Hosanna - Szymon Majcherowicz - ebook

Hosanna ebook

Szymon Majcherowicz

0,0

Opis

„Hosanna” to pięć opowieści o ludziach na krawędzi. Ludziach poddanych presji przekraczającej zdolność adaptacji i odsłaniającej ich ukryty – także przed nimi samymi – potencjał przemiany. To spotkanie z tymi, którzy zobaczyli i poczuli więcej, niż przewiduje norma; z ich doświadczeniem samotności, także w relacjach, przemocy wpisanej w rodzinę i system społeczny, cielesności uwikłanej we wstyd i kompulsję oraz – często nieświadomej – tęsknoty za transcendencją i obietnicą zbawienia. Szymon Majcherowicz łączy realizm psychologiczny, weird fiction i body horror, by podważyć automatyzm poznawczy czytelnika i pokazać mu to, na co nie jest on gotowy.
 
 

 
 

Na taką literaturę grozy czekałem! „Hosanna” przynosi zestaw utworów piekielnie niepokojących, zarówno przez warsztatową biegłość Szymona Majcherowicza w konstruowaniu wciągających fabuł, jak i przez jego rzadką umiejętność dotykania czegoś bardzo pierwotnego w ludzkiej naturze: tych wszystkich mroków duszy, które ukrywamy pod zwałami norm kulturowych i społecznych, świętych ksiąg i pobożnych życzeń.
Szymon Majcherowicz udowadnia tą książką dwie rzeczy: po pierwsze, dobra groza jest zawsze dobrą literaturą psychologiczną, a po drugie nic tak dobrze nie służy zgłębieniu tej ciemnej strony jak fascynująca opowieść. Nawet jeśli ta opowieść czasami zmusza do odwrócenia wzroku.

— Wojciech Gunia

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 324

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Tytuł: Hosanna

Autor: Szymon Majcherowicz

Copyright © Wydawnictwo IX. 2026

Copyright for the cover art ©

by Barbara Komaniecka & Wydawnictwo IX. Kraków 2026

All rights reserved.

Wydawca: Krzysztof Biliński, Wydawnictwo IX

Redakcja i korekta: Dominika Kowalska

Skład, łamanie i przygotowanie do druku: Krzysztof Biliński

Ilustracja na okładce: Barbara Komaniecka

Wszystkie prawa zastrzeżone.

Żadna część książki nie może być w jakikolwiek sposób powielana bez zgody wydawcy, z wyjątkiem krótkich fragmentów użytych na potrzeby recenzji oraz artykułów.

Wydawnictwo IX

[email protected]

wydawnictwoix.pl

Kraków 2026

Wydanie I

ISBN 978-83-68925-13-5

Ogrzej mnie

Słońce, tyle słońca! Kojący szmer tafli błękitu. Skrzek mew. I jej śmiech. To pierwsze, co widzi i słyszy Mateusz, gdy myśli „Chorwacja”. Najszczęśliwsze dwa tygodnie w życiu. Rzadkie mgnienie, kiedy okoliczności tworzą układ doskonały i ma się ochotę już tylko wywrzeszczeć w niebo: „Chwilo, trwaj!”. Ustawienie gwiazd? Ślepy traf? Czort wie. Ktoś mógłby powiedzieć, że po czymś takim można umierać, jednak z pewnością nie ten, którego ukochana spodziewa się dziecka. Gdy startowali z Okęcia, był już szósty tydzień. Świętowali więc radosną nowinę, pieprząc się na plaży, tańcząc do białego rana i śpiewając na dwa głosy przy akompaniamencie jednego wysłużonego pudła. Na trzeźwo oczywiście. Pijani byli sobą i to wystarczało.

To właśnie w Splicie, w jednej z tych urokliwych kafejek przy bulwarze, Mateusz zrobił przyklęk i usłyszał sakramentalne „tak”, po którym rozbrzmiały brawa i gwizdy zgromadzonych przy barze miejscowych. Byłby może się z tym wstrzymał, gdyby przyszło mu do głowy, że nazwa miasta może przemycać proroctwo. A może by się z tego uśmiał.

Byli ze sobą od roku zaledwie, ale jego intensywność troskliwy kardiolog poradziłby rozłożyć na lat kilka. Kto by go jednak słuchał. Wszystko działo się tak szybko, a wiara w przyszłość była strzelista i niezachwiana jak gotycka katedra.

Split pożegnał ich upałem, Warszawa przywitała deszczem. Przemoczeni, ale roześmiani dotarli w końcu do wytęsknionych już trochę, świeżo wynajętych i urządzonych czterech kątów. I to w tym momencie zaczyna się właściwa opowieść. Tak przyjmijmy, choć wiadomo, że wszystkie opowieści zaczynają się na długo przed swym formalnie ustanowionym początkiem.

* * *

Następnego dnia trzeba już do pracy, nie ma zmiłuj, ale baterie naładowane, więc pozostaje tylko zacząć się odgrzebywać spod tej lawiny maili, jaka w międzyczasie zasypała ich służbowe skrzynki. Poniedziałek, wtorek, środa, czwartek… i oboje pędzą już po torach rutyny w dal nieznaną, ale niebudzącą obaw, ciepłą, świetlistą i zapraszającą.

