Histeria - Izabela Janiszewska - ebook + audiobook

Histeria ebook i audiobook

Izabela Janiszewska

4,4

85 osób interesuje się tą książką

Opis

Intensywny i intrygujący jak jego bohaterka. Nie daje spokoju jak jego bohater.
Precyzyjna kryminalna układanka. W taką histerię mogę wpadać jak najczęściej. - Wojciech Chmielarz

Fenomenalny kryminał z ważnym przesłaniem. Janiszewska z wirtuozerią łączy wartką akcję z wciągającą kryminalną intrygą i aktualnymi problemami społecznymi.
Musicie to przeczytać! - Marcel Moss

 

Największy obłęd bierze się z niemocy.

Komisarz Bruno Wilczyński popada w obsesję – nie może pogodzić się z tym, że wciąż nie udało mu się wsadzić za kratki psychopatycznego mordercy. Musi jednak wyruszyć w nowy pościg, gdy na warszawskim Ursynowie kobieta zostaje brutalnie zamordowana. Zwyrodnialec z przeszłości mimo wszystko nie daje o sobie zapomnieć.

Tymczasem reporterka Larysa Luboń wpada na trop zagadkowego mężczyzny w masce, który prześladuje mieszkańców Warszawy. Czy naprawdę jest on potworem, jak sugerują media? A może prawda jest bardziej złożona?

Czy wszystkie czyny muszą mieć swoje konsekwencje? Jakie bestie kryją się w zwyczajnych ludziach? I czy można uciec przed przeszłością?

Kontynuacja bestsellerowego Wrzasku, jednego z najgłośniejszych debiutów kryminalnych 2020 roku!

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 447

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 10 godz. 15 min

Lektor: Filip Kosior

Popularność




Copyright © Izabela Janiszewska, 2020

Copyright © Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2020

Redaktor prowadzący: Adrian Tomczyk

Marketing i promocja: Greta Kaczmarek

Redakcja: Karolina Borowiec-Pieniak

Korekta: Ewelina Chodakowska, Marta Akuszewska

Projekt typograficzny, skład i łamanie: Stanisław Tuchołka / panbook.pl

Projekt okładki i stron tytułowych: Tomasz Majewski

Fotografia na okładce: PeopleImages / Getty Images

Fotografia autorki: Zuza Krajewska / Warsaw Creatives

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej: Dariusz Nowacki

Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w internecie.

eISBN 978-83-66570-28-3

CZWARTA STRONA

Grupa Wydawnictwa Poznańskiego sp. z o.o.

ul. Fredry 8, 61-701 Poznań

tel.: 61 853-99-10

[email protected]

www.czwartastrona.pl

„Dziecko, które jest źle traktowane,

nie przestaje kochać rodziców.

Przestaje kochać siebie”.

Jesper Juul

TAMTA NOC

Niektórzy twierdzą, że widzimy to, co chcemy widzieć, a nie to, jaki świat jest naprawdę. A jednak tamtego jesiennego wieczoru Wiktor Zakrzewski zobaczył coś, czego nigdy nie pragnął dostrzec. Spotkał się z tą częścią rzeczywistości, której istnienie dotychczas wypierał. Jego ciało oblepił gęsty, wgryzający się w skórę niepokój, a on zdał sobie sprawę, że zło, które do tej pory wydawało mu się nierealne, postawiło na jego drodze posłańca.

Najpierw zauważył jego białe włosy, odcinające się od granatu nieba. Chłopiec wyłonił się z mgły. Biegł od strony ursynowskiej Górki Kazurki, porośniętego trawą sztucznego wzniesienia usypanego z ziemi z wykopów prowadzonych w latach osiemdziesiątych pod budowę pierwszej linii metra.

Malec zanosił się szlochem i krzyczał. Trudno było zrozumieć jego słowa, bo połykał je razem ze łzami i wodnistą wydzieliną kapiącą z nosa. Dziecko potknęło się i upadło na chodniku, a jego płacz stał się bardziej donośny. W pierwszym odruchu Wiktor obejrzał się za siebie, jakby sprawdzał, czy dostrzeże kogoś innego, kto mógłby wyruszyć na pomoc chłopcu, ale było zbyt późno i paskudnie, by ludziom chciało się wychodzić z domów. Z nieba siąpił listopadowy deszcz, wiał nieprzyjemny wiatr, który przyprawiał o dreszcze, a wszystko spowijała gęsta, dusząca mgła. W powietrzu unosił się zapach gnijących liści i dymu wydobywającego się z kominów okolicznych domów. Mężczyzna zmełł w ustach przekleństwo, po czym z niechęcią ruszył w stronę zawodzącego dziecka, które leżało bezradnie na betonowych płytach chodnika. Jego ciałko drgało w rytm wylewającego się z niego smutku.

– Hej, mały – powiedział cicho, ale nie dlatego, by nie wystraszyć chłopca, tylko dlatego, że nagle sam poczuł irracjonalny strach, owijający się wokół jego serca niczym wąż o zimnej, śliskiej skórze.

Dziecko ucichło, po czym ostrożnie uniosło głowę i zaczęło badawczo wpatrywać się w Wiktora. Wielkie, błękitne i mokre oczy lustrowały nieznajomego, jakby od jego kolejnego ruchu zależało, czy szloch powróci. Mężczyzna pomyślał, że powinien się odezwać, wykorzystać tę pauzę w rozpaczy, ośmielić jakoś malca, dowiedzieć się, gdzie są jego rodzice i dlaczego chodzi sam po ulicach nocą, ale żadne z tych oczywistych pytań nie mogło mu przejść przez gardło. Z otwartymi ustami, niczym zahipnotyzowany patrzył na poplamioną krwią twarz chłopca i dopiero po chwili zauważył, że zarówno jego dłonie, jak i maskotka, którą ściskał w maleńkiej rączce, oraz ubranie pokryte są warstwą lepkiej, brunatnoczerwonej mazi. Wydawało mu się, że czuje jej mdły zapach. Drażnił jego nozdrza i sprawiał, że zaczynało mu się zbierać na wymioty.

– O Boże… – wydobyło się z ust Zakrzewskiego, który, przerażony tą mimowolną reakcją, natychmiast położył dłoń na ustach. – Co ci się stało, mały? – dodał po chwili, przełykając ślinę.

– Moja mama… – przemówił chłopiec łamiącym się głosem, po czym zaczął na powrót łkać.

Wiktor Zakrzewski kręcił głową z niedowierzaniem. Cała ta sytuacja sprawiała wrażenie nierealnej, jakby spotkała kogoś innego, a jednak to on stał na popękanej płycie chodnika i patrzył na zakrwawione dziecko. Czuł, że to nie powinno się nigdy zdarzyć, nie jemu i nie tam, ale było już za późno, by się wycofać. Nie mógł zostawić chłopca samego. Wyrzucał sobie, że powinien odjechać, gdy tylko go zobaczył. Nie rozumiał, dlaczego poddał się irracjonalnemu odruchowi i wziął na siebie odpowiedzialność za tę małą istotę. Ale dzieciak miał na oko niewiele więcej niż trzy lata i z pewnością nie poradziłby sobie sam.

Mężczyzna nerwowo przygryzł paznokieć kciuka, po czym rozejrzał się raz jeszcze w nadziei na to, że zza horyzontu wyłoni się skruszony opiekun chłopca. Gdy nikt nie nadchodził, uczepił się myśli, że może znajdzie wsparcie w przypadkowych przechodniach, zepchnie na kogoś ten ciężar – ale i tu nie odnotował sukcesu. Jedyną osobą, którą dostrzegł, był staruszek z psem, idący w przeciwną stronę, ale emeryt nawet nie spojrzał w jego kierunku, a po chwili zniknął za ścianą mgły. W końcu Zakrzewski westchnął zrezygnowany i podszedł do dziecka.

– No już. Chodź. – Wziął je pod pachy, uniósł i postawił na chodniku. Mały był tak oszołomiony, że nie stawiał oporu.

Wzrok mężczyzny przesuwał się czujnie po ciele malca, szukając odpowiedzi na huczące mu w głowie pytanie o to, skąd wzięła się krew. Wypatrywał jakiejś rany, oznak poważnego urazu czy śladów pobicia, ale było zbyt ciemno, by mógł precyzyjnie ocenić jego stan. Przez chwilę gapił się na pobrudzony krwią niebieski sweterek, a gdy poczuł, że do gardła podchodzi mu bigos, który zjadł niedawno, odchrząknął i zwrócił się do dziecka:

– Zaprowadzę cię do mamy, dobra? – Starał się włożyć w to zdanie nieco optymizmu. – Pokażesz mi, gdzie mieszkasz?

Chłopiec spuścił głowę i cichutkim głosikiem powiedział:

– Nie wiem. – Po czym uniósł błękitne oczy i drżącymi wargami dodał: – Mama leży tam. – Odwrócił się w stronę Lasu Kabackiego.

Mężczyzna poczuł, że kręci mu się w głowie. Jego dłonie zaczęły się pocić, a w przełyku pojawiło się nieprzyjemne uczucie ostrego pieczenia, podobne do tego, którego doświadczał przy zgadze. Wydawało mu się, że coś zatyka mu gardło, a w ustach wyczuł kwaśny posmak.

– Zaprowadź mnie – powiedział z trudem, a własny głos wydał mu się obcy.

Wziął dziecko za rękę, tak że mała dłoń zniknęła w uścisku dorosłego. Trzymał chłopca mocno, może chwilami ściskał go nawet za bardzo, ale chciał mu pokazać, że się nie boi, że jest silnym dorosłym, w którym malec może znaleźć oparcie. Szedł więc obok niego, spoglądał na zakrwawionego króliczka w jego dłoni i robił wszystko, by oddychać normalnie.

Chłopczyk zaprowadził go za górkę, na której mieścił się Bike Park Kazoora, miejsce, gdzie swoje umiejętności trenowali amatorzy latania na rowerach, lub – jak kto woli – fani kolarstwa grawitacyjnego. Wkrótce dotarli w okolice ulicy Gminnej, a później Rolnej, na której malec przyspieszył, po czym wyrwał się mężczyźnie i pobiegł w kierunku samochodu z otwartymi drzwiami, zaparkowanego na poboczu.

