Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Rodzinny obiad. Kawa. Ciasto. Przez kilka minut wszyscy zachowują się jak normalni ludzie. A potem ktoś mówi jedno zdanie o polityce, wychowaniu dzieci, religii, pieniądzach albo świecie i nagle widelec przestaje być najważniejszym przedmiotem na stole.
Brzmi znajomo?
„Jak rozmawiać z bliskimi, gdy dzielą was poglądy” to praktyczny poradnik dla wszystkich, którzy mają dość rozmów kończących się obrażaniem, trzaskaniem drzwiami, rodzinną ciszą albo wiadomością wysłaną o 23:47 z dopiskiem: „Przeczytaj, może wreszcie zrozumiesz”.
Max Paradox pokazuje, dlaczego z najbliższymi kłócimy się często mocniej niż z obcymi, jak poglądy mieszają się z poczuciem tożsamości i dlaczego człowiek potrafi bronić własnego stanowiska nawet wtedy, gdy sam zaczyna podejrzewać, że argument właśnie umarł. Wszystko bez akademickiego nadęcia, za to z konkretnymi scenami, praktycznymi metodami i humorem, który pozwala zobaczyć własne zachowanie bez organizowania sobie natychmiastowego procesu sądowego.
Z książki dowiesz się między innymi, jak rozpoznać moment, w którym rozmowa zamienia się w walkę, jak słuchać bez obowiązku zgadzania się, jak mówić stanowczo bez obrażania, jak reagować na prowokacje i rodzinne „tacy jak ty zawsze…”, jak sprawdzać fakty bez zamieniania telefonu w broń oraz kiedy warto rozmowę zakończyć, zamiast heroicznie prowadzić ją aż do całkowitego zniszczenia wieczoru.
Poznasz sposoby stawiania granic bez karania, kończenia dyskusji bez ostatniego ciosu i szukania praktycznych ustaleń nawet wtedy, gdy światopoglądowego porozumienia zwyczajnie nie będzie. Dowiesz się także, co robić, gdy druga strona nie chce rozmawiać uczciwie, ciągle wraca do tego samego tematu albo próbuje przekonać cię przy każdym spotkaniu, jakby twoje poglądy były aplikacją czekającą na obowiązkową aktualizację.
To nie jest książka o tym, jak przekonać rodzinę, że masz rację.
Na szczęście.
To książka o tym, jak pozostać blisko ludzi, którzy myślą inaczej — bez rezygnowania z własnych przekonań, granic i zdrowego rozsądku.
Bo dobra rozmowa nie zawsze kończy się zgodą.
Czasem sukces wygląda znacznie skromniej:
„Nadal się nie zgadzamy”.
„Wiem”.
„Kawy?”
I nagle okazuje się, że to wystarczy.
Publikacja została przygotowana z wykorzystaniem narzędzi wspomagających proces twórczy, w tym rozwiązań opartych o sztuczną inteligencję. Ostateczna koncepcja, struktura i redakcja należą do autora.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 132
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Jak nie zamieniać różnicy zdań w rodzinny konflikt i nadal lubić się po obiedzie
Max Paradox
PROBLEM? WYLUZUJ. OGARNIESZ TO!
2026-08-19
INTRO
Rozdział 1 - Kiedy rozmowa zmienia się w walkę
Rozdział 2 - Twój pogląd to nie ty
Rozdział 3 - Nie kłócicie się tylko o poglądy
Rozdział 4 - Przestań prowadzić proces sądowy w salonie
Rozdział 5 - Przestań przekonywać za wszelką cenę
Rozdział 6 - Nie rozmawiaj, kiedy nikt już nie słucha
Rozdział 7 - Nie karm każdej prowokacji
Rozdział 8 - Granica to nie kara
Rozdział 9 - Najpierw zrozum, potem odpowiadaj
Rozdział 10 - Mów o sobie, zamiast oskarżać
Rozdział 11 - Naucz się nie zgadzać bez obrażania
Rozdział 12 - Rozmawiaj o faktach tak, żeby nie zamienić telefonu w broń
Rozdział 13 - Szukaj tego, co możecie ustalić
Rozdział 14 - Naucz się dobrze kończyć rozmowę
Rozdział 15 - A jeśli druga strona wcale nie chce rozmawiać?