W czwartek wieczorem Magda jednak ni stąd, ni zowąd informuje Mateusza, że chce spać na sofie w drugim pokoju. Musi się wyspać przed ciężkim dniem w pracy, a nagle przeszkadza jej jego rzekome chrapanie. „Jasne, nie ma sprawy”. Niby nic.

W piątek rano mijają się w drodze do łazienki. W odpowiedzi na powitanie Magda wydaje z siebie tylko ciche, wątłe „hej”, poza tym milczy jak kamień. Jest przy tym bardzo, ale to bardzo poważna. Jak nigdy. I jakaś zgaszona, nieobecna, zatroskana. Co jest grane? Mateusz proponuje śniadanie i pyta, ile jajek zje. Mówi, że nie jest głodna. Jego apetyt także się ulatnia, robi więc tylko kanapki do pracy dla obojga. Tymczasem wybija siódma trzydzieści i trzeba lecieć do biura.

Tam gorąco. Wjeżdża nowy projekt, trzeba stworzyć plan promocji, więc spotkanie za spotkaniem. Cudem udaje się wykroić dwadzieścia minut na lunch. Piątkowe popołudnie – tradycyjnie – to spiętrzenie rzeczy na cito. Mateusz opuszcza biurowiec grubo po godzinach. Przekręca klucz w zamku, wchodzi do mieszkania, zdejmuje buty. Nikogo nie ma. Pewnie Magdę jeszcze bardziej dojechali. Albo mówiła mu, że po robocie idzie jeszcze na jakieś piwo z korpoludkami, tylko nie słuchał.

Coś jednak kłuje w trzewiach, coś jest nie tak, coś jest inaczej. I dopiero po dobrej chwili to coś uderza jak gumową pałą prosto w ciemień. Nie ma jej rzeczy!

Mateusz skanuje rozbieganym wzrokiem salon, pędem przemierza korytarzyk do drugiego pokoju. Wszystko wymiotło! Jej ubrania, książki, sentymentalne bzdety… Łazienka! Jej kosmetyki! Gdzie? Nie ma ich! Mateusz łapie za telefon i wybiera kontakt „Madzik”. Nie odbiera. Dzwoni znów. To samo. I tak jeszcze kilka razy.

Siada na sofie w salonie i chowa głowę pod kopułą własnych dłoni. Jest ogłuszony, ale jeszcze nie wierzy, że to się dzieje naprawdę. To pewnie jakieś żarty, wkręca go. Może wyjechała do matki? Może mu nawet o takim zamiarze wspominała? Ale przecież nie zabierałaby ze sobą wszystkiego!

Sztorm kortyzolowy rozpętuje się mniej więcej po kwadransie. Skórę jakby pokryły mikrokropelki kwasu, serce dudni, a czerep o mało nie eksploduje jak bomba pełna gwoździ. Teraz już nie idzie usiedzieć. Mateusz chodzi od okna wschodniego w salonie do okna zachodniego w małym pokoju, przez całą długość mieszkania, jak tygrys w klatce, robiąc kilometry. Potem uderza pięścią w ścianę, aż rozcina skórę na knykciach. Co tu się odjebało?!

Dochodzi już północ, kiedy telefon wibruje. Whats-App. Na wyświetlaczu: Madzik. A potem słowa, które sypią się na głowę jak żelazne kule:

— Mateusz, odeszłam. Nie próbuj mnie szukać.

— Co, kurwa?

— Nie próbuj więcej dzwonić. I nie dzwoń też do mojej matki. Nic nie wie i nic ci nie powie. Zostaw ją w spokoju. Nie zobaczymy się więcej.

— Ja pierdolę, Magda, ochujałaś?! Co to ma znaczyć?

— Rozumiem, że cię teraz nosi. Przykro mi. Czas to wyleczy.

— Co ty mówisz! A dziecko?

— Nie będzie dziecka.

— Co ty pierdolisz!

— Zamierzam je usunąć.

— Co?! Nie zgadzam się!

— Nie pytam cię o pozwolenie.

— Magda, co się stało? Co ja ci zrobiłem? Albo czego nie zrobiłem?

— Nie zrozumiesz. Nie musisz. Lepiej, żebyś nie próbował.

— Jak to nie zrozumiem? Jak to nie muszę? Czemu mam nie próbować?

— Muszę odnaleźć siebie.

— Co to ma znaczyć?! A ja?

— …

Mateusz leży na łóżku zwinięty w kłębek, z zębami zaciśniętymi na kołdrze i z trupim wytrzeszczem, a młyny w jego głowie mielą na pełnych obrotach. Przecież nie było najmniejszego sygnału, że na coś podobnego się zanosi! Starał się, ufał, wierzył, inwestował, tymczasem nagle ktoś po prostu zaznaczył wszystko i wcisnął delete.

Oczywiście w nocy nie sposób zmrużyć oka. Przed Mateuszem samotna sobota w czterech ścianach. A potem niedziela. Jak się z nimi zmierzyć? Jak się z nimi zderzyć, żeby się nie rozpłaszczyć? Wkrótce jednak ból zmienia się we wściekłość, a wściekłość pozwala już działać. Mateusz wstaje więc i robi serię pompek na rozruch. Nie chciała, żeby dzwonił do jej matki? No to zadzwoni! Przecież tu chodzi także o dziecko.