Mężczyzna włączył latarkę w telefonie i ruszył za dzieckiem, czując narastający niepokój, równie silny jak zimno przenikające go do szpiku kości. Wydawało mu się, że jego nogi stały się ciężkie i oporne, a każdy krok kosztował go wiele wysiłku, jakby organizm starał się go zatrzymać, ochronić przed tym, czego mógłby nie oglądać. Gdy po chwili dotarł na miejsce, jego oczom ukazało się leżące w trawie ciało kobiety z roztrzaskaną głową, z której płynęła krew. Odwrócił wzrok. Oddychał głęboko, by przegonić falę mdłości. Jego serce tłukło się w piersi jak oszalałe, a usta mamrotały bezgłośne przekleństwa.

– Cii. – Chłopiec położył palec na ustach. – Mama się uderzyła i odpoczywa. – Pogłaskał jej mokre od krwi włosy.

Mężczyzna przygryzł wargi, by nie krzyczeć ani nie płakać, by za wszelką cenę trzymać fason w obliczu wzroku tego małego stworzenia, które nie zdawało sobie jeszcze sprawy, jak bardzo to jedno doświadczenie wpłynie na jego życie. Jak mocno ten kadr osadzi się w jego pamięci i ile razy wyświetlać będzie się na ekranie wspomnień, we dnie i w nocy, za każdym razem, gdy jakaś drobna iskra wyzwoli go z galerii obrazów, które należałoby zapomnieć. Chłopca, który nie myślał o tym, że zapach tego wieczoru, unosząca się nad łąkami dzika woń krwi, będzie towarzyszyć mu już zawsze.

Wiktor drżącą ręką wybrał numer alarmowy, a kiedy zgłosił się dyspozytor, dziwił się samemu sobie, jak okrągłych słów używał, by opisać to całe wywołujące wewnętrzny dygot zajście.

– Znalazłem kobietę z dzieckiem. Zdarzył się wypadek. Wokół jest pełno krwi – wyjaśniał.

Słuchał pytań zadawanych przez dyspozytora, ale w jego uszach splatały się w jednobarwne bzyczenie. W końcu jego ręka opadła bezwiednie, a gdy uderzyła o udo, telefon wypadł z niej i wylądował na trawie. Malec uśmiechał się do matki i drobną rączką muskał jej zakrwawione policzki.

– Lekarz naprawi ci głowę – powiedział do niej z przekonaniem, z jakim zwracał się do swoich maskotek w zabawie. – Lekarz już jedzie – szepnął do brunatnej grudy znajdującej się w miejscu, w którym jeszcze niedawno zapewne było ucho kobiety.

W tym samym czasie mężczyzna modlił się o to, by karetka i policja przyjechały jak najszybciej i by ktoś inny wytłumaczył dziecku, że już nikt i nigdy nie naprawi jego mamy.

TERAZ

Mężczyzna sięgnął do kosza na śmieci i czarną od brudu, trzęsącą się ręką wyjął z niego puszkę. Rzucił ją na chodnik, przydepnął, po czym dopchnął do pozostałych, ściśniętych w reklamówce z dyskontu. Kiedy ruszył w stronę Dworca Centralnego, widać było, że utyka na prawą nogę. Miał na sobie znoszony, cuchnący garnitur niewiadomego koloru i dziurawe buty. Jego krok był ociężały, a wzrok nieobecny. Na wyschniętych wargach bezdomnego tkwił brunatny strup z krwi, a dawno nieobcinane włosy wystawały spod wełnianej czapki naciągniętej na czoło.

Mruczał coś pod nosem, ale z odległości, z której go obserwowała, nie mogła wyłowić poszczególnych słów. Czuła, jak narasta w niej złość. Niczym gorąca smoła stopniowo wypełnia jej ciało i wgryzała się we wszystkie mięśnie. Wzbierała w niej ochota na to, by rzucić się na mężczyznę, kopać go i krzyczeć do czasu, aż sama nie poczuje ulgi. A jednocześnie wiedziała, że później czeka ją jeszcze większa wyrwa w środku.

Westchnęła ciężko i ruszyła za kloszardem. Miała go już niemal na wyciągnięcie ręki, gdy z zarośli pod Pałacem Kultury wyłonił się chłopak w kolorowym ortalionowym dresie, który szeleścił przy każdym ruchu. Na nadgarstku wyrostka pobrzękiwał srebrny zegarek z dużą tarczą, na stopach dumnie prezentowały się nowe, zapewne kradzione adidasy z charakterystyczną literą „N”, a na pokrytej wypryskami twarzy widniał cwaniacki uśmiech.

– Elegancik, dawaj fanty – rozkazał bezdomnemu.

Złapał siatkę z puszkami i pociągnął ją w swoją stronę. Nie spodziewał się oporu, dlatego zdziwiło go, gdy palce starszego mężczyzny kurczowo ścisnęły reklamówkę i przytuliły ją mocno do brzucha.

– To moje – wycedził stary pijanym, słabym głosem.

Chłopak w dresie zaśmiał się, a potem kopnął mężczyznę w ranną nogę i gdy tamten upadł na chodnik, wyrwał mu puszki.

– Żebym cię tu więcej nie widział, śmieciu – rzucił do mężczyzny, który nieporadnie usiłował podnieść się z kolan. – Rozumiesz? To jest mój rewir. – Zerwał mu czapkę, złapał go za włosy i szarpnął do góry głowę włóczęgi tak mocno, że w oczach ofiary błysnęły łzy. – Czy mam ci to jeszcze raz wytłumaczyć? – Napluł mu w twarz.

Starszy mężczyzna zaczął drżeć, bezradnie pokręcił głową, a jego usta wypowiedziały bezgłośne „nie”.

– Mnie wytłumacz. – Larysa Luboń podeszła do chłopaka i zanim zdążył zareagować, kopnęła go w kolano tak mocno, że coś w nim chrupnęło.

– Aaau! Kurwaa! – Upadł na chodnik i zwijał się tam z bólu.

Zamierzał coś jeszcze powiedzieć, ale Larysa i tak nie słyszałaby jego słów. Docierały do niej jedynie szum jej buzującej krwi i dudnienie serca. Kopała chłopaka z dziką furią. Jej glany uderzały w brzuch i nogi napastnika. Starszy mężczyzna zdołał podnieść się z kolan, dokuśtykał do dziewczyny i złapał ją za ramię.

– Zabijesz go – wymamrotał przerażony.

Ich oczy spotkały się na chwilę. Oczy pełne strachu i te drugie, tonące w nienawiści.

Larysa usiłowała odnaleźć w spojrzeniu mężczyzny Pawła Wiśniewskiego, którego znała. Szukała w nim swojego przyjaciela, ale nie dostrzegła go tam. Jego ciało stało się siedliskiem duchów. Pustym, przerażającym i obcym niczym opuszczone miasto. Na brudnej, nieogolonej twarzy bezdomnego malował się tylko lęk. Zauważyła, że przy każdym ostrzejszym dźwięku mężczyzna odruchowo podnosił dłonie, jakby spodziewał się napaści i chciał osłonić głowę. Gdy na niego patrzyła, pomyślała, że dawny redaktor naczelny „Magazynu”, najlepszego w kraju pisma reporterów, skarlał, a jego pomarszczona, niedomyta skóra sprawia, że wygląda teraz na kogoś o wiele starszego. Dziewczyna przełknęła gorycz ściskającą za gardło, posłała przyjacielowi wymuszony uśmiech i właśnie zamierzała powiedzieć coś pokrzepiającego, gdy kątem oka dostrzegła zbliżający się od strony metra patrol policyjny.

– Spadamy – rzuciła do Pawła, po czym wzięła go pod ramię i zaprowadziła za budynek Dworca Śródmieście.

Tam posadziła go na chodniku pod ścianą. Była zmęczona, miała zroszone potem czoło i dyszała ciężko. Przez jakiś czas trwali w milczeniu, jedynie posapując. On ze strachu, który nadal trzymał go w garści, a ona z wysiłku po napadzie złości.

– Dlaczego teraz? – wychrypiał Wiśniewski. – Widziałem cię tu kilka razy, ale nigdy wcześniej do mnie nie podeszłaś.

– A ty nigdy tak nie cuchnąłeś.

– Przestań. Przecież nie chcesz mnie ratować. Zresztą nie ma już czego. Po co przyszłaś?

Larysa spojrzała mu w oczy. Wydawało się jej, że gdzieś z odmętów wyłania się ten Paweł, który zawsze cierpliwe jej słuchał, pozwalał popełniać błędy i nigdy jej nie oceniał. Mężczyzna, któremu pozwalała widzieć siebie prawdziwą, bo wierzyła, że jej nie skrzywdzi. Myliła się. A może po prostu zapomniała, że zaufanie i oswojenie zawsze niosą ze sobą ryzyko rozczarowania.

– Bo cię potrzebuję – rzuciła w końcu, unikając jego wzroku.

Na starej, zmęczonej twarzy Pawła malował się błogi wyraz. Mięśnie się rozluźniły, a rysy złagodniały, by po chwili na powrót przybrać pochmurną formę.

– Zbyteczny trud – mruknął na odczepnego. – Ja już nie mam na to siły. Nie chcę udawać, że cokolwiek ma dla mnie jeszcze jakieś znaczenie. Bo i po co?

Larysa westchnęła ciężko. Nie znała odpowiedzi na to pytanie. Nie mogła przekonywać, że jego żona, Maria, pragnęłaby dla niego lepszego życia, że nie zniosłaby widoku tego, kim się stał – bo ona już nie żyła. A umarłych raczej średnio obchodziło to, co się dzieje z żywymi. Szczególnie gdy ci ostatni zachowywali się, jakby sami już byli martwi.

– Masz rację. To nie ma sensu – odparła, a potem odwróciła się w stronę Alei Jerozolimskich, przy których stał jej wysłużony citroën saxo, podniosła się i spokojnym krokiem odeszła.

Kiedy usiadła w samochodzie, ustawiła timer w komórce, po czym zamknęła oczy i oparła głowę o siedzenie. Miała wrażenie, że słyszy tykanie zegara w rytm upływających sekund. Czas dłużył się jej do tego stopnia, że w pewnym momencie zaczęła bębnić paznokciami o tapicerkę.

