Instrukcja dla pań sprzątających - Lucia Berlin - ebook + książka

Instrukcja dla pań sprzątających ebook

Lucia Berlin

4,7

25 osób interesuje się tą książką

Opis

Pod redakcją i ze wstępem Stephena Emersona

Z przedmową Lydii Davis

W pełnych niespodzianek opowiadaniach Lucii Berlin naprawdę się dzieje. Nauczycielka w znoszonym swetrze zostaje zwolniona za to, że jest komunistką, stary człowiek umiera w domku na szczycie góry pośród swoich zwierząt, małą dziewczynkę wyrzucają ze szkoły za uderzenie zakonnicy, komuś wyrywa się wszystkie zęby na raz.

Jednocześnie Berlin nie pozwala zapomnieć o powodach, by nieustannie zachwycać się światem – krowy stojące po kolana w czerwonych kwiatach, pola łubinu, różowy wieczornik rosnący w zaułku za szpitalem, podróż autobusem. Sekretnym składnikiem jej prozy jest tempo – nieustanne zmiany nadają tekstom żywotność. To znak firmowy jej sztuki. Jeden z synów Berlin powiedział po jej śmierci: „Pisała prawdziwe historie, niekoniecznie autobiograficzne, ale niewiele brakowało”.

Wystarczy jedno zdanie, by dać się porwać Instrukcji dla pań sprzątających – zakochać w nieoczekiwanych zestawieniach słów, uwierzyć w zwroty fabuły. By mieć pewność, że Lucia Berlin jest jedną z najbardziej charakterystycznych amerykańskich pisarek.

„Opowiadania Lucii Berlin są niczym impuls elektryczny, iskrzące i trzaskające przewody pod napięciem, kiedy się stykają. W odpowiedzi również umysł czytelnika, złapany w sieć i oczarowany, budzi się do życia, aż strzelają synapsy. Tak lubimy się czuć, kiedy czytamy – pracuje nasz mózg, bije serce.” Z przedmowy Lydii Davis

„W „Instrukcji dla pań sprzątających” obserwujemy narodziny ważnej amerykańskiej prozaiczki, którą w jej epoce przeważnie pomijano. Opowiadania Berlin wprawiają w zachwyt nad przypadkowością naszej egzystencji. To prawdziwa pisarka i uważna obserwatorka tego, co dzieje się w miastach, w ludzkich uczuciach i umysłach.” „The New York Times”

„Część autorów opowiadań – jak Czechow, Alice Munro czy William Trevor – podchodzi do czytelnika i delikatnie klepie go po ramieniu: „Proszę usiąść, posłuchać, co mam do powiedzenia”. Lucia Berlin szarpie czytelnikiem, przewraca i wciska jego twarz w ziemię. „Wysłuchasz mnie, choćbym miała cię przymusić” – warczą jej teksty.” „The New York Times Book Review”

„Cudowna, piękna, wartka proza Berlin tworzy nieprzewidywalne kształty, które opowiadają o rozległych wiejskich i miejskich krajobrazach zachodu i południa USA. Pełna humoru, czułości i empatycznego wdzięku. Tych, którzy nie mieli jeszcze szczęścia zetknąć się z pisarstwem Lucii Berlin, czeka ogromna przyjemność.” „The Washington Post”

„Opowiadania Berlin […] przechodzą między światłem a mrokiem tak płynnie i niespodziewanie, że ledwo opadną jedne emocje, już czujemy coś zupełnie innego. W rezultacie powstaje fikcyjny świat o ogromnej sile oddziaływania, potężna gra światłocienia, którym udaje się objąć pełne spektrum ludzkich doświadczeń. [Berlin] zasługuje na to, by stanąć obok Alice Munro, Raymonda Carvera i Antona Czechowa.” „The Boston Globe”

„Berlin za życia pozostawała niedoceniana – zmarła w 2004 roku w wieku sześćdziesięciu ośmiu lat – ale zbiór „Instrukcja dla pań sprzątających” powinien to naprawić. Czterdzieści trzy opowiadania […] ukazują brutalny świat, w którym „pracownice w różowych kołnierzykach” starają się o nielegalną aborcję, znoszą niechciane zaczepki nieznajomych mężczyzn i zbierają drobne na swoje uzależnienia […]. Te wzruszające historie, przepełnione bezlitosnym humorem i pragnieniem samopoznania, bawią się przeczuciami nadchodzącej zguby.” „Time”

„Życie (i długa walka z alkoholem) uniemożliwiły jej regularne publikowanie, ale wszystko to znalazło się tutaj, w czterdziestu trzech autobiograficznych opowiadaniach, które czyta się niczym jedną długą, fascynującą opowieść pełną zwrotów akcji i olśnień. Każdy oddział odwykowy, obskurna pralnia i skąpana w słońcu meksykańska palapa rozlewają się w tej prozie w zdaniach tak jasnych, zadziornych i pełnych szalonych barw, że nie możesz oprzeć się chęci przewracania stron tylko po to, by zobaczyć, jak ona to robi. A potem wracasz i czytasz jeszcze raz.” „Entertainment Weekly”

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 561

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,7 (11 ocen)
8
3
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
Tuliaszn

Dobrze spędzony czas

Wow, to jest ameryka.
00

Popularność




Opowiadania są gatunkiem narodowym Ameryki, jej rdzeniem, nerwem, pulsem. Precyzyjne i gęste, znakomicie opisują rzeczywistość (a czasem nadrzeczywistość), chwytają historie i obrazy. Dla literatury są tym, czym jazz dla muzyki.

W serii prezentujemy zbiory opowiadań najwybitniejszych amerykańskich twórców – powstałe zarówno przed wieloma laty, jak i współczesne; książki ważne, głośne, nagradzane, ale także elektryzujące debiuty.

Dotychczas ukazały się:

Carson McCullers, Komu ukazał się wiatr? Opowiadania zebrane

Deesha Philyaw, Sekretne życie pobożnych kobiet

John Cheever, Wizja świata. Opowiadania wybrane

Kolejne książki w serii:

Breece D’J Pancake, Trylobity. Opowiadania zebrane

Nicole Krauss, Być człowiekiem

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

Tytuł oryginału angielskiego A Manual for Cleaning Women. Selected Stories

Projekt okładki Agnieszka Pasierska

Projekt typograficzny i redakcja techniczna Robert Oleś

Obraz na okładce: Hilary Pecis, M&W, 2023 © Hilary Pecis, 2023

Copyright ©1977, 1983, 1984, 1988, 1990, 1993, 1999 by Lucia Berlin

Copyright © 2015 by the Estate of Lucia Berlin

Foreword copyright © 2015 by Lydia Davis

Introduction copyright © 2015 by Stephen Emerson

Published by arrangement with Farrar, Straus and Giroux, New York

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo Czarne, 2023

Copyright © for the Polish translation by Dobromiła Jankowska, 2023

Korekta Sylwia Paszyna / d2d.pl, Anna Mirkowska / d2d.pl

Skład Robert Oleś

Konwersja i produkcja e-booka d2d.pl

ISBN 978-83-8191-824-4

Lydia DavisChodzi o historię

Opowiadania Lucii Berlin są niczym impuls elektryczny, iskrzące i trzaskające przewody pod napięciem, kiedy się stykają. W odpowiedzi również umysł czytelnika, złapany w sieć i oczarowany, budzi się do życia, aż strzelają synapsy. Tak lubimy się czuć, kiedy czytamy – pracuje nasz mózg, bije serce.

Energia prozy Berlin rodzi się między innymi z rytmu – czasami płynnego i spokojnego, zrównoważonego, swobodnego i relaksującego, kiedy indziej urywanego, pospiesznego, skrótowego. Rodzi się również ze specyficznego sposobu nazywania rzeczy: Piggly Wiggly (supermarket), Beenie-Weenie Wonder (dziwny twór kulinarny), olbrzymkowe rajstopy (by pokazać, jak postawna jest narratorka). Tkwi w dialogu. Jak brzmiało to wykrzyknienie? „I Jezus zapłakał”. „A do licha!” W sposobie charakteryzowania: szefowa telefonistek twierdzi, że z zachowania Thelmy potrafi wyczytać, kiedy zbliża się fajrant: „Peruka ci się przekrzywia i zaczynasz gadać świństwa”.

No i sam język, słowo po słowie. Lucia Berlin nieustannie nastawia ucha, nasłuchuje. Jej wrażliwość na dźwięki języka jest zawsze obecna, dzięki czemu my również smakujemy rytm sylab i idealną zgodność dźwięku i sensu. Wściekła telefonistka chodzi, „okropnie się tłukąc i trzaskając”. W innym opowiadaniu Berlin przywołuje wrzaski „niezdarnych skrzekliwych kruków”. W liście, który w 2000 roku napisała do mnie z Kolorado, „Gałęzie ciężkie od śniegu tarabanią i tłuką w dach, wiatr trzęsie ścianami. Ale jest przytulnie, jak na solidnej łodzi, krypie czy barce”.

Jej opowiadania pełne są niespodzianek: nieoczekiwanych zestawień słów, trafnych spostrzeżeń, zwrotów akcji, humoru, jak w Na razie, którego narratorka mieszka w Meksyku, mówi głównie po hiszpańsku i z pewnym smutkiem stwierdza: „Oczywiście, że mam tu jakąś siebie, nową rodzinę, nowe koty, nowe żarty. Ale próbuję pamiętać, kim byłam po angielsku”.

W Panteón de Dolores narratorka, dziecko, zmaga się z trudną matką – jak dzieje się zresztą w kilku innych opowiadaniach:

Pewnego wieczoru, kiedy już poszedł do domu, mama przyszła do sypialni, w której razem spałyśmy. Wciąż piła i płakała i bazgrała, dosłownie bazgrała w swoim pamiętniku.

– Wszystko okej? – zapytałam w końcu, a ona uderzyła mnie w twarz.

W Droga Conchi narratorką jest ironiczna, inteligentna studentka:

Moja współlokatorka Ella […]. Szkoda, że nie dogadujemy się lepiej. Matka co miesiąc przysyła jej z Oklahomy podpaski. Ella studiuje aktorstwo. Rany, jak ma kiedyś zagrać lady Makbet, skoro tak jej przeszkadza odrobina krwi?

Niespodzianka może się też zrodzić z porównania – a tych w opowiadaniach Berlin nie brakuje. W Instrukcji dla pań sprzątających autorka pisze: „Kiedyś powiedział, że mnie kocha, bo przypominam mu San Pablo Avenue”. I od razu przechodzi do następnego, jeszcze bardziej zaskakującego zestawienia: „On za to przypominał wysypisko w Berkeley”.

Wysypisko (czy to w Berkeley, czy w Chile) opisuje w sposób równie liryczny jak pole dzikich kwiatów:

Szkoda, że nie ma autobusu na wysypisko. Pojechaliśmy tam, kiedy zatęskniliśmy za Nowym Meksykiem. Jest tam surowo, wietrznie, mewy krążą niczym lelczyki na pustyni. Widzisz niebo wszędzie dokoła i nad sobą. Śmieciarki dudnią na drogach skłębionych od kurzu. Szare dinozaury.

