Jak pozostać człowiekiem w tym piep*onym świecie - Tim Desmond - ebook

13 osób właśnie czyta

Opis

Jak możemy być bardziej uważni, kiedy świat jest tak pokręcony?

 

Ta książka pokazuje, jak rozwinąć zdolności, które pomogą zachować człowieczeństwo – zwracać uwagę, wyrażać głęboką troskę i odczuwać więzi – nawet w beznadziejnych sytuacjach.

 

Być może próbowaliście praktyk mindfulness i doznaliście rozczarowania. Prawdopodobnie kazano wam usiąść na poduszce w ciemnym pokoju, medytować albo liczyć oddechy. Tymczasem uważność nie polega na odcinaniu się od problemów, lecz na otwieraniu się na świat i łączeniu z emocjami innych żywych istot. Poznanie siebie pozwoli zaakceptować własne cierpienie, a w rezultacie uleczyć się, zmienić, rozwinąć i znaleźć spokój.

 

Jak pozostać człowiekiem w tym popiep*nymświecie to książka pełna osobistych historii z podróży, podczas której Tim Desmond uczył się pod okiem mistrza zen Thich Nhat Hanha. Pokazuje nam, jak przetrzymać liczne życiowe sztormy z pomocą samowspółczucia, wdzięczności i nadziei.

 

Obyśmy wszyscy byli szczęśliwi.

Obyśmy wszyscy byli zdrowi.

Obyśmy wszyscy byli bezpieczni.

Obyśmy wszyscy byli kochani.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 177

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Tim Desmond

Jak pozostać człowiekiem w tym piep*onym świecie

Mindfulness w praktyce

PrzełożyłPaweł Kruk

Książkę tę dedykuję tym wszystkim,którzy tak bardzo dbają o świat, że to ich zabija.

WSTĘP

Siedziałem zatrzymany przez policję w San Francisco z grupą przyjaciół. Umieszczono nas w areszcie śledczym w centrum miasta, gdzie opatrywaliśmy sobie drobne rany, ale nikt nie odniósł poważniejszych obrażeń. Już wcześniej wielokrotnie aresztowano nas podczas różnych protestów, wiedzieliśmy więc, że po kilku godzinach nas wypuszczą. W tamtym czasie studiowałem psychologię. Byłem przepełniony dumą, że nie wyrosłem z okresu buntu (i tak jest do dzisiaj).

Zabijaliśmy czas, rozprawiając o tym, czy naszym zdaniem świat idzie ku lepszemu, czy gorszemu. Mój przyjaciel Erik stwierdził, że dzieje się coraz lepiej. Powiedział, że w porównaniu z rokiem 1850, gdy panowało niewolnictwo, kolonializm, ludobójstwo popełniane na rdzennych Amerykanach i podporządkowanie kobiet, obecne czasy wypadają lepiej. Brzmiało to dla mnie sensownie.

Jednak mój inny przyjaciel Stephen wyraził opinię, iż jest coraz gorzej. Zauważył, że coraz więcej bogactwa i władzy przypada niewielkiej grupie ludzi i zapytał, jak może się dziać lepiej, skoro całkiem możliwe, że za sto lat nasza planeta nie będzie się nadawała do zamieszkania. Także trafne uwagi.

Oni rozprawiali, a ja przeważnie słuchałem. Wielokrotnie byłem świadkiem podobnych debat – zawsze mnie fascynowały. Przemawiały do mnie obie przeciwstawne opinie i zastanawiałem się, czy może tak być, że obie są słuszne. Czy możliwe, iż dzieje się lepiej, a zarazem gorzej?

Zastanawiałem się też, jak zmieniłaby się moja postawa, gdybym stanął po którejś ze stron. Czy gdybym uwierzył, że dzieje się coraz gorzej, to musiałbym uznać, iż nasze próby stworzenia pozytywnej zmiany spełzną na niczym? Z drugiej zaś strony, gdybym przyjął, że idzie ku lepszemu, to musiałbym uznać, iż cała nasza praca jest w rzeczywistości niepotrzebna?

