Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
22 osoby interesują się tą książką
Drugi tom kultowej trylogii Diabolika – pierwszy raz w polskim tłumaczeniu!
Nowe Imperium, nowe zasady… i jeszcze większe niebezpieczeństwo.
Tyrus zasiadł na tronie u boku Nemezis – istoty stworzonej, by bronić najbliższych i zabijać ich wrogów. Pragną wytyczyć razem nową drogę – bez przemocy, konieczności ukrywania się czy knucia intryg. Jednak zdobycie najwyższej władzy to jedno, a jej utrzymanie – zupełnie co innego. Niebezpieczeństwo może nadejść z każdej strony.
Rządząca elita nie zamierza dobrowolnie oddać władzy, zwłaszcza młodemu, niedoświadczonemu cesarzowi oraz diabolice, którą wciąż uważają za istotę niższą, niegodną miana cesarzowej.
Nemezis zrobi wszystko, by chronić ukochanego. Wie jednak, że nie pomoże mu, jeśli ponownie stanie się bezlitosną maszyną do zabijania. Aby ocalić siebie i Tyrusa, musi pokazać całemu Imperium, kim naprawdę jest – bo stawką w tej grze może być nie tylko tron, lecz także ich życie.
Wyczekiwana przez lata kontynuacja „Diaboliki” w końcu w Polsce!
Jeśli uwielbiasz dystopijne światy, kosmos, „Kosiarzy”, „Illuminae” – ta trylogia jest właśnie dla Ciebie!
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 480
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
TYTUŁ ORYGINAŁU:The Empress. The Diabolic #2
Redaktorka prowadząca: Ewelina Czajkowska Wydawczyni: Agnieszka Fiedorowicz Redakcja: Agata Przywara Korekta: Katarzyna Sarna Projekt okładki: Łukasz Werpachowski Ilustracje na okładce: © khius; © PNG Lab / Stock.Adobe.com
The Diabolic by S.J. Kincaid Polish Language Translation copyright © 2026 by Young an imprint of Wydawnictwo Kobiece Agnieszka Stankiewicz-Kierus sp.k. Original English language edition copyright © S.J. Kincaid 2016
Published by arrangement with Simon & Schuster Books for Young Readers, An imprint of Simon & Schuster Children’s Publishing Division.
All rights reserved. No part of this book may be reproduced or transmitted in any form or by any means, electronic or mechanical, including photocopying, recording or by any information storage and retrieval system, without permission in writing from the Publisher.
Copyright © for the Polish translation by Anna Hikiert-Bereza, 2026
Wszelkie prawa do polskiego przekładu i publikacji zastrzeżone. Powielanie i rozpowszechnianie z wykorzystaniem jakiejkolwiek techniki całości bądź fragmentów niniejszego dzieła bez uprzedniego uzyskania pisemnej zgody posiadacza tych praw jest zabronione.
Wydanie elektroniczne
Białystok 2026
ISBN 978-83-8417-577-4
Grupa Wydawnictwo Kobiece | www.WydawnictwoKobiece.pl
Na zlecenie Woblink
woblink.com
plik przygotowała Katarzyna Ossowska
Dla Sophii, Grace, Madeleine i Estelle – nie mogę się doczekać, kiedy spełnicie swoje marzenia!
Nasz najczcigodniejszy senatorze Alectarze von Pasus,
oby blask gwiazd oświetlał każdy Twój krok!
Wybacz tę prymitywną formę kontaktu w postaci notki pisanej odręcznie na dyskretnym papierze, ale nie śmiem komunikować się z Tobą w tej sprawie za pośrednictwem transmisji.
Prawdopodobnie otrzymasz tę wiadomość od mojego zaufanego posłańca za dziesięć do dwunastu dni. Błagam Cię, abyś pozbył się jej natychmiast po przeczytaniu, a jeśli zajdzie taka potrzeba, uśmiercił rzeczonego posłańca, by się upewnić, że jej treść zostanie tylko między nami. Nie będzie miał nic przeciwko oddaniu życia w służbie naszego Żywego Kosmosu.
Jest mi niewymownie przykro, że narzucam Ci się w czasie żałoby po twojej ukochanej córce, Elantrze, ale nie mam wyboru. Pełnię obecnie funkcję pierwszego wikariusza, jednak przeczuwam, że nie potrwa to długo. Jako główny helionik w kręgach imperialnych, jestem zmuszony desperacko prosić Cię o pomoc.
Wszyscy wyznawcy naszej wiary są zaniepokojeni ostatnimi wydarzeniami w Chrysantemum, a senatorowie rodu von Pasus od zawsze byli zagorzałymi orędownikami Żywego Kosmosu. Nadeszła wiekopomna chwila, abyś udowodnił, że Ty również nie jesteś wyjątkiem od tej reguły! Nasz boski Kosmos rozpaczliwie potrzebuje Twej gorliwej wiary i siły. Wkrótce zostanę usunięty ze stanowiska, więc nie będę miał władzy, by samemu zdziałać coś w tej materii.
Wiem, że jesteś człowiekiem czynu, senatorze. W dniu, w którym potępiłeś świętej pamięci senatora von Impiriana za jego heretyckie i niestosowne zainteresowanie naukami ścisłymi, poczułem niewypowiedzianą radość. Przyczyniłeś się w ten sposób do zdławienia głosu bluźnierców, którzy chcieli naruszyć święte tajemnice naszego boskiego Kosmosu. Cała frakcja Senatu starała się zniszczyć fundamenty naszego Imperium w imię swoich „nauk” i mogło im się to udać, gdyby nie słowa, które szepnąłeś imperatorowi Randevaldowi, oraz Twoja niezłomność, która skłoniła go do podjęcia odpowiednich kroków.
Dziś jestem zmuszony ponownie poprosić Cię, byś wykazał się tą godną podziwu odwagą, którą tak w Tobie cenię.
Niczym dwugłowa żmija, nasi wrogowie wyhodowali nową parę kłów, by ponownie zatruć galaktykę swoim jadem. Z drżeniem serca wyjawiam Ci, kto jest owym nowym zagrożeniem, choć tuszę, że sam już się tego domyślasz.
To nasz młody, świeżo upieczony imperator Tyrus von Domitrian.
Z pewnością wiesz, że służyłem jako pierwszy wikariusz w Chrysantemum przez ponad sto lat. Byłem głosem Żywego Kosmosu dla członków grandiencji sprawujących władzę na galaktycznym dworze. Pilnowałem, by serce naszego Imperium pozostało nieskażone przez owe przestarzałe wierzenia, które powinny były odejść w zapomnienie wraz ze starą Ziemią. Odgrywam kluczową rolę w utrzymaniu duchowego dobrostanu tego dworu i jestem jego stałym elementem, tak jak każdy z obecnych tu przedstawicieli grandiencji, więc wiem, o czym mówię. Doradzałem wszak dwóm władcom z rodu Domitrianów!
Młody Tyrus nie szuka jednak mojej rady. I nie mówię tego jako rozgoryczony starzec, wściekły z powodu zlekceważenia. Mógłbym pogodzić się z jego decyzją, gdybym miał pewność, że stoją za tym właściwe pobudki, ale piszę te słowa, wiedząc, że knuje niecny spisek. Nie wiem, jaką wersję ostatnich wydarzeń zamierza rozpowszechniać, ale pozwolę sobie zdać Ci niniejszym prawdziwą relację z pierwszej ręki z uroczystości koronacji nowego imperatora.
