Tytuł możliwy do wypożyczenia z oferty Depozytu Bibliotecznego.
[PK]
Tę książkę możesz wypożyczyć z naszej biblioteki partnerskiej!
Książka dostępna w katalogu bibliotecznym na zasadach dozwolonego użytku bibliotecznego.
Tylko dla zweryfikowanych posiadaczy kart bibliotecznych.
Książka dostępna w zasobach:
Biblioteka Publiczna Miasta i Gminy Pobiedziska
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 310
Rok wydania: 1977
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Onetti
Historia kawalera z różą i ciężarnej dziewicy z Liliputu
Juan Carlos Onetii
Historia kawalera z różą i ciężarnej dziewicy z Liliputu
1977
Warszawa Czytelnik
przełożyli Rajmund Kalicki Edward Stachura
Tyłu! oryginału hiszpańskiego Cuentos complełos
Obwolutę, oprawą i kartę tytułową projektował Andrzej Heidrich
(g) Copyright for the Polish edition by „Czytelnik", Warszawa, 1977
Juan Carlos Onetti, urodzony w roku 1909, dopiero w latach sześćdziesiątych zdobył rozgłos i sławę, a dziś należy do czołówki prozaików iberoamerykańskich. Twórczość Onettiego uważana jest jednak za zjawisko nietypowe dla literatury zarówno Urugwaju jak i całej Ameryki Południowej. Niektórzy krytycy skłonni są nawet zaliczyć go do tzw. „europejskich" pisarzy tego kontynentu i dopatrują się w pisarstwie Onettiego — zwłaszcza w rysunku postaci — pewnych cech wspólnych z Camus'em czy Sartre'em. W zbiorze opowiadań „Historia kawalera z różą..." — podobnie jak w dwóch znanych już polskiemu czytelnikowi książkach „Pożegnania" i „Martwy port" — uwaga autora skupia się głównie na życiu wewnętrznym bohaterów. Są to najczęściej ludzie przegrani bądź przegrywający. Miejscem akcji, naszkicowanej ledwie kilkoma pociągnięciami pióra, jest przeważnie małe miasteczko urugwajskie, Santa Maria.
SEN URZECZYWISTNIONY I INNE OPOWIADANIA
SEN URZECZYWISTNIONY
Żart ten wymyślił Blanes; przychodził do mojego gabinetu — w czasach kiedy miałem własny gabinet, a potem do kawiarni, kiedy sprawy wzięły w łeb i gabinetu już nie miałem — i stawał na dywanie, z pięścią opartą o biurko, we wzorzystym krawacie i wpiętą weń złotą spinką, i z tą swoją głową — kwadratową, ogoloną, z ciemnymi oczami, niezdolnymi zatrzymać na czymkolwiek uwagi dłużej niż minutę, po czym natychmiast gasnącymi, jakby Blanes miał za chwilę zasnąć lub jakby wspominał jakiś czysty, uczuciowy moment swego życia, moment, którego oczywiście Blanes nigdy nie był w stanie przeżyć — z tą swoją głową, bez jakiegokolwiek zbędnego szczegółu, wzniesioną ku ścianie pokrytej afiszami i fotosami; pozwalał mi mówić, a potem komentował, zaokrąglając usta: — Bo pan, naturalnie, zrujnował się, wystawiając „Hamleta". — Lub też: — Tak, już wiemy. Poświęcał się pan zawsze sztuce i gdyby nie ta pana zwariowana miłość do „Hamleta"...
I ja przeżyłem tę całą kupę lat, znosząc wokół siebie tak żałosne towarzystwo: autorów i aktorów, i aktorek, i właścicieli teatrów, i krytyków gazetowych, i rodzinę, przyjaciół i wszystkie ich kochanki, i wszystkich ich kochanków, przez cały ten czas tracąc i zarabiając pieniądze, które — wiedzieliśmy: Bóg i ja — przyjdzie mi znowu stracić w najbliższym sezonie; ja teraz z tą kroplą potu na łysej głowie, z pięścią pod żebra, z tym łykiem kwaśno-słodkiego lekarstwa i z tym zupełnie niezrozumiałym dowcipem Blanesa:
— Tak, jasne. Szaleństwa, do których pana doprowadziła bezgraniczna miłość do „Hamleta".
Gdybym za pierwszym razem spytał go
0 sens tego żartu, gdybym mu wyznał, że wiem na temat „Hamleta" tyle, co po jednorazowej lekturze jakiejkolwiek sztuki: ile może przynieść zysku — to cała sprawa na tym by się skończyła. Ale bałem się lawiny nowych dowcipów, którą mogłoby rozpętać moje pytanie, tak że tylko skrzywiłem się
1 wysłałem go do diabła. I tak to się stało, że przeżyłem te dwadzieścia lat, nie wiedząc, czym jest „Hamlet", nie przeczytawszy tego utworu, ale domyślając się z wyrazu twarzy i z kołyszącej się głowy Blanesa, że „Hamlet" to sztuka, czysta sztuka, wielka sztuka, i wiedząc także — ponieważ nasiąkałem tym bezwiednie — że „Hamlet" to poza tym aktor lub aktorka, w tym drugim wypadku o nieodmiennie śmiesznych biodrach, ubrana w czarną obcisłą suknię; że „Hamlet" to czaszka, cmentarz, pojedynek, zemsta, tonąca dziewczyna. I także W. Shakespeare.
Dlatego, kiedy teraz, dopiero teraz — w blond peruce z przedziałkiem pośrodku, której wolę na noc nie ściągać z głowy, ze sztuczną szczęką, która mi się nigdy dobrze nie dopasowała i która sprawia, że poświstuję i seplenię; w tym przytułku dla zrujnowanych ludzi teatru, noszącym bardziej okazałą nazwę — znalazłem tę cienką książeczkę w szaroniebieskiej oprawie z wytłoczonym złoconymi literami tytułem HAMLET, usiadłem na fotelu, nie otwierając książki i zdecydowany nie otworzyć jej nigdy, myśląc o Blanesie, że w ten właśnie sposób mszczę się na nim za jego żart, i myśląc o tym wieczorze, kiedy Blanes spotkał się ze mną w hotelu pewnej stolicy prowincjonalnego stanu i paląc papierosa, patrząc w sufit i na wchodzących do salonu ludzi, pozwolił mi powiedzieć moją kwestię, po czym poruszył wargami i w obecności tej biednej wariatki rzekł:
— I pomyśleć... Taki facet jak pan, który zrujnował się dla „Hamleta".
Umówiłem się z nim, że ma objąć rolę jednej z postaci w krótkiej scence pod tytułem, zdaje się, „Sen urzeczywistniony". Wśród ról tej obłąkanej historii była jedna dla ano* nimowego przystojniaka i zagrać go mógł jedynie Blanes, jako że kiedy kobieta przyszła do mnie w tej sprawie, nie było nikogo poza nami, to znaczy mną i Blanesem; reszcie zespołu udało się czmychnąć do Buenos Aires.
