Intymne życie Moniki P. - Dawid Przybysz - ebook

Intymne życie Moniki P. ebook

Dawid Przybysz

0,0

Opis

Mam na imię Monika i opowiem Wam swoją historię – bez upiększeń i bez cenzury.


Po trzydziestce zorientowałam się, że moje życie wygląda lepiej z zewnątrz niż od środka.
Pracę mam dobrą, ale szef lubi sypać obleśnymi tekstami. Mój specyficzny mąż przejawia dość dziwny fetysz, o którym przeczytacie później. Jedyne, czego możecie mi pozazdrościć, to przyjaciółki - oddane, zabawne i szczere.

Gwarantuję śmiech, łzy i seks. Taki, co daje bliskość – i taki, po którym zostaje tylko konsternacja.
To książka o kobietach ratujących się nawzajem, kiedy reszta świata zawodzi.

I na koniec mała prośba: nie dawajcie tej książki do przeczytania swoim facetom – niech lepiej nie wiedzą, co tak naprawdę o nich myślimy...

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 224

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



In­tym­ne ży­cieMo­ni­ki P.

Co­py­ri­ght © Da­wid Przy­bysz

Co­py­ri­ght © Ostre Pió­ro

Wy­da­nie II

Szcze­cin 2026

ISBN: 978-83-68498-33-2

e-ISBN: 978-83-68498-34-9

Wszel­kie pra­wa za­strze­żo­ne. Roz­po­wszech­nia­nie i ko­pio­wa­nie ca­ło­ści lub czę­ści pu­bli­ka­cji w ja­kiej­kol­wiek po­sta­ci za­bro­nio­ne bez wcze­śniej­szej pi­sem­nej zgo­dy wy­daw­cy. Do­ty­czy to tak­że fo­to­ko­pii i mi­kro­fil­mów oraz roz­po­wszech­nia­nia za po­mo­cą no­śni­ków elek­tro­nicz­nych.

Wy­daw­ca ze­zwa­la na udo­stęp­nia­nie okład­ki książ­ki w in­ter­ne­cie.

Pro­jekt okład­ki i stron ty­tu­ło­wych

Ka­ta­rzy­na Se­re­din-Ko­lar­czyk | www.ka­es-se­re­din.pl

Zdję­cie na okład­ce

Fre­epik

Re­dak­cja

Mo­ni­ka Cał­ka | krop­ka­ispol­ka.pl

Ko­rek­ta

Ka­ta­rzy­na Ku­row­ska | sta­cja­pro­jekt.my.ca­nva.si­te

Na­ta­lia Szop­pa

Pro­jekt ty­po­gra­ficz­ny, skład i ła­ma­nie

Ka­ta­rzy­na Se­re­din-Ko­lar­czyk | www.ka­es-se­re­din.pl

Wy­daw­nic­two Ostre Pió­ro

www.ostre-pio­ro.pl

Da­wid Przy­bysz

In­tym­ne ży­cieMo­ni­ki P.

Dla Ce­li­ny – mo­jej przy­ja­ciół­ki,któ­ra od za­wsze stoi za mną mu­rem

Hi­sto­ria opar­ta na praw­dzi­wych wy­da­rze­niach…

…ale tyl­ko na nie­któ­rych.

Nie­któ­re ple­mio­na rdzen­nych miesz­kań­ców Ame­ry­ki wie­rzą, że isto­ta ludz­ka jest bar­dziej zło­żo­na, niż po­wszech­nie uwa­ża­my. Wy­zna­ją za­sa­dę, iż po­sia­da­my nie jed­ną du­szę, lecz trzy. Jed­na ro­zu­mia­na ja­ko część me­ta­fi­zycz­na, dru­ga ja­ko ży­cie w cie­le, ale to trze­cia jest naj­bar­dziej zja­wi­sko­wa. Opusz­cza na­sze cia­ło, kie­dy śpi­my. Wę­dru­je w świe­cie astral­nym bądź – jak kto wo­li – ma­rzeń sen­nych, po czym nie­ocze­ki­wa­nie po­wra­ca. Przy­no­si nam wie­dzę i do­świad­cze­nie, z któ­rych nie­wie­le osób po­tra­fi sko­rzy­stać. Rdzen­ni miesz­kań­cy Ame­ry­ki od za­ra­nia dzie­jów wie­rzy­li w nie­zwy­kłą moc du­chów swo­ich przod­ków. Nie­któ­rzy wie­rzą w nią do dziś…

Po­wyż­sza hi­sto­ria nie ma z tą książ­ką nic wspól­ne­go.

Roz­dział 1

– Wy­bacz mi, oj­cze, bo bar­dzo zgrze­szy­łam – mruk­nę­łam sła­bym gło­sem, z po­ko­rą pa­trząc w pod­ło­gę. Klę­cza­łam na po­dusz­ce, ale mi­mo to bo­la­ły mnie ko­la­na.

– Czym za­wi­ni­łaś? – za­py­tał mę­ski głos, któ­ry wy­do­by­wał się zza ko­ta­ry.

– By­łam wy­jąt­ko­wo nie­grzecz­na – oznaj­mi­łam. Ta nie­wy­god­na po­zy­cja przy­po­mi­na­ła mi, jak bar­dzo je­stem nie­wy­spor­to­wa­na. Po­win­nam to zmie­nić. – Nie słu­cha­łam mę­ża, uda­wa­łam ból gło­wy, nie­rzad­ko uni­ka­łam in­tym­ne­go zbli­że­nia…

Sły­sza­łam jak­by po­wol­ny od­dech, któ­ry stop­nio­wo sta­wał się co­raz płyt­szy i szyb­szy.

– To bar­dzo po­waż­ne grze­chy – stwier­dził w koń­cu me­lo­dyj­nym gło­sem mój roz­mów­ca.

– Czy mo­gę li­czyć na roz­grze­sze­nie? – za­py­ta­łam, choć z gó­ry wie­dzia­łam, ja­ką otrzy­mam od­po­wiedź.

– To za­le­ży, dro­gie dziew­czę. Mu­sisz coś dla mnie zro­bić.

Tym ra­zem sły­sza­łam wy­raź­nie, jak męż­czy­zna czymś sze­le­ścił i od­dy­chał co­raz cię­żej.

– Co­kol­wiek, oj­cze… – pi­snę­łam ni­czym ma­ła dziew­czyn­ka.

– Roz­chy­laj no­gi, grzesz­ni­co! – za­wo­łał, po czym ze­rwał kur­ty­nę, któ­ra nas dzie­li­ła.

Mój mąż Adam, prze­bra­ny za du­chow­ne­go, pod­cią­gnął su­tan­nę i rzu­cił się na mnie. Był już moc­no pod­nie­co­ny, twar­dy jak za­wsze, więc bez tru­du wsu­nął się w mo­je cia­ło. Do­brze, że wcze­śniej uży­łam lu­bry­kan­tu, bo pew­nie by bo­la­ło. O mo­im pod­nie­ce­niu nie by­ło mo­wy.