Imperator Tyrus wprowadził ukradkiem na pokład Chrysantemum Luminarian – szczególnie krnąbrnych przedstawicieli plebsu i pogan (wiesz o tym lepiej niż ktokolwiek inny!). Z ich pomocą zastawił pułapkę na własną babkę, naszą ukochaną i głęboko wierzącą grandeé Cygnę. Podburzył mieszkańców planety przeciwko innym członkom grandiencji, ale to był najmniejszy z jego występków.
Z pewnością widziałeś transmisję z konwokacji. Tyrus mówi o nowej erze, o przywróceniu nauk ścisłych, aby mógł rozwiązać problem złośliwej przestrzeni. To niedorzeczne! A ja wiem lepiej niż ktokolwiek inny, jak zgubny wpływ mają takie idee na umysł naszego nieopierzonego imperatora.
Co się zaś tyczy tej… istoty, którą zamierza pojąć za żonę…
Serce pęka mi z bólu na myśl o tym, że jestem zmuszony skierować te słowa do Ciebie, ojca świeżo pogrążonego w żałobie, ale nie mam innego wyjścia: Tyrus von Domitrian zamierza poślubić diabolikę, Nemezis dan Impirian, która zamordowała Twoją córkę, Elantrę.
Pewnie uznasz, że to niemożliwe. Och, wierz mi, jakże chciałbym, by tak właśnie było!
Nemezis miała zostać złożona w ognistej ofierze podczas koronacji nowego imperatora. Jego babka, Cygna, nalegała na to, a Tyrus się zgodził. Zamiast tego uwolnił jednak całą tę Nemezis i skazał grandeé Cygnę. Następnie – aż mnie dreszcze przechodzą, gdy o tym wspominam – imperator wyraził zamiar uczynienia diaboliki imperatorką.
Imperatorką!
Tak, to prawda. Mnie również trudno to pojąć.
Diabolika, podczłowiek, najgorsza z obmierzłych obmierzłości ma być naszą nową imperatorką!
Na dworze od zawsze chodziły słuchy, że Tyrus jest szaleńcem. Niektórzy twierdzili, że udawał szaleństwo, by uchronić się przed mściwością i okrucieństwem własnej rodziny. Cóż, obawiam się, że jednak musi być szalony. Nie ma innego wyjaśnienia! Wszyscy wiemy, czym są diaboliki!
To nie ludzie. Nemezis dan Impirian nie jest człowiekiem, tylko genetycznie zmodyfikowanym potworem. Została stworzona na ludzkie podobieństwo, ale nie jest istotą ludzką. Diabolicy są silniejsi, szybsi i okrutniejsi od nas – uwarunkowani do tego, by chronić swych właścicieli. To powszechnie wiadome. Nemezis powinna była zostać uśmiercona w chwili, gdy wyszło na jaw, że nie jest Sidonią von Impirian, swoją panią, tylko podszywającą się pod nią oszustką.
A cała ta przemoc i cierpienie, które potem nastąpiły… Śmierć Twojej nieodżałowanej Elantry, morderstwo naszego umiłowanego imperatora, teraz zaś to…
Nie możemy się na to godzić. Nie można tego tolerować.
To wszystko… bezgranicznie mnie przeraziło. Odmówiłem namaszczenia imperatora, jeśli nie pozbędzie się tego stworzenia. Jeżeli utracę swoją pozycję – co wydaje się dość prawdopodobne – to tylko dlatego, że stanąłem po Twojej stronie. Gdy sprzeciwiłem się Tyrusowi, z niewiarygodną wręcz bezczelnością poinformował mnie, że nastała nowa era i nie jestem mu do niczego potrzebny. Całe życie doradzałem Domitrianom, a ten bękarci pomiot plebsu śmie do mnie mówić w ten sposób?! Następnie objął Nemezis i… pocałował ją na naszych oczach!
Nie wiem, jak to zatrzymać. Nie wiem, co robić. Błagam Cię więc desperacko o pomoc. Imperator Tyrus von Domitrian chce poślubić Nemezis dan Impirian. „Dan”! Podczłowieka. To czyste szaleństwo!
Wiem, że jego kuzynka Devineé doznała poważnych uszkodzeń natury psychicznej, ale jest też jedyną żyjącą członkinią rodu Domitrianów, która mogłaby zająć miejsce Tyrusa. Dlatego też, senatorze von Pasus, najpotężniejszy z włodarzy terytoriów tego Imperium, zwracam się do Ciebie z prośbą, abyś powstał przeciwko nowemu imperatorowi i mu się przeciwstawił.
Trzeba mu przemówić do rozsądku albo zastąpić go władcą, który nie pluje w twarz Żywemu Kosmosowi. Jeśli nie zaprzestanie swoich działań i nie przywróci mnie na stanowisko pierwszego wikariusza, powinien zostać zastąpiony Domitrianem, który to zrobi.
I zanim uznasz, że to zbyt śmiały krok, wiedz jedno: nie udzielę Tyrusowi błogosławieństwa. Nie może on również liczyć na aprobatę reszty organu wiary – jedynej słusznej wiary. Tuszę, iż wiesz, jakie niesie to ze sobą konsekwencje. Tyrus jest bystry, ale został wyznaczony na dziedzica tronu przez naszej świętej pamięci imperatora jedynie z powodu tarć rodzinnych. Randevald nie zadbał o to, by go odpowiednio ukształtować i wyszkolić, nauczyć tego, co powinien wiedzieć następca.
Tyrus von Domitrian jest całkowicie nieświadom faktu, iż jego pozycja na tronie nie jest stabilna.
Nadszedł czas, by uderzyć.
Fustian nan Domitrian, pierwszy wikariusz
Ktoś próbował mnie otruć. Wystarczył jeden łyk, bym zyskała pewność.
Cóż, teraz ten ktoś miał zapłacić za to życiem.
Rozejrzałam się po zatłoczonej komnacie w nadziei, że dostrzegę idiotę, który chciał w ten sposób załatwić diabolikę. To nie był pierwszy zamach na moje życie w tym krótkim czasie, jaki minął od koronacji Tyrusa. Wcześniej młody grande Austerlitz dźgnął mnie z zaskoczenia. Byłam na tyle zdezorientowana, że potrzebowałam dobrych kilku chwil, zanim w końcu się otrząsnęłam i zareagowałam.
Wiedziałam, że w związku z moją obecną pozycją powinnam zachowywać się dyplomatycznie i unikać brutalnych rozwiązań, więc dałam mu szansę.
– Natychmiast przestań! – warknęłam, unikając kolejnego nieporadnego dźgnięcia.
Zamiast tego obnażył drapieżnie zęby i znowu się na mnie rzucił. Uchyliłam się i jednym płynnym ruchem podcięłam mu nogi. Ryknął gniewnie, próbując zerwać się z podłogi, więc wymierzyłam mu w głowę kopniaka, który roztrzaskał mu czaszkę.
Przez kilka kolejnych dni miałam spokój. Dopóki nie zaatakowała mnie fanatyczna młodsza wikariuszka. Zdradziła swoje zamiary okrzykiem: „Śmierć potworom!”, tuż przed tym, zanim spróbowała wciągnąć mnie za sobą do śluzy powietrznej.
Wyrwałam się z jej uścisku i wepchnęłam ją do kanału śluzy. Drzwi zamknęły się za mną niemal natychmiast – najwyraźniej ustawiła blokadę czasową – a ja podchwyciłam jej wzrok na ułamek sekundy przed tym, zanim wrota za jej plecami się otworzyły i została wyssana w próżnię.