Kobieta była już raz w hotelu, w południe, a ponieważ w tym czasie spałem, powróciła o godzinie, która była dla niej i dla mieszkańców tej upalnej prowincji porą zakończenia sjesty i o której to godzinie znajdowałem się w najprzewiewniejszym punkcie sali restauracyjnej, spożywając sznycel i pijąc do tego. białe wino: jedyne przyzwoite rzeczy, które można było tu zamówić. Nie mogę powiedzieć, że od pierwszego wejrzenia — kiedy kobieta zatrzymała się w osłoniętych kotarą drzwiach, w drgającej od gorąca poświacie, otwierając szerzej oczy w półmroku jadalni, i kiedy kelner wskazał jej mój stolik, do którego natychmiast w prostej linii ruszyła, wywołując powietrzne wiry swoją spódnicą — odgadłem to, co było w tej kobiecie i tę jakby miękką, gąbczastą wstążkę szaleństwa, którą idąc rozwijała, wlokła za sobą łagodnymi pociągnięciami, jakby to był bandaż przylepiony do rany jej przeszłych samotnych lat, i którą to wstążką przychodziła teraz spętać mnie, mnie i te kilka dni, jakie spędziłem w tej nudnej miejscowości, nękany widokiem opasłych i niegustownie ubranych ludzi. Ale było — nie ulega wątpliwości — było w uśmiechu kobiety coś, co wprawiało mnie w nerwowe podniecenie, tak że nie mogłem zatrzymać wzroku na jej małych nieregularnych zębach, wystawionych do przodu jak zęby śpiącego i oddychającego otwartymi ustami dziecka. Włosy miała prawie szare, zaplecione w warkocze upięte na głowie, a jej strój odpowiadał któremuś z wzorów jakiejś starej mody, ale nie był to strój, który nosiłaby wtedy dojrzała kobieta, lecz młoda dziewczyna. Jej ciemna i długa spódnica, sięgająca aż do butów — z tych, co to je zwą boty lub botki — rozsnuwała się w takt marszu kobiety, po czym kurczyła się i znów poczynała falować przy kolejnym kroku. Bluzkę miała ozdobioną koronkami i obcisłą. Pomiędzy jej młodzieńczymi, stromymi piersiami wisiał drogi kamień. Spódnica i bluzka były połączone i jednocześnie rozdzielone różą wpiętą w pasek ściskający talię. Teraz, kiedy to wszystko wspominam, myślę, że być może była to sztuczna róża: duża korona wygięta w dół i sztywna łodyga grożąca żołądkowi.
Kobieta mogła mieć około pięćdziesięciu lat i to, co było w niej uderzające i nie do zapomnienia, to, co widzę teraz, kiedy przypominam ją sobie, jak idzie ku mnie przez hotelową restaurację, to był ten jej wygląd
panieneczki z innego wieku, z innej epoki, co to zapadła w sen i oto przebudziła się z trochę potarganymi włosami, nieco postarzała, ale gotowa w każdej chwili, niespodziewanie, osiągnąć swój właściwy wiek i złamać się w pół, tutaj, cicho, pokruszyć się przeżarta przez dyskretną robotę dni i nocy. I sprawiało przykrość patrzeć na jej uśmiech, bo wydawało się, że — w obliczu okazywanej przez kobietę niewiedzy o grożącym jej niebezpieczeństwie nagłego zestarzenia się oraz raptownej śmierci — ten jej uśmiech v/iedział o tym, a przynajmniej jej obnażone ząbki przeczuwały odrażającą klęskę, która im groziła.
Wszystko to stało teraz w półcieniu jadalni. Odsunąłem niezdarnie sztućce na brzeg talerza i podniosłem się z krzesła. „Czy pan Langman, impresario teatralny?" Skłoniłem głowę, uśmiechając się i prosząc, żeby usiadła. Nie chciała zamówić sobie czegoś do picia. Oddzielony od niej stołem popatrzyłem ukradkiem na dziewczęce usta — lekko pociągnięte szminką — skąd jej głos, o brzmieniu cokolwiek hiszpańskim, cicho i śpiewnie -wysuwał się spomiędzy nierównych zębów. Z oczu, małych i spokojnych, usiłujących szerzej się rozewrzeć, nic nie udało mi się domyślić. Trzeba było czekać, aż przemówi, i pomyślałem, że jakąkolwiek postać kobiety i jakąkolwiek postać istnienia wywołają
we mnie jej słowa, to będą one w zgodzie z dziwnością tej kobiety. Ale to wrażenie rozwiało się, kiedy kobieta przemówiła.
— Chciałam się z panem skontaktować w związku z pewnym przedstawieniem — oznajmiła. — Chcę powiedzieć, że mam pewną sztukę teatralną...
Wszystko wskazywało na to, że będzie ciągnąć dalej, lecz urwała i czekała na moją odpowiedź. Przekazała mi głos z milczeniem nie do odparcia, uśmiechając się przy tym. Czekała spokojnie ze skrzyżowanymi na spódnicy rękami. Odsunąłem talerz z połówką sznycla i poprosiłem o podanie mi kawy. Zaproponowałem jej papierosa, a ona poruszyła głową, wydłużając odrobinę uśmiech, co miało oznaczać, że nie pali. Zapaliłem i zacząłem mówić, szukając w myśli sposobu pozbycia się jej bez gwałtowTności, ale szybko i ostatecznie, w stylu jednakże ostrożnym, który narzucił mi się sam nie wiem skąd.
— Proszę pani, naprawdę żałuję bardzo... Pani nigdy nie wystawiała, prawda? Naturalnie. A jak nazywa się pani dzieło?
— Nie. Nie ma nazwy — odpowiedziała. — Tak trudno jest mi to wytłumaczyć. To nie jest to, o czym pan myśli. Jasne, że można temu dać jakiś tytuł. Można to nazwać: „Sen", „Sen zrealizowany". „Sen urzeczywistniony".
Zrozumiałem wtedy, że niechybnie jest szalona, i poczułem się lepiej.
— Dobrze. „Sen urzeczywistniony". Tytuł nie jest zły. Ważna rzecz: tytuł. Zawsze byłem, że tak powiem, bezinteresownie zainteresowany, by pomagać tym, którzy zaczynają. Przydać nowych wartości teatrowi narodowemu. Chociaż, nie muszę tego pani mówić, nikt mi za to nie dziękuje. Jest wielu takich, którzy mnie zawdzięczają postawienie pierwszego kroku; wielu takich, co to zgarniają dzisiaj niewiarygodne tantiemy na ulicy Corrientes i są laureatami dorocznych nagród. Już nie pamiętają, kiedy przychodzili do mnie błagając...
