścielonym materacu wylegiwali się tamci — marynarz i pianistka, zajadając korniszony z papierowej torebki. Leżeli na skłębionym materacu i Loch pomyślał, że chętnie sam położyłby się na nim, spadziście i nago — mimo że łachotliwe kępki bawełny wyłaziły z rozlicznych dziur — i opychałby się korniszonami. Materac był krzywy, więc dziewczyna musiała pilnować, żeby torebka z korniszonami, która zsuwała się powoli w dół, nie spadła na ziemię. Gdy co pewien czas znajdowała się poza zasięgiem ich dłoni, wybuchali wielkim śmiechem i trzymając korniszony w ustach jak cygara, patrzyli sobie głęboko w oczy. Czasami kładli się po prostu na wznak, równo obok siebie z nogami ułożonymi w kształcie litery M i trzymali się za ręce. Wyglądali wówczas zupełnie jak lalki papierowe, które siostra Locha wycinała czasami z gazety i rozkładała, by je zaprezentować bratu. Gdyby Cassie weszła teraz do pokoju, pokazałby jej tamtą parę i na pewno obydwoje pomyśleliby od razu o tych wycinankach.
I nagle, zupełnie jakby ktoś te papierowe laleczki poskładał, tamci, żywi, złączyli się w jedno ciało. Przypominali teraz wielkiego konika polnego, który przysiadł sobie na chwilę, poskładał wszystkie nóżki, ukrył je gdzieś w swoim małym ciałku, martwym jak gdyby, pokrytym ochronną barwą.
Loch opadł znów na poduszki, przyłożył policzek do chłodnej po włóczki i zamknął oczy. Poczuł wielkie zmęczenie. Przycisnął zimny teleskop do siebie i paznokciem zamknął mu małe oko.
- Biedny, stary teleskopie — powiedział.
Kiedy po pewnym czasie znów wyjrzał przez okno, w opuszczonym domu działy się różne rzeczy.
Na górze marynarz i Virgie Rainey gonili się w kółko po pokoju i wymachując rękami przeskakiwali przez połamane łóżko. Nie wiadomo było, kto kogo goni, ponieważ odległość pomiędzy nimi nie zmieniała się. Biegli równo i rytmicznie, zupełnie jak Charlie Chaplin goniony przez policjanta i gotowi byli w każdej chwili paść plackiem na podłogę.
Na dole matka marynarza znalazła sobie dość dziwne zajęcie. Dekorowała pokój. (Jaka szczęśliwa byłaby Cassie, gdyby o tym wiedziała). Jak gdyby szykowała się na przyjęcie gości, ozdabiała salon długimi, udartymi z gazety wstęgami.
Od czasu do czasu wychodziła z pokoju — rozgarniając zasłonę z paciorków — pojawiała się znów z naręczem starych egzemplarzy „Sygnałów”, które od dawna tylko zawadzały i obrastały kurzem na tylnej werandzie. Wykonywała jednocześnie jakieś dziwne gesty, jak gdyby zbierała i zjadała kruszynki z przodu bluzki, bądź jak gdyby oskubywała ją z niewidzialnego meszku, i Loch, który natychmiast skojarzył sobie te ruchy ze swoją matką, zrozumiał, że po prostu wyjmowała wpięte tam szpilki. Przy pomocy tych szpilek łączyła papierowe paski gazetowe, które darła palcami z wprawą starej nauczycielki. Rozwieszała je zaczynając od pianina, gdzie podkładała ich koniuszki pod ciężką statuetkę.
Gdy Loch miał dość jednego widowiska przerzucał się w górę, na drugie. Jakże pędzili i skakali nad głową starej marynarz i dziewczyna. Od takich właśnie igraszek zapadło się kiedyś to łóżko.
Loch podparł ręką podpródek i pomyślał, że wszystko to już kiedyś widział. Stara ozdabiała pokój, jak stroi się choinkę lub mai słup na ludową zabawę. Papierowe wstęgi przeciągała od pianina do żyrandola, a stamtąd w cztery kąty pokoju, przeplatała je przez poręcze krzeseł, tam i sam. Kiedy zacznie się zabawa?
Po pewnym czasie Loch uznał, że salon jest dostatecznie ustrojony i upstrzony, i pomyślał, że właściwie mogłaby już dać spokój. Ale stara nie przestawała się krzątać. Wykonała widać dopiero drobną część większego planu, który sobie ułożyła. Wydawała się bardzo samotna wśród splendoru, który wyczarowała własnymi rękami. Nie była związana z nikim i z niczym. Była po prostu starą, samotną kobietą w opuszczonym domu i nie miała nic przeciwko nikomu. Chociaż gdy Woody Spights z siostrzyczką podjechał w pewnym momencie na wrotkach pod dom, wyskoczyła na próg i przegnała ich.