Ca­łe to przed­sta­wie­nie trwa­ło nie dłu­żej niż trzy mi­nu­ty, ale przy­go­to­wa­nia do tej oso­bli­wej ce­re­mo­nii po­tra­fi­ły cią­gnąć się ty­go­dnia­mi. Adam nie był zwy­kłym fa­ce­tem, uwiel­biał te­go ty­pu prze­bie­ran­ki. Na po­cząt­ku dzia­ła­ło to na mnie, bo nio­sło ze so­bą nu­tę no­wo­ści. Wcie­la­li­śmy się w ro­le; by­łam już ste­war­de­są, po­li­cjant­ką, ku­rier­ką, po­ko­jów­ką, pie­lę­gniar­ką, dziw­ką, praw­nicz­ką, le­kar­ką, księ­go­wą, na­uczy­ciel­ką – resz­ty na­wet nie po­tra­fię so­bie przy­po­mnieć. Ostat­nio je­go po­my­sły sta­wa­ły się co­raz bar­dziej wy­myśl­ne. Ka­zał mi się prze­brać za je­ba­ną mat­kę smo­ków! A kie­dy do­cho­dził, mia­łam krzy­czeć: Dra­ca­rys!

Tak, wiem, Adam to skoń­czo­ny idio­ta, a ja je­stem jesz­cze więk­szą kre­tyn­ką, sko­ro da­łam się na to na­mó­wić. Tak czy ina­czej, nu­ży mnie ten fe­tysz, choć nie zdo­bę­dę się na to, by mu o tym po­wie­dzieć. Jak już mó­wi­łam, przy­go­to­wa­nia do ce­re­mo­nii zaj­mo­wa­ły cza­sem ty­go­dnie, wli­cza­jąc w to za­mó­wie­nie stro­ju, a nie­kie­dy na­wet szy­cie na mia­rę. To nie mo­gła być fu­szer­ka, mu­sia­łam pro­fe­sjo­nal­nie po­dejść do spra­wy. Oczy­wi­ście cza­sem szłam na ła­twi­znę i wy­po­ży­cza­łam go­to­wy ko­stium. Na szczę­ście on za to wszyst­ko pła­cił.

– Je­stem już bli­sko! – jęk­nął, za­ci­ska­jąc po­wie­ki.

Już za­po­mnia­łam, co ro­bi­my, ale fakt, nad­szedł je­go czas – w koń­cu mi­nę­ły ja­kieś dwie mi­nu­ty.

– Ja też! – stęk­nę­łam z uda­wa­ną roz­ko­szą.

Wie­dzia­łam, że to go moc­niej na­krę­ci i jesz­cze szyb­ciej osią­gnie speł­nie­nie. Tak też się sta­ło. Uda­łam or­gazm, że­by tyl­ko ze mnie zszedł. Cho­ciaż na­wet gdy­bym po­wie­dzia­ła, że nie do­szłam, i tak nie był­by w sta­nie kon­ty­nu­ować – tyl­ko za­da­wał­by nie­wy­god­ne py­ta­nia ty­pu: „Co się dzie­je? Już cię nie pod­nie­cam? Zro­bi­łem coś nie tak?”.

Tak, kur­wa! Wszyst­ko by­ło nie tak! Nie je­stem tak pro­sta w ob­słu­dze jak ty i nie po­tra­fię dojść w dwie mi­nu­ty! I nie pod­nie­ca­ją mnie te szop­ki, któ­re ka­żesz mi cią­gle od­gry­wać!

Chcia­ła­bym mu to kie­dyś wy­krzy­czeć w twarz, ale nie mam ty­le od­wa­gi i tak na­praw­dę sa­ma nie wiem dla­cze­go. Prze­cież nie uro­dzi­łam mu dzie­ci, je­stem jesz­cze mło­da, więc z pew­no­ścią mo­gła­bym się roz­wieść i zna­leźć so­bie ko­goś in­ne­go. Acz­kol­wiek w mo­jej obec­nej sy­tu­acji… Po co utrud­niać so­bie ży­cie? Po­dob­no każ­dy fa­cet ma ja­kie­goś pier­dol­ca…

Mo­ja przy­ja­ciół­ka An­ge­la by­ła wie­lo­krot­nie zdra­dza­na. Nie po­tra­fi­ła uwie­rzyć ni­ko­mu, na­wet gdy zna­jo­mi wi­dzie­li jej chło­pa­ka w ra­mio­nach in­nej. W koń­cu, za mo­ją na­mo­wą, za­in­sta­lo­wa­ła mu apli­ka­cję szpie­gow­ską. Sły­sza­ły­ście, że coś ta­kie­go ist­nie­je? Też nie wie­dzia­łam, do­pó­ki nie wy­go­oglo­wa­łam. Sa­ma ap­ka by­ła pro­sta w ob­słu­dze i, co naj­lep­sze, ko­pio­wa­ła wszyst­kie in­for­ma­cje wła­ści­cie­la te­le­fo­nu. Wy­star­czy­ło za­lo­go­wać się na stro­nie pro­du­cen­ta. Apli­ka­cja szpie­gow­ska ro­bi­ła na­wet zdję­cia z ukry­cia i na­gry­wa­ła od­gło­sy z oto­cze­nia. Nie wspo­mnę już o tym, że po­ka­zy­wa­ła roz­mo­wy z in­nych ko­mu­ni­ka­to­rów, a na­wet hi­sto­rię usu­nię­tą z prze­glą­dar­ki, w tym stro­ny otwie­ra­ne w try­bie in­co­gni­to. Ge­nial­ny wy­na­la­zek, na­praw­dę po­le­cam! Kto wie, być mo­że wy rów­nież od­kry­je­cie, że wasz fa­cet coś przed wa­mi ukry­wa…

Wra­ca­jąc do An­ge­li: gdy uzy­ska­ła nie­zbi­ty do­wód na to, że jej part­ner uma­wia się z in­ny­mi dziew­czy­na­mi, po­wie­dzia­ła mu o tym. Na­tu­ral­nie za­prze­czył, więc po­ka­za­ła wia­do­mo­ści. Wte­dy oświad­czył, iż to by­ła pro­wo­ka­cja. Wie­dział o apli­ka­cji i spe­cjal­nie uda­wał ro­mans z in­ny­mi. Twier­dził, że tyl­ko pi­sał i dzwo­nił, ale ni­g­dy z żad­ną się nie spo­tkał. Głu­piut­ka An­ge­la łyk­nę­ła wszyst­ko jak pe­li­kan, po czym mu prze­ba­czy­ła. Do­pie­ro mie­siąc póź­niej, kie­dy za­cho­ro­wa­ła na rze­żącz­kę, opa­mię­ta­ła się i w koń­cu z nim ze­rwa­ła.