Kiedy w ten sam sposób dokonywano egzekucji przestępców, zgromadzeni odwracali się do skazanych plecami i unikali za wszelką cenę patrzenia na nich, aby okazać im brak szacunku – uznawano ich za osoby tak go niegodne, że wzbraniano się przed byciem świadkami ich śmierci. Mnie w tamtej chwili przepełniała jednak dziwna, przewrotna chęć patrzenia, jak tę zuchwałą kobietę, która mnie zaatakowała, pochłania kosmiczna pustka. Wiedziała, jaki los spotkał Austerlitza, a mimo to postanowiła pójść w jego ślady. Przynajmniej tyle mogłam zrobić dla kogoś, kto wykazał się taką śmiałością.
Byłam świadoma, że jest wielu członków grandiencji, którzy mnie nienawidzą. Mnóstwo helioników gardziło mną bezgranicznie, ale niewielu było na tyle odważnych, by podjąć jakieś działania.
Helionicy postrzegali istoty takie jak ja jako podludzi – słówko „dan” wskazywało, że nasz status jest znacznie niższy – a teraz nowy imperator chciał mnie poślubić. Oznaczało to, że będą musieli pokłonić się przed… stworzeniem; istotą w ich mniemaniu pozbawioną człowieczeństwa.
Diaboliką.
Same próby zamachów nie były dla mnie zaskoczeniem, za to dziwiła mnie ich liczba. Zaledwie trzy ataki w ciągu dziesięciu dni? To było trochę… rozczarowujące.
Właściwie to się ucieszyłam, gdy poczułam ponownie ten dreszczyk adrenaliny towarzyszący sytuacji zagrożenia. Moje skupienie wzrosło, a serce zaczęło bić szybciej. Podniosłam ponownie puchar do ust i omiotłam zgromadzonych wzrokiem – mój niedoszły zabójca z pewnością był na tyle głupi, by się przyglądać, gdy piję truciznę.
Po chwili zdałam sobie jednak sprawę, że wpatruje się we mnie zbyt wiele par oczu, bym zdołała zgadnąć, która może należeć do zamachowca. Cóż, powinnam była się domyślić, że to nie będzie łatwe. W końcu wszędzie, gdzie się pojawiłam, byłam lustrowana od stóp do głów.
– Czy kiedykolwiek znudzi im się gapienie się na mnie? – zastanawiałam się pierwszego wieczoru po koronacji, kiedy zauważyłam, z jaką uwagą wszyscy mi się przyglądają.
– Cóż, tak właśnie wygląda życie członków rodu Domitrianów – powiedział wówczas Tyrus. – Lepiej przywyknij.
A więc mój niedoszły zabójca… Było zbyt wielu kandydatów, bym zdołała go wskazać. Tłum w Dniu Ułaskawienia był po prostu zbyt gęsty i nie miałam szans odgadnąć, kto chciał mnie uśmiercić. W istocie śmierci życzyło mi prawdopodobnie bardzo wiele osób z tych, które w tej chwili mnie obserwowały.
I wtedy podchwyciłam spojrzenie znajomych, bladoniebieskich oczu, a Tyrus wskazał podbródkiem w stronę wyjścia, dając mi gestem znak, że na nas już czas. Nadeszła pora na ceremonię z udziałem plebsu.
Skinęłam lekko głową. Główne obchody Dnia Ułaskawienia miały się odbyć w Wielkiej Heliosferze. To było ważne imperialne święto, jedno z niewielu organizowanych z myślą o plebsie zamieszkującym planety, a nie sprawujących władzę rodzinach z wyższych sfer, czyli grandiencji.
Tego dnia imperator miał skorzystać z przywileju i złagodzić wyroki kilku członkom plebsu, którzy przeszli na wiarę helionicką. Skierowałam się do wyjścia, aby zaczekać tam na Tyrusa, ale zatrzymałam się, gdy mijałam grupę otaczającą kuzynkę mojego ukochanego i jej męża.
Zawsze zwracałam uwagę na tych, którzy garnęli się do Devineé, dziedziczki tronu. Była ostatnią najbliższą krewną Tyrusa, co czyniło ją następną po nim w kolejce do objęcia władzy. Dla mnie oznaczało to zaś, że to właśnie z jej strony groziło mu największe niebezpieczeństwo.
Za moją sprawą słabowała na umyśle na tyle, że nie mogła spiskować osobiście, ale wciąż istniało ryzyko, że inni zechcą użyć jej jak marionetki. Gdyby to zależało ode mnie, już by nie żyła, jednak nie mnie przyszło o tym decydować. Była ostatnią członkinią rodziny Tyrusa, a ja ją unieszkodliwiłam. Zabicie jej teraz byłoby brutalnym, barbarzyńskim aktem.
I nagle, gdy stałam tuż obok niej, dotarło do mnie, że mam w ręku idealne narzędzie zbrodni – takie, które będę mogła wykorzystać bez ponoszenia konsekwencji. Jeśli go użyję, nikt nie połączy morderstwa ze mną.
Podjęłam decyzję. Podeszłam do jedynej żyjącej krewnej mojego oblubieńca.
Gdy tylko padł na nią mój cień, podniosła na mnie zamglony wzrok.
– Wasza Ekscelencjo – zagadnęłam, górując nad nią. – Jak znajdujesz przyjęcie?
Zamrugała nieprzytomnie, najwyraźniej nie miała pojęcia, o co ją pytam. Odstawiłam puchar, pozornie od niechcenia, tuż obok jej kielicha i zaczęłam poprawiać fryzurę.
– Cudownie się z tobą rozmawiało – rzuciłam na odchodnym do Devineé. – Musimy koniecznie to powtórzyć!
Potem wzięłam jej puchar, zostawiając swój. Szybko, prosto, bez zbędnych komplikacji. Już wkrótce nie będę musiała się nią martwić. Ruszyłam na spotkanie z Tyrusem, mając nadzieję, że zanim ceremonia dobiegnie końca, usłyszymy wieści o śmierci najgroźniejszej z grona jego wrogów.
*
– Wyglądasz pięknie – mruknął do mnie Tyrus, gdy zbliżaliśmy się do heliosfery.
– Wiem – odparłam.
Oboje mieliśmy na sobie srebrne odblaskowe szaty z tkaniny o splocie wzbogaconym żyłkami ciekłego kryształu. Chociaż zmieniłam kolor włosów na kasztanowy i wybrałam ciemniejszy odcień skóry, Tyrus pozostał przy swojej bladej, lekko piegowatej karnacji, a jego bystre, wiecznie czujne oczy były jasne jak zawsze pod zmierzwioną szopą rudych włosów.
Tuż przed Wielką Heliosferą ogarnęło mnie dziwne wahanie. Rzadko się denerwowałam, ale czułam, że to w jakiś sposób nie w porządku zająć w niej honorowe miejsce podczas ceremonii.
Tyrus jakby czytał mi w myślach, bo pochylił się i zapewnił mnie ściszonym tonem:
– Dzisiaj nie będzie żadnych problemów z fanatykami. Ceremonia nie jest transmitowana na żywo, więc w razie potrzeby usuniemy z nagrania wszelkie incydenty, jakie mogłyby się wydarzyć. Poprowadzi ją też inny wikariusz. To święto plebsu, więc to jego przedstawiciele będą uczestniczyć w obchodach. A sama wiesz, że są do nas przychylniej nastawieni.
Chociaż Tyrus użył liczby mnogiej, wiedziałam, że ma na myśli mnie.