Rozdział 16 - Kiedy ty sam znowu się zagotujesz
Rozdział 17 - Kiedy rozmowa nie daje żadnego efektu
Rozdział 18 - Nie pozwól, żeby różnice stały się całą relacją
Rozdział 19 - Zauważ, że znowu wracacie do starego schematu
Rozdział 20 - Nie musicie się zgadzać, żeby być blisko
Title Page
Cover
Table of Contents
Wyobraź sobie niedzielny obiad. Rosół jeszcze paruje, ziemniaki są na stole, ktoś pyta, czy chcesz dokładkę, i przez pierwsze siedem minut rodzina zachowuje się jak grupa ludzi, którzy naprawdę przyszli razem zjeść. A potem ktoś mówi jedno zdanie. Może o polityce. Może o szczepieniach, wychowaniu dzieci, kościele, klimacie, wojnie, podatkach, diecie, edukacji albo o tym, czy człowiek, który kupuje majonez innej marki niż zwykle, nadal zasługuje na zaufanie. Nagle widelec zatrzymuje się w połowie drogi do ust, ciocia przestaje kroić kotleta, a wujek przyjmuje pozycję człowieka, który właśnie został wezwany do obrony cywilizacji.
I po obiedzie zostało wspomnienie.
Nie chodzi o to, że bliscy mają inne zdanie. To akurat jest normalne. Problem zaczyna się wtedy, gdy różnica poglądów przestaje dotyczyć sprawy, a zaczyna dotyczyć człowieka. „Myślę inaczej” bardzo szybko zmienia się w „jak ty możesz tak myśleć?”, potem w „nie poznaję cię”, a chwilę później ktoś przypomina historię z 2009 roku, która nie ma z tematem nic wspólnego, ale najwyraźniej została właśnie dopuszczona jako materiał dowodowy. Rozmowa o podatkach kończy się analizą charakteru, dzieciństwa i jakości twoich życiowych wyborów.
To imponująca wydajność jak na piętnaście minut przy serniku.
Bliscy są szczególnie trudnymi rozmówcami właśnie dlatego, że są bliscy. Z obcym człowiekiem w internecie możesz zakończyć dyskusję, zamknąć kartę i wrócić do oglądania filmu o renowacji starego stołu, choć nie masz ani starego stołu, ani zamiaru czegokolwiek odnawiać. Z ojcem, siostrą, partnerką, synem czy przyjacielem jest trudniej. Zależy ci nie tylko na tym, żeby zostać zrozumianym. Zależy ci także na relacji, wspólnej historii, poczuciu szacunku i na tym, żeby następne święta nie przypominały posiedzenia komisji śledczej.
Dlatego w rozmowie z bliskimi stawką bardzo rzadko jest sam pogląd. Pod spodem często siedzi coś większego: poczucie przynależności, lojalność, bezpieczeństwo, wartości, obraz siebie, doświadczenia z przeszłości. Kiedy ktoś słyszy krytykę przekonania, które od lat jest częścią jego tożsamości, może odebrać ją jak krytykę siebie. Ty mówisz: „nie zgadzam się z tym argumentem”. On słyszy: „uważam, że jesteś idiotą, a twoje życie było serią błędnych decyzji”. Potem odpowiada już nie na twoje zdanie, tylko na wersję tego zdania wyprodukowaną przez własny wewnętrzny dział propagandy.
Ten dział pracuje całodobowo.
Do tego dochodzi jeszcze bardzo ludzka potrzeba wygrania. Nie wystarczy powiedzieć swoje. Chcemy, żeby druga osoba przyznała: „Masz rację. Przez ostatnie dwanaście lat się myliłem. Dziękuję, że podczas kolacji przy zapiekance ziemniaczanej otworzyłeś mi oczy”. To wydarza się mniej więcej równie często jak dobrowolne przyznanie przez kota, że zrzucił szklankę ze stołu. A jednak wchodzimy w kolejne rozmowy z planem, który zakłada właśnie taki finał.
Potem zaczyna się klasyka. Przerywanie. Podnoszenie głosu. Zasypywanie argumentami. Linki wysyłane o 23:47 z dopiskiem „przeczytaj, to może zrozumiesz”. Wciąganie do rozmowy trzeciej osoby, która jeszcze nic nie powiedziała, ale już została mianowana ekspertem.