Chce­cie in­ny przy­kład? Pro­szę! Sa­ra – są­siad­ka z na­prze­ciw­ka. Roz­wio­dła się po dwu­dzie­stu la­tach mał­żeń­stwa, bo mąż ka­zał jej li­zać sto­py. Ro­bi­ła to przez la­ta, aż w koń­cu nie wy­trzy­ma­ła – zwy­mio­to­wa­ła mu na no­gi i oznaj­mi­ła, że wno­si po­zew. Swo­ją dro­gą, na­praw­dę cie­ka­we, że zro­zu­mia­ła to do­pie­ro po tak dłu­gim cza­sie. Za­sta­na­wiam się, co bym zro­bi­ła, gdy­by Adam ka­zał mi li­zać sto­py lub pójdź­my da­lej – od­byt! O fuj! Za­raz pusz­czę pa­wia! Oczy­wi­ście nie mam nic prze­ciw­ko te­mu fe­ty­szo­wi. Je­śli wasz fa­cet to lu­bi, a wam spra­wia to przy­jem­ność… Go ahe­ad!

In­nym przy­kła­dem jest Maj­ka, przy­ja­ciół­ka ze stu­diów – zwią­za­ła się z męż­czy­zną, któ­ry nie miał jaj. Do­słow­nie! Tłu­ma­czy­ła, że je­go ją­dra by­ły mniej­sze niż orzesz­ki ara­chi­do­we bez łu­pi­ny. „Czy to w ogó­le moż­li­we? Mo­że prze­szedł ja­kiś za­bieg, uraz z dzie­ciń­stwa?” – py­ta­łam ko­le­żan­kę. Ale nic z tych rze­czy. Po­dob­no ta­kie ge­ny. To mu­sia­ło być cho­ler­nie przy­kre i krę­pu­ją­ce dla fa­ce­ta. Je­go po­czu­cie mę­sko­ści ma­la­ło do ze­ra, zwłasz­cza w łóż­ku, dla­te­go w koń­cu z nim ze­rwa­ła. Bied­ny chło­pak, tro­chę mi go szko­da. Tak bru­tal­nie zdys­kwa­li­fi­ko­wa­ny za wiel­kość ją­der…

Pew­nie te­raz po­my­śli­cie, że mam pu­ste ko­le­żan­ki i sa­ma je­stem tę­pa, sko­ro oce­niam męż­czyzn po spra­wach łóż­ko­wych, ale czy wy ni­g­dy tak nie ro­bi­ły­ście? Nie ma­rzy­ły­ście o ma­cho, któ­ry do­pro­wa­dzi was do kil­ku­krot­ne­go or­ga­zmu? Dla­cze­go nie? Czy to do­me­na męż­czyzn? Tyl­ko im wol­no pusz­czać wo­dze fan­ta­zji? Fakt, tak zo­sta­ły­śmy wy­cho­wa­ne. Ko­bie­ta ma dbać o dom, uro­dzić dzie­ci i tak da­lej. Seks tyl­ko po bo­że­mu. Nie wy­pa­da być roz­wią­złą sin­giel­ką po trzy­dzie­st­ce. Toż to wstyd! Sta­ra pan­na!

Ja jed­nak je­stem in­na. Lu­bię oglą­dać fil­my por­no­gra­ficz­ne, cho­ciaż nie krę­ci się ich dla ko­biet – wy­łącz­nie dla męż­czyzn (znów po­czu­łam się wy­klu­czo­na). Nie ma­cie wra­że­nia, że to, co faj­ne, jest przede wszyst­kim dla chło­pów? Seks, używ­ki, po­zy­cja spo­łecz­na, a na­wet hie­rar­chia w Ko­ście­le! Dla­cze­go ko­bie­ta nie mo­że zo­stać pa­pie­żem? Cho­ciaż po­dob­no w od­le­głej prze­szło­ści ja­kaś nie­wia­sta zo­sta­ła gło­wą Ko­ścio­ła Ka­to­lic­kie­go. To się jed­nak nie li­czy, bo oszu­ka­ła wszyst­kich, prze­bie­ra­jąc się za fa­ce­ta.

Wra­ca­jąc do mnie: nie mam ty­po­wych ko­bie­cych za­in­te­re­so­wań, a mo­im ce­lem ni­g­dy nie by­ło uro­dze­nie i wy­cho­wa­nie dzie­ci. Sza­nu­ję oso­by, któ­re po­świę­ca­ją ka­rie­rę, sa­mo­roz­wój, pa­sje na rzecz za­ło­że­nia ro­dzi­ny. Co nie zmie­nia fak­tu, że ni­g­dy ta­ka nie bę­dę. Ale te­raz od­bie­głam tro­chę od te­ma­tu…

Chcia­łam przed­sta­wić wam jesz­cze je­den przy­kład, jak bar­dzo ko­bie­ty są dys­kry­mi­no­wa­ne, i to nie­mal na każ­dym kro­ku. Spójrz­my na al­ko­hol. Gdy pi­ja­ny chło­pak wra­ca tram­wa­jem i nie jest agre­syw­ny, to wszy­scy wo­kół ma­ją ubaw i się cie­szą. Kie­dy pi­ja­na ko­bie­ta wra­ca z pra­cy pod wpły­wem, to już nie jest tak za­baw­nie. Za­sta­na­wia­ły­ście się kie­dy­kol­wiek, co my­ślą o ta­kiej oso­bie in­ni? „Pi­jacz­ka! Pew­nie da­ła ko­muś du­py za bu­tel­kę! Co za dno! Al­ko­ho­licz­ka! Współ­czu­ję jej dzie­ciom…”

Naj­gor­sze, że naj­czę­ściej tak oce­nia­ją in­ne ko­bie­ty. Jak­by­śmy sa­me krę­ci­ły na sie­bie bat!

Wy­bacz­cie, że za­czę­łam dość ostro, a na­wet się nie przed­sta­wi­łam. Z pew­no­ścią chcia­ły­by­ście coś o mnie wie­dzieć. Mam na imię Mo­ni­ka, na kar­ku trzy­dzie­ści dwa la­ta, bez­dziet­na, od sze­ściu wio­sen w mał­żeń­stwie z Ada­mem, z wy­kształ­ce­nia na­uczy­ciel­ka, lecz obec­nie pra­cu­ję ja­ko re­dak­tor­ka w wy­daw­nic­twie.

Chcia­łam wam przed­sta­wić mój punkt wi­dze­nia na świat. Być mo­że z po­cząt­ku nie zro­zu­mie­cie mo­je­go za­cho­wa­nia, cał­kiem moż­li­we, że mnie nie po­lu­bi­cie. Trud­no… Nie je­stem bu­dy­niem, nie mu­szę sma­ko­wać wszyst­kim. Ale daj­cie mi szan­sę opo­wie­dzieć tę hi­sto­rię. Ów pa­mięt­nik spi­sa­łam spe­cjal­nie dla was.

Po­zwo­li­cie, że za­bio­rę was na prze­jażdż­kę. Obie­cu­ję, bę­dzie krót­ka, ta­ka praw­dzi­wa jaz­da bez trzy­man­ki… Pi­sze­cie się?