Osadzanie opowiadań w fizycznym świecie pozwala na właśnie takie konkretne, fizyczne obrazowanie: ciężarówki „dudnią”, drogi są „skłębione od kurzu”. Czasami to obrazowanie jest piękne, kiedy indziej jest nie piękne, ale prawdziwie namacalne: doświadczamy każdego opowiadania nie tylko umysłem i sercem, ale również zmysłami. Zapach nauczycielki historii, jej potu i stęchłej odzieży w Dobrej i złej. A w innym opowiadaniu „miękki, zapadający się asfalt, […] zapach kurzu i szałwii”. Żurawie wzlatujące „z dźwiękiem tasowanych kart”. Caliche i oleander. Dzikie słoneczniki i fioletowe chwasty w kolejnym opowiadaniu i skupiska amerykańskich topoli, które – zasadzone dawno temu, w lepszych czasach – pięknie przyjęły się w slumsach.

Berlin zawsze obserwowała, choćby tylko przez okno (kiedy miała już trudności z poruszaniem się) – w tym samym liście do mnie z 2000 roku sroki „nurkowały” po jabłkową pulpę jak „turkusowoczarne błyskawice na śniegu”.

Opis może zacząć się romantycznie – „parroquia w Veracruz, palmy, latarnie w świetle księżyca” – ale ten romantyzm, podobnie jak w prawdziwym życiu, zostaje unicestwiony przez realistyczny, flaubertowski szczegół, tak celnie przez Berlin uchwycony: „psy i koty między wyglansowanymi butami tancerzy”. Najlepiej widać tę umiejętność obserwacji świata, kiedy pisarka łączy zwyczajne z niezwykłym, banalne lub brzydkie z pięknym.

Berlin, czy też jedna z jej narratorek, zawdzięcza ten dar matce:

Przypominałyśmy sobie twoje żarty i to, jak patrzyłaś, wszystko widząc. To nam dałaś. Patrzenie.

Ale nie słuchanie. Miałyśmy zwykle może z pięć minut, by ci o czymś opowiedzieć, a potem mówiłaś „Dosyć”.

Matka siedziała w swoim pokoju i piła. Dziadek pił u siebie. Z ganku, na którym dziewczynka spała, słyszała, jak z gulgotem opróżniają butelki. W opowiadaniu, a może również w rzeczywistości – niewykluczone też, że opowiadanie jest wyolbrzymieniem rzeczywistości, tak wnikliwie obserwowanej, tak zabawnej, że choć czujemy, jak jest bolesna, czerpiemy paradoksalną przyjemność ze sposobu, w jaki zostaje opowiedziana, i ta przyjemność jest większa niż ból.

Wiele opowiadań Lucia Berlin oparła na wydarzeniach z własnego życia. Jeden z jej synów powiedział po jej śmierci: „Ma pisała prawdziwe historie, niekoniecznie autobiograficzne, ale niewiele brakowało”.

Choć o gatunku znanym we Francji jako auto-fiction mówi się, jakby był czymś nowym, narrację o własnym życiu – czy też jej odmianę – wziętą w niemal niezmienionej formie z rzeczywistości, wyselekcjonowanej i opowiedzianej w sposób wyważony i artystyczny – Lucia Berlin uprawiała od zawsze, od początku, jeszcze w latach sześćdziesiątych. Jej syn mówił: „Opowieści i wspomnienia naszej rodziny stopniowo zmieniały kształty, były upiększane i redagowane do takiego stopnia, że nie jestem pewien, co się tak naprawdę wydarzyło. Lucia mówiła, że to nie ma znaczenia: chodzi o historię”.

Oczywiście dla zachowania równowagi czy kolorytu zmieniała w historii to, co musiała – szczegóły wydarzeń i opisy, chronologię. Przyznawała, że wyolbrzymia. Jedna z jej narratorek mówi: „Często przesadzam i mieszam fikcję z rzeczywistością, ale tak naprawdę nigdy nie kłamię”.

Z pewnością wymyślała. Na przykład Alastair Johnston, jeden z pierwszych wydawców Berlin, przypominał sobie pewną rozmowę: „Bardzo podoba mi się opis twojej ciotki na lotnisku, tego, jak zapadłaś się w jej wielkie ciało jak w kanapę” – powiedział. Odparła: „Tyle że właściwie… nikt po mnie wtedy nie przyjechał. Pewnego dnia pisałam to opowiadanie i przyszedł mi do głowy obraz, który do niego pasował”. Tak naprawdę niektóre opowiadania Berlin są całkowicie zmyślone, o czym mówiła w jednym z wywiadów. Nie można myśleć, że się ją poznało, tylko dlatego, że przeczytało się jej opowiadania.

Berlin miała życie bogate i obfitujące w wydarzenia, a materiał, który czerpała z niego do swoich opowiadań, był barwny, pełen dramatyzmu i bardzo różnorodny. Miejsca, w których mieszkała z rodziną w dzieciństwie i młodości, wiązały się z ojcem – z tym, gdzie pracował, gdy Lucia była mała, potem z faktem, że wyjechał walczyć w II wojnie światowej, i z tym, co robił po powrocie. Berlin urodziła się na Alasce i dorastała w osadach górniczych na zachodzie Stanów Zjednoczonych; potem, pod nieobecność ojca, mieszkała z rodziną matki w El Paso. Następnie przeprowadzka na południe, do zupełnie innego życia w Chile, życia dostatniego i uprzywilejowanego, które w opowiadaniach pojawia się w historii o nastolatce z Santiago, o katolickiej szkole, zamieszkach politycznych, klubach jachtowych, krawcowych, slumsach, rewolucji. Dorosła Berlin wciąż prowadziła geograficznie niespokojne życie – mieszkała w Meksyku, Arizonie, Nowym Meksyku, Nowym Jorku; jeden z jej synów wspominał, że gdy był dzieckiem, przeprowadzali się mniej więcej co dziewięć miesięcy. W późniejszym okresie swojego życia wykładała w Boulder w Kolorado, a pod koniec przeniosła się bliżej synów, do Los Angeles.

Pisze o swoich synach (miała czterech) i pracach, których się imała, by ich utrzymać, często samodzielnie. Czy raczej – powinniśmy powiedzieć – pisze o kobiecie, która ma czterech synów i obejmuje posady podobne do tych Berlin: sprzątaczki, pielęgniarki na ostrym dyżurze, rejestratorki medycznej, telefonistki w szpitalu, nauczycielki.

Mieszkała w tak wielu miejscach, doświadczyła tak wiele, że mogłoby to wypełnić niejedno życie. Większość z nas zna przynajmniej niektóre z tych doświadczeń: dzieci w tarapatach, molestowanie w dzieciństwie, namiętny romans, walka z nałogiem, ciężka choroba lub niepełnosprawność, nieoczekiwana więź z rodzeństwem, nużąca praca, trudni współpracownicy, wymagający szef, nielojalny przyjaciel, nie mówiąc już o zachwycie nad światem: krowach stojących po kolana w czerwonej castillei, polu łubinu, różowym wieczorniku rosnącym w zaułku za szpitalem. A ponieważ doświadczyliśmy tego samego, przynajmniej w części, możemy świadomie podążać za Berlin tam, dokąd nas zabiera.

W jej opowiadaniach rzeczy naprawdę się dzieją – komuś zostają wyrwane wszystkie zęby naraz, małą dziewczynkę wyrzuca się ze szkoły za uderzenie zakonnicy, stary człowiek umiera w domku na szczycie góry, a w łóżku są z nim pies i kozy, nauczycielka historii w zatęchłym swetrze zostaje zwolniona za to, że jest komunistką: „Ale to wystarczyło. Dwa słowa wypowiedziane do mojego ojca. Zwolnili ją jakoś w weekend i nigdy więcej jej nie zobaczyliśmy”.

Czy właśnie dlatego nie potrafisz oderwać się od opowiadania Lucii Berlin, kiedy już zaczniesz czytać? Dlatego że wciąż coś się dzieje? Czy chodzi również o głos opowiadającego, tak wciągający, niekrępujący? Do tego oszczędność słów, rytm, obrazowanie, jasność? Te opowiadania sprawiają, że zapominasz o tym, co robisz, gdzie jesteś, a nawet kim jesteś.

„Moment – rozpoczyna się jedno z nich. – Pozwólcie, że wyjaśnię…” To głos bliski głosowi Lucii, choć nie do końca z nim tożsamy. Jej inteligencja i ironia płyną przez opowiadania i wypełniają listy: „Ona bierze leki – napisała do mnie w 2002 roku o pewnej znajomej – i to naprawdę jest ogromna różnica! Co robili ludzie przed prozakiem? Pewnie zaganiali konie”.

Zaganiali konie. Skąd się to wzięło? Być może przeszłość w jej umyśle była równie żywa jak inne kultury, inne języki, polityka, ludzkie słabostki; zasób słów Lucia ma tak szeroki, a nawet egzotyczny, że telefonistki pochylają się nad centralkami jak mleczarki wtulające się w krowy, a przyjaciółka wychodzi na ganek z czarnymi włosami podpiętymi wysoko na wałkach, jak peruka z teatru kabuki.

Przeszłość – ten fragment Na razie czytałam kilkakrotnie, z przyjemnością, z podziwem, zanim zrozumiałam, co robi Berlin:

Pewnej nocy było bardzo zimno, Ben i Keith spali ze mną, ubrani w kombinezony. Okiennice łopotały na wietrze, okiennice tak stare jak Herman Melville. Była niedziela, więc auta nie jeździły. Na dole żaglomistrz jechał ulicą wozem zaprzężonym w konia. Stuk-stuk. Zadymka z sykiem uderzała o okna i zadzwonił Max. Cześć, powiedział. Jestem na rogu, w budce telefonicznej.

Przyniósł róże, butelkę brandy i cztery bilety do Acapulco. Obudziłam chłopców i pojechaliśmy.

Mieszkali na Dolnym Manhattanie w czasach, kiedy w loftach pod koniec dnia roboczego wyłączano ogrzewanie. Być może okiennice naprawdę były tak stare jak Herman Melville, bo w niektórych częściach Manhattanu stały budynki jeszcze z lat sześćdziesiątych XIX wieku, nieliczne wciąż zresztą stoją. Choć być może Berlin znowu przesadza – jeśli tak, to piękna przesada, piękny ozdobnik. Pisze: „Była niedziela, więc auta nie jeździły”. To również brzmi realistycznie, więc dałam się zwieść żaglomistrzowi i wózkowi ciągnionemu przez konia, które pojawiły się potem – uwierzyłam i przyjęłam za pewnik, a dopiero po kolejnej lekturze zdałam sobie sprawę, że Berlin znów niezauważalnie cofnęła się do czasów Melville’a. „Stuk-stuk” – to również lubi robić: nie marnować słów, dodać szczegół w formie dźwięku. Sycząca zadymka przeniosła mnie właśnie tam, między te ściany, a potem akcja przyspieszyła i nagle znaleźliśmy się w drodze do Acapulco.

To porywający sposób pisania.

Inne opowiadanie rozpoczyna się typowym dla Berlin bezpośrednim oznajmującym zdaniem, które – łatwo mi w to uwierzyć – odnosi się wprost do życia autorki:

Od wielu lat pracuję w szpitalach i jeśli czegoś się w tym czasie nauczyłam, to tego, że im bardziej chory pacjent, tym mniej hałasuje. Dlatego ignoruję wezwania przez interkom.