No dalej, Paweł, pomyślała, zerkając na malejące liczby na wyświetlaczu telefonu.

Do końca czasu zostało dwadzieścia sekund. Położyła dłoń na kluczyku i już zamierzała go przekręcić, gdy usłyszała pukanie do okna. Dokładnie w chwili, gdy opuściła szybę, zadźwięczał alarm w telefonie. Paweł, który przypatrywał się jej z zaciekawieniem, ściągnął brwi i zerknął na komórkę.

– To minutnik? – Przyglądał się jej równie wnikliwie, co cyfrom migoczącym na ekranie smartfona. – Ile mi dałaś czasu?

– Pięć minut.

Mężczyzna pokiwał głową, a później wgramolił się na siedzenie pasażera.

– Znudziło mi się spanie na kartonie – rzucił, gdy ruszyli.

– Tak też myślałam.

W oddali dostrzegła patrol rozmawiający z chłopakiem w dresie. Mężczyzna wskazywał palcem odjeżdżającego citroëna, ale nie zrobiło to na niej żadnego wrażenia.

Od chwili, gdy Paweł wsiadł do samochodu, czuła w środku przyjemne ciepło.

Podobne takiemu, jakie u niektórych pojawiało się, gdy po długiej nieobecności wreszcie wracali do domu.

– Mamuśka, gdzie jesteś? – rzucił komisarz Bruno Wilczyński do telefonu, usiłując przekrzyczeć skandujący na Krakowskim Przedmieściu tłum. – Nie mogłeś wybrać lepszego miejsca na spotkanie? Tu jest jakiś cholerny protest. – Zasłaniał dłonią drugie ucho, by odgrodzić się od coraz głośniejszych okrzyków: „Kłamca! Kłamca!”.

W odpowiedzi usłyszał w słuchawce jedynie śmiech. Z telefonem przyciśniętym do ucha usiłował wyłowić z tłumu znajomą twarz, gdy poczuł, że ktoś go ordynarnie popycha. Poirytowany zerknął za siebie, ale dostrzegł jedynie gderającą pod nosem staruszkę o lasce. Kobieta rzuciła mu groźne spojrzenie, po czym dołączyła do skandujących: „Hańba! Hańba!”. Chwilę później potrąciła go matka wioząca na wózku inwalidzkim dziecko ze spuszczoną bezwładnie głową. Z jego ust wydobywały się bąble śliny, a wargi rozchyliły się, odsłaniając szereg białych zębów. Chłopak miał nieobecny wyraz twarzy i nienaturalnie wykręcone ręce, w których podtrzymywał kawałek kartonu ze sloganem napisanym flamastrem: „Brak serca to kalectwo”.

Bruno zorientował się, że jego rozmówca się rozłączył, a on znalazł się w samym środku ludzkiej rzeki. W gęstym strumieniu buzującego gniewu, frustracji i determinacji. Wokół unosił się szmer rozmów i zapach wilgotnych od niedawnego deszczu ubrań.

Było w tym zbiorowisku coś magnetyzującego, mogło jednocześnie onieśmielać i przerażać lub wręcz przeciwnie, dodawać siły. Można było poczuć się w nim odrobiną, delikatną i kruchą, stłamszoną pod naporem otaczających ciał i okrzyków, albo zupełnie odwrotnie – odnaleźć moc wynikającą z bycia częścią tej żywej, nastawionej bojowo masy.

Wilczyński rozglądał się ponad głowami protestujących w poszukiwaniu swojego informatora, ale nigdzie go nie widział. Wybrał jego numer ponownie i ku swojemu zdziwieniu usłyszał komunikat: „abonent czasowo niedostępny”.

– Niech cię szlag, Mamuśka! – zaklął pod nosem i wcisnął telefon do wewnętrznej kieszeni kurtki.

Odkąd drobny złodziejaszek z upodobaniem do przebieranek naraził się kilku kolegom z szemranego środowiska, trudno było się z nim spotkać. Po tym, jak Czeczeni podpalili jego knajpę na Dworcu Centralnym, Mamuśka zapadł się pod ziemię, a „Nie ma jak u mamy” stało się podobną do wielu norą w czeluściach dworcowych podziemi, w której królowały automaty do gier, chrzczone piwo i ceratowe obrusy w biało-czerwoną kratę. Podróżni zabłądzili tam czasem na okazałego schabowego podawanego z domowymi ziemniakami, który nie wiadomo kiedy i dlaczego stał się kultowy. Jednak czar lokalu prysł, gdy jego właściciel się ulotnił.

Mamuśka, a tak naprawdę Edward Jabłoński, był duszą tego miejsca, lubił rozmawiać i opowiadać anegdoty i właśnie to niewinne hobby go zgubiło. Dopóki informował jedynie swoich dwóch zaufanych policjantów, wszystko było w porządku, ale ostatnio zgłosił się do niego jakiś ważniak z Centralnego Biura Śledczego. Facet zapłacił za przesolone danie, którego nawet nie tknął, zwitkiem banknotów, a później uprzejmie zapytał Edwarda o kilka obco brzmiących nazwisk i zanotował to, co usłyszał, w małym czarnym zeszycie. Następnego dnia jadłodajnia dziwnym trafem stanęła w płomieniach, a Mamuśka ledwie uciekł przed wielkim Czeczenem z nożem sprężynowym.

Od tej pory złodziej ukrywał się, zmieniał numer telefonu i nie odpisywał na maile. Z wyjątkiem tych, które nad wyraz rozbudziły jego ciekawość, a wiadomość od Brunona była dokładnie tego gatunku. Komisarz Wilczyński bywał irytującym człowiekiem, ale nigdy nie wystawił Edwarda i zawsze lojalnie go osłaniał. To dlatego Jabłoński przyjął zlecenie i zgodził się na spotkanie.

Bruno przeszedł pieszo do stacji Nowy Świat-Uniwersytet. Postawił kołnierz, by uchronić się przed listopadowymi podmuchami wiatru, a zaciśnięte dłonie włożył do kieszeni kurtki. Kiedy poczuł, że w jednej z nich coś jest, bezwiednie uniósł brwi. Przegapił swój pociąg, jadący w stronę ronda Daszyńskiego. Jego palce zacisnęły się na ukrytym przedmiocie, a po chwili patrzył już na figurkę małej różowej świnki. Początkowo przyglądał się jej ze zdziwieniem, ale gdy pociągnął stworzenie za głowę, okazało się, że jest czymś więcej niż plastikową zabawką. Trzymał w dłoni pendrive.

Skubaniec, pomyślał, kręcąc głową z niedowierzaniem, a uśmiech na jego twarzy stawał się coraz szerszy.

Dopiero teraz Bruno zdał sobie sprawę, że kiedy potrąciła go staruszka o lasce, dostrzegł w jej twarzy coś znajomego, a gdy krzyczała razem z protestującymi, w jej głosie wychwycił znajomą, chropowatą nutę. Zaśmiał się w głos, przyciągając uwagę kilku osób oczekujących na peronie na pociąg metra. Musiał przyznać Mamuśce, że jego przebrania wyewoluowały. To, co widział dziś, było majstersztykiem.

Najbardziej jednak cieszył go pendrive, który obracał teraz w palcach.

Larysa Luboń weszła do mieszkania i od progu poczuła, że coś jest nie w porządku. Nie podejrzewała, by ktoś naruszył jej system bezpieczeństwa, który zainstalowała po włamaniu, a jednocześnie nie potrafiła strząsnąć z siebie niepokoju.

Kilka miesięcy temu wymieniła zamki, założyła nieprzepuszczające światła rolety w oknach i zamontowała system kamer, dzięki którym mogła w każdej chwili zalogować się do aplikacji i sprawdzić, co się dzieje w jej domu. Komórka miała alarmować ją również, gdyby wewnątrz pojawił się nieproszony gość. Tym razem jednak źródłem jej obaw były obezwładniająca cisza i zapach przetrawionego alkoholu.

– Paweł, podnieś się. – Stanęła nad swoim dawnym szefem.

Wiśniewski leżał na plecach, z ust ciekła mu strużka śliny, jego lewe ramię zwisało smętnie z kanapy, a dłoń dotykała podłogi, na której stała opróżniona butelka wódki. Larysa poczuła piekące rozczarowanie, rozlewające się po całym ciele. Patrzyła na poruszającą się w rytm oddechu klatkę piersiową mężczyzny, słuchała delikatnego szumu wydychanego przez niego powietrza i starała się zrozumieć, dlaczego stan przyjaciela jest dla niej tak trudny do zniesienia, a on sam wydaje się jej niekiedy wręcz odpychający. Śmierdział alkoholem i brudem, osadem gromadzącym się głęboko w zagięciach skóry, którego nie była w stanie zmyć jedna kąpiel ani wiele następnych, jakby był emblematem osoby, której na niczym już nie zależy. Czymś, co zrastało się z nią na zawsze.

Jak mogła przypuszczać, że człowiek, który od śmierci żony nie przeżył ani jednego dnia na trzeźwo, rzuci alkohol w obliczu jej wyimaginowanej misji? Dlaczego uwierzyła w to, że będzie zdolna zatrzymać karuzelę uzależnienia, na której wirował jej znajomy? W myślach skarciła się za skrajną naiwność, po czym chwyciła Pawła pod ramiona i z głośnym westchnieniem uniosła go do pozycji siedzącej.

– Pojedziemy, pojedziemy – mamrotał niewyraźnie pod nosem, z nadal zamkniętymi oczami. – Nic się nie bój, Marysiu, zdążymy.

Wiśniewski uśmiechnął się do obrazów, które przesuwały się pod jego powiekami, a później z powrotem opadł na kanapę i zwinął się w kłębek. Biały podkoszulek podwinął się, ukazując nagie lędźwie porośnięte kręconymi siwymi włosami.

Larysa zamknęła oczy i wzięła głęboki wdech. Nagle zrozumiała, dlaczego ta sytuacja budzi w niej trudną do poskromienia wściekłość. Nie chodziło tylko o przyjaciela i bezradność wobec jego nałogu. Kiedyś już widziała takie sceny: ojca mówiącego od rzeczy, leżącego na schodach w swoich własnych wymiocinach albo chodzącego boso po domu w starych rozciągniętych slipach. Nie chciała tego nigdy więcej doświadczać, nie było w niej zgody na bezwstyd, brak godności i upodlenie. W takich chwilach cała była pogardą. Miała ochotę krzyczeć, gryźć i kopać.