Nawet kelner, stojący w rogu sali przy automacie do robienia lodów i opędzający się serwetką od much i upału, zdawał się rozumieć, że tej dziwacznej istoty nie obchodziło ani jedno z wypowiadanych przeze mnie słów. Spojrzałem na nią po raz ostatni jednym okiem sponad filiżanki z parującą kawą i powiedziałem:
— Więc pani rozumie. Zapewne wiadomo pani, że sezon tutaj zakończył się całkowitą plajtą. Zmuszeni zostaliśmy przerwać nasze występy i pozostałem tu sam w celu załatwienia kilku osobistych spraw. Ale już w nadchodzącym tygodniu i ja wyjeżdżam do Buenos Aires. Pomyliłem się jeszcze raz. Cóż począć? To środowisko nie ma przygotowania i pomimo że ograniczyłem się do zorganizowania serii przedstawień złożonej wyłącznie ze sztuk popularnych, wesołych i temu podobnie... sama pani widziała, jak mi poszło... Tak, że... Teraz tak: możemy zrobić jedną rzecz. Jeżeli mi pani udostępni egzemplarz swojej sztuki, zobaczę, czy w Buenos Aires... Sztuka jest trzyaktowa?
Musiała odpowiedzieć, ale tylko dlatego że ja, odwracając grę, zamilkłem i skłoniłem się w jej stronę, dotykając popielniczki końcem papierosa. Zatrzepotała powiekami.
— Jak?
— Sztuka pani: „Sen urzeczywistniony", jest trzyaktowa?
— Nie, to nie są akty.
— Więc sceny. Szerzy się ostatnimi czasy zwyczaj...
— Nie mam żadnego egzemplarza. To nie jest rzecz, którą napisałam.
Nadeszła chwila, żeby czmychnąć.
— Zostawię pani mój adres w Buenos Aires i kiedy pani już ją napisze...
Zobaczyłem, jak zbiera się w sobie, odchylając się lekko do tyłu, ale głowa jej uniosła się z niezmiennym uśmiechem na ustach. Odczekałem chwilkę, przekonany, że sobie pójdzie, lecz zrobiła dłonią jakiś gest przed twarzą i zaczęła znowu mówić:
— Nie. Tu chodzi o coś zupełnie innego niż to, co sobie pan wyobraża. Jest to chwila, jedna scenka, można powiedzieć, i w tej scence nic się nie dzieje; to tak., jakbyśmy rozgrywali tę scenkę teraz, tu, w tej restauracji i ja bym sobie poszła, i na tym koniec; nic dalej się nie dzieje. To nie jest historia fabularna. Jest kilku ludzi na ulicy, parę domów i dwa przejeżdżające samochody. Jestem ja, jest mężczyzna i jakakolwiek druga kobieta, która wychodzi z domu znajdującego się po przeciwnej stronie ulicy i podaje mężczyźnie dzban piwa. Nie ma więcej ról. Nas troje. Mężczyzna przechodzi przez ulicę do tego miejsca, gdzie pojawiła się ta kobieta wychodząca doń z domu z kuflem piwa, po czym mężczyzna wraca, przechodzi znów przez ulicę i siada blisko mnie, przy tym stoliku, gdzie znajdował się na początku scenki.
Zamilkła na moment i już jej uśmiech nie był przeznaczony ani dla mnie, ani dla wypełnionej obrusami i serwetkami ściennej szafki, której drzwiczki lekko się uchylały.
— Rozumie pan? — skonkludowała.
Udało mi się z tego wybrnąć, bo przypomniało mi się pojęcie teatru intymnego, i zacząłem jej o tym opowiadać oraz o niemożności robienia czystej sztuki w tym środowisku, i że w tej całej prowincji być może jedynie ja byłem zdolny docenić wartość tego typu dzieła, sens gestów, symbolikę samochodów i kobiety ofiarującej bock piwa mężczyźnie, który przechodzi przez ulicę i potem wraca do niej: „Do pani, madame".
Spojrzała na mnie, a w twarzy miała coś takiego, co miewał Blanes, kiedy zmuszony był prosić mnie o pieniądze: trochę lamentu i cała reszta zgrywy i antypatii.
— To nie ma nic wspólnego z tym, o czym pan mówił, panie Langman — oznajmiła. — To jest coś, co ja jedna tylko chcę zobaczyć, nikt więcej, żadnej publiczności. Ja i aktorzy. Nikt więcej. Chcę to zobaczyć, ale żeby to było tak, jak ja to sobie wyobrażam. Należy zrobić to, co powiem, i nic więcej. Zgoda? W takim razie niech pan łaskawie powie, ile pieniędzy będziemy musieli na to wydać, i ja je panu Y/ręczę.
Już na nic by się zdało mówić o teatrze intymnym i temu podobnych rzeczach, teraz, oko w oko z tą szaloną kobietą, która, otworzywszy torebkę, wyjęła z niej dwa banknoty po pięćdziesiąt pesos.
— Z tym niech pan znajdzie aktorów i zajmie się pierwszymi wydatkami, a potem powie mi, ile jeszcze będzie pan potrzebował.
Sto pesos wręczonych mnie, złaknionemu pieniędzy, mnie, który nie mogłem wyrwać się z tej przeklętej dziury, czekając, żeby ktoś z Buenos Aires zechciał odpowiedzieć na moje listy i przesłał mi parę pesos. Tak więc zademonstrowałem kobiecie najpiękniejszy z moich uśmiechów i skłoniłem kilkakrotnie głowę, chowając jednocześnie złożone wpół pieniądze do kieszonki kamizelki.
— Doskonale, proszę pani. Wydaje mi się, że pojmuję, o co pani chodzi...
Mówiąc to, nie chciałem na nią patrzeć, gdyż myślałem o Blanesie i nie miałem ochoty napotkać upokarzającego wyrazu twarzy Blanesa także w twarzy tej kobiety.
— Poświęcę dzisiejsze popołudnie tej sprawie i gdybyśmy się mogli zobaczyć... Dziś wieczorem? Wyśmienicie. W tym samym miejscu. Będziemy już mieć pierwszego aktora i będzie pani mogła wytłumaczyć nam szczegółowo całą scenę. Z kolei ustalimy, co i jak, żeby „Sen"... „Sen urzeczywistniony"...
Być może po prostu dlatego, że była szalona, ale mogło też być tak, że rozumiała, tak jak ja to rozumiałem, że niepodobieństwem było, bym skradł jej te sto pesos ■— nie zażądała ode mnie pokwitowania wpłaconej mi sumy; nie pomyślała nawet o tym i, kiedy podała mi rękę, odeszła z ćwierć obrotem spódnicy, zarzucając nią to w jedną, to w drugą stronę przy każdym kolejnym kroku. Wyszła wyprostowana z półmroku jadalni i weszła w upał ulicy, jakby powracając do temperatury sjesty, która utrzymywała się niezmiennie przez ileś tam dziesiątków lat i w której konserwowała swoją nieczystą dziewczęcość, będącą ciągle na granicy rozsypania się w proch.