Czytając te słowa, przypominam sobie opowiadania Williama Carlosa Williamsa, kiedy pisał jako lekarz rodzinny, którym był – jego bezpośredniość, szczere i fachowe szczegóły chorób i leczenia, obiektywne raportowanie. Berlin bardziej niż Williamsa za wzór do naśladowania i za nauczyciela uważała Czechowa (również lekarza). W liście do Stephena Emersona napisała nawet, że to właśnie dystans lekarza połączony ze współczuciem daje życie twórczości tych dwóch pisarzy. Dalej wspomina sposób, w jaki wykorzystywali oni wybrany szczegół, oraz oszczędność środków – „Nie ma słów, które nie są niezbędne”. Dystans, współczucie, szczegół i oszczędność – to elementy pozwalające określić to, co najważniejsze w dobrej literaturze. Ale zawsze pozostaje coś jeszcze.

Jak ona to robi? Czytelnik nie wie do końca, co się zaraz wydarzy. Niczego nie można przewidzieć. A jednak wszystko dzieje się naturalnie, jest prawdziwe, zgodne z tym, czego oczekujemy, jeśli chodzi o psychologię i emocje.

Pod koniec opowiadania Dr H. A. Moynihan matka narratorki wydaje się nieco łagodnieć wobec swojego pijanego, wrednego starego ojca bigota: „Dobrze się spisał – powiedziała matka”. To już koniec opowiadania, myślimy więc – bo tego nauczyły nas lata czytania opowiadań – że matka ustąpi, członkowie trudnej rodziny się pogodzą, przynajmniej na jakiś czas. Jednak kiedy córka pyta: „Już go nie nienawidzisz, mamo, prawda?”, odpowiedź jest brutalnie szczera i w pewnym sensie satysfakcjonująca: „Ależ tak. Nienawidzę”.

Berlin jest bezkompromisowa, wali prosto z mostu, a jednak brutalność życia jest zawsze złagodzona współczuciem, jakie okazuje ludzkiej słabości, inteligencją i mądrością narratorki oraz jej łagodnym humorem.

W opowiadaniu Cisza mówi: „Nie waham się opowiadać okropności, jeśli uda mi się sprawić, że są zabawne”. (Choć niektóre, jak dodaje, po prostu takie nie były).

Czasami ten żart jest gruby, jak w Seksapilu, w którym piękna kuzynka Bella Lynn leci samolotem ku – jak ma nadzieję – hollywoodzkiej karierze, z biustem powiększonym nadmuchiwanym stanikiem, a kiedy samolot osiąga wysokość przelotową, biustonosz eksploduje.

Zwykle jednak humor jest mniej oczywisty, stanowi naturalną część narracji – na przykład o trudnościach z kupieniem alkoholu w Boulder: „Sklepy monopolowe to gigantyczne koszmary wielkości hipermarketów. Próbując znaleźć alejkę z whisky, można zejść na delirium”. Dalej Berlin informuje, że „najlepsze jest Albuquerque, w którym sklepy monopolowe mają okienka drive-thru, więc nie musisz nawet wyskakiwać z piżamy”.

Tak jak w życiu, komizm pojawia się czasem w środku tragedii: młodsza siostra umierająca na raka szlocha: „Już nigdy nie zobaczę osiołków!”, i obie siostry w końcu śmieją się i śmieją, ale ten przejmujący wykrzyknik brzmi nam w uszach. Śmierć staje się ostateczna – nie ma już osiołków, nie ma tylu rzeczy.

Czy Berlin nauczyła się tak fantastycznie snuć historie od opowiadaczy, z którymi dorastała? Czy też ich szukała, bo zawsze ją pociągali i chciała się od nich uczyć? Bez wątpienia jedno i drugie. Miała też naturalne wyczucie formy, struktury. Naturalne? Mam na myśli to, że jej opowiadanie zawsze ma zrównoważoną, mocną strukturę, a jednocześnie przechodzi ze złudną naturalnością od jednego tematu do drugiego, a w niektórych tekstach od teraźniejszości do przeszłości, nawet wewnątrz jednego zdania, na przykład tutaj:

Mechanicznie wykonywałam kolejne czynności, odbierałam telefony, dzwoniłam po tlen i laborantów, odpływając na ciepłych falach bazi, pachnącego groszku i pstrągowych stawów. Kopalniane wyciągi i świdry nocą, po pierwszym śniegu. Kwitnąca dzika marchew na tle gwiaździstego nieba.

Jeśli chodzi o to, jak rozwija się opowiadanie Berlin, Alastair Johnston zauważył:

Jej sposób pisania jest katartyczny, ale zamiast dążyć do epifanii, Berlin osiąga punkt kulminacyjny bardziej powściągliwie, pozwala czytelnikowi go wyczuć.

Jak pisała Gloria Frym w „American Book Review”, Berlin „nie zdradza wszystkiego, dochodzi do tej chwili i pozwala, by sama się odkryła”.

No i jej zakończenia. W tak wielu opowiadaniach koniec przychodzi nagle – jednocześnie zaskakujący i nieuchronny, naturalnie wynikający z materii opowieści. W Mamie młodsza siostra w końcu znajduje sposób, by porozumieć się z trudną matką, ale ostatnich kilka słów starszej siostry, narratorki, która mówi albo do siebie, albo do nas, zaskakuje czytelnika: „Ja… Ja nie mam litości”.

Jak rodziło się opowiadanie Lucii Berlin? Johnston być może zna odpowiedź: „Zaczynała od czegoś tak prostego jak linia szczęki lub żółta mimoza”. Sama Berlin mówiła: „Jednak obraz musi łączyć się z jakimś konkretnym, intensywnym doświadczeniem”. W liście do Augusta Kleinzahlera zdradziła, co było dalej: „Zaczynam, a potem jest tak, jakbym pisała do ciebie, tylko bardziej czytelnie…”. Jednocześnie jakaś część jej umysłu zawsze kontrolowała kształt i sekwencje wydarzeń w opowiadaniu oraz jego zakończenie.

Mówiła, że historia musi być prawdziwa – cokolwiek to dla niej znaczyło. Wydaje mi się, że oznaczało: niewymuszona, nieprzypadkowa, niebezcelowa; trzeba ją głęboko odczuwać, musi być emocjonalnie ważna. Jednemu ze swoich uczniów powiedziała, że opowiadanie, które napisał, jest zbyt mądre – nie próbuj być mądry, dodała. Własne opowiadanie wypisała w gorącym metalu na maszynie linotypowej, a po trzech dniach wrzuciła je z powrotem do tygla, bo jak twierdziła, historia była „fałszywa”.

A co z trudnością (prawdziwego) materiału?

Milczenie to narracja o prawdziwych wydarzeniach, o których wspomina również Kleinzahlerowi w smutnym skrócie: „Walka z Hope druzgocąca”. W opowiadaniu wuj narratorki, John, alkoholik, po pijaku wiezie samochodem małą siostrzenicę. Potrąca chłopca i psa, których rani, psa mocno, ale się nie zatrzymuje. O tym wypadku Lucia Berlin pisze do Kleinzahlera: „Rozczarowanie, kiedy uderzył w tego dzieciaka i psa, było dla mnie okropne”. W fikcyjnej wersji tej historii pojawiają się to samo wydarzenie i ten sam ból, ale również rodzaj rozwiązania. Narratorka zna wuja Johna w późniejszych latach jego życia, kiedy szczęśliwie żonaty jest łagodnym, dobrym i niepijącym człowiekiem. Jej ostatnie słowa w opowiadaniu brzmią: „Wtedy rozumiałam już, dlaczego się nie zatrzymał, bo sama byłam alkoholiczką”.

O radzeniu sobie z trudnym materiałem Berlin mówiła:

W jakiś sposób musi pojawić się niemal niezauważalna zmiana rzeczywistości. Przeobrażenie, nie przeinaczenie prawdy. Sama historia staje się prawdą, nie tylko dla autora, ale również dla czytelnika. W każdej dobrej prozie ekscytujące jest nie identyfikowanie się z sytuacją, ale świadomość prawdy.

Przeobrażenie, nie przeinaczenie prawdy.

Znam prozę Lucii Berlin od ponad trzydziestu lat – od chwili, kiedy kupiłam cienki beżowy tom w miękkiej okładce wydany w roku 1981 przez fundację Turtle Island, zatytułowany Angel’s Laundromat. Kiedy ukazał się trzeci zbiór, poznałam już autorkę osobiście, na odległość, choć nie pamiętam, jak do tego doszło. Na skrzydełku pięknego Safe & Sound (Poltroon Press, 1988) mam jej wpis. Nigdy jednak nie spotkałyśmy się twarzą w twarz.

Publikacje Berlin w końcu wyszły poza świat mniejszych wydawnictw do tych średnich, takich jak Black Sparrow, a później Godine. Jeden ze zbiorów zdobył American Book Award. Jednak mimo tej nagrody autorka nie znalazła nawet wówczas tak szerokiego grona czytelników, jakie mieć powinna.

Zawsze myślałam, że w jednym z jej opowiadań pojawiają się matka i jej dzieci, które wczesną wiosną zbierają pierwsze dzikie szparagi, ale jak dotąd znalazłam ten motyw jedynie w kolejnym liście, który napisała do mnie w 2000 roku. Wcześniej wysłałam jej opis szparagów autorstwa Prousta. Odpowiedziała:

Jedyne, jakie kiedykolwiek widziałam, to te cienkie, dzikie, zielone jak kredka. W Nowym Meksyku, gdzie mieszkaliśmy, pod Albuquerque, nad rzeką. Któregoś dnia wiosną wyrastają pod topolami. Długie na jakieś piętnaście centymetrów, w sam raz, by je ułamać. Z moimi czterema synami zbieraliśmy całe tuziny, w dole rzeki była Babcia Price i jej chłopcy, a w górze rzeki wszyscy Waggonerowie. Kiedy miały dwa czy pięć centymetrów, nikt ich nie zauważał, musiały mieć idealną wysokość. Jeden z chłopców biegł i krzyczał „Szparagi!”, a u Price’ów i Waggonerów ktoś robił dokładnie to samo.

Zawsze wierzyłam, że najlepsi pisarze, jak śmietanka, prędzej czy później wyjdą na wierzch i staną się tak znani, jak być powinni – ich dzieła będą dyskutowane, cytowane, wykonywane, filmowane, adaptowane na utwory muzyczne, umieszczane w antologiach, będzie się o nich nauczało. Może dzięki temu zbiorowi Lucia Berlin zacznie zdobywać uwagę, na jaką zasługuje.

Dla przyjemności i do zastanowienia się mogłabym zacytować niemal dowolne zdanie z opowiadań Lucii Berlin, ale na koniec jedno z moich ulubionych:

Czym w ogóle jest małżeństwo? Nigdy tego nie pojęłam. A teraz to śmierci nie rozumiem.

Stephen EmersonWstęp

Ptaki zjadły wszystkie nasiona malwy i ostróżki, które posiałam… siedzą teraz razem rządkiem jak w stołówce.

list do mnie z 21 maja 1995 roku

Lucia Berlin była najbliższą przyjaciółką, jaką kiedykolwiek miałem. Była również jedną z najbardziej charakterystycznych pisarek, z jakimi się zetknąłem.