Raz nawet wyszła z domu, ale wnet powróciła. Tym swoim chwiejnym, lecz nieomylnym krokiem — jakby toczyła się na spaczonym z lekka kole — przeszła na drugą stronę, do domu Carmichaelów, weszła na ich podwórko i wróciła, niosąc w spódnicy trochę zielonych liści i jeden kwiat magnolii. Jak młoda dziewczyna oburącz trzymała rąbek sukni, odsłaniając szczupłe nogi. Przeszła przez drogę zygzakiem — zbyt frywolnie, zbyt ostentacyjnie jak na matkę — ale matki czasami robiły takie rzeczy. Uniosła nawet lekko łokcie, jakby się szykowała do podskoku. Nikt jej, na szczęście, nie widział. Loch poczuł, że pot występuje mu na czoło. Z domu panny Neli, gdzie panie zebrały się na herbatkę, docierał dźwięk kobiecych śmiechów — to pewnie panna Jefferson Moody opowiadała którąś ze swoich nieprawdopodobnych historyjek. Nikt nie widział starej oprócz Locha, a Loch nie zamierzał dzielić jej z nikim.
Wniosła pęk zieleni do salonu i ułożyła na fortepianie, jakby chciała go umaić. Następnie cofnęła się o kilka kroków, pokiwała głową i wzrokiem pełnym podziwu — jakby to nie było jej własne dzieło — oceniła rezultat swoich wysiłków.
Nawet gdy już zdecydowała, że pokój jest dostatecznie ozdobiony, nie przestała się krzątać. Zaczęła go teraz uszczelniać. Przyniosła jeszcze gazet i zapychała nimi wszystkie szpary we framugach. Loch zorientował się, że obydwa okna są zasunięte i że w pokoju, który stanowił teraz zamknięte pudło, musi być upalnie i duszno jak w piekle. Zalała go fala gorąca, od stóp do głów. Stara poszła w głąb pokoju z naręczem ,,Sygnałów”. Podeszła do ślepej ściany, wpakowała cały ładunek papieru do kominka.
Potem znów wyszła z salonu i powróciła pchając przed sobą wielką plecioną matę; przechylała się na boki, pląsała, mocowała się z falującą plecionką i wyglądała teraz jak ogromny pająk, który zdobył smakołyk większy od samego siebie. Loch poczuł skurcz w brzuchu, zabrakło mu powietrza, więc nachyliwszy się przyłożył nos i czoło do siatki na moskity, wyciskając na skórze małe kwadraciki. Marzył o tym, by starej powiodło się w jej zamierzeniach, a jednocześnie życzył jej porażki. Po chwili poczuł, że opuszcza go dziwna zachłanność, jaką odczuwał w stosunku do opuszczonego domu, uczucie podniecenia, jakie w nim zawsze wzniecał. Wiedział teraz już na pewno, że stara zamierza spalić dom, i natychmiast zaczął wymyślać tysiące sposobów dla usprawnienia jej zamiaru.
Mogłaby na przykład przywlec na dół ma terać — paliłby się doskonale. Ten sam materac, na którym baraszkowali dziewczyna i marynarz. Albo wyciągnąć materac z całą pościelą spod pana Holifielda (którego kapelusz niepostrzeżenie przekręcił się na filarze łóżka i obracał się powoli jak chorągiewka na dachu). Gdy stara wymykała mu się z pola widzenia, nastawiał instrument na małe okienko w klatce schodowej, żeby zobaczyć, czy czasem nie wybiera się na górę.
Na razie przyniosła starą, watowaną kołdrę z werandy. Kiedyś spały na niej psy, a teraz wisiała na sznurze i tak wyblakła na słońcu, że była pół kolorowa, a pół ciemna. Stara wlazła na stołek pianina — jak to zwykle czynią kobiety z zupełną pogardą dla śmierci — i próbowała zasłonić frontowe okno. Kołdra obsunęła się natychmiast na ziemię. Stara jeszcze dwukrotnie właziła na stołek i dopiero za trzecim razem udało jej się umocować kołdrę. Ach, myślał Loch, żeby tylko nie zasłoniła środkowego okna, które było dokładnie naprzeciwko. Ale jeżeli nawet taki był jej zamiar, to musiała o nim zapomnieć. Co chwila przykładała rękę do czoła.
Od pewnego czasu nic jej się nie udawało. Wszystko jej się pokręciło. Zamierzała stworzyć przeciąg, ale w rzeczywistości odcinała dopływ powietrza do pokoju, a przecież ogień