Blanesa odnalazłem w mrocznym i pełnym nieładu pokoju o ścianach ze źle otynkowanych cegieł, ukrytego za jakimiś roślinami, za zielonymi matami na podłodze, za wilgotnym żarem popołudnia. Sto pesos tkwiło niezmiennie w kieszonce mojej kamizelki i wiedziałem, że dopóki nie spotkam się z Blanesem i nie namówię go, żeby mi pomógł dać tej szalonej kobiecie to, o co nas, w zamian za swoje pieniądze, prosiła — dopóty było niemożliwością, żebym wydał choćby centavo z powierzonej mi sumy. Obudziłem go i odczekałem cierpliwie, aż wziął kąpiel, ogolił się, znów się położył, wstał, żeby wypić szklankę mleka — co znaczyło, że poprzedniego dnia pił — i jeszcze raz się położył, zapalił papierosa; bo przed wykonaniem tych wszystkich czynności nie chciał mnie wysłuchać i nawet wtedy, kiedy przysunąłem do jego łóżka te resztki fotela, na których siedziałem, i nachyliłem się z poważną miną, by mu wyłożyć sprawę, więc jeszcze wtedy powstrzymał mnie, mówiąc:
— Ale niech pan popatrzy chwilę na ten dach!
Był to dach z dachówek z dwiema czy trzema zielonkawymi belkami i kilkoma długimi suchymi liśćmi trzciny, które nie wiadomo skąd się tam wzięły. Przyglądałem się chwilkę dachowi, a Blanes tylko śmiał się i ruszał głową.
— Dobra. Mów pan — powiedział wreszcie.
Przedstawiłem mu całą rzecz, a on co chwila przerywał mi mówiąc, że to wszystko kłamstwo, że ktoś, kto chciał sobie ze mni« zakpić, nasłał na mnie tę kobietę. Potem znów kazał sobie powtórzyć całą sprawę i znów: co to wszystko znaczy, i nie miałem lepszego sposobu ucięcia jego pytań, jak zaproponować mu połowę tego, co zapłaci kobieta. Po odliczeniu wszystkich kosztów. Powiedziałem mu, że naprawdę nie mam pojęcia, co to wszystko znaczy i czego chce od nas ta kobieta, ale że już wręczyła mi pięćdziesiąt pesos, a to znaczy, że możemy jechać do Buenos Aires, a w każdym razie mogę to zrobić ja, jeżeli on woli tu zostać i spać dalej. Zaśmiał się i zaraz spoważniał. Z sumy pięćdziesięciu pesos otrzymanej zaliczki zażądał natychmiast dwadzieścia. Tak więc musiałem dać mu dziesięć, czego rychło miałem pożałować, bo tego samego wieczora, kiedy zjawił się w hotelowej restauracji, był już pijany i z uśmiechem na lekko wykrzywionej twarzy, z głową pochyloną nad kubełkiem z lodem zaczął mówić:
— Niech pan się nie wysila z prawieniem mi morałów. Pan mecenas ulicy Corrientes, mecenas każdej ulicy świata omiatanej podmuchami sztuki... Człowiek, który sto razy zrujnował się dla „Hamleta", podejmie się teraz, bezinteresownie, ryzyka wystawienia dzieła nieznanego geniusza, i to geniusza w gorsecie.
Ale kiedy przyszła ona — kiedy kobieta wychynęła spoza moich pleców, cała w czerni, z woalką, z maleńką parasolką na przegubie ręki i zegarkiem na łańcuszku zawieszonym na szyi, i przywitała się ze mną, a potem wyciągnęła rękę do niego — wtedy Blanes przestał mnie zadręczać i tylko powiedział:
— Co tu dużo mówić, proszę pani; bogowie przywiedli panią do Langmana. Do człowieka, który stracił setki tysięcy pesos, żeby należycie wystawić „Hamleta".
Wydało mi się wtedy, że kobieta kpi sobie, przenosząc spojrzenie to na niego, to na mnie; po chwili spoważniała i oświadczyła, że się jej śpieszy, że wyjaśni nam całą rzecz dokładnie i spotka się z nami następnym razem, kiedy już wszystko będzie gotowe. W łagodnym, czystym świetle twarz kobiety, jak również to, co na jej postaci błyszczało — pewne części jej ubioru, paznokcie u palców nie osłoniętych mitenkami, rączka parasolki, zegarek z łańcuszkiem — wyzwolone od tortury jaskrawego dnia wydawały się powracać do właściwej formy istnienia. Wzbudziło to we mnie natychmiast względne zaufanie i przez cały wieczór nie powróciłem do myśli, że kobieta jest szalona; zapomniałem, że ta cała sprawa od samego początku dziwnie źle mi pachniała. Zawładnął mną całkowity spokój, właściwy przeprowadzaniu normalnego, pospolitego interesu. Poza tym nie miałem powodów do zmartwienia, jako że był na miejscu Blanes, zachowujący się poprawnie, nie przestający pić, rozmawiający z nią tak, jakby się już byli spotkali dwa, trzy razy, proponujący jej szklaneczkę whisky, którą ona zamieniła na filiżankę naparu z kwiatu lipowego. Tak, że to, co miała opowiedzieć mnie, opowiedziała jemu, a ja nie oponowałem, gdyż Blanes miał być głównym aktorem i im więcej pojmie z dzieła, które mieliśmy przedstawić na scenie, tym lepiej wyjdzie cała rzecz. Kobieta chciała, żebyśmy wystawili tę jej scenkę następująco (Blanesowi opowiedziała to innym głosem i aczkolwiek nie patrzyła na niego, aczkolwiek miała w czasie opowieści spuszczone oczy, czułem, że opowiada teraz historię w sposób osobisty, jakby wyznawała coś intymnego ze swego życia; mnie natomiast opowiedziała to samo inaczej, tak jak opowiada się coś urzędnikowi w jakiejś instytucji, na przykład przy odbieraniu paszportu lub coś w tym rodzaju):
— Na scenie są domy, ulice i chodniki, ale wszystko jest niewyraźne, nieostre, jakby chodziło o jakieś miasto; zgromadzone na scenie rekwizyty mają wywołać wrażenie, że to duże miasto. Ja, to znaczy kobieta, którą będę grała, wychodzi z jednego z domów i siada na krawężniku chodnika, tuż przy zielonym stoliku ulicznej kawiarenki. Przy tym zielonym stoliku siedzi na kuchennym taborecie mężczyzna. To pana rola. Mężczyzna ma na sobie koszulkę trykotową, na głowie czapeczkę. Po przeciwnej stronie ulicy znajduje się sklep warzywniczy; przy drzwiach stoją skrzynie z pomidorami. W pewnej chwili pojawia się samochód, który przejeżdża przez scenę, i mężczyzna, pan, wstaje, żeby przejść przez ulicę, a ja jestem przestraszona, bo myślę, że samochód może pana potrącić. Ale panu udaje się przejść przed nadjeżdżającym samochodem i kiedy jest już pan po drugiej stronie ulicy, z bramy jednego z domów wyłania się kobieta ubrana jak do wyjścia na spacer, trzymając w ręku kufel napełniony piwem. Pan wypija piwo nie odrywając ust od kufla, po czym natychmiast pan wraca, w chwili kiedy ulicą nadjeżdża z dużą szybkością jakiś samochód w odwrotnym niż poprzednio kierunku. Przechodzi pan przez ulicę dokładnie przed nadjeżdżającym samochodem i siada ponownie na kuchennym taborecie. Tymczasem ja leżę na chodniku, jak gdybym była dziew* czynką. I pan pochyla się nade mną, żeby pogłaskać mnie po głowie.