„Powiedz mu, Marek”.
Marek chciał tylko sałatkę.
Jeszcze gorzej robi się wtedy, gdy próbujesz używać rozsądnych narzędzi w nierozsądny sposób. „Musisz szanować moje zdanie” bywa tłumaczone jako „nie wolno ci go krytykować”. „Nie chcę się kłócić” czasem oznacza „chcę wygłosić swoje, a potem zamknąć temat”. „Porozmawiajmy spokojnie” potrafi zostać wypowiedziane tonem człowieka, który właśnie za chwilę zdecydowanie nie będzie spokojny. Język ma ogromne możliwości. Można nim nawet ogłosić zawieszenie broni, celując jednocześnie z armaty.
Ta książka nie będzie próbowała nauczyć cię, jak przekonać wszystkich bliskich do swoich poglądów. Po pierwsze, to nierealne. Po drugie, byłoby trochę niepokojące. Po trzecie, gdyby wszyscy ludzie w rodzinie mieli identyczne poglądy na wszystko, prawdopodobnie i tak zaczęliby się kłócić o temperaturę w salonie. Człowiek jest kreatywny. Jeśli nie ma sporu ideologicznego, zawsze zostaje otwarte okno.
Celem jest coś znacznie bardziej użytecznego: nauczyć się rozmawiać tak, żeby różnica zdań nie niszczyła relacji. Będziemy oddzielać pogląd od osoby, rozpoznawać moment, w którym rozmowa przestaje mieć sens, uczyć się zadawać pytania zamiast prowadzić przesłuchanie i sprawdzać, kiedy warto powiedzieć więcej, a kiedy najlepszym narzędziem komunikacyjnym jest zakończenie tematu bez teatralnego trzaskania drzwiami. Zobaczysz też, jak reagować na zaczepki, jak stawiać granice, jak nie dać się wciągnąć w spiralę „a ty zawsze” oraz co robić, gdy druga strona nie jest zainteresowana rozmową, tylko zwycięstwem.
Bo nie każda rozmowa musi zostać dokończona. Nie każdy argument zasługuje na odpowiedź. Nie każda prowokacja jest zaproszeniem, które trzeba przyjąć.
To ważne zwłaszcza wtedy, gdy poglądy dotykają rzeczy dla ciebie fundamentalnych. Można odpuścić dyskusję o tym, który serial jest najlepszy. Trudniej odpuścić, gdy rozmowa dotyczy wartości, praw, bezpieczeństwa, wychowania dzieci albo sposobu traktowania innych ludzi. I właśnie tu pojawia się najważniejsze rozróżnienie: spokojna rozmowa nie oznacza rezygnacji z własnych przekonań. Szacunek nie wymaga udawania zgody. Granica nie jest karą. A zakończenie rozmowy, która zmieniła się w obrażanie, nie oznacza, że przegrałeś debatę.
Czasem oznacza tylko, że odmówiłeś udziału w konkursie, w którym nagrodą jest zepsuty wieczór.
Nie będziemy też udawać, że za każdą różnicą zdań stoi „piękna różnorodność perspektyw”. Czasem ktoś zachowuje się zwyczajnie źle. Poniża, wyśmiewa, prowokuje, przekracza granice albo używa „poglądów” jako wygodnego opakowania dla pogardy. W takich sytuacjach twoim zadaniem nie jest perfekcyjnie dobrać słowa, żeby druga osoba nagle odkryła w sobie dojrzałość emocjonalną. Możesz powiedzieć jasno, na co się nie zgadzasz, przerwać rozmowę i ograniczyć kontakt z tematem, a jeśli trzeba — także z człowiekiem. Relacja jest ważna, ale nie jest abonamentem bez limitu na cudze zachowanie.
Z drugiej strony większość sporów z bliskimi nie zaczyna się od jawnej wrogości. Zaczyna się od drobnego zdania, tonu, miny, przewrócenia oczami albo tego nieszczęsnego „no oczywiście, że ty tak uważasz”. Potem każdy dodaje po jednej cegle, aż po kwadransie stoi między wami mur, a nikt już nie pamięta, kto właściwie zaczął budowę. Dobra wiadomość jest taka, że tę eskalację można zatrzymać wcześniej. Nie trzeba być mediatorem ONZ. Wystarczy nauczyć się kilku prostych rzeczy i użyć ich, zanim mózg przełączy się z rozmowy na tryb obrony ojczyzny.