To o tym drugim fakcie chciałbym tutaj napisać. Niezwykłe życie – jego charakter, nieszczęścia i heroizm, jakim się wykazała, szczególnie w walce z bezwzględnym nałogiem alkoholowym – przywołane jest w nocie biograficznej na końcu książki.

Twórczość Lucii ma energię. Kiedy o niej myślę, wyobrażam sobie czasami mistrza perkusji poruszającego się za dużym instrumentem, uderzającego z wyczuciem w zestaw werbli, bębnów i talerzy, jednocześnie naciskającego obiema stopami na pedały.

Nie chodzi o to, że to muzyka perkusyjna, ale że tak wiele się w niej dzieje.

To proza, która pazurami wydziera się ze stron. Żyje. Odsłania.

Dziwny mały samochód elektryczny, około 1950 roku:

Wyglądał jak każdy inny samochód, tyle że był bardzo duży i mały, jak ten z kreskówki, który wjechał w ścianę. Samochód, któremu włosy stanęły dęba.

Samochód był duży i mały. W innym miejscu, przed pralnią samoobsługową Angela, do której przychodzą travellersi:

Brudne materace, zardzewiałe wysokie krzesła przywiązane do dachów poobijanych starych buicków. Cieknące miski olejowe, cieknące płócienne worki na wodę. Cieknące pralki. Półnadzy faceci siedzą w samochodach.

No i matka (ach, ta matka).

Ty zawsze ubierałaś się starannie. […] Pończochy ze szwem. Brzoskwiniowa satynowa halka, którą celowo odrobinę odsłaniałaś, żeby te wieśniaczki wiedziały, że ją włożyłaś. Szyfonowa sukienka z poduszkami, brosza z diamencikami. I twój płaszcz. Miałam pięć lat, ale już wtedy wiedziałam, że to zniszczony stary płaszcz. Kasztanowy, z brudnymi i wystrzępionymi kieszeniami, obdartymi rękawami.

W jej pisaniu jest radość. Cenna przyjemność, niespotykana zbyt często. Na myśl przychodzą Balzac, Isaak Babel, García Márquez.

Kiedy proza jest tak ekspansywna jak u Berlin, jej wynikiem staje się celebracja świata. Z tej literatury emanuje radość. W tym pisaniu nieustannie pojawia się niepohamowanie – człowieka, miejsca, jedzenia, koloru, języka. Świat postrzegany jest w nieustannym ruchu, w całej swojej skłonności do zaskakiwania, a nawet przyjemności.

Nie ma to nic wspólnego z tym, czy autorka jest pesymistką, czy nie, ani z tym, czy przywoływane wydarzenia lub uczucia są radosne. Namacalność tego, co się nam pokazuje, to afirmacja.

Ludzie w samochodach wokół nas jedli rozmemłane rzeczy. Arbuzy, granaty, poobijane banany. Piwo z butelek strzelało na podsufitki, piana spływała po bokach aut. Miałam ochotę possać pomarańczę. Jestem głodna, jęczałam. Pani Snowden to przewidziała. Ręką w rękawiczce podała mi figowe herbatniki opakowane w zapachową chusteczkę. Ciastko powiększyło się w moich ustach jak japońskie kwiaty.

Jeśli chodzi o tę „radość” – nie, nie jest wszechobecna. Tak, są tu opowiadania całkowicie posępne. Chodzi mi raczej o przeważający efekt.

Weźmy choćby Przybłędy. Zakończenie opowiadania jest wzruszające jak ballada Janis Joplin. Uzależniona dziewczyna, porzucona przez kochanka nieudacznika, kucharza i kuratora, idzie na terapię, uczęszcza na zajęcia grupowe i jest grzeczna. A potem ucieka. Furgonetką, razem ze starym oświetleniowcem z ekipy telewizyjnej, jedzie w stronę miasta.

Dotarliśmy na wzniesienie, pod nami była szeroka dolina i Rio Grande, nad nami piękne góry Sandia.

– Proszę pana, potrzebuję pieniędzy na bilet do domu, do Baton Rouge. Ma pan może sześćdziesiąt dolarów?

– Nie ma sprawy. Potrzebujesz biletu, ja muszę się napić. Wszystko da się załatwić.

I tak jak ballada Janis Joplin, to zakończenie ma melodię.

Oczywiście prozę Lucii jednocześnie ożywia hałaśliwy humor. Dla tematu radości jest nieodzowny.

Przykład: humor w opowiadaniu 502, raporcie z jazdy po pijanemu – jazdy bez kierowcy. (Właścicielka auta śpi pijana w mieszkaniu, a zaparkowany samochód stacza się ze wzgórza). Inny pijak Mo mówi potem: „Dzięki Bogu, że nie było cię w środku, siostro. Pierwsze, co zrobiłem, to otwarłem drzwi i powiedziałem: Gdzież ona?”.

W innym opowiadaniu, o matce: „Nienawidziła dzieci. Raz odbierałam ją z lotniska, kiedy cała moja czwórka była mała. Wrzeszczała: »Odwołaj je!«, jakby były sforą dobermanów”.

Nic dziwnego, że czytelnicy prozy Berlin używają czasami określenia „czarny humor”. Ale ja widzę to inaczej. Jej humor był bardzo zabawny i Lucia nie miała ukrytych zamiarów. Céline i Nathanael West, Kafka – to inne terytorium. Zresztą humor Lucii jest pełen życia.

A jeśli jej proza ma jakiś sekretny składnik, jest to nagłość. Zmiana i zaskoczenie dają tym tekstom żywotność, znak firmowy sztuki Lucii.

Jej proza synkopuje i podskakuje, zmienia rytmy, zmienia temat. Tu kryje się iskra.

O prędkości w prozie nie słyszy się często. Z pewnością nie dość często.

Pantéon de Dolores Lucii to szeroko zakrojone opowiadanie o wielkiej emocjonalnej głębi. A jednak niesie w sobie również żywość. Wystarczy przeczytać fragment od słów „Ale nie słuchanie” i dalej, przez „z powodu zanieczyszczenia powietrza”[1].

Albo tu: „Mamo, widziałaś brzydotę i zło wszędzie, w każdym, wokoło. Byłaś szalona czy miałaś prorocze wizje?”.

Ostatnie opowiadanie, które napisała Lucia – B.F. i ja – jest niedługie. Nie ma impetu ani wielkiego tematu, nie ma dzieciobójstwa, przemytników, relacji matka–córka i godzenia się. W pewnym sensie to dlatego okazuje się tak wyjątkowe. Jest łagodne, ale szybkie.

Lucia przedstawia starego i schorowanego fachowca, który przychodzi położyć kafelki w jej przyczepie:

B. F. trzymał się ściany i poręczy, sapiąc i dysząc, choć wszedł tylko po trzech stopniach. Był ogromnym mężczyzną, wysokim, bardzo grubym i bardzo starym. Nawet kiedy jeszcze stał na zewnątrz, łapiąc oddech, czułam jego zapach. Tytoń i brudna wełna, kwaśny pot alkoholika. Miał przekrwione jasnoniebieskie oczy, które się uśmiechały. Zaraz go polubiłam.

I to „zaraz go polubiłam”. Niemal błąd logiczny. A w tym „niemal błędzie” kryje się prędkość. I inteligencja. (Jak wiele mówi nam to o „ja”).

Pisarzy takiego kalibru często rozpoznaje się po jednym zdaniu. Na przykład takim, z tego samego ostatniego opowiadania, wciąż w związku z B. F. i jego zapachem: „Smród bywa miły”.

Kwintesencja Lucii Berlin. To takie banalne („miłe”), tak bliskie głupiego. Ale jest prawdziwe i głębokie. Poza tym zestawione ze zwykle wytwornym głosem wydaje się niemal prostoduszne, naiwne. I po części dlatego jest celne. Zmiana w tonie, a nawet w głosie, niespodziewanie przenosi nas na nowy teren.

To zdanie jest również sarkastyczne. (Jak smród może być miły?) Okazuje się, że sarkazm – gdy rzeczy znaczą więcej i co innego niż z pozoru – jest celny.

Trzy słowa, pięć sylab.

O smrodzie B. F. – nie, nie może nazwać go smrodem. Odorem? Nie. Lucia musi sięgnąć do slangu, by znaleźć określenie wystarczająco silne, ale wciąż neutralne, niekategoryzujące.

Sztynk. Co prowadzi nas do Prousta.

„Jego sztynk był dla mnie jak magdalenka”.

Któż inny oprócz Lucii Berlin mógłby to napisać? Sztynk jak magdalenka.

Wybieranie opowiadań do tego zbioru było przyjemnością pod wieloma względami. Odkryłem na przykład, że w ciągu lat, które minęły od wydania ostatniej książki i od śmierci Lucii, jej twórczość zyskała na znaczeniu.

Black Sparrow oraz jej pierwsi wydawcy dali dobry początek i z pewnością Lucia miała tysiąc czy dwa tysiące oddanych czytelników. Ale to zdecydowanie za mało. Jej twórczość docenią najbardziej wnikliwi odbiorcy, a przecież nie ma w niej nic ekskluzywnego. Wręcz przeciwnie, ona zachęca do czytania.

Jednak w owym czasie ograniczeń związanych z małymi wydawnictwami prawdopodobnie nie dało się uniknąć. Bo w końcu całe życie Lucii wydawało się raczej osobne.

Cyganeria Zachodniego Wybrzeża, urzędnicy i pracownicy biurowi, samoobsługowe pralnie, „mityngi”, sklepy z używanymi rzeczami i mieszkania jak tamta przyczepa stanowiły tło dla większej części jej dorosłego życia (choć przez całe to życie zachowywała klasę i elegancję wyższych sfer).

I to właśnie „inność” nadawała jej twórczości tę wyjątkową siłę.

Z Boulder pisała do mnie (nawiązując do ostatniego, nieodłącznego już przyjaciela, butli z tlenem):

Bay Area, Nowy Jork i Mexico City – to jedyne miejsca, w których nie czułam się inna. Właśnie wróciłam z zakupów, wszyscy powtarzali, że życzą mi miłego dnia, i uśmiechali się na widok butli z tlenem, jakby to był pudel albo dziecko.

Nie wyobrażam sobie, że ktoś mógłby nie chcieć jej przeczytać.

Instrukcja dla pań sprzątających

Pralnia u Angela

Wysoki stary Indianin w spranych lewisach, ozdobny pasek plemienia Zuni. Długie białe włosy związane na karku malinową włóczką. Dziwne, że od jakiegoś roku zawsze byliśmy u Angela o tej samej porze. Ale nie zawsze zjawialiśmy się o tej samej godzinie. Przychodziłam na przykład w poniedziałek o siódmej albo w piątkowy wieczór o szóstej trzydzieści, a on już tam był.

Z panią Armitage było inaczej, choć ona również była stara. W pralni San Juan na Piętnastej, w Nowym Jorku. Portorykańczycy. Mydliny przelewające się na podłogę. Byłam wtedy młodą matką, w czwartkowe poranki prałam pieluchy. Ona mieszkała nad nami, w 4C. Któregoś ranka w pralni dała mi do siebie klucz, a ja go wzięłam. Powiedziała, że jeśli przestanę ją widywać w czwartki, to znaczy, że umarła, i czy mogłabym pójść znaleźć jej ciało. To okropne prosić o coś takiego, no i wtedy musiałam już robić pranie właśnie w czwartki.