Rzecz była łatwa do przeprowadzenia, do urzeczywistnienia, ale wtrąciłem, że kłopot jest w tym, żeby znaleźć tę trzecią osobę, tę kobietę, która wychodzi na spacer ze swego domu ze szklanką piwa.
— Z kuflem — sprostowała. — Jest to gliniany kufel z uchem i wieczkiem.
Blanes przytaknął wtedy głową i powiedział do niej:
— Jasne. I poza tym z jakimś namalowanym deseniem.
Odparła, że tak. I wydawało się, że to, c:o powiedział Blanes, sprawiło jej dużą przyjemność. Widniał na jej twarzy ten wyraz szczęścia, który może być udziałem wyłącznie kobiety i który wywołuje u mnie taką reakcję, że mam ochotę zamknąć oczy, żeby tego nie oglądać, jak gdyby dobre wychowanie nakazywało mi tak właśnie postępować. Wróciliśmy do rozmowy o tej drugiej kobiecie i Blanes zakończył temat wyciągając rękę, oświadczając, że ma już wszystko, czego potrzebujemy i żebyśmy się tym więcej nie kłopotali. Pomyślałem potem, że szaleństwo naszej kobiety jest zaraźliwe, ponieważ gdy zapytałem Blanesa, jaką ma' na myśli aktorkę do tej roli, odparł, że ma na myśli Rivas, i choć nie znałem żadnej aktc rki o tym nazwisku, nic już nie powiedziałem, bo Blanes spoglądał na mnie ze złością. Tak więc wszystko zostało załatwione. Załatwili to oni, we dwoje, i nie musiałem myśleć o niczym, co dotyczyłoby samej akcji na scenie. Zaraz też udałem się na poszukiwania właściciela teatru i wynająłem salę na dwa dni, płacąc cenę jednodniowego wynajmu, ale zapewniając właściciela, że na salę nie wejdzie nikt prócz aktorów.
Następnego dnia znalazłem człowieka, który znał się jako tako na instalacjach elektrycznych i który za sześć pesos wynagrodzenia przygotował reflektory oraz pomógł mi odmalować nieco parawany bocznych kulis. Późnym wieczorem, po około piętnastu godzinach pracy, wszystko było gotowe i ociekając potem, z podwiniętymi rękawami koszuli, zabrałem się do spożywania sandwi-czów, popijając jedzenie piwem i słuchając jednym uchem miasteczkowych opowieści, którymi częstował mnie mój tubylczy pomocnik. Zrobił pauzę, po czym rzekł:
— Widziałem dzisiaj po południu pańskiego przyjaciela w dobrym towarzystwie. Z tą kobietą, która była wczoraj wieczorem z wami w hotelu. Tutaj się wszystko wie. Ona nie jest stąd. Mówią, że przyjeżdża tu na lato. Nie lubię się wtrącać w cudze sprawy, ale widziałem ich, jak wchodzili do hotelu. No cóż! To prawda, że pan mieszka także w hotelu, ale ten, do którego weszli oni, to był inny hotel... Z tych, wie pan?
Kiedy niebawem zjawił się Blanes, oznajmiłem mu, że brakuje nam jedynie sławnej artystki Rivas oraz że pozostaje do załatwienia sprawa drugiego samochodu, ponieważ udało mi się zdobyć tylko jeden wóz należący do człowieka, który mi pomagał i który wynajmie go nam za parę pesos i poza tym sam będzie go prowadzić. Co do tej sprawy, to znaczy drugiego samochodu, miałem pewien pomysł. Ponieważ wynajęty przez nas wóz miał rozsuwane nadwozie, wystarczyło, żeby za pierwszym razem przejechał po scenie jako wóz otwarty, a powtórnie z dachem opuszczonym. Lub odwrotnie. Blanes nic mi na to nie odpowiedział, gdyż był kompletnie pijany. Nie miałem pojęcia, skąd wytrzasnął na to pieniądze. Potem wpadło mi do głowy, że być może miał czelność wyłudzić pieniądze od tej biednej kobiety. Ta myśl zatruła mi spokój i jadłem dalej moje sandwicze w milczeniu; on zaś, pijany i podśpiewując pod nosem, przechadzał się po scenie, przybierając przeróżne pozy: fotografa, szpiega, boksera, gracza rug-by, nie przestając podśpiewywać, z opuszczonym nisko na czoło rondem kapelusza, zerkając na wszystkie strony, szukając, węsząc, diabli wiedzą, za czym. Ponieważ coraz mocniej utwierdzałem się w przekonaniu, że upił się za pieniądze nieomalże skradzione tej biednej chorej kobiecie, nie chciałem w ogóle z nim rozmawiać i kiedy zjadłem wszystkie sandwicze, posłałem mojego człowieka po nową porcję tychże, plus butelkę piwa.
Blanes wreszcie zmęczył się wykonywaniem piruetów. Odbiło mu teraz na sentymentalizm i przysiadł na skrzyni obok mnie z rękami w kieszeniach spodni i z kapeluszem na kolanach, patrząc mętnymi, nieruchomymi oczami na scenę. Chwilę tak milczeliśmy i mogłem zobaczyć, że postarzał się; jego blond włosy przerzedziły się i straciły połysk. Nie zostawało mu już wiele lat na odstawianie fagasa, na podrywanie kobiet, na zaciąganie ich do hoteli, na nic.
— Ja też nie marnowałem czasu — odezwał się nagle.
— Tak, wyobrażam sobie — odrzekłem obojętnie.
Uśmiechnął się, po czym zrobił poważną minę, włożył kapelusz i wstał. Mówił do mnie, chodząc w tę i z powrotem, tak, jak wielokrotnie widział mnie w ten sposób chodzącego, kiedyś, po moim gabinecie obwieszonym mnóstwem fotosów z dedykacjami i dyktującego list sekretarce.
— Zbierałem informacje o naszej kobiecie —powiedział. — Zdaje się, że był czas, że jej rodzina czy też ona sama miała pieniądze, jednakże potem musiała pracować na życie jako nauczycielka. Ale nikt, powtarzam, nikt nie utrzymuje, że to wariatka. To, że zawsze była nieco dziwna to owszem. Ale nie wariatka. Nie wiem, po co przychodzę o tym panu opowiadać, o, adoptowany ojcze smutnego Hamleta, z gębą pomazaną tłuszczem sandwTicza... Opowiadać o tym.
— Jeżeli idzie o mnie — odpowiedziałem spokojnie — to przynajmniej nie szpieguję w cudzych biografiach. Także nie zajmuję się uwodzeniem kobiet cokolwiek dziwnych.
