54,00 zł
W kolonialnej Algierii pewna kobieta pisze swoją historię od nowa Cecilia Belmonte nie chce pamiętać imienia, którego używała w Hiszpanii. Jej młodzieńcza niewinność brutalnie się kończy, zanim dziewczyna zdążyła dojrzeć. Posługując się sfałszowanymi dokumentami, przedostaje się do Oranu, kosmopolitycznego portu w północnej Afryce, tętniącego życiem i pełnego emigrantów takich jak ona: uciekających przed wojną, nędzą i powracającymi wspomnieniami. Cecilia ma jeden cel – przetrwać za wszelką cenę. Ciężko pracuje na plantacji i w pralni, jako pomoc domowa i robotnica w fabryce. Pragnienie lepszego życia popchnie ją jednak do kradzieży, a konsekwencje będą poważniejsze niż wyrok – stanie się w pełni zależna od wyjątkowo podłego człowieka. Czy kolejny raz zdoła się uwolnić i zacząć od nowa? Jeśli kiedyś wrócimyto opowieść o trzech dekadach z życia kobiety mającej odwagę walczyć o siebie i o lepsze jutro. Cecilia nie tylko przeżyła kolonialny rozkwit i tragiczny koniec francuskiej Algierii, ale także musiała odnaleźć w sobie siłę, aby wciąż zaczynać na nowo i godzić się z utratą tego, co z wielkim wysiłkiem zdobyła.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:
Liczba stron: 577
Rok wydania: 2026
Data ważności licencji: 5/20/2031
Por si un día volvemos
Copyright © María Dueñas 2025,
represented by the Antonia Kerrigan Literary Agency
Copyright © 2026 for the Polish edition by Wydawnictwo Sonia Draga
Copyright © 2026 for the Polish translation by Barbara Bardadyn
(under exclusive license to Wydawnictwo Sonia Draga)
Projekt graficzny okładki: Ilona Gostyńska-RymkiewiczGrafika na okładce: © Rachael Fraser/Arcangel Images; © Funtay/AdobeStockZdjęcie autorki: © Carlos Ruiz
Redakcja: Katarzyna Łopaciuk
Korekta: Joanna Rodkiewicz, Iwona Wyrwisz, Monika Baran
ISBN: 978-83-68543-21-6
Wszelkie prawa zastrzeżone. Nieautoryzowane rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci jest zabronione i wiąże się z sankcjami karnymi.
Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórców i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.
Szanujmy cudzą własność i prawo!
Polska Izba Książki
Więcej o prawie autorskim na www.legalnakultura.pl
WYDAWNICTWO SONIA DRAGA Sp. z o.o.
ul. Fitelberga 1, 40-588 Katowice
tel. 32 782 64 77, e-mail: [email protected]
www.soniadraga.pl
www.facebook.com/WydawnictwoSoniaDraga
E - book 2026
Kiedy zjedliśmy chleb i ser, matka się położyła, a ja poszłam na tyły domu, do chlewika, w którym nie było już świń i który zajmowałam razem z Toñikiem, nim umarł. Ojciec i mężczyzna zostali przy ogniu z bukłakiem przyniesionym przez nieznajomego: bukłak przechodził z ręki do ręki, z ust do ust; od czasu do czasu strużki wina spływały im po nieogolonych brodach.
Nie miałam łóżka ani nawet materaca, jedynie snopek słomy na ziemi i kawałek brudnej szmaty do przykrycia. Nie miałam też koszuli nocnej; w tym domu ani w tym świecie nikt nie przebierał się do spania, kładliśmy się w tym, co nosiliśmy w ciągu dnia, a nosiliśmy to samo, co poprzedniego i następnego, bo nie mieliśmy nic więcej prócz tych łachmanów. Zimą narzucaliśmy dodatkowo coś na siebie, latem zdejmowaliśmy to, co zbędne, a dzieci latały nago jak zwierzęta.
Zasnęłam z posmakiem sera w ustach, zastanawiając się nad tym, co mężczyzna opowiedział o tym miejscu, do którego się udawał, po drodze zatrzymując się u nas i prosząc o nocleg na jedną noc; o miejscu, w którym był już w czasach młodości, jak powiedział. Żeby się tam dostać, najpierw należało dotrzeć do portu i przeprawić się przez morze. Wybierali się tam ludzie szukający sezonowej pracy, niektórzy z nich zostawali tam już na zawsze. Nazywało się Algieria i ta nazwa utkwiła mi w głowie. Algieria.
Nie słyszałam, jak przyszedł. Jego obecność uświadomiłam sobie dopiero wtedy, gdy poczułam grube palce ściskające mnie tam, na dole, zadające jakąś okrutną pieszczotę, podczas gdy druga ręka zacisnęła się na mojej twarzy, pozbawiając tchu. Niczym ktoś, kto ciska na ziemię worek fasoli, rzucił się na mnie i przygniótł. Uderzeniem kolana zdołał rozchylić mi nogi. Nie byłam w stanie krzyczeć, nie mogłam się ruszyć. Próbowałam przekręcić głowę, żeby złapać oddech, a kiedy mi się nie udało, to żeby się nie udusić, ugryzłam go w palec. Wtedy zabrał rękę i walnął mnie tak, że rozciął mi wargę, a w uchu pojawiło się dzwonienie.
Musiał przyjść tu już z rozpiętymi spodniami, gotowy we mnie wejść, bo potrzebował ledwie chwili, żeby dostać się do środka, a wtedy poczułam, jakby pogrzebacz wbił się we mnie bardzo głęboko. Potem zaczął pchać, pchać, pchać, jednocześnie lizał mi szyję i mnie obśliniał, chrypiał coś, czego nie rozumiałam, drapał mi skórę swoją szorstką brudną brodą. Ważył tyle, co jeden z tych prosiaków, które kiedyś tu były; śmierdział brudem, potem, zepsutym winem. Kiedy mężczyzna dalej pchał, mnie płonęła nawet dusza, a w ustach czułam smak krwi.
W końcu musiał się spuścić w środku i został tam tak samo, jak wszystkie samce, kiedy już sobie ulżą. Widziałam to u psów, które nie ruszały się nawet wtedy, gdy rzucało się w nie kamieniami. Widziałam to, kiedy Francisco popchnął mnie na ścianę zagrody i ocierał się o mnie, nawet nie rozpinając rozporka, tamtej nocy Świętego Wawrzyńca, kiedy pierwszy raz wrócił z wojny w Maroku. Tak samo jak knury, gdy pokrywały lochy, albo gdy ojciec mówił do mojej matki odwróć się, kobieto, a ona posłusznie, bez słowa, robiła, o co prosił. Po wszystkim faceci byli rozleniwieni, otumanieni, tępawi jak półgłówki. To samo działo się z tym mężczyzną, kiedy się zaspokoił – wciąż tkwił we mnie, choć już oklapnięty, nieruchomy.
Wytrzymałam tak chwilę, nie wiem, czy długą, czy krótką, z szeroko otwartymi oczami, myśląc i zarazem nie myśląc; chciałam się jedynie wydostać spod tego mężczyzny. Kiedy zaczął chrapać, udało mi się wyciągnąć rękę i powoli sięgnęłam tam, gdzie ojciec trzymał narzędzia. Niecierpliwie przesuwałam dłoń po klepisku, po omacku, w poszukiwaniu czegoś – czegokolwiek. Jakiegoś przyrządu, kamienia, sekatora, drzazgi – przydałoby mi się cokolwiek. Aż natrafiłam na drewniany uchwyt. Tak. Właśnie to. Zacisnęłam dłoń na uchwycie, nie pozwoliłam, by wątpliwości mnie zatrzymały. Po prostu uniosłam rękę nad jego plecy i z zaciśniętymi zębami z całych sił wbiłam w niego sierp.
Miałam szczęście i trafiłam w miękki obszar. Wpół zardzewiałe ostrze, używane przy żniwach, kiedy ojciec kosił któregoś roku, zatopiło się w nim jak w misce ze smalcem. Od razu usłyszałam, że wypluwa flegmę jak jakieś zwierzę, a z ust wysunął mu się szorstki, gruby jęzor. Chciał coś powiedzieć, ale z jego gardła wydobył się tylko kolejny dźwięk przypominający ryk, a potem strumień krwi. Wykorzystałam ten moment, by go zepchnąć, naciskając ramieniem, mocno, mocniej, aż zdołałam wyślizgnąć się na bok.
Wciąż leżał na brzuchu, nie ruszał się. Z ust dalej wypływało mu coś jakby plwociny, czemu towarzyszył coraz bardziej cichnący odgłos. Nie sprawdzając, czy jeszcze oddycha, po ciemku przeszukałam jego ciało, pogrzebałam w kieszeniach i wyciągnęłam to, co było w środku. W palcach wyczułam złożone papiery, tabakierkę, garść pieniędzy, zapalniczkę oraz zmiętą i wilgotną chustkę. Siedząc w kucki przy jego stopach, rozłożyłam ją na ziemi i położyłam na niej resztę przedmiotów. Połączyłam rogi, zawiązałam na dwa supły.
Chciałam już wyjść, kiedy pomyślałam, że lepiej się upewnić. Nachyliłam się więc, znowu chwyciłam rękojeść sierpa i przekręciłam, nie wyciągając ostrza z pleców. W jedną stronę, w drugą stronę, aby zostawić go na pewno martwego.
Wybiegłam w środku nocy. Nie odwróciłam głowy, by ostatni raz spojrzeć na swój biedny dom; nie zobaczyłam już nikogo. Po prostu rzuciłam się w ciemność, tam, gdzie kiedyś wyruszył ojciec, kiedy poszedł do kopalni, i gdzie kierowała się matka w poszukiwaniu pracy, nim na wpół oślepła. Tam, gdzie podobno jest morze, inne światło, inne wiatry. Szłam boso, półnaga, z podwiniętą spódnicą, rozciętą wargą i przywiązaną do nadgarstka chustką mężczyzny pełną jego rzeczy. W brzuchu czułam nienazwane kłucie, a koszulę miałam całą we krwi.
Zaczęło się rozwidniać, a ja wciąż szłam, nie czując listopadowego chłodu. Kiedy pierwsze promienie słońca rozjaśniły niebo, nadal szłam. W mojej głowie nie było niczego, żadnej myśli, żadnego poczucia winy, jedynie cel, by iść dalej, dalej, dalej.