Zmarła w jakiś poniedziałek, a ja nigdy nie wróciłam do San Juan. Znalazł ją dozorca. Nie wiem jak.

Przez wiele miesięcy u Angela Indianin i ja nie rozmawialiśmy, tylko siedzieliśmy obok siebie na złączonych żółtych plastikowych krzesłach, jak na lotnisku. Zgrzytały po podartym linoleum, aż bolały zęby.

Siadywał tam i popijał bourbona, patrząc na moje ręce. Nie wprost, ale w lustrze naprzeciwko, nad pralkami Speed Queen. Na początku mi to nie przeszkadzało. Stary Indianin gapiący się na moje ręce w brudnym lustrze, między pożółkłym PRASOWANIE 1,50 $/ TUZIN a pomarańczowymi fluomodlitwami o pogodę ducha. BOŻE, DAJ MI POGODĘ DUCHA, BYM ZAAKCEPTOWAŁ TO, CZEGO NIE MOGĘ ZMIENIĆ. Potem jednak zaczęłam się zastanawiać, czy on ma coś z tymi rękami. Denerwowało mnie, kiedy patrzył, jak palę, smarkam, przeglądam stare gazety. Prezydentowa „Lady Bird” Johnson na rzecznym spływie.

W końcu przyłapał mnie, jak patrzę na swoje dłonie. Widziałam, że ma ochotę uśmiechnąć się z zadowoleniem, bo przyłapał mnie na gapieniu się na własne ręce. Pierwszy raz nasze spojrzenia spotkały się w lustrze pod NIE PRZEPEŁNIAĆ PRALEK.

W moich oczach była panika. Spojrzałam w swoje oczy, a potem w dół na swoje ręce. Okropne plamy wątrobowe, dwie blizny. Nieindiańskie, nerwowe, samotne ręce. Widziałam w nich dzieci i mężczyzn i ogrody.

Jego ręce tamtego dnia (kiedy ja zauważyłam swoje) leżały na opiętych niebieskich udach. Zazwyczaj te ręce bardzo się trzęsły, a on pozwalał, by trzęsły się na jego kolanach, ale tamtego dnia trzymał je nieruchomo. Ceglaste zwykle knykcie zrobiły się białe od wysiłku.

Poza pralnią rozmawiałam z panią Armitage tylko raz, kiedy zapchała się jej toaleta i lało się przez żyrandol do mojego mieszkania. Żarówki jeszcze się paliły i woda chlapała przez nie, tworząc małe tęcze. Sąsiadka złapała mnie za ramię zimną, umierającą dłonią i powiedziała:

– To cud, prawda?

Miał na imię Tony. Był Apaczem Jicarilla z północy. Któregoś dnia go nie dostrzegłam, ale wiedziałam, że to jego piękna dłoń leży na moim ramieniu. Dał mi trzy dziesięciocentówki. Nie rozumiałam, chciałam podziękować, ale potem zobaczyłam, że cały dygocze i nie jest w stanie włączyć suszarki. Nawet na trzeźwo trudno. Trzeba jedną ręką obrócić strzałkę, drugą wrzucić monetę, wcisnąć guzik, a potem obrócić strzałkę z powrotem na drugą dziesięciocentówkę.

Wrócił później, pijany, kiedy jego ubrania zaczynały już wiotczeć i wysychać. Nie dał rady otworzyć drzwiczek, usiadł na żółtym krześle i odpłynął. Moje ubrania wyschły, składałam.

Angel i ja położyliśmy Tony’ego na podłodze w prasowalni. Gorąco. Angel jest odpowiedzialny za te wszystkie modlitwy AA i motta. NIE MYŚL I NIE PIJ. Angel położył zimną mokrą skarpetkę na głowie Tony’ego i ukląkł obok.

– Bracie, uwierz… Też to przeszedłem… byłem w tym samym rynsztoku, w którym siedzisz. Wiem, co czujesz.

Tony nie otwierał oczu. Jeśli ktoś mówi, że wie, jak się czujesz, to jest głupcem.

Pralnia Angela znajduje się w Albuquerque, w Nowym Meksyku. Na Czwartej. Podłe sklepiki i składy złomu, sklepy z używanymi rzeczami, w nich polowe łóżka, kartony pojedynczych skarpetek, egzemplarze Porządnej higieny z 1940 roku. Silosy i motele dla kochanków i pijaków, stare kobiety z włosami zafarbowanymi henną, robiące pranie u Angela. Do Angela chodzą też nastoletnie żony Chicana[2]. Ręczniki, różowe krótkie koszulki nocne, majtki z napisem „czwartek”. Ich mężowie noszą niebieskie kombinezony z imionami wypisanymi na kieszeniach z przodu. Lubię czekać, aż te imiona pokażą się w szkle suszarek. „Tina”, „Corky”, „Junior”.

Do Angela chodzą travellersi. Brudne materace, zardzewiałe wysokie krzesła przywiązane do dachów poobijanych starych buicków. Cieknące miski olejowe, cieknące płócienne worki na wodę. Cieknące pralki. Półnadzy faceci siedzą w samochodach, zgniatają puszki po piwie.

Ale do Angela chodzą przede wszystkim Indianie. Indianie z puebli w San Felipe i Lagunie i Sandii. Tony był jedynym Apaczem, jakiego kiedykolwiek poznałam, w pralni i w ogóle. Lubię mrużyć oczy i patrzeć na suszarki pełne indiańskich ubrań rozmazujących się w piękne wirujące fiolety i pomarańcze i czerwienie i róże.

Ja też piorę u Angela. Nie jestem pewna dlaczego, nie chodzi tylko o Indian. Jego pralnia jest po drugiej stronie miasta. Pod domem mam przecież Campus, z klimatyzacją, spokojną rockową muzyką z głośników. „New Yorker”, „Ms.” i „Cosmopolitan”. Tam chodzą żony wykładowców i kupują swoim dzieciom batony Zero czy colę. Pralnia Campus, jak większość, ma napis: ZAKAZ FARBOWANIA. Zjechałam całe miasto z moją zieloną narzutą, aż trafiłam na Angela i jego żółty napis: TU MRZESZ FARBOWAĆ.

Widziałam, że kapa nie robi się ciemnofioletowa, tylko ciemnobłotnistozielona, ale i tak chciałam wrócić. Lubiłam Indian i ich pranie. Zepsuty automat z colą i zalana podłoga przypominały mi Nowy Jork. Portorykańczycy z mopem, z mopem. Telefon w budce zawsze zepsuty, jak u Angela. Czy poszłabym znaleźć ciało pani Armitage w któryś czwartek?

– Jestem wodzem mojego plemienia – oznajmił Indianin. Siedział, popijając porto i patrząc na moje ręce.

Powiedział mi, że jego żona sprząta po domach. Mieli czterech synów. Najmłodszy popełnił samobójstwo, najstarszy zginął w Wietnamie. Dwóch pozostałych kierowało szkolnymi autobusami.

– Wiesz, dlaczego cię lubię? – zapytał.

– Nie, dlaczego?

– Bo jesteś czerwonoskóra. – Pokazał na moją twarz w lustrze.

Rzeczywiście mam czerwoną skórę i nie, nigdy nie widziałam czerwonoskórego Indianina.

Podobało mu się moje imię, wymawiał je z włoska. Lu-czi-ja. W czasie II wojny stacjonował we Włoszech. Rzeczywiście, obok pięknych srebrnych i turkusowych naszyjników miał nieśmiertelnik. Z dużym wgłębieniem.

– Kula?

Nie, kiedy się bał albo podniecał, miał zwyczaj go żuć.

Kiedyś zaproponował, żebyśmy poszli do jego kampera i razem zlegli.

– Eskimosi mówią na to śmiać się razem. – Wskazałam na fluolimonkowy napis: NIE ZOSTAWIAĆPRALEK BEZDOZORU.

Oboje zachichotaliśmy, śmialiśmy się na tych połączonych plastikowych krzesłach. Potem siedzieliśmy w milczeniu. Tylko dźwięk przepływającej wody, rytmiczny jak fale oceanu. Jego ręka Buddy trzymała moją.

Przejechał jakiś pociąg. Tony mnie trącił.

– Wspaniały wielki żelazny koń! – I znowu zaczęliśmy chichotać.

Mam w sobie wiele bezpodstawnych uogólnień na temat ludzi, na przykład że wszyscy czarni muszą lubić Charliego Parkera. Niemcy są okropni, Indianie mają dziwaczne poczucie humoru, jak moja matka. Jej ulubionym dowcipem jest ten o facecie, który schyla się, żeby zawiązać but, podchodzi drugi, okłada go i mówi: „Ciągle pan wiąże ten but!”. Albo o kelnerze, który rozlewa fasolę na czyjeś kolana i mówi: „Och, wymsknęło mi się”. Tony powtarzał mi je w spokojne dni w pralni.

Kiedyś był bardzo pijany, na wredno, i wdał się na parkingu w bójkę z kolesiami z Oklahomy. Buchnęli mu butelkę. Angel obiecał, że kupi Tony’emu małpkę, jeśli posłucha go w prasowalni. Przenosiłam swoje rzeczy z pralki do suszarki, a Angel rozmawiał z Tonym o Jednym Kroku Naraz.

Kiedy Tony wrócił, wcisnął mi w dłoń swoje dziesięciocentówki. Włożyłam jego ubrania do suszarki, on męczył się z nakrętką. Zanim zdążyłam usiąść, wrzasnął na mnie:

– Jestem wodzem! Jestem wodzem Apaczów! Pierdolę!

– Pierdol się, wodzu.

Siedział tam, pił i patrzył na moje dłonie w lustrze.

– To dlaczego robisz Apaczom pranie?

Nie wiem, dlaczego to powiedziałam. To było okropne. Może myślałam, że się roześmieje. Roześmiał się.

– Z jakiego plemienia jesteś, czerwonoskóra? – zapytał, patrząc na moje ręce wyjmujące papierosa.

– Wiesz, że pierwszą fajkę odpalił mi książę? Uwierzysz?

– Pewnie, że wierzę. Chcesz ognia? – Zapalił mi papierosa i uśmiechnęliśmy się do siebie. Byliśmy bardzo blisko i wtedy on odleciał, a ja zostałam w lustrze sama.

Była tam jeszcze jakaś młoda dziewczyna, nie w lustrze, siedziała przy oknie. Skręcone od wilgoci włosy, wiotka jak z Botticellego. Przeczytałam wszystkie napisy. BÓG DAŁMI ODWAGĘ. NOWA KOŁYSKANIEUŻYWANA DZIECKOZMARŁO.

Dziewczyna włożyła swoje rzeczy do turkusowego koszyka i wyszła. Przełożyłam swoje na stół, sprawdziłam pralkę Tony’ego i włożyłam kolejną dziesięciocentówkę. Byłam u Angela sama z Tonym. Spojrzałam na swoje ręce i oczy w lustrze. Ładne niebieskie oczy.

Byłam kiedyś na jachcie niedaleko Viña del Mar. Mojego pierwszego papierosa wysępiłam i poprosiłam księcia Aly Khana o ogień. Enchanté – powiedział. Niestety nie miał zapałki.