— Marta? — pyta do słuchawki.

— Cześć, Mateusz. Co tam u was?

Mateusz milczy przez chwilę. Wreszcie wypluwa:

— Już nie ma nas.

Teraz ona na chwilę milknie. A potem pyta ze spokojem:

— Co się stało?

— Magda spakowała się i zniknęła. Odeszła.

Marta głośno wypuszcza powietrze.

— Aha, więc to już…

— Jak to „więc to już”? Spodziewałaś się tego?!

— Tak, Mateusz, nie wiem, jak ci to powiedzieć, ale to się działo już wcześniej. Schemat zawsze ten sam. Robi to, co nam zrobił Wojtek, gdy była mała.

— Jej ojciec…

— Tak. Może nie powinnam ci tego opowiadać, ale chcę, żebyś coś zrozumiał — zaczyna łamiącym się głosem, po czym robi przerwę na odpalenie papierosa, wciąga dym, wypuszcza, odchrząkuje i dalej mówi już pewniej, odzyskawszy panowanie nad tonacją. — Magda miała wtedy siedem lat. Wojtek zawiózł nas na wakacje nad morze. Sam musiał wracać do pracy jeszcze na trzy dni. Tak nam powiedział. Miał wrócić, dołączyć do nas. Ale nie dołączył. Telefonu nie odbierał. No to się przestraszyłam, że coś mu się stało po prostu. Dzwonię do taty, mojego taty. On od razu w samochód i po nas. A w domu nie było już rzeczy Wojtka. Tylko list na stole w kuchni. Napisał, żebyśmy na niego nie czekały i nie próbowały go szukać. Wyjechał, bo, tu cytuję, „musiał odnaleźć siebie”. Nie powinnam była tego robić, ale przeczytałam to wszystko na głos i obie zaczęłyśmy strasznie płakać, a potem tulić się do siebie.

— Ale wrócił…

— Tak, po dwóch latach. Zupełnie już nie ten sam. Z początku próbowałam się zarzekać, że nie chcę go z powrotem, ale szybko zdobył serce Madzi, a ona wtedy nie umiała się na niego długo gniewać. Nie mogłam odmawiać ojca córce. Najgorsze w tym, że ja także, przyznaję, w końcu uległam. Nie potrafiłam mu się oprzeć, moja samoocena była na podłodze. No i zdusiłam ten żal, i pozwoliłam mu się znowu wprowadzić. Nasze życie wróciło do pozorów normalności, ale z normalnością to nie miało nic wspólnego. Byliśmy dla siebie uprzejmi, ale zupełnie obcy, dalecy. Jakbyśmy grali w jakimś filmie. I tak to trwało jakoś ze dwa lata. Potem Wojtek zginął w wypadku.

Tu zaczyna się strasznie krztusić i trwa to chyba pół minuty, nim na nowo jest w stanie podjąć wątek.

— Auto mu zgasło na przejeździe kolejowym. Nie dałam rady już później z nikim się związać, zaufać. To jego zniknięcie bolało bardziej niż jego śmierć. Było gorsze niż zdrada. Tyle pytań, żadnych odpowiedzi.

— Domyślam się, że nie dawał wcześniej sygnałów, że z czymś takim się nosi.

— Pamiętam tylko, że kiedy wiózł nas tam, do tego Pobierowa, nagle zrobił się strasznie poważny, jakby przejęty, zmartwiony. Jeszcze na początku drogi, w aucie, żartował i gadał jak najęty, od połowy zamilkł, odpowiadał półsłówkami. Przybity i jakby nieobecny. Jak się już z nami żegnał, to nawet przytulił nas i ucałował, ale te gesty były jakieś zimne. A patrzył takimi oczami… jakby kamiennymi.

— Dlaczego mnie nie uprzedziłaś?

— Jak miałam cię ostrzegać przed własnym dzieckiem? Miałam nadzieję, że z tobą uda się ten cykl przełamać.

— Marta, ona chce zabić nasze dziecko.

— Ale ja nie mam na nią żadnego wpływu, Mateusz — odpowiada Marta, już pociągając nosem w sposób wskazujący na płacz.

* * *

Przez kolejny miesiąc Mateusz często popija, prawie nie je, pracuje jak w amoku i sypia po dwie, trzy godziny. Wyżala się siostrze i terapeutce, ale ulga jest mikroskopijna. Dociera do niego jednak, że to naprawdę koniec, że tu nie ma co zbierać. Jak strasznie był naiwny! Myślał o Magdzie, że jest poważna, a teraz widzi, że poważne to ona ma jedynie problemy ze sobą. Zdarza się. Trzeba układać życie od nowa.

Kupuje nowe ubrania, prosi kolegę fotografa o zrobienie mu paru ładnych zdjęć, zakłada konto na dwóch aplikacjach randkowych i zaczyna przewijać te obce kobiece oblicza w wolnych chwilach, najczęściej w łóżku lub w toalecie. Mimo mnóstwa czasu poświęconego tej żmudnej czynności, nie udaje mu się jednak zdobyć interesujących go dopasowań. Te, które się pojawiają, natychmiast usuwa („Serio dałem ją w prawo?!”). Z czasem jego standardy się obniżają i zaczyna jakieś niemrawe rozmowy, które zazwyczaj grzęzną w martwym punkcie. Bywa też ghostowany. Przewija więc dalej, już bardziej mechanicznie niż z nadzieją na cokolwiek.