– Po moim, kurwa, trupie – wyszeptała przez zaciśnięte zęby.

Schyliła się i chwyciła Pawła pod ramię, a później uniosła go z cichym stęknięciem. Bezwładne ciało wisiało na niej ciężko, gdy wlokła go do łazienki. Wprawdzie Wiśniewski stracił na wadze w ostatnich miesiącach, ale w tym apatycznym stanie przypominał raczej kłodę drewna o dużej masie i dźwiganie go okazało się nie lada wyzwaniem.

– Co się dzieje? – bełkotał wybudzony, ona jednak nie zwracała na niego uwagi.

Dyszała z wysiłku, ignorując jego protesty i pytania natrętne niczym muchy. W końcu otworzyła drzwi kabiny prysznicowej, wepchnęła go do środka i puściła zimną wodę z deszczownicy. Patrzyła, jak sapiąc, nieporadnie usiłuje się podnieść z czworaków, jak jego stopy i dłonie ślizgają się po emaliowanej powierzchni brodzika, a gardło krztusi się zalewającą je falami wodą. W tej chwili miała ochotę go uderzyć, poczuć ból na zaciśniętej w pięść dłoni i pytać tego obcego człowieka, co zrobił z tamtym, którego szanowała.

Paweł zdołał w końcu podnieść się na kolana i zakręcić wodę. Oddychał ciężko, a jego zbyt długie włosy poprzyklejały mu się do czoła, podobnie jak przemoczony podkoszulek i majtki do ciała. Cienki, prześwitujący materiał oblepiał mu ciasno skórę, sprawiając, że czuł się nagi i odsłonięty. Zarówno w sensie fizycznym, jak i w obszarze swoich słabości. Przez chwilę trwali jedynie w akompaniamencie własnych oddechów, każde skupione na swoim zranieniu.

– Nigdy więcej tego nie rób – powiedział ostro, gdy się odwrócił i spiorunował ją nad wyraz przytomnym wzrokiem.

– Ty też.

– Wyjdź stąd – żachnął się, sięgając po mydło. – Muszę się ogarnąć.

– Nawet nie wiesz, jak bardzo – rzuciła pod nosem, wychodząc z łazienki.

Kiedy zatrzasnęła za sobą drzwi, usłyszała szum odkręcanej wody. Nadal była zła, w opuszkach palców czuła pulsującą krew, a jej szczęki w dalszym ciągu pozostawały zaciśnięte, ale ten ułamek sekundy, gdy przemówił do niej swoim dawnym, pewnym głosem, dał jej nadzieję. Wprawdzie wątłą, taką, która mogła rozwiać się niczym pył, to jednak wystarczyło, by przynajmniej podjęła próbę przedstawienia mu sprawy, do której go potrzebowała. A może nawet takiej, do której on był kluczem.

Z oddali dobiegały ją dźwięki krzątaniny Wiśniewskiego, bulgot płukanego gardła, uderzenia kropel o ściany natrysku, pisk ściągaczki do wody trącej o szyby prysznica i wreszcie szczęk zatrzaskujących się drzwi kabiny. Larysa usiadła na skrzypiącym obrotowym krześle, po czym odpaliła laptopa, a jej palce wpadły w znajomy trans. Stukały rytmicznie w klawisze, wyczarowując słowa i zdania nowego artykułu.

Po tym, jak straciła posadę reporterki w „Magazynie”, przez jakiś czas rozważała wyjazd za granicę, ale ostatecznie uznała, że ze względu na młodszego brata zostanie w kraju. Pieniądze z odprawy pozwoliły jej przetrwać kilka miesięcy, a gdy się skończyły, musiała zdecydować, z czego będzie żyła i opłacała rachunki. Rozwiązanie przyszło szybciej, niż się spodziewała – odezwała się do niej sama Anita Lange, redaktor naczelna „Newsweeka”, i zaproponowała współpracę. Kobieta nie dała jednak Larysie taryfy ulgowej, bo choć ceniła dokonania młodej dziennikarki, to jej angaż w nowej redakcji uzależniła od tego, jak reporterka poradzi sobie z trudnym tematem.

Dziewczyna siedziała zgarbiona nad klawiaturą komputera. Na ekranie ukazywały się jej notatki, a później kolejno otwierane foldery, w tym jeden z niepokojącymi zdjęciami. Wszystkie prezentowały mężczyznę w białej masce fantoma z otworami na oczy, zakrywającej całą twarz. Larysa wpatrywała się w jego rozszerzone źrenice, jakby usiłowała odgadnąć, kim jest ten człowiek i co chce jej przekazać. Czarne koła przypominały dna bardzo głębokiej studni, magnetyzowały, a jednocześnie wywoływały lęk. Jakby stanowiły pułapkę bez wyjścia. Przyglądając się im, poczuła przejmujący chłód, a na jej przedramiona wpełzła gęsia skórka, która sprawiła, że włoski stanęły dęba.

– Kto to? – usłyszała niespodziewanie za plecami głos Pawła, który wyszedł z łazienki przepasany jedynie ręcznikiem i zerkał na ekran komputera z zaciekawieniem.

Zaskoczona Larysa zamrugała powiekami, po czym przetarła oczy, by zmazać ślady swoich wyobrażeń i na powrót osadzić się w bezpiecznej rzeczywistości.

– Ktoś, kogo znasz – rzuciła znad klawiatury. – Ale najpierw się ubierz i zrób sobie kawę. Myślę, że przyda ci się też dzbanek wody z cytryną.

– Nie wypiłem tak dużo, jak ci się wydaje. Poza tym jestem uodporniony.

– Z całą pewnością. – Jej głos ociekał ironią. – Chcę, żebyś sprawnie myślał, więc daruj sobie tę spowiedź powszechną i bierz się do roboty.

Paweł skrzywił się, jakby ktoś uderzył go pięścią w brzuch. Przez moment stał na środku ze zwieszonymi ramionami i błądzącym wzrokiem, przygryzał wargę i toczył ze sobą jedną z tych małych bitew, w których człowiek decyduje, czy puścić czyjeś słowa mimo uszu, czy się odgryźć i zawalczyć o siebie, nawet jeśli owa batalia z góry skazana jest na porażkę. Znał Larysę, wiedział, że nie chciała go zranić, a jednak jej chłód i czająca się w tle niechęć go dotknęły.

– To teraz tak to będzie wyglądać? – obruszył się. – Będziesz na mnie krzyczeć i zachowywać dystans albo traktować jak śmiecia? Wiesz, co myślę? Tak bardzo boisz się, że ktoś cię skrzywdzi, że pierwsza walisz we wszystkich. Chcesz odepchnąć ludzi, zanim oni cię zostawią. Zgadłem?

Larysa zacisnęła szczęki, wzięła głęboki wdech, po czym zwinęła dłonie w pięści, wbijając paznokcie w ich wewnętrzną część tak mocno, że na skórze pozostały ślady. W końcu nie wytrzymała, zatrzasnęła z hukiem klapę laptopa i odwróciła się w stronę Wiśniewskiego, piorunując go wzrokiem.

– A ty będziesz się upijał, kiedy tylko spuszczę cię z oczu? Nie było mnie ledwie kilka godzin, a ty zdążyłeś się urżnąć. Skąd w ogóle wziąłeś tę flaszkę? – Patrzyła na niego z wyrzutem.

– Z twojego zamrażalnika. I zapewniam cię, że gdybym nie zasnął, skoczyłbym do monopolowego po drugą, bo w tej starej butelczynie nie było nawet połówki.

Larysa westchnęła ciężko i pokiwała głową ze zrozumieniem. Dotarło do niej, że to w pewnym sensie jej wina. Kiedy wychodziła w nocy, sprawdziła szafki i lodówkę, ale o zamrażalniku zapomniała. Zazwyczaj trzymała tam tylko zestaw zimnych kompresów, których używała, gdy wracała do domu poturbowana po walce na ringu. Najwyraźniej jej brat, Bartek, schował niedopity alkohol do szuflady po którymś z ich filmowych wieczorów.

Uniosła wzrok i przyglądała się zaniedbanym włosom Pawła, jego zmęczonej twarzy i smutnym oczom. Ciało mężczyzny przypominało jej stary, opuszczony dom, o którym ludzie szeptali z lękiem.

– Nie patrz tak na mnie. – Pogroził jej palcem. – To ty mnie tu ściągnęłaś. Było mi dobrze na dworcu. Nie prosiłem się o to.

Milczała, bo wiedziała, że ma rację. Tak samo jak wtedy, gdy mówił, że rani innych, by chronić siebie przed odrzuceniem i cierpieniem. Przejrzał ją i choć siedziała przy biurku ubrana w bluzę i spodnie, czuła się niemal równie obnażona jak on. Rzuciła okiem na ręcznik wiszący na jego biodrach i zauważyła, że Wiśniewski objął się ramionami, jakby nagle zrobiło mu się zimno.

– Będę pił wystarczająco dużo, żeby nie pamiętać o Marii, a jednocześnie na tyle mało, żeby móc pracować – dodał tonem człowieka szukającego porozumienia.

– Paweł, nie zorientujesz się, kiedy przekroczysz granicę.

– Ale ty to zrobisz.

– Nie zamierzam cię pilnować. Chcesz się zabijać, śmiało, ale nie mieszaj mnie do tego.

– Świetnie, to reguły gry mamy ustalone – odburknął.

Chciał jeszcze coś powiedzieć, ale Larysa odwróciła się plecami i na powrót otworzyła laptopa, dając mu znak, że ich dyskusja jest skończona.

Bruno zamknął się w pokoju na komendzie, włożył pendrive do komputera i wstrzymał oddech. Po chwili jego oczom ukazał się folder zatytułowany „Lewicki”, przez co komisarz Wilczyński automatycznie cały się spiął. Dwukrotnie kliknął, by otworzyć teczkę. To, co zobaczył, sprawiło, że aż zagwizdał.