Złożyłam swoje pranie i gdy Angel wrócił, poszłam do domu.

Nie pamiętam, kiedy zdałam sobie sprawę, że już nigdy potem nie widziałam tego starego Indianina.

Dr H. A. Moynihan

Nienawidziłam Świętego Józefa. Przerażały mnie zakonnice, więc pewnego gorącego teksańskiego dnia uderzyłam siostrę Cecylię i zostałam wydalona. Za karę musiałam przez całe wakacje codziennie pracować w gabinecie dentystycznym dziadka. Ale wiedziałam, że tak naprawdę to po prostu nie chcieli, żebym bawiła się z dziećmi sąsiadów, Meksykanami i Syryjczykami. Czarnych nie było, ale to tylko kwestia czasu, mówiła matka.

Jestem pewna, że chcieli mi też oszczędzić umierania Mamie, jej jęków, modlących się przyjaciółek, smrodu i much. W nocy dzięki morfinie odpływała, a moja matka i dziadek pili każde w swoim pokoju. Z ganku, na którym spałam, słyszałam gulgotanie dwóch butelek bourbona.

Przez całe lato dziadek rzadko się do mnie odzywał. Sterylizowałam i rozkładałam jego narzędzia, wiązałam serwety na szyjach pacjentów, podawałam płyn do płukania ust i kazałam spluwać. Kiedy nie było pacjentów, dziadek szedł do pracowni robić protezy albo do gabinetu wyklejać. Do obu tych miejsc nie mogłam wchodzić. Wyklejał Erniego Pyle’a i Roosevelta; miał osobne albumy do wojny japońskiej i niemieckiej. Miał albumy o zbrodniach i o Teksasie i o dziwacznych wypadkach: facet wpada w szał i wyrzuca arbuz z drugiego piętra. Owoc trafia w głowę żonę tego faceta, zabija ją, odbija się, zabija dziecko w wózku, ale nawet nie pęka.

Dziadka nienawidzili chyba wszyscy oprócz Mamie i mnie. Co wieczór upijał się i robił się wredny. Był okrutnym i dumnym bigotem. W trakcie jakiejś kłótni strzelił w oko wujowi Johnowi, moją matkę zawstydzał i upokarzał przez całe jej życie. Nie rozmawiała z nim, nawet się nie zbliżała, bo był obrzydliwy, jadł jak świnia i pluł, wszędzie zostawiał mokre papierosy. Gips z wycisków pokrywał go białymi plamkami, jak malarza albo pomnik.

Był najlepszym dentystą w zachodnim Teksasie, może w całym Teksasie. Wielu tak mówiło, więc wierzyłam. Nieprawda, że jego pacjentami były tylko stare pijaczyny i przyjaciółki Mamie, jak twierdziła mama. Eleganccy panowie przyjeżdżali nawet z Dallas i Houston, bo dziadek robił takie piękne sztuczne szczęki. Jego sztuczne szczęki nie ślizgały się i nie świszczały i wyglądały jak absolutnie prawdziwe zęby. Wynalazł tajemny sposób, by je odpowiednio barwić, czasami nawet wyszczerbiał albo żółcił, dodawał plomby i koronki.

Nikogo nie wpuszczał do swojej pracowni – tylko strażaków, tamten jeden raz. Nie sprzątał w niej od czterdziestu lat. Weszłam tam, kiedy poszedł do toalety. Okna były czarne od brudu, gipsu i wosku. Jedyne światło pochodziło z dwóch migoczących palników Bunsena. Gips wysypywał się z wielkich worków opartych o ściany na podłogę pełną kawałków popękanych odcisków i słoików z pojedynczymi zębami. Grube różowe i białe bryły wosku wisiały na ścianach i zbierały pajęczyny. Półki pełne były zardzewiałych narzędzi i rzędów szczęk, w uśmiechu albo do góry nogami, skrzywionych jak teatralne maski. Dziadek podśpiewywał, kiedy pracował, a od na wpół wypalonych papierosów często zajmowały się bryły wosku albo papierki po batonach. Zalewał wtedy ogień kawą, plamiąc miękką od gipsu podłogę na czekoladowy brąz.

Pracownia otwierała się na niewielkie biuro z sekretarzykiem, przy którym dziadek wyklejał albumy i wypisywał czeki. Pisał swoje nazwisko, a potem zawsze dociskał pióro, pryskając czernią na litery i czasami zamazując kwotę, więc bank dzwonił, by ją potwierdzić.

Między pomieszczeniem, w którym przyjmował pacjentów, a poczekalnią nie było drzwi. Kiedy pracował, odwracał się, by porozmawiać z ludźmi w poczekalni, i wymachiwał wiertłem. Po ekstrakcji pacjenci odpoczywali na szezlongu, reszta siedziała na parapetach albo kaloryferach. Czasami ktoś siadał w budce telefonicznej, dużej drewnianej kabinie z aparatem, wiatrakiem i napisem: „Nigdy nie spotkałem człowieka, którego bym nie lubił”.

Gazet nie było. Jeśli ktoś jakąś przyniósł i zostawił, dziadek ją wyrzucał. Zdaniem matki tylko po to, żeby się wyróżnić. On mówił, że ludzie przewracający strony doprowadzają go do szału.

Jeśli pacjenci nie siedzieli, snuli się po pokoju i bawili przedmiotami stojącymi na dwóch kasach pancernych. Posążki Buddy, czaszki ze sztucznymi zębami do otwierania i zamykania, węże kąsające, gdy pociągnąć je za ogon, śnieżne kule. Na suficie wisiał napis CZEGO SIĘGAPISZ DOCHOLERY? W sejfach znajdowało się złoto i srebro na plomby, stosy pieniędzy i butelki jacka danielsa.

Na wszystkich oknach wychodzących na główną ulicę El Paso dużymi złotymi literami napisano: „Dr H. A. Moynihan. Czarnych nie obsługuję”. Napisy odbijały się w lustrach wiszących na pozostałych trzech ścianach. To samo widniało na drzwiach na korytarz. Na wszelki wypadek nie siadałam naprzeciwko tych drzwi, bo bałam się, że czarni przyjdą i zajrzą mimo napisu. Nigdy jednak nie widziałam w Caples Building czarnego, oprócz windziarza Jima.

Kiedy ktoś dzwonił, by umówić się na wizytę, dziadek kazał mi informować, że nie przyjmuje nowych pacjentów, więc lato mijało, a on miał coraz mniej roboty. W końcu tuż przed śmiercią Mamie nie było już żadnych pacjentów. Dziadek siedział zamknięty w pracowni albo w gabinecie. Ja czasami chodziłam na dach. Widziałam stamtąd Juárez i całe centrum El Paso. Wybierałam sobie z tłumu jedną osobę i wodziłam za nią oczami, dopóki nie zniknęła. Ale najczęściej siedziałam w środku na kaloryferze i wyglądałam na Yandell Drive. Całe godziny spędzałam na odkodowywaniu listów od korespondencyjnych znajomych z grupy Kapitana Marvela, ale to było naprawdę nudne; A zawsze zamienione na Z, B na Y i tym podobne.

Noce były długie i gorące. Przyjaciółki Mamie zostawały, nawet kiedy ona spała, czytały Biblię, czasami śpiewały. Dziadek wychodził do klubu Elks albo do Juárez. Taksówkarz pomagał mu potem wejść po schodkach. Moja matka szła na brydża, tak mówiła, ale też wracała do domu pijana. Meksykańskie dzieci do późna bawiły się na dworze. Z ganku patrzyłam na te dziewczynki. Grały w kamyki, kucając na betonie pod latarnią. Bardzo chciałam z nimi grać. Dźwięk kamyków był dla mnie jak magia, ich szelest jak miotełka na bębnie albo jak deszcz, kiedy podmuch wiatru rzuca kroplami o szybę.

Któregoś ranka było jeszcze ciemno, kiedy dziadek mnie zbudził. W niedzielę. Ubierałam się, a on wzywał taksówkę. Żeby to zrobić, poprosił centralę o połączenie, a gdy ktoś odebrał, zapytał: „Mogę transporcik?”. Nie odpowiedział, kiedy kierowca zapytał, dlaczego jedziemy do gabinetu w niedzielę. W korytarzu było ciemno i strasznie. Karaluchy tłoczyły się na kafelkach, gazety szczerzyły się spomiędzy kratownicowych półek. Dziadek obsługiwał windę, nerwowo podjeżdżając, zjeżdżając, potem znowu w górę, aż w końcu zatrzymaliśmy się ponad piątym piętrem i zeskoczyliśmy. Gdy stanęliśmy, zrobiło się bardzo cicho. Słychać było tylko kościelne dzwony i trolejbus do Juárez.

Na początku za bardzo się bałam, żeby wejść za nim do pracowni, ale wciągnął mnie do środka. Było ciemno jak w kinie. Zapalił sapiące palniki Bunsena. Wciąż nie widziałam, nie wiedziałam, czego ode mnie chce. Zdjął z półki sztuczną szczękę i przysunął ją do płomienia na marmurowym bloku. Potrząsnęłam głową.

– Patrz na nie. – Szeroko otworzył usta, a ja patrzyłam to na jego zęby, to na sztuczną szczękę.

– To twoje! – powiedziałam.

Sztuczne zęby były idealną repliką tych prawdziwych, nawet dziąsła we wstrętnym kolorze chorobliwie bladego różu. Zęby miały wypełnienia, pęknięcia, niektóre były wyszczerbione i zdarte. Dziadek zmienił tylko jeden ząb, ten z przodu, na który wcześniej nałożył złotą koronę.

– Dzięki temu to dzieło sztuki – wyjaśnił.

– Jak zrobiłeś te wszystkie kolory?

– Diabelnie dobre, co? Cóż… czy to moje arcydzieło?

– Tak. – Uścisnęłam mu dłoń. Cieszyłam się, że tam jestem. – Jak je dopasujesz? – zapytałam. – Będą dobre?

Zwykle wyrywał wszystkie zęby, czekał, aż się wygoi, a potem robił odcisk nagiego dziąsła.

– Niektórzy z tych nowych tak robią. Bierzesz wycisk, zanim wyrwiesz zęby, potem robisz protezę i zakładasz ją, zanim dziąsła zdążą się skurczyć.

– A kiedy wyrwiesz sobie zęby?

– Zaraz. Zrobimy to razem. Przygotuj wszystko.

Włączyłam zardzewiały sterylizator. Kabel był postrzępiony i iskrzył. Dziadek ruszył w jego stronę.

– Daj spokój z tym…

Zatrzymałam go.

– Nie. Muszą być sterylne.

Zaśmiał się.

Postawił na tacy butelkę whisky i położył papierosy, zapalił jednego i napełnił papierowy kubek jackiem danielsem. Usiadł w fotelu. Poprawiłam lampę, zawiązałam dziadkowi serwetę pod brodą i podsunęłam krzesło w górę i do tyłu.

– Rany, pewnie wielu twoich pacjentów chciałoby być na moim miejscu.

– Gotuje się już?

– Nie. – Nalałam do kilku papierowych kubków płyn antyseptyczny i wyjęłam słoik soli trzeźwiących. – A jeśli zemdlejesz?