Roz­dział 2

W po­nie­dzia­łek ra­no bu­dzik za­dzwo­nił zbyt wcze­śnie. Nie­na­wi­dzi­łam zry­wać się sko­ro świt, a go­dzi­na siód­ma to naj­lep­sza po­ra na sen. Tym­cza­sem mu­sia­łam za­cząć szy­ko­wać się do pra­cy.

Wsta­łam z po­tęż­nym bó­lem gło­wy i po­szłam pod prysz­nic. Go­rą­ca wo­da tro­chę mnie orzeź­wi­ła, ale nie na dłu­go. Dwa kwa­dran­se póź­niej nor­mal­nie otwie­ra­łam oczy i by­łam już po kil­ku ły­kach moc­nej ka­wy. Zro­bi­łam de­li­kat­ny ma­ki­jaż w pięć mi­nut – tyl­ko rzę­sy i usta. Wy­glą­da­łam na­praw­dę do­brze. Przy­zna­ję, że ucho­dzi­łam za atrak­cyj­ną blon­dyn­kę z nie­sa­mo­wi­cie błę­kit­ny­mi ocza­mi. Fa­ce­ci się za mną oglą­da­li i to nie tyl­ko wte­dy, gdy zro­bi­łam peł­ny ma­ke-up. Ty­le do­bre­go.

By­łam go­to­wa do wyj­ścia i się­ga­łam już po klu­cze, kie­dy zo­ba­czy­łam na sto­le kart­kę. Ta­ki li­ścik mógł zo­sta­wić tyl­ko Adam, w koń­cu z ni­kim in­nym nie miesz­ka­łam. Za­nim go prze­czy­ta­łam, już się wku­rzy­łam – wie­dzia­łam, co tam na­pi­sał. Za­pew­ne wy­zna­czył mi no­wą ro­lę.

Za­zwy­czaj po sto­sun­ku da­wał mi kil­ka dni na ochło­nię­cie. Do­pie­ro póź­niej wy­bie­rał po­stać, w któ­rą mia­łam się wcie­lić na­stęp­nym ra­zem. Naj­wy­raź­niej wczo­raj mu­sia­ło mu się na­praw­dę po­do­bać i po­now­nie pu­ścił wo­dze fan­ta­zji.

Her­mio­na Gran­ger.

Od­czy­ta­łam kart­kę i aż mnie za­mu­ro­wa­ło. Czy je­go już to­tal­nie po­pier­do­li­ło? Uczen­ni­ca Ho­gwar­tu? No nie… To prze­sa­da! Po­za tym – czy to nie za­la­tu­je wam pe­do­fi­lią? W koń­cu Her­mio­na by­ła nie­let­nią cza­row­ni­cą. Cho­ciaż z dru­giej stro­ny, jak tak po­my­ślę, wie­lu męż­czyzn le­cia­ło na mło­de dziew­czy­ny. Go­rą­ce dwu­dziest­ki ucho­dzi­ły za naj­lep­szy to­war. Cie­ka­we dla­cze­go. Czyż­by krę­ci­ły ich ta­kie nie­do­świad­czo­ne? Mo­że cho­dzi­ło jed­nak o to, że, jak to oni na­zy­wa­ją, mia­ły ma­ły prze­bieg, cia­sny otwór? A gdy tra­fi­ła się dzie­wi­ca, to już w ogó­le ku­mu­la­cja – ni­czym wy­gra­na w to­to­lot­ka. Ech, fa­ce­ci…

Sfru­stro­wa­na zgnio­tłam kart­kę i wy­szłam z do­mu. Nie za­mie­rza­łam znów truć du­py za­przy­jaź­nio­nej kraw­co­wej. Po po­wro­cie zaj­dę do wy­po­ży­czal­ni, do któ­rej cho­dzi­łam ostat­nio dość czę­sto. Po­win­ni tam mieć strój ja­kiejś cza­ro­dziej­ki. Swo­ją dro­gą, co so­bie my­śli ta eks­pe­dient­ka? Zna­my się z imie­nia, ale ni­g­dy nie od­wa­ży­ła się za­gad­nąć, dla­cze­go cią­gle cze­goś po­szu­ku­ję. Na wszel­ki wy­pa­dek mia­łam przy­go­to­wa­ne kłam­stwo, gdy­by któ­re­goś dnia się jed­nak prze­ła­ma­ła i za­py­ta­ła.

Do pra­cy do­je­cha­łam w mniej niż kwa­drans, ale mi­mo wszyst­ko by­ło już dwie po ósmej. Rzu­ci­łam rze­czy na wol­ny fo­tel, od­pa­li­łam kom­pu­ter i po­szłam zro­bić so­bie dru­gą ka­wę.

– Spóź­ni­łaś się – rzu­cił mój szef, Woj­tek, na po­wi­ta­nie. – Nie­ład­nie tak…

– Tyl­ko dwie mi­nu­ty – od­par­łam, na­wet nań nie zer­ka­jąc. Nie chcia­łam, że­by od ra­na mnie ze­mdli­ło.

– Brzyd­ko, bar­dzo nie­ład­nie… – po­wie­dział to tak lu­bież­nym gło­sem, że w koń­cu na nie­go spoj­rza­łam.

Woj­tek był wstręt­nym, ma­łym pul­pe­tem. Bez dwóch zdań, wy­glą­dał ohyd­nie: za­nie­dba­ne wą­sy, tłu­ste wło­sy i licz­ne wy­pry­ski na twa­rzy obrzy­dza­ły nie­wia­ry­god­nie. Do­bi­jał do czter­dziest­ki, cho­ciaż wszy­scy da­wa­li mu co naj­mniej pięć dych. Naj­gor­szy miał jed­nak cha­rak­ter. Kre­ował się na żi­go­la­ka i pod­ry­wa­cza, sy­pią­ce­go spro­śny­mi żar­ci­ka­mi i tek­sta­mi, zde­cy­do­wa­nie pod­cho­dzą­cy­mi pod mo­le­sto­wa­nie. To­le­ro­wa­łam je­go styl by­cia, bo cza­sem uda­wa­ło mi się coś na tym ugrać. Z ca­łą pew­no­ścią, gdy­bym da­ła mu się prze­le­cieć, już daw­no awan­so­wa­ła­bym na na­czel­ną.

Pra­co­wa­łam ja­ko re­dak­tor­ka w wy­daw­nic­twie. Lu­bi­łam tę pra­cę, cho­ciaż czę­sto tra­fia­ły do nas ta­kie książ­ki, że czło­wiek miał wra­że­nie, iż na­pi­sa­li je lu­dzie, któ­rzy le­d­wo opu­ści­li szko­łę pod­sta­wo­wą. Żad­nej wstęp­nej ko­rek­ty, błę­dów or­to­gra­ficz­nych po kil­ka w jed­nym zda­niu – rę­ce opa­da­ją. Tak czy ina­czej, cza­sem tra­fia­ły się pe­reł­ki, a na­wet de­biu­ty, póź­niej oka­zu­ją­ce się strza­łem w dzie­siąt­kę. Nie­ste­ty z bó­lem przy­zna­ję, że wy­daw­nic­two na­sta­wio­ne jest na zysk, co ozna­cza, iż wy­da­je­my tyl­ko to, co się sprze­da w du­żym na­kła­dzie. Nie ma tu miej­sca dla te­ma­tów waż­nych, ni­szo­wych czy trud­nych. Szko­da, wiel­ka szko­da…

– By­ły okrop­ne kor­ki na mie­ście – od­par­łam, za­le­wa­jąc ka­wę.