No, Mamuśka, wiedziałem, że jesteś dobry, ale tym mnie zaskoczyłeś, pomyślał, przeglądając setki zdjęć.

Kiedy zlecał swojemu informatorowi odnalezienie Jacka Lewickiego, nie liczył na wiele. Po pogrzebie żony mężczyzna sprzedał dom i wyprowadził się gdzieś z synami i ślad po nim zaginął. Zmienił numer telefonu, odszedł z pracy i zerwał kontakt z dawnymi znajomymi. Niczym duch rozpłynął się w powietrzu. Ludzie przyjęli to ze zrozumieniem, a może nawet z ulgą: nie musieli już prowadzić niezręcznych rozmów o tym, co się stało, ani unikać bolesnego tematu. Jakby za wdowcem ciągnął się przykry zapach, a wszyscy wokół wystarczająco długo męczyli się, udając, że nie czują fetoru. Twierdzili, że po takiej tragedii Jacek potrzebuje czasu, by dojść do siebie i zadbać o dzieci.

Ustalenia w sprawie okoliczności śmierci Emilii Lewickiej nie wskazywały na jakiekolwiek nieprawidłowości, więc policja nie miała podstaw, by zatrzymać Jacka. Wszystkie znaki na niebie i ziemi potwierdzały jej samobójstwo. Tylko Wilczyński wiedział, że pogrążony w żałobie wdowiec miał też inną twarz, którą zręcznie ukrywał przed światem.

Po incydencie na pogrzebie Emilii Brunona trawiły wątpliwości. Był zmęczony wydarzeniami ostatnich miesięcy, nocami nieustannie obracał w dłoniach drewniany model samolotu, który podarowali mu synowie Jacka, i niekiedy pił zdecydowanie za dużo. Do tego ciążyła mu śmierć Daniela Sikory, technika kryminalistyki i bliskiego znajomego, za którą czuł się odpowiedzialny. Zalewały go złość i gorycz, przez które tracił ostrość widzenia. Chwilami nie miał już pewności, czy zwyczajnie nie naginał faktów tak, by pasowały do jego teorii. Wprawdzie wszystkie elementy układanki współgrały, ale on musiał oprzeć się na mocnych dowodach. Chciał się upewnić, że Jacek Lewicki i zwyrodnialec, którego tropił, to ta sama osoba. Pogrzebał głębiej, wykorzystał wszystkie swoje znajomości i wkrótce udało mu się ustalić, że sąd, zmieniając personalia maltretowanemu chłopcu, nadał dziecku nie jedno, ale dwa nowe imiona. Dzięki temu Lewicki mógł dowolnie zmieniać tożsamość. O ile na studiach posługiwał się pierwszym imieniem, to odkąd poznał Emilię, zawsze korzystał z drugiego. Dla żony od początku był Jackiem, mężczyzną bez przeszłości, o niejasnej historii, ale za to najbardziej wspierającym i kochającym mężem, jakiego mogła sobie wyobrazić. Co więcej, po ślubie przyjął nazwisko Emilii, tym samym zakopując w niepamięci nadane sądownie personalia i raz na zawsze stając się Lewickim.

Gdyby Bruno nie czuł do niego wstrętu, być może nawet wykrzesałby z siebie odrobinę podziwu dla wirtuozerii, z jaką Jacek doprowadził swoją żonę do obłędu. Ale im więcej wiedział o tym człowieku, tym bardziej przepełniało go pragnienie zemsty. To uczucie mu ciążyło, bo doskonale rozumiał, że Lewicki właśnie tego oczekiwał, chciał mieć widownię. A mimo to Wilczyński nie potrafił odpuścić, wierzył, że pewnego dnia tamten popełni błąd, potknie się, a wtedy on będzie w pobliżu i z satysfakcją go dorwie. Cierpliwie pielęgnował swoją obsesję, zbierał informacje, sprawdzał tropy i szukał dowodów. Wiedział, że bez nich albo bez nierozerwalnego łańcucha poszlak, w którym wszystkie elementy tworzą logiczną i spójną całość, nie uda się skazać mężczyzny.

Niekiedy, po kilku szklaneczkach whisky, komisarzowi wydawało się, że w pewien pokręcony sposób nawet go rozumie. Lewicki był nieszczęśliwym dzieckiem, które zostało skrzywdzone przez każdego, komu ufało. Najbliżsi traktowali go gorzej niż niechciane zwierzę, a on nie umiał sobie poradzić z tą nigdy niezabliźnioną raną. Zabijał, by przestać cierpieć. Tylko że to nie przynosiło mu ulgi. Bo choć unicestwił każdego, kto go niszczył i zadał mu ból, jego wewnętrzny wrzask nie zamierzał ucichnąć. W środku nadal czuł to potworne darcie. Co więcej, zabijanie i pozorowanie samobójstw wytworzyło w nim przekonanie, że jest bezkarny.

Najwyraźniej polubił to uczucie mocy i decydowania o życiu i śmierci. Jakby miał się za Charona, greckiego boga przewożącego dusze zmarłych przez Styks do innego, niekoniecznie lepszego świata.

Teraz, niemal w bezruchu oglądając zdjęcia przyniesione przez Mamuśkę, Bruno doświadczał nieprawdopodobnego dysonansu. Patrzył na potwora, a widział jedynie ojca, który z ujmującą czułością tuli swoje dzieci. Wilczyński przyglądał się dłoni Jacka na policzku syna i nie mógł strząsnąć z siebie myśli, że ta sama dłoń była zdolna do tego, by poderżnąć gardło. Obserwował jego uśmiech i wyobrażał sobie, że podobny wyraz twarzy Lewicki musiał mieć, gdy próbował żywcem spalić swojego ojca. Bruno zaglądał w błękitne, łagodne oczy mężczyzny i zastanawiał się, jaką barwę miały, kiedy ich właściciel zabijał swoich braci. Czy stawały się wtedy stalowoszare i zimne, a może całkowicie pochłaniała je czerń?

Czuł, jak napinają się mięśnie jego karku, a przyćmione pragnienie zemsty wraca niczym uporczywe swędzenie. Na fotografiach widać było biały dom pokryty blachą ze śladami rdzy i zaciekami. Budynek był zdecydowanie mniejszy i prostszy niż ten, w którym Lewicki mieszkał z żoną. Mamuśka musiał spędzić tam dobre kilkanaście godzin, bo jego dokumentacja była nadzwyczaj dokładna. Uchwycił moment, w którym Jacek je z dziećmi śniadanie, następnie pakuje chłopców do samochodu, zawozi ich do szkoły, a potem wraca do domu i zamyka się w środku. Kolejne kadry przedstawiały sceny, które najpewniej rozegrały się kilka godzin później. Troskliwy ojciec odbiera synów po lekcjach, zabiera ich na trening piłkarski, a gdy wraca z dziećmi do domu, zamawia pizzę z pobliskiej restauracji.

– Sielanka – szepnął Wilczyński i bezwiednie zaczął skubać brew.

Nie podobało mu się to, że wszystko poszło tak gładko. Nie dość, że Mamuśka zdołał odnaleźć Jacka, to jeszcze tak precyzyjnie sfotografował te idealne scenki z życia rodzinnego, że równie dobrze można by je umieszczać w ramkach dostępnych do kupienia w zakładach fotograficznych. Bruno czuł podpełzający śliski i zimny niepokój, jakby patrzył na pozowane scenki z katalogu Ikei, i miał wrażenie, że to tylko scenografia, która po zgaszeniu świateł zmieni się w coś strasznego.

Wystukał do Edwarda Jabłońskiego lapidarnego maila z pytaniem, na które przeczuwał, że zna już odpowiedź: „Czy on wiedział, że go obserwujesz?”. Odpowiedź przyszła szybko i była równie krótka, co konkretna, a jej charakter w pełni oddawał osobowość Mamuśki. „Ni chuja”. Wilczyński zmarszczył brwi i rzucił pod nosem niewybredny komentarz. Zamierzał odpisać, ale gdy tylko dotknął opuszkami palców klawiatury, jego telefon zaczął wygrywać pierwsze takty piosenki Legendary Welshly Arms. Bruno zerknął na ekran, a gdy zobaczył komunikat „Numer nieznany”, natychmiast chwycił za komórkę.

– W kulki sobie lecisz? – zaczął bezpardonowo. – O co chodzi z tą sesją Lewickiego? Zatrudniłeś się w „Gali” czy jakiejś innej „Vivie”? Przecież to na kilometr śmierdzi ustawką.

Po drugiej stronie zadźwięczał głęboki, szczery śmiech, a później komisarz usłyszał znajomy, matowy głos:

– Cieszę się, że ci się podobało. Naprawdę staraliśmy się z chłopcami wypaść jak najlepiej.

Bruno poczuł dreszcz na plecach i mimowolnie zacisnął szczęki.

– Nie miej mu tego za złe – kontynuował Jacek Lewicki. – Twój fotograf był bardzo dyskretny, tyle że ja mam dość duże doświadczenie w obserwowaniu otoczenia. Po prostu dostrzegam więcej niż inni i trudno się przede mną ukryć.

– Czego chcesz?

– Tego samego, co większość ludzi. Spokoju, miłości i zdrowia – wyrecytował. – Próbujemy ułożyć sobie życie po śmierci Emilii i nie podoba mi się, że je zakłócasz.

– Przestań, bo się porzygam. Wiem, kim jesteś, Daniel mi wszystko powiedział. Jego mogłeś zmanipulować, ale wyobraź sobie, że mnie twoja łzawa historia jakoś nie chwyta za serce. Wręcz przeciwnie, dla mnie jesteś bydlakiem, który nie zasługuje nawet na cień współczucia.

– Niczego nie zrozumiałeś – odparł spokojnie Lewicki.

– Mylisz się – przerwał mu policjant. – A teraz pozwól, że przedstawię moje pragnienia. Zrobię wszystko, by wpakować cię do pierdla na milion lat. Trafisz prosto do piekła, a ten twój dar obserwowania, którym się tak chwalisz, stanie się pierwszym, co znienawidzisz. W więzieniu zobaczysz takie podłości, że zapragniesz wydłubać sobie oczy. I wierz mi, to ty nie będziesz miał się gdzie ukryć, kiedy kilku patoli z kicia postanowi cię przecwelić.