– To dobrze. Wtedy je wyrwiesz. Złap tak głęboko, jak się da, przekręcaj i ciągnij jednocześnie. Daj się napić.

Podałam mu kubek z płynem odkażającym.

– Mądrala.

Nalałam mu whisky.

– Twoi pacjenci nie dostają.

– To moi pacjenci, nie twoi.

– Dobra, gotuje się.

Odcedziłam płyn odkażający do spluwaczki, rozłożyłam ręcznik. Używając drugiego, rozłożyłam instrumenty łukiem na tacy nad piersią dziadka.

– Przytrzymaj mi to małe lusterko – powiedział i ujął obcęgi.

Stałam na podnóżku między jego kolanami, żeby trzymać lusterko jak najbliżej. Pierwsze trzy zęby wyszły łatwo. Dziadek podał mi je, żebym wrzuciła do beczki pod ścianą. Z siekaczami było trudniej, szczególnie z jednym. Dziadek dławił się przez chwilę, korzeń wciąż tkwił w dziąśle. Dziadek wydał zabawny dźwięk i wcisnął mi obcęgi w dłoń.

– Bierz!

Pociągnęłam.

– Nożyczki, głupia!

Usiadłam na metalowej płycie między jego stopami.

– Chwileczkę, dziadku.

Sięgnął nade mną po butelkę, napił się, potem wziął z tacy jakieś inne narzędzie. Bez lusterka zaczął się zmagać z resztką dolnego zęba. Słyszałam dźwięk wyciąganych korzeni, jakby ktoś wyrywał drzewa z zamarzniętej ziemi. Krew kapała na tacę, chlup-chlup, i na metal, na którym siedziałam.

Dziadek zaczął się śmiać jak szalony. Przewrócił się na mnie. Przestraszona podskoczyłam tak gwałtownie, że odepchnęłam go z powrotem na przechylony fotel.

– Rwij! – sapnął.

Bałam się i próbowałam szybko zdecydować, czy jeśli je wyrwę i on umrze, to będzie morderstwo.

– Rwij! – Splunął na brodę rzadkim czerwonym wodospadem.

Nacisnęłam pedał, odsuwając fotel na jego wcześniejsze miejsce. Dziadek zwiotczał, chyba nie czuł, że przekręcam tylne górne zęby na bok i je wyciągam. Zemdlał, usta zamykały mu się jak szare skorupy małży. Otworzyłam je i wsunęłam z jednej strony papierowy ręcznik, żeby wyrwać trzy pozostałe tylne zęby.

Wyszły wszystkie. Próbowałam pedałem opuścić oparcie, ale nadepnęłam niewłaściwy i fotel zaczął się obracać, z ust dziadka na podłogę spadały krwawe kółka. Odczekałam, aż skrzypiący mebel powoli się zatrzyma. Potrzebowałam torebek z herbatą, dziadek kazał pacjentom je zagryzać, żeby powstrzymać krwawienie. Wyciągałam kolejne szuflady Mamie: talk, obrazki z modlitwami, dziękuję za kwiaty. Herbata leżała w pudełku za kuchenką.

Ręcznik w ustach dziadka był już nasiąknięty szkarłatem. Rzuciłam go na podłogę, wsadziłam między szczęki garść torebek i zacisnęłam. Wrzasnęłam. Bez zębów twarz wyglądała jak czaszka, białe kości nad jasnoczerwonym gardłem. Straszny potwór, żywy imbryk, żółto-czarne etykietki liptona wiszące jak świąteczne ozdoby. Pobiegłam zadzwonić do matki. Nie miałam pięciocentówki. Nie mogłam ruszyć dziadka i dostać się do jego kieszeni. Zesikał się w spodnie; mocz kapał na podłogę. Krwawa bańka pojawiała się i pękała w jednym nozdrzu.

Zadzwonił telefon. Moja matka. Płakała. Pieczeń, miły niedzielny obiad. Nawet ogórki z cebulą, jak u Mamie.

– Pomocy! Dziadek! – zawołałam i odłożyłam słuchawkę.

Zwymiotował. No dobra, pomyślałam, a potem zachichotałam, bo co za głupota myśleć „no dobra”. Rzuciłam torebki z herbatą na zaśmieconą podłogę, zmoczyłam kilka ręczników i obmyłam dziadkowi twarz. Otworzyłam sole trzeźwiące pod jego nosem, sama je powąchałam i się wzdrygnęłam.

– Moje zęby! – wrzasnął.

– Nie ma! – zawołałam jak do dziecka. – Wszystkie wyrwane!

– Te nowe, głupia!

Poszłam po nie. Znałam je, wyglądały dokładnie tak jak przedtem usta dziadka w środku.

Sięgnął po nie niczym żebrak z Juárez, ale za bardzo trzęsły mu się ręce.

– Włożę je. Najpierw przepłuczę.

Podałam mu płyn do ust. Przepłukał i splunął, nie podnosząc głowy. Polałam szczękę wodą utlenioną i włożyłam na miejsce.

– Hej, spójrz! – Podniosłam lustro Mamie w kościanej oprawie.

– Ale zionsło! – zaśmiał się.

– Arcydzieło, dziadku! – zaśmiałam się również i ucałowałam go w spoconą głowę.

– O mój Boże – wrzasnęła moja matka i ruszyła ku nam z wyciągniętymi rękami. Poślizgnęła się na krwi i wpadła w beczki z zębami. Przytrzymała się, żeby złapać równowagę.

– Popatrz na jego zęby, mamo.

Nawet nie zauważyła. Nie dostrzegała różnicy. Dziadek nalał jej jacka danielsa. Wzięła kubek, nieprzytomnie uniosła jak w toaście i wypiła.

– Jesteś szalony, tato. On jest szalony. Co tu robią torebki z herbatą?

Kiedy koszula dziadka odklejała się od ciała, słychać było dźwięk zaschniętego materiału. Pomogłam mu umyć pierś i pomarszczony brzuch. Sama także się umyłam i włożyłam koralowy sweter Mamie. Oboje pili w milczeniu, kiedy czekaliśmy na taksówkę. Sprowadziłam windę na dół, zatrzymując ją całkiem blisko dna szybu. Kiedy wróciliśmy do domu, kierowca pomógł dziadkowi wejść po schodach. Dziadek zatrzymał się potem pod drzwiami Mamie, ale spała.

W łóżku również zasnął, szczerząc zęby jak Béla Lugosi. Na pewno go bolało.

– Dobrze się spisał – powiedziała matka.

– Już go nie nienawidzisz, mamo, prawda?

– Ależ tak – odparła. – Nienawidzę.

Gwiazdki i święci

Moment. Pozwólcie, że wyjaśnię…

Przez całe życie wpadam w takie sytuacje jak owego ranka z psychiatrą. Mieszkał w domku za moim, kiedy jego nowy dom remontowano. Naprawdę miły człowiek, w dodatku przystojny, a ja oczywiście chciałam zrobić dobre wrażenie, zaniosłabym mu brownie, ale nie chciałam, żeby uznał mnie za namolną. Któregoś ranka o świcie jak zawsze piłam kawę i wyglądałam przez okno na ogród, wtedy naprawdę piękny, pachnący groszek i ostróżki i kosmosy. Czułam się… cóż, przepełniona radością… Dlaczego waham się wam o tym powiedzieć? Nie chcę, byście pomyśleli, że jestem ckliwa, chcę zrobić dobre wrażenie. W każdym razie byłam szczęśliwa, rzuciłam ptakom garść nasion i usiadłam na tarasie, uśmiechając się do siebie, kiedy tuziny gołębiaków i zięb zleciały się na posiłek. Aż wtem na taras wskoczyły dwa wielkie koty, zaczęły atakować ptaki, latały pióra i dokładnie w tej chwili psychiatra wyszedł z domku. Spojrzał na mnie przerażony, powiedział „Okropność!” i uciekł. Po tamtym poranku mnie unikał i wcale mi się nie wydawało. Nie miałam jak wyjaśnić, że wszystko wydarzyło się bardzo szybko i że wcale nie uśmiechałam się na widok kotów pożerających ptaki. Po prostu moja radość z pachnącego groszku i zięb nie zdążyła zniknąć.

Odkąd pamiętam, zawsze robiłam bardzo złe pierwsze wrażenie. Jak wtedy w Montanie, kiedy próbowałam tylko zmusić Kenta Shreve’a do zdjęcia skarpet, żebyśmy mogli iść boso, ale on miał je przyczepione do kalesonów. Tak naprawdę jednak chcę opowiedzieć o szkole Świętego Józefa. Psychiatrzy bowiem (proszę, nie zrozumcie mnie źle, nie mam obsesji na punkcie psychiatrów ani nic podobnego) – wydaje mi się, że psychiatrzy zdecydowanie za bardzo skupiają się na scenie pierwotnej czy preedypalnym odstawieniu, ignorując traumę podstawówki i innych dzieci, okrutnych i bezwzględnych.

Nie będę nawet wspominać o tym, co wydarzyło się w Vilas, pierwszej szkole, do której poszłam w El Paso. To była jedna wielka pomyłka. I tak dwa miesiące po rozpoczęciu trzeciej klasy znalazłam się na podwórku przed Świętym Józefem. Moją nową szkołą. Potwornie przerażona. Zdawało mi się, że pomoże noszenie mundurka. Tyle że ja nosiłam jeszcze na plecach ciężki metalowy gorset na skrzywienie kręgosłupa, który – spójrzmy prawdzie w oczy – wyglądał jak garb, musiałam więc mieć dużo za duże białą bluzkę i plisowaną spódnicę, by pasowały, a moja matka oczywiście nie pomyślała, żeby chociaż tę spódnicę podwinąć.

Kolejna wielka pomyłka. Kilka miesięcy później dyżur na korytarzu miała siostra Mercedes. Młoda urocza zakonnica, która z pewnością przeżyła jakiś tragiczny romans. Może on zginął na wojnie, był bombardierem. Kiedy mijałyśmy siostrę, idąc w parach, dotknęła mojego garbu i wyszeptała: „Drogie dziecko, ależ krzyż musisz nosić”. Skąd mogła wtedy wiedzieć, że byłam już religijną fanatyczką, a te jej niewinne słowa tylko przekonają mnie, że w istocie mam połączenie z naszym Zbawicielem?

(Och, no i matki. Któregoś dnia do autobusu wsiadła kobieta z małym synkiem. Zmęczona pracująca matka, która odebrała dziecko z przedszkola, ale cieszyła się na jego widok, pytała, jak minął mu dzień. Opowiadał o wszystkim, co robił. „Jesteś taki wyjątkowy!” – powiedziała, przytulając go. „Wyjątkowy to znaczy ułom!” – odparł chłopiec. Miał łzy w oczach i siedział tam śmiertelnie przerażony, podczas gdy matka dalej się uśmiechała, jak ja wtedy z ptakami).