By­naj­mniej nie za­mie­rza­łam go prze­pra­szać – nie­raz zo­sta­wa­łam dłu­żej w pra­cy i nikt mi za to do­dat­ko­wo nie pła­cił. Cho­ciaż z dru­giej stro­ny, dość czę­sto cho­dzi­łam na L4, więc gdzie się po­dzia­ły mo­je wy­rzu­ty su­mie­nia?

Woj­tek uśmiech­nął się ob­le­śnie, po­ka­zu­jąc krzy­we zę­by, ale na szczę­ście już nic nie po­wie­dział. Ucie­kłam z kuch­ni z go­rą­cą ko­fe­iną w kub­ku, usia­dłam przy biur­ku i roz­po­czę­łam żmud­ną pra­cę.

Go­dzi­na trzy­na­sta wy­bi­ła zbyt wcze­śnie – nie zdą­ży­łam na­wet zre­da­go­wać pię­ciu roz­dzia­łów (a wszyst­ko dla­te­go, że to był gniot). Po­rad­nik mło­de­go nar­ko­ma­na – co to ma być?! Czy na­praw­dę chcą wy­da­wać ta­kie gów­no? Chwy­tli­wy ty­tuł, nie po­wiem, ale już po pierw­szych stro­nach wi­dzę, że z po­rad­ni­kiem nie ma to zbyt wie­le wspól­ne­go. Ko­go in­te­re­su­je, w ja­ki spo­sób przy­go­to­wać he­ro­inę czy ile te­raz kosz­tu­je dział­ka ko­ka­iny w po­rów­na­niu do ubie­głych lat? Woj­tek jed­nak stwier­dził, że to się sprze­da, więc mu­szę nad tym pra­co­wać.

Nie mo­głam już dłu­żej ga­pić się w mo­ni­tor i czy­tać że­nu­ją­cych my­śli au­to­ra, a po­za tym na­de­szła po­ra lun­chu.

Lunch – w na­szej fir­mie funk­cjo­no­wa­ło tyl­ko to jed­no okre­śle­nie każ­de­go po­sił­ku, jak­by­śmy by­li za gra­ni­cą. To do­da­wa­ło nie­któ­rym pra­cow­ni­kom po­czu­cia wyż­szo­ści. Mnie to nie ob­cho­dzi­ło, ale gdy się wcho­dzi mię­dzy wro­ny, to z cza­sem, chcąc nie chcąc, za­czy­na się kra­kać jak i one.

– Mo­nia? Idziesz coś zjeść? – za­py­ta­ła ko­le­żan­ka Ewa, któ­ra po­ja­wi­ła się jak­by zni­kąd.

– Ja­sne, chęt­nie prze­rwę tę ago­nię – od­par­łam. Za­pi­sa­łam zmia­ny, wzię­łam to­reb­kę i po­szłam za nią.

– Mu­szę przy­znać, że nie chcia­ła­bym mieć two­jej fu­chy – oznaj­mi­ła Ewa. Zaj­mo­wa­ła się ko­rek­tą w wy­daw­nic­twie. Wie­cie, wy­ła­py­wa­ła li­te­rów­ki, brak prze­cin­ków, te­go ty­pu pier­do­ły. Naj­pierw jed­nak to ja mu­sia­łam mę­czyć się z każ­dym tek­stem. – To naj­gor­sze, co mo­że być.

– Tak, dzię­ki za współ­czu­cie. – „Cie­ka­we, czy coś su­ge­ru­je”, po­my­śla­łam. – Czy­ta­nie ta­kie­go chła­mu to jed­no, ale pró­ba zro­bie­nia z te­go tek­stu do dru­ku to zu­peł­nie in­na pa­ra ka­lo­szy.

– Mniej­sza o to. Gdzie dziś idzie­my? Chiń­czyk?

– Mo­że być – od­par­łam, cho­ciaż tak na­praw­dę nie prze­pa­da­łam za kuch­nią azja­tyc­ką. By­ło w niej za ma­ło su­ro­wych wa­rzyw, a uwiel­bia­łam świe­że, chru­pią­ce, naj­le­piej pro­sto z grząd­ki.

– Woj­tuś ma dziś wy­jąt­ko­wo do­bry hu­mor – za­uwa­ży­ła Ewa.

Woj­tuś – tak na­zy­wa­li go wszy­scy pra­cow­ni­cy. Ko­ja­rzył nam się z dziec­kiem upo­śle­dzo­nym umy­sło­wo, któ­re­mu na­le­ża­ło współ­czuć ze wzglę­du na cha­rak­ter, a przede wszyst­kim wy­gląd ogra. Czy wa­si sze­fo­wie rów­nież ucho­dzi­li za ta­kich dup­ków?

– Mo­że w koń­cu za­li­czył? – rzu­ci­ła roz­ba­wio­na.

– Fuu! Kto by mu dał? – za­gad­nę­łam, śmie­chem prze­ła­mu­jąc obrzy­dze­nie.

– No wiesz, co mó­wią. Każ­dy po­twór znaj­dzie swój otwór.

– Nie wiem, czy na­wet po LSD da­ła­bym mu du­py – mruk­nę­łam, co wy­wo­ła­ło u nas obu fa­lę zdu­szo­ne­go chi­cho­tu. Za du­żo Po­rad­ni­ka mło­de­go nar­ko­ma­na.

– No wiesz co?! – za­wo­ła­ła i uda­ła te­atral­nie obu­rze­nie. – Mo­że jest bo­giem sek­su! Tyl­ko po­myśl! Mo­że ma tak dłu­gie­go człon­ka, że…

– Gdzie tu się moż­na wy­rzy­gać? – za­gad­nę­łam sprze­daw­cę, bo aku­rat sta­nę­ły­śmy przy okien­ku, gdzie za­ma­wia­ło się da­nia.

Pra­cow­nik ba­ru spoj­rzał na mnie, zro­bił wiel­kie oczy, a my śmia­ły­śmy się do­brą chwi­lę, za­nim uda­ło się nam za­pła­cić za lunch.

Ostat­nia go­dzi­na w pra­cy jak za­wsze cią­gnę­ła się w nie­skoń­czo­ność. Plu­sem by­ło przy­naj­mniej to, że je­śli się po­sta­ram, to po­ju­trze za­koń­czę re­dak­cję tej dziw­nej książ­ki, a po week­en­dzie za­cznę no­wą.

Od kom­pu­te­ra ode­rwał mnie dzwo­nek te­le­fo­nu.