Cóż, nic dziwnego. Był ostrożny w tym, co robił. Należał do osób, które lubiły mieć pewność, że wyprzedzają wszystkich nie o jeden, ale o dziesięć kroków, zanim wykonał jakiś ruch, który mógłby mieć poważne skutki. W ciągu ostatnich dni powoli zaznajamiał opinię publiczną ze mną.
Zaczął od transmisji urywków z moim udziałem w pełnej emocji scenie koronacji, kiedy to wyznał mi miłość i objął mnie na oczach zgromadzonych, a potem skazał swoją babkę na śmierć zamiast mnie. Miałam na sobie gustowny strój zamiast uniformu więźniarki, a moje pozbawione koloru włosy zostały zmienione w kaskadę złotych loków. Wyglądałam nie jak diabolika, lecz jak zagubiona księżniczka z bajki.
Trzeba przyznać, że tym posunięciem osiągnął cel: dzięki owym migawkom utwierdziliśmy widzów w słusznym przekonaniu, że to Cygna ponosiła winę za śmierć imperatora Randevalda.
To wystarczyło, by plebs na planetach w całym imperium zaczął się zastanawiać, kim jestem i skąd pojawiłam się w życiu Tyrusa. On z kolei żywił głębokie przekonanie, że najlepszym sposobem na pozbawienie sekretu jego mocy jest rzucenie na niego światła pod wybranym kątem – zamiast go ukrywać, należy pokazać go bez lęku i wstydu. Po tym wstępnym kroku przedstawił mnie wszystkim jako przyszłą imperatorkę – i diabolikę – podczas pierwszej konwokacji.
Tysiące osób zjawiły się osobiście na pokładzie Valora Novusa – głównego statku w sercu Chrysantemum, a pozostałe miejsca w Wielkim Sanctum wypełniły awatary z zakątków oddalonych o wiele lat świetlnych. Tej najwspanialszej komnaty na pokładzie Valora Novusa używano tylko podczas wyjątkowych okazji, takich jak pierwsze publiczne pojawienie się nowego imperatora, kiedy wygłaszał przemówienie do możnych swojej domeny.
Tyrus poprosił z wyprzedzeniem jednego ze swoich sojuszników o zadanie mu przygotowanego pytania, a następnie udzielił odpowiedzi:
– Moja narzeczona będzie symbolem nowej ery, którą dziś rozpoczynamy. Nazywa się Nemezis dan Impirian. Niektórzy będą z pewnością zgorszeni, że nie mam zamiaru poślubić członkini elity Imperium. Niech wiedzą jedno: nie obchodzi mnie to, bo kocham Nemezis ponad wszystko. Jest najuczciwszą, najodważniejszą i najgodniejszą kandydatką na imperatorkę tej galaktyki, jaką mógłbym sobie wyobrazić, i wiem, że już wkrótce będziecie ją podziwiać tak jak ja.
Wcześniej kazał wytłumić dźwięk w niektórych częściach komnaty, spodziewając się poruszenia, jakie może wywołać jego wyznanie. Mimo to wielu z jego przeciwników o bardziej konserwatywnych poglądach nie odważyło się na nic więcej poza wiwatami. Podczas koronacji Tyrus pozostawił w odosobnieniu licznych helionickich więźniów. Teraz, gdy nie musiał się już obawiać zagrożenia ze strony babki, zamierzał ich uwolnić – pod warunkiem, że ich krewni w Senacie okażą się chętni do współpracy podczas uroczystości, aby transmisja miała pożądaną formę. I tak oto nieliczne głosy sprzeciwu zostały stłumione, a wiwaty i brawa sojuszników Tyrusa – odpowiednio pogłośnione.
Każda ważna persona w galaktyce otrzymała wiadomość od Tyrusa. Jego słowa zawierały zakodowane przesłanie nakazujące grandiencji wspierać mnie publicznie.
Zanim pojawiły się kolejne pytania, Tyrus przeszedł w swojej przemowie do wyrażenia nadziei na przywrócenie nauk ścisłych, aby wykorzystać je w walce z zagrożeniem w postaci rozrastającego się zjawiska złośliwej przestrzeni. Tym razem wybiórczo wyciszył członków grandiencji, aby wiwaty plebsu były lepiej słyszalne. Zgodnie z oczekiwaniami imperatora wyjawienie obu skandalicznych zamiarów jednocześnie złagodziło wydźwięk oburzenia, jakie wywołałoby upublicznienie ich osobno.
Na koniec, gdy wiwaty po zakończeniu przemówienia podczas pierwszej konwokacji ucichły, Tyrus wziął mnie za rękę i przyciągnął do siebie, aby wszyscy mogli mnie zobaczyć. Zrezygnowawszy z mojego naturalnego albinizmu, zaprezentowałam się w lśniących czarnych włosach, z ciemniejszą karnacją, kośćmi policzkowymi podkreślonymi lśniącym pigmentem i odziana w złotą, połyskliwą, bogato drapowaną szatę.
Wyglądałam jak piękna młoda kobieta, nie jak diabolika. W takim właśnie wydaniu ujrzała mnie galaktyka.
Mimo to wiedziałam w głębi duszy, że to tylko sprytna iluzja.
Teraz zaś mieliśmy się przekonać, czy mój publiczny wizerunek został odebrany tak, jak liczył na to Tyrus. Ponieważ w wydarzeniu uczestniczył głównie plebs, miałam nadzieję, że ludzie będą zbyt oszołomieni faktem, iż w ogóle znaleźli się w tym miejscu, aby zawracać sobie głowę tym, kim – czy może raczej czym – jestem.
Gdy Tyrus i ja weszliśmy do Wielkiej Heliosfery, byłam boleśnie świadoma każdego gestu, każdego ruchu, jaki wykonywałam. Teraz, gdy wszyscy wiedzieli już, że nie jestem człowiekiem, udawanie go paradoksalnie stało się dla mnie ważniejsze niż kiedykolwiek wcześniej.
Tłum zgromadzony w auli ucichł, gdy dotarliśmy do świętej komnaty z diamentu i kryształu, a potem padł na kolana, kładąc rękę na sercu w geście pozdrowienia.
– Powstańcie! – powiedział Tyrus. W przeciwieństwie do Randevalda, nie miał w zwyczaju kazać swoim poddanym długo klęczeć.
Przeszliśmy przez rozstępujące się morze ludzi; Tyrus nawiązał kontakt wzrokowy z Astrą nu Amador, nerwową młodą wikariuszką na usługach senatora von Amadora, i pochylił głowę w niemym podziękowaniu. Uśmiechnęła się. Była na tyle ambitna, by dostrzec, że jeśli tylko wywrze na nas odpowiednie wrażenie, ma szansę zastąpić Fustiana nan Domitriana na stanowisku pierwszego wikariusza.
Tyrus i Fustian byli skłóceni od czasu koronacji, kiedy to ten ostatni odmówił pobłogosławienia mnie publicznie. Bez dwóch zdań nie zgodziłby się na poprowadzenie i tej ceremonii z moim udziałem.
Dopiero gdy podniosłam wzrok, by przyjrzeć się otoczeniu, dostrzegłam, w jakim blasku skąpana jest sala, choć wcale nie towarzyszyło mu wzmożone ciepło. Heliosfera została zaprojektowana tak, aby załamywać światło gwiazd na niezliczone sposoby. Znajdowaliśmy się tak blisko czerwonego hiperolbrzyma, Hefajstosa, że żadne lustra nie były potrzebne podczas Ceremonii Ułaskawienia.