Będziemy pracować na realnych sytuacjach: rodzinnych obiadach, rozmowach z partnerem, spotkaniach ze znajomymi, wiadomościach na grupach, dyskusjach z rodzicem, który „tylko mówi, jak jest”, i kontaktach z człowiekiem, który przesyła ci piętnasty film w tygodniu, ponieważ czternaście pierwszych najwyraźniej nie doprowadziło do oczekiwanej przemiany światopoglądowej. Dostaniesz konkretne zdania, procedury, warianty minimum i plan B na moment, kiedy rozmowa zaczyna przypominać mecz, w którym obie strony są jednocześnie zawodnikami, sędziami i komentatorami.
Nie musisz nauczyć się kochać cudzych poglądów. Nie musisz też przestać mieć własnych. Chodzi o to, żeby umieć pozostać człowiekiem w rozmowie z drugim człowiekiem, nawet gdy oboje jesteście święcie przekonani, że to właśnie ten drugi kompletnie oszalał.
To da się zrobić.
Choć przy świątecznym stole warto mimo wszystko siedzieć daleko od noży.
Zaczyna się niewinnie. Ktoś mówi przy kawie: „Ja tam uważam, że…”. Ty jeszcze przez chwilę jesteś spokojnym, cywilizowanym człowiekiem. Słuchasz. Kiwasz głową. Nawet bierzesz łyk kawy. Potem pada jedno zdanie, które trafia dokładnie w ten fragment twojego światopoglądu, gdzie przechowujesz rzeczy oznaczone etykietą „absolutnie oczywiste”.
I nagle kawa przestaje być najważniejszym płynem na stole.
Pierwszy problem z rozmowami o poglądach polega na tym, że bardzo często nie zauważamy momentu, w którym przestajemy rozmawiać. Formalnie nadal wymieniamy zdania. Usta pracują. Argumenty się pojawiają. Gramatyka funkcjonuje. Ale cel rozmowy właśnie się zmienił.
Na początku chcesz powiedzieć, co myślisz.
Po chwili chcesz zostać zrozumiany.
Jeszcze chwilę później chcesz udowodnić, że masz rację.
A potem zaczynasz marzyć o całkowitej kapitulacji przeciwnika, najlepiej podpisanej przy świadkach.
To już nie jest rozmowa. To mała wojna z dostępem do ciasta.
Najłatwiejszy sygnał jest bardzo prosty: przestajesz słuchać odpowiedzi, a zaczynasz przygotowywać kontratak. Druga osoba jeszcze mówi, ale ty już w głowie układasz trzy punkty odpowiedzi, przypominasz sobie artykuł sprzed pół roku i próbujesz odtworzyć cytat, który idealnie zakończy całą dyskusję.
Nie słuchasz.
Czekasz na swoją kolej.
To ogromna różnica.
W normalnej rozmowie informacja od drugiej osoby może wpłynąć na to, co powiesz dalej. W kłótni informacja jest głównie przeszkodą między tobą a twoją kolejną wypowiedzią.
Drugi sygnał to zmiana języka. Z konkretnego tematu szybko przechodzimy do człowieka.
„Nie zgadzam się z tym rozwiązaniem” zamienia się w:
„Ty zawsze tak myślisz”.
A potem:
„Z tobą nie da się rozmawiać”.
I jesteśmy w domu. Znaczy niekoniecznie w sensie emocjonalnym, ale przynajmniej rodzinnie.
Gdy w rozmowie pojawiają się słowa „zawsze”, „nigdy”, „wszyscy”, „tacy jak ty”, „typowe dla ciebie” albo „wiedziałem, że tak powiesz”, warto potraktować je jak kontrolkę na desce rozdzielczej. Samochód jeszcze jedzie, ale dalsze ignorowanie komunikatu może skończyć się interesującym dymem.
Bo poglądy nie są przechowywane w głowie jak instrukcja obsługi odkurzacza. Wiele z nich jest połączonych z ważniejszymi rzeczami: rodziną, wartościami, doświadczeniami, statusem, poczuciem bezpieczeństwa, grupą, do której należymy, albo obrazem samych siebie.