Wytarłem twarz chusteczką i odwróciłem się w jego stronę, żeby nań popatrzeć ze znudzoną miną.
— I jeszcze nie upijam się za Bóg wie czyje pieniądze — dodałem.
Stał dalej w tej samej pozycji z rękami wspartymi na biodrach. On z kolei spoglądał na mnie w zamyśleniu, prawiąc mi dalej impertynencje, ale każdy zdałby sobie sprawę z tego, że myślał cały czas o tej kobiecie i że nie znieważał mnie z głębi serca, lecz tylko po to, żeby coś robić, żeby czymś się zająć, podczas gdy myślał o niej? i żeby robić coś, co przeszkodziłoby mi zauważyć, że o tej kobiecie myśli. Zbliżył się, pochylony, i zaraz wyprostował z moją butelką piwa w ręce; opróżnił ją bez pośpiechu, z przyłożonymi szczelnie do szyjki ustami aż do całkowitego przechylenia butelki do góry dnem. Przeszedł się jeszcze po scenie i znowu siadł z butelką między kolanami, przykrywając ją dłońmi.
— Ale ja z nią rozmawiałem — powiedział. — Chciałem dowiedzieć się, co znaczy to wszystko. Bo nie wiem, czy pan to rozumie: tu nie chodzi o zainkasowanie forsy do kieszeni. Spytałem ją, co to jest, to, co mamy wystawić, i wtedy zobaczyłem, że ona jest szalona. Chce pan wiedzieć? Interesuje to pana? To sen, który kiedyś jej się śnił, rozumie pan? Ale największe szaleństwo jest w tym, że — jak to twierdzi ona — ten sen nie ma dla niej żadnego znaczenia; nie zna tego człowieka ze snu, w niebieskim trykocie, ani tej kobiety z kuflem piwa, ani też nigdy nie mieszkała na ulicy podobnej do tego śmiesznego nie-wiadomo-co, które pan tu na scenie wymyślił, Więc w takim razie: dlaczego? Powiedziała, że gdy śniła ten sen, czuła się szczęśliwa, choć szczęśliwa nie jest tym najwłaściwszym słowem, to było coś trochę odmiennego. Tak, że chce to wyszy-stko ujrzeć jeszcze raz. I aczkolwiek jest to szaleństwo, ma to jednak swoją stronę sensowną. Podoba mi się także, że nie ma w tym wszystkim nic z wulgarnego erotyzmu.
Kiedy wracaliśmy, żeby się położyć, Bla-nes raz po raz przystawał na ulicy — niebo było niebieskie i było bardzo ciepło — chwytał mnie za ramiona i klapy marynarki, pytając, czy rozumiem coś tam, nie wiem co, coś, czego i on sam widocznie nie rozumiał, bo zupełnie nie mógł wytłumaczyć, o co mu idzie.
Kobieta zjawiła się w teatrze punktualnie.
0 dziesiątej. Miała na sobie ten sam czarny kostium co poprzedniego dnia, z łańcuszkiem i zegarkiem, i ta ozdoba wydała mi się nieodpowiednia jak na tę ubogą dzielnicę przedstawioną na scenie i na to, żeby wyciągnąć się na płytach chodnika, kiedy Blanes miał ją pogładzić leżącą po głowie. Ale nie miało to znaczenia: teatr był pusty, na widowni tylko Blanes, jak zwykle pijany, palący papierosa, ubrany w niebieski trykot
1 szarego koloru czapeczkę zsuwającą się na jedno ucho. Przyszedł wcześniej w towarzystwie dziewczyny, która miała zagrać rolę tej drugiej kobiety pojawiającej się w bramie tuż obok sklepu z warzywami i podającej Blanesowi napełniony piwem kufel. Dziewczyna ta nie pasowała, ona także nie pasowała do typu postaci, który sobie wyobraziłem, który ja sam sobie wyobraziłem, bo diabli wiedzą, jaki ten typ postaci miał w rzeczywistości być. Była to smutna i chuda dziewczyna, źle ubrana i źle umalowana; Blanes wyciągnął ją z jakiejś kawiarni i przyholował opdwiedziawszy jej przedtem jakąś absurdalną historię, to było oczywiste, gdyż dziewczyna zaczęła kroczyć z miną pierwszej artystki teatru i kina; patrząc, jak wyciąga rękę z kuflem piwa, miało się ochotę zaszlochać lub przepędzić ją kuksańcami. Ta druga, ta szalona, kiedy przybyła, stanęła w pewnej odległości i popatrzyła przez chwilę na scenę; ręce miała ułożone wzdłuż ciała i wydała mi się ogromnie wysoka, o wiele wyższa i szczuplejsza, niż mi się to dotychczas wydawało. Po czym, nie odzywając się słowem do nikogo, ze swym nieodmiennym, choć nieco przygaszonym, chorobliwym uśmiechem, który jeżył mi nerwy, ruszyła przed siebie, przeszła przez scenę i ukryła się w bocznych kulisach, skąd miała za chwilę wyjść. Bezwiednie wiodłem za nią oczami; wzrok mój, spojrzenie moje przybrało dokładnie kształt jej wydłużonego, odzianego w czarny strój ciała i przylegając do niego, obejmując jej sylwetkę, odprowadziło kobietę aż do miejsca, gdzie krawędź kurtyny oddzieliła je, moje spojrzenie, od jej postaci.