Miesiąc wcześniej ćwiczyłem medytację z mistrzem zen Thích Nhất Hạnhem. Podczas jednego z wykładów opowiadał o buddyjskiej idei zwanej zręcznymi środkami – że czasem najważniejsze w systemie przekonań jest to, w jaki sposób oddziałuje on na człowieka. Jaki światopogląd uczyniłby mnie lepszą osobą? Który pomógłby mi wytrwać w wysiłkach na rzecz zmian?

Po namyśle uznałem, że dla każdej z tych perspektyw istniałoby racjonalne uzasadnienie, by ją porzucić, ale także, aby ją wesprzeć. Możliwe, że ludzkie istoty ewoluują w kierunku jakiejś bardziej oświeconej świadomości i być może od czasu, gdy przestaliśmy być członkami kultury zbieracko-łowieckiej, niszczymy wszystko, czego się tkniemy. Może oba stwierdzenia są słuszne albo żadne z nich. Ostatecznie nie zmieniłoby to decyzji dotyczących mojego życia.

Świat wypełnia ogrom cierpienia i nie widzę lepszego sposobu na życie, niż podjęcie próby, żeby zostawić coś lepszym, niż to zastałem. Taka motywacja stanowi siłę napędową mojego życia i prowadzi mnie przez świat drogą medytacji w klasztorach buddyjskich, organizowania ruchów społecznych, zakładania organizacji non profit, a ostatnio zainicjowania w Google start-upu z zakresu zdrowia psychicznego. Pisałem tę książkę z nadzieją, że będę mógł podzielić się z czytelnikami swoją wiedzą, by w ten sposób pomóc im żyć w naszym pięknym i pokręconym świecie.

ROZDZIAŁ 1

COŚ GŁĘBSZEGO NIŻ ROZPACZ

Nie chciałbym, żebyś zanurzał się w swój sen.

Wolałbym, abyś był świadomym mieszkańcem tego okropnego i pięknego świata.

– TA-NEHISI COATES

Czternastego listopada 2016 roku, zaledwie sześć dni po zwycięstwie Donalda Trumpa, moja żona Annie obudziła się w środku nocy nękana przenikliwym bólem. Badanie na ostrym dyżurze wykazało, że rak, z którym zmagała się od ponad roku, przerzucił się do jamy brzusznej i guz blokuje lewą nerkę. Kilka długich godzin później wywieziono ją z sali operacyjnej. Z boku Annie wychodziła plastikowa rurka, która odprowadzała mocz do torebki. Powiedziano mi, że prawdopodobnie będzie ją miała do końca życia. Kiedy przywiozłem do szpitala naszego trzyletniego syna, musiałem go uprzedzić, żeby nie dotykał rurki mamy.

W tamtej chwili usłyszałem głos rozpaczy – bardzo realnie. Mówiła: „Twoje życie jest gówniane. Wszystko jest zupełnie popieprzone. Najlepiej schowaj się w jakimś kącie”.

Przypomniała mi się wtedy opowieść, którą wielokrotnie przytaczał mnich buddyjski z Wietnamu i pacyfista Thích Nhất Hạnh, a także mój nauczyciel medytacji od dwudziestu lat. Oto historia o bananowcu:

Któregoś dnia Thích Nhất Hạnh medytował w wietnamskiej dżungli i zobaczył młody bananowiec z trzema tylko liśćmi. Pierwszy był w pełni rozwinięty, szeroki i płaski, soczyście zielony. Drugi, poniżej, pozostawał jeszcze częściowo zwinięty, trzeci zaś był jasnozielony, delikatny i dopiero się rozwijał.

Działo się to w środku wojny w Wietnamie, gdzie mistrz przewodził ogromnej organizacji młodych ludzi pomagających w odbudowie wiosek zniszczonych bombami i napalmem. Niemal każdego dnia towarzyszył mieszkańcom, których życie spustoszyła wojna, widział śmierć kilku swoich najbliższych przyjaciół. Istotne pytanie w jego życiu brzmiało wtedy, jak pogodzić swoje powołanie z praktyką uważności, by pomagać cierpiącym ludziom. Wiedział, że musi praktykować uważność, by rozpacz go nie przytłoczyła, ale jak miał uzasadnić kultywowanie w sobie pokoju i radości, gdy wokół umierało tylu ludzi?