Słońce znalazło się wyżej, trafiłam na rów nawadniający. Z uniesioną spódnicą, starając się jej nie zamoczyć, weszłam do zielonkawej wody aż po pas. Wyrwałam kępę ścierni przy brzegu i potarłam nimi uda oraz krocze, by usunąć ze skóry zaschniętą krew. Umyłam też twarz i szyję, gdzie mężczyzna oblepił mnie swoją gęstą śliną. Garściami wlewałam sobie wodę nawet do uszu, żeby sprawdzić, czy tym sposobem pozbędę się sprośnych słów, które sączył mi do środka.
Gdy ruszyłam w dalszą drogę, zobaczyłam, że na stopach mam zdartą od kamieni skórę, a paznokcie czarne i popękane; na pewno bolały, lecz ja tego nie czułam. A może i czułam, ale sama nieświadomie zagłuszałam ten ból, ponieważ musiałam iść dalej, a stopy pełne skaleczeń i ran były jedynym, co mogło mnie nieść. Przemierzałam dróżki i wzniesienia, wyschnięte koryta strumieni, wąwozy zarośnięte chaszczami i kłującymi krzakami, trzcinowiska i pełne kurzu jary, gdzie od czasu do czasu pojawiały się spalone słońcem agawy, opuncje figowe, pióropusze palm.
Unikałam wszelkich domów i gospodarstw, omijałam drogi i chatki, skręcałam za każdym razem, gdy wyczuwałam jakiś ślad człowieka. Gdy tylko podejrzewałam, że kogoś spotkam, szłam naokoło; jeśli z daleka zauważałam mężczyznę na mule, rolnika przekopującego ziemię motyką czy kobietę rozwieszającą pranie, od razu się oddalałam.
Natknęłam się na wychudzone psy, które pokazywały mi zęby i próbowały na mnie skoczyć, ujadając przy tym i wyrzucając strumienie śliny tak, jakby w środku miały samego Lucyfera; broniłam się przed nimi, krzycząc jak szalona i waląc długim kijem, który zabrałam z jednego ze zboczy. Szłam, uważnie wszystko obserwując szeroko otwartymi oczami: biedne, surowe tereny niemal pozbawione roślinności, horyzont, garstka drzew oliwnych, gdzieniegdzie studnia czy młyn.
Starałam się skupić uwagę na tym, co widzę, żeby nie wspominać, żeby o niczym nie myśleć. Dalej, do przodu, do przodu. Na jednym ze ściernisk drogę przecięło mi kilka kuropatw, próbowałam je dogonić, ale okazały się szybsze ode mnie, a przecież dotąd zawsze z łatwością łapałam zwierzęta.
Słońce zaczynało się obniżać, kiedy dostrzegłam sad i nie mogłam się oprzeć szalonemu pomysłowi, by tam wejść i poszukać jakichś owoców. Kiedy się zbliżałam, zauważyłam, że coś podnosi się z ziemi, a potem usłyszałam krzyki i zobaczyłam groźnie wymachującego rękami właściciela. Schylił się, wziął kilka kamieni i zaczął we mnie nimi rzucać. Wycofałam się pospiesznie, podwijając spódnicę. Potknęłam się, przewróciłam i zdarłam kolana. Jeden kamień trafił mnie w kark, lecz nie zdołał mnie zatrzymać. W tym momencie już nic nie mogło mnie zatrzymać.
Spotkałam obszarpanego chłopca prowadzącego stado kóz. Szedł boso tak jak ja i nie miał pewnie więcej niż osiem czy dziewięć lat, być może tyle co Toñico, nim zabrała go gorączka; pomyślałam nawet, że chłopiec jest do niego podobny, w tych łachmanach i z ogoloną głową pokrytą strupami. Przestraszył się na mój widok, zaczął uciekać jak zając, zatrzymałam go krzykami. Zapytałam, czy dobrze idę, i przy trzeciej próbie, kiedy był już w pewnej odległości, odparł, że nie wie, ale możliwe, że tak, bo stamtąd, dokąd się kieruję, od czasu do czasu przyjeżdża bryczka, która przywozi pocztę. Tam go zostawiłam, wskazującego moją ścieżkę brudnym palcem.
Zapadł już zmrok, kiedy trafiłam na drogę i w oddali zobaczyłam pierwsze latarnie z tym dziwnym światłem, które zapowiada bliskość miasteczek; domyśliłam się, że docieram na miejsce, i wolałam nie iść dalej. Jeszcze przed pierwszymi domami stała duża budowla, coś w rodzaju spichlerza z na wpół zawalonymi kamiennymi ścianami. Spojrzałam w jedną stronę, spojrzałam w drugą, przed siebie i za siebie. Nie zobaczyłam śladu życia, więc weszłam do środka.
Schroniłam się w niewielkiej komórce bez drzwi, z zapadniętym dachem, zwinięta na ubitej ziemi, która cuchnęła ludzkimi i zwierzęcymi odchodami. Czułam niewyobrażalne zmęczenie, ale chociaż z całych sił zaciskałam powieki, sen nie nadchodził. Kiedy mój oddech wreszcie się uspokoił, gwałtownie powróciło do mnie to wszystko, co się wydarzyło. Ogień w piecu, kolacja. Mężczyzna. Czarne zęby, które odsłaniał, gdy się śmiał, strużki wina spływające mu po nieogolonej brodzie, klatka piersiowa wysunięta jak u gołębia, jego lubieżne oczy wbite w moje ciało. Powinnam była uprzedzić jego zamiary, nie odstępować matki na krok, powiedzieć o wszystkim ojcu. Ale tego nie zrobiłam, a oni niczego nie zauważyli. A może jednak tak, może zauważyli, jak mnie pożądał, i mu na to pozwolili. Być może zaoferował im parę groszy albo chleb i kawałek sera, którymi się z nami podzielił, bądź rzucił niejasną obietnicę, jakąś mrzonkę, w zamian za chwilę ze mną, bez żadnych protestów z ich strony, jakby o niczym nie wiedzieli.
Jego dyszenie, jego siła, mój ból, moje obrzydzenie – to wszystko, gdy tak leżałam w ciemności, przypomniało mi się z całą mocą. Moje szybkie palce sunące po klepisku w poszukiwaniu czegoś, co pomogłoby mi się go pozbyć, moja ręka wbijająca sierp w jego plecy. Ale, o dziwo, nie żałowałam. Czułam, że zrobiłam to, co musiałam zrobić, czego nikt nie zrobiłby za mnie, gdybym zostawiła go przy życiu. Do tamtej pory z moich ust jeszcze nigdy nie wyszło słowo sprawiedliwość, ale odnosiłam wrażenie, że to było coś zbliżonego do sprawiedliwości.
Obudziły mnie kościelne dzwony wzywające na pierwszą tego dnia mszę. Wystraszona otwarłam oczy i momentalnie usiadłam. Przez dziurę, w której dawno temu być może były drzwi, do małego pomieszczenia wpadały promienie wciąż nisko zawieszonego słońca, co pozwoliło mi potwierdzić, że to miejsce jest strasznie brudne i że z jednego z kątów obserwują mnie trzy koty. Siedząc na ziemi, oparta plecami o ścianę, rozwiązałam węzeł chustki przytroczonej do nadgarstka, a następnie rozplątałam oba supły łączące cztery rogi. Rozłożyłam chustkę, by obejrzeć zawartość: mój jedyny majątek.
Przeliczyłam podniszczone banknoty oraz monety, duże i małe. Rozłożyłam pomięte dokumenty, dwie kartki, którymi mężczyzna przechwalał się przy ogniu i machał, ogłaszając, że dzięki nim wsiądzie na statek płynący do Algierii, żeby zarobić dobre pieniądze.
Dokument tożsamości na nazwisko Cecilio Belmonte Torres – przeczytałam z trudem na pierwszej kartce.
Druga to był bilet Kartagena–Oran na parowiec Ville de Paris. Data wypłynięcia: dziewiąty listopada tysiąc dziewięćset dwudziestego siódmego roku.
Jakaś dziewczynka tępo wpatrywała się w ziemię i jadła słodką bułeczkę; wyrwałam jej jedzenie z rąk, podczas gdy matka płaciła hodowcy warzyw za pęczek marchewki. Kiedy dziewczynka ocknęła się z zamyślenia i zaczęła płakać, ja już się ulotniłam. Do chłopaka, który ciągnął bańki z mlekiem, wystawiłam złączone dłonie w kształcie miseczki, żeby dał mi trochę. Jedyne, co dostałam, to zamarkowane uderzenie.
– Do portu, którędy dojdę do portu? Do portu, gdzie jest port?
Wszyscy pokazywali mi w tym samym kierunku, jakby gdzieś w dół. Chociaż mi się spieszyło, to nim ruszyłam dalej, zatrzymałam się przy fontannie, żeby obmyć stopy; były czarne, spuchnięte, z połamanymi paznokciami, zmasakrowane przez kamienie, które na dróżkach rozrywały mi skórę i wbijały się głęboko. Bolało, mój Boże, jak bolało. Ale nie mogłam pozwolić, żeby ból powstrzymał mnie przed dalszą drogą.
Kobiety, które czekały na napełnienie swoich dzbanów, krzyczały, bym sobie poszła, żebym nie zapaskudziła dysz. Albo żebym przynajmniej zaczekała na swoją kolej. W tych łachmanach i z natychmiastową potrzebą umycia się musiałam wyglądać jak jakaś obłąkana. Skąd niby miałam wiedzieć, że aby podejść do wody, trzeba stanąć w kolejce, zachować porządek. W dziurze, z której pochodziłam, nikt nie znał takich słów jak porządek czy kolejka. Jakaś staruszka, zgarbiona tak, że niemal dotykała nosem piersi, złapała mnie za łokieć i wyciągnęła z roju kobiet. Zaciągnęła mnie do swojej nędznej chaty za rogiem, wymamrotała zaczekaj, dziecko, i po chwili wróciła ze starymi espadrylami, koszulą, która kiedyś była biała, i czymś w rodzaju szorstkiej, wypłowiałej i łatanej dziesiątki razy płóciennej peleryny.