– Pe­tar­da Mo­ni­ka przy te­le­fo­nie – za­żar­to­wa­łam, od­bie­ra­jąc po­łą­cze­nie od przy­ja­ciół­ki An­ge­li.

– Ha­lo…? Mo­ni­ka…? – Usły­sza­łam za­ła­mu­ją­cy się głos.

Od ra­zu po­ła­pa­łam się, że coś się sta­ło.

– An­ge­la, co się dzie­je? – za­py­ta­łam już cał­kiem po­waż­nie.

– Ja… nie… wiem… – za­chli­pa­ła do słu­chaw­ki. – Pro­szę… przy­jedź do mnie…

– Ale co się dzie­je? Coś z ser­cem?

An­ge­la mi­mo mło­de­go wie­ku raz by­ła już bli­ska za­wa­łu. Mo­że kie­dyś zdą­żę wam o tym opo­wie­dzieć.

– Wzy­waj po­go­to­wie! – za­wo­ła­łam. Po­czu­łam, jak krew od­pły­wa mi z gło­wy, zro­bi­ło się go­rą­co, a ser­ce znacz­nie przy­spie­szy­ło rytm.

– Nie… to nie ja… Cho­dzi o nie­go…

– O ko­go? – do­py­ta­łam już po­waż­nie zmar­twio­na. Wie­lo­krot­nie sły­sza­łam ją w ta­kim sta­nie. Czyż­by jej chło­pak po­su­nął się za da­le­ko al­bo, co gor­sza, oj­ciec miał wy­pa­dek? Miesz­kał prze­cież sam, a był w po­de­szłym wie­ku. Mo­gło się wy­da­rzyć tak wie­le rze­czy…

– On nie… nie ży­je… Ro­zu­miesz? Le­ży tu­taj mar­twy…

Roz­dział 3

W gło­wie kłę­bi­ły mi się róż­ne strasz­ne sce­na­riu­sze. Co praw­da An­ge­la wie­lo­krot­nie prze­ży­wa­ła coś, co oka­zy­wa­ło się póź­niej to­tal­ną bzdu­rą, więc mo­że nie trze­ba by­ło się tym spe­cjal­nie przej­mo­wać?

Pew­ne­go ra­zu nie za­li­czy­ła eg­za­mi­nu, a roz­pa­cza­ła tak, jak­by wy­rzu­ci­li ją ze stu­diów. In­nym ra­zem nie do­sta­ła pre­zen­tu na wa­len­tyn­ki od chło­pa­ka, a przed­sta­wi­ła to w ta­ki spo­sób, jak­by co naj­mniej ją spo­licz­ko­wał. W koń­cu prze­sta­łam się na to na­bie­rać. Ze­szłe­go ro­ku za­dzwo­ni­ła z ry­kiem, że coś dzie­je się z jej mat­ką. Ola­łam tę wia­do­mość i ka­za­łam je­dy­nie wziąć głę­bo­ki od­dech i po­ło­żyć się spać. Czte­ry dni póź­niej od­był się po­grzeb… A wy­rzu­ty su­mie­nia zo­sta­ły do dziś.

– Uspo­kój się! – za­wo­ła­łam przez te­le­fon. Jej stan roz­trzę­sie­nia szyb­ko mi się udzie­lał. – Kto nie ży­je?

– On… przy­jedź! – mruk­nę­ła.

Po­wie­dzia­ła coś jesz­cze, ale nie da­ło się te­go zro­zu­mieć. W koń­cu roz­łą­czy­ła się bez żad­ne­go wy­ja­śnie­nia i po­że­gna­nia.

Po­zo­sta­ła mniej niż go­dzi­na pra­cy, ale prze­cież przy­ja­ciół­ka by­ła w po­trze­bie. Ze­rwa­łam się z miej­sca, wy­łą­czy­łam kom­pu­ter i po­bie­głam do sze­fa.

– Mam na­gły wy­pa­dek! Mu­szę dziś wcze­śniej wyjść z pra­cy! – za­wo­ła­łam, roz­e­mo­cjo­no­wa­na.

Woj­tek sie­dział za biur­kiem i wła­śnie ob­że­rał się pącz­ka­mi. Aku­rat wy­cie­kła mar­mo­la­da z jed­ne­go z nich, a on wy­sta­wił ję­zyk i ob­le­śnie za­czął zli­zy­wać ró­ża­ne na­dzie­nie.

Od­wró­ci­łam wzrok, gdyż ze­bra­ło mi się na wy­mio­ty. Kie­dy do­strzegł, że pa­trzę w in­ną stro­nę, w koń­cu się ode­zwał.

– A kie­dy to od­ro­bisz?

– W pią­tek zo­sta­nę dłu­żej – od­par­łam szyb­ko. Za­rzu­ci­łam na sie­bie kurt­kę go­to­wa do wyj­ścia.

– No nie wiem, nie wiem… – sap­nął i się­gnął po dru­gie­go pącz­ka. – Gdy­bym tak każ­de­mu po­zwa­lał pra­co­wać, jak mu się żyw­nie po­do­ba…

– To jest wy­jąt­ko­wa sy­tu­acja – za­uwa­ży­łam. – W pią­tek zo­sta­nę dłu­żej… dwie go­dzi­ny.

W świń­skich oczkach sze­fa za­pa­li­ła się iskier­ka. W koń­cu kiw­nął gło­wą – nie mógł po­wie­dzieć nic na głos, bo oba po­licz­ki za­pchał pącz­kiem. Wy­bie­głam bez sło­wa i skie­ro­wa­łam się pro­sto do au­ta. Na szczę­ście An­ge­la miesz­ka­ła kil­ka prze­cznic stąd, więc do­tar­łam do niej w mniej niż pięt­na­ście mi­nut.

Na miej­scu za­dzwo­ni­łam do­mo­fo­nem i mo­men­tal­nie otwo­rzo­no mi wej­ście do klat­ki. Drzwi do do­mu po­zo­sta­wio­no otwar­te – we­szłam bez pu­ka­nia.

W środ­ku nie śmier­dzia­ło roz­kła­da­ją­cym się cia­łem, cze­go się na­iw­nie spo­dzie­wa­łam. No­wo­cze­śnie urzą­dzo­ne miesz­ka­nie – schlud­ne, ze świet­nie do­bra­ny­mi do­dat­ka­mi i tek­sty­lia­mi. Tro­ska o de­ta­le świad­czy­ła, że miesz­ka­ła tu ko­bie­ta. Czu­łam się w tym do­mu na­praw­dę do­brze, ale nie dziś, gdy szu­ka­łam roz­trzę­sio­nej An­ge­li. W koń­cu ją zna­la­złam – sie­dzia­ła za­pła­ka­na w kuch­ni w nędz­nym sta­nie. Roz­czo­chra­ne, brą­zo­we wło­sy ster­cza­ły jej we wszyst­kie stro­ny. Ni­ski wzrost i de­li­kat­ne ry­sy su­ge­ro­wa­ły, że stoi przede mną na­sto­lat­ka, a nie do­ro­sła ko­bie­ta. W mo­men­cie, gdy mnie zo­ba­czy­ła, przy­tu­li­ła się bez sło­wa.