I wtedy trafia na jej profil. Magdalena, lat dwadzieścia dziewięć. We własnej osobie. Wylaszczona jak nigdy. I już nie ma pojęcia, w którą przewinąć. Chce w lewo, ale kciuk wie lepiej. Apka natychmiast go informuje, że znalazł nowe dopasowanie, a użytkowniczka ma dwadzieścia cztery godziny, by zainicjować konwersację. Nie może się z tego otrząsnąć. Wychodzi z domu i idzie przed siebie. Mija ludzi, którzy – ma wrażenie – zerkają ku niemu z obawą i troską.

Wstępuje do pierwszego mijanego baru i zamawia podwójną whisky, potem następną. Jest już lekko wstawiony, gdy telefon wibruje. Powiadomienie z aplikacji. Klika czym prędzej, by odczytać.

— Nie siedź na tych apkach. Nikogo tu nie znajdziesz — pisze jego najświeższe dopasowanie.

— Gdzie jesteś? — odpisuje Mateusz.

Ale dalsze wiadomości już nie przychodzą. Mateusz wraca do domu, pada na łóżko i zasypia w ubraniu. Po przebudzeniu sprawdza telefon. Dopasowania już nie ma. Po konwersacji nie pozostał ślad.

Jakoś tydzień później, po robocie, Mateusz wybiera się na zakupy do hipermarketu. Brakuje mu wielu sprzętów domowych, które Magda zabrała ze sobą. Sięga po kolejne przedmioty, ogląda, mruży oczy, kręci głową, odkłada na miejsce. W pewnym momencie spogląda ponad półkami gdzieś dalej i co? Widzi ją! To ona! Stoi może kilkanaście metrów od niego i towarzyszy jej jakiś mężczyzna. Coś oglądają, pokazują sobie, śmieją się. On ją przytula i całuje w czubek głowy. Mateusza przeszywa deszcz igieł. Ten jej uśmiech. Promienny, a jednocześnie trochę jakby obłąkany. I trochę podły. Mateusz porzuca koszyk i ucieka ze sklepu roztrzęsiony.

W domu nie sposób się na niczym skupić. Ani na pracy, ani na rozrywkach. Dźgnięty wizualnym bodźcem mózg bez końca przeżuwa wspomnienia wspólnych chwil. Próbuje przy okazji wyłowić te momenty, kiedy Magda mogła poczuć się czymś rozczarowana, skonsternowana, kiedy pojawił się u niej jakiś lęk czy dyskomfort, a Mateusz to zignorował albo nawet tego nie zauważył. Być może nawet coś mówiła mu wprost, tylko nie słuchał. Takie rzeczy mogą się gromadzić, nawarstwiać aż do momentu, w którym wybuch staje się nieunikniony.

Nawał ruminacji tak przytłacza Mateusza, że robi coś, co wydaje mu się głupie i nie na miejscu, a jednak to robi. Dzwoni do Marty po raz kolejny.

— Marta? Powiedz mi, proszę, jeszcze jedną rzecz. Czy Wojtek opowiadał ci kiedykolwiek, dokąd pojechał, gdzie był, kiedy was opuścił?

— Mateusz, o czym ty mówisz?

— O tym, co mi powiedziałaś podczas naszej ostatniej rozmowy.

— Jakiej rozmowy?

— Telefonicznej. Opowiadałaś mi o tym, jak twój mąż was porzucił. Ciebie i Magdę.

— Mateusz, jeszcze raz powtarzam: nie wiem, o czym mówisz. Nie było żadnej rozmowy. Czy Magda ci coś podobnego kiedyś naopowiadała?

— Marta, proszę, nie rób ze mnie idioty. Chcę tylko wiedzieć, gdzie ona jest. Chcę z nią porozmawiać.

— Mateusz, ja ci nie mogę udzielić takiej informacji, jeśli ona tego nie chce. A nie chce.

— Skąd w ogóle wiesz, że się rozstaliśmy, skoro nie pamiętasz naszej rozmowy?

— No od niej, od Magdy. Dzwoniła do mnie. Ale ja ci nie pomogę, Mateusz. Ona nie chce kontaktu z tobą. I ja nie wnikam, czy ma rację, ona po prostu ma do tego prawo. To dorosła osoba, wolny człowiek. I to jej sprawa, co zrobi ze swoim życiem i swoim ciałem. Ja rozumiem, że cierpisz, ale nie powinniśmy przedłużać tej rozmowy.

— Ale przecież ona zniknęła tak samo jak twój mąż!

— O czym ty mówisz! Mój mąż nie żyje od lat. Przepraszam, ale ta rozmowa jest dla mnie niekomfortowa i chcę ją zakończyć.

— W porządku.

— Ale wszystkiego dobrego, Mateusz. Zadbaj o siebie.

Natychmiast po rozłączeniu się Mateusz sprawdza w telefonie rejestr połączeń, próbując odnaleźć ślad po poprzedniej rozmowie z Martą. Nawet go nie dziwi, że nic nie znajduje.