– Należały do mojego męża, świeć Panie nad jego duszą – powiedziała. – Koklusz zabrał go na Świętych Kosmę i Damiana.
Przebrałam się od razu przy drzwiach. Przechodzący tamtędy mężczyźni gwizdali na mnie i rzucali okropieństwa, a ja nie pozostałam im dłużna. Była to druga para espadryli, jaką nosiłam w swoim życiu, i nie dbałam o to, że odziedziczyłam je po nieznajomym, którego paskudny kaszel wysłał do nieba. Okazały się za duże, ale mocno zawiązałam je wokół kostek i byłam za nie wdzięczna bardziej, niż gdyby to były buty podszyte jedwabiem.
Miejscowość, jak usłyszałam, nazywała się San Antón. Stamtąd, kierując się wskazówkami staruszki, ruszyłam długą niczym wąż aleją. Tramwaj przestraszył mnie, hałasując i dzwoniąc; odskoczyłam, żeby mnie nie przejechał. Kręcili się tam także inni ludzie, chłopcy w czapkach rozwożący rowerami przesyłki, złomiarze ze swoimi wózkami, uliczni sprzedawcy, kobiety w wiecznej żałobie, które zdawały się dźwigać ból po zmarłych z całego świata.
Zobaczyłam także kilku mężczyzn w mundurach i zrobiłam się czujna. Wyobrażałam sobie, że ich praca polega na tym, by strzec moralności publicznej, a jako że ja nie byłam przyzwoita, bo wciąż miałam w sobie nasienie mężczyzny i jego krew za paznokciami, wolałam zejść im z drogi. Tak więc zamiast iść szeroką środkową częścią alei, słoneczną i tętniącą życiem, odeszłam na bok, w cień eukaliptusów, trzymając się z dala, sama.
I tak weszłam do miasta, gdzie wszystko wydało mi się takie dziwne, takie dziwne… Dotąd nawet sobie nie wyobrażałam, że w odległości niewiele ponad dnia marszu z El Puntarrón mogę natknąć się na takie cuda. Wozy ciągnięte przez zwierzęta większe ode mnie, które sprawiały wrażenie, jakby chciały mnie zmiażdżyć, gdybym tylko na chwilę się zagapiła. A nawet wozy poruszające się same, bez mułów czy koni, które by je ciągnęły, obudowane, ciemne, z klaksonami i ludźmi w środku. Sklepy, w których sprzedawano tkaniny w takich kolorach, jakich moje oczy jeszcze nigdy nie widziały, kioski, apteki pełne fiolek i maści, kawiarnie z wielkimi markizami nad wejściem.
Zdumiona stanęłam przed jednym ze sklepów: za szybą wisiały pęta kiełbas i piękne szynki; nie byłam w stanie się ruszyć, dopóki nie wyszedł ekspedient, popchnął mnie w ramię i powiedział wynocha. Później przystanęłam przed innym sklepem z piramidami ciasteczek mantecados, takimi jak te, których próbowaliśmy tamtego dnia, kiedy siostra księdza przyszła do domu przekonać mamę, żeby zamknąć nas w Domu Miłosierdzia; kobieta obiecała jej, że dadzą nam ubranie, żeby zakryć, co trzeba, i codziennie będziemy jeść cienką zupę z kluskami.
– Port? – powtarzałam raz za razem, żeby nie dać się oszołomić kolejnymi wspaniałościami. – Czy dobrze idę do portu?
Jedni wskazywali przed siebie, inni nawet nie raczyli na mnie spojrzeć; wyglądałam tak nędznie, że pewnie myśleli, że ich okradnę albo zarażę grzybicą. W końcu, wyłącznie dzięki intuicji, a może dlatego, że tam światło było jaśniejsze, przeznaczenie wyszło mi naprzeciw. Nikt mi wcześniej nie opowiadał, jak wielkie jest morze, a do tamtej pory jedyna woda, jaką widziałam, to ta w dzbanach, rowach i w postaci niewielkiego deszczu, który padał u nas od czasu do czasu.
Gapiłam się na duże i małe statki z rozdziawioną buzią, czyli z taką miną, jaką zawsze miał Łysy Eustaquio, sąsiad z El Puntarrón, który urodził się niedorozwinięty, biedaczek. Potem zaczęłam rozpytywać wśród mnóstwa mężczyzn, którzy się tam kręcili. Odsyłali mnie od jednego do drugiego, aż dotarłam do człowieka w ciemnej tweedowej czapce, z pokaźnymi wąsami i teczką pod pachą.
– Chcę jechać do Oranu.
– A ja chcę dzisiaj na kolację smażonego kurczaka.
– Mam papiery.
Prychnął przez nos.
– Zobaczmy – powiedział, wyciągając dłoń, której wewnętrzna część była poznaczona czarnymi rowkami.
Podałam mu pogniecione dokumenty mężczyzny, a on przysunął je do twarzy. Wyglądało to tak, jakby chciał je powąchać, ale on był po prostu krótkowidzem.
– Tutaj jest napisane Cecilio. Cecilio Belmonte, imię męskie.
– Mój ojciec musiał się pomylić…
Żeby nie zadawał więcej pytań, ubiegłam go:
– A statek do Oranu to który z tych?
– Przybije w nocy, jest opóźniony. Wypłynie jutro rano, bądź tu wcześnie.
To czekanie ani trochę mi się nie podobało. Mogli mnie już szukać, a im bardziej odwlekałoby się wejście na pokład, tym łatwiej by mnie namierzyli. Ale nie pisnęłam ani słowa, tylko się odwróciłam, zamierzając znaleźć sobie jakieś miejsce, gdzie mogłabym się ukryć do czasu wejścia na statek. Zrobiłam już kilka kroków, kiedy znowu usłyszałam wąsacza:
– Ej, dziewczyno!
Odwróciłam się.
– Masz pieczątkę z konsulatu?
Z mojej osłupiałej twarzy musiał wyczytać, że nie wiem, o czym mówi.
– We francuskim konsulacie muszą ci przybić pieczątkę.
Najwyraźniej dostrzegł też, że nie mam zielonego pojęcia, co to takiego.
– Pieczątka – powtórzył.
Wykonał gest: zaciśniętą pięścią jednej ręki mocno uderzył w otwartą dłoń drugiej.
– No już, biegnij, żeby ci ją przybili. Bez pieczątki nie wejdziesz na pokład.
Znowu zaczęłam pytać kogo popadło i znowu spotkałam się z taką samą pogardą i niechęcią. Ale znalazło się też dwóch czy trzech nieszczęśników, u których musiałam wzbudzić litość, bo powiedzieli mi tędy, tamtędy, i tym sposobem w końcu znalazłam się przed imponującym budynkiem.
Nie ja jedna byłam w takiej sytuacji, przy wejściu czekało wielu nieboraków z wystraszonymi i zdezorientowanymi twarzami, podobnymi do mojej, z ogromnym zmęczeniem i latami głodu utkwionymi głęboko w ich ciałach. Przybyli Bóg wie skąd, zabierając ze sobą nędzne tobołki, patelnię, kosz, stojące w rządku dzieci, głuchego dziadka, bezzębną babcię.
Zapytałam, czy ktoś potrafi pisać. Tylko jeden ojciec rodziny podniósł rękę.
– Coś – powiedział – niewiele.
Poprosiłam go, żeby przeprawił mi w papierach Cecilio na Cecilia.
– Zrobię to za dwa reale. Nie żebym odmawiał ci przysługi, dziewczyno, ale za to kupię mleko dla dziecka, może jakoś przetrzyma podróż.
Gdybym wiedziała, że mężczyzna pisze tak samo fatalnie jak ja, zaoszczędziłabym pieniądze. Mieliśmy szczęście i nie musieliśmy długo czekać. Wreszcie zrozumiałam, co to znaczy przybić pieczątkę; na przeprawioną literę nawet nie zwrócili uwagi. Wyelegantowany zagraniczny urzędnik za kontuarem zwrócił mi dokumenty. Nigdy nie widziałam tak długich palców i tak czystych paznokci.
– Merci, mademoiselle.
Moja mina powiedziała mu, że nie zrozumiałam.
– To po francusku, oznacza dziękuję, panienko – wyjaśnił ze znużeniem.
– Francusku?
Nie wiedziałam, co to jest, w życiu nie słyszałam takiego słowa.
– Francuski z Francji – powiedziała kobieta, która czekała za mną. – A ty myślałaś, dziewczyno, że po jakiemu się mówi w Algierii? Po francusku, w języku żabojadów, bez względu na to, jak wielu Maurów i Hiszpanów żyje na tej ziemi.
Podróż była spokojna, morze wyglądało jak stół. Przez całą drogę siedziałam na deskach pokładu, wciśnięta między worki i narzędzia, otoczona płaczem dzieci, strachem staruszków i nieustającymi głosami to jednych, to drugich, głośnymi, szybkimi, podekscytowanymi być może z powodu nerwów na myśl o czekającej nas przyszłości. Zamożni francuscy pasażerowie, dobrze ubrani i zadbani, ci, którzy wsiedli w Marsylii, odpoczywali w swoich kajutach albo popijali likiery i napoje orzeźwiające w salonikach. Z dala od nich pokład był pełen obszarpanych Hiszpanów zgarniętych na południowo-wschodnim wybrzeżu, najpierw w Alicante, a później w Kartagenie.
Każdy z nich dźwigał własną biedę i posługiwał się językiem swoich wiosek, jedni walenckim, inni kastylijskim. Swoimi słowami i akcentami dobierali się w kółka i nie przestawali mówić, każdy dorzucał swoje zdanie, swoją wersję, swoje obawy, swoje pragnienia. Ktoś zwrócił uwagę, że do żniw zostało jeszcze wiele miesięcy, inny stwierdził, że lepiej od razu nająć się do zimowego przycinania winorośli w winnicach w pobliżu Rio Salado, niż pracować sezonowo w sadach pomarańczowych w Saint-Denis-du-Sig; Sig po berberyjsku, Sigle po walencku, Siglo po kastylijsku; powiedział mu tak pewien człowiek z Elche, który przebywał tam już od dłuższego czasu. Ktoś podkreślał, że więcej płacą przy wydobywaniu rud żelaza w kopalniach w Béni Saf niż przy wytyczaniu linii kolejowych kilofem i łopatą po dziesięć godzin dziennie, sześć dni w tygodniu; powiedział mu tak pewien człowiek z Lorki, który wrócił poprzedniego lata. Nikt nie miał wielkich marzeń, wszyscy pragnęli tego, co najbardziej podstawowe: zarabiać tyle, żeby móc w miarę godnie żyć.