Tamtego dnia na placu zabaw wiedziałam, że nigdy się nie wpasuję. Nawet nie dopasuję – nie wpasuję. W jednym kącie dwie dziewczynki obracały ciężką skakanką, a inne, urocze i rumiane, jedna po drugiej wskakiwały z kolejki pod skakankę, hop, hop, wyskok i z powrotem do rzędu w odpowiednim momencie. Klep, klep, żadna nie wypadała z rytmu. Na środku placu stała huśtawka z okrągłym siedziskiem, które obracało się szaleńczo jak karuzela i nigdy nie zatrzymywało, ale dzieci wskakiwały na nie ze śmiechem i zeskakiwały, nie… nie tylko nie spadając, ale nawet bez zmiany tempa. Wszędzie dokoła mnie na placu zabaw panowały symetria, synchroniczność. Dwie zakonnice, jednakowo stukające różańcami, ich czyste twarze jednocześnie kiwające na dzieci. Kamyki. Piłka odbijająca się miarowo na betonie, tuzin kamyków wyrzucanych w powietrze i łapanych jednocześnie wygięciem drobnego nadgarstka. Klap klap klap, inne dziewczynki grające w skomplikowane klaskane gry. Raz rybki w morzu brały ślub. Klap klap. Snułam się tam nie tylko niedopasowana, ale wręcz niewidzialna. Było to zarazem przekleństwo i błogosławieństwo. Uciekłam za róg, skąd słyszałam hałasy i śmiech dochodzące ze szkolnej kuchni. Tam mogłam się schować przed placem zabaw, znajome dźwięki mnie uspokajały. Ale tam również nie wolno mi było wchodzić. Nagle rozległy się krzyki i piski, któraś zakonnica mówiła: „Nie mogę, po prostu nie mogę”, i wtedy wiedziałam, że już wolno mi tam wejść, bo nie mogła mianowicie wyjąć martwych myszy z pułapek. „Ja to zrobię”, powiedziałam. A zakonnice były tak zadowolone, że nie czepiały się, że jestem w kuchni, tylko jedna z nich wyszeptała do drugiej: „Protestantka”.

I tak się zaczęło. Dały mi jeszcze wtedy herbatnik maślany, gorący i pyszny. Oczywiście jadłam wcześniej śniadanie, ale był taki pyszny, że pochłonęłam go i dały mi drugi. Potem codziennie w zamian za opróżnianie i ustawianie dwóch czy trzech pułapek dostawałam nie tylko ciastka, ale również medalik ze świętym Krzysztofem, który później wymieniałam na żeton lunchowy. Oszczędziło mi to wstydu przed rozpoczęciem lekcji, kiedy trzeba się było ustawić do wymiany dziesięciocentówki na medaliki wykorzystywane na lunch.

Z powodu gorsetu mogłam zostawać w klasie w trakcie przerwy i wuefu. Trudne były tylko poranki, bo autobus przyjeżdżał jeszcze przed otwarciem szkoły. Próbowałam się na siłę zaprzyjaźnić z dziewczynkami z klasy, rozmawiać z nimi, ale to nie miało sensu. One, wszystkie katoliczki, znały się od przedszkola. Muszę przyznać, że były miłymi, normalnymi dziećmi. Ja często opuszczałam szkołę, więc byłam dużo starsza i przed wojną mieszkałam tylko w odległych osadach górniczych. Nie potrafiłam pytać: „Jak znajdujesz lekcje o Kongu Belgijskim?” ani „Jakie masz hobby?”. Zamiast tego doskakiwałam do nich i wyrzucałam z siebie: „Mój wujek ma szklane oko”. Albo: „Znalazłam martwego niedźwiedzia z pyskiem pełnym larw”. One mnie ignorowały albo chichotały albo mówiły: „Kłamczucha ropucha, kłamczucha!”.

Przez jakiś czas miałam więc miejsce, do którego chodziłam przed lekcjami. Czułam się przydatna i doceniana. A potem usłyszałam, że dziewczynki oprócz „protestantka” szepczą jeszcze „biedna sierota”, a do tego zaczęły mnie nazywać „szczurołapem” i „myszką Minnie”. Udawałam, że mam to w nosie, zresztą uwielbiałam kuchnię, ciche śmiechy i mruczenie zakonnic, które przy pracy nosiły proste, domowej roboty habity przypominające koszule nocne.

Oczywiście wtedy zdążyłam już postanowić, że zostanę zakonnicą, bo one nigdy nie wyglądały na zdenerwowane, ale przede wszystkim z powodu czarnych habitów i białych kornetów, welonów przypominających wielkie nakrochmalone białe fleurs-de-lis. Założę się, że Kościół katolicki stracił wiele przyszłych zakonnic, gdy zaczęły się ubierać jak zwykłe parkingowe. Potem szkołę odwiedziła moja matka, żeby sprawdzić, jak sobie radzę. Powiedzieli, że świetnie pracuję na lekcjach i zachowuję się nienagannie. Siostra Cecylia opowiadała, jak doceniają moją pomoc w kuchni i dbają, bym zjadała porządne śniadanie. Moja matka snobka, w zniszczonym starym płaszczu z wyliniałym kołnierzem z lisa, któremu wypadły sztuczne oczka, była zażenowana. Zniesmaczona z powodu myszy i wściekła z powodu medalika ze świętym Krzysztofem, bo przecież co rano brałam od niej dziesięciocentówkę i po szkole wydawałam ją na słodycze. Przebiegła mała złodziejka. Plask. Plask. Wstyd!

I to był koniec, no i jedna wielka pomyłka. Zakonnice najwyraźniej myślały, że przyłażę do kuchni, bo jestem biedną wygłodniałą sierotką, a pracę przy myszach dały mi z litości, a nie dlatego, że w ogóle mnie potrzebowały. Problem w tym, że ja wciąż nie wiem, jak mogłabym wtedy uniknąć tego nieporozumienia. Może powinnam była odmówić przyjęcia herbatnika?

Od tej chwili przed lekcjami zaczęłam przesiadywać w kościele i naprawdę postanowiłam zostać zakonnicą albo świętą. Pierwszą tajemnicą było dla mnie to, że rzędy świec pod każdą z figur Jezusa, Marii i Józefa drżały, jakby wiał wiatr, choć ogromny kościół był zamknięty i nie otwierano żadnych z wielu ciężkich wrót. Wierzyłam, że to Duch Boży w tych figurach sprawia, że płomienie drżą i syczą, z bojaźni i cierpienia. Każda mała iskra światła oblewała zaschniętą krew na kościstych białych stopach Jezusa, która wyglądała na mokrą.

Na początku siedziałam daleko z tyłu, oszołomiona, pijana zapachem kadzidła. Klękałam, modliłam się. Klękanie było bardzo bolesne z powodu moich pleców, a gorset wbijał mi się w kręgosłup. Byłam pewna, że staję się od tego świętą i odpokutowuję za grzechy, ale bolało tak bardzo, że w końcu przestałam i tylko siedziałam w ciemnym kościele, aż rozlegał się dzwonek na lekcje. Zwykle byłam tam sama, oprócz czwartków, kiedy ojciec Anselmo zamykał się w konfesjonale. Kilka staruszek, dziewczynki z gimnazjum, czasami któraś z uczennic z podstawówki pojawiały się, zatrzymywały, by uklęknąć przed ołtarzem i przeżegnać się, uklęknąć i przeżegnać się ponownie, a potem wchodziły do konfesjonału z drugiej strony. Zagadkowe były różne długości modlitwy, którą odmawiały po wyjściu. Oddałabym wszystko, żeby wiedzieć, co się tam działo. Nie jestem pewna, kiedy i ja znalazłam się w konfesjonale z walącym sercem. Było tam bardziej elegancko, niż sobie wyobrażałam. Wnętrze lekko zadymione od mirry, aksamitna poduszka do klęczenia, błogosławiona Dziewica spoglądająca na mnie z niezmierzonym współczuciem i łaską. Za ażurową ścianką siedział ojciec Anselmo, mały, zazwyczaj zamyślony człowieczek. Ale widać było tylko zarys sylwetki, jak tego człowieka w cylindrze na ścianie u Mamie. Mógł być kimkolwiek… Tyrone’em Powerem, moim ojcem, Bogiem. Jego głos nie przypominał wcale ojca Anselma, był głęboki i odbijał się cichym echem. Kazał mi odmówić modlitwę, której nie znałam, więc wypowiedział ją, a ja powtarzałam wersy, głęboko żałując, że obraziłam Pana. Potem zapytał o grzechy. Nie kłamałam. Naprawdę nie miałam żadnych do wyznania. Ani jednego. Było mi wstyd, przecież coś mogłam wymyślić. Poszukaj głęboko w sercu, moje dziecko… Nic. Zdesperowana, tak bardzo pragnąc go zadowolić, jeden zmyśliłam. Uderzyłam moją siostrę w głowę szczotką do włosów. Jesteś zazdrosna o siostrę? Och tak, ojcze. Zazdrość to grzech, moje dziecko, módl się, by się jej wyzbyć. Trzy zdrowaśki. Kiedy modliłam się, klęcząc, zdałam sobie sprawę, że to niewielka pokuta, następnym razem wypadnę lepiej. Ale następnego razu nie było. Tamtego dnia siostra Cecylia zatrzymała mnie po lekcjach. Najgorsze, że była taka miła. Rozumiała, że pragnę doświadczyć kościelnych sakramentów i tajemnic. Tajemnic, tak! Ale byłam protestantką, nieochrzczoną i niebierzmowaną. Wolno mi chodzić do tej szkoły, cieszyła się z tego, bo jestem grzeczną i posłuszną uczennicą, ale nie mogę brać udziału w kościelnych obrzędach. Mam siedzieć na placu zabaw z pozostałymi dziećmi.

Przyszła mi do głowy okropna myśl, wyjęłam z kieszeni moje cztery obrazki ze świętymi. Za każdym razem, kiedy osiągnęłyśmy idealny wynik w czytaniu lub matematyce, dostawałyśmy gwiazdkę. W piątki uczennica z największą liczbą gwiazdek dostawała obrazek ze świętym, podobny do kart z baseballistami, tyle że z aureolą i brokatem.

– Czy mogę zatrzymać moich świętych? – zapytałam z drżącym sercem.

– Oczywiście, że możesz, i mam nadzieję, że otrzymasz ich wielu więcej. – Uśmiechnęła się i powiedziała jeszcze coś miłego: – Wciąż możesz się też modlić, moja droga, o wsparcie. Odmówmy razem Zdrowaś Mario.

Zamknęłam oczy i gorliwie modliłam się do naszej Matki, która zawsze będzie miała twarz siostry Cecylii.

Za każdym razem, kiedy na ulicy – daleko czy blisko – rozlegała się syrena, siostra Cecylia kazała nam przerwać to, co właśnie robiłyśmy, położyć głowy na ławkach i odmawiać zdrowaśki. Wciąż to robię. To znaczy odmawiam zdrowaśki. Cóż, kładę też głowę na drewnianych biurkach, żeby ich posłuchać, bo naprawdę wydają dźwięki, jak gałęzie na wietrze, jakby wciąż były drzewami. W tamtych dniach wiele rzeczy mnie dręczyło, na przykład co ożywia świece i skąd bierze się dźwięk w ławce. Jeśli wszystko w Bożym świecie ma duszę, nawet ławki, bo przecież mają głos, to niebo musi istnieć. Nie mogłam tam pójść, ponieważ byłam protestantką. Musiałam iść do czyśćca. A wolałabym iść do piekła zamiast do czyśćca, co za okropne słowo, jak czyścik, miejsce zupełnie bez żadnej godności.