Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Kiedyś tu wrócimy i wtedy skoczymy – przyrzekają sobie pewnego dnia na Starym Moście w Mostarze Rosa i jej matka Elise. W tym pięknym mieście o bolesnej historii matka Rosy po raz ostatni była szczęśliwa. Wiele lat później, gdy Elise umiera, jej dwudziestoparoletnia córka zostaje z okruchami porozbijanej rodzinnej historii. Podążając śladami utraconego szczęścia matki, jedzie z północnych Niemiec przez Pragę do Mostaru, a jej podróż stanie się poszukiwaniem prawdy o burzliwym życiu Elise. W wędrówce ulicami Mostaru towarzyszyć jej będzie Emma, pojawiająca się tam z zupełnie innych powodów. A także ojciec Rosy, który powróci do Bośni i Hercegowiny, by na nowo włączyć się w życie swej córki.
Książka Lange to wzruszająca opowieść o intensywnej relacji matki z córką, o żałobie, ukojeniu i miłości we wszystkich jej odcieniach, ale też o poszukiwaniu sensu rodziny, namiętnym wyznaniu miłości do Hercegowiny i do samego życia.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 174
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Dla babci Lony
Zostawiłam Elise w Hercegowinie. Nad polami mandarynek wisiało zamglone niebo, a ciepło dnia ustępowało miejsca nocy. Październikowe słońce powoli znikało za górami. Kosy rozpoczynały swoje wieczorne koncerty, starając się zagłuszyć cykady.
Błądziłam wzrokiem po krajobrazie, który wciąż jeszcze wydawał mi się nierzeczywisty. Tu i ówdzie z bujnej zieleni mandarynkowych pól i winnic wyłaniały się domy w kolorze piasku. Wieczorne światło zatapiało wszystko w ciepłym złocie. Zapaliłam papierosa i wypuszczałam dym w powoli stygnące powietrze. Góry rysowały łagodną, falistą linię wokół doliny. Leżało w niej gospodarstwo – niski dom, którego poddasze rozbudowano, gdy dzieci podrosły i potrzebowały własnych pokoi. Dziś było tam miejsce dla gości i wspomnień.
Między drzewami, na których lśniły prawie dojrzałe owoce, przechadzał się ogrodnik. Był przyzwyczajony, że wieczorami dogląda mandarynek. Wyczuwał nosem i dotykiem, kiedy dojrzewały. I wtedy był czas ich skosztować. Powinnyśmy jeszcze zostać, przynajmniej dopóki nie zbierze owoców. Wtedy mogłabym mu pomóc, powiedział i roześmiał się, wypuszczając dym z papierosa. Patrzyłam, jak o zmierzchu powoli znika między drzewami. Owoce lśniły, tylko żar papierosa stawał się jaśniejszy.
Przez uchylone kuchenne okno dochodziły głosy starszych i młodszych. Śmiali się i opowiadali historie w trzech językach. Ktoś śpiewał piosenkę, a inni przyłączali się i klaskali do rytmu. Kiedy wiatr ustał, zapach późnego lata wymieszał się z aromatem pieczonego ciasta francuskiego i czosnku.
Wpatrywałam się przed siebie, gdzie noc wkradała się między drzewa. Może powinnyśmy zostać, Elise. Ale Elise już nie było. Zgasiłam papierosa. Mandarynki lśniły zadowolone, a w moich myślach panowała pustka.
Emma od razu przykuła moją uwagę. Impreza była niewyraźną mieszanką kiepskiego alkoholu, fatalnej muzyki, słabych jointów i ludzi, których ledwo pamiętałam. I Emmy. Jej oczy. Jej uśmiech zaczynał się właśnie tam, w oczach, a potem rozciągał od drobnych zmarszczek wokół nich przez policzki aż do ust. Uśmiechnęła się do mnie z daleka, przez wspólną kuchnię w akademiku. Budynek D. Czwarte piętro. Zniszczona, porysowana patelnia, każda porcja chili con carne zawierała odrobinę teflonu, bo nikt nie dbał o to, czy używa do mieszania drewnianej, plastikowej czy metalowej łyżki. Metal zarysowywał naczynie, a w mojej głowie powstał obraz, jak warstwa tej substancji jest z niego zeskrobywana łyżkami. A wraz z nią trucizna, bo teflon nią przecież jest. Elise powtarzała to wielokrotnie, wciskając mi do ręki drewnianą łyżkę. Przy całej tej truciźnie, którą tak chętnie spożywała, to właśnie teflon wydawał jej się podejrzany.