Nawet kobiety wtrącały do rozmów swoje trzy grosze, ponieważ one również wybierały się tam do pracy, tak samo jak wiele ich dzieci, odkąd skończyły siedem czy osiem lat. Na polach i w małych fabrykach, jako służące zamożnych francuskich rodzin, jako praczki i szwaczki cudzych ubrań. Niektóre jako prostytutki, jeśli nie miały innego wyjścia, rywalizując z Arabkami, Włoszkami i Maltankami w zaspokajaniu apetytów wojskowych czy marynarzy, wszak mnóstwo samotnych mężczyzn kręciło się w tamtych stronach. Jedna z nich powiedziała, że jej kuzynki są zatrudnione w solarni ryb w Mazalquivirze; od innej usłyszałam, że jej sąsiadki z Santa Pola od lat pracowały w miejscu, gdzie układały bukiety kwiatów.
Ktoś mówił też o zbieraniu bawełny, a ktoś inny przypomniał o krwawej masakrze sprzed kilkudziesięciu lat na polach trawy esparto w Saïda, gdzie setki Hiszpanów pracowały jako robotnicy sezonowi, na akord, od świtu do zmierzchu, nieludzko. Niemal wszyscy słyszeli o wyjątkowej surowości panującej na tych plantacjach będących jednym z wielkich interesów w regionie Oranu. Większość miała do opowiedzenia o jakiejś sprawie albo zdarzeniu; mówiono, że zostało już niewiele trawy esparto, ponieważ wiele pól wyeksploatowano za sprawą ściskania i ściskania, żeby rozmnożyć włókna, z których robiono pulpę papierową i wysyłano Anglikom w czasie wielkiej wojny.
Ale praca jeszcze była, a tym samym wciąż działali także nieuczciwi agenci reprezentujący wielkie przedsiębiorstwa. Na zatłoczonym pokładzie parowca co poniektórzy ostrzegali więc pozostałych, że lepiej trzymać się z daleka od ludzi krążących po nabrzeżu gotowych zwerbować naiwnych, niepiśmiennych Hiszpanów, którzy dopiero co wysiedli ze statku; i radzili zachować czujność, żeby nie dać się nabrać, bo obiecywano dobre warunki, a potem się okazywało, że nic nie wygląda tak, jak opowiadano. Esparto to ostatnie, na co można się zgodzić – powtarzały głosy po walencku i po kastylijsku. To najgorsza, najcięższa możliwa praca z powodu dusznego upału panującego na równinach bez wody, i znoju dzielonego z arabskimi robotnikami, z powodu przemocy stosowanej wobec jednych i drugich na polach opuszczonych przez Boga, tak wysuszonych, tak odległych.
Z ust moich towarzyszy podróży usłyszałam też, że niektórzy zamierzali osiąść na afrykańskiej ziemi na stałe; harować jak woły, żeby się czegoś dorobić i jak najszybciej wystarać się o francuskie obywatelstwo, jak od połowy poprzedniego wieku zrobiło wielu rodaków, krewnych i krajanów. Inni natomiast wybierali się tam na kilka miesięcy jako zwykli robotnicy sezonowi – powiedzieli, że zwą ich jaskółkami, bo kursują tam i z powrotem, z jednego wybrzeża na drugie po przeciwległej stronie.
I tak, wysłuchawszy setek opowieści, dotarłam do Oranu. Byłam częścią zgrai nieszczęśników, biednych jak myszy kościelne, prymitywnych analfabetów, wpół nielegalnych, wpół wygłodzonych, bezwiednie gotowych stać się wykorzystywanym mięsem w dowolnym zakątku na słonecznej mapie francuskiej Algierii, prawie zawsze cierpiącej na brak rąk do pracy przy najgorszej robocie. Kolejna fala odpadków misère espagnole, jak powtarzali w swoim języku, o czym się później przekonałam.
Statek wchodził do portu, więc stanęliśmy już na pokładzie i wszyscy patrzyliśmy w tym samym kierunku, wreszcie pogrążeni w milczeniu będącym wynikiem na poły strachu, na poły szacunku, z twarzami skierowanymi w stronę nabrzeża i miasta, ku wzgórzom z fortem na szczycie i klifom. Pośród tłumu, który właśnie miał opuścić pokład, z pewnością niejedna osoba zostawiała za sobą wstydliwe historie, jak ten mężczyzna z chmurnym spojrzeniem, który przycupnął między dwoma zwojami liny i tylko bez przerwy palił, do nikogo nie zagadując, albo jak tamta kobieta z obwisłymi piersiami, ciemną chustą i uciekającym, smutnym spojrzeniem, która ani razu nie obejrzała się za siebie. Jak ja ze swoim wspomnieniem o mężczyźnie, którego zostawiłam martwego w El Puntarrón dwa dni wcześniej.
Port w Oranie okazał się znacznie ruchliwszy niż ten w Kartagenie, z mnóstwem łodzi rybackich z jednej strony i potężnymi frachtowcami i promami w innej części; z żaglówkami, kutrami, felukami i parowcami kołyszącymi się w słońcu, w otoczeniu przenikliwych krzyków mężczyzn w różnych językach, dźwięków klaksonów i syren.
Zanim pozwolono nam zejść na ląd, kilku pracowników zaczęło krążyć po pokładzie, torując sobie drogę między nami, głośno przy tym gwiżdżąc i wykrzykując jakieś komunikaty. Byli to poważni mężczyźni w szarych mundurach i identycznych czapkach zsuniętych do połowy czoła. Mówili po francusku i nikt ich nie rozumiał; próbowali po hiszpańsku, ale z tak żałosnym akcentem, że też prawie nikt ich nie rozumiał. Aż wreszcie ktoś pojął, o co chodzi, i wieść się rozeszła. Że od razu po zejściu na ląd musimy się udać do hiszpańskiego konsulatu i się zarejestrować. Że nie możemy wyjechać z Oranu bez wizyty w konsulacie. Że to polecenie francuskich władz.
Ale jedną sprawą było to, co przekazywali ci groźni pracownicy, a drugą to, co wielu z nas miało w głowach. I zgodnie z tym niektórzy usłuchali i poszli wypełnić swoje obowiązki jako obcokrajowcy na terytorium Republiki Francuskiej, podczas gdy inni, w tym ja, woleli zapuścić się w nowy kraj, nie spowiadając się nikomu.
– Nie idziesz, dziecko?
Skierowane do mnie pytanie pochodziło od kobiety, która podróżowała ze swoją matką i dwójką dzieci w poszukiwaniu męża, który miał pracować na polach niedaleko Sidi Bel Abbès; od ponad roku nie miała od niego żadnych wieści. W czasie podróży siedziałyśmy blisko siebie i kobieta poczęstowała mnie kawałkiem chleba; to było jedyne, co miałam w żołądku.
Nie odpowiedziałam jej ani tak, ani nie.
Po prostu pomachałam ręką na pożegnanie i ruszyłam swoją drogą.
W górę i w dół, po wzniesieniach, schodach i stromych odcinkach, których nazwy miałam poznać znacznie później. W górę i w dół, w dół i w górę, od portu i gwarnych slumsów do szerokich alei w europejskich dzielnicach; od promenade de Létang, która niemal stykała się z morzem, do wielkiej esplanady place de la Perle. Bez celu i wskazówek przemierzałam ulice i bulwary, mijałam pomniki wybitnych mężczyzn, kościoły z dzwonnicami i meczety, uliczne targowiska, eleganckie budynki, w których mieszkali zamożni ludzie, i gwarne podwórka, gdzie tłoczyli się ci mający w życiu mniej szczęścia. Wszędzie widziałam powiewający trójkolorowy sztandar, le drapeau bleu, blanc, rouge, niebiesko-biało-czerwoną flagę, od blisko stu lat oznaczającą francuskie panowanie nad Algierią.
Przy ulicznym stoisku z rybami schyliłam się pospiesznie, żeby podnieść dwie sardynki, które ześlizgnęły się z lady. Wyciągnęłam je z kałuży i ścisnęłam w dłoni; kiedy sprzedawca krzyknął do mnie coś, czego nie zrozumiałam, wzięłam nogi za pas. Zatrzymałam się dwie przecznice dalej, usiadłam na schodach zamkniętego domu, wyrwałam wnętrzności i zjadłam ryby na surowo, łącznie z głowami; zostawiłam tylko ości. Później chciałam zwędzić kilka fig z wózka Araba w dżellabie z kapturem; myślałam, że się nie zorientuje w tym zgiełku kupujących i sprzedających, ale dał mi po łapach, nim zdążyłam dotknąć owoców opuszkami palców.
W espadrylach po staruszku z San Antón, którego zabrał koklusz, wlokąc swój brud i głód, przemierzyłam cały Oran, nie wiedząc, co robić ani dokąd pójść, z nikim nie rozmawiając ani nie zdając sobie sprawy z tego, jak wielkim szaleństwem była moja ucieczka. Aż w pewnym momencie tej obłąkańczej wędrówki, kiedy już zaczynało mi brakować sił, a umysł spowijało coś w rodzaju mgły, w oko wpadła mi kolejna flaga, inna, miała tylko dwa kolory, czerwony i żółty, taka sama jak tamta, którą widziałam w porcie w Kartagenie i którą tylko dzięki temu rozpoznałam, ponieważ o flagach miałam blade pojęcie. Domyśliłam się, że trafiłam tam, dokąd nie zamierzałam przychodzić po zejściu z pokładu, żeby nikt nie mógł stwierdzić, że mam fałszywy dokument tożsamości. Mieścił się tu hiszpański konsulat, gdzie być może mogli coś wiedzieć o Ceciliu Belmontem, nieboszczyku, którego nazwisko sobie przywłaszczyłam.
Przeszył mnie strach i już chciałam odejść, kiedy usłyszałam znajomy głos dobiegający z dwukonnej bryczki, która zatrzymała się tuż przy wejściu.