Hefajstos był wielki i jasny, i jego blask tłumił światło odległych, mniejszych gwiazd, które spowijała teraz czerń kosmosu. Z tego powodu zgromadzeni jawili mi się jedynie jako niewyraźne sylwetki – gdyby nie połyskliwy pigment pod ich skórą, prawdopodobnie zlaliby się w jedną plamę. Nie było szans, bym rozpoznała czyjeś rysy.
Staliśmy samotnie w wewnętrznym kręgu, podczas gdy wikariuszka Astra rozstawiała święte kielichy.
Do środka wprowadzono milczących więźniów, członków plebsu. Wszyscy przeszli w więzieniu na wiarę helionicką, a teraz, w nagrodę za swoją pokorę, mieli zostać ułaskawieni.
Tyrus nie miał tym razem zbyt wiele do roboty. Wystąpił naprzód, a mężczyźni i kobiety uklękli przed nim, pochylając głowy, aby zaprezentować tonsury będące demonstracją ich nawrócenia. Następnie odmówił modlitwę o przebaczenie, a potem inicjatywę przejęła wikariuszka.
Astra przeszła między członkami plebsu, aby pomóc im się rozebrać. Następnie poprowadziła każdego z nich do okna, by ustawić ich w blasku świętego hiperolbrzyma. Nadzy, przywarli do panoramicznego okna, rozkładając ramiona i rozcapierzając palce, tak aby blask obmył każdy centymetr ich skóry.
Tyrus chwycił mnie za ramię i delikatnie pociągnął w tył, podczas gdy wikariuszka powoli regulowała optykę, by do komnaty wpadło jeszcze więcej światła wielkiej gwiazdy.
Blask nasilił się tak bardzo, że miałam wrażenie, jakby wypalał mi oczy. Biały promień niemal całkiem mnie oślepił i instynktownie uniosłam przedramię, by się przed nim osłonić. Jak przez mgłę słyszałam szelest szat pozostałych zgromadzonych, którzy robili to samo. A potem uderzyła we mnie fala palącego żaru. Podmuch ciepła był niemal nie do zniesienia.
Coś zdecydowanie było nie tak.
Ułaskawieni cofnęli się od okien – widziałam ich ciemne sylwetki, gdy kulili się i gięli wpół, a powietrze przeszyły ich rozpaczliwe krzyki. Strój wikariuszki stanął w płomieniach, a z kielichów trysnęły słupy żaru.
W przebłysku świadomości zarejestrowałam kilka rzeczy naraz: płomienie, setki otaczających mnie osób i jedno jedyne wyjście z pomieszczenia.
Znaleźliśmy się w śmiertelnej pułapce.
Zareagowałam szybciej niż ktokolwiek inny. Nim zdążyłam pomyśleć, co robię, chwyciłam Tyrusa i pchnęłam go do wyjścia z siłą, o którą się nie podejrzewałam, odkąd moja masa mięśniowa została sztucznie zredukowana, abym miała drobniejszą sylwetkę.
Następnie skoczyłam nad tłumem, który zaczął wpadać w panikę. Ludzie poruszali się chaotycznie i ślamazarnie – przecięłam ciżbę niczym strzała. Tyrus padł na ziemię i próbował właśnie się podnieść. Już po chwili byłam przy nim i pchałam go przed sobą z taką mocą, że nie zdołałby mnie powstrzymać, nawet gdyby spróbował.
Opuściliśmy progi świętej komnaty, którą wypełniała teraz skłębiona masa ciał ściganych przez płomienie. Runęła w naszą stronę przy akompaniamencie ogłuszających krzyków, rozdzierających wrzasków i gorączkowego tupotu stóp.
Patrzyliśmy, jak odłącza się od niej pierwsza garstka nielicznych szczęśliwców, którym udało się pójść w nasze ślady i opuścić pomieszczenie. Reszta szczelnie wypełniła wejście, tworząc zator. Okrzyki przerażenia zmieniły się w histerię, gdy tłoczący się uświadomili sobie, że znaleźli się w pułapce.
Tyrus odwrócił się w stronę stojącego w pobliżu członka plebsu.
– Wezwij pomoc! Natychmiast! Niech każdy z okolicznych statków wyśle medboty! – Następnie ruszył w kierunku zablokowanych drzwi.
Uwięzieni zaczęli desperacko wyciągać ręce w jego stronę.
Skoczył naprzód, aby pomóc im wydostać się z piekła, w które zmieniła się Wielka Heliosfera, a ja odsunęłam od siebie ponurą myśl, że w ich miejsce za chwilę pojawią się następni. Wsparłam Tyrusa w jego wysiłkach. Ludzie w panice chwytali mnie kurczowo za ręce, ale wyciągnięcie ich z zatoru niemal graniczyło z cudem. I chociaż z determinacją i najwyższym trudem pomagałam opuścić komnatę kolejnym osobom, to miałam wrażenie, że ścisk i napór ani odrobinę nie słabną. Wręcz przeciwnie: kolejna fala zakorkowała wyjście jeszcze szczelniej. Po jakimś czasie wydało mi się, że robimy postępy – przez szczeliny w zbitej masie zaczęły się sączyć smugi dymu, ale szybko się okazało, że to nie wróży nic dobrego. Chwilę później nie było już dłoni, za które mogłabym złapać. Krzyki przycichły, potem całkiem umilkły, a ja w osłupieniu wpatrywałam się w nieruchome twarze i szkliste oczy.
Jeszcze długo po tym, jak medboty przeskanowały ocalałych i części z nich odmówiły pomocy, określając ich stan jako zbyt ciężki, by podjąć jakiekolwiek procedury medyczne, Tyrus próbował wydobyć z sali kolejnych poszkodowanych. Gdy przyglądałam się pobojowisku, jeden z botów podleciał do mnie i zneutralizował skutki narażenia na promieniowanie.
W końcu położyłam rękę na ramieniu Tyrusa. Zwiesił głowę, a potem bezgłośnie poruszył ustami, jakby liczył ofiary.
– Jak to mo… – Urwał w pół słowa. Twarz miał umazaną popiołem. Przeczesał włosy dłonią, mierzwiąc je jeszcze bardziej i brudząc sadzą.
Gdy podleciał do niego bot, aby omieść go czerwoną wiązką neutralizujących promieni, aż się wzdrygnął.
– Zrobiłeś wszystko, co mogłeś – zapewniłam go.
Sprawiał wrażenie wstrząśniętego.
– Nie rozumiem, co się wydarzyło…
Ja również przeliczyłam ocalałych. Zaledwie osiemnastu. W heliosferze wciąż znajdowały się setki osób. Zginęli głównie serwitorzy i najmici zatrudnieni przez grandiencję. Niektórzy umarli w objęciach bliskich, inni leżeli na wznak, jeszcze inni skuleni lub we wszelkich możliwych pozycjach, w jakich zastała ich śmierć. Wszyscy mieli paskudnie zaognioną skórę pokrytą brzydkimi pęcherzami. Zerknęłam na bota unoszącego się nad chłopcem, który wymiotował w pozycji na czworakach z powodu ekspozycji na promieniowanie.
Wciąż przybywały kolejne medboty, ale ich liczba – zaledwie kilkanaście – była żałośnie niewystarczająca w stosunku do skali nieszczęścia. Tyrus nakazał plebsowi wezwać wszystkie dostępne maszyny. Powinny były się zjawić, gdy tylko system zarejestrował naruszenie struktury.
Naruszenie…
Odwróciłam się, zdezorientowana, żeby ponownie przyjrzeć się Wielkiej Heliosferze.