Słysząc skrobanie, zastanawiałam się, czy ktoś jeszcze miał matkę, która ostrzegała przed niebezpieczeństwami związanymi z teflonem w potrawach. Rozejrzałam się wokół i widziałam po twarzach ludzi, że jest im to obojętne. Powiedzieliby z pewnością: Ach, te matki… Pewnie mają jakieś ku temu powody, prawda? Pomyślałam, że zapytam o to Elise następnym razem. Następnym razem, gdy ją spotkam. I pomyślałam, że muszę to sobie zapisać, bo inaczej do tego czasu zapomnę. Jeśli wszystko dobrze pójdzie, to jeszcze trochę potrwa. Jeśli ze słuchawkami na uszach nie wpadnę pod następny autobus albo w głupi sposób nie zakrztuszę się pestką wiśni. Albo nie zachoruję na raka lub nie złapię czegoś paskudnego. Zapalenia płuc, a może żółtaczki. Lub gruźlicy, tak jak ona.
Dzisiaj już nikt nie umiera na gruźlicę. Powinnam była policzyć tych wszystkich, którzy mi to mówili. Lekarz, moja ciotka, moja dziewczyna (która szybko stała się moją eks), dobrzy i mniej dobrzy przyjaciele, znajomi i nieznajomi. Wszyscy byli tego pewni. Nawet Elise. Mówiła to, kaszląc krwią. A potem zadzwoniła lekarka i przyznała, że wszyscy kłamali. Oczywiście nie wyraziła tego w ten sposób, powiedziała tylko, że Elise umiera. Nieoczekiwanie, bo przecież dzisiaj nikt już nie umiera na gruźlicę.
Często słyszałam, że twarz zmarłego wygląda jak twarz śpiącej osoby, ale to też nie była prawda. W twarzy śpiącego wciąż widać ożywienie. Skrywa się pod powierzchnią skóry, czeka i prześwituje we śnie. A wraz z nim śmiech, płacz, złość oraz zmarszczki, które wtedy się tworzą. Trudy, jakie przynosi dzień, powodują nacisk na szczękę i ich powstawanie. Wszystko to drga we śnie, a teraz zniknęło. Życie ustąpiło z twarzy, zabierając trochę koloru. Nie nosiła już śladów ożywienia. Nic już nie prześwitywało przez skórę, a była ona teraz tak jasna. Wyglądała jak twarz, która nie znała cierpienia i nie spotkały jej jeszcze smutek i niesprawiedliwość. Zmarszczki mimiczne straciły sens, leżały bezradnie i wiotko wokół oczu mojej matki, która dużo się śmiała. Ustami, zmarszczkami i dołeczkami, ale nie zawsze oczyma. Tak jakby wystarczyło pokazać światu: patrz, wciąż się śmieję. Ale nie przyglądaj się zbyt dokładnie. Patrz tylko na usta, zmarszczki i dołeczki. Widzisz, córko? Wciąż się śmieję. Więc się nie martw.
I wtedy ujrzałam Emmę i jej roześmiane oczy. A kiedy ją zobaczyłam, wszystko we mnie na chwilę zamilkło.
– Jestem Emma – powiedziała i usiadła obok mnie na kuchennej ławce. – Rosa, prawda?
Skinęłam głową. Miałam nadzieję, że odpowiedziałam uśmiechem na jej uśmiech, ale nie byłam tego pewna.
– Miło mi – powiedziała.
– Mi jeszcze bardziej – odparłam. A potem szybko dodałam: – Mi również.
Roześmiała się. Całą sobą, oczami, ustami, gardłem, piersią i brzuchem. I przez chwilę zapomniałam, jakie wydarzenie właśnie zatapiam w alkoholu.