– Ej, dziewczyno! W końcu przyszłaś!
To była kobieta ze statku, ta od dwójki dzieci, matki i męża, który przestał dawać znaki życia. Krzyknęła ponownie:
– Idź załatwić papiery, może jeszcze nie jest za późno!
Nim zdążyłam zareagować, woźnica w naciągniętym na czoło berecie wtrącił się oschłym głosem:
– Skończ już z tą paplaniną, kobieto. Jedziemy!
– Proszę chwilę zaczekać, dobry człowieku! – zaprotestowała ona.
– Do Sidi Bel Abbès kawał drogi, nikt tu nie będzie czekał.
Z bryczki dobiegł gwar sprzecznych głosów reszty siedzących tam ludzi: jedni nakłaniali woźnicę, by ruszał, inni prosili, by zaczekał jeszcze trochę, chcąc się przekonać, co się ze mną stanie. Musiałam wzbudzić w nich współczucie swoim żałosnym wyglądem, rozczochranymi włosami, osłabieniem i ogromną dezorientacją. I tak przekrzykiwali się przez kilka chwil, podczas gdy ja wciąż tkwiłam tam oszołomiona i milcząca. W końcu pewien młody mężczyzna, który stał z tyłu, nachylił się i wyciągnął do mnie rękę.
– Wsiadaj, czarnulko, bo tego drania nikt nie zatrzyma.
Wciąż nie wiem dlaczego, ale złapałam go za rękę, wsiadłam na bryczkę i pojechałam z nimi.
Po drodze wypuszczaliśmy kolejne osoby, w małych mieścinach, na rozdrożach i dróżkach prowadzących do gospodarstw rolnych. W większości byli to mężczyźni, choć od czasu do czasu wysiadała też jakaś kobieta, a nawet rodzina; zmierzali na spotkanie z kimś znajomym albo do wpół dogadanej pracy, a może niepewni podążali jakimś mglistym śladem. Zeskakiwali z bryczki, a my rzucaliśmy im ich skromny dobytek, a to kosz, a to zawiniątko z kocami bądź tobołek z ubraniami czy narzędziami. Potem ich żegnaliśmy:
– Idźcie z Bogiem.
Mało kto nie miał na twarzy wymalowanego niepokoju, jak gdyby czuli się nieco osieroceni, zostawiając obszarpanych towarzyszy podróży, z którymi tłukli się przez wiele godzin z Oranu; jak gdyby ciasnota w powozie i suchy kurz na drogach utkały między nami coś w rodzaju dziwnego braterstwa.
Idźcie z Bogiem, powtarzaliśmy raz za razem. Idźcie z Bogiem. W końcu, kiedy bryczka była już w połowie pusta i panowała ciemna noc, dotarliśmy do Sidi Bel Abbès. Przemierzyliśmy całe miasto, duże i płaskie, już śpiące. Kopyta koni stukały o bruk, a księżyc zdawał się przesuwać nad otwartym powozem i naszymi głowami. Zostało nas już niewiele. W milczeniu, bez sił na dalszą rozmowę, przejeżdżaliśmy aleje, ronda i place z koszarami wojskowymi i barakami, ulice, przy których stały eleganckie rezydencje z ogrodzeniami z kutego żelaza i ogrodami pośród cieni, a także drogi, gdzie domy były mniej solidne, kryte glinianą dachówką, z łuszczącymi się ścianami.
– Wysiadać wszyscy.
Tymi słowami woźnica poinformował nas o końcu podróży chropowatym hiszpańskim, mającym niewiele wspólnego z francuskim, którym się tam posługiwano. Na niektórych podróżników ktoś czekał, inni dobrze wiedzieli, dokąd iść. W ciągu paru minut, kiedy wyjmowaliśmy z powozu śpiące dzieci, zostaliśmy tylko ja, rodzina, która dała mi chleb, i środek nocy.
Matka dzieci nazywała się Encarna, Encarna Molina. Pochodziła z El Esparragal – nie wiedziałam, gdzie to jest, i ona też nic o tym miejscu nie powiedziała. Nie była ani ładna, ani brzydka, miała duże oczy, mówiła szybko, nosiła lekko zużyte, ale porządne ubranie i zawsze była czujna, jakby chciała wszystko wiedzieć: imiona, miejsca, co, po co, dlaczego i jak. Wyglądała na starszą, ale nie skończyła jeszcze trzydziestu lat.
– No już, kobiety! Allez, allez, z życiem.
Mężczyzna nas poganiał. Nieliczne tobołki, babcia i chłopcy byli już na ziemi, a Encarna i ja spojrzałyśmy na siebie, bez słów pytając, co dalej. Być może dlatego, że przywykł do takich ludzi jak my, wyczerpanych i zagubionych, woźnica nas ubiegł:
– Jak nie macie dokąd pójść, możecie tu zostać. Ruszycie dalej wcześnie rano.
Był gburowaty, ale przewoził tam i z powrotem tylu nieszczęśników, że być może na widok kogoś naprawdę u kresu budziły się w nim nieco bardziej ludzkie odruchy.
– Woda jest w dzbanach w głębi, a w tamtej drewnianej skrzyni może znajdziecie kilka gruszek dla dzieci.
Położyłyśmy się na ubitej ziemi w miejscu przypominającym magazyn – byłyśmy wykończone, brudne, głodne, ale w końcu spokojne. Dzieci zasnęły pierwsze, staruszka, nim się położyła, przeżegnała się trzykrotnie i wymamrotała swoje modlitwy.
– Z Bogiem się kładę, z Bogiem wstaję, z Dziewicą Maryją i z Duchem Świętym, amen – zakończyła tymi słowami.
W odpowiedzi Encarna bąknęła coś, czego nie zrozumiałam. Staruszka z pewnością też nie, bo w ciągu kilku sekund zaczęła chrapać. Zanim i my zdążyłyśmy zasnąć, zapytałam ją:
– A jak już znajdzie pani swojego męża, to co pani zrobi?
Rozbudziła się nieco i obróciła w moją stronę.
– Przede wszystkim przestań mówić do mnie na pani. Właściwie to nie wiem, czy żyje, czy nie; przyjechałam właśnie po to, żeby się dowiedzieć. A kiedy już się dowiem, wtedy zdecyduję, czy wracać do mojej wioski, czy tu zostać.
– Ale po to nie musiałaś zabierać ze sobą chłopców.
Było słychać ich ciężkie oddechy, leżały na twardej ziemi z otwartymi ustami; w czasie podróży tumany kurzu pewnie zatkały im nosy.
– Ani swojej matki – dodałam.
Rozmawiałyśmy po cichu, a chrapanie kobiety rozbrzmiewało tak rytmicznie, jakby leżała na porządnym wełnianym materacu.
– Ta suka nie jest moją matką, to moja teściowa, jego matka.
– To dlaczego z tobą przyjechała?
– Bo ta wstrętna baba nie chciała mi pożyczyć pieniędzy na bilet ani zostać z dziećmi, jeśli bym jej nie zabrała. A ty?
– Co ja?
– Po co tu przyjechałaś, taka młoda i sama?
– Żeby pracować – odrzekłam.
– Jako kto?
– Jeszcze nie wiem. Może u kogoś służyć.
Zaśmiała się głucho.
– Służyć u kogoś w domu? Ty? Ale jak niby ci eleganccy tutejsi Francuzi mieliby cię zatrudnić, naiwne dziewczę? Jak mój Antonio wrócił ostatnio do wioski, to opowiadał, że codziennie jedzą przy stole przykrytym lnianym obrusem, piją wino z kryształowych kieliszków i na każde łóżko mają po dwa albo i trzy komplety pościeli.
– Może mogłabym się nauczyć…
– Nie rób sobie nadziei, dziecko. I bez urazy, ale czy ty siebie widziałaś? Jesteś dzikuską, wyglądasz, jakbyś wyszła z jaskini. Zobacz, my jesteśmy prostymi ludźmi, ale ty… Na ciebie nawet trudno znaleźć słowa, dziecko. Gdzieś ty się wychowała?
Mogłabym jej opowiedzieć o El Puntarrón, o naszej niedoli, o mojej na wpół ślepej matce z wychudzonymi rękami i o moim mizernym ojcu kaszlącym krwią; mogłabym jej opisać naszą brudną chatę, zupy z wodą, solą i ziołami jako jedyny posiłek w zimowe dni, kurczaki, które nam zdychały, i braci pochowanych jako dzieci, bo urodzili się wybrakowani bądź pomarli z powodu biegunki lub gorączki, i jedno po drugim ich ciała znalazły się pod kamieniami, w cieniu figowca. Być może wtedy ta kobieta by zrozumiała, dlaczego wyglądam tak, jak wyglądam, zaledwie odrobinę lepiej niż wychudzone, bezrozumne zwierzę. Ale nie opowiedziałam jej o tym, bo z moich ust wyszło coś zupełnie innego.
– Zabiłam mężczyznę. Wszedł we mnie, a ja wbiłam mu w plecy sierp.
Usłyszałam szelest jej ubrań, Encarna usiadła.
– Dam ci radę – burknęła ponurym tonem. – Radę, którą weźmiesz sobie głęboko do serca, dla własnego dobra. – Umilkła na chwilę, jakby dobierała słowa. – Nigdy więcej nie powtarzaj tego, co mi właśnie powiedziałaś. – Przysunęła rękę, wbiła mi paznokcie w ramię i mocno potrząsnęła. – Zrozumiałaś? – zapytała stanowczo, nie zwalniając uścisku. – Zachowaj to sobie na czas, kiedy będziesz musiała odpowiadać przed Bogiem albo szatanem, ale połknij to i przenigdy nie powtarzaj. Nikomu. I zapamiętaj sobie, co ci powiem: do miejsca, z którego pochodzisz, już nigdy nie wracaj. Nigdy. Przenigdy.
Następnego poranka Encarna uzgodniła z woźnicą cenę.
– Chcecie jechać na chantier Solany? Tam gdzie sady? To po drodze do Tessali, dotrzemy tam w ciągu półtorej godziny. Za pięć osób to będzie…
Przerwała mu, nim zaokrągliłby sumę.
– Nie pięć, cztery. Babcia, dzieci i ja. Jest nas czworo.