Nie zapominając o swoim dylemacie, wpatrzony w młodą roślinę bananowca, doznał głębokiego olśnienia. Pojął, że ten najbardziej dojrzały liść w pełni cieszy się życiem. Chłonie energię słoneczną i deszcz, emanuje pięknem i spokojem. Jednak nie opuścił pozostałych liści w swoim dążeniu do szczęścia. W rzeczywistości, gdy sam się odżywiał, pławiąc w słońcu, karmił też młodsze liście, bananowiec i całą dżunglę. Mistrz uznał, że z ludźmi jest podobnie. Kiedy sycimy się pokojem oraz radością, jednocześnie wspieramy dobrostan wszystkich innych ludzi obecnych w naszym życiu.

Tam w szpitalu, patrząc na żonę i syna, nie mogłem nie dostrzec, jak bardzo mnie potrzebują. Nie musiałem robić niczego konkretnego. Oni chcieli, żebym został z nimi i pomógł im poczuć, iż nie są sami – że wciąż warto żyć. Gdybym w jakiś sposób potrafił nie stracić kontaktu z tym, co piękne i radosne w życiu – gdybym dotarł do czegoś, co tkwi we mnie głębiej niż rozpacz, mógłbym zaoferować coś ludziom, których kocham najbardziej.

GŁĘBIEJ NIŻ ROZPACZ

Patrząc wokół siebie, trudno nie wysnuć wniosku, że nasz świat jest niezwykle popieprzony. Oczywiście istnieje w nim dużo piękna, lecz ogrom przemocy, chciwości, nienawiści i czystej głupoty może przytłoczyć człowieka, jeśli pozwolimy sobie na uwagę i troskę.

Przeraża mnie myśl, czego doświadczają dobrzy ludzie, gdy całe to zło tak bardzo przytłacza. Czujemy się zobowiązani, by uważnie słuchać i okazywać troskę. Jednak intensywność doświadczanego cierpienia zatruwa nas, w rezultacie tracimy kontakt ze swoim człowieczeństwem. I albo pogrążamy się w desperacji, albo popadamy w toksyczną prawość.

Termin ten ukuła pisarka i aktywistka Starhawk, by opisać napędzaną gniewem słuszność, która zawładnęła politycznym dyskursem. Toksyczna prawość ma miejsce wtedy, gdy znajdziemy się o krok od rozpaczy, lecz w jakiś sposób zbieramy w sobie dość siły, by zaatakować, zamiast się poddać. W takim stanie nie potrafimy słuchać i często nawet nie widzimy, dlaczego mielibyśmy to robić, ponieważ oponenci nie są w pełni ludźmi. Jeśli ktoś próbuje powiedzieć, że nasza gorycz i oburzenie nie pomagają, przechodzimy do agresywnej obrony, bo wierzymy, że jedynym wyjściem jest całkowita kapitulacja.

Wysiłek zachowania człowieczeństwa w pokręconym świecie sprowadza się do tego, w jaki sposób reagujemy na ogrom otaczającego nas cierpienia. Bez względu na to, czy jego źródłem jest coś z mojego życia, czy z życia ludzi, których kocham, czy odczuwam ból, zwracając uwagę na warunki panujące w naszym świecie (zwykle chodzi o każdy z tych czynników), muszę znaleźć sposób na okazywanie współczucia tak, by nie opadło mnie całkowite przygnębienie. Jeśli tego nie zrobię, pogrążę się w rozpaczy, omotany toksyczną prawością albo (co gorsza) wynajdę choćby najmniejszą bańkę przywileju, w której będę mógł się schować i odrzucić wszelką troskę.