Tej nocy zostałam w akademiku. Piłam i paliłam coś, co nie było tylko tytoniem, i jeszcze więcej piłam. Potem zasnęłam na siedząco. Ktoś położył mnie na kuchennej ławie. Może po prostu się przewróciłam, ale przynajmniej mnie przykryto. Spałam na twardej drewnianej ławce z lat siedemdziesiątych, z tymi bezużytecznymi poduszkami w kwiatki, które zsuwały się z niej przy każdym ruchu. I śniłam o Emmie. Siedziała obok mnie i śmiała się, a potem płakała, i nagle okazało się, że to Elise.
Kiedy się obudziłam, pachniało rybami i jajecznicą. Było mi niedobrze, ale głód wziął górę. Usiadłam. Emma stała przy kuchence, a przed nią znajdowała się ogromna patelnia z jajecznicą.
– Lubisz krewetki? – Spojrzała na mnie i roześmiała się. – Chyba nie.
Przybrałam kamienną twarz.
– Ależ tak. Lubię. Zazwyczaj.
– Masz kaca?
Zamruczałam o kilka tonów niżej niż zwykle. Znów się roześmiała.
– Jajecznica zawsze mi pomaga – powiedziała. – A do niej krewetki. Najlepiej z Morza Północnego, te lubię najbardziej, ale to trochę dekadenckie. Czasem po prostu trzeba. Właściwie nie jem zwierząt, ale w przypadku krewetek robię wyjątek. Są po prostu zbyt smaczne. Zwłaszcza na kacu.
Mimo szumu w głowie liczyłam informacje, które dotąd zebrałam: imię, jajecznica, krewetki z Morza Północnego, nie je innych zwierząt. Spojrzałam na nią, na tył jej głowy. Jej włosy nie miały koloru, dla którego istniałaby nazwa. Coś między blondem a brązem. Nieuczesane, w nieładzie, związane w wysoki kok. Uszy zdobiło kilka kolczyków. Czy nie miała również kolczyka w dolnej wardze? Czekałam. Podniosła patelnię z kuchenki i postawiła ją obok miseczki z krewetkami na drewnianym stole. Pomiędzy blatem a dnem patelni leżała korkowa podkładka. Okrągła i czarna jak smoła od zbyt częstego kontaktu z gorącymi naczyniami. Emma spojrzała na mnie. Tak, miała kolczyk, srebrny pierścień w dolnej wardze. Odwzajemniłam jej spojrzenie i przez chwilę się na nim zatrzymałam. Uśmiech przemknął po jej ustach i wreszcie mnie obudził. Owinęłam się cienkim kocem tak, jak kiedyś na basenie ręcznikiem, kiedy po kolejnej prośbie rodziców wychodziło się z wody, trzęsąc się, z już dawno posiniałymi ustami. Kwiatowy wzorek kocyka pasował do deseniu na poduszce. Nie chciałam sobie nawet wyobrażać, jak po nocy wyglądały moja twarz i włosy. Sądząc po minie Emmy, widok ten w najgorszym razie wzbudzał współczucie, a w najlepszym zachwyt. Nie wiedziałam, co bym wolała. Przesunęłam dłonią po twarzy i włosach, dziwiąc się, że w ogóle znalazłam przestrzeń na tego rodzaju myśli. Waliło mi w głowie z wyczerpania i odwodnienia.
– To twój koc? – zapytałam, zdejmując go z ramion i kładąc obok. Emma uniosła brew i uśmiechnęła się.
– To obrus.
Usiadła naprzeciwko i zaczęła nakładać jajecznicę na talerz. Zatrzymała się nad miską z krewetkami i spojrzała na mnie pytająco. Pokręciłam głową. Raz w lewo, potem w prawo i koniec, bo inaczej by pękła. Emma podsunęła mi talerz. Potem wyszła na korytarz i głośno zawołała w stronę pozamykanych drzwi do pokoi: Śniadanie!
Kiedy zdołałam opróżnić talerz i podnieść się z ławki, wymknęłam się z kuchni i zadzwoniłam do ojca. Na wyświetlaczu pojawił się kontakt Rainer Hartwig. Tak go zapisałam. Rainer Hartwig: prywatny, komórka i biuro. Spojrzałam na zegarek. Była środa, jedenasta czterdzieści siedem. Elise nie żyła od dwudziestu ośmiu godzin i trzydziestu sześciu minut. Zmarła we wtorek, czyli dzień, który służył jedynie jako most łączący nielubiany początek tygodnia z jego wyczekiwanym środkiem. O godzinie złożonej wyłącznie z liczb pierwszych. Wybrałam numer do biura Rainera Hartwiga, po kilku sygnałach odebrała jego sekretarka.