Sytuacja wyglądała tak, jakby światło gwiazdy przebiło się przez pole ochronne i poraziło zgromadzonych. Jeśli doszło do naruszenia, boty serwisowe powinny były wykryć je na długo przed tym, nim doszło do katastrofy.
I wtedy przyszła mi do głowy myśl, od której aż mnie zmroziło: helionicy wykorzystają ten fakt, twierdząc, że to był znak. Omen. Rozgłoszą, że to była kara wymierzona nam przez Żywy Kosmos.
Gwiazdy były traktowane jak świadectwo woli boskiego Kosmosu – a czy mógł istnieć jakiś bardziej dobitny przejaw jego niezadowolenia niż to, co właśnie się wydarzyło? Nawet mnie przeszedł zimny dreszcz, gdy o tym pomyślałam, a przecież nie byłam przesądna.
Nie mogłam stwierdzić z całą pewnością, czy wierzę w Żywy Kosmos, ale wiedziałam, że on nie wierzy we mnie. Każdy wikariusz powtarzał mi to aż do znudzenia.
Kiedy odwróciłam się do Tyrusa, zobaczyłam, że wpatruje się w trzymane w dłoni imperialne berło, insygnium jego władzy.
– To chyba moja wina – powiedział tak cicho, że ledwo dosłyszałam.
– Tyrusie…
Ale to nie były miejsce ani czas na rozmowę. W pobliżu znajdowali się nasi sojusznicy, ale i wrogowie, którzy zbiegli się na pokład Valora Novusa tuż po tym, jak rozeszły się wieści o tragedii. Teraz należało zająć się rannymi i powiadomić rodziny zmarłych. Cofnęłam się, aby serwitorzy mogli uprzątnąć zwłoki… i zahaczyłam o coś butem.
Gdy opuściłam wzrok, dostrzegłam ciało.
To była martwa dziewczyna. Młoda. Skórę jej ramion szpeciły pęcherze, a nieruchome spojrzenie jej ciemnych oczu było utkwione w suficie. Te szkliste, niewidzące oczy…
Sidonia!
Zamrugałam gwałtownie. To nie była ona. To nie mogła być ona.
Mimo to wspomnienie jej śmierci zdawało się powracać do mojego umysłu raz po raz w najmniej spodziewanych chwilach, przypominając mi o tym, że już nigdy jej nie zobaczę. Ilekroć się nad tym zastanawiałam, wszystko wkoło zaczynało mi się wydawać mroczne i pozbawione sensu. Wzięłam głęboki oddech, by się uspokoić. Do moich uszu stopniowo napływały słowa, które ktoś kierował do Tyrusa. Coś o… kolejnej tragedii?
– …myślę, że to była trucizna…
Odwróciłam głowę.
– Salivar nie żyje? – spytał z niedowierzaniem Tyrus.
Nie. Nie, nie, nie!
Mąż Devineé. To on wypił wino.
Ona zaś żyła. I wciąż nam zagrażała.
Mój podstęp się nie udał.
*
Niedawno spędziłam miesiąc uwięziona w celi. Czekałam na nieuchronną śmierć z rąk Tyrusa. Przez cały ten czas każdego dnia coraz bardziej nienawidziłam siebie za to, że coś do niego czuję, choć byłam pewna, że to on przyczynił się do śmierci Sidonii. Tyrys zaś wiedział, że go o nią obwiniam.
Choć koniec końców pokonał swoją babkę, wymusił na niej wyznanie, które oczyściło mnie z zarzutów, i pocałował mnie na oczach najmożniejszych Imperium…
W powietrzu między nami wciąż unosiły się resztki oparów niepokoju.
A mnie co jakiś czas dopadały zdradzieckie szpony wątpliwości.
W równej mierze nie mogłam się doczekać, co obawiałam się wieczoru, który planowaliśmy spędzić po Ceremonii Ułaskawienia. Ciążące na Tyrusie obowiązki imperatora sprawiały, że był tak zajęty, iż pierwszy raz od koronacji mieliśmy cieszyć się czasem, który moglibyśmy poświęcić tylko sobie nawzajem.
Teraz jednak nie było na to szans.
Większość osób zginęła w wyniku stratowania, a nie promieniowania gwiezdnego. Wśród nich znajdowała się wikariuszka senatora von Amadora.
A kiedy podwładni Tyrusa zaczęli badać sprawę, odkryli, że jedną z ofiar był także mój niedoszły zabójca. Pokazali nam nagranie, na którym dostrzegłam, w którym momencie do mojego pucharu dodano truciznę. To było tuż po tym, gdy rozstaliśmy się z Tyrusem – szłam, spoglądając na zataczającego się grande uwieszonego na ramieniu swojej żony… podczas gdy grande z mniej znaczącej gałęzi rodu Rothesayów wlał ukradkiem kilka kropel jakiejś substancji do mojego kielicha.
Z pewnością mnie obserwował. Najwyraźniej nie zauważył, że podrzuciłam swój puchar Devineé, ale poszedł za mną do Wielkiej Heliosfery, aby zobaczyć, jak trucizna pozbawia mnie życia…
– Cóż, akurat jego spotkała zasłużona kara – zauważyłam, rozpoznając go jako jedną z ofiar w heliosferze. Gdy poczułam na sobie wzrok Tyrusa, dodałam prędko: – Nie miałam pojęcia, że próbował mnie otruć. Co za niefortunny zbieg okoliczności, że później niechcący pomyliłam kielichy…
– Taaak – potwierdził Tyrus. – To naprawdę straszne. – Pod adresem swoich sług dodał: – Rozpowiedzcie, że to ów grande otruł Salivara. Dopilnujcie, by na Nemezis nie padł nawet cień podejrzeń. – Skupił się znów na nagraniu i gestem poprosił o jego ponowne odtworzenie.
– O co chodzi? – spytałam cicho.
– Przesłuchajcie też tego człowieka – powiedział, wskazując palcem na zataczającego się mężczyznę, który przyciągnął mój wzrok.
– Zastraszcie go, jeśli będzie to konieczne. Musimy się dowiedzieć, czy nie brał udziału w spisku.
– Słuszna decyzja – pochwaliłam z uśmiechem.
Tyrus nie odwzajemnił jednak mojego uśmiechu. Kolejny raz przebiegał wzrokiem listę osób, które poniosły śmierć w heliosferze.
*
W końcu zdołaliśmy wymknąć się na kilka godzin na pokład Hery, ale wciąż byliśmy zbyt podminowani ostatnimi wydarzeniami, by cieszyć się tym krótkim czasem, który mogliśmy spędzić sam na sam. Tyrus podarował mi ten wspaniały statek, będący w istocie asteroidą zmodyfikowaną przez jego świętej pamięci babkę. To był prezent zaręczynowy: statek Domitrianów dla przyszłej członkini tego rodu.
Teraz siedzieliśmy w wielkiej jadeitowej komnacie będącej w zasadzie przestronną promenadą, którą Cygna zamierzała przekształcić w pasaż handlowy, ale nigdy tego nie zrobiła i nie zdoła już tego dokonać. Jednym z elementów, w jaki zdążyła ją wyposażyć, była szemrząca fontanna zasilająca strumień, który wił się pośród imponujących drzew i roślin z brązu.
Dziwnie zamyślony Tyrus sięgnął do pochwy przytroczonej do pasa i wyciągnął z niej pręt z palladu. Pstryknął palcami i z jednego jego końca wystrzeliło sześć szpiczastych kolców.
Imperialne berło. Po koronacji przyłapywałam go od czasu do czasu na tym, że wpatruje się w nie dziwnie intensywnie. Wyglądało jak ozdoba, ale w istocie było potężnym urządzeniem. To dzięki niemu Domitrianowie osiągnęli pozycję najznamienitszego rodu w galaktyce.