Ja teraz znajdowałem się w centrum inscenizacji i ponieważ wszystko było w porządku i minęła już godzina dziesiąta, uniosłem łokcie, żeby uderzeniem w dłonie dać aktorom znak do rozpoczęcia spektaklu. Ale wtedy właśnie — nie zdając sobie zupełnie sprawy z tego, co się dzieje — zacząłem pojmować różne dziwne rzeczy i czym było to, w co daliśmy się wciągnąć, aczkolwiek nigdy potem nie udało mi się tego wyrazić, tak, jak się zna czyjąś duszę, ale słowami nie $a się tego wytłumaczyć. Na nic słowa. Wolałem dać znak aktorom gestem niż kla-śnięciem w dłonie i kiedy zobaczyłem, jak Blanes i dziewczyna, którą przyprowadził, ru-ruszają na swoje wyjściowe pozycje, przesunąłem się za kurtynę, gdzie już znajdował się ten człowiek przy kierownicy swojego starego samochodu, który — kiedy człowiek zapuścił motor — zaczął terkotać ze znośnym hałasem. Z mojego miejsca — stałem na skrzynce, próbując ukryć się jeszcze głębiej w cień, gdyż nie miałem nic do roboty w scenie, która miała za chwilę się rozegrać — zobaczyłem, jak kobieta wyszła na scenę, poruszając się jak młoda dziewczyna; włosy gęste i prawie szare, rozpuszczone i przewiązane jasną wstążką na wysokości ramion; stawiała długie kroki należące niewątpliwie do dziewczyny, co to właśnie skończyła nakrywać do stołu i na chwilę wychyla się z okna na ulicę, żeby popatrzeć na zapadający zmierzch i — nie myśląc o niczym — poczuć się spokojną. Zobaczyłem, jak siada przy Blanesie, opierając głowę na dłoni a łokieć podpierając kolanem. Opuszkami palców dotykała lekko uchylonych warg, a twarz i oczy miała zwrócone ku jakiemuś dalekiemu punktowi, gdzieś poza mną, gdzieś poza ścianą, co sterczała za moimi plecami. Zobaczyłem, jak Blanes wstał, żeby przejść przez ulicę, i uczynił to z matematyczną dokładnością, tuż przed nadjeżdżającym samochodem, który kurząc natychmiast znikł z pola widzenia. Zobaczyłem, jak ramię Blanesa i ramię tej kobiety, mieszkającej w domu naprzeciwko, połączyły się za pośrednictwem kufla z piwem; zobaczyłem, jak mężczyzna pije, nie odrywając od kufla ust, po czym oddaje naczynie kobiecie, a ta znika, powoli i bezszelestnie, w bramie swojego domu. Zobaczyłem, jak mężczyzna w niebieskim trykocie znów przechodzi przez ulicę, w chwilę przed nadjeżdżającym z dużą szybkością, z odwrotnego niż przedtem kierunku, otwartym samochodem, który zatrzymał się za kulisami, tuż przy mnie. Kierowca wyłączył motor i zobaczyłem, poprzez rozwiewający się niebieskawy dym samochodowych spalin, jak siedząca dziewczyna ziewa i oto wyciąga się na płytach chodnika z jedną nogą zgiętą w kolanie i z głową opartą na ramieniu, a pod ramieniem jej długie włosy. Wtedy człowiek w trykocie i czapeczce nachylił się i zaczął głaskać głowę dziewczyny. Ręka jego poruszała się rytmicznie w tę i z powrotem, wnętrze dłoni przesuwało się po czole, palce wnikały we włosy, zwierały się mocniej na jasnej wstążce i znów od początku.
Zlazłem z mojej skrzynki, wzdychając, nieco uspokojony i ruszyłem na czubkach palców ku scenie. Człowiek od samochodu, nieśmiało się uśmiechając, podążył za mną. Ta chuda dziewczyna, którą przyholował Bla-nes, wychynęła ze swojej sieni i dołączyła do nas. Zadał mi pytanie, jedno krótkie pytanie, jedno słowo, dotyczące tego, na co odpowiedziałem, nie przestając patrzeć na Blanesa i na leżącą kobietę. Ręka Blanesa głaskała czoło kobiety i jej głowę, nie okazując zmęczenia, i było tak, jakby Blanes nie zdawał sobie sprawy z tego, że przedstawienie się skończyło i że ostatni akord, ostatni moment spektaklu: głaskanie głowy kobiety nie może przeciągać się w nieskończoność. Blanes, pochylony, nie przerywał swojej czynności; wyciągał, wydłużał rękę, gładząc włosy w całej ich rozłożystości, od czoła, do ramion i pleców. Człowiek od samochodu, ciągle uśmiechnięty, zakaszlał i splunął w bok. Dziewczyna od dzbana z piwem ruszyła do miejsca, gdzie znajdowali się oni: leżąca kobieta i nachylony nad nią, gładzący ją mężczyzna. Odwróciłem się wtedy w stronę właściciela samochodu i powiedziałem mu, że może już wyprowadzić swój wóz i że w ten sposób wcześniej się stąd wyniesiemy; dałem kilka kroków w jego kierunku, sięgając jednocześnie ręką do kieszeni, żeby wypłacić mu parę pesos. Coś dziwnego działo się po mojej prawej stronie, gdzie znajdowali się tamci, i kiedy chcia-lem nad tym pomyśleć, potknąłem się o Bla-nesa: cuchnęło mu z ust alkoholem i był bez swojej czapeczki na głowie. Uderzył mnie pod żebra i wykrzyknął:
— Czy pan nie widzi, kanalio, że ona nie żyje!
Stałem sam, z boku, skurczony od uderzenia i — podczas gdy Blanes przemierzał scenę w tę i z powrotem, pijany, jakby oszalały, a dziewczyna od dzbana z piwem i mężczyzna od samochodu pochylali się nad nieżyjącą kobietą — zrozumiałem, czym było to, czego szukała ta kobieta, czego szukał wczoraj po scenie pijany Blanes i czego, wydawało się, jeszcze teraz szukał, miotając się na wszystkie strony, z pośpiechem szaleńca: wszystko jasno zrozumiałem, jakby to była jedna z tych spraw, które człowiek, będąc jeszcze dzieckiem, przyswaja sobie raz na zawsze, a potem na nic zdają się słowa, żeby móc to wytłumaczyć.
przełoży! Edward Stachura
WITAJ, BOB
Dla H.A.T.
To pewne, że z każdym dniem będzie coraz starszy i coraz dalszy od tej epoki, kiedy to zwał się Bob, z blond czupryną opadającą mu na skronie, z uśmiechem i badawczym wzrokiem w momencie, gdy cicho wchodził do klubu, mrucząc coś na powitanie lub poruszając nieznacznie dłonią w okolicy ucha, i szedł zasiąść pod lampą w pobliżu fortepianu, z książką lub po prostu bez niej, spokojny i osobny, odległy, przez całą godzinę zdolny patrzeć na nas z nieruchomą twarzą, poruszając od czasu do czasu palcami, żeby zmienić pozycję trzymanego w nich papierosa i otrzepać z popiołu klapy swoich jasnych garniturów.
I jednako coraz dalszy — teraz, kiedy nazywa się Roberto i upija się byle czym, osłaniając podczas kaszlu usta brudną dłonią — od tego Boba sączącego piwo, dwa tylko kufle w ciągu najdłuższego nawet wieczoru, ze słupkiem monet na stolika w barze klubu, monet przeznaczonych dla grającej szafy. Prawie zawsze sam, słuchając jazzu z twarzą śniętą, szczęśliwą i bladą, ledwo dostrzegalnie kiwając głową, żeby pozdrowić mnie, gdy przechodziłem, i od tej chwili już nie odrywając ode mnie wzroku tak długo, jak długo zostawałem w klubie, tak długo, jak długo mogłem znosić jego niebieskie oczy nieznużenie na mnie spoczywające, utrzymujące bez wysiłku wyraz intensywnej pogardy i łagodniejszej do zniesienia kpiny. Podobnie gdy był z innym chłopcem, w soboty, z jednym z tych tak wściekle młodych jak on, z którym rozprawiał o trąbkach, o solowych partiach instrumentów w jakimś utworze, o chórach i o niezmierzonym mieście, które wybuduje wzdłuż wybrzeża rzeki, kiedy zostanie architektem. Przerywał, gdy dostrzegał, jak wchodziłem do klubu, pozdrawiał mnie po swojemu, krótkim, nieznacznym ruchem głowy, i już nie spuszczał wzroku z mojej twarzy, wyżymając kącikiem ust jakieś ściszone słówka i tłumione uśmieszki w stronę swojego towarzysza, który w końcu też zaczynał na mnie patrzeć, milcząco podwajając w ten sposób pogardę i kpinę.