Kiedy pojmuję, że wszechwładne cierpienie może zmienić mnie w kogoś, kim nie chcę być, czuję się mocno zmotywowany, by znaleźć sposób na zachowanie człowieczeństwa. Nie chcę przestać przejmować się ani pogrążać w gniewie i rozgoryczeniu. Pragnę pozostać obecny i być siłą działającą na rzecz dobra. Pragnę stać się liściem z opowieści Thích Nhất Hạnha, pełnym radości i pokoju, które przyniosą korzyść mnie i innym. Nie zamierzam pozwolić na to, by wszystko, co jest spieprzone w świecie, ogołociło mnie z człowieczeństwa.

STĄD DO TAMTĄD

Jak mam się stać kimś takim? W jaki sposób wzmacniać w sobie taką zdolność? Co robić, jeśli nie przychodzi to z łatwością? A jeżeli naprawdę przyjdzie mi zmagać się z gniewem, rozpaczą i wycofaniem? Czy można się zmienić?

Mogę cię zapewnić, że gdy po raz pierwszy podjąłem trening uważności i współczucia, jako dziewiętnastoletni student koledżu, byłem o wiele bardziej pokręcony niż ty. Dorastałem w biedzie w Bostonie, wychowywany tylko przez matkę alkoholiczkę. Nieustannie zastraszany, bezdomny nastolatek, który nigdy nie poznał ojca. Zanim poszedłem na studia, wypełniała mnie złość, samotność, nie nabyłem jeszcze zbyt wielu umiejętności społecznych.

Kiedy profesor politologii polecił nam lekturę książki Thích Nhất Hạnha Każdy krok niesie pokój, wszystko uległo zmianie. Od razu pojąłem, że uważność i współczucie są dokładnie tym, czego brakuje w moim życiu. Niezwłocznie – jak czasem postępują dziewiętnastolatkowie, gdy znajdą coś, co uznali za sensowne – sam zacząłem się oddawać tym praktykom, spędzając po kilka miesięcy w roku w ośrodkach medytacyjnych z Thích Nhất Hạnhem i podążając za nim wszędzie, dokąd się udawał.

Dzięki wszystkim tym praktykom i naukom nauczyłem się doświadczać więcej radości i wolności, niż sądziłem, że to możliwe. Z człowieka ogarniętego cierpieniem i autodestrukcją zmieniłem się w osobę, której życie wypełniają życzliwość i harmonia. Skoro ja mogłem, to każdy potrafi tego dokonać.

NIC NIE JEST WOLNE (AŻ TAKIM SIĘ STANIE)

Z drugiej zaś strony zmiana nie jest niczym łatwym i nie dzieje się sama z siebie. Każdy powinien znaleźć idee i praktyki, które uzna za sensowne na głębokim poziomie. Musisz je sobie przyswoić i pozwolić im zmienić twoje postrzeganie świata. A potem stosować je w praktyce i przekonać się, jak wpływają na życie. A wreszcie, gdy znajdziesz możliwość nauki czy treningu, które uznasz za prawdziwie pomocne, zaangażuj się w świadomą praktykę. Im więcej czasu i wysiłku poświęcisz, tym większej zmiany możesz się spodziewać.

I wtedy dzieje się coś magicznego. Czujesz, że ćwiczenia i koncepcje, które wcześniej wymagały ogromnego wysiłku, stają się twoją drugą naturą. To tak, jakby zaangażować się w naukę francuskiego – po pewnym czasie, zupełnie niespodziewanie, uzmysławiasz sobie, że masz już pewną biegłość. I całkiem swobodnie możesz rozmawiać w tym języku. Wtedy zaczynasz też czuć, że samoczynnie wyłania się w tobie przepełniona współczuciem myśl w momencie, który wcześniej wywołałby w tobie gniew. Oto owoc poświęcenia. Wysiłek prowadzący do swobody.