Ten prosty rachunek wystarczył, bym zrozumiała, że nasze drogi miały się tam rozejść: nie łapałam się do poszukiwań męża, który od przeszło roku nie dawał znaku życia.
Woźnica też pojął, że zostaję.
– A ty dokąd się wybierasz, dziewczyno?
Wzruszyłam ramionami.
– Tam, gdzie dostanę jakąś pracę.
– Co umiesz robić?
Wykonałam ten sam gest.
– Co będzie trzeba.
– Co będzie trzeba, monsieur – poprawił mnie. – To pierwsze, czego musisz się nauczyć, mówić grzecznie.
Nie wiedziałam, co chciał mi powiedzieć, ale skinęłam głową.
– W zeszłym tygodniu zabrałem piętnaście czy dwadzieścia rodzin na chantiers trawy esparto, żeby pracowały razem z Arabami dla Alfy, francuskiego przedsiębiorstwa. Może jeszcze potrzebują ludzi.
Powinnam była ugryźć się w język i pokazać, że jestem gotowa podjąć się każdej roboty. Ale tego nie zrobiłam.
– Na statku mężczyźni ostrzegali, że na plantacjach esparto zostało już niewiele pracy i ciężko się tam żyje.
– Patrzcie no tylko, panienka kręci nosem! Choć wygląda jak żebraczka! Jakby była mademoiselle, która dopiero co przyjechała z Paryża albo Lyonu, a nie z nędznej Hiszpanii.
Mężczyzna parsknął chrapliwym śmiechem. Encarna spojrzała na niego krzywo i stanęła w mojej obronie.
– Może słyszał pan o jakiejś pracy gdzieś tu niedaleko. Dziewczyna jest zdeterminowana i gdy tylko się wykąpie, rozczesze te okropne kołtuny i choć trochę się oswoi, może nawet będzie z niej porządna pracownica.
Mężczyzna zlustrował mnie z góry na dół, bez przekonania.
– Sam nie wiem… – mruknął z powątpiewaniem. – Papiery masz w porządku?
Nie odpowiedziałam.
– Twój dokument – nie ustępował. – Nie podstemplowałaś go wczoraj, prawda? Nie umieścili cię w rejestrze.
Pokręciłam powoli głową, przyznając, że nie. On fuknął.
– Kolejna, co ma mniej papierów niż kradziony osioł. Przecież przewoźnicy mają nakaz, aby bez zezwolenia nie wpuszczać nikogo na pokład, a później informują, że trzeba pójść do konsulatu i się zarejestrować, bo jak nie, to potem są kłopoty.
Encarna znowu się za mną wstawiła.
– Tak bardzo się pan spieszył, że biedaczka nie zdążyła.
– Całe szczęście, że trafiłaś tutaj, do Sidi Bel Abbès. Gdybyś pojechała do Aïn-Témouchent albo bardziej na południe, do Tlemcen czy w jakiekolwiek inne miejsce w departamencie Oranu, nie mogłabyś tego załatwić. Ale tutaj na szczęście tak. Tutaj jest kolejny z naszych konsulów.
Przełknęłam ślinę.
– Kolejny hiszpański konsulat?
– Mniejszy niż ten w Oranie, z nielicznym personelem, ale czynny. Hiszpanów jest tu mnóstwo i jak nie ma zwykłej kłótni, to jest awantura albo bijatyka.
Jeden z synów Encarny zaczął płakać, Bóg jeden wie dlaczego, być może z głodu. Brat próbował go uciszyć, waląc po głowie, w rezultacie zaczęli się kłócić i to był dobry moment, żeby zmienić temat. Nie miałam zamiaru dopełniać formalności, o których mówił ten człowiek. Nie chciałam pokazywać swojego fałszywego dokumentu tożsamości ani konsulowi, ani nikomu innemu. Przecież ktoś mógł znać Cecilia Belmontego z czasów, kiedy był w tych stronach po raz pierwszy.
– Może coś przyjdzie panu na myśl, cokolwiek – nalegałam.
Podrapał się po głowie, podczas gdy Encarna próbowała załagodzić dziecięcą kłótnię, a w tym samym czasie teściowa przygadywała, karcąc matkę i dzieci. Boga się nie boją, powiedziała cierpko staruszka. Tak to jest, jak nie uczy się ich szacunku dla ojca; gdy tylko zobaczę się z moim synem, wszystko mu opowiem.
– Może na polach tytoniowych, bo teraz, w listopadzie, zaczynają drugie zbiory – odrzekł po namyśle.
Spojrzałam na niego szeroko otwartymi oczami. Nie miałam pojęcia, o czym mówi; jedyny tytoń, jaki znałam, to ten, który skręcał ojciec, kiedy jego ochota na palenie brała górę nad potrzebą nakarmienia dzieci.
– No już, wsiadaj. Zostawimy cię po drodze – powiedział w końcu. – I niech te dwa zasrańce się wreszcie zamkną, bo tak im przyłożę, że rozwalę głowy.
Początkowo właściciel farmy nie chciał mnie przyjąć. Farma – tego słowa nauczyłam się od woźnicy, właśnie tak Hiszpanie określali to, co po francusku nazywało się une ferme, gospodarstwo rolne, plantacja albo sad, gdzie do zbiorów najmowano robotników sezonowych.
– Na te zbiory mam już wystarczająco dużo ludzi.
Nazywał się monsieur Hernandez, był szeroki i niski, miał podkasane rękawy, a nogawki spodni wpuszczone w cholewki starych skórzanych butów uwalonych ziemią. Mówił po francusku, jak również po arabsku i łamanym hiszpańskim z silnym akcentem, w zależności od tego, do kogo się zwracał. Pomimo odmowy nie ruszyłam się z miejsca; zostałam na esplanadzie, patrzyłam w stronę plantacji i obserwowałam, jak pracują Arabowie w swoich szerokich, luźnych ubraniach, i ci, którzy nie byli Arabami: głównie mężczyźni w spodniach i obszarpanych koszulach, a także kilka kobiet. Ci pierwsi nosili na głowach turbany z brudnego materiału, a reszta postrzępione słomkowe kapelusze, żeby afrykańskie słońce nie spaliło im głów. Obserwowałam ich ruchy, gdy przemieszczali się wzdłuż rzędów zielonych krzewów, patrzyłam, jak się nachylali, odwracali, wyciągali ramiona. Chciałam się upewnić, że ja też potrafię robić to samo.
– Niech mi pan pozwoli zostać na dzień próbny – zaproponowałam. – Jeśli nie dorównam tutejszym robotnikom, jutro mnie pan wyrzuci.
Po chwili wahania wydał polecenie Hichamowi, algierskiemu brygadziście; może zrobiło mu się mnie żal, a może uznał, że dodatkowa para rąk mu się opłaci. Arabski pracownik podszedł do nas, wysoki i wyprostowany niczym dżentelmen w poniszczonej dżellabie, niosąc wielki kosz. Prawie się nie odzywał, dłońmi z kościstymi palcami pokazał mi, jak zrywać liście tytoniu: najpierw te dolne, najmniejsze, później ze środkowej części, a na końcu te z góry, tak duże, że niektóre osiągały wielkość dwóch piędzi. Pokazał mi także, jak układać je w koszu warstwa po warstwie, jedne na drugich, ostrożnie, aż do zapełnienia całości, ale tak, żeby nie dotykały brzegów kosza. Nie potrzebowałam nic więcej; wkrótce zdołałam pracować tak samo szybko jak reszta, a nawet szybciej niż niektórzy. Chociaż, jako że byłam kobietą, monsieur Hernandez, jak wyjaśnił mi od razu na początku, miał mi płacić mniej. Tak było uzgodnione i jeśli mi to nie odpowiadało, to mogłam się już kierować do bramy, która wyprowadzi mnie z powrotem na drogę.
O świcie budziła nas syrena, ustawialiśmy się w kolejce, a cierpliwy Hicham napełniał każdemu z nas blaszane naczynie gęstym kozim mlekiem i rozdawał po kawałku ciepłego chleba upieczonego nad ranem; nigdy w życiu nie próbowałam takich specjałów, choć przecież posiłek był skromny. W południe znowu rozbrzmiewała syrena i cała operacja się powtarzała, tyle że zamiast mleka dawano nam tym razem wodę, a do kawałka chleba dorzucano garść oliwek bądź fig. Wieczorem wieszaliśmy kapelusze na haczykach na ścianie i dostawaliśmy zwykle gorący gulasz, który Hicham nalewał nam chochlą do tych samych blaszanych misek. Nasze porcje pochłanialiśmy w milczeniu, siedząc gdzie popadło: na krawężniku, na glinianej ławce albo wręcz na kamienistej ziemi, prawie nie zamieniając ze sobą słowa, po czym padaliśmy wyczerpani. Mówiono, że monsieur Hernandez codziennie jada na kolację poulet braisé, duszonego kurczaka, razem z rodziną w domu w swojej posiadłości. Hicham, mieszkający w drewnianej szopie, być może w ogóle nie jadał kolacji, sądząc po jego szczupłej sylwetce.
Jeśli ktoś chciał się umyć, z tyłu była studnia z kołem i wiadrem. Żeby się wypróżnić, kawałek dalej, blisko muru, mieliśmy do dyspozycji dwie latryny. Kiedy czuliśmy parcie na pęcherz, nie przerywaliśmy pracy; sikaliśmy na miejscu, tam, gdzie akurat złapała nas potrzeba.
My, Europejczycy, spaliśmy rozlokowani w baraku, a Arabowie zostawali na zewnątrz, owinięci w swoje burnusy, pod gwiazdami. Pierwszej nocy zwinęłam się w kłębek w kącie i od razu zasnęłam, przykryta peleryną, którą dostałam od wdowy z San Antón. Drugiej nocy poczułam przez sen, że ktoś głaszcze moją nogę, odepchnęłam go kopniakiem, w ciemnościach nie rozpoznając, kto to był. Począwszy od trzeciej nocy, ulokowałam się blisko pewnego małżeństwa, które nigdy nie powiedziało, skąd pochodzi, w razie gdybym musiała prosić, by mnie bronili; on był potężny i mocno owłosiony, ona była cicha jak salamandra. Od tamtej pory już żaden spragniony ciała mężczyzna się do mnie nie zbliżył.