– Przy­kro mi – za­wo­ła­łam, choć nie wie­dzia­łam jesz­cze, gdzie le­ży jej oj­ciec lub chło­pak. – Wo­ła­łaś po­go­to­wie?

– Co? – od­par­ła za­sko­czo­na. – Nie…

– Gdzie on jest?

– U sie­bie w po­ko­ju… – za­łka­ła, wy­cie­ra­jąc nos w chu­s­tecz­kę.

Coś tu się nie zga­dza­ło… Prze­cież An­ge­la miesz­ka­ła sa­ma, więc ra­czej wszyst­kie po­miesz­cze­nia na­le­ża­ły tyl­ko do niej. Chy­ba że ostat­nio zmie­ni­ło się coś, o czym nie wie­dzia­łam. Zde­cy­do­wa­nie za rzad­ko z nią roz­ma­wiam.

– My­ślisz, że przy­je­cha­ło­by do nie­go… po­go­to­wie? – za­gad­nę­ła za­ry­cza­na An­ge­la.

– To ich za­sra­ny obo­wią­zek! – ryk­nę­łam. Ad­re­na­li­na w mo­ich ży­łach wy­pa­ro­wa­ła i za­stą­pi­ła ją nie­ocze­ki­wa­na złość. – Wy­star­czy, że ktoś stra­ci od­dech i mu­szą przy­je­chać. Po­za tym trze­ba stwier­dzić zgon. Pro­wadź do nie­go.

Przy­ja­ciół­ka bez sło­wa wzię­ła mnie za rę­kę i skie­ro­wa­ła do sy­pial­ni. Krót­kie oglę­dzi­ny ca­łe­go po­miesz­cze­nia roz­wia­ły wąt­pli­wo­ści, choć jed­no­cze­śnie wy­wo­ła­ły jesz­cze więk­sze.

– Prze­cież tu ni­ko­go nie ma! – za­wo­ła­łam nie­co obu­rzo­na.

– Co ty ga­dasz…? – od­par­ła za­pła­ka­na An­ge­la. – Zaj­rzyj do klat­ki…

W ro­gu po­ko­ju rze­czy­wi­ście sta­ła klat­ka dla pta­ków. Po­de­szłam bli­żej i wte­dy zo­ba­czy­łam mar­twą pa­pu­gę, le­żą­cą do gó­ry brzu­chem.

Kur­wa mać! Co ona znów od­je­ba­ła!? Zwol­ni­łam się z pra­cy, by stwier­dzić zgon pie­przo­nej pa­pu­gi!?

– To… mam wo­łać po­go­to­wie? – za­py­ta­ła. Wciąż szlo­cha­ła, a ma­ki­jaż spły­wał jej z twa­rzy.

– Po­je­ba­ło cię?! – wark­nę­łam. – Do pa­pu­gi chcesz wo­łać po­go­to­wie?

– No ale… mo­że ona ży­je… tyl­ko ze­mdla­ła?

Nie sko­men­to­wa­łam te­go, ale dla świę­te­go spo­ko­ju po­de­szłam bli­żej i zba­da­łam pta­ka. Nie od­dy­chał, był zim­ny i sztyw­ny.

– Jest mar­twy – od­par­łam bez cie­nia wąt­pli­wo­ści.

– O nie?! Gu­tek! – za­łka­ła An­ge­la jesz­cze gło­śniej.

Nie mia­łam ab­so­lut­nie nic do osób, któ­re swo­je zwie­rza­ki trak­to­wa­ły jak dzie­ci. Sa­ma mia­łam kie­dyś ko­ta i bar­dzo prze­ży­wa­łam je­go stra­tę. Ale to, co ro­bi­ła An­ge­la, prze­cho­dzi­ło wszel­kie wy­obra­że­nie. Mia­ła prze­cież trzy­dzie­ści lat, a za­cho­wy­wa­ła się jak roz­e­mo­cjo­no­wa­na na­sto­lat­ka! Zresz­tą nie po­win­no mnie to już dzi­wić, ona chy­ba ni­g­dy nie do­ro­śnie.

– Przy­kro mi – mruk­nę­łam w koń­cu, lecz z gnie­wu aż za­ci­ska­łam zę­by. – Chcesz go mo­że po­cho­wać? – Sa­ma nie wie­rzy­łam, że to po­wie­dzia­łam.

– Tak… są­dzę – od­par­ła. – Gdzie… to zro­bi­my?

– Masz ja­kiś opa­ko­wa­nie po bu­tach? Naj­pierw trze­ba go za­pa­ko­wać.

– Za­raz… spraw­dzę. – Wy­dmu­cha­ła gło­śno nos w chu­s­tecz­kę i za­czę­ła prze­szu­ki­wać sza­fy.

Zna­la­zła sta­ry kar­ton po bu­tach, wy­ję­ła z nie­go ja­kieś szpil­ki i pod­su­nę­ła mi.

– Eee… Nie chcesz sa­ma te­go zro­bić? – za­gad­nę­łam nie­co zdzi­wio­na.

– Nie… mam na to… si­ły – roz­pa­cza­ła An­ge­la.

Po­now­nie za­ci­snę­łam zę­by, po czym wzię­łam od niej pu­deł­ko. Po­de­szłam do klat­ki pta­ka i otwo­rzy­łam ją nie­dba­le. Nie chcia­łam znów do­ty­kać mar­twej pa­pu­gi, ale w koń­cu to zro­bi­łam i umie­ści­łam de­li­kat­nie w kar­to­nie, za­my­ka­jąc wie­ko. Odło­ży­łam trum­nę na sto­lik obok, a na­stęp­nie po­szłam do ła­zien­ki umyć rę­ce. Szo­ro­wa­łam je dłu­żej, niż po­win­nam – tak, wiem, mam ner­wi­cę na­tręctw na punk­cie czy­stych dło­ni. My­ję je śred­nio trzy­dzie­ści ra­zy dzien­nie, Adam kie­dyś po­li­czył.

– To… gdzie po­cho­wa­my… Gut­ka? – za­py­ta­ła An­ge­la, gdy wy­szłam już z to­a­le­ty.

– Mo­że­my je­chać do la­su tuż za mia­stem. Masz ja­kąś ło­pa­tę?

– Nie…

– Szko­da. Ubierz się, a ja po­szu­kam cze­goś w kuch­ni – od­par­łam i skie­ro­wa­łam się do wspo­mnia­ne­go po­miesz­cze­nia.

Otwo­rzy­łam szu­fla­dę ze sztuć­ca­mi. Za­czę­łam szu­kać na­rzę­dzia, któ­rym mo­gła­bym wy­ko­pać grób. Wresz­cie na­tra­fi­łam na dwie du­że me­ta­lo­we łyż­ki do gy­ro­sa. Mu­szę za­pa­mię­tać, aby już ni­g­dy nie jeść u An­ge­li sa­łat­ki.