Niekiedy czułem przypływ sił i próbowałem się rewanżować: opierałem głowę na dłoni i paliłem papierosa ponad kieliszkiem, patrząc na Boba bez zmrużenia powiek, pilnie przy tym bacząc, by zachować cały czas zimny, nieco melancholijny wyraz twarzy.
W tym czasie Bob był bardzo podobny do Ines; mogłem poprzez salon klubu dostrzec w jego twarzy coś z jej rysów i być może któregoś z wieczorów zdarzyło się, że patrzyłem nań tak, jak patrzyłem na nią. Ale prawie zawsze wolałem zapomnieć o oczach Boba; siadałem zwrócony do niego plecami i patrzyłem na twarze osób prowadzących rozmowę przy moim stoliku; niekiedy byłem milczący i smutny, żeby Bob wiedział, że iest we mnie coś więcej niż to, z powodu czego mnie osądzał, żeby wiedział, że jest we mnie coś bliskiego jemu; innymi razy dodawałem sobie odwagi paroma kieliszkami i myślałem: „Kochany Bobie, idź opowiedz o tym twojej siostrzyczce", i głaskałem ręce dziewcząt siedzących przy moim stoliku lub snułem jakąś cyniczną o czymś tam teorię, tak, żeby one zaśmiewały się w głos i żeby on to słyszał.
Ale cokolwiek bym wyczyniał, ani w zachowaniu, ani w spojrzeniu Boba nie dawało się zauważyć w tym czasie żadnych zmian. Wspominam o tym jedynie na dowód, że właśnie dostrzegał te moje w barze błazenady. Któregoś wieczoru, u niego w domu, czekałem w salonie, aż zejdzie z góry Ines, kiedy oto w drzwiach pojawił się Bob. Miał na sobie nieprzemakalny płaszcz zapięty pod samą szyję; ręce w kieszeniach. Pozdrowił mnie ruchem głowy, po czym szybko rozej-rżał się wkoło i wszedł do środka w taki sposób, jakbym nie istniał, jak gdyby mnie już był unicestwił tym swoim ledwie-ruchem głowy. Wszedł i zaczął przechadzać się, wykonując w-tył-zwroty, gdy dochodził do stołu, depcząc po dywanie swoimi żółtymi, na gumowych podeszwach, trzewikami. Dotknął kwiatu jednym palcem, przysiadł na brzegu stołu, zapalił papierosa i zapatrzył się w wazon, zwrócony do mnie pogodnym profilem, lekko pochylony do przodu, rozluźniony i zamyślony. Nieopatrznie — stałem pochylony nad pianinem — nacisnąłem palcem lewej dłoni klawisz, jeden z niskich tonów, i kiedy to raz uczyniłem, zostałem zmuszony powtarzać ten dźwięk co trzy sekundy, jednocześnie patrząc na Boba.
Nie czułem do niego nic prócz nienawiści i wstydliwego respektu, i dalej wciskałem klawisz, wbijając go palcem, z jakimś tchó-rzowskim okrucieństwem, w ciszę domu, aż oto raptem zostałem wyrzucony poza obręb tej sceny obserwując ją tak, jak gdybym znajdował się w górnej części prowadzących na piętro schodów lub jak gdybym stał w drzwiach, widząc Boba i czując go, jego milczenie i jego jakby nieobecność przy esującej w powietrzu smudze dymu z palonego przezeń papierosa; czując siebie, wysokiego i sztywnego, cokolwiek patetycznego, cokolwiek śmiesznego w panującym półmroku, stukającego co trzy sekundy w klawisz wskazującym palcem lewej ręki. Pomyślałem wówczas, że nie czynię tego dla jakiejś tam niezrozumiałej fanfaronady, ale że w ten sposób wołam go; głęboki ton, który mój palec raz po raz wydobywał z instrumentu pod koniec każdej kończącej się wibracji, był wreszcie odnalezionym jedynym żebraczym słowem, przy pomocy którego mogłem prosić jego nieubłaganą młodość o tolerancję i zrozumienie. Stał dalej nie-poruszony aż do momentu, kiedy Ines — nim zaczęła do mnie schodzić — trzasnęła jakimiś drzwiami na piętrze. Wtedy Bob wyprostował się i leniwie ruszył ku mnie, stanął po drugiej stronie pianina i powiedział z czarującym uśmiechem:
— Ta noc, to noc mleka czy noc whisky? Pęd do ocalenia czy skok w przepaść?
Nie mogłem nic mu odpowiedzieć, nie mogłem zdemolować mu twarzy uderzeniem pięści; przestałem stukać w klawisz i powoli wycofałem rękę znad pianina. Ines była w połowie schodów, kiedy on, odsuwając się ode mnie, powiedział:
— Ostatecznie, któż tam wie. Być może miała to być improwizacja.
Pojedynek ciągnął się tak przez trzy, cztery miesiące i, co do mnie, nie mogłem przestać bywać wieczorami w klubie — przypominam sobie, mimochodem, że odbywał się wtedy turniej tenisa — ponieważ, jeżeli przez jakiś czas tam nie zachodziłem, Bob witał moje po przerwie pojawienie się ze wTzmożoną ironią i pogardą w oczach i usa-dawiał się w krześle wygodniej, ze szczęśliwym grymasem na twarzy.
Kiedy nadszedł ten moment, że nie mogłem już pragnąć innego obrotu sprawy, jak tylko czym prędzej poślubić Ines — w Bobie i w jego taktyce zaszły zmiany. Nie wiem, w jaki sposób dowiedział się o mojej konieczności poślubienia jego siostry i o tym, jak mocno uczepiłem się tej konieczności wszystkimi siłami, jakie mi zostały. Moja miłość do tej konieczności unieważniła całą przeszłość i wszelkie więzy z teraźniejszością. Nie zwracałem wtenczas na Boba uwagi, ale w krótki czas potem musiałem zdać sobie sprawę z tego, jak bardzo się zmienił jego stosunek do mnie. I, kiedy to do mnie dotarło, aż przystanąłem na jakimś skrzyżowaniu, lżąc go przez zaciśnięte zęby, rozumując, że jego twarz przestała być kpiąca, że odnosił się teraz do mnie z powagą i z zimną, natężoną kalkulacją, tak, jak kiedy ma się trudne zadanie do wykonania, lub kiedy oblicza się wielkość wyrosłej na drodze przeszkody i przymierza do niej swoje siły. Ale ja już nie przywiązywałem znaczenia do sprawy i nawet doszedłem do tego, że pomyślałem, iż w jego nieruchomej, zimnej twarzy rodzi się zrozumienie tego, co było we mnie fundamentalne, mojej starej, czystej przeszłości, którą uwielbiana konieczność poślubienia Ines wydobyła spod warstwy zdarzeń i lat po to, żeby mnie zbliżyć do niego. Do Boba.