Bruno opadł na oparcie krzesła, czując, że zrobiło mu się gorąco po tej tyradzie. Miał wrażenie, że krew gotuje mu się w żyłach, a serce lada moment wyskoczy z piersi.

– Już? To wszystko, co masz mi do powiedzenia? – odezwał się po chwili Lewicki. – Rozczarowałeś mnie. Myślałem, że stać cię na więcej. Gdzie się podział twój słynny zimny osąd i żelazna logika? Musisz ochłonąć. Zapewniam cię, że nie masz pojęcia, co nadchodzi.

Komisarz Wilczyński parsknął i zacisnął dłoń na telefonie tak mocno, że jego ręka zaczęła drżeć.

– Wydaje ci się, że jesteś kimś lepszym – powiedział. – Masz się za nadczłowieka i myślisz, że wszystko kontrolujesz, ale reguły gry się zmieniły. Daniel nie żyje i już nikt nie będzie cię krył. Zostałeś sam.

– Niepotrzebnie dramatyzujesz. – W głosie Lewickiego pobrzmiewała kpina. – To poczucie winy ci nie pomaga, stałeś się nerwowy i spięty. Wpadnij do Konstancina. W niedzielę w południe zamierzam zjeść lunch w Park Cafe. Myślę, że przyda ci się odrobina świeżego powietrza. Podobno natura wpływa kojąco na nerwy.

– Wypchaj się – rzucił Wilczyński i przerwał połączenie.

Dopiero teraz zauważył, że cały dygocze. Podniósł się z krzesła i z krzykiem jednym ruchem zrzucił wszystko z biurka. Stał z rękami na biodrach, ciężko dysząc, a jego klatka piersiowa falowała napędzana przyspieszonym oddechem. Każdą komórkę rozsadzała mu wściekłość. Nie na Lewickiego, ale na siebie.

Dał się podpuścić jak amator.

Ostatnio coraz częściej doświadczał niekontrolowanych wybuchów, a jego noce z butelką whisky stawały się coraz dłuższe. Maglował wtedy na milion sposobów ostatnie spotkanie z Danielem Sikorą, nieżyjącym już policjantem. W myślach odtwarzał raz po raz ten moment, zanim jego przyjaciel zginął. W alternatywnych scenariuszach układał słowa tak, by wszystko skończyło się inaczej, ale rano znów budził się z bólem głowy i ciałem zdrętwiałym od bezradności. Nic już nie mogło się zmienić.

Bartosz Luboń młócił pięściami powietrze, relacjonując znajomym swój niedawny pojedynek w klubie bokserskim Pięściarz. Z dumą malującą się na młodej twarzy i błyszczącymi z ekscytacji oczami prezentował ciosy i opisywał reakcje oszołomionego przeciwnika. W drewnianej kuchni w stylu rustykalnym na warszawskiej Białołęce Dworskiej pachniało piwem, spoconymi ciałami studentów politechniki i marihuaną, którą jedna z dziewczyn przyniosła na imprezę. W tle grała dyskotekowa muzyka, a powietrze przecinały salwy śmiechu, złośliwe komentarze i rzucane raz na jakiś czas: „Weź nie pitol, weź się napij”, po którym następował nowy wybuch rechotu.

Chłopak oparł dłoń na blacie zastawionym brudnymi naczyniami, pudełkami po pizzy i opróżnionymi butelkami po alkoholu. Powierzchnia lepiła się od taniego wina i sosu pomidorowego do pizzy, który ktoś niechcący wylał, a później nie pokwapił się, by go posprzątać. Bartek wziął długi łyk piwa, po czym zgniótł puszkę i wrzucił ją do zlewu, gdzie leżało już kilka podobnych.

– Mówię wam, byłem jak Rocky Balboa w walce z Ivanem Drago. – Uniósł ręce w geście zwycięstwa, a później uderzył się w piersi jak King Kong.

Dwie dziewczyny stojące naprzeciwko zachichotały, a Michał Prokop, zwany Michą, z uznaniem poklepał kumpla po ramieniu.

– Brawo, Luby! – zawołał, unosząc butelkę jak do toastu. – Chociaż z tego, co pamiętam, to on tam dostał niezłego łupnia i ledwie się trzymał na nogach – skomentował, dając chłopakowi kuksańca w bok.

W starej rezydencji należącej do rodziców Prokopa i urządzonej na wzór tradycyjnego wiejskiego domu zostało już tylko ich czworo. Większość gości wyszła przed północą, by załapać się na jakiś rozsądny pociąg ze stacji Warszawa Płudy do Centrum. Ania i Ewka, koleżanki z wydziału, nie spieszyły się, czekały na brata jednej z nich, który miał je zgarnąć po drodze, a Bartek, który dawno nie widział się z kumplem z powodu jego wyjazdu w ramach programu Erasmus, postanowił nadrobić stracony czas i przenocować u znajomego.

Zamierzali właśnie wspólnie obejrzeć najnowszy motoryzacyjny nabytek Wojciecha Prokopa, ojca Michała i dziekana Wydziału Elektrycznego Politechniki Warszawskiej. Chłopak zapewniał, że sportowe bmw ojca z napędem na tylne koła to istne cacuszko i muszą w nim chociaż posiedzieć. Kiedy szli w stronę garażu, ktoś zadzwonił domofonem. Ewka wyjrzała przez okno i mruknęła z niezadowoleniem.

– No dobra, chłopaki, to mój brachol. My się zwijamy. – Skinęła na koleżankę. – Fajnie się gadało. A to cudo pokażesz nam innym razem, może nawet się gdzieś przejedziemy. – Puściła do niego oko, co Michał potraktował najwyraźniej jako obietnicę, bo głośno zagwizdał i pomachał dłonią przy twarzy, jakby się wachlował.

– Głupek. – Popchnęła go lekko i biorąc mniej trzeźwą Ankę pod rękę, skierowała się do wyjścia.

Bartek pożegnał się z dziewczynami, a potem zerknął znacząco na przyjaciela.

– Podoba ci się? Wydaje się całkiem spoko.

Młody Prokop roześmiał się i wzruszył ramionami. Jego spojrzenie było mętne, a oczy przekrwione, zapewne od sporej ilości wypalonej trawki.

– Może tak, może nie – odparł z zagadkowym uśmiechem na twarzy. – Chodź, pokażę ci coś, co mi się naprawdę podoba – rzucił i ruszył w stronę niewielkich brązowych drzwi.

Gdy znaleźli się na schodkach prowadzących do garażu, Michał wymacał dłonią włącznik światła, nacisnął go, a po chwili jarzeniówki zabuczały, rozświetlając przestronne pomieszczenie i ukazując błyszczące czarne auto.

– Piękny, co? – Nie czekając na odpowiedź kolegi, wyjął z kieszeni kluczyk i podszedł bliżej.

Samochód zapikał i mrugnął światłami, a Bartek poczuł, że kąciki ust same podnoszą mu się do uśmiechu. Czytał kiedyś o tym modelu, a teraz z rosnącą ekscytacją obserwował sportową linię, felgi w złoto-brązowym kolorze i stylowe oświetlenie.

– Co tak stoisz i się gapisz? No chodź! – Prokop, który już ładował się na siedzenie kierowcy, machnął do niego ręką. – Stary wraca dopiero jutro, nie przyłapie nas.

Luboń dołączył do kumpla, zajmując fotel pasażera, w którym zatopił się z pomrukiem zadowolenia. Nie wiedział, czy to z powodu ilości wypitego piwa, czy przyjemnej w dotyku, wysokiej jakości skórzanej kremowej tapicerki, ale siedzenie wydawało mu się nieziemsko wygodne.

– Takim to bym mógł się wozić – stwierdził, po czym obaj wybuchli dzikim śmiechem.

Michał wyciągnął z kieszeni skręta, przypalił go, zaciągnął się, a potem podał Bartkowi.

– Za przyjaźń – powiedział, puszczając do kolegi oko.

Luboń przyglądał się papierosowi niepewny, jak postąpić. Starał się trzymać z daleka od używek i na imprezach konsekwentnie zostawał przy piwie, którego smak po prostu lubił, ale świętowali właśnie wielki powrót jego kumpla, siedzieli w ekskluzywnym samochodzie i nie chciał wyjść na frajera, który nie potrafi wyluzować. Pomyślał, że tylko spróbuje, sztachnął się jointem i niemal od razu dostał spazmatycznego kaszlu, od którego zaszkliły mu się oczy.

– Ja pierdolę, co to jest? – wychrypiał, oddając koledze blanta. – Mocny jak diabli.

– Wesołe fajeczki, wersjadeluxe – oznajmił Michał. – Zostawiłem specjalnie dla nas.

Przez moment palili w ciszy, rzucając sobie jedynie porozumiewawcze spojrzenia. Bartek pomyślał, że to taka zwyczajna uroczysta chwila, jedna z tych, które zostają w pamięci na długo, i zdecydował, że nie będzie jej psuć. Miał wrażenie, że mógłby w tym milczeniu przesiedzieć cały wieczór, a później wróciłby do domu z poczuciem, że to była najlepsza rozmowa w jego życiu. Jakby wszystko, co najważniejsze, wcale nie potrzebowało słów. W jego głowie przyjemnie szumiał wypity alkohol, a myśli spowijała chmura oparów marihuany. Słodko-mdły zapach wypełnił wnętrze bmw, a on z przymkniętymi powiekami leżał na miękkim fotelu. Nagle z letargu wyrwało go warknięcie odpalanego silnika. Spojrzał na Prokopa, który z miną lucyfera wrzucał właśnie wsteczny bieg.

– Co ty wyprawisz? – Luboń złapał go za rękę, obserwując, jak brama garażowa się podnosi. – Jesteś nawalony, nie ma opcji, żebyś gdzieś jechał.

Michał strząsnął jego dłoń i roześmiał się.

– Luby, no co ty, ja tylko trawkę paliłem – tłumaczył. – No może jedno małe piwko, ale to już dawno, na początku imprezy. Jestem trzeźwy jak szkło. Poza tym pojedziemy tylko tu, kawałek. To wiocha jest, nikt nas nie zobaczy – dodał uspokajająco.