Pracowaliśmy w pocie czoła od świtu do zmierzchu na tej petite ferme specjalizującej się w uprawie tytoniu, skromnej własności Gérarda Hernandeza, naszego le patron, który pomimo hiszpańskiego nazwiska był Francuzem, ponieważ jego rodzina mieszkała w Algierii od trzech pokoleń. Był surowy, zrzędliwy i często krzyczał, ale sam był dobrym pracownikiem i w miarę uczciwym wobec zatrudnianych ludzi. W sobotę znowu stawaliśmy w kolejce, a on otwierał kluczem małą skrzynkę, którą Hicham trzymał w dłoniach, wyjmował kilka zwitków banknotów i nam płacił. Nie byłam jeszcze świadoma, jak niskie były te zarobki, ale taka panowała zasada, czy też zwyczaj, i nikt nie protestował. A poza tym ta farma nie wyglądała też na taką, co by mogła przynieść miliony.
– To są duros czy pesety? – zapytałam szeptem kobietę stojącą przede mną w kolejce podczas pierwszej wypłaty.
– Franki, dziewczyno, franki francuskie. W tym kraju nie ma peset.
Nie wiedziałam, na ile te wymięte banknoty mi się przydadzą, czy wystarczą, żeby kupić kawałek mydła albo koszulę bez dziur lub koc, żebym nie musiała marznąć nocami. Nie miałam pojęcia o wartości pieniędzy w ogóle, a tym bardziej francuskich wypłat. Nigdy w życiu nie dostałam ani grosza, miałam jedynie to, co zabrałam z kieszeni mężczyzny, kiedy uciekłam z El Puntarrón, a wartość tego, jak się właśnie dowiedziałam, nie miała tutaj żadnego znaczenia.
Skończyliśmy zbiory tytoniu i większość osób nie miała innego wyboru, jak odejść. Bez marzeń i aspiracji, tylko po to, by znów pracować niczym zwierzęta na kolejnych polach tytoniu bądź przy zbiorach ziemniaków, winogron, pomarańczy i zboża – zgodnie z kalendarzem – muzułmanie i chrześcijanie znowu rozproszyli się po drogach ze swoimi kosami albo motykami i ze swą niedolą na barkach, w kierunku innych plantacji, innych petites fermes, podobnych do tej należącej do monsieur Hernandeza i wielu innych skromnych osadników. A być może w poszukiwaniu możliwości pracy w hacjendzie jakiegoś gros propriétaire, dużego francuskiego właściciela, jednego z tych, którzy nabyli rozległe grunty dzięki, jak słyszałam, przywilejom otrzymanym od francuskich władz.
Ale ja miałam szczęście i le patron pozwolił mi zostać i wykonywać prace związane z suszeniem, do czego bardziej była potrzebna zręczność niż wielka siła. Kolejne tygodnie spędziłam więc, pracując w szopie z drewnianym dachem i otwartymi wierzejami zwróconymi na wschód i zachód, co pozwalało uniknąć słońca w najgorętszych godzinach. Początkowo zajmowaliśmy się sortowaniem liści tytoniu zerwanych z krzaków: najpierw rozrzuciliśmy je na blacie, później dzieliliśmy je według wielkości i jakości, a następnie nawlekaliśmy na długie druty, żeby liście zwiędły, wisząc czubkami w dół w odpowiednich odstępach, by nie spleśniały; tego też szybko się nauczyłam. Na zakończenie druty były naciągane i przybijane gwoździami przy jednym i drugim końcu szopy, nad naszymi głowami, tworząc coś w rodzaju obszernego roślinnego dachu. W ten sposób liście były gotowe, by wiatr je wysuszył i zmienił ich kolor: z zielonego na żółty, z żółtego na brunatny, z brunatnego na ciemnobrązowy.
Przywykłam do farmy, do zmieniających się wymagań poszczególnych zajęć i rutyny surowego życia, pozbawionego rozrywek czy perspektyw. Jedyną nowością było to, że w sobotnie popołudnia myłam się wodą ze studni na tyłach, raz w tygodniu czesałam się drewnianym grzebieniem, który pożyczała mi jedna z kobiet, a w niedzielne wieczory Hicham niekiedy rozpalał ognisko na esplanadzie i opowiadał nam historie tutejszych mieszkańców sprzed przybycia Francuzów albo melancholijnym głosem śpiewał jakąś starą arabską piosenkę, a któryś z moich rodaków przyłączał się czasami i intonował rzewną melodię fandango czy refren jakiejś parrandy, a my akompaniowaliśmy mu, pstrykając palcami pod rozgwieżdżonym niebem. Niejednokrotnie prosili mnie, bym zaśpiewała coś z moich stron, ale nie wiedziałam co. Muzyka to kolejna subtelna przyjemność, która nigdy nie zagościła w mojej rodzinie.
W tamtym okresie nastąpiło więcej zmian; nie nagłych, lecz stopniowych. Najważniejszą z nich było moje przekonanie, że trzy posiłki dziennie, bez względu na to, jak monotonne i oszczędne były nasze porcje, zmieniały moje ciało. Z nikim się tym nie podzieliłam; ani nie miałam zaufania, ani żadna z pozostałych kobiet nie przejmowała się tym, co się ze mną dzieje, najbardziej samotną i najmłodszą dziewczyną. W każdym razie na ogół niewiele się odzywałam, ponieważ i do mnie niewiele się odzywano, poza tym po zbiorach zostało nas tylko dziesięcioro czy dwanaścioro, każdy o innym usposobieniu, a po wysuszeniu tytoniu miało nas zostać jeszcze mniej. I być może po to, by nie być rzuconym w pustkę kolejnych dróg, każdy się chronił i harował od rana do nocy, biorąc udział w cichej rywalizacji, starając się jak najlepiej wykonywać swoje zadania, byle tylko nie stanąć na krawędzi przepaści.
Kiedy liście wyschły, rozpoczęło się kruszenie. Następnie umieszczaliśmy pokruszony tytoń w beczkach i drewnianych skrzyniach, żeby zawieziono je do Oranu, do fabryki, która skupowała od monsieur Hernandeza wszystkie zbiory. Pod koniec jednego z tych tygodni zaplanowano pierwszy transport. Wiedziałam, że nadszedł ten moment, gdy usłyszałam końskie kopyta i koła powozu zbliżające się do esplanady, a później głos jakiegoś mężczyzny, który witał się z właścicielem. Chwilę pogadali, a potem przyszli do suszarni, gdzie wszystko mieliśmy już przygotowane do transportu.
Kręciłam się tam w środku, spocona z powodu wysiłku i południowego słońca, z rozpiętym dekoltem koszuli, podkasanymi rękawami i włosami związanymi sznurkiem na karku. Kończyłam właśnie zamiatać resztki liści i sznurków, które zostały na ziemi po pakowaniu. Nie zwracając uwagi na obu mężczyzn i ich ustalenia, w dalszym ciągu z zapałem wymachiwałam miotłą, żeby jak najszybciej to skończyć i móc napić się wody. Byłam strasznie spragniona i głodna jak wilk, choć do obiadu zostało jeszcze trochę czasu.
– Nigdy wcześniej cię tu nie widziałem. Nie znam cię z poprzednich zbiorów.
Nieznajomy mężczyzna miał jakieś trzydzieści albo czterdzieści lat, wąsy, czapkę z dużym daszkiem i plamy pod pachami, które ciągnęły się aż do paska. Monsieur Hernandeza nie było przy nim teraz; pewnie wyszedł niepostrzeżenie, by przynieść z domu faktury, rachunki czy jakieś inne papiery potrzebne do transportu, który miał wyruszyć.
Zamiatałam dalej, nie odpowiadając, a on podszedł bliżej, wyciągnął rękę i grzbietem dłoni zaczął dotykać mojego nagiego ramienia, w górę i w dół, w górę i w dół, powoli.
– Może pójdziesz ze mną tam na tyły i trochę mnie podotykasz, co, mała?
Udawałam, że go nie słyszę, że go nie czuję; nadal robiłam swoje. Szybki jak lis rozejrzał się na boki, chcąc się upewnić, że w pobliżu nikogo nie ma. Wtedy przestał mnie głaskać i dotknął swojego krocza.
– Chcesz go zobaczyć, mała? Ten cały stukot po drodze zawsze mnie rozochoca, z Oranu jedzie się długo i człowiek zaczyna sobie wyobrażać wiele rzeczy.
Dalej milczałam, ściskając kij od miotły, powstrzymując chęć, by mu nią przyłożyć. Ale nie, nie zrobiłam tego, nie chciałam stracić pracy. On wciąż wygadywał sprośności, nie odrywając ręki od wybrzuszenia pod rozporkiem.
– Ciało spoconej kobiety doprowadza mnie do szaleństwa. Przejeżdżam tędy niedaleko prawie co tydzień. Kiedy zechcesz, możesz na mnie zaczekać, a jeśli mi pozwolisz, dam ci kilka franków. Patrz, dotknij tu na dole, mała, zobacz, co ze mną zrobiłaś…
– Laisse la fille tranquille.
Głos Hichama rozległ się za naszymi plecami. Zostaw dziewczynę w spokoju, powiedział po francusku. Na wypadek gdyby polecenie było dla mężczyzny nie dość jasne, brygadzista odsunął go ode mnie, popychając tak, że tamten uderzył w jeden ze słupów.
– Nie dotykaj mnie, arabusie!
Donośny, opryskliwy głos mężczyzny sprawił, że kobiety uwijające się po drugiej stronie szopy z miotłami i szmatami odwróciły głowy. Były od nas wystarczająco daleko, żeby nie widzieć, co się właśnie stało, lecz na tyle blisko, żeby natychmiast podejść. Mężczyźni tymczasem wyrównywali grabiami glebę do siewu.
– Nikt nie musi bronić tej zdziry. Przyszła zaproponować mi pieniądze, żebym zabrał ją daleko, słyszysz?
Mężczyzna musiał zadrzeć głowę, żeby sięgnąć arabskiemu brygadziście do podbródka. Wydzierał się, podczas gdy Hicham w milczeniu znosił jego bujdy i wściekłość.