* * *

Mija sześć długich miesięcy. Cisza w domu początkowo wydaje się ogłuszająca, ale z czasem jej ciężar się zmniejsza. Wszystko, co żyje, musi się adaptować. Mateusz spędza więcej czasu z rodziną, odnawia dawne znajomości, próbuje szukać nowych przyjaciół. Rozumie teraz lepiej niż kiedykolwiek, jak ważna jest towarzyska siatka bezpieczeństwa. Idzie mu to wszystko jednak średnio. Rozmowy się nie kleją. Nikt go nie spławia wprost, bo zwyciężają konwenans i kurtuazja, ale ludzie po prostu do niego nie lgną. Jeśli Mateusz nie chwyta za telefon, ten po prostu nie dzwoni.

W sprawach sercowych jeszcze większa flauta. Mateusz tego nie pojmuje. Zawsze uważał, że wygląda niczego sobie, ma prawidłowo rozwinięte umiejętności społeczne. Lubi siebie. Sytuacja finansowa jest stabilna. Czemu więc nie idzie nic wskórać? Czemu każda znajomość zwiędnie, nim zdąży zakwitnąć? Jaka klątwa na nim ciąży?

A może Mateusz nieświadomie emituje jakieś promieniowanie, przed którym każdy instynktownie się chroni? Może za bardzo chce? Może za bardzo się stara? Może mowa ciała zdradza desperację, która wszystkich odstrasza? Choć usilnie wiosłuje w przeciwnym kierunku, prąd znosi go coraz dalej od ludzi. Patrzy przez coraz grubszą szybę. Ucieka więc w pracę, która trochę znieczula. Robi kursy doszkalające, a potem nawet awansuje. Zarabia więcej. Tylko na co mu ta kasa?

* * *

Gdy pewnego ohydnego, mokrego i zimnego marcowego popołudnia wraca z roboty – wychodzi z windy i zmierza w stronę swoich drzwi – zauważa, że na schodach po lewej ktoś siedzi. Jakby na niego czekał. Podchodzi bliżej. To ona.

Nie ma pojęcia, jak się zachować. Nie jest w stanie wykrztusić słowa, tylko stoi i się gapi jak osierocone cielę. Dopamina zalewa mózg i wyżera go niczym kwas. Znajduje w końcu klucz, ładuje do zamka i przekręca. Otwiera drzwi i skinieniem głowy zaprasza ją do środka. Ona wstaje. Puszcza ją przodem.

Umysł Mateusza wielokrotnie mielił scenariusze jej hipotetycznego powrotu, szukając choć imaginacyjnej namiastki wyrównania rachunków. Ona wraca, on zaś z zaciętą miną oznajmia, że po tym, czego się dopuściła, to koniec. Ona wybucha płaczem i zgina się wpół, on odwraca się na pięcie i odchodzi, odzyskując tę krztynę poczucia sprawczości, tak bardzo mu potrzebną, by nie runąć pod własnym ciężarem jak wieża z Jengi. Śmiał się z tych fantazji. Były mimowolne, głowa jakby generowała je samoczynnie. Nie był naiwny, od dziecka wiedział, że świat rzadko pozwala przywrócić równowagę, zwłaszcza w żabiej perspektywie ludzkiej jednostki. A jednak pragnienie równowagi tkwi w nas tak głęboko, że stało się automatyzmem. To znaczy, że kiedyś musiało sprzyjać przetrwaniu, nawet jeśli dziś już tylko robi z nas idiotów. A zatem wyplenić go z głowy nie sposób.

Teraz Mateusz się przekonuje, że jego umysł narkomana czyni go niezdolnym także do tego, by powiedzieć „nie”. Że ona dalej rozdaje karty.

Siedzą więc naprzeciw siebie – ona skulona na sofie, on rozparty w fotelu – i dalej milczą. Jej twarz jest smutna, ale spojrzenie wyraża pewną nadzieję, czy może bardziej świadomość jakiegoś planu działania.

— Chyba masz mi coś do powiedzenia, prawda? — przecina w końcu ciszę Mateusz.

— Nie, nie mam — odpowiada ona.

— To czemu tu jesteś?

— Wróciłam. Po prostu wróciłam.

— Uważasz, że tak po prostu możesz wrócić?

— Mam wyjść?

— Nie.

— To zrób mi kawy, proszę.

Mateusz wstaje z fotela, idzie do kuchni, sypie kawę do filtra i nastawia ekspres. Gdy ten zaczyna pyrkotać, sięga po dwa kubki do pary, te, które kiedyś dostali od jej mamy. Stoi i wygląda przez kuchenne okno. Patrzy w dal, mrużąc oczy. „Co to ma znaczyć? – zapytuje sam siebie. – Odeszła, bo tak chciała. Teraz wraca, bo tak chce. A gdzie ja jestem w tym wszystkim?”.

Gdy kawa jest gotowa, rozlewa ją do kubków i wraca do pokoju. W progu jednak staje jak wryty.

Magda jest całkiem naga. Kuli się na podłodze pod ścianą, z kolanami pod brodą, płacząc i drżąc.