Zanim Bartek zdołał zareagować, auto dotoczyło się już do bramy.

– Zwariowałeś? – Usiłował powstrzymać kierowcę. – Jak go choć zarysujesz, twój stary nam nogi z dupy powyrywa.

– Nie peniaj, chłopie. Obiecuję, że dojedziemy tylko do lasu i wracamy. Pokażę ci parę manewrów i już. A jutro z rana, jak będziemy ogarniać chatę, to wypolerujemy też cacuszko ojca. Umowa?

Luboń przyglądał się przyjacielowi z zagubionym wyrazem twarzy i nie był już pewien, która jego część powinna zwyciężyć. Ta racjonalna, która nakazywała odstawić samochód do garażu, czy spontaniczna, która pragnęła adrenaliny i przygody. W myślach przekonywał samego siebie, że Michał ma rację i zanim się obejrzy, odstawią samochód do garażu. Wmawiał sobie, że przejażdżka potrwa tylko chwilę, a na drodze, którą z jednej i z drugiej strony otaczały wyłącznie pola, nic nie powinno im się stać. Z wahaniem skinął głową, a wtedy kumpel wcisnął guzik otwierania bramy i z piskiem opon wyjechał na drogę.

– Yabadabadoo! – krzyknął Prokop i podkręcił muzykę.

Paweł włożył ubrania, które Larysa przywiozła mu ze starego domu, gdzie obiecał sobie nigdy nie wracać. Nie chciał natrafić na ślady Marii, bał się poczuć jej zapach, ciągle obecny w zakamarkach szaf, czy dotknąć zagłębienia w krześle, na którym tak często siadywała. Odgonił od siebie przykre myśli, po czym dotknął dłonią miękkiego materiału starych, spranych dżinsów, które kiedyś bardzo lubił, a po jego twarzy przemknął grymas przypominający nieśmiały uśmiech. Na moment poczuł się lepiej, ale już po chwili przypomniał sobie, dlaczego jest to bez znaczenia. Jego usta wypełniło znane pragnienie.

We wspomnieniach widział, jak w dniu pogrzebu stoi zgarbiony nad grobem i patrzy niemo na dębową trumnę z ciałem jego żony, znikającą w wykopanym wcześniej dole. Miał wówczas ochotę położyć się tam razem z Marią, a później pozwolić, by przysypały go zwały ziemi.

Nie słyszał, co mówił ksiądz ani ludzie ściskający mu ręce i ramiona. Ich twarze zlewały się w jedno, a słowa przypominały bezosobowe życzenia, jakie nadrukowuje się na karnetach pocztowych. Powtarzalne i nic nieznaczące. Puste. Przyjmował je w milczeniu, patrzył w dal nieobecnym wzrokiem, a gdy wszyscy sobie poszli, pozrzucał na bok wieńce i położył się na świeżo usypanej ziemi. Gładził ją palcami, jakby leżąca kilka metrów niżej Maria mogła cokolwiek poczuć. Jakby ciepło jego ciała i cierpkość łez, które wsiąkały w ziemię, mogły dotrzeć do jego żony i przekazać jej wiadomość. Paweł wiedział, że to bzdury, a jednocześnie w tamtej chwili bardzo chciał w nie wierzyć. Uczepić się czegokolwiek, co pomogłoby mu nie zwariować.

Gdy wreszcie się ocknął, pierwszą jego myślą było to, że musi się napić wódki. Szedł później przed siebie z butelką kupioną w pobliskim monopolowym i czuł, że z każdym łykiem robi mu się lżej. Alkohol przyćmiewał jego ból i zamazywał wspomnienia. Tamtego dnia długo jeździł tramwajami po Warszawie, odwiedzał miejsca z lat ich młodości i rozmawiał z Marią, jakby towarzyszyła mu w tej podróży.

Nie obchodziły go zdziwione spojrzenia, przestraszone matki, które przechodziły z dziećmi na drugą stronę ulicy, ani kpiące uśmieszki. Właściwie był zły na fakt, że wszyscy wrócili do swojego normalnego życia, jakby nic się nie stało. W myślach odgrażał się śpiewającym ptakom, zadowolonym ludziom i kasjerkom w sklepach ze skocznymi melodyjkami, bo nie rozumieli jego żałoby. Zamroczony wódką i bólem potykał się na chodniku w drodze z Nowego Światu do Dworca Centralnego. W brudnym garniturze, otumaniony alkoholem, bełkotał pod nosem i gdyby nie Kazik, bezdomny z Chmielnej, pewnie zgarnęłaby go straż miejska i zamknęła na Kolskiej w izbie wytrzeźwień.

Dobry Kazio, jak mawiali na niego koledzy, któregoś dnia wziął Wiśniewskiego pod rękę i zaprowadził go na Żytnią. Tam pod ośrodkiem Caritasu wiła się cuchnąca wielobarwna kolejka bezdomnych czekających na darmową zupę z pajdą chleba. Mężczyźni ustawili się w ogonku, ale po badaniu alkomatem Paweł został wygoniony na koniec kolejki. Tacy jak on musieli poczekać, aż wytrzeźwieją, dopiero wtedy mogli otrzymać swoją porcję. Zabolało go to, skrzywił się i skulił w sobie. Chciał stamtąd odejść, pokazać im, że do nich nie należy i nie potrzebuje ich łaski, ale gdy tylko oddalił się o kilka kroków, Dobry Kazio pojawił się znikąd i szarpnął go za ramię.

– Jeśli chcesz przeżyć na ulicy, musisz jeść, chłopie. Rozejrzyj się. – Zatoczył ręką koło, wskazując bezdomnych. – Te wszystkie mordy tylko czekają, żeby zjeść twoją porcję. Wbij sobie do łba, że jak ktoś ci coś daje, to bierzesz. Kapujesz?

Wiśniewski skinął głową, a później karnie wrócił na swoje miejsce w kolejce. Dotarło do niego wtedy, że właśnie wkroczył do innego świata, niewidocznego dla zabieganych mieszkańców stolicy. Trafił do rzeczywistości, która mogła stać się jego ucieczką od tego wszystkiego, o czym nie dał rady pamiętać. To tam, patrząc w zielone oczy Kazika, postanowił, że już nigdy nie wróci do starego życia i pozwoli, by dawny Paweł, redaktor naczelny „Magazynu”, umarł.

A teraz Larysa usiłowała go na nowo powołać do świata żyjących. Wmawiał sobie, że tego nie chce i robi to tylko po to, by ją w ten sposób przeprosić, bo przecież zawiódł jej zaufanie. W głębi duszy wiedział jednak, że to nieprawda. Zdecydował się pojechać z dziewczyną, bo tego potrzebował. W długich, podobnych do siebie, rozmytych dniach spędzanych na ulicy doznawał niekiedy przebłysków świadomości, kiedy to czuł, jak bardzo brakowało mu sensu. I nie wiedzieć czemu propozycja przyjaciółki obudziła w nim nadzieję na ten sens.

– Czym będziemy się zajmować? – zapytał teraz, siadając nieśmiało na taborecie kuchennym, który postawił obok Larysy, a później, by ukryć zmieszanie, zasłonił twarz dużą filiżanką kawy.

Dziennikarka zerknęła na jego popękane paznokcie i pokryte drobnymi ranami palce, a następnie pospiesznie otworzyła zdjęcie przedstawiające mężczyznę w masce.

– To Fantom, tak go nazywają w sieci – zaczęła mówić, wpatrując się w oblicze człowieka w masce pozbawiającej jego twarz wyrazu. – W ciągu ostatnich miesięcy do internetu trafiło kilkanaście przerażających zdjęć i filmów z jego wizerunkiem. Większość zrobili ludzie, którzy natknęli się na niego w Lesie Kabackim, nad Zegrzem, ale też w Kampinosie. Spotykali go na parkingach podziemnych, w piwnicach i ciemnych uliczkach. Facet wyłania się po zmroku, stąd zdjęcia i nagrania są zazwyczaj nieostre.

Larysa kliknęła w ikonę z obrazkiem filmowego klapsa, a wtedy na monitorze pojawiło się nagranie. Obraz poruszał się, drgał i był niewyraźny. Dopiero po chwili, gdy w kadrze zamajaczył fragment kierownicy od roweru, Wiśniewski zdał sobie sprawę, że ma przed sobą widok uchwycony przez jedną z tych niewielkich kamer, które można było przymocować do opaski na głowie albo kasku. Na ekranie widać było fragment błotnistej drogi oświetlanej przez rowerową lampę, mijane drzewa i kępy trawy. Z głośników komputera dobiegał trzask leśnych gałązek i czyjś ciężki oddech.

– To rowerzysta w Lesie Kabackim, dwa dni temu – wyjaśniła Larysa, a gdy tylko skończyła mówić, głośniki wypełnił przeszywający śmiech szaleńca.

Właściciel roweru najwyraźniej musiał obrócić głowę w stronę źródła dźwięku, bo obraz się poruszył, a na ekranie mignął stojący między drzewami człowiek w białej masce i kapturze nasuniętym głęboko na twarz. Chłopak przeklął pod nosem i zaczął szybciej pedałować, jego oddech zmienił się w wytężone sapanie, a gdy obejrzał się za siebie, widać było, że tajemnicza postać przyspieszyła i biegła za nim.

Chwilę później coś uderzyło w rower, słychać było głuchy łoskot, a zaraz potem obraz podskoczył i zawirował. Cyklista musiał upaść, bo przez jakiś czas w kadrze widać było jedynie błotnistą ścieżkę z wielką kałużą i grubą gałąź leżącą w poprzek drogi, ale już za moment podniósł się, raz jeszcze zerknął za siebie i zostawiając rower, puścił się pędem, by uciec przed przerażającym nieznajomym. Na nagraniu widać było, jak chłopak jeszcze kilka razy ogląda się za siebie, a postać za nim maleje, zostając w tyle, w pochłaniającej ją ciemności. W końcu obraz urwał się i zniknął.

Larysa spojrzała na Wiśniewskiego wyczekująco.

– I? Co o tym myślisz? – Poirytowana przedłużającym się brakiem odpowiedzi, uniosła pytająco brwi. – Powiesz coś wreszcie?