SŁOWA SIĘ PSUJĄ

Można zwracać uwagę i przejmować się cierpieniem w świecie, nie pozwalając, by nas zatruło. Istnieje pewna zaleta umysłu, którą można rozwinąć i która pozwala pozostać z cierpieniem bez utraty kontaktu z radością życia. Potrafimy przyjąć, że ból jest nieuniknionym elementem istnienia, nie pozwalając, by uczyniło nas to bezdusznymi czy obojętnymi. Zamiast tego jesteśmy w stanie okazać całkowitą akceptację i gotowość czynienia wszystkiego, co możliwe, aby złagodzić cierpienie.

Słowem, którym mój nauczyciel Thích Nhất Hạnh opisuje taki sposób odniesienia się do życia, jest uważność. Ja jednak niezbyt je lubię. Zbyt wiele osób posługuje się nim, nadając mu zupełnie inne znaczenie niż to, co ma na myśli Thích Nhất Hạnh. Zwykli twierdzić, że uważność to głębokie oddechy, siedzenie na poduszkach na podłodze albo obojętne przyglądanie się swoim myślom i doznaniom – tak jak ogląda się nudne telewizyjne show.

Natomiast Thích Nhất Hạnh, gdy posługuje się terminem uważność, opisuje sposób odnoszenia się do życia (zwłaszcza do cierpienia), zawierający w sobie współczucie, radość, opanowanie i mądrość. To dokładnie taka cecha, która pozwala zachowywać człowieczeństwo w porypanych sytuacjach – pozostawać otwartym, troskliwym i zdolnym do nawiązania kontaktu.

Możliwe, że słowa psują się i tracą swoje znaczenie. Gdy tak się dzieje, możemy porzucić to słowo albo spróbować je odnowić. Nie jestem całkiem gotowy, by porzucić słowo uważność (przynajmniej nie dzisiaj), ale kiedy się nim posługuję, pamiętaj, proszę, że mam na myśli jego głębszy sens.

Jakkolwiek zechcesz to nazwać, zdolność zachowania człowieczeństwa w obliczu wielkiego cierpienia jest raczej rzadkością w naszym świecie. I czymś, czego bardzo potrzebujemy. A zatem kolejne pytanie brzmi: Jak rozwinąć w sobie tę zdolność. W jaki sposób możemy się nauczyć robić to lepiej?

Wciąż rozważam owo pytanie i doszedłem do przekonania, że można to czynić poprzez ćwiczenie się w konkretnych umiejętnościach. Ta książka ma ci pokazać, jak wykształcić zdolności, które ułatwią zachowanie człowieczeństwa – pomogą zwracać uwagę, wyrażać głęboką troskę i odczuwać więzi – nawet w naprawdę trudnych sytuacjach. Najpierw poznasz każdą z tych zdolności. Potem wypróbujesz ją, aż znajdziesz metodę, by posługiwać się nią z pożytkiem. I wreszcie będziesz ją ćwiczyć, aż poczujesz, że stała się dla ciebie czymś naturalnym.

Tytuł oryginału: How to Stay Human in a F*cked-Up World. Mindfulness Practices for Real Life

Pierwsze wydanie: HarperCollins Publishers LLC, Nowy Jork, USA, 2019

Opracowanie graficzne okładki: Madgrafik

Redaktor prowadzący: Alicja Oczko

Opracowanie redakcyjne: Bogumiła Widła

Korekta: Urszula Gołębiewska

Copyright © 2019 by Tim Desmond. All rights reserved.

© for the Polish edition by HarperCollins Polska sp. z o.o., Warszawa, 2019

Wszystkie prawa zastrzeżone, łącznie z prawem reprodukcji części lub całości dzieła w jakiejkolwiek formie.

Niniejsze wydanie zostało opublikowane na licencji HarperCollins Publishers, LLC.

HarperCollins jest zastrzeżonym znakiem należącym do HarperCollins Publishers, LLC. Nazwa i znak nie mogą być wykorzystane bez zgody właściciela.

Projekt okładki: Pete Garceau

Wszystkie prawa zastrzeżone.

HarperCollins Polska sp. z o.o.

02-516 Warszawa, ul. Starościńska 1B lokal 24-25

www.harpercollins.pl

ISBN 9788327646828