– Po­win­no wy­star­czyć – stwier­dzi­łam sa­ma do sie­bie, chwy­ta­jąc ło­pat­ki „po­grze­bo­we”.

An­ge­la ubra­ła blu­zę i wkrót­ce je­cha­ły­śmy mo­im au­tem za mia­sto. Prze­jeż­dża­ły­śmy nie­da­le­ko wy­po­ży­czal­ni stro­jów, do któ­rej za­wsze cho­dzi­łam, więc za­trzy­ma­łam się rap­tow­nie.

– Za­cze­kaj, mu­szę coś za­ła­twić. Za­raz wra­cam – oznaj­mi­łam i, nie cze­ka­jąc na zgo­dę, opu­ści­łam au­to.

Mo­że to z mo­jej stro­ny nie­tak­tow­ne? W koń­cu po­win­ny­śmy jak naj­szyb­ciej po­cho­wać pa­pu­gę, ale prze­cież prze­jeż­dża­ły­śmy obok…

Prze­kro­czy­łam próg wy­po­ży­czal­ni i od ra­zu za­uwa­ży­łam, że ni­ko­go po­za sprze­daw­czy­nią nie by­ło w środ­ku.

– Hej, Mo­nia! – za­wo­ła­ła eks­pe­dient­ka. – Co tym ra­zem dla cie­bie?

– Ma­cie strój Her­mio­ny Gran­ger? – za­gad­nę­łam we­so­ło. – Tyl­ko ta­ki dla do­ro­słych.

– Hmmm… Za­raz zer­k­nę – oznaj­mi­ła. – Co w ogó­le sły­chać?

– A cał­kiem w po­rząd­ku. Ja­dę wła­śnie na po­grzeb pa­pu­gi.

Eks­pe­dient­ka prze­rwa­ła na chwi­lę po­szu­ki­wa­nia, uno­sząc dzi­wacz­nie brwi.

– Szko­da ga­dać – od­par­łam tyl­ko. – Cięż­ki dzień. – Na­praw­dę, gdy już opa­dły emo­cje, po­czu­łam się po­twor­nie zmę­czo­na.

– Istot­nie – po­twier­dzi­ła i wy­cią­gnę­ła czar­ną sza­tę cza­ro­dziej­ki. – Nie wiem, czy się w to zmie­ścisz, bo to ra­czej na na­sto­lat­kę, ale in­ne­go nie mam.

Rzu­ci­łam okiem na ka­wa­łek kru­czo­czar­nej szma­ty, po czym kiw­nę­łam gło­wą.

– Mo­że być, mam chu­dą du­pę. – Nie za­mie­rza­łam te­go na­wet przy­mie­rzać. – Ile?

– Ty­le, co za­wsze – rze­kła, po czym skie­ro­wa­ła się do ka­sy.

Za­pła­ci­łam kar­tą, ży­czy­łam jej mi­łe­go dnia i w po­śpie­chu opu­ści­łam wy­po­ży­czal­nię.

An­ge­la sie­dzia­ła z ka­mien­ną twa­rzą, ale już nie pła­ka­ła.

– Co jest? – za­py­ta­łam prze­ra­żo­na.

– Nic. Jedź­my stąd jak naj­szyb­ciej.

– Dla­cze­go? – Włą­czy­łam się już do ru­chu.

– Jak cię nie by­ło, zwy­mio­to­wa­łam na chod­nik. Wi­dzia­ło mnie kil­ka osób.

Ocza­mi wy­obraź­ni uj­rza­łam tę sce­nę i w du­chu się za­śmia­łam. Szko­da, że nie mo­głam te­go zo­ba­czyć…

***

– Czy po­wiesz coś na po­że­gna­nie Gut­ka?

Sta­łam w le­sie nad świe­żą mo­gi­łą pa­pu­gi. Wy­ko­pa­nie gro­bu łyż­ka­mi do sa­łat­ki oka­za­ło się praw­dzi­wym wy­zwa­niem i, chcąc nie chcąc, mu­sia­łam użyć rąk. Nie mia­łam rę­ka­wi­czek, dla­te­go wil­got­na zie­mia za­le­ga­ła mi te­raz pod pa­znok­cia­mi. Czu­łam się pod­le – zmę­czo­na, brud­na i wście­kła. Tyl­ko cze­ka­łam, aż ta far­sa do­bie­gnie koń­ca, że­bym mo­gła wró­cić do do­mu i wy­szo­ro­wać się do per­fek­cji.

– Mo­ni­ka? Po­wiesz coś? – An­ge­la po­wtó­rzy­ła proś­bę.

– Och, to by­ła two­ja pa­pu­ga. Ty ją zna­łaś naj­le­piej. Wy­raź to, co ci le­ży na ser­cu. – Sta­ra­łam się, aby mój głos brzmiał em­pa­tycz­nie, choć we­wnątrz ca­ła się go­to­wa­łam. Oba­wia­łam się, że la­da chwi­la wy­buch­nę i wszyst­ko znisz­czę, w tym świe­żą mo­gi­łę.

– Gut­ka po­zna­łam w skle­pie zoo­lo­gicz­nym. Od ra­zu, jak go zo­ba­czy­łam, to po­czu­łam mię­dzy na­mi nie­sa­mo­wi­tą więź. Czę­sto sie­dział mi na ra­mie­niu i wy­ja­dał orzesz­ki, gdy oglą­da­łam film. Za­pa­mię­tam go ja­ko we­so­łe­go przy­ja­cie­la, któ­ry za­wsze był przy mnie… – An­ge­la roz­ry­cza­ła się, po­now­nie wy­dmu­chu­jąc nos w chu­s­tecz­kę. – Te­raz ty coś po­wiedz.

– Eee… – za­czę­łam, ostroż­nie do­bie­ra­jąc sło­wa. Tak na­praw­dę w ogó­le nie zna­łam tej pa­pu­gi. Po pro­stu wie­dzia­łam, że ma na imię Gu­tek i ty­le. Jak przy­cho­dzi­łam do An­ge­li, to ptak za­wsze spał al­bo sie­dział w klat­ce. Co ni­by mo­gła­bym o nim po­wie­dzieć? Co wy wy­gło­si­ły­by­ście na mo­im miej­scu? Wy­czu­łam jed­nak kar­cą­ce spoj­rze­nie An­ge­li i, chcąc unik­nąć kon­flik­tu, zdo­ła­łam wy­krztu­sić kil­ka słów:

– Gu­tek był ład­ną, zie­lo­ną pa­pu­gą… Na­praw­dę ład­ną.

Spis tre­ści

Roz­dział 1

Roz­dział 2

Roz­dział 3

Zaj­rzyj do na­sze­go skle­pu: www.ostre-pio­ro.pl

Ta­ble of Con­tents

CO­VER

Przed­ty­tu­ło­wa

Re­dak­cyj­na

Ty­tu­ło­wa

De­dy­ka­cja

Przed­wstęp

Wstęp

Roz­dział 1

Roz­dział 2

Roz­dział 3

Spi tre­ści

Land­marks

Co­ver

Ta­ble of Con­tents