Dlatego krytyka poglądu może zostać odebrana jak krytyka człowieka.
Ktoś mówi:
„Nie zgadzam się z twoją opinią”.
Mózg tłumaczy:
„Uważa, że jesteś głupi”.
Ktoś mówi:
„Ja patrzę na to inaczej”.
Mózg:
„Atak na nasze terytorium. Uruchomić artylerię”.
Mózg jest wspaniałym organem. Potrafi tworzyć muzykę, rozwiązywać równania i wyobrażać sobie przyszłość. Potrafi też z neutralnej uwagi zrobić trzysezonowy serial o zdradzie.
Mechanizm jest szczególnie silny w rozmowach z bliskimi. Od obcego człowieka łatwiej przyjąć: „mam inne zdanie”. Od partnera, rodzica czy dorosłego dziecka możemy usłyszeć coś więcej: „nie rozumiesz mnie”, „oddalasz się ode mnie”, „nie jesteśmy już po tej samej stronie”.
I wtedy walczymy nie tylko o stanowisko.
Walczymy o więź.
Problem polega na tym, że robimy to często w sposób, który właśnie tę więź niszczy.
Jedną z najważniejszych umiejętności w trudnej rozmowie jest rozdzielenie osoby od poglądu.
Możesz uważać czyjąś opinię za błędną, nierozsądną albo opartą na słabych przesłankach i jednocześnie nie traktować tej osoby jak kompletnego przypadku beznadziejnego.
To wymaga dyscypliny językowej.
Zamiast:
„Jak możesz wierzyć w takie bzdury?”
spróbuj:
„Nie przekonuje mnie ten argument. Co sprawia, że dla ciebie jest wiarygodny?”
Różnica wydaje się kosmetyczna.
Nie jest.
Pierwsze zdanie informuje: „mam już ocenę ciebie”.
Drugie: „nie zgadzam się, ale jeszcze rozmawiam”.
To nie jest manipulacyjna sztuczka ani dyplomatyczna dekoracja. To sposób na zatrzymanie drugiego człowieka w rozmowie.
Bo gdy ktoś poczuje się zaatakowany, bardzo rzadko staje się bardziej otwarty.
Zwykle staje się bardziej skuteczny w bronieniu tego, w co już wierzy.
Nie musisz.
Naprawdę.
Jeżeli ktoś podczas rodzinnego spotkania wygłosi siedem opinii, z którymi się nie zgadzasz, nie jesteś zobowiązany przeprowadzić siedmiopunktowego audytu.
To nie urząd skarbowy poglądów.
Ludzie często wpadają w tryb natychmiastowego prostowania. Każde zdanie wymaga reakcji. Każda przesada korekty. Każda nieścisłość sprostowania.
Po dwudziestu minutach rozmowa wygląda jak korekta pracy magisterskiej, której autor nie prosił o recenzję.
Warto więc wprowadzić prostą zasadę:
Nie reaguj na wszystko. Reaguj na to, co naprawdę ważne.
Zadaj sobie w głowie trzy szybkie pytania:
Czy ta sprawa rzeczywiście ma znaczenie? - Czy moja odpowiedź może coś poprawić? - Czy teraz jest dobry moment?
Jeśli odpowiedź brzmi trzy razy „nie”, możesz zrobić coś radykalnego.
Nic.
Świat przetrwa.
Czasem bliski człowiek dobrze wie, że dany temat was dzieli. I mimo to wrzuca go do rozmowy w sposób, który przypomina rzucenie zapałki do suchej trawy.
„No, ciekawe, co TY teraz powiesz”.
To nie jest neutralne zaproszenie do debaty.
To trailer.
W takim momencie najgorszą rzeczą bywa automatyczne wejście w rolę, którą ktoś ci właśnie przygotował.
Możesz odpowiedzieć:
„Chyba oboje wiemy, że się w tym nie zgadzamy. Nie mam ochoty dziś tego rozkręcać”.
Albo:
„Jeśli naprawdę chcesz o tym pogadać spokojnie, możemy. Jeśli mamy się tylko przepychać, odpuszczę”.
To nie jest ucieczka.
To wybór formatu.
Jeżeli ktoś zaprasza cię do walki w błocie, masz pełne prawo nie pytać o godzinę rozpoczęcia.