– O co chodzi? – zapytałam w końcu.
– Zakładam, że wiesz, co to jest? – odpowiedział pytaniem, podnosząc na mnie wzrok.
Gdy skinęłam, zaczął:
– Otrzymałem je, jak wszyscy inni imperatorzy przede mną. Mój wuj zmarł. Ja zająłem jego miejsce. – Uniósł dłoń i zawiesił ją nad sześcioma kolcami. – Wbiły się w moją skórę, aby pobrać próbkę krwi. Gdy potwierdziły, że jestem Domitrianem, berło stało się moją własnością. Zawładnąwszy nim, wszedłem również w posiadanie Chrysantemum. Każda maszyna znalazła się pod moją kontrolą.
I nie chodziło tylko o każdą maszynę na statku, a o wszystkie urządzenia w promieniu kilku lat świetlnych od stacji kosmicznej, a nawet w odleglejszych zakątkach Imperium. Imperator kontrolował je co do jednego. To był powód, dla którego Domitrianowie rządzili Imperium.
– Nie każdy z rodu Domitrianów jest biegły w jego obsłudze – dodał Tyrus. – Moja prababka, Acindra, potrafiła wydawać rozkazy otaczającym ją maszynom w myślach, ale mój wuj był… niezbyt wprawny w tej sztuce. Musiał wykonywać gesty. Wydawać polecenia. Byłem przekonany, że poradzę sobie lepiej od niego.
Nie widziałam jeszcze, żeby używał tego berła.
– I jak ci idzie?
Spojrzał na mnie ponownie.
– Nemezis – powiedział bardzo cicho. – Nie mogę zmusić go do zrobienia… czegokolwiek.
Wpatrywałam się w niego przez chwilę.
– Słucham?
Wzruszył ramionami i rzucił na próbę:
– Potrzebuję tu wartobota.
Czekaliśmy. Nic się nie wydarzyło.
– Och – wykrztusiłam wreszcie.
– Starałem się unikać tematu publicznie, dopóki tego nie rozgryzę – westchnął. – To duży problem, Nemezis. Berło zapewnia mi nie tylko kontrolę nad maszynami. Ono utrzymuje Chrysantemum w całości. To właśnie dzięki niemu dwa tysiące statków tworzą jedną konstrukcję. – Zacisnął dłoń na berle. – Właśnie dlatego nawet niewielkie naruszenie strukturalne może doprowadzić do katastrofy takiej jak ta dzisiejsza w Wielkiej Heliosferze. Jedynymi botami serwisowymi, które przyleciały, by naprawić usterkę, były te przebywające na pokładzie statku – te z okolicznych jednostek nie zjawiły się na moje wezwanie. A w tym przypadku konieczna była pomoc co najmniej setki botów, a nie zaledwie garstki.
– A więc o to chodziło – mruknęłam pod nosem. – Dlatego medboty przybyły dopiero po tym, gdy poprosiłeś o ich wezwanie.
Przytaknął.
– Nie jestem w stanie kontrolować żadnej z tych maszyn, a znajdujemy się na pokładzie statku spośród floty liczącej dwa tysiące jednostek. Nie istnieje sieć, która wykrywałaby potencjalne problemy wymagające naprawy i delegująca boty serwisowe do wrażliwych punktów. Ta usterka w heliosferze powinna była zostać naprawiona na długo przed tym, zanim doszło do naruszenia powłok, zwłaszcza tak blisko hiperolbrzyma. Ten incydent… nie powinien mieć miejsca. Boty serwisowe nie wykonują swojej pracy, jak należy, a wartoboty na zewnątrz są nieaktywne. To bardzo poważny problem.
W tej chwili dotarło do mnie, jakie mogą być konsekwencje takiego stanu rzeczy.
– Tyrusie, czy myślisz, że ktoś może się domyślać, że nie masz kontroli nad berłem?
– Sądzę, że po dzisiejszym dniu stanie się to oczywiste.
Jeśli Tyrus nie był w stanie wydawać rozkazów wartobotom, jeżeli nie kontrolował żadnego ze statków w tym układzie gwiezdnym, to… Cóż, to oznaczało, że był narażony na atak tak samo jak przed koronacją.
W istocie był nawet bardziej bezbronny, ponieważ teraz stał się publicznym celem.
– Jeżeli ktokolwiek spróbuje cię obalić – uświadomiłam sobie – albo… będzie chciał usunąć nas, zrobi to teraz. To masz na myśli, prawda?
Skinął głową.
Groziło nam wiele niebezpieczeństw, a ja wiedziałam, że istnieje osoba, której powinniśmy się obawiać bardziej niż innych.
Człowiek ów był nie tylko najpotężniejszym senatorem w całym Imperium i przywódcą helionickiej opozycji wobec wszystkiego, co reprezentował Tyrus i czego planował dokonać – był także ojcem dziewczyny, którą niedawno zamordowałam.
– Jak sądzisz, ile mamy czasu, zanim senator von Pasus się o tym dowie? – spytałam.
Otworzył usta, aby odpowiedzieć, i właśnie wtedy jego palladowa rękawica zaczęła wibrować, sygnalizując połączenie. Odwrócił dłoń, aby sprawdzić, kto jest nadawcą, ale wiedziałam już, kto to będzie.
– Niewiele – westchnął Tyrus, uśmiechając się gorzko. A potem odebrał połączenie od senatora von Pasusa.
Kiedy ostatni raz widziałam senatora von Pasusa, przybrał postać dostojnego starca – być może po to, aby celowo kontrastować ze świeżym, młodziutkim wyglądem swojej córki, Elantry, którą chciał wydać za Tyrusa. Większość grandiencji korzystała z zabiegów podtrzymujących pozory młodości, jednak czasami celowo zachowywano niektóre z oznak świadczących o prawdziwym wieku – po to, aby wyróżnić się na tle innych, lub też, znacznie częściej, aby zyskać szacunek w oczach plebsu zaludniającego podległe im terytoria. Mieszkańcy planet nie mieli dostępu do pielęgnobotów, więc zewnętrzne przejawy posuwania się w latach kojarzyły im się z mądrością i doświadczeniem. Nic dziwnego, że Pasus postawił na siwe włosy i krótką brodę.
Teraz jednak, gdy przed nami zamajaczył jego hologram, wyglądał znowu młodo. Jego włosy były kruczoczarne, oczy niebieskie i zimne w wyrazie, a rysy gładkie i wyrzeźbione z precyzją, która zdawała się obliczona na nadanie mu pozorów najwyższej szlachetności, a nie na uczynienie go przystojnym.
Przyklęknął z wyraźnym ociąganiem i nie pozostał w pozycji na kolanach zbyt długo.
– Wasza Najwyższa Czcigodność.
Wycofałam się, aby mnie nie dostrzegł.
– Senatorze – odparł chłodno Tyrus. – Cóż za zaskakująca zmiana w wyglądzie!
– Pozwoliłem sobie zainspirować się wyglądem Waszej Czcigodności – odparł Pasus. – Odniosłem wrażenie, że w swoim wcieleniu imperatora zaprezentowałeś galaktyce całkiem nowe oblicze, więc uznałem, że powinienem pójść w twoje ślady.
Cóż, to była prawda, nie dało się zaprzeczyć. Pasus, jak wielu członków grandiencji, znał Tyrusa tylko z jego przybranej z rozmysłem pozy szalonego następcy tronu, nie zaś jako bystrego młodego człowieka, jakim był w rzeczywistości.