– Z panem Hartwigiem proszę.
– W jakiej sprawie?
– Chodzi o jego… Jestem jego córką. Muszę z nim porozmawiać. – Krótka cisza.
– W porządku. Proszę chwilę zaczekać.
Przełączono mnie do kolejki oczekujących. Rozbrzmiała się znana, klasyczna melodia, której tytułu nie mogłam sobie przypomnieć. W słuchawce rozległ się trzask i na chwilę zapadła cisza.
– Halo?
Głos ojca brzmiał tak samo jak dawniej. Nie byłam pewna, kiedy ostatni raz go widziałam. Chyba rok, a może dwa lata temu. Zastanawiałam się, kiedy głos zaczyna się starzeć. Jego brzmiał jak mężczyzny, który mógł mieć trzydzieści, czterdzieści lub pięćdziesiąt lat. Czterdzieści dziewięć. Pamiętałam to, nigdy nie zapomniałam. Wciąż go znałam.
– Tu Rosa.
Milczenie po drugiej stronie. Nie miałam mu za złe, że nie wiedział, co ma powiedzieć.
– Ona nie żyje.
Wciąż milczał, więc po prostu paplałam dalej.
– Muszę ją pochować i chcę, żeby było pięknie, ale nie mam na to pieniędzy. Potrzebuję ich. Dla niej. Tato?
Usłyszałam, jak głęboko wzdycha. Sama nie wiedziałam, dlaczego wypowiedziałam to ostatnie słowo.
– Rosa…
– Ona nie żyje, tato.
– Okej.
Zrobiło mi się niedobrze. Ojciec próbował mnie namówić, żebym przyjechała do jego domu. Do niego, jego żony i córki. Jego córki. Mojej siostry. Przyrodniej. Usiadłam na ziemi. Betonowe płyty rozgrzane od słońca. Zamknęłam oczy i położyłam na nich dłoń. Słońce było zbyt jasne dla głowy, w której wciąż pobrzmiewała ostatnia noc.
– Rosa?
Wydałam z siebie dźwięk, który miał oznaczać, że wciąż tu jestem.
– Przyjedziesz, Rosa?
– Nie chcę. Wiesz o tym.
– Tak.
– Więc czemu pytasz?
– Rosa…
– Zadzwonię do ciebie później.
Odłożyłam słuchawkę i wraz z telefonem opadłam na ciepłe podłoże. Przycisnęłam dłonie do twarzy. Jedną zasłaniałam oczy przed słońcem, drugą starałam się powstrzymać usta przed oddaniem zawartości żołądka. Nie wiedziałam, czy spowodował to wyłącznie kac. Kiedy otworzyłam oczy, nade mną stała Emma.
– Hej – powiedziała.
– Hej.
– Wszystko w porządku?
– Tak.
– Na pewno?
– Po prostu sobie leżę.
– Okej.
– Płyty są ciepłe.
Emma odłożyła plecak i położyła się obok mnie.
– To prawda – powiedziała. – Całkiem ciepłe.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji
Tytuł oryginału niemieckiego: Und dann springen wir
Copyright © by Frankfurter Verlagsanstalt GmbH, Frankfurt am Main 2025
Copyright © for Polish translation by Ewa Mikulska-Frindo, 2026
Copyright © for Polish edition by Wydawnictwo Marpress, Gdańsk 2026
Wydanie I
ISBN epub 978-83-7528-400-3
ISBN mobi 978-83-7528-401-0
Fotografie na okładce:
© Franziska Evers (Gianna Lange)
© Ewa Jezierska (Ewa Mikulska-Frindo)
Projekt okładki: Zuzanna Leśniak
Redakcja: Elżbieta Żukowska
Korekta: Urszula Koza, Beata Duszyńska
Redaktor prowadzący: Fabian Cieślik
Wydawnictwo Marpress sp. z o.o.,
ul. Targ Rybny 10B, 80-838 Gdańsk
tel. 58 301 47 00, [email protected], www.marpress.pl
Opracowanie ebooka Katarzyna Rek