Kobiety podeszły do nas, a po chwili monsieur Hernandez wrócił szybkim krokiem ze skórzaną teczką pod pachą. W tym momencie głosy zaczęły się mieszać: głos mężczyzny, głos Hichama, mój i głosy koleżanek, które niczego nie widziały, ale wszystkiego się domyślały. Żeby uciszyć wrzawę, Hernandez kazał brygadziście iść na pole i zawiadomić robotników, żeby zaczęli już załadunek; mężczyznę wyciągnął na esplanadę, a odwracając się do mnie, wymamrotał jedynie:
– Później porozmawiamy.
To później nastąpiło po tym, jak powóz wyjeżdżał z farmy w kierunku fabryki w Oranie z ładunkiem naszej pracy. Wtedy właściciel wrócił do suszarni, gdzie nadal zamiatałam tam, gdzie było już pozamiatane, bo tak naprawdę nie zostało już nic więcej do zrobienia; chciałam po prostu jakoś opanować strach w oczekiwaniu na wyrok.
– Jutro nie chcę cię tu widzieć.
Broniłam się, krzycząc, próbowałam wyjaśnić, co się naprawdę stało, protestowałam, przeklinałam człowieka, który właśnie odjechał.
– Wszystko mi jedno. Ten Muñoz ma długi jęzor, a ja nie chcę kłopotów z maison Bastos. Z nich żyjemy, więc jeśli mam wybrać między Bastosem a tobą, wolę Bastosa.
Nie miałam zielonego pojęcia, czym albo kim był ten cały Bastos, i nie śmiałam zapytać. Oczywiste stało się tylko to, że miał to być mój ostatni dzień na farmie Hernandeza. Kiedy właściciel odszedł pospiesznym krokiem w stronę domu, pozostałe kobiety przerwały swoje prace i mnie otoczyły.
– Gdyby on to zmajstrował, nie zostawiłby cię na pastwę losu z dzieciakiem tak brzydkim jak jego gęba – odezwała się jedna.
Pozostałe parsknęły śmiechem, który brzmiał jak mieszanka współczucia i sarkazmu. Musiałam na nie patrzeć ze zdziwieniem, nie rozumiejąc żartu.
– No, dziewczyno, to tyś się jeszcze nie zorientowała, że jesteś w ciąży?
Pralnia mieściła się na przedmieściach Sidi Bel Abbès: trafiłam tam dzięki wskazówkom Hichama. Podszedł do mnie, kiedy opuszczałam farmę. Nikt inny nie przyszedł się ze mną pożegnać. Jedna mniej, musieli pomyśleć moi towarzysze. Nikt nie będzie za nią tęsknił.
– Cecilio – usłyszałam za plecami.
To był Hicham w swojej wytartej dżellabie i z pakunkiem owiniętym w szmatę. Podał mi go, w środku był ciepły chleb.
– Le lavoir.
Zrobiłam minę, która mówiła, że nie rozumiem.
– Le lavoir – powtórzył.
A potem zacisnął pięści i poruszał nimi energicznie do przodu i do tyłu, jakby prał ubrania. Wtedy się domyśliłam, że ma na myśli pralnię.
– Le lavoir à Sidi Bel Abbès. Vas-y.
Z uniesioną pionowo dłonią poruszał swoimi długimi palcami w kierunku drogi. Chyba mówił mi, żebym poszła do pralni w Sidi Bel Abbès.
Zostawiłam za sobą farmę Hernandeza, z przygnębionym pracodawcą, który obawiał się, że niejaki Muñoz z mojej winy narobi mu w Oranie kłopotów ze sprzedażą tytoniu. Zostawiłam też moich towarzyszy, którzy zapewne zapomnieli o mnie, gdy tylko zniknęłam na drodze, oraz poczciwego Hichama, który jako jedyny próbował mi pomóc znów znaleźć się na właściwych torach.
Powrót do Sidi Bel Abbès zajął mi pół dnia. Szłam w słońcu poboczem drogi w moich starych espadrylach. I jednocześnie rozmyślałam. Rozmyślałam o tym, jak to możliwe, że noszę w sobie dziecko człowieka, który mnie zgwałcił i którego zostawiłam martwego, nie wiedząc, jak sobie z tym poradzić, i nie pojmując, jak mogłam się w ogóle nie zorientować. Menstruacja była dla mnie czymś, co przychodziło i odchodziło, nigdy nie była regularna, czasami nawet znikała na całe miesiące, a później nagle pojawiała się któregoś poranka, być może dlatego, że byłam taka dziwna, a może dlatego, że złe odżywianie rozstroiło mój organizm aż do tego stopnia. Więc kiedy moja talia zaczęła się poszerzać, a piersi stały się większe i twardsze, uznałam, że to po prostu dlatego, że jem trzy razy dziennie. A kiedy być może powinnam się zastanowić, czy nie jest to przypadkiem oznaka czegoś innego, byłam tak wykończona pracą od świtu do zmierzchu, że moja biedna głowa nie miała już siły na myślenie, i marzyłam jedynie o tym, by położyć się na ziemi w baraku, zwinąć jak kot i pozwolić, by zabrał mnie sen.
Po drodze natykałam się na Algierczyków, którzy wypasali wynędzniałe stada, i na Europejczyków stawiających żwawsze kroki niż ja. Po bokach drogi widziałam żyzne pola, kilka ładnych domów i kolejne farmy z robotnikami zgiętymi wpół pośród krzaków. Widziałam także arabskie wioski i działki jałowej, wysuszonej ziemi. Niekiedy przejeżdżały wozy ciągnięte przez muły, wzbijając gęste tumany kurzu, ale także nowoczesne samochody i pojazdy wojskowe pełne żołnierzy, którzy rzucali w moją stronę sprośne teksty; nie odpowiadałam na żadne, nawet na nich nie spoglądałam, po prostu dalej szłam przed siebie, w moim nędznym, brudnym ubraniu, ze związanymi ciemnymi włosami opadającymi na plecy, ze zbolałą duszą i rosnącym brzuchem.
Pralnię znalazłam już późno w nocy, przemierzywszy Sidi Bel Abbès wzdłuż i wszerz, zgodnie ze wskazówkami, jakich udzielano mi na ulicach i placach. Le lavoir? Le lavoir?, rozpytywałam ludzi, szukając właściwego kierunku. Allez tout droit, tędy, tamtędy, idź przed siebie. W końcu, znacznie dalej niż tam, gdzie pierwszej nocy zostawił nas woźnica, już za koszarami Legii Cudzoziemskiej, trafiłam na miejsce.
O tej porze nie było tam nikogo, tylko opróżnione kamienne wanny i puste ławy; na sznurkach nie wisiała ani jedna nić. Jedyne, co znalazłam, to kałuże, które jeszcze nie wyschły; piło z nich kilka wychudzonych psów, od których uwolniłam się, rzucając w nie kamieniami – zawsze miałam dobre oko. Kiedy udało mi się je przegonić, zwinęłam się w kłębek na rogu, by przeczekać do rana. Chleba już nie miałam, za to wciąż miałam zamęt w głowie.
O świcie zbudziły mnie głosy. Pierwsze kobiety patrzyły w stronę mojego kąta, ale nie powiedziały ani bonjour, ani salam alejkum, ani niech Bóg da nam dobry dzień, nic a nic. W większości były to kobiety o niezbyt zdrowym wyglądzie, nosiły długie spódnice i chusty zakrywające włosy. Dźwigały wielkie wiklinowe kosze pełne ubrań, trzymając je oparte o biodra albo na głowach. Gdy tylko zaczęły ze sobą rozmawiać, wiedziałam, że wiele z nich pochodzi z Hiszpanii, z moich okolic lub pobliskich. Na zegarze dzwonnicy kościoła wybiła siódma i dokładnie w tym momencie z dysz popłynęła woda; pewnie ktoś z urzędu odcinał ją na noc, żeby nie zaroiło się tu od nierobów i bezdomnych czy spragnionych zwierząt. Albo istot opuszczonych przez Boga, takich jak ja.
Nie przestając ze sobą rozmawiać, każda kobieta zajęła określone miejsce, jak gdyby miały je już między sobą rozdzielone. Przyglądałam im się. Były wśród nich młode dziewczyny, dojrzałe kobiety, a nawet staruszki; jedne były krzepkie, inne okropnie zabiedzone. Mimo różnic wszystkie coś łączyło: żadna nie prała własnych ubrań ani ubrań swoich rodzin. Wszystkie były zwykłymi pracownicami zatrudnionymi w porządnych firmach bądź domach francuskiej klasy średniej; w jednej willi lub w kilku różnych, w zależności od tego, jak im się poszczęściło.
Przez dłuższą chwilę obserwowałam je z mojego kąta, nie mając odwagi odezwać się do nich słowem. Kontemplowałam ich gwar; wszystko, co robiły, było jak efektowne widowisko: to, jak rozmawiały, co krzyczały, a niekiedy śpiewały, ze względu na dźwięki, jakie wydawały i jak się poruszały. Wymieniały się opiniami, parskały śmiechem, narzekały na absurdalne kaprysy i ekstrawagancje swoich pracodawczyń; momentami dokuczały jedne drugim, czasami w żartach, niekiedy na poważnie, rzucały docinkami, przed którymi atakowane broniły się siarczystymi obelgami i przekleństwami. A to wszystko na tle głośnych strumieni wody i dźwięku tarcia mokrych ubrań o kamienne wanny.
Kiedy na dzwonnicy wybiła dwunasta w południe, praca nagle ustała. Kobiety wytarły dłonie – były czerwone i spuchnięte, niektóre zdeformowane, niemal wszystkie popękane od ługu i sody. Nie przestając rozmawiać, podeszły do ław i wyjęły swoje cynowe pojemniki z jedzeniem.
Wtedy nie mogłam się już powstrzymać, wstałam i do nich podeszłam.
– Zlitujcie się, kobiety…
Stanęłam przed nimi ze swoim głodem i ze swoją bezdomnością, żebrząc, by dały mi cokolwiek: łyżkę swoich gulaszy, słowa otuchy, trochę pracy.
Kwadrans później stanęłam przy ostatniej wannie, włożyłam ręce pod strumień zimnej wody i zaczęłam szorować brudne ubrania przyniesione w jednym z koszy.