Jedna z najprostszych metod jest jednocześnie jedną z najtrudniejszych: odpowiedz później niż odruch każe.
Nie chodzi o pięć minut medytacji.
Wystarczą trzy sekundy.
Słyszysz zdanie, które cię uruchamia. Zamiast natychmiast odpowiadać, robisz krótką pauzę. Bierzesz oddech. Pijesz wodę. Patrzysz na rozmówcę.
Brzmi banalnie.
Działa dlatego, że pozwala ci wybrać odpowiedź zamiast wystrzelić reakcję.
Możesz nawet powiedzieć:
„Daj mi sekundę, bo pierwsza odpowiedź, która przyszła mi do głowy, raczej nam nie pomoże”.
To zdanie ma kilka zalet. Jest szczere. Rozładowuje napięcie. I być może ratuje cię przed wypowiedzeniem czegoś, co za pięć minut będziesz próbował cofnąć przy pomocy bardzo słabego „nie to miałem na myśli”.
Podniesiony głos nie zwiększa prawdopodobieństwa, że argument stanie się lepszy.
Zwiększa jedynie jego głośność.
To niby oczywiste, a jednak ludzkość od wieków testuje hipotezę, że jeśli powiemy dokładnie to samo o trzydzieści decybeli głośniej, druga osoba nagle dostrzeże prawdę.
Nie dostrzeże.
Najczęściej usłyszy atak.
Jeśli widzisz, że rozmowa przyspiesza, przerwania stają się częstsze, głos rośnie, a zdania robią się krótsze i ostrzejsze, nie próbuj wtedy dodawać jeszcze lepszego argumentu.
Zmień tempo.
Powiedz:
„Zaczynamy się nakręcać”.
Albo:
„Chcę o tym porozmawiać, ale nie w takim tonie”.
To jedno z najważniejszych zdań w całej tej książce: można przerwać sposób prowadzenia rozmowy, nie kończąc relacji.
Jeżeli masz zapamiętać z tego rozdziału tylko jedną rzecz, niech będzie nią ta:
Zanim odpowiesz, sprawdź, jaki jest twój cel.
Chcesz:
przekazać swoje stanowisko?
zrozumieć?
zostać zrozumiany?
ustalić coś?
czy wygrać?
Jeśli odpowiedź brzmi „wygrać”, warto zrobić sobie krótką kontrolę techniczną.
Bo z bliskim człowiekiem można wygrać argument i przegrać cały wieczór.
Czasem nawet święta.
Najbliższy krok jest prosty: podczas kolejnej trudnej rozmowy nie próbuj być bardziej przekonujący. Spróbuj wcześniej zauważyć moment, w którym rozmowa zaczyna zmieniać się w walkę.
Im wcześniej go zobaczysz, tym mniej będzie później sprzątania.
Emocjonalnego.
I czasem także po tym nieszczęsnym serniku.
Mówisz bliskiej osobie, że zmieniłeś zdanie w jakiejś sprawie. Reakcja nie brzmi: „ciekawe, dlaczego?”. Brzmi raczej:
„Co się z tobą stało?”
Cztery słowa.
A w pakiecie pełny przegląd osobowości.
To pokazuje, jak łatwo łączymy poglądy z człowiekiem. Nie mówimy: „Rafał ma takie stanowisko w tej konkretnej sprawie”. Mózg chętnie idzie na skróty: „Rafał jest jednym z tych”.
I właśnie słowo „tych” potrafi zniszczyć bardzo dużo.
Ludzki mózg kocha kategorie. Dzięki nim nie musi za każdym razem analizować świata od początku. To praktyczne, gdy rozpoznajesz krzesło, psa albo czerwone światło.
Trochę gorzej, gdy używasz tej samej metody do partnera.
„Konserwatysta”.
„Lewak”.
„Prawak”.
„Antyszczepionkowiec”.
„Fanatyk”.
„Liberalny”.
„Wierzący”.
„Ateista”.
„Ekolog”.
„Spiskowiec”.
Etykieta daje złudzenie, że już wszystko wiemy. Skoro człowiek należy do kategorii X, to na pewno uważa również A, B, C i prawdopodobnie ma konkretny stosunek do płatków owsianych.
Tymczasem realni ludzie są znacznie mniej porządni.