Tyrus odwrócił głowę i wyciągnął rękę w moją stronę.
A więc chciał, bym pojawiła się w polu widzenia senatora. Chociaż mogło to zaognić sytuację, chciał, żeby Pasus mnie zobaczył.
Podeszłam do Tyrusa i stanęłam tak, by jego rozmówca mnie widział.
– Czemu zawdzięczam ten niespodziewany zaszczyt? – spytał Tyrus, ujmując moją dłoń. Ostentacyjnie. Z rozmysłem.
Pasus nie podnosił wzroku przez dobrą chwilę, a ja wiedziałam, że jego zimne spojrzenie jest utkwione w naszych splecionych palcach.
– Musisz mi wybaczyć, że nie zjawiłem się, aby wysłuchać twojego przemówienia na konwokacji, podobnie jak wcześniej podczas koronacji. Byłem zdruzgotany i pogrążony w żałobie po śmierci mojej córki, jak zapewne doskonale wiesz, Wasza Najwyższa Czcigodność…
– To była okropna tragedia, nieodżałowana strata – odparł Tyrus z tą samą chłodną uprzejmością. – Łącznie z okolicznościami, które do niej bezpośrednio doprowadziły.
Pasus musiał wiedzieć, co ma na myśli Tyrus: Elantra zabiła Sidonię, którą pomściłam, mordując córkę senatora z zimną krwią. W jego szczęce drgnął przelotnie mięsień, ale von Pasus już za chwilę się uśmiechnął – czy może raczej wyszczerzył zęby niczym rozwścieczone zwierzę.
– Właśnie dotarły do mnie wieści o niefortunnej śmierci twojego szwagra…
Tyrus zachował kamienną twarz.
– Cóż, tak…
– Moje najszczersze kondolencje. To równie straszna tragedia. A twoja kuzynka została bez męża…
– I przypuszczam, że nie zmieni się to przez jakiś czas – skwitował Tyrus.
Przeszedł mnie lodowaty dreszcz. Nie podobał mi się sposób, w jaki Pasus się uśmiechał – całkiem jakby właśnie dostrzegł coś, co chciał mieć na własność, i zamierzał to zdobyć, nie pozwalając, by cokolwiek stanęło mu na drodze do celu.
– Musisz być bardzo zaniepokojony. Jak wasze wartoboty mogły pozwolić na to, by ktoś z bezpośredniego otoczenia Waszej Najwyższej Czcigodności został otruty? Nie mówiąc już o heliosferze – wygląda na to, że boty serwisowe również nie radzą sobie tak dobrze jak dawniej. To zaprawdę osobliwy zbieg okoliczności, że dwa różne, tak kluczowe systemy zawodzą tego samego dnia…
Tyrus zmrużył lekko oczy, a do mnie też dotarło: Pasus wiedział. Wiedział, że berło Tyrusa nie działa. I wiedział dlaczego…
– Z drugiej strony, różne rzeczy się zdarzają. – Senator uśmiechnął się porozumiewawczo. – Być może to faktycznie jednorazowy incydent.
– Być może.
– Ale gdyby się okazało, że nie, znalazłbyś się w bardzo niezręcznej sytuacji, Wasza Najwyższa Czcigodność, nieprawdaż? Potrzebowałbyś bardzo potężnych, wpływowych przyjaciół. A jednak wszyscy twoi sojusznicy wydają się być nowymi senatorami zastępującymi tych, którzy zginęli wraz z senatorem von Impirianem za rządów twojego wuja. Nowicjuszami.
Czułam, jak puls Tyrusa przyśpiesza, jednak gdy się odezwał, doskonale panował nad swoim głosem:
– Jestem bardzo wdzięczny za twoją troskę. I zapewniam cię, że wszystko jest w jak najlepszym porządku.
– Hmm, cóż, tak. Chociaż gdybym był na twoim miejscu… Wybacz, że udzielam ci rad nieproszony, ale znam cię, odkąd byłeś chłopcem, drogi Tyrusie, więc czuję się zmuszony zasugerować… abyś pochylił się nad kwestią pozyskania mojej przychylności, a także łaski naszego Żywego Kosmosu. Na nie zaś nie masz co liczyć, otaczając się tymi, których zgromadziłeś wokół siebie. – Zerknął w moją stronę. Jego twarz wykrzywił przelotnie grymas nienawiści, choć głos miał równie opanowany co Tyrus, gdy podjął: – Zamiast tego… zwróciłbym się raczej do długoletnich przyjaciół twojej rodziny. I sięgnął po środki, dzięki którym mógłbyś odzyskać to, co utraciłeś.
– Dziękuję za radę, senatorze. Nie krępuj się przybyć tu osobiście, aby udzielić mi kolejnych, równie cennych.
Pasus tylko się uśmiechnął, bo wiedział, że zjawiając się tu, byłby zdany na łaskę Tyrusa.
– Zawsze chętnie służę pomocą. A jeśli będziesz czegoś potrzebować, Wasza Czcigodność, nie wahaj się zawitać do moich włości i o to poprosić.
Tyrus również się uśmiechnął. Nigdy w życiu nie skorzystałby z tej propozycji.
Ale gdy transmisja dobiegał końca, ponownie wydobył berło i wbił w nie sfrustrowane spojrzenie.
– On coś wie. To właśnie chciał mi dać do zrozumienia. I ten jego tupet… Zwłoki Salivara jeszcze dobrze nie ostygły, a on już zamierza uderzać w konkury do mojej kuzynki!
– Nie ma mowy, nie możemy do tego dopuścić – powiedziałam stanowczo.
Pasus i tak już stanowił wystarczające zagrożenie jako najpotężniejszy członek frakcji helionickiej w Senacie i jeden z najbogatszych grande w Imperium. Gdyby poślubił następną po Tyrusie dziedziczkę tronu, obstawiałabym, że Tyrus zginie w tragicznych okolicznościach przed upływem tygodnia.
– Oczywiście, że do tego nie dopuścimy – zapewnił mnie, zaciskając palce na berle.
Gdy na niego spojrzałam, dostrzegłam nachmurzoną, zaciętą minę i wiedziałam, że możemy się spodziewać kłopotów. Wepchnął berło z powrotem do pochwy; równie dobrze mógł je teraz tam pozostawić, skoro było bezużyteczne.
– Tyrusie…
Spojrzał na mnie z roztargnieniem.
– Być może już czas.
– Czas… na co?
– Pozwól mi zabić tych, którzy stanowią dla ciebie zagrożenie. – To było to. Jedyna rzecz, którą mogłam dla niego zrobić. Wsparcie, jakie mogłam mu zaoferować, a którego nie mógł mu udzielić nikt inny. Nie znałam litości, a jeśli coś mu groziło… Nie mogłam go stracić, tak jak straciłam Sidonię. – Zacznę od twojej kuzynki.
Podszedł do mnie i ujął moją twarz w dłonie.
– Nemezis, nie.
– Ale…
– Nie jesteś moją diaboliką. Nigdy więcej nie poproszę cię, byś nią była. To po prostu drobna komplikacja, nic więcej. Poradzę sobie.
Pomimo jego zapewnień wiedziałam, że nie ma pojęcia, jak to zrobić.
Odczekałam więc, aż uda się na spoczynek – potrzebowałam mniej snu niż on – i postanowiłam sama poszukać przyczyn jego słabości.
W Chrysantemum był jeden człowiek, który znał odpowiedzi na moje pytania – a ja zamierzałam dopilnować, by mi ich udzielił.
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