– Niby co? – odparł obojętnym tonem, a później wzruszył nieporadnie ramionami.

Pokręciła głową z rozdrażnieniem. Nagle przypomniały się jej słowa bezdomnego, o którym kiedyś robiła reportaż – ulica ciągnie jak kotwica, nawet jeśli z niej zejdziesz, ona już nigdy nie opuści ciebie. Może podobnie stało się z Pawłem; jego umysł pracował na zwolnionych obrotach, a on sam był wypełniony po brzegi zobojętnieniem. Tyle że ona nie zamierzała tak łatwo odpuścić.

– Ten facet śmiertelnie przeraził sporo osób, stłukł kilka szyb w drogich samochodach i sprawił, że ludzie zaczęli podskakiwać na każdy najdrobniejszy szelest, gdy wychodzą wieczorem z domów. Wielu z nich twierdzi, że dziwnie im się przyglądał, przychodził nocą pod drzwi ich mieszkań i zostawiał tam rysunki. Zresztą sam zobacz.

Wyjęła spomiędzy kartek notatnika pognieciony szkic wykonany ołówkiem. Widniała na nim drobna postać chłopca, a całość podpisana była imieniem Antek.

– Jakby chciał dać im do zrozumienia, że obserwuje ich dzieci – dodała. – Przygląda się im wnikliwie i jest blisko. Spójrz tylko na te detale – dotknęła palcem szkicu – musiał nad nimi długo pracować.

Wiśniewski ściągnął brwi i zmrużył oczy, jakby się nad czymś intensywnie zastanawiał.

– Dlaczego ktoś taki cię interesuje? Chodzi o jakieś zlecenie?

– W pewnym sensie. Jeśli to dobrze napiszę, dostanę pracę w największym tygodniku w kraju, a mój materiał będzie miał szansę ukazać się na okładce. Ale przede wszystkim chcę sprawdzić, kto jest pod maską, i zrozumieć, dlaczego to robi.

– Ale po co? Nie masz już dość babrania się w tych mrocznych sprawach? Co chcesz uzyskać? – Paweł z emocji poczerwieniał na twarzy. – Świat nie stanie się od tego lepszy. Nic się nie zmieni. – Zauważył, że jego ręce drżą, i wsunął je pod uda.

Nie wiedział już, czy mówi o Larysie, czy o sobie, czuł jedynie, że bez alkoholu szybciej wpada w niczym nieuzasadnioną irytację. Wszystko wydawało mu się pozbawione sensu i bezcelowe.

Dziennikarka westchnęła ciężko, po czym odwróciła się w stronę dawnego szefa i spojrzała w jego wystraszone oczy.

– Posłuchaj tego. Kilka dni temu pewna kobieta zaparkowała samochód ze śpiącymi w środku dziećmi w podziemnym garażu na Bielanach – zaczęła opowiadać głosem wyzutym z emocji. – Próbowała obudzić chłopców, ale było już późno i jej synowie zwyczajnie padli ze zmęczenia. Nic ich nie ruszało.

Wiśniewski śledził historię Larysy ze zmarszczonym czołem.

– Matka postanowiła, że najpierw zaniesie do mieszkania jednego chłopca, a później wróci po jego brata. Chwyciła kilkuletnie dziecko na ręce i z wysiłkiem dodźwigała je do windy. A gdy chwilę potem była już u siebie i kładła małego do łóżka, usłyszała ciche pukanie do drzwi. Przestraszyła się, że któryś z sąsiadów obserwował ją w garażu i przyszedł jej zrobić awanturę, ale gdy otworzyła drzwi, zobaczyła dziwnego mężczyznę w białej masce z jej starszym synem na rękach. Chłopiec spał, przytulony ufnie do nieznajomego, z ramionami owiniętymi wokół jego szyi. – Larysa obserwowała, jak z każdym jej słowem twarz Pawła tężeje. – Kobieta była przerażona. Wzięła od niego dziecko i zaniosła je do łóżka, a gdy wróciła i przyłożyła oko do wizjera, mężczyzna zniknął. Na wycieraczce stał tylko mały, rudy lisek, przytulanka, która zawsze towarzyszyła chłopcu.

– Nie rozumiem. Fantom zaniósł dzieciaka do matki?

Kiwnęła głową.

– Następnego dnia mały opowiadał mamie, jak przebudził się w samochodzie i zaczął potwornie płakać. Wołał ją, krzyczał i szarpał się, by rozluźnić pasy w foteliku. Myślał, że go zostawiła, a wybudzony ze snu czuł się zagubiony i nie rozumiał, gdzie się znajduje. Wtedy pojawił się człowiek w masce, pokazał chłopcu, jak otworzyć od wewnątrz drzwi, przytulił go i zabrał do mamy.

Wiśniewski sprawiał wrażenie zdezorientowanego. Oparł twarz na dłoni i przyglądał się w ciszy Larysie.

– Jest coś jeszcze – kontynuowała. – Sprawdziłam większość osób, które nachodził. Początkowo zakładałam, że są przypadkowe, ale po jakimś czasie dostrzegłam, co je łączy. Dzieci. Wszyscy byli rodzicami. On rozmawiał z tymi dziećmi, zaczepiał je w różnych miejscach i dużo o nich wiedział, a mimo to żadnemu nie spadł nawet włos z głowy. Uderza tylko w dorosłych. Dlaczego?

Paweł poruszył się niespokojnie, a taboret zaskrzypiał pod jego ciężarem. Larysa zauważyła, że apatyczne i nieobecne dotąd spojrzenie Wiśniewskiego nabrało blasku. Miała nadzieję, że powoli zaczynał czuć to, co ona dostrzegła już wcześniej. Dobry reporterski temat. Taki, który uruchamia lawinę pytań i wątpliwości, przedstawia historię człowieka, który zarazem jest intrygujący i budzi emocje.

– Ale dlaczego ja? – Paweł wydawał się skonsternowany. – Nie potrzebujesz mnie, by to dobrze napisać. Jak znam twoje umiejętności, namierzysz go w ciągu tygodnia.

– Już to zrobiłam. – Otworzyła zrzut ekranu z jakiejś internetowej rozmowy. – Skomentowałam każdy artykuł o nim i dałam mu znać, że chcę z nim porozmawiać. Założyłam, że tacy jak on szukają rozgłosu, że będzie chciał, by ktoś go zrozumiał i napisał o jego historii i przesłaniu.

– Tyle że nigdy ci nie odpowiedział.

– Wręcz przeciwnie. – Dziewczyna końcówką długopisu dotknęła ekranu w miejscu, w którym znajdowała się odpowiedź. – Ale nie chce mnie, zażądał ciebie.

Paweł wzdrygnął się, po czym nachylił się nad komputerem i dwukrotnie przeczytał zdanie, które mu pokazała: „Będę rozmawiał tylko z Pawłem Wiśniewskim z »Magazynu«. Z nikim innym”, a następnie wpatrzony w odległy punkt za oknem zmarszczył czoło i zaczął pocierać dłonią podbródek.

– Wyjaśnisz mi, kim jest twój znajomy, czy będziesz trwał w tym osłupieniu do końca świata? – Larysa założyła ręce przed sobą i patrzyła na byłego szefa wyczekująco.

Bartosz Luboń siedział w fotelu pasażera napięty niczym struna. Miał wrażenie, że cały alkohol wyparował z niego w ułamku sekundy. Skubał nerwowo skórki przy paznokciach i czuł, że po wypalonym skręcie potwornie chce mu się pić. Z niepokojem obserwował styl prowadzenia Michała, który na wiejskiej drodze rozpędzał się do prędkości zdecydowanie powyżej ograniczeń. Dopiero po kilku kilometrach, gdy jego kolega zwolnił i przełączył stację na Rock Radio, a z głośników popłynęła jedna z bardziej znanych rockowych ballad – Nothing else matters Metalliki – Luboń się uspokoił. Kochał ten numer od lat i był to pierwszy utwór, który nauczył się grać na gitarze dla swojej dawnej dziewczyny. Z biegiem lat miłość do koleżanki wygasła, ale do muzyki pozostała.

– I co? Fajnie jest, prawda? – zapytał Prokop, spoglądając na przyjaciela.

Bartek pomyślał, że właściwie jest przyjemnie. Niebo lśniło od gwiazd, powietrze pachniało jesienią, a w oddali szumiał las. Na drodze żadnych innych pojazdów, wokół pola i łąki, a w środku oni dwaj, najlepsi kumple na roku, którzy nie widzieli się od wielu miesięcy. Bezczelnie młodzi, szaleni i upaleni trawką.

– Jest spoko. – Pokiwał głową i roześmiał się. – Spanikowałem, sorry.

Michał odwrócił się do niego i puścił oko, jakby chciał powiedzieć, że nic się nie stało, ale Luboń tego nie widział; patrzył w zupełnie inną stronę. Jego wzrok skupiony był na poruszającym się ciemnym obiekcie, który przebiegał przez drogę i do którego samochód zbliżał się w zastraszająco szybkim tempie.

– Hamuj! – krzyknął, szarpiąc za kierownicę.

Auto gwałtownie zjechało w lewo, po czym obróciło się wokół własnej osi i stanęło w poprzek drogi. Bartek dostrzegł, że trzęsą mu się ręce, i poczuł strużkę potu płynącą w dół po plecach.

– Co to, kurwa, było? – zapytał, oglądając się za siebie. – Widziałeś?

– Dzik – zachichotał Prokop. – Przestraszyłeś się pieprzonego dzika! – śmiał się coraz bardziej, jakby nie mógł się opanować.

Luboń patrzył, jak jego przyjaciel aż dusi się rechotem, i czuł się coraz bardziej zły. Raptownie otworzył drzwi, wyszedł na zewnątrz i podszedł od strony kierowcy.

– Wysiadaj – rzucił z zaciętą miną. – Jesteś zbyt nagrzany, ja nas odwiozę do domu.

Jego kumpel usiłował odzyskać powagę i coś odpowiedzieć, ale gdy tylko otwierał usta, na nowo zaczynał kwiczeć ze śmiechu. W końcu z uniesionymi w geście zgody rękami przesiadł się i zasłaniając usta dłońmi, próbował stłumić chichot.

Bartek