— Co jest?! Co z tobą?! — wyrzuca z siebie Mateusz.

— Ogrzej mnie.

On wciąż stoi, zamrożony w konsternacji.

— Gdzie twoje ubrania? — pyta po dłuższej chwili.

— Wyfrunęły — odpowiada ona, podnosząc na niego wzrok. Usta wygięte już w półuśmiechu, a w migdałowych oczach pojawia się błysk lubieżnej przekory.

Mateusz ją mija, podchodzi do uchylonego okna, stawia kubki ze stygnącą kawą na parapecie, wychyla się i widzi jej dżinsy, bluzę, sneakersy i kurtkę rozrzucone po chodniku cztery piętra w dół. Przez chwilę wpatruje się tępo w ten nieład, tak koherentny ze stanem jego umysłu.

A potem wyrzuca z siebie stłumiony okrzyk, gdy ona znienacka skacze mu na plecy, zarzuca ręce na szyję i przywiera do niego jak mały makak do matki. Zastygają w tej pozie na czas jakiś. Potem ona zeskakuje z niego, staje na palcach, chwyta go za głowę i całuje maniakalnie, agresywnie, raz po raz. Wreszcie zdziera z niego ubranie. Mateusz nie może się uwolnić. Ale też nie próbuje. Jego ciało wysyła już sygnał gotowości do popełnienia być może największego błędu w życiu.

Robią to na podłodze, w sposób kurczowy, histeryczny, oboje wygłodniali, pazerni, żarłoczni, a finisz spuszcza z nich powietrze jak z dmuchanych pontonów. Mateusz uświadamia sobie, że nie ma słodszego doświadczenia niż zrobić to z kimś, kto go skrzywdził. Ale nigdy z nikim się tym nie podzieli. Po wszystkim leżą długo, zaplątani w siebie, niemi. W końcu Mateusz przełamuje to głośne milczenie.

— Dlaczego wyrzuciłaś ubrania przez okno?

— Żebyś nie mógł mnie tak po prostu wyrzucić z mieszkania, kiedy się na ciebie rzucę.

— Nie zrobiłbym tego.

— Nie mogłam tego wiedzieć.

— I co teraz?

— Przyniesiesz mi je z powrotem? — pyta, strojąc minkę skruszonego psa Pluto.

Mateusz się ubiera i zjeżdża windą po ubrania. Zbiera je wszystkie, przez chwilę szuka jednej skarpetki, ale w końcu strząsa ją z gałęzi i z całym kompletem wraca na górę.

Ledwie przekracza próg, intuicja natychmiast alarmuje, że we wnętrzu zaszła jakaś fundamentalna zmiana. Czuje dziwną, intensywną woń, jakby sera pleśniowego. W zasadzie jest to smród. Słyszy także jakiś miarowy, podejrzany szelest.

Zagląda do pokoju i ponownie kamienieje, a z jego gardła uchodzi przedłużony jęk. Upuszcza ubrania na podłogę. Z trudem powstrzymuje skurcz wymiotny.

Pośrodku podłogi zalega istota daleka od ludzkich cech. Przypomina pancernego chrząszcza wielkości dziecięcej wanienki wywróconego na grzbiet. Ale to tylko pierwsze skojarzenie, bo wcale niekoniecznie jest to owad. Ma w sobie też coś z oceanicznego skorupiaka. Trzy pary segmentowanych odnóży przebierają w powietrzu z cichym chrzęstem, histerycznie i bezradnie. Chitynowe płytki połyskują w świetle górnej lampy jak naoliwione muskuły czarnoskórego kulturysty. Mateusz chłonie wzrokiem to horrendum, a jego mózg na moment obkurcza się do rozmiarów orzecha włoskiego. Po kilkunastu sekundach robi krok w tył, zamyka drzwi do pokoju, potem te do mieszkania, i puszcza się pędem schodami w dół. W połowie drogi jednak przystaje, potrząsa głową i wraca na górę. Ponownie przekręca klucz, wchodzi do mieszkania i otwiera drzwi do pokoju, jakby chciał zresetować ustawienia rzeczywistości.

To jednak nic nie daje. Niepojęte coś w dalszym ciągu tam leży. Tyleż obrzydliwe i przerażające, co bezbronne.

I wtedy Mateusz zauważa, że monstrualny stawonóg na podobieństwo skorpiona wyposażony jest w długi ogon zakończony kolcem jadowym. Ogon ten jednak przywiera ściśle do powłoki ciała, kolec zaś tkwi zanurzony w brzusznej części odwłoku. Wokół miejsca perforacji egzoszkieletu zbierają się wysięki tłustej kremowej mazi – głównego źródła fetoru w pomieszczeniu.

Mateusz otrząsa się z szoku. Podchodzi bliżej i nie obawia się już dotknąć trawionej własnym jadem kreatury. Ta cała powleczona jest cienką warstwą lepkiego śluzu. W następstwie dotyku natychmiast ustają żałosne podrygi odnóży, istota zastyga, jakby udając martwą.

— Słonko, nie bój się, pomogę ci — mówi Mateusz.

Istota milczy. Jej aparat gębowy nie jest przystosowany do wydawania jakichkolwiek dźwięków. Ale odnóża po chwili znów zaczynają uskuteczniać nerwowe, chaotyczne ruchy, jakby chciały na migi coś wykrzyczeć.

Mateusz sięga w stronę końcówki ogona, tuż powyżej miejsca wkłucia. Chwyta u nasady żądła i zdecydowanym, choć możliwie delikatnym ruchem wyciąga je spod stosunkowo cienkiej i elastycznej powłoki brzusznej.

Natychmiast jednak tego żałuje. Uwolniony ogon, giętki, ale jakby ze stali, zaczyna energicznie wibrować i wyrywa mu się z rąk, potem wije się niczym rozjuszona kobra, a jego ruchy są szybkie, zwinne i precyzyjne. Wtedy nagle Mateusza przeszywa niewyobrażalny ból. Żądło wielkości ostrza noża już tkwi w jego boku, pompując jad. Mateusz nie może nawet wrzasnąć, bo ogarnia go natychmiastowy paraliż, który blokuje struny głosowe. Poczwara tymczasem wyciąga żądło z jego ciała i odzyskuje władzę nad własnym. Odpychając się mocno ogonem od podłogi, przewraca się z grzbietu na brzuch, po czym powoli unosi tułów na mocnych, sprężynujących odnóżach, i może już swobodnie się przemieszczać. Obchodzi skamieniałego z bólu Mateusza dookoła, po czym włazi na niego i oplata odnóżami jego bezwładne ciało jakby w geście kurczowego przytulenia. Wtedy z całej powierzchni korpusu istoty zaczynają gwałtownie wyrastać sztywne parzące włosy, które przenikają przez ubranie i niczym igły do akupunktury penetrują tkanki miękkie Mateusza. Jeszcze więcej jadu. Mateusz traci przytomność.

* * *

Gdy się budzi, czuje lepką wilgoć. Cały wysmarowany jest cuchnącym śluzem. Po chwili zauważa, że częściowo odzyskał władzę w kończynach, choć ból cały czas zdaje się obejmować wszystkie partie ciała. Obraca głowę w prawo i stwierdza, że kreatura przeszła w międzyczasie całościową metamorfozę i już przypomina istotę ludzką, choć tylko w ogólnym zarysie – kończyny zbyt długie i wiotkie, głowa nabrzmiała, nieokreślonego kształtu. Zalega twarzą do ściany, pogrążona w śnie lub letargu. Cała drży. Pod ciężarem wzroku Mateusza dygot się nasila i przechodzi w konwulsje przypominające atak epilepsji. Zdeformowany pękaty baniak na uwięzi wątłej szyi raz po raz uderza z głuchym trzaskiem o podłogę, jakby zaraz miał pęknąć.

Gdy Mateusz próbuje się podnieść do pozycji siedzącej, humanoid nagle się odwraca i także podejmuje taką próbę, jakimś cudem udaną, choć trwa to dość długo. W końcu stoją naprzeciw siebie. Stwór chwieje się jak pijany pod ciężarem przerośniętej bulwowatej głowy. Mateusz patrzy wprost w jego niepojęte oblicze. Ślepia pozbawione źrenic, jak dwie kule z mlecznej galarety, nozdrza ledwie zaznaczone, usta – czarna dziura wyżłobiona nie tylko w cielsku, ale jakby w całej rzeczywistości. Szara szorstka skóra naznaczona jest równomiernie rogowymi płytkami, być może pozostałościami chitynowego pancerza, ale już zanikającymi, jakby wchłanianymi do wewnątrz organizmu.

W pewnym momencie humanoid zaczyna wydawać z siebie jednostajne słoniowe wycie, przekrzywia głowę jak pies, unosi długie, cienkie i koślawe ramiona, wyciąga je przed siebie, rozcapierzając palce, po czym rusza wprost na Mateusza, by wtulić się w jego ciało. Jest wilgotny i zimny. Spośród bezładnego rzężenia otworu gębowego Mateusz zaczyna powoli wyodrębniać powtarzane jak mantra słowa: „Ogrzej mnie”.

Sczepieni w uścisku padają na łóżko i zalegają tak przez dobrą godzinę. Wreszcie Mateusz delikatnie oswobadza się z objęć i idzie do kuchni przygotować coś do jedzenia. A potem karmi bezzębną istotę łyżeczką jak niemowlę papką z rozgotowanych ziemniaków i marchwi z dodatkiem masła. Ta przełyka powoli, niezdarnie, jakby dopiero się uczyła tej czynności. Część jedzenia wycieka z ust. Mateusz co rusz wyciera jej brodę chusteczką.

Przed snem idzie się wykąpać. Od śladów po wkłuciach jego ciało przypomina noc gwiaździstą. Miejsce wniknięcia żądła się zrosło, ale pozostaje boleśnie wrażliwe przy najlżejszym dotyku. Mateusz wraca do łóżka, obejmuje zwróconą do ściany istotę, zasypiają razem.

Rano obok Mateusza znów leży Magda, roztrzęsiona i ociekająca zimnym potem. Ta sama, tyle że zupełnie łysa, idealnie gładka, bez brwi, rzęs i najmniejszego włoska na ciele. Ciągle chce się tulić. Nic nie mówi.

— Kocham cię — oznajmia wreszcie po długiej chwili wpatrywania się w Mateusza bez mrużenia powiek.

— Ja ciebie też — odpowiada Mateusz.

* * *

Płyną dni, tygodnie, miesiące. Magdzie odrastają włosy, mówi coraz więcej i swobodniej, wkrótce może znowu iść do pracy. Nie wracają już do bolesnych tematów, w szczególności ciąży i aborcji. Mateusz zawsze uważał, że to wolny wybór kobiety, więc choć decyzja Magdy była dla niego niezrozumiała i bolesna, nie daje sobie prawa do moralnych rozliczeń, omija temat. Zresztą, nawet jeśli miałby go kiedyś poruszyć, to jeszcze za wcześnie. Nie chce nic zepsuć. Uważnie przygląda się Magdzie, na nowo się jej uczy, by tym razem nie przeoczyć najwcześniejszych sygnałów oddalania się, żeby móc interweniować w porę. Zapobiegać zamiast leczyć.

Powraca regularność zbliżeń. Szybko rezygnują z zabezpieczenia. Niemal cały czas poza pracą starają się spędzać razem. Oglądają wielosezonowe seriale, chodzą na imprezy – do klubów, do przyjaciół. Śmieją się i wygłupiają. W końcu Magda robi test i cieszą się z dwóch kresek jak głupi.

A to się dzieje już we wrześniu. Mateusz wraca z pracy. Magda wita go radosnym popiskiwaniem i szybkim rytmicznym dyszeniem jak piesek. Zawsze uwielbiał te jej dziecinne wygłupy. Był to dla niego sygnał, że czuje się przy nim bezpiecznie. Teraz jednak coś wytrąca Magdę z tej infantylnej ekspresji. Zastyga, obrzucając Mateusza kontrolnym spojrzeniem.

— A ty co taki poważny? Stało się coś?

— Nie, nic.

— Przecież widzę, że coś nie halo.

— Chyba jestem chory.

— Zaparzyć ci imbiru? Po co pytam, już się robi! — Magda przykłada Mateuszowi miękki spód dłoni do czoła. — Nie czuję, żebyś miał temperaturę.

W nocy leżą obok siebie. Ona śpi, on patrzy w sufit. Rano oznajmia, że do pracy chyba się nie wybierze. Temperatury nie ma, ale nie czuje się najlepiej, weźmie więc na żądanie. Idzie do łazienki i patrzy w lustro. Jego oczy są jak dwa szare otoczaki znalezione na plaży w Pobierowie.

— Pójdę do przychodni, bo coś niewyraźny jednak jestem. Weźmiesz mi obiad z pracy na wynos, jak będziesz wracać?

— Jasne. Ale nie musisz tak burczeć.

Magda wychodzi do pracy, jak co dzień, o siódmej trzydzieści. O jedenastej Mateusz jest już spakowany w plecak i walizkę. Tylko najpotrzebniejsze rzeczy. Wystawia bagaż na klatkę schodową. Wraca. Wyjmuje z barku butelkę z mocnym alkoholem. Otwiera ją i przystawia szyjkę do ust, by poczuć bukiet aromatyczny, ale niemal natychmiast odsuwa ją od siebie skrzywiony. Wylewa zawartość na łóżko, książki, zasłony. Otwiera szafę, metodycznie nasącza stosiki poskładanych ubrań. I idzie do kuchni po zapalarkę. Roznieca ogień w kilku miejscach. Opuszcza blok z plecakiem na ramionach, ciągnąc za sobą walizkę na kółkach. Maszeruje przed siebie.

Po drodze mija nieznajomą staruszkę poruszającą się o balkoniku. Ta zaczepia go i zaklina, by się pośpieszył, bo nie zdąży. Kolejne przypadkowe osoby przystają na jego widok, łapią z nim kontakt wzrokowy i rękoma wskazują mu drogę. Ponaglają. Wie więc, dokąd iść. Gdy dociera do przystanku, z którego nigdy wcześniej nie odjeżdżał, zgromadzeni tam ludzie pokazują mu palcem, do jakiego autobusu ma wsiąść. Mateusz nie zapamiętuje nawet numeru. Jedzie długo, gdzieś daleko, poza granicę strefy biletowej. Dojeżdża do pętli. Stamtąd wyrusza na przełaj przez łąki, aż dociera do nasypu kolejowego. Tu pociągi są już rozpędzone. Właśnie jeden się zbliża. Maszynista, zobaczywszy Mateusza z daleka, zaciąga hamulec. Pociąg pokonuje długą drogę hamowania, nim w końcu staje. Konduktor, jowialny, tłuściutki starszy pan w czapce garnizonowej wychyla się z drzwi ostatniego wagonu i z ciepłym uśmiechem woła:

— No, jest pan w końcu! Proszę wsiadać, drzwi zamykać! Pomogę z bagażem.

Mateusz wskakuje do wagonu, znajduje wolny przedział i się rozsiada. Maszyna rusza i wiezie go tam, gdzie ma on dotrzeć. Mateusz doskonale wie, gdzie ma dotrzeć, choć nie wie nic o tym miejscu. Nie wie nawet, o jakie miejsce chodzi. Wie jednak, co w tym miejscu będzie się znajdować. A raczej kto. On